Jak zawsze w grudniu - Emily Stone

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Josie stała w drzwiach swojego mieszkania, pod jemiołą, którą Bia uparła się zawiesić "na wszelki wypadek", i przypatrywała się w milczeniu kartonowi w rękach Olivera. Jedną ręką przytrzymywała drzwi i mało brakowało, a uległaby pokusie i zatrzasnęła mu je przed tą kłamliwą, zdradliwą i - co sobie właśnie uświadomiła - zdecydowanie zbyt symetryczną twarzą.

Oliver odchrząknął.

- Wiem, że chciałaś zabrać swoje rzeczy, więc pomyślałem, że... - Coś w wyrazie jej twarzy kazało mu urwać; zamiast tego wbił wzrok w karton.

- Okej.

Poddała się i wzięła od niego pudło, pilnując się, aby nie dotknąć jego ręki. Stęknęła, zorientowawszy się, że karton jest o wiele cięższy, niż wydawało się na pierwszy rzut oka. W sumie miało to sens - dwa lata zostawiała różne rzeczy w mieszkaniu Olivera, czasem przypadkowo, czasem po to, aby ułatwić sobie życie. Zresztą jeszcze kilka tygodni temu zakładała, że prędzej czy później się tu wprowadzi. Co miało oznaczać jego dzisiejsze zachowanie? Początkowo błagał, aby z nim nie zrywała, a teraz proszę, zjawia się i w oczywisty sposób stawia krzyżyk na ich związku.

Powstrzymując usta od drżenia, Josie zacisnęła je mocno i odwróciła się tyłem do Olivera. Na samym wierzchu, jakby dorzucił je po namyśle, leżały błyszczące kolczyki w kształcie reniferów, które podarował jej trzy tygodnie wcześniej tuż przed firmowym spotkaniem wigilijnym w ich pracy. Spotkaniem, podczas którego zamiast wyjść razem z nią po deserach, on został, aby się napić i flirtować z ich wspólną koleżanką. Spotkaniem, po którym zamiast zjawić się godzinę później w domu, on udał się do mieszkania rzeczonej koleżanki. I się z nią przespał.

Postawiła karton na winylowej podłodze, tuż przed pokojem Bii. Wyglądało na to, że te kolczyki były jego prezentem pożegnalnym, choć wtedy nie wiedziało jeszcze o tym żadne z nich. Myśl niedająca jej spokoju od ranka po tamtym wydarzeniu, kiedy Oliver wyznał, co zrobił, znowu zaatakowała, mimo że Josie próbowała ją zablokować. Myśl, że gdyby nie poszła wcześniej do domu, to może wcale by tu teraz nie stali. Może tuliłaby się do niego na wąskiej czerwonej sofie i oglądaliby powtórki Line of Duty, racząc się tajskim jedzeniem na wynos i butelką białego wina. Może nie uległby pokusie o imieniu Cara. A może odsunęłoby się to tylko w czasie do kolejnego razu, kiedy na scenie pojawiłoby się prosecco i obcisła czerwona kiecka.

Wstając, odetchnęła głęboko przez nos i przysięgła sobie, że przy pierwszej nadarzającej się okazji wyrzuci te kolczyki. Oliver nadal stał w drzwiach, kiedy się odwróciła; niełatwo jej było zachować obojętny wyraz twarzy, przełknąć tkwiącą w gardle gniewną gulę. Wcisnął ręce do kieszeni zbyt wąskich dżinsów i zakołysał się na piętach, ponad jej głową omiatając spojrzeniem mieszkanie, jakby widział je po raz pierwszy. Skrzyżowała ręce na piersi i uniosła brwi. Nie zamierzała mu niczego ułatwiać.

- No więc... jak sobie radzisz? - bąknął.

W końcu spojrzał jej w oczy i lekko się przy tym wzdrygnął. I dobrze. To oznaczało, że dobrze odczytał jej spojrzenie. Uniosła brwi jeszcze wyżej. Nie zdziwiłaby się, gdyby zakrywała je grzywka, ale miała to gdzieś. Nie zamierzała wdawać się w jakiekolwiek pogawędki, nie po tym, co jej zrobił.

- Po tym, co się dzisiaj stało w pracy, chciałem się jedynie upewnić... - Ponownie urwał, najwyraźniej utraciwszy zdolność wypowiadania pełnych zdań.

Josie stała ze skrzyżowanymi ramionami, mając rozpaczliwą nadzieję, że na jej twarzy nie widać tego gorąca, które czuła, jak pulsuje pod skórą policzków. Oczywiście, że musiał poruszyć ten temat. Oczywiście, że się domyślił, dlaczego Janice chciała z nią porozmawiać. Jednym z wielkich minusów pracy z byłym, nie licząc tego, że trzeba go codziennie widywać, było to, że nie dało się skłamać i zapewnić, że w pracy wszystko idzie jak po maśle.

- Nic mi nie jest - powiedziała zwięźle.

Spojrzenie jego brązowych oczu złagodniało i była pewna, że jej nie wierzy. Przestąpiła z nogi na nogę, żałując, że nie przebrała się jeszcze po pracy, bo sukienka w czarno-białe pasy wydawała się teraz zbyt obcisła i zbyt kusa, jakby Josie wróciła do domu o drugiej i przez cztery godziny nie robiła dosłownie nic. Bo rzeczywiście tak było. Ale może on tego nie zauważy - nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na jej strój, co wcześniej uważała za niesamowicie czarujące. Zastanawiała się teraz, mając na uwadze dziewczynę, z którą się przespał, czy to wszystko nie było tylko pozą.

Oliver otworzył usta, po czym je zamknął i kiwnął głową - widać było, że przemyślał to, co zamierzał powiedzieć, i uznał, że lepiej ugryźć się w język.

- W porządku - rzekł spokojnie. Przeczesał palcami ciemnobrązowe włosy, które wyglądały jak przyklejone do głowy. - Ale wiesz, że i tak możesz ze mną porozmawiać, prawda, mała? Ja nadal...

Josie uniosła rękę.

- Nie mów do mnie "mała". - Westchnęła. - Nie rób tego, i już.

Nie miała ochoty tego wysłuchiwać. Zapewnienia, że może się wypłakać na jego ramieniu, że nadal mu na niej zależy. Bo gdyby rzeczywiście tak bardzo mu na niej zależało, nie przespałby się z inną. A już na pewno nie z kimś, z kim oboje pracowali, z kimś, z kim Josie musiała się codziennie spotykać, z kimś, kto paradował po biurze w zupełnie niepraktycznych szpilkach.

- Dobrze - bąknął Oliver i potarł kark.

Oderwał od niej wzrok i zamiast tego rozejrzał się po ponurym korytarzu. Światło na drugim końcu lekko migało, co tylko podkreślało brzydotę upstrzonej plamami wykładziny, wyraźnie kontrastującej z winylową podłogą, o którą Josie dbała, aby była czysta i błyszcząca. Wziąwszy głęboki oddech, ponownie spojrzał na nią tymi swoimi brązowymi oczami jelonka Bambi, w których się zakochała dwa i pół roku temu, kiedy po raz pierwszy zjawił się w biurze, a emanująca z niego pewność siebie czyniła go atrakcyjnym, nie zaś irytującym.

- Jose, słuchaj, wiem, że cię zraniłem, i wiem, że masz teraz pewność, iż nigdy mi nie wybaczysz, ale paskudna jest dla mnie świadomość, że siedzisz tu sama, starając się to ogarnąć. Tak sobie myślę, że gdybyśmy porozmawiali...

Pokręciła głową.

- Oliverze, teraz nie potrafię. - Opuścił rękę wzdłuż tułowia i wyglądał w tej chwili tak cholernie żałośnie, przygarbiony w czarnej kurtce North Face, że prawie się ugięła i położyła mu dłoń na ramieniu. Prawie. Ale przypomniała sobie, że to nie on jest w tej całej sytuacji stroną pokrzywdzoną. Nie miał prawa wkradać się powoli z powrotem i sprawiać, że ona czuła się, jakby przesadzała. - I nie jestem sama - dodała szorstko. - Mam Bię.

- No tak. - Pokiwał kilka razy głową, przez co wyglądał jak piesek z kiwającym się łebkiem, którego dostała w tym roku od tajemniczego firmowego mikołaja. Od tamtego czasu trzymała go na biurku, starając się pokazać, że docenia ten gest, mimo że każda cholerna osoba, która zatrzymywała się obok, lekko go uderzała, a ona potem musiała kątem oka widzieć, jak kiwanie staje się coraz wolniejsze, przez co miała problem ze skupieniem się na stukaniu w klawiaturę. - No dobrze. - Oliver odchrząknął. - Czyli co, widzimy się w takim razie na wtorkowej imprezie? - Uśmiechnął się niepewnie, prezentując lekko krzywe zęby, o których wiedziała, że ich nie cierpi.

- Pewnie tak - odparła, starając się przy tym nie wzdychać.

Na imprezie, w której wszyscy musieli wziąć udział, mimo że to była Wigilia.

Ociągał się z pożegnaniem i Josie zastanawiała się, czy czeka, aż ona się ugnie i go przytuli albo może zaprosi do mieszkania. Bądź co bądź przez cały okres trwania ich związku to zawsze ona szła na kompromis, to ona chodziła późno spać, bo Oliver miał ochotę na wieczór na mieście, albo zgadzała się na city break z napiętym grafikiem zamiast spokojnego wyjazdu za miasto. Oboje to wiedzieli, oboje odgrywali swoje role. Ale tym razem było inaczej. Oliver podniósł wzrok, dojrzał smętnie zwisającą nad nimi jemiołę i lekko się zarumienił. Josie się skrzywiła. Zabije Bię.

- W takim razie do zobaczenia - powiedział w końcu. Odsunął się od drzwi, nim jednak zdążyła je zamknąć, obejrzał się jeszcze przez ramię. - Przykro mi. - Ani razu nie zamrugał brązowymi oczami. - Wiem, że to fatalne zgranie w czasie, i naprawdę... - Pokręcił głową. - Po prostu mi przykro.

Wahała się przez pół sekundy, z zaciśniętymi ustami, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć coś, co dałoby mu do zrozumienia, że takie słowa to za mało, zapytać dlaczego - i dlaczego akurat teraz, o tej porze roku, która, jak doskonale wiedział, jest dla niej trudna. Zapytać, czy skoro ona nie stoi mu już na drodze, to ponownie przespałby się z Carą. Nie potrafiła się jednak przemóc, bo nie miała pewności, czy rzeczywiście chce poznać odpowiedź. Zamiast tego skinęła głową, a potem pozwoliła drzwiom się zamknąć.

Na chwilę przymknęła oczy i oparła głowę o framugę. Nie pozwoliła sobie jednak na łzy; oddychała powoli i zaciskała powieki, powstrzymując pieczenie. "On nie jest tego wart", pomyślała. A przecież miała okazję być w znacznie gorszej sytuacji i jakoś sobie poradziła, prawda?

Odkleiła się od drzwi i z westchnieniem zaniosła karton z rzeczami do swojego pokoju. Tego większego, bo Bia się uparła, aby to ona go zajęła, mimo że czynsz płaciły po połowie. Skrzywiła się na widok fioletowego łańcucha udrapowanego wokół framugi. Kusiło ją, aby go zerwać, wiedziała jednak, że sprawiłaby tym przykrość przyjaciółce.

Ledwie zdążyła postawić karton na łóżku, kiedy usłyszała klucz obracający się w zamku. O wilku mowa.

- Jose? Josie! - Nawoływaniu Bii towarzyszyły dźwięki upadania różnych przedmiotów, w tym brzęczących kluczy. I głośne przekleństwa. Josie wbrew sobie się zaśmiała; wystawiła głowę z pokoju, a jej oczom ukazały się kolorowa torba i jej zawartość porozrzucana po podłodze. Próbująca wydostać rękę z rękawa płaszcza Bia napotkała spojrzenie Josie i uniosła trzymaną w drugiej ręce butelkę wina. - Najważniejsze uratowałam. - Ostrożnie postawiła wino na stopniu prowadzącym do kuchni, po czym w końcu udało jej się zdjąć płaszcz i bez patrzenia cisnęła go do swojego pokoju. - Chodź, wyglądasz, jakbyś potrzebowała kieliszka tej ambrozji.

Josie udała się za nią posłusznie do kuchni połączonej z salonem. Przysiadła na sofie kupionej z drugiej ręki, a w tym czasie Bia rozglądała się za kieliszkami. Salon był już gotowy na święta - gzyms atrapy kominka i okna zdobiły lampki, a w kącie stała niewysoka choinka z bombkami i łańcuchami w kolorze błękitu, srebra, czerwieni i złota i jeśli wpatrywało się w nią zbyt długo, można było dostać oczopląsu. Wszystko było dziełem Bii, z wyjątkiem jednej ozdoby choinkowej - małego drewnianego łabędzia, którego Bia podarowała Josie w pierwsze wspólne święta i od tamtej pory zmuszała ją do corocznego wieszania go na choince.

Josie miała niesamowite szczęście, że Bia była jedną z czterech osób, z którymi wynajmowała mieszkanie po przeprowadzce do Londynu. Nikogo tutaj nie znała, musiała więc skorzystać z ogłoszenia o wolnym pokoju, a decyzję o wynajmie podjęła po dwudziestu minutach oględzin i krępującej rozmowy z pozostałymi współlokatorami. Przekonała ją do tego obecna w Bii iskra i teraz, osiem lat później, nadal razem mieszkały, choć już w innym lokum.

- No dobra. - Bia postawiła przed przyjaciółką kieliszek czerwonego wina, po czym oparła się o blat oddzielający salon od kuchni. - Minęłam na schodach tego kurdupla.

Mierząca niecałe metr pięćdziesiąt Bia raczej nie powinna nikogo nazywać kurduplem, od zawsze jednak żywiła przekonanie, że Oliver ma kompleksy związane z tym, że jest o kilka centymetrów niższy od swojej dziewczyny. Może i miała rację, zwłaszcza że Cara była perfekcyjnie filigranowa, a nie wysoka i niezdarna jak Josie.

Josie ściągnęła brwi. Bia wiedziała już o rozstaniu i o tym, że o przespaniu się z inną Oliver poinformował jej przyjaciółkę, kiedy ona sama leżała jeszcze w łóżku, zaspana i nieubrana.

- Chcesz o tym pogadać? - zapytała.

Josie wzruszyła ramionami.

- Nie ma o czym. Przyniósł mi moje rzeczy.

Bia prychnęła.

- Jakież to miłe z jego strony.

- Prawda?

Bia pociągnęła łyk wina, zamknęła oczy i jęknęła z wcale nie do końca udawaną rozkoszą.

- Dzięki Bogu za to. - Westchnęła. - Przysięgam, Jose, że jeśli ktoś zaproponuje mi jeszcze jeden kieliszek grzanego wina, to rzygnę mu tą cholerną grzaną wodą w twarz.

Josie uniosła brwi.

- Co się stało z moją radosną i świąteczną przyjaciółką?

- Och, nadal tu jest, ale ma ochotę na szampana, a nie ciepły alkohol. - Bia pociągnęła kolejny łyk i Josie wzięła z niej przykład.

- Dobre.

- Malbec. - Bia się wyszczerzyła. - Ma mnie wprawić w odpowiedni nastrój na jutrzejszy lot.

Josie ściągnęła brwi.

- Co takiego?

- Nie mów, że zapomniałaś.

Josie wyraźnie się zawahała.

- Argentyna! - zawołała Bia, a kiedy uniosła szybko kieliszek, wino chlapnęło niebezpiecznie blisko krawędzi. - Pamiętasz? To ty mnie namówiłaś. Zamierzam tam lecieć, znaleźć namiętność swojego życia, spędzić święta na plaży, a sylwestra na imprezowaniu w Buenos Aires. Mówiłam ci o tym - upierała się.

- Ale... ale nie sądziłam... - Josie nie dokończyła zdania.

Owszem, namawiała ją na ten wyjazd, kiedy sama miała w planach święta z Oliverem, nie sądziła jednak, że rzeczywiście go zarezerwuje. Bia nader często obwieszczała doniosłe plany i nigdy ich nie realizowała - latem zrezygnowała z wyjazdu na miesięczne warsztaty jogi w Hiszpanii, bo uznała, że w sumie nie przepada za jogą; kiedyś zapisała się na kurs aktorstwa w Londynie, a dopiero potem zorientowała się, że ją na niego nie stać; doszła do wniosku, że zarabianie na domowej sprzedaży kosmetyków to genialny pomysł, szybko jednak się przekonała, że wymaga to całkiem sporego nakładu pracy.

- ...a kiedy wrócę, cudownym sposobem będę w końcu wiedziała, co chcę zrobić ze swoim życiem, i rzucę tę beznadziejną posadę asystentki. - Josie kiwała głową i starała się mieć taką minę, jakby bacznie się wsłuchiwała w każde słowo przyjaciółki. - No bo tak to przecież wygląda, nie? Zmieniający życie wyjazd, życiowe objawienie?

- Co? Tak, tak, na pewno.

Bia skrzywiła się, wyraźnie zawiedziona brakiem entuzjazmu ze strony Josie.

- Chyba że według ciebie do końca życia powinnam być asystentką?

- Nie bądź niemądra - zaprotestowała Josie.

Tak naprawdę to nie do końca nadążała za zmianami w życiu zawodowym Bii - jej przyjaciółka nie zagrzewała w żadnej pracy miejsca dłużej niż osiem miesięcy, traktując to jako próby dowiedzenia się, czym rzeczywiście pragnie się zajmować. Żyjąc w taki sposób, Josie jak nic wykorkowałaby na serce, ale u Bii to się sprawdzało.

- Jose, wszystko okej? - zapytała Bia, przyglądając jej się z niepokojem.

- Tak - odparła Josie i napiła się wina. - Po prostu, no wiesz, Oliver.

Bia przytaknęła ze współczuciem. Prawdę mówiąc, Josie dopiero teraz uświadomiła sobie, że święta spędzi sama. Wcześniej nie poświęcała temu wiele uwagi, jak zawsze spychając ten temat na samo dno świadomości, gdyby to jednak robiła, zakładałaby, że skoro rodzice Bii także mieszkają w Londynie, to będzie mogła liczyć na jej towarzystwo. A teraz czekała ją ponura perspektywa ponad tygodnia samotności. Odruchowo spojrzała na stojącą przed nią ławę i trzy koperty, którymi była zajęta, kiedy przerwał jej Oliver. Pierwsza, nieotwarta, kryła w sobie jakieś pismo z pracy. Druga - bożonarodzeniowa kartka od babci - przypominała jej po raz kolejny, że zaproszenie na święta pozostaje aktualne. Trzecią był taki sam list, jaki każdego roku pisała do rodziców.

Spojrzenie Bii także padło na koperty, ale milczała, za co Josie była jej wdzięczna. Na razie nie była w stanie opowiedzieć przyjaciółce o pracy, a Bia wiedziała, dlaczego Josie nie może się przemóc i spędzić świąt u dziadków. Ale o ostatnim liście nie miała pojęcia. Josie nigdy o nim nikomu nie powiedziała - było to coś prywatnego, coś, co robiła tylko dla siebie.

- Mogłabyś lecieć ze mną - powiedziała miękko Bia. - Moja propozycja niezmiennie pozostaje aktualna.

Josie podniosła wzrok i z niechęcią spotkała się ze zrozumieniem malującym się na twarzy przyjaciółki. I znowu musiała walczyć ze łzami. Wszystko przez to, że dzisiejszy dzień był taki trudny.

- Nie mogę. - Westchnęła. - Przepraszam.

Myśl o rezerwacji biletu na jutrzejszy lot ją przerastała, zważywszy, jak w ciągu zaledwie tygodni drastycznie zmieniło się jej życie. Niejednokrotnie była świadkiem, jak impulsywne decyzje mają fatalne konsekwencje, a choć tego rodzaju spontaniczność sprawdzała się w przypadku Bii, nie było to coś, co Josie przychodziło ot tak. Na samą myśl o czymś takim jej żołądek zaciskał się w supeł.

- No a Laura? - zapytała Bia, mając na myśli przyjaciółkę Josie z pracy. - No wiesz, na święta?

- Wyjechała do Szkocji z tym swoim przystojnym szkockim narzeczonym.

Bia pokręciła głową.

- Typowe. Okej, no dobra, w torebce mam jeszcze jedną butelkę wina...

- Jakże by inaczej.

- Wykończmy więc obie, zamówmy jakieś żarcie i może włączmy To właśnie miłość albo, jeśli wolisz, Dumę i uprzedzenie czy coś w tym rodzaju.

Josie zmarszczyła nos.

- Nie bardzo jestem w nastroju na romantyczne historie.

Władca pierścieni?

Josie się roześmiała. Przeniosła spojrzenie z Bii - twarz w kształcie serca otoczona aktualnie kręconymi czerwonymi włosami, które ufarbowała specjalnie z myślą o świętach, co jednak szybko może się zmienić - na nazbyt strojną choinkę i poczuła bolesne ściskanie w klatce piersiowej na myśl, że już jutro zostanie tu sama. Wróciło pieczenie pod powiekami. Boże, musi wziąć się w garść. Ponownie spojrzała na leżące na ławie trzy koperty, pomyślała o tym, co sobą reprezentują, i doszła do wniosku, że musi stąd wyjść.

- Potem to ustalimy, okej? Muszę wysłać ten list, ale wrócę w trymiga.

- Teraz!? - wykrzyknęła Bia z niedowierzaniem.

- Zaraz wrócę - zapewniła ją Josie.

Wstała, odstawiła na wpół opróżniony kieliszek, po czym wzięła z ławy trzy listy. Dwa rzuciła na łóżko obok kartonu ze swoimi rzeczami, zabrała telefon, blokadę do roweru i na wszelki wypadek kartę płatniczą.

Gdy wyszła na korytarz, na prowadzącym do salonu schodku stała Bia i przyglądała jej się ponad krawędzią kieliszka.

- Jeśli dajesz drapaka, dlatego że w przeciwieństwie do mnie wyczuwasz dym, to masz jak w banku, że po tym, jak spalę się żywcem, wrócę i będę cię straszyć.

Przewróciwszy oczami, Josie włożyła kurtkę, adidasy, a do kieszeni wcisnęła kopertę.

- Bosko, już to sobie wyobrażam.

- No dobrze, ale masz się po-spie-szyć - oświadczyła Bia, przeciągając sylaby w ostatnim wyrazie. - Jeśli szybko nie wrócisz, wypiję resztę wina. W dodatku prosto z twojego kieliszka.

Josie machnęła ręką, po czym wyszła z mieszkania.

Gdy tylko znalazła się po drugiej stronie drzwi, zacisnęła mocno powieki. Od dwudziestu lat ani razu nie wyczekiwała niecierpliwie Bożego Narodzenia. Dawno temu zapomniała, jak wyglądały święta, kiedy była mała, rozgorączkowana i podekscytowana przyjściem Świętego Mikołaja i nasłuchiwała skrzypnięć drewnianej podłogi w pokoju rodziców. I choć cieszyła się co roku z wolnego w pracy i czasu, który mogła spędzać w gronie przyjaciół będących w lepszych nastrojach i tylko szukających pretekstu do zabawy, nie znosiła tego całego świątecznego odliczania i wspomnień, jakie nieuchronnie niosły ze sobą święta. W ostatnich latach jakoś dawała sobie radę dzięki przyjaciółkom, zwłaszcza Bii i Laurze, wymagającej pracy, a ostatnio także Oliverowi. A teraz straciła co najmniej dwa z tych odwracaczy uwagi. Wsunęła rękę do kieszeni kurtki i musnęła dwoma palcami gładką kopertę. Zanosiło się na to, że w tym roku Boże Narodzenie będzie wyjątkowo ponure.

ROZDZIAŁ DRUGI

Twarz Josie smagało zimne, wilgotne powietrze, kiedy śmigała rowerem przez Streatham Common, mijając biegaczy truchtających mozolnie po drugiej stronie drogi. Jej odziane w rękawiczki palce spoczywały na hamulcach. Z ust wydobywała się para, która szybko rozpływała się w ciemności. Z powodu wszystkich tych świateł i ludzi ciemność nigdy nie miała w Londynie wielkiego zasięgu, nie tak jak w niewielkiej wsi, w której wychowała się Josie - tam nauczyła się zabierać latarkę za każdym razem, kiedy wychodziła z domu po zmroku. Strasznie jej było zimno w policzki i miała wrażenie, że do skóry przywierają maleńkie krople wody, mimo że nie padał deszcz. Ostatnio sporo mówiło się o śniegu, w pracy i w telewizji, a cały kraj ekscytował się jak co roku perspektywą białych świąt. Ona wolałaby deszcz, wiedziała jednak, że to kontrowersyjna opinia, którą lepiej zachować dla siebie. Ale dla Josie śnieg przynosił jedynie bolesne wspomnienia Bożego Narodzenia sprzed dwudziestu lat, leżących obok niej pełnych, lecz nieotwartych skarpet, patrzenia przez okno, jak na pusty podjazd przed domem dziadków spadają puchate płatki, słuchania, jak babcia dusi szloch, szykując w sąsiednim pomieszczeniu gorącą czekoladę dla Josie.

Poczuła kłucie w nosie, skrzywiła się i zaczerpnęła więcej powietrza. Zakaszlała, bo w tym samym czasie połknęła niechcący spaliny. Zjechawszy ze wzgórza, skręciła w prawo i przyspieszyła, mijając dworzec i pierwszą dostrzeżoną skrzynkę pocztową. Nie była jeszcze gotowa na to, aby wysłać list i zawrócić - z całej siły chciała zapomnieć o tym beznadziejnym dniu.

Kolejne światła zmusiły ją do zatrzymania się. Oddychała ciężej, niż powinna, zważywszy na krótki czas pedałowania. Kiedy światła z czerwonych zmieniły się na zielone, fala ludzi przy wtórze klaksonów zaczęła przechodzić przez ulicę - głowy spuszczone, pośpieszne ruchy, by jak najszybciej wrócić do ciepłych domów. Ale trzy osoby się nie spieszyły; szły spacerkiem, uśmiechnięte, nieświadome otaczającego ich komunikacyjnego chaosu. Rodzina: mama, tata i pięcio-, może sześcioletni chłopiec. Śmiejący się chłopiec miał na głowie opaskę z rogami renifera, które podskakiwały przy każdym ruchu. Oboje rodzice trzymali go za ręce, on zaś wywijał nimi w sobie tylko znanym rytmie.

Ta scenka tak bardzo przypominała Josie ją i jej rodziców w wieczory takie jak ten, tyle że spokojniejsze, bez ulicznego gwaru, zirytowanych klaksonów, posykujących ludzi, którym ktoś zaszedł drogę. Ulice w jej wsi może i były węższe i bezpieczniejsze, ale ona i tak ściskała dłonie rodziców i żądała, aby na trzy podnosili ją i huśtali, aż w końcu zrobiła się zbyt wysoka, aby mogli tak robić. Odkąd sięgała pamięcią, w taki właśnie sposób tydzień przed Bożym Narodzeniem udawali się do skrzynki pocztowej. Ręka w rękę, ona w środku z ukrytym w kieszeni kurtki listem do Świętego Mikołaja, gotowa, aby go wysłać na biegun północny.

W jej pamięci utkwił ten rok, kiedy skończyła dziewięć lat. Napadało dużo śniegu, a ona biegała po nim, pozostawiając świeże ślady tak, jak jest to możliwe tylko na wsi, i domagała się, aby kupić w sklepie marchewkę na nos dla bałwana. Bo żadna z domowych się nie nadawała - Josie się upierała, że musi być idealna. Tak więc w drodze do sklepu wrzucili do skrzynki list, a ona przestała się huśtać na rękach rodziców, dopiero kiedy mama o mało nie straciła równowagi na śliskim chodniku. Z jakiegoś powodu ta właśnie chwila wyryła się w jej pamięci - to, jak obszyty futerkiem but mamy się poślizgnął, jak chwyciła rękę Josie, aby się nie przewrócić, mało nie pociągając jej przy tym za sobą. Jak śmiała się z siebie, jak razem z tatą szczerzyli się do siebie ponad czubkiem głowy Josie. A ona często teraz myślała, że stanowiło to przeczucie tego, co miało się zdarzyć tydzień później.

Co napisała w tamtym liście do Mikołaja? Pamiętała skrzypienie śniegu pod butami, to, że im bliżej byli skrzynki, tym bardziej palce drętwiały jej z zimna mimo ciepłych czerwonych rękawiczek. Pamiętała srebrną, ozdobioną pomponem czapkę mamy naciągniętą na długie włosy w odcieniu mysiego brązu, co według małej Josie nadawało jej wygląd księżniczki. I słyszała głos taty, wymieniającego niemądre rzeczy, które mogła umieścić na liście - lewą skarpetkę, cebulę, nową zmywarkę. Ale nie miała bladego pojęcia, co rzeczywiście tamtego roku pragnęła dostać od Mikołaja, czego pragnęło jej dziewięcioletnie serce.

Wierzyła jeszcze wtedy w Mikołaja. Po tamtym roku kontynuowała tradycję pisania listów i wrzucania ich do skrzynki. Jakoś nie umiała się tego wyrzec. Tyle że teraz list wyglądał zupełnie inaczej i co roku umieszczała w nim te same słowa.

Kochani Rodzice, strasznie za Wami tęsknię.

Wesołych świąt i dużo miłości.

Josie

Do rzeczywistości przywołał ją głośny dźwięk klaksonu. Dotarło do niej, że światła zdążyły się zmienić, a ona blokowała ruch, ponieważ czekała na środku ulicy, a nie po lewej stronie, tak jak powinna. Krzywiąc się, wskoczyła na siodełko i szybko zjechała na bok, celowo nie patrząc na samochód za sobą, w obawie, że dostrzeże gniewne spojrzenie kierowcy. Otarła łzę, która niepostrzeżenie spłynęła jej po policzku, wzięła głęboki wdech i zaczęła miarowo pedałować. Minęła kolejną skrzynkę pocztową, lecz nie była gotowa na powrót do mieszkania, nie była gotowa na to, aby uśmiechać się, pić i rozmawiać o tym, jak wspaniale Bia będzie się bawić w Argentynie. Musiała najpierw oczyścić głowę. "Myśl o czymś innym", nakazała sobie stanowczo. Automatycznie jej umysł przełączył się na pracę, co akurat w tej chwili nie okazało się szczególnie pomocne. Dlatego że przywołało obraz jej szefowej, odrzucającej do tyłu idealne proste czarne włosy i zaciągającej Josie do jednego z tych małych szklanych boksów na "rozmowę".

Josie, obawiam się, że musimy o czymś porozmawiać.

Zacisnęła zęby i przyspieszyła, wyprzedzając rowerzystę jadącego przed nią. Myślami przebywała na Streatham High Road, pod świątecznymi iluminacjami, które choć nie były równie imponujące jak te na Oxford Street, to jej wieś nie miała się czego wstydzić. Zastanawiała się, czy nadal się je wiesza i jak bardzo zmieniły się świąteczne tradycje. Przed laty wszyscy mieszkańcy zbierali się, aby oglądać, jak włączane są iluminacje, dzielili się grzanym winem i babeczkami, wykorzystując to jako pretekst do wymiany najświeższych ploteczek. Chodziła tam z rodzicami co roku i od razu znikała razem z najlepszą przyjaciółką ze szkoły, by wspólnie polować na czekoladki, które nieuchronnie ktoś pozostawiał bez nadzoru. Rok po tym, co się stało, zabrali ją tam dziadkowie, lecz ani na chwilę nie przestała płakać, więc później dali sobie spokój. Ciekawe, czy powrócili do tego zwyczaju po jej wyjeździe na studia, kiedy ani razu nie odwiedziła ich w święta, czy może dla nich także było to zbyt bolesne. Jakoś nigdy się nie przemogła, by ich o to zapytać.

Wykonała gwałtowny skręt, unikając zderzenia z przechodniem, który bez patrzenia wszedł na ścieżkę rowerową. Nie zamierzała wcale o tym myśleć, zdecydowanie nie poprawiało jej to nastroju. W porządku, skoro nie praca, to coś innego. Ale oczywiście tym czymś okazał się nieuchronnie Oliver. Oliver mówiący jej, że musi z nią o czymś porozmawiać, gdy leżała jeszcze w jego łóżku. Oliver śmiejący się z jej komentarzy o tym, jak to Cara podczas firmowego spotkania ciągle na niego zerkała, mówiący jej, że niedługo wróci, że zostanie jedynie na jeszcze jedną kolejkę. No i Cara, odgarniająca z twarzy miękkie fale, obserwująca Olivera tymi swoimi intensywnie niebieskimi oczami obwiedzionymi złotym eyelinerem, ubrana w oszałamiającą czerwoną sukienkę.

Czerwoną sukienkę... Jej mama też włożyła czerwoną sukienkę na tamto przyjęcie bożonarodzeniowe. Przyjęcie, na które jej rodzice nie zamierzali jechać, ale w ostatniej chwili zmienili zdanie, nakłonieni przez babcię Josie. Do czerwonej sukienki mama wybrała czerwoną szminkę - pozwoliła, aby to Josie pomalowała jej usta.

Bądź grzeczna, tak, Josie? Głos taty, nieco niewyraźny w jej wspomnieniu, bo nie do końca pamiętała, jak brzmiał. Jego obejmujące ją ręce i obracające dokoła, jej radosne piski, krzywa mina mamy, bo naprawdę była już za ciężka, aby tak nią wywijać. Bo wiesz, Mikołaj ma jeszcze czas, aby zmienić zdanie.

Tym razem Josie poszczęściło się na światłach i przejechała tuż przed tym, jak się zmieniły na pomarańczowe. Coraz szybciej oddychała, ale nie zwalniała tempa, gdyż potrzebowała tego pieczenia w udach.

Babcia, klepiąca mamę po dłoni. Jedźcie i dobrze się bawcie, skarbie, a my tu świetnie damy sobie radę, prawda, Josie?

Josie przytaknęła. Włosy miała zaplecione w warkocze i zamierzała pójść tak spać, żeby rano mieć loki, bo wtedy wyglądały najlepiej, a wszyscy wiedzieli, że w Boże Narodzenie trzeba ładnie się prezentować. Wcale nie chciała, aby rodzice tam jechali, chciała, aby zostali i obejrzeli z nią film, obiecali jednak, że rankiem już tu będą, że zaraz po przebudzeniu będzie mogła zakraść się do ich pokoju i zajrzeć do skarpety z prezentami.

Widziała teraz niewyraźnie, a światła samochodów wyglądały bardziej jak płomienie przeskakujące na pozostałe części ulicy, spowijające wszystko pomarańczową poświatą.

Policjant w drzwiach, rozmawiający z dziadkiem otulonym w kraciasty szlafrok. Josie schodząca na paluszkach na dół, zastanawiająca się, dlaczego wszyscy obudzili się przed nią i czy spóźniła się na naleśniki, które mama przygotowywała w każdy bożonarodzeniowy ranek. Twarz babci, blada, czerwone oczy, kiedy się odwróciła, aby na nią spojrzeć.

Chodźmy na chwilę na górę, dobrze, Josie, kotku?

Po jej twarzy płynęły teraz łzy i nie była w stanie ich powstrzymać. Wypalały na zimnych policzkach mokry, gorący szklak, a w kącikach ust czuła ich słoność.

Zamigały światła i Josie nie miała pewności, czy to teraźniejszość, czy wspomnienie. W jej głowie rozległ się dźwięk klaksonu. Twarze rodziców w świetle reflektorów. Nie było jej tam wtedy, ale nie powstrzymywało jej to przed wyobrażaniem sobie, jak wyglądała tamta scena.

Znowu klakson, tym razem głośniejszy. Z cichym okrzykiem obróciła kierownicę i ponownie wjechała na ścieżkę dla rowerów. Spuściła wzrok, aby zmienić przerzutkę, i w tym momencie rękawiczki ześlizgnęły się z metalu.

Kiedy podniosła głowę, ujrzała czarną taksówkę stojącą na drodze tuż przed nią, na ścieżce rowerowej, z włączonymi światłami awaryjnymi. Próbowała zahamować, ale drzwi samochodu otwierały się już od strony chodnika. Zaklęła, wykonała skręt i przez ułamek sekundy widziała twarz mężczyzny, który wysiadł z taksówki, zamknął za sobą drzwi i zerknął w jej stronę, rejestrując, że jedzie prosto na niego.

Rowerowe hamulce przeraźliwie zapiszczały i Josie próbowała skręcić w lewo, aby go ominąć. Za późno. Serce zabiło jej ostrzegawczo i na paraliżującą sekundę napotkała skonsternowane spojrzenie mężczyzny, w którego oczach odbijało się światło jej roweru.

W tym momencie poleciał do tyłu, a rower uciekł spod niej. Wyciągnęła przed siebie ręce, a jej nadgarstki przeszył ból, kiedy z głuchym łupnięciem wylądowała na asfalcie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Josie leżała na ziemi; serce waliło jej jak młotem, w uszach słyszała dzwonienie. Piekły ją kolana i czuła, jak przez rajstopy przesiąka wilgoć. Gdy udało jej się jakoś przyklęknąć, zobaczyła, że trzęsą jej się ręce.

Otaczało ją kilka osób, z których jedna krzyczała - ten dźwięk w końcu przedarł się przez dzwonienie w uszach. Skupiła się na postaci nadchodzącej z drugiej strony taksówki - kobiecie. Niskiej i nieco korpulentnej. Dlaczego ona na nią krzyczy? I wtedy do niej dotarło - to była taksówkarka.

- Nie widziałaś mnie? - zawołała, a głos miała nieproporcjonalnie potężny w stosunku do ciała. - Co ty sobie, u licha, myślałaś, tak szybko jadąc? Ślepa jesteś? Nie sądzisz, że trzeba było, cholera, zwolnić?

Josie niezdarnie wstała, lekko się przy tym krzywiąc. Nie doznała żadnych poważnych obrażeń, ale podczas próby amortyzacji upadku ręka jej się wygięła pod nienaturalnym kątem, no i jak nic nabiła sobie siniaka na biodrze. I podarła rajstopy. Super. Nauczka za wsiadanie na rower w zupełnie nienadających się do tego ciuchach.

Jeden z przechodniów zapytał, czy nic jej się nie stało, a ona pokręciła głową, gdy tymczasem taksówkarka dalej się żołądkowała, jej spojrzenie przeskakiwało zaś z Josie na coś za jej plecami. Josie podskoczyła, o wiele za późno przypomniawszy sobie o mężczyźnie, w którego wjechała. Odwróciła się na pięcie i serce ponownie jej przyspieszyło.

Na jego widok jej oddech nieco się uspokoił. Mężczyzna, któremu pomagał inny, lekko łysiejący przechodzień, właśnie wstawał. Ruchy miał powolne i niezdarne. Zdenerwowana rzuciła się w jego stronę.

- Nic ci się nie stało? - wyrzuciła z siebie, ale on zdawał się jej nie słyszeć ponad gwarem zgromadzonych gapiów.

Łysiejący mężczyzna podawał mu właśnie portfel i kilka kartek, które musiały mu wypaść w trakcie zderzenia. Zrobiła kolejny krok w jego stronę, odprowadzana nieprzyjemnym spojrzeniem taksówkarki. Boże, a jeśli jest ranny? Stał, ale jakoś tak niepewnie - a jeśli ma złamane żebro albo coś innego?

- Ja... - Urwała i zrobiła gwałtowny wdech, kiedy w końcu na nią spojrzał. Miała problem z dojrzeniem całej twarzy, mignęły jej tylko mocno zarysowana szczęka i potargane włosy. Obejmując się ramionami, podeszła bliżej. - Strasznie przepraszam - wyrzuciła z siebie.

Milczał. Nie patrzył na nią, zamiast tego skupił się na tym łysiejącym, który pomagał mu zbierać resztę porozrzucanych drobiazgów.

Josie była dojmująco świadoma tego, że pocą jej się dłonie.

- Naprawdę nie wiem, co powiedzieć, przeprosiny to za mało - paplała szybko. Wolałaby, aby spojrzał jej w oczy, zamiast wbijać wzrok w asfalt, jakby nie była warta zwrócenia na nią uwagi. - Po prostu... nie wiem, co się stało, nie koncentrowałam się, wina leży w pełni po mojej stronie i...

Uniósł rękę, a w tym czasie gapie zaczęli się rozchodzić, tracąc zainteresowanie. Zmierzył ją wzrokiem z góry na dół, jakby oceniał szczerość jej słów, lustrując podarte rajstopy, sukienkę widoczną spod niebieskiej zimowej kurtki, fioletowo-białe adidasy, które zdecydowanie nie pasowały do tego stroju. A kiedy jego spojrzenie powędrowało ku jej twarzy, poczuła, że robi jej się ciepło w policzki. Doskonale wiedziała, że wygląda jak nieboskie stworzenie - nieznajomy najpewniej był przekonany, że wjechała w niego jakaś wariatka.

- W porządku - odezwał się na tyle cicho, że ledwie go usłyszała na tej hałaśliwej ulicy.

Odwrócił się, aby podziękować łysiejącemu mężczyźnie, który skinął głową, posłał Josie zaciekawione spojrzenie, po czym się oddalił.

- Wcale nie w porządku - burknęła taksówkarka.

Ale zdążyła się już odwrócić tyłem do obojga, najwyraźniej uznawszy, że skoro nikt nie został poważnie ranny, to może stąd odjechać.

Josie przestąpiła z nogi na nogę. Czuła bolesne pulsowanie w kolanie, ale nie chciała się nachylać, aby je obejrzeć, żeby nie wyglądało to tak, jakby bardziej martwiła się o siebie niż nieznajomego, z którym zaledwie przed chwilą się zderzyła. Teraz, kiedy zostali sami, zerknął na nią i w jego spojrzeniu pojawił się przelotny błysk, jakby się zdziwił, że jeszcze tu jest. Nie potrafiła rozgryźć koloru jego oczu - nie miała pewności, czy wydają się ciemne z powodu jego chmurnej miny, czy po prostu takie są. Był mniej więcej w jej wieku i wyższy o jakieś pięć centymetrów.

- Bardzo, ale to bardzo przepraszam - powtórzyła i choć wiedziała, że brzmi jak zdarta płyta, to nie miała pojęcia, co jeszcze mogłaby dodać, żeby w tych okolicznościach nie zabrzmiało naprawdę kiepsko.

- Powiedziałem, że w porządku. - Jego słowom towarzyszyło zmęczone westchnienie.

Przygryzła wargę, nim jednak zdążyła dodać coś więcej, taksówkarka opuściła szybę od strony pasażera.

- Czyli wszystko okej? - zapytała.

Widać było, że rozmyślnie nie patrzy na Josie, najwyraźniej uznawszy, że to lepsza forma kary niż krzyk.

Mężczyzna przytaknął.

- Okej, dzięki.

No proszę, wobec taksówkarki potrafił zachowywać się przyjaźnie. Z drugiej strony ta kobieta pomagała mu dostać się w miejsce, do którego zmierzał, a nie przewróciła go w chwili, kiedy tam dotarł.

Taksówkarka uniosła szybę i włączyła się do ruchu za autobusem.

Mężczyzna ponownie ściągnął brwi, skupiając uwagę na ścieżce. Sposób, w jaki ignorował Josie, usprawiedliwiałby jej odejście, tyle że nie czuła się dobrze z myślą, że miałaby go tak zostawić. Ona także zerknęła na ścieżkę i pierwsza dostrzegła, czego nieznajomy szukał wzrokiem. Podniosła telefon, leżący jakiś metr od niej, a na widok popękanej szybki poczuła ściskanie w żołądku.

- Cholera - mruknęła i podała mu go z przepraszającą miną. - Tak bardzo...

- Przepraszam?

Biorąc od niej telefon, uniósł brwi, a Josie poczuła, że się rumieni. Teraz już widziała, że jego oczy mają kolor zielony, nieco jaśniejszy na obrzeżach tęczówek.

- Zapłacę - powiedziała od razu.

Zastanawiała się, co to za model iPhone'a i ile ją to będzie kosztowało. Mężczyzna bez słowa schował telefon do kieszeni, następnie ze ścieżki podniósł porzucony rower i przestawił go na chodniku. Do Josie dotarło, że sama powinna to była zrobić. Rower tarasował ścieżkę i w ogóle nie przyszło jej do głowy, aby go usunąć.

Podeszła do mężczyzny.

- Serio, pozwól mi za to zapłacić. Może gdzieś niedaleko jest jakiś otwarty sklep z telefonami i moglibyśmy...

- Daj spokój. - Wypowiedział te słowa w taki sposób, że w końcu odpuściła. - Nic się nie stało. Poza tym zaparkowaliśmy na ścieżce rowerowej, no nie? Więc wina leży nie tylko po twojej stronie. - Lekko poruszył kierownicą roweru, jakby nie mógł się doczekać, kiedy się go pozbędzie.

Przejęła go od niego.

- Ja tylko...

Z westchnieniem wyjął telefon z kieszeni, uruchomił go i pokazał Josie. Pod popękaną szybką było widać jakąś tapetę.

- Widzisz? - W tym słowie pobrzmiewała nutka agresji. - Działa. A poza tym - kontynuował, uprzedzając jej protesty - niedługo kończy mi się umowa. Jeśli więc mnie nie przeszkadza, że przez kilka tygodni będę żył z rozbitą szybką, to tobie też nie powinno. Okej? - To było bardziej żądanie niż pytanie.

- No cóż - rzekła powoli. - Skoro jesteś pewny...

Problem w tym, że choć twierdził, iż wszystko w porządku, ton jego głosu mówił zupełnie coś innego. Josie przygryzła wargę, zastanawiając się, co powinna zrobić w takiej sytuacji.

- Słuchaj, dzięki za troskę i w ogóle, ale po tym wszystkim dobrze mi zrobi kufel piwa, więc... - Urwał, rozejrzał się w obu kierunkach, po czym znowu spojrzał na nią. - Nie wiesz przypadkiem, gdzie tu znajdę jakiś pub?

- Zaprowadzę cię! - Wiedziała, że jej głos brzmi stanowczo zbyt entuzjastycznie, ale była pełna determinacji, by sprawić, żeby nie był tak na nią wkurzony. Ściągnął brwi, a ona pokiwała energicznie głową. - Znam fajny lokal w pobliżu.

Cóż, "fajny" to może nieco za dużo powiedziane, ale parę razy wybrała się tam z Bią na piątkowego drinka. Zaczęła iść, prowadząc przy tym rower, przez co musiała się niewygodnie pochylać. Nieznajomy szedł obok niej.

- Nie musisz mnie tam odprowadzać - burknął. Wcisnął ręce do kieszeni płaszcza, przypominającego ten, który Benedict Cumberbatch nosił w Sherlocku: był długi, szary i wyglądał na drogi. - Możesz mi po prostu wytłumaczyć, jak tam trafić.

- To żaden kłopot! - odparła nieco zbyt piskliwie.

I wiedziała, że wcale mu nie chodzi o robienie jej kłopotu, ale po prostu o jej towarzystwo. Już ona mu pokaże ten cholerny pub i może dzięki temu odsunie od siebie karmicznego pecha czy jakoś tak.

Nie wykazując najmniejszej chęci nawiązania rozmowy, mężczyzna szedł ze wzrokiem wbitym w chodnik. Josie miała ochotę go uszczypnąć. Wiedziała, że to ona w niego wjechała i w ogóle, ale nie musiał zachowywać się jak palant - ona na pewno by wybaczyła, gdyby ktoś zrobił jej coś takiego. Przecież to nie było specjalnie. Rozpaczliwie zastanawiała się, co powiedzieć - ale co się mówi do nieznajomego, na którego się wpadło przed chwilą na środku ulicy? Przydałaby jej się teraz Bia. Gdyby to ona tak zrobiła, ten facet zaśmiewałby się po upływie maksymalnie dwóch minut.

- No więc... eee... wracałeś do domu z pracy? - zagaiła w końcu.

- Nie - odparł powoli, a w spojrzeniu, jakie jej posłał, malowało się coś na kształt niedowierzania.

Josie nieco przyspieszyła kroku. Czyli nie, okej. Gdyby rzeczywiście wracał z pracy, to pewnie znałby tę okolicę i wiedział, gdzie znaleźć najbliższy pub. Z drugiej strony mógł być biznesmenem, prawnikiem albo inną grubą rybą i mieszkać w ogromnym domu na wsi, do Londynu przyjeżdżając tylko na spotkania. Poza tym nie musiał być tak cholernie nieprzyjemny. Mógł okazać choć odrobinę wdzięczności za to, że próbuje mu pomóc. Zerknęła na niego ukradkiem, ale wszystko skrywał ten cholerny płaszcz.

- A ty? - zapytał po chwili.

Sprawiał wrażenie osoby, która zmusza się do kontynuowania rozmowy.

Wzdrygnęła się, przyłapana na przyglądaniu mu się.

- Słucham?

- Wracałaś z pracy?

- Ach. Nie. - Boże, musi ją mieć za kompletną idiotkę. Odchrząknęła. - Nie, coś tylko załatwiałam. - Jedną rękę wsunęła odruchowo do kieszeni i aż podskoczyła, kiedy okazało się, że koperta zniknęła. Musiała w pewnym momencie wypaść.

- Wszystko w porządku?

- Tak. Sorki. Po prostu... jechałam wysłać list i chyba go gdzieś zgubiłam. - Nie szkodzi. Jutro napisze drugi i wtedy go wyśle.

- List? - Ton jego głosu był tym razem jakby mniej oziębły. - Ludzie nadal piszą do siebie listy?

Wzruszyła ramionami.

- Na to wygląda. Memo, to znaczy moja babcia, często je pisze, mimo że jest obeznana ze współczesnymi technologiami jak mało kto. - Nie musiała dodawać, że to nie do niej miała dziś nadać list.

Mężczyzna zszedł z drogi biegaczowi i przez chwilę milczał.

- Kiedy byłem dzieckiem - powiedział powoli - próbowałem przekonać kolegów ze szkoły, aby wysyłali do mnie listy z wakacji, ale ostatecznie się to nie przyjęło.

Wypowiedział te słowa ze śmiertelną powagą, ale Josie prychnęła.

- Naprawdę?

- Mmm. Mój ówczesny najlepszy przyjaciel, James Winterbourne, zachował list, który do niego napisałem, a potem przeczytał go na głos wszystkim kolegom, kiedy we wrześniu wróciliśmy do szkoły.

Ponownie się zaśmiała.

- To okropne! Co tam napisałeś?

- Boże, nie pamiętam. Bardziej mnie zabolał sam czyn. Nigdy mu tego tak do końca nie wybaczyłem.

- Aha. Więc James Winterbourne został skreślony z listy ślubnych gości z powodu listowego faux pas.

Nie odwzajemnił jej uśmiechu.

- Mniej więcej.

Kurde, może niepotrzebnie z tym wyskoczyła. Może był żonaty i jego małżeństwo się sypało albo został porzucony przed ołtarzem. A może James Winterbourne ożenił się z miłością jego życia?

- Skąd więc się tu wziąłeś? - zapytała z przesadną wesołością, próbując zmienić temat. - Mieszkasz w Londynie?

- Nie. - Pokręcił głową. - Nie, jestem z Bristolu. Właściwie to z kilku miejsc, ale wychowałem się w Bristolu i mieszkam tam teraz.

- Czyli przyjechałeś tutaj na święta?

Skrzywił się.

- Nie. Cóż, nie miało tak być. - Przeczesał palcami potargane włosy, których brązowy odcień przetykały miedziane pasemka. Pewnie to efekt sztucznego oświetlenia. - Miałem dzisiaj lecieć do Nowego Jorku, ale przez cholerną śnieżycę odwołano mi lot.

Josie ściągnęła brwi i spojrzała w niebo. Owszem, było zachmurzone, a w powietrzu nadal unosiło się echo mglistego deszczu, ale nic nie wskazywało na rychłe opady śniegu. Spojrzała na swego towarzysza i zobaczyła, że ten unosi brwi.

- Przecież nie chodzi o śnieżycę tutaj. - Wypowiedział te słowa w tak protekcjonalny sposób, że ponownie się zarumieniła. - Tylko gdzieś nad Atlantykiem czy jakoś tak. No ale nieważne. Wpisano mnie na listę rezerwową na kolejny lot, lecz wygląda na to, że utknąłem w Londynie.

- Fatalnie. - Josie miała nadzieję, że w jej głosie słychać należyte współczucie. - Czyli co, wrócisz do Bristolu?

- Nie, muszę tu zostać i czekać na lot, więc zameldowałem się w hotelu niedaleko stąd.

Kiwnęła głową, kiedy się zatrzymali, i wskazała na znajdujący się po prawej stronie stary budynek.

- Z zewnątrz nie prezentuje się jakoś specjalnie, ale z tego, co wiem, serwują tu dobre piwo, no a na tyłach mają przyjemny ogródek.

- O tak, przydatny podczas tego uroczego angielskiego lata, które właśnie trwa.

Brzmiało to jak żart, ale pewność miałaby dopiero wtedy, gdyby okrasił swoje słowa cholernym uśmiechem.

- Jeśli ci się nie podoba, mogę...

- Nie jestem wybredny. - Odwrócił się w jej stronę. - Dzięki. - Wyjął ręce z kieszeni i wyciągnął jedną w jej stronę. Obrączki brak, więc może bardziej prawdopodobna była teoria z ukradzioną miłością jego życia. - Tak w ogóle to jestem Max.

Podała mu odzianą w rękawiczkę dłoń. Uścisk miał pewny i zdecydowany i choć Josie nie była tak filigranowa jak Bia, jej dłoń w porównaniu z jego wydała się malutka.

- Josie.

W końcu się uśmiechnął. Było to zaledwie delikatne wygięcie kącików ust, ale jego twarz od razu utraciła ten wyraz surowości.

- No cóż, miło cię było poznać, Josie, nawet jeśli okoliczności naszego spotkania pozostawiają wiele do życzenia.

Skrzywiła się, mimo że w jego głosie nie było słychać jadu.

Puścił jej dłoń. W momencie, w którym się odwracał, wyrzuciła z siebie:

- A może postawię ci drinka?

Obejrzał się na nią i ściągnął brwi. Jeździła rowerem tam i z powrotem po chodniku, a jej skórę szczypały nieprzyjemne igiełki gorąca.

- To znaczy w ramach przeprosin. Drink za telefon.

I owszem, taki był częściowy powód, no bo serio, chociaż tyle mogła zrobić, ale nie chodziło wyłącznie o to. Powiedział, że tu utknął. Sam na święta, choć tak tego nie ujął. A ona nie chciała, żeby był sam, przynajmniej nie w tej chwili, bo doskonale wiedziała, jak to jest.

Przechylił głowę, jakby rozważał jej propozycję.

- Drink za telefon... - Wzruszył ramionami. - Okej.

Przygryzła wargę - jego reakcja była daleka od entuzjastycznej.

- Okej?

- Okej - powtórzył z powagą.

Wyraz jego twarzy niczego nie zdradzał.

Przypięła rower, żałując nieco tej impulsywnej propozycji, bo przecież wyglądało na to, że już im się skończyły tematy do rozmowy, po czym weszli do pubu. Pierwsze, co zrobiła, to zdjęła kurtkę, zaatakowana falą gorąca płynącą od kominka znajdującego się w rogu i całego mnóstwa ciał tłoczących się w lokalu. Skierowała się w stronę baru udekorowanego sztucznym zielonym łańcuchem i słoikami wypełnionymi maleńkimi lampkami, żałując, że nie ma żadnego miejscowego pubu, do którego mogłaby go zamiast tego zabrać, takiego, w którym właściciel znałby jej imię, w którym mogłaby sobie gawędzić z obsługą, a nie odczuwać skrępowanie tak jak w tej chwili.

Podeszła do nich barmanka z włosami związanymi w kitki, mimo że miała dwadzieścia kilka lat, prześlizgnęła się spojrzeniem po Josie, po czym zatrzymała je na Maxie. Uśmiechnęła się szeroko, bardziej do niego niż do Josie, a ta spojrzała na swojego towarzysza po raz pierwszy, odkąd weszli do pubu. No tak, oczywiście, że musiał się okazać cholernie przystojny, no nie? Zdjął płaszcz Sherlocka, pod którym miał granatowy pulower opinający ciało na tyle, że było jasne, iż sporo czasu poświęca na treningi. Kolor oczu widać było teraz wyraźniej: ciemna zieleń przechodziła subtelnie w odcień bursztynowy. Włosy miał lekko faliste, choć Josie nie była pewna, czy ich rozwianie to natura, czy skutek ich małego wypadku. A jego szczękę pokrywała odpowiednia ilość zarostu.

- Co podać? - zapytała barmanka.

- Eee, ja poproszę kieliszek domowego czerwonego - powiedziała Josie i spojrzała pytająco na Maxa, który wzruszył ramionami.

- Dla mnie to samo.

Z kieliszkami w dłoni Josie udało się znaleźć mały stolik w kącie i wślizgnęła się do boksu. Krzywiąc się, Max zajął miejsce naprzeciwko niej.

- Co się stało? - zapytała szybko.

Jeśli bolało go coś po wypadku, może powinna pozwolić mu być na nią lekko wkurzonym.

Max uniósł brwi w sposób sugerujący, że niepotrzebnie się tak niepokoi, po czym wskazał głową na sufit. Także spojrzała do góry, on jednak pokręcił głową.

- Nie, muzyka.

Wsłuchała się.

- Boże, straszna - przyznała. - Ale o tej porze roku nie da się uciec przez tymi niekończącymi się świątecznymi kawałkami. Trzeba zacisnąć zęby i je blokować.

Drgnęły mu usta, ale nie wygięły się w pełen uśmiech. Ani też, Boże uchowaj, się nie roześmiał.

- Wypijmy za to - zaproponował i stuknęli się kieliszkami.

Josie pociągnęła łyk. Wino nie okazało się tak dobre jak to, które przyniosła dziś Bia, ale nie było też złe.

Max oparł się wygodnie, nie odrywając wzroku od jej twarzy.

- No więc, Josie. Powiedz mi, czym się zajmujesz, kiedy nie jeździsz rowerem jak kamikadze, zderzając się na ulicy z nieznajomymi.

Pociągnęła kolejny łyk wina.

- Och, ale właśnie coś takiego jest moją główną profesją.

- Aha. To by tłumaczyło twoją wprawę. Dobrze się zarabia w tej branży?

- Doskonale. - I znowu to drgnięcie ust. - Pracuję w marketingu - przyznała.

- W marketingu - powtórzył w zamyśleniu.

- No, w agencji. - Zrobiła pauzę, po czym dodała nieco teatralnie: - W Peacock PR and Marketing.

Parsknął śmiechem, co zaskoczyło ją tak bardzo, że aż podskoczyła.

- Peacock PR? Mówisz poważnie?

- Niestety tak.

- Co więc konkretnie robisz?

Machnęła ręką.

- Różne rzeczy. Aktualnie dokonujemy rebrandingu "luksusowej" marki odzieży plażowej. - Uczyniła palcami znaki cudzysłowu, bo wiedziała, że gdyby tego nie zrobiła, brzmiałaby za bardzo jak Janice.

Pokiwał z powagą głową.

- O tej porze mają spory ruch w interesie, no nie?

- Zdziwiłbyś się. Mnóstwo bogaczy wybywa w tropiki w poszukiwaniu słońca zimą i tym podobne.

- Albo świątecznych prezentów - zauważył.

- Otóż to.

- Albo, no wiesz, są ludzie, którzy pragną wyglądać seksownie w bikini w Boże Narodzenie. Miła odmiana po sukience z cekinami.

- Jasne - przytaknęła. - Kilka lat temu przeprowadziliśmy badanie rynku i okazuje się, że całkiem spora część brytyjskiej populacji spożywa kolację w bikini. Moja firma dostrzegła więc w tym niezłą okazję.

Ponownie kiwnął głową i pociągnął łyk wina.

- Genialne. Czyli produkują świąteczne stroje plażowe? Ozdobione mikołajami, bałwanami i całą resztą?

Zaśmiała się.

- Nie, ale przedstawię klientowi ten pomysł.

W przerzuconej przez oparcie kurtce Josie zawibrował telefon, więc wyjęła go z kieszeni. Na szczęście jej aparat wyszedł z upadku bez szwanku. Nie stać jej było w tej chwili na kupno nowego.

Gdzie jesteś? Zgubiłaś się?

Bia. Josie szybko wystukała odpowiedź.

Załatwiam kilka spraw, niedługo będę.

No bo jakoś głupio jej było wyjaśniać za pośrednictwem WhatsAppa, że mało nie przejechała nieznajomego, a teraz pije z nim wino. Nawet jeśli dla Bii wystarczające wyjaśnienie stanowiłby fakt, że z nieznajomego jest niezły przystojniak.

- Wszystko w porządku? - zapytał Max.

- Tak. To tylko moja współlokatorka.

- Masz jedną?

- Aha, od kilku lat. A ty? Mieszkasz z kimś?

Ściągnął brwi, jakby uznał to pytanie za wścibskie, mimo że sam zapytał ją o to samo.

- Nie - odparł powoli. - W tej chwili mieszkam sam.

Josie ponownie przemknęła przez głowę teoria o porzuconym kochanku, ale nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, znów zawibrował jej telefon.

Jakie sprawy?? Przerwij to i wracaj do domu. Piję wino w samotności i robi mi się smutno.

Josie parsknęła.

Przestań! Będziesz jutro lecieć skacowana.

No właśnie. Musisz wracać i ocalić mnie przed samą sobą.

Schowała z uśmiechem telefon i podniosła wzrok. Zobaczyła, że Max przygląda jej się w sposób, przez który poczuła gorące prądy na karku.

- Przepraszam, będę musiała uciekać. Moja współlokatorka leci jutro do Argentyny i chcę się z nią pożegnać...

- Oczywiście. - Zerknął w stronę baru, przy którym panował o wiele większy tłok, niż kiedy tu przyszli. - Cóż, odpuszczę sobie stanie w tej kolejce po jednego drinka.

Wstał, dopił wino, a Josie w tym czasie zdjęła z oparcia kurtkę. Razem przecisnęli się ku wyjściu. Na dworze Josie odetchnęła chłodnym powietrzem, dzięki któremu szyja już jej tak nie piekła.

Max odwrócił się w jej stronę i włożył płaszcz.

- Dzięki za wino. Zdecydowanie wynagrodziłaś mi to, że próbowałaś mnie przejechać.

Zmarszczyła nos.

- Naprawdę cię za to przepraszam.

- Naprawdę? To mogłaś od razu tak powiedzieć.

Zaśmiała się cicho i podeszła do roweru przypiętego do latarni.

- Jak to się stało, że wybierasz się do Nowego Jorku?

- Moi rodzice tam mieszkają. Obiecałem, że tegoroczne święta spędzę u nich.

Ton głosu miał lekki, ale pobrzmiewało w nim coś dziwnie podobnego do tego, co było obecne w głosie Josie, kiedy opowiadała o świątecznych planach. Choć może to tylko projekcja czy coś w tym rodzaju. A nawet jeśli nie, nie powinna o to pytać.

- Mieszkają w Nowym Jorku? Czyli tam się wychowałeś? - Przechyliła głowę. - Nie brzmisz jak Amerykanin.

Uśmiechnął się.

- Nie, pozostał mi mój seksowny brytyjski akcent. Moja mama jest Amerykanką, ale przeprowadziła się tutaj, kiedy poznała tatę, więc dwa lata temu w ramach rewanżu nakłoniła go do przeprowadzki do Nowego Jorku.

- W sumie tak jest sprawiedliwie. No to co będziesz robił teraz, kiedy utknąłeś w Londynie? - Ściągnęła z konsternacją brwi, próbując odpiąć rower.

Niepotrzebnie włożyła rękawiczki, które tylko wszystko utrudniały.

Max oparł się o latarnię i przyglądał się zmaganiom Josie.

- Room service i filmy, taki mam plan.

- Dlaczego nie skorzystasz z tych wszystkich świątecznych atrakcji, które oferuje Londyn? Skoro i tak tu jesteś.

- Masz na myśli Winter Wonderland i całą resztę?

Roześmiała się.

- I po co ta zgryźliwość? Prawdę mówiąc, nie jest tam aż tak źle. Zazwyczaj także nie cierpię tego rodzaju atrakcji, ale moja współlokatorka zaciągnęła mnie tam kilka lat temu i w sumie było całkiem fajnie, i... - urwała. Fajnie było wyłącznie dlatego, że towarzyszyła jej Bia, która ciągnęła ją z podekscytowaniem od jednej atrakcji do drugiej. Ale Max robiłby to w pojedynkę, tkwiąc tutaj bez przyjaciół czy rodziny. Odchrząknęła i podniosła wzrok. Okazało się, że wbija w nią tak samo intensywne spojrzenie jak przed chwilą w pubie. - Jest tam, eee... jedzenie i picie i można pojeździć na łyżwach i w ogóle. Albo kupić na straganach prezenty last minute.

Powoli pokiwał głową.

- No dobrze. Uważam, że w takim razie powinnaś mnie tam zabrać. - Powiedział to spokojnie, ale ona i tak podskoczyła.

- Co takiego?

- Uważam, że powinnaś mnie tam zabrać - powtórzył, wkładając ręce do kieszeni. - Aby wynagrodzić mi tamto przejechanie.

Przechyliła głowę.

- Czy przypadkiem nie powiedziałeś, że wynagrodziło to wino?

Wzruszył ramionami.

- Zmieniłem zdanie. To co, spotkamy się na miejscu o drugiej?

- O drugiej?

- Aha. Jeśli będzie okropnie, to przynajmniej nie będziemy musieli tam spędzać całego dnia.

Wpatrywała się w niego bez słowa, nie do końca mając pewność, jak się w to wszystko wpakowała. W planach na jutro miała oglądanie telewizji i opłakiwanie Olivera w towarzystwie całego mnóstwa czekolady. I najpewniej właśnie dlatego teraz się wyprostowała.

- Okej.

Kąciki ust znowu mu drgnęły w tym prawie uśmiechu.

- Okej?

Kiwnęła głową.

- Okej.