Jak zabiłam swoją rodzinę - Bella Mackie

Kup ebooka

37.52 zł
29.27 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Wy­sia­dam z sa­mo­lotu i ude­rza we mnie ten wspa­niały po­dmuch go­rą­cego po­wie­trza, który Bry­tyj­czycy po­dró­żu­jący do cie­płych kra­jów nie­zmien­nie wi­tają dra­ma­tycz­nym okrzy­kiem, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że więk­szość miesz­kań­ców Ziemi nie jest ska­zana na kli­mat oscy­lu­jący mię­dzy chło­dem a sza­rugą. Po lot­ni­skach po­ru­szam się spraw­nie, a dziś na­wet bar­dziej niż zwy­kle, bo chcę unik­nąć męż­czy­zny, obok któ­rego mia­łam pe­cha sie­dzieć przez cały lot. Amir przed­sta­wił mi się, gdy tylko za­pię­łam pas bez­pie­czeń­stwa. Wy­glą­dał na trzy­dzie­ści kilka lat, a do ko­szuli, która na­pi­nała mu się roz­pacz­li­wie na ko­micz­nie wręcz wy­rzeź­bio­nej klatce pier­sio­wej, wło­żył z so­bie tylko zna­nego po­wodu błysz­czące spodnie dre­sowe. Na sto­pach, o zgrozo, miał klapki ba­se­nowe Gucci i skar­petki pod ko­lor. Po­waż­nie się za­sta­na­wia­łam, czy nie po­pro­sić ste­war­desy o inne miej­sce, ale stra­ci­łam ją z oczu i kiedy sa­mo­lot za­czął ko­ło­wać po pły­cie lot­ni­ska, by­łam już uwię­ziona mię­dzy oknem a tym stroj­nym sam­cem o po­stu­rze drwala.

Amir je­chał do Pu­erto Ba­nús - ja też, ale za­cho­wa­łam ten fakt dla sie­bie. Miał trzy­dzie­ści osiem lat, zaj­mo­wał się czymś, co miało zwią­zek z klu­bami noc­nymi, i kilka razy po­wta­rzał, że "lubi za­sza­leć". Za­mknę­łam oczy, kiedy naj­pierw przy­nu­dzał o ży­ciu w Mar­belli, a po­tem roz­wo­dził się nad pro­ble­mami, z któ­rymi mie­rzy się co roku, gdy spro­wa­dza na se­zon letni swoje ulu­bione sa­mo­chody. W ogóle się nie zra­żał moją nie­za­chę­ca­jącą mową ciała i w końcu by­łam zmu­szona po­wie­dzieć coś o so­bie. Lecę od­wie­dzić przy­ja­ciółkę, wy­ja­śni­łam. Nie, nie w Pu­erto Ba­nús, ka­wa­łek od wy­brzeża. Ra­czej nie wy­pra­wimy się do mia­sta, by za­kosz­to­wać roz­ko­szy klubu noc­nego Glit­ter.

- Po­trze­bu­je­cie sa­mo­chodu? - spy­tał ten wy­rwi­dąb. - Mogę wam dać za­je­bi­stą brykę, po­wiedz tylko słowo, a za­ła­twię wam faj­nego merca na cały po­byt.

Od­mó­wi­łam, jak umia­łam naj­grzecz­niej, po czym oznaj­mi­łam sta­now­czo, że mam tro­chę pil­nej pracy.

Gdy za­czę­li­śmy scho­dzić do lą­do­wa­nia, Amir wy­czuł szansę i przy­po­mniał mi, że trzeba za­mknąć lap­topa. Znów, chcąc nie chcąc, da­łam się wcią­gnąć w roz­mowę, pil­no­wa­łam się jed­nak, by nie po­wie­dzieć mu, jak się na­zy­wam, ani nie zdra­dzić żad­nych in­nych in­for­ma­cji na swój te­mat. Strasz­nie mnie wku­rzał tą swoją aten­cją - spe­cjal­nie ubra­łam się w czarne spodnie, ko­szulę i mia­łam zero ma­ki­jażu, by nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Żad­nej bi­żu­te­rii ani cha­rak­te­ry­stycz­nych ozdób - ni­czego, co przy­pad­kowo po­znana osoba mo­głaby so­bie póź­niej przy­po­mnieć na prze­słu­cha­niu. Czy­sto hi­po­te­tycz­nym, bo prze­cież je­stem zwy­kłą dziew­czyną, jedną z ty­sięcy, które po­sta­no­wiły tego lata wy­je­chać na urlop do Mar­belli.

Czas spę­dzony ze mną w trak­cie lotu bę­dzie mu­siał Ami­rowi wy­star­czyć, zresztą jak dla mnie to i tak było o wiele za długo. Prze­dzie­ram się te­raz do wyj­ścia, z uśmie­chem na ustach wpy­cham się na przód ko­lejki do od­prawy pasz­por­to­wej, a po­tem ru­szam pro­sto do hali od­bioru ba­gażu. Gdy za­czyna tam przy­by­wać lu­dzi, staję za jed­nym ze słu­pów i wle­piam wzrok w te­le­fon. Parę mi­nut póź­niej wy­ła­nia się moja wa­lizka. Chwy­tam ją prędko, ob­ra­cam się na pię­cie i ru­szam zde­cy­do­wa­nym kro­kiem do wyj­ścia. Po­tem jed­nak świta mi w gło­wie pewna myśl.

Kiedy Amir wy­cho­dzi z bu­dynku lot­ni­ska, stoję na wprost drzwi oparta o ba­rierkę. Na mój wi­dok twarz mu się roz­ja­śnia; wciąga brzuch i wy­pina pierś.

- Roz­glą­da­łem się za tobą! - woła, ge­sty­ku­lu­jąc ręką, na któ­rej błysz­czy złoty ze­ga­rek.

- No tak, prze­pra­szam. Bar­dzo się spie­szę, bo je­stem umó­wiona z przy­ja­ciółką na lunch i nie chcę się spóź­nić. Ale nie mo­głam tak uciec bez po­że­gna­nia.

- No to umówmy się na któ­ryś wie­czór. Daj mi swój nu­mer i się spik­niemy.

Ni­gdy w ży­ciu, ale je­śli mam do­stać od niego to, czego chcę, to nie mogę go do sie­bie znie­chę­cić.

- Wiesz co, Amir, mam nowy te­le­fon i za cho­lerę nie po­tra­fię za­pa­mię­tać nu­meru. Ty daj mi swój i się ode­zwę. - Uśmie­cham się i do­ty­kam lekko jego ra­mie­nia.

Za­pi­suję nu­mer w te­le­fo­nie, grzecz­nie od­ma­wiam, gdy Amir pro­po­nuje mi pod­wózkę, i ma­cham ręką na do wi­dze­nia.

- Amir! - wo­łam za nim po chwili. - Z tym sa­mo­cho­dem to na­dal ak­tu­alne?

*

Po­dróż wy­po­ży­czo­nym au­tem z lot­ni­ska do wy­na­ję­tego miesz­ka­nia prze­biega dość gładko i trwa nie­całe dwie go­dziny. Zna­la­złam to miesz­ka­nie na Airbnb i umó­wi­łam się z wła­ści­cielką na płat­ność go­tówką, żeby po trans­ak­cji nie było śladu. Zgo­dziła się od razu, bo za­pro­po­no­wa­łam po­dwójną stawkę. Kupa forsy, zwłasz­cza w se­zo­nie, ale to mój je­dyny ty­dzień urlopu i za­leży mi na pchnię­ciu spraw na­przód, więc nie ża­łuję pie­nię­dzy. Miesz­kanko jest cia­sne, wy­stro­jem przy­po­mina kli­nikę ko­sme­tyczną z lat osiem­dzie­sią­tych (tyle że plus por­ce­la­nowe lalki). Mam wielką ochotę roz­pro­sto­wać ko­ści i zo­ba­czyć mo­rze, ale czas mnie goni.

Zro­bi­łam roz­po­zna­nie - na tyle, na ile to moż­liwe w przy­padku dwojga sta­rych dzia­der­sów, któ­rzy jak na złość pra­wie nie udzie­lają się w in­ter­ne­cie. Na tej pod­sta­wie do­my­ślam się, gdzie mogę ich za­stać dziś wie­czo­rem. Z pro­filu fa­ce­bo­oko­wego Ka­th­leen (który na szczę­ście jest pu­bliczny; chwała Bogu, że lu­dzie w tym wieku nie ogar­niają usta­wień pry­wat­no­ści) wy­de­du­ko­wa­łam, że Ar­te­mis se­nior i jego mał­żonka - w chwi­lach wol­nych od psio­cze­nia na wszech­obec­ność Hisz­pa­nów w Hisz­pa­nii - naj­czę­ściej kur­sują mię­dzy re­stau­ra­cją Villa Bianca przy sa­mej plaży a ka­sy­nem Di­nero na przed­mie­ściach. W re­stau­ra­cji za­re­zer­wo­wa­łam sto­lik na wie­czór.

Żeby była ja­sność: sama nie do końca wiem, co ro­bię. Mam dwa­dzie­ścia cztery lata i od wielu lat za­sta­na­wiam się, jak naj­le­piej po­mścić swoją matkę, ale ni­gdy przed­tem nie zde­cy­do­wa­łam się na tak śmiały krok. Do tej pory sku­pia­łam się głów­nie na ka­rie­rze, od­kła­da­niu pie­nię­dzy, zbie­ra­niu in­for­ma­cji na te­mat człon­ków ro­dziny i pró­bach zbli­że­nia się do nich. Była to praca ty­leż nie­zbędna, co bar­dzo żmudna. Oczy­wi­ście je­stem go­towa do po­świę­ceń, bo przy­bli­żają mnie one do celu, ale jak Boga ko­cham, nie jest ła­two uda­wać, że in­te­re­sują mnie ba­da­nia opi­nii klien­tów, tu­dzież brać udział w do­bro­wol­nych (czy­taj: obo­wiąz­ko­wych) piąt­ko­wych wyj­ściach in­te­gra­cyj­nych. Gdy­bym wie­działa, że przyj­dzie mi pić Ja­ger­bomby z ludźmi, któ­rzy z wła­snej woli ro­bią w mar­ke­tingu, da­ła­bym so­bie naj­pierw tro­chę czasu, żeby zre­se­ar­cho­wać tre­pa­na­cję czaszki. Może zresztą wła­śnie dla­tego tak mi się spie­szy, by zro­bić ten pierw­szy duży krok - chcę udo­wod­nić sama so­bie, że po­su­wam się na­przód i że je­stem w sta­nie do­ko­nać tego, o czym prze­my­śli­wam od je­de­na­stu lat. Cho­ciaż trzeba spoj­rzeć praw­dzie w oczy: nie je­stem ja­koś su­per przy­go­to­wana. Za­mie­rza­łam mieć w chwili przy­jazdu do Mar­belli go­towy plan, per­fek­cyjny ka­mu­flaż i wszystko do­kład­nie ob­li­czone. Tym­cza­sem sie­dzę w miesz­ka­niu, które śmier­dzi tak, jakby cho­mik zdechł pod szafą, a ktoś, nie wie­dząc, skąd ten smród się bie­rze, przez pół roku trak­to­wał wszyst­kie za­ka­marki ja­kimś moc­nym środ­kiem. Mam w gło­wie pe­wien plan, ale nie wiem, czy uda mi się go zre­ali­zo­wać. Przy­wio­złam ze sobą pe­rukę ku­pioną w skle­pie ko­sme­tycz­nym w Fins­bury Park, która w bla­sku skle­po­wych świe­tló­wek spra­wiała cał­kiem prze­ko­nu­jące wra­że­nie, na­to­miast w hisz­pań­skim słońcu wy­gląda, jakby w każ­dej chwili mo­gła się za­pa­lić. Mimo tego lęku zwią­za­nego z nie­przy­go­to­wa­niem ogar­nia mnie te­raz dresz­czyk emo­cji. Za­kła­da­jąc pe­rukę, a po­tem ro­biąc so­bie ma­ki­jaż, czuję się tak, jak­bym wcale nie za­mie­rzała za­mor­do­wać wła­snych dziad­ków, tylko szy­ko­wała się na cu­downą randkę.

*

Ostat­nie zda­nie to oczy­wi­ście prze­sada. Nie chcę ich za­bić dziś wie­czo­rem, nie je­stem taka głu­pia. Mu­szę naj­pierw im się przyj­rzeć, po­słu­chać, o czym będą roz­ma­wiali, zo­rien­to­wać się, ja­kie mają plany na ten ty­dzień, kilka razy ob­ró­cić au­tem do miej­sca, gdzie miesz­kają, no i jesz­cze - bar­dzo ważne - ode­brać od Amira obie­cany wóz. Sama nie wiem, czy ten sa­mo­chód to do­wód na to, że je­stem nie­ogar­nięta i po­win­nam odło­żyć swój plan w cza­sie, czy jed­nak pre­zent od bli­żej nie­okre­ślo­nego bó­stwa. Prze­ko­najmy się!

Dawno już po­sta­no­wi­łam, że Ka­th­leen i Je­remy Ar­te­mi­so­wie pierwsi opusz­czą ten świat. Z kilku po­wo­dów; rów­nież dla­tego, że i tak są już sta­rzy, więc co za róż­nica. Starcy, któ­rzy nic nie ro­bią, tylko wy­dają swoje eme­ry­tury i ja­ło­wieją w ulu­bio­nych fo­te­lach, to kiep­ska re­klama ludz­ko­ści, tak uwa­żam. Faj­nie, że dzięki po­stę­powi me­dy­cyny i pro­mo­cji zdro­wego trybu ży­cia udało nam się spra­wić, że lu­dzie żyją dłu­żej; szkoda tylko, że ci sami lu­dzie zaj­mują po­tem cenne łóżka i stają się co­raz wred­niejsi, aż w końcu zmie­niają się w ha­mulce po­stępu zaj­mu­jące po­kój, w któ­rym czło­wiek urzą­dziłby so­bie pra­cow­nię.

Nie rób­cie ta­kich min, do­brze wiem, że ma­cie po­dobne prze­my­śle­nia. Niech lu­dzie cie­szą się ży­ciem, a koło sie­dem­dzie­siątki zmia­tają z tego pa­dołu. Ja­kim trzeba być nu­dzia­rzem, żeby pra­gnąć do­żyć setki? Po co to wszystko - dla jed­nego zdaw­ko­wego li­stu od kró­lo­wej? Tak na­prawdę wy­rzą­dzam wszyst­kim wielką przy­sługę. Mó­wimy prze­cież o sta­rych, nie­po­trzeb­nych lu­dziach, o cho­dzą­cych de­fi­ni­cjach dar­mo­zjada. Kie­li­szek wina do lun­chu, po­obied­nia drzemka, spa­ce­rek po skle­pach z ob­cia­chową bi­żu­te­rią i szpa­ner­skimi ze­gar­kami. On gra w golfa, ona cią­gle wstrzy­kuje coś so­bie pod skórę, przez co z twa­rzy przy­po­mina bar­dzo stare dziecko. Nie są warci po­wie­trza, któ­rym od­dy­chają, a jesz­cze na­wet nie zdą­ży­łam wam opo­wie­dzieć, jacy z nich ra­si­ści.

Oczy­wi­ście mam w tej grze swój in­te­res. Nie je­stem Ha­rol­dem Ship­ma­nem, bez­tro­sko mor­du­ją­cym sta­rusz­ków w ilo­ściach hur­to­wych. Ja chcę za­bić tylko dwoje, reszta niech so­bie da­lej ogląda Em­mer­dale i ku­puje chu­jowe pre­zenty dla wnu­ków, któ­rzy zie­wają na samo wspo­mnie­nie ich wi­zyty. Ści­śle rzecz bio­rąc, są to moi dziad­ko­wie, ale ni­gdy ich nie po­zna­łam i przez całe ży­cie nie do­sta­łam od nich na­wet to­ble­rone. Wie­dzą jed­nak o moim ist­nie­niu.

Już wy­ja­śniam. Sama przez wiele lat nie by­łam tego świa­doma; wy­da­wało mi się, że Si­mon, mój oj­ciec, zdo­łał utrzy­mać wia­do­mość o tym, że ist­nieję, w ta­jem­nicy, ale przy­ja­ciółka mo­jej matki He­lene od­wie­dziła mnie nie­dawno w Lon­dy­nie i przy bu­telce wina wy­znała, że spo­tkała się z nimi przed laty, na krótko przed wy­jaz­dem do Pa­ryża. Miała po­czu­cie, że po­rzu­ca­jąc mnie, spra­wia za­wód mo­jej pięk­nej matce. Biedna Ma­rie, Boże świeć nad jej du­szą. He­lene przy­szedł wtedy do głowy tylko je­den spo­sób, aby ukoić drę­czące ją wy­rzuty su­mie­nia. Na­mie­rzyła mo­ich dziad­ków w sieci, a po­tem zna­la­zła ich lon­dyń­ski ad­res w re­je­strze przed­się­bior­ców. Na­chy­li­łam się ku niej przez stół, tak bar­dzo chcia­łam wie­dzieć, co jej po­wie­dzieli, za­pi­sać tę nową in­for­ma­cję w swo­jej pa­mięci. Oczy­wi­ście sama wiele razy jeź­dzi­łam pod ich dom, za­nim jesz­cze prze­nie­śli się na stałe do Hisz­pa­nii. Go­dzi­nami cza­to­wa­łam po dru­giej stro­nie ulicy, cza­sem też po­dą­ża­łam za ich pro­wa­dzo­nym przez szo­fera sa­mo­cho­dem, je­śli aku­rat zda­rzyło im się do­kądś wyjść. Do głowy mi jed­nak nie przy­szło, żeby z nimi po­roz­ma­wiać. Tro­chę po­dzi­wia­łam He­lene, a tro­chę by­łam na nią wście­kła, że ni­gdy wcze­śniej mi nie po­wie­działa o tam­tym spo­tka­niu.

Opo­wia­da­nie o tym, jak nie­udana była to wi­zyta, przy­cho­dziło jej z wy­raź­nym tru­dem; ani razu nie spoj­rzała mi w oczy, kiedy mó­wiła, że naj­pierw, jak tylko usły­szeli, kim jest, za­trza­snęli jej drzwi przed no­sem. Nie dała jed­nak za wy­graną i w końcu wpu­ścili ją do środka, choć tylko po to, by lo­do­wa­tym to­nem oznaj­mić, że wie­dzą wszystko o mnie i mo­jej "po­twor­nej" matce. Gdy tego słu­cha­łam, za­częło mi szu­mieć w uszach; dra­pa­łam się po szyi i tylko cze­ka­łam, aż zrobi mi się gula w gar­dle. He­lene wy­ja­śniła, że dziad­ko­wie wie­dzieli o mnie od sa­mego po­czątku, od­kąd ich "biedny" syn zja­wił się u nich nie­spo­dzie­wa­nie póź­nym wie­czo­rem i cho­dząc od ściany do ściany, wy­znał, że wpa­ko­wał się w kło­poty. We­dług Je­remy'ego, który wziął na sie­bie cię­żar roz­mowy, bo Ka­th­leen przez cały czas sie­działa sztywno na ka­na­pie i są­czyła gin z to­ni­kiem, Si­mon spy­tał go, jak ma o tym po­wie­dzieć swo­jej żo­nie Ja­nine. Stwier­dził też, że trzeba bę­dzie ło­żyć na moje utrzy­ma­nie.

- Czyli w pew­nym sen­sie chciał do­brze - za­uwa­żyła nie­śmiało He­lene, od­sta­wia­jąc kie­li­szek i ba­wiąc się wło­sami.

Pu­ści­łam ten ko­men­tarz mimo uszu i po­pro­si­łam, żeby mó­wiła da­lej. Nie ob­cho­dziły mnie ani tro­chę jego ża­ło­sne próby ra­to­wa­nia wła­snego su­mie­nia.

Je­remy z dumą oznaj­mił He­lene, że w parę go­dzin wy­bili mu ten po­mysł z głowy. Prze­ko­nali go, że Ma­rie zro­biła to spe­cjal­nie, dla pie­nię­dzy, i ostrze­gli, że Ja­nine ni­gdy się po tym nie otrzą­śnie. "Si­mon po­peł­nił głup­stwo, ja­kie przy­da­rza się wielu mło­dym męż­czy­znom" - po­wie­dział. "Przy­kro mi, że ta dziew­czyna wy­cho­wuje się bez ro­dzi­ców, ale wielu miało w ży­ciu jesz­cze go­rzej niż ona. Ja stra­ci­łem matkę w mło­dym wieku, a nie cho­dzę że­brać po ob­cych lu­dziach". He­lene wdała się z nim w kłót­nię, krzyk­nęła, że to nie­prawda, że Ma­rie pró­bo­wała zła­pać Si­mona w si­dła. Moja matka w ogóle nie miała po­ję­cia, że on po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dziny ani że jest żo­naty, do­wie­działa się o tym znacz­nie póź­niej. Ale oni nie chcieli o tym sły­szeć. Ka­th­leen znie­nacka wstała z ka­napy i wrza­snęła: "Ta dzie­wu­cha chciała osku­bać mo­jego syna! Je­śli pani się zdaje, że córka pani przy­ja­ciółki co­kol­wiek wskóra, pró­bu­jąc to roz­grze­bać, to jest pani tak samo na­iwna jak ona!". I na tym się skoń­czyło. We­dług re­la­cji He­lene, która do­piła wino i ge­sty­ku­lo­wała co­raz ener­gicz­niej, Ka­th­leen za­częła na­gle pła­kać i bić męża w piersi. Chwy­cił ją za ręce i siłą po­sa­dził na ka­na­pie. Po­tem zwró­cił się do He­lene, która stała w drzwiach lekko oszo­ło­miona: "Zde­ner­wo­wała pani moją żonę i po­psuła nam wie­czór. Pro­szę na­tych­miast opu­ścić mój dom i niech pani przy­pad­kiem nie pró­buje tego sa­mego z moim sy­nem. Za­dzwo­nimy do na­szych praw­ni­ków i prę­dzej zo­sta­nie pani bez da­chu nad głową, niż spo­tka się z nami w są­dzie".

- Aż się wtedy trzę­słam - przy­znała He­lene - bo w tego czło­wieka jakby coś wstą­piło. Oczy miał wy­trzesz­czone, a siwe włosy ster­czały mu te­raz na wszyst­kie strony. A chyba naj­dziw­niej­sze było to, że kom­plet­nie zmie­nił mu się ak­cent. Na po­czątku roz­mowy mó­wił jak ty­powy an­giel­ski dżen­tel­men, a kiedy wy­cho­dzi­łam, przy­po­mi­nał mi bar­dziej ulicz­nych han­dla­rzy z mo­jego ro­dzin­nego mia­steczka. Prze­pra­szam. Zro­bi­łam, co mo­głam, li­czy­łam po ci­chu, że jego ro­dzice są milsi, bar­dziej współ­czu­jący. Że będą chcieli po­znać swoją piękną wnuczkę, na li­tość bo­ską! Ale nie. Może i po­wio­dło im się w ży­ciu, Grace, ale tak na­prawdę to zwy­kłe ła­chu­dry.

A więc są sta­rzy, wredni i zaj­mują cenną prze­strzeń. Samo to już wy­star­czy­łoby za po­wód, żeby po­móc im się roz­stać ze świa­tem w mniej przy­jem­nych oko­licz­no­ściach, niż były im pi­sane. Je­śli jed­nak mam być zu­peł­nie szczera, cho­dzi przede wszyst­kim o to, że wie­dzieli. Wie­dzieli o mo­jej matce. Wie­dzieli o mnie. Pół biedy, gdyby tylko mach­nęli ręką i nie zro­bili nic. Ale oni na­sta­wili Si­mona prze­ciwko Ma­rie, zwa­lili wszystko na nią, na He­lene, na kluby, na ko­le­gów, któ­rzy spro­wa­dzili go na złą drogę. Mieli pre­ten­sje do wszyst­kich poza Si­mo­nem. Wy­kpił się od oj­cow­skich obo­wiąz­ków przy wy­dat­nej po­mocy swo­jej ro­dziny. Wcze­śniej my­śla­łam, że żyli w bło­giej nie­świa­do­mo­ści, nie mieli po­ję­cia, że ich syn wy­parł się wła­snej córki, a jej matkę zo­sta­wił bez środ­ków do ży­cia. Tym­cza­sem oni wła­śnie tego chcieli. I to za­wa­żyło. Dla­tego umrą pierwsi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Ła­two so­bie wy­obra­zić, jak okrop­nym miej­scem jest za­kład karny w Li­me­ho­use. A może wcale nie tak ła­two? To, że nie ma tu kon­soli do gier ani te­le­wi­zo­rów z pła­skim ekra­nem, wie­cie na pewno z ga­zet. Nie ma też at­mos­fery wspól­noty ani sio­strzeń­stwa, tylko ha­łas, chaos i cią­głe wra­że­nie, że lada chwila wy­buch­nie bi­ja­tyka. Od po­czątku sta­ram się nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Mię­dzy po­sił­kami, które od biedy można by na­zwać straw­nymi, choć i to nie za­wsze, pra­wie nie opusz­czam celi. Ro­bię też, co mogę, by uni­kać mo­jej współ­lo­ka­torki, jak - ku mo­jej ro­sną­cej iry­ta­cji - ona sama lubi o so­bie mó­wić.

Kelly to jedna z tych ko­biet, które "lu­bią po­ga­dać". W pierw­szym dniu mo­jej od­siadki, czter­na­ście dłu­gich mie­sięcy temu, klap­nęła na moje łóżko, chwy­ciła mnie dłu­ga­śnymi pa­znok­ciami za ko­lano, a po­tem po­wie­działa, że wie, co zro­bi­łam, i jest pełna po­dziwu. Przy­znam, że było to dla mnie miłą nie­spo­dzianką, bo prze­kra­cza­jąc bramy tego ob­skur­nego wię­zie­nia, spo­dzie­wa­łam się, że po­wita mnie tu bru­talna prze­moc. Ach, jacy nie­winni są lu­dzie, któ­rzy wie­dzę o wię­zien­nych re­aliach czer­pią z jed­nego ni­sko­bu­dże­to­wego se­rialu. Kelly szybko po­sta­no­wiła uczy­nić mnie swoją przy­ja­ciółką i, co gor­sza, czymś w ro­dzaju tro­feum. Przy śnia­da­niu brała mnie pod rękę i zni­żała głos, jak­by­śmy na­ra­dzały się w ja­kichś po­uf­nych spra­wach. Sły­sza­łam, jak roz­ma­wia z in­nymi więź­niar­kami, wy­zna­jąc im sce­nicz­nym szep­tem, że opo­wie­dzia­łam jej o swoim wy­stępku w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Chce mieć pre­stiż i sza­cu­nek wśród po­zo­sta­łych dziew­czyn, a kto może jej to za­pew­nić, je­śli nie mor­der­czyni córki Mor­to­nów? Strasz­nie to mę­czące.

Swoją drogą, słowo "wy­stę­pek" chyba nie do końca od­daje mi spra­wie­dli­wość. Jest ta­kie okle­pane, po­spo­lite. Wy­stęp­kiem jest kra­dzież w mar­ke­cie. Wy­stę­pek po­peł­nia ten, kto w stre­fie Tempo 30 je­dzie pięć­dzie­siąt na go­dzinę, by na­pić się cie­płej latte, za­nim roz­pocz­nie ko­lejny nudny dzień pracy w biu­rze. Ja by­łam znacz­nie bar­dziej am­bitna. Ob­my­śli­łam i zre­ali­zo­wa­łam skom­pli­ko­wany plan, któ­rego przy­czyny się­gały cza­sów na długo przed moim uro­dze­niem. A po­nie­waż nie mam w tej brzyd­kiej celi nic in­nego do ro­boty (jedna mało roz­gar­nięta te­ra­peutka po­le­ciła mi kółko po­ezji mó­wio­nej, na co za­re­ago­wa­łam taką miną, że po­tem już ani razu nie wró­ciła do tego po­my­słu), po­sta­no­wi­łam, że opo­wiem swoją hi­sto­rię. Nie jest to ła­twe za­da­nie, bio­rąc pod uwagę, że nie mam no­wo­cze­snego lap­topa, ja­kiego zwy­kle uży­wa­łam. Kiedy ostat­nio mój praw­nik wska­zał mi świa­tełko na końcu tu­nelu, po­my­śla­łam, że trzeba ja­koś spo­żyt­ko­wać spę­dzony tu­taj czas i opi­sać nie­które swoje pe­ry­pe­tie. W kan­ty­nie za­opa­trzy­łam się w cienki no­tes i smętny dłu­go­pis - kosz­to­wały mnie pięć fun­tów, czyli jedną trze­cią mo­jego ty­go­dnio­wego przy­działu. Za­po­mnij­cie o tych ga­ze­to­wych po­ra­dach, jak oszczę­dzić pie­nią­dze, sa­mo­dziel­nie przy­rzą­dza­jąc so­bie kawę na wy­nos; je­żeli na­prawdę chce­cie się na­uczyć, jak przy­ta­nić, po­miesz­kaj­cie tro­chę w za­kła­dzie kar­nym w Li­me­ho­use. Może i cała ta pi­sa­nina nie ma więk­szego sensu, ale mu­szę ja­koś za­bić otę­pia­jącą nudę, a poza tym li­czę na to, że je­śli będę spra­wiała wra­że­nie mocno za­ję­tej, Kelly i jej la­ski, jak upar­cie na­zywa swoje ko­le­żanki, prze­staną mnie nę­kać py­ta­niami, czy chcę po­oglą­dać z nimi re­ality show w sali te­le­wi­zyj­nej. "Prze­pra­szam, Kelly" - będę mo­gła od­po­wie­dzieć. "Pi­szę coś waż­nego do ape­la­cji, po­ga­damy póź­niej". Coś mi mówi, że gdy tylko zwie­trzy szansę na zła­pa­nie ko­lej­nego sma­ko­wi­tego ką­ska na te­mat mo­jej zbrodni, po­puka się w nos ni­czym ko­miczna po­stać z książki Dicka Fran­cisa i da mi święty spo­kój.

Oczy­wi­ście nie pi­szę tej opo­wie­ści z my­ślą o Kelly. Śmiem wąt­pić, czy by­łaby w sta­nie po­jąć, co mną kie­ro­wało. Moja hi­sto­ria jest moja i tylko moja. Wiem, że gdy­bym ją opu­bli­ko­wała, czy­tel­nicy by się na nią rzu­cili, ale to oczy­wi­ście nie­moż­liwe. Co nie zmie­nia faktu, że miło jest po­my­śleć, iż lu­dzie nie mo­gliby się od niej ode­rwać. Sta­łaby się be­st­sel­le­rem, tłumy wa­li­łyby do księ­garń, by zro­zu­mieć tra­ge­dię mło­dej ko­biety, która do­pu­ściła się okrut­nej zbrodni. Bru­kowce od mie­sięcy dru­kują tek­sty na mój te­mat, a opi­nia pu­bliczna wciąż nie ma dość psy­cho­lo­gów od sied­miu bo­le­ści, któ­rzy na­mięt­nie dia­gno­zują mnie na od­le­głość, ani twit­te­ro­wych non­kon­for­mi­stów, na prze­kór wszyst­kim bro­nią­cych mo­ich uczyn­ków. To, co zro­bi­łam, fa­scy­nuje lu­dzi do tego stop­nia, że są na­wet go­towi obej­rzeć na Chan­nel 5 na­prędce skle­cony do­ku­ment o mnie, w któ­rym gruby astro­log stwier­dza, że wszystko prze­po­wie­dział mój znak zo­diaku.

Jed­nym sło­wem, wiem na pewno, że książka zro­bi­łaby fu­rorę. Moja sprawa i tak zy­skała już ogromny roz­głos, a prze­cież na­wet nie zdą­ży­łam ni­czego po­rząd­nie wy­ja­śnić. Cały pa­ra­doks sy­tu­acji po­lega na tym, że nikt nie wie o mo­ich praw­dzi­wych zbrod­niach. Wy­miar spra­wie­dli­wo­ści w tym kraju to żart, a naj­lep­szą tego ilu­stra­cją jest na­stę­pu­jące zda­nie: za­bi­łam kilka osób (jedne bru­tal­nie, inne ze spo­ko­jem), lecz gniję w pier­dlu za mor­der­stwo, któ­rego nie po­peł­ni­łam.

Gdyby zbrod­nie, które mam na su­mie­niu, wy­szły na jaw, okry­łyby moje imię sławą na de­kady albo i całe wieki - to zna­czy, o ile ludz­kość zdoła tyle prze­trwać. Dok­tor Crip­pen, Fred West, Ted Bundy, Liz­zie Bor­den i ja, Grace Ber­nard. Choć szcze­rze mó­wiąc, nie do końca mi się to uśmie­cha. Nie je­stem ama­torką ani im­be­cylką. Gdy­by­ście zo­ba­czyli mnie na ulicy, pa­trzy­li­by­ście na mnie z po­dzi­wem. Może wła­śnie dla­tego Kelly trzyma ze mną sztamę, za­miast - tak jak się spo­dzie­wa­łam - stłuc mnie na kwa­śne jabłko. Na­wet tu, za kra­tami, udaje mi się za­cho­wać pe­wien wy­tworny chłód, przez który słab­sze ode mnie roz­pacz­li­wie pra­gną się prze­bić. Mimo po­peł­nio­nych zbrodni do­staję po­dobno całe worki li­stów - lu­dzie wy­znają mi mi­łość i uwiel­bie­nie albo py­tają, gdzie ku­pi­łam su­kienkę, którą mia­łam na so­bie w pierw­szym dniu pro­cesu. (To była Rok­sanda, je­śli was to in­te­re­suje. Nie­stety, za­le­d­wie mie­siąc póź­niej żona pre­miera, niech ją pie­kło po­chło­nie, po­ka­zała się w czymś bar­dzo po­dob­nym). Nie bra­kuje też li­stów prze­peł­nio­nych nie­na­wi­ścią. Cza­sem pi­szą je na­prawdę chore typy, któ­rym się wy­daje, że prze­sy­łam im wia­do­mo­ści drogą te­le­pa­tyczną. Trudno się oprzeć wra­że­niu, że lu­dzie rze­czy­wi­ście chcie­liby mnie po­znać, za­im­po­no­wać mi, na­śla­do­wać mnie - je­śli nie w uczyn­kach, to przy­naj­mniej w sty­li­za­cjach. Ale to nie­ważne, bo i tak tego nie czy­tam. Wszystko tra­fia do mo­jego ad­wo­kata. Nie­zbyt mnie ob­cho­dzi, kim je­stem dla ob­cych, któ­rzy nie mają do ro­boty nic lep­szego niż pi­sa­nie do mor­der­czyni.

Może je­stem zbyt wy­ro­zu­miała dla opi­nii pu­blicz­nej, nie­po­trzeb­nie do­szu­ku­jąc się w tych lu­dziach zło­żo­nych emo­cji. Może całe to upo­rczywe i go­rącz­kowe za­in­te­re­so­wa­nie moją sprawą naj­ła­twiej wy­tłu­ma­czyć za po­mocą brzy­twy Ockhama, czyli twier­dze­nia, iż naj­prost­sza od­po­wiedź jest za­zwy­czaj wła­ściwa. In­nymi słowy, moje imię i na­zwi­sko przej­dzie do hi­sto­rii z cał­kiem pro­za­icz­nego po­wodu, a mia­no­wi­cie dla­tego, że mi­ło­sne trój­kąty roz­pa­lają ludzką wy­obraź­nię jak nic in­nego. Kiedy jed­nak po­my­ślę so­bie, co na­prawdę zro­bi­łam, tro­chę mi żal, że nikt się nie do­wie o tam­tym mi­ster­nym przed­się­wzię­ciu. Pew­nie, że wolę, aby uszło mi to na su­cho, ale może kie­dyś, wiele lat po mo­jej śmierci, ktoś otwo­rzy starą ka­setkę i znaj­dzie w niej to wy­zna­nie? Opi­nia pu­bliczna bę­dzie wstrzą­śnięta. W końcu mało kto na tym świe­cie zdoła zro­zu­mieć, jak można przed dwu­dzie­stym ósmym ro­kiem ży­cia za­bić z zimną krwią sze­ścioro człon­ków wła­snej ro­dziny, po czym jak gdyby ni­gdy nic żyć so­bie da­lej bez cie­nia skru­chy.

Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuHow to Kill Your Fa­mily
Pro­jekt okładkiCa­ro­line Young ? Har­per­Col­lin­sPu­bli­shers Ltd 2021
Ilu­stra­cja na okładce? Anna Isa­bella Schmidt
Pol­ska wer­sja okładkiNA­TA­LIA TWARDY
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK
Re­dak­cjaIWONA GAW­RYŚ
Ko­rektaUR­SZULA WŁO­DAR­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght ? 2021 by Bella Mac­kie Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6414-8
Frag­ment Hra­biego Monte Chri­sto Alek­san­dra Du­masa w prze­kła­dzie Kle­mensa Łu­ka­sze­wi­cza.
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl