Rozdział pierwszy
Wszystko zdarza się tak, jak w jej życiu zdarza się wszystko, co
najważniejsze: przypadkiem oraz dlatego, że zrobiła coś, czego zwykle
nie robiła. I zdarza się to tak, jak to zwykle bywa, gdy zbiegają się
nieprzewidywalne okoliczności, w wyniku pozornie zupełnie słusznych
decyzji, lekkiego odstępstwa od normy, które z perspektywy czasu wyda
się aż nazbyt przypadkowe: minimalny skręt i nagle wszystko się wali,
wszechświat radośnie podchwytuje ten nieczęsto dokonywany wybór Drugiej
Opcji, ten bieg z wyciągniętymi ramionami osoby obłąkanej, która próbuje
wyczyścić półki w położonym dwa miasta dalej sklepie spożywczym, gdyż
właśnie dlatego się tam znalazła, w ulubionym celu smakoszy, żeby w ostatniej chwili zgarnąć produkty na uroczystą kolację dla męża, który
kończy dziś sześćdziesiąt lat.
Jest to jedna z tych drobnych, według wszelkich standardów, zmian
nawyków, niewinnych Drugich Opcji, które rządzą się swoimi prawami:
decyzja o zrobieniu zakupów w innym sklepie niż zwykle, ponieważ w tym
sklepie, co zwykle, nie ma mięsa z kraba.
Później przypomni sobie, że -?po wyjściu z pustymi rękami z pierwszego
sklepu -?naszła ją myśl, że ta nieznaczna zmiana rutyny może doprowadzić
do jakiejś katastrofy, czegoś, co nie powinno się wydarzyć. Tak właśnie
Mark -?typ naukowca, cudownie troskliwego -?zawsze postrzegał świat:
jako szereg decyzji, podjętych lub nie, i skomplikowanych matematycznych
reperkusji, które potem następują. Mózg Julii przejął ten sposób
myślenia dopiero po dłuższym czasie ich znajomości. Wcześniej zawsze
zadowalała się wyjaśnieniem, że podjęcie jednej decyzji wyklucza drugą,
że idealny ład we wszechświecie nie istnieje, że tak naprawdę nie ma
znaczenia, czy zrobi się to, czy tamto. Zapewne ta rażąca różnica
charakterów odpowiada za to, że Mark z dużym poczuciem obowiązku zdobył
dyplom inżyniera, a Julia nie skończyła studiów z angielskiego i retoryki na Kansas State University.
A jednak byli już razem przeszło trzydzieści lat i dlatego przeszło jej
przez myśl -?zupełnie przelotnie -?że taka brawurowa zmiana rutyny może
doprowadzić do jakiejś mrocznej potworności, ale w tamtym momencie
wyobraźnia podsuwała jej tylko przerażające filmowe scenariusze, coś, co
nie spotkałoby jej, gdyby odpuściła kraba i nie pojechała piętnaście
minut na zachód: fatalną kolizję z pociągiem towarowym albo miną lądową,
a nie z osiemdziesięciolatką kontemplującą stos kumkwatów.
W pierwszej chwili Julia jej nie poznaje. Nie to, że świadomie jej nie
zauważa i się nie zatrzymuje. Po prostu cierpliwie przebija się od
zdrowej żywności do owoców morza z myślą, że zahaczy o kasze i makarony
i sprawdzi, czy nie ma tam czegoś ciekawego w ofercie. Czasem w sklepach
na dalekich przedmieściach można znaleźć o wiele bogatsze zaopatrzenie.
Właśnie rozważa rundkę między alejkami, by sprawdzić, czy mają coś
jeszcze, co nie pada celem histerycznej konsumpcji zwykłych sceptyków w sklepie, w którym zwykle robi zakupy, kiedy na nią wpada. Mózg
rejestruje z opóźnieniem twarz kobiety, obleczonej w przekonujący
kostium -?niewidzialny woal -?wieku.
W zasadzie na co dzień nie nękały jej duchy z przeszłości. Było zaledwie
kilka takich osób, których rzeczywiście nie życzyła sobie już nigdy
więcej spotkać, a Helen Russo przypadkiem do nich należała. Dlaczego
więc robi krok w stronę końca alejki z kaszami i makaronami, wydostaje
się z ruchliwego tłumu, żeby wleźć tamtej w oczy? Minęło ponad
osiemnaście lat, co w sumie może dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że
kiedyś widywały się przynajmniej raz w tygodniu, oraz mając na względzie
ograniczenie świata Julii, świata, w którym rzecz tak błaha, jak zmiana
planów zakupowych, postrzegana jest jako arcyważna.
Czuje się niepewnie, więc robi krok w tył w kierunku, z którego
przyszła, ale Helen przemieściła się już z działu przemysłowego do
stoisk z towarami luzem, gdzie odważa orzeszki piniowe. Napis głosi, że
kosztują 16,75 za pół kilo, a z istnienia takich ekstrawagancji Julia
zdała sobie sprawę w pewne popołudnie, które spędziła w domu Russo:
solidne sztućce, obrazy podejrzanie wyglądające na oryginalne, butelki
wina, które, co sprawdziła w domu, kosztowały po pięćdziesiąt osiem
dolarów za sztukę.
Znalazła się tu, by kupić produkty na urodzinowe ciasteczka krabowe,
które uwielbiał jej mąż. Myśl o Marku wywołuje chwilowy zawrót głowy.
Niesie pusty koszyk, więc czując się cokolwiek idiotycznie, wrzuca do
niego główkę czerwonej kapusty. Pod pewnymi względami Helen wygląda,
czego należałoby się spodziewać, starzej niż ją zapamiętała. Pod pewnymi
-?zadziorny kucyk, wielkie błyszczące niebieskie korale na szyi -?nie
zmieniła się nic a nic. Julia robi kilka kroków, potem jeszcze kilka.
Zwykle jest mistrzynią uniku, traktuje wypady do sklepu jak misję
snajperską, sprawdza, ile razy na widok znajomej twarzy zdoła uniknąć
interakcji. Teraz to nie działa, jakby zawładnął nią demon relacji
międzyludzkich i pchnął ją, by podeszła na tyle blisko, żeby na głowie
kobiety zobaczyć parę okularów przeciwsłonecznych z drogerii.
-?Helen?
Kiedy Helen odwraca się do niej, w oczach ma obojętność z nutą
zaciekawienia. Powoli taksuje ją wzrokiem od stóp do głów. Julia
zastanawia się, jak wygląda, przegarnia włosy ręką. Przez chwilę martwi
się, że zostanie uznana za menelkę. Ma na sobie "portki klauna", jak
nazywa je Alma, i starą koszulę Marka. Myśli, że jakimś cudem można
uznać to zestawienie za ekstrawagancką stylówkę, ale najprawdopodobniej
skojarzenie idzie w zupełnie innym kierunku. Na przedmieściach trudno
stwierdzić, czy ekscentrycznie ubrana kobieta nosząca w koszyku jedną
główkę ekologicznej kapusty jest żulicą, czy bogaczką w potwornie
drogich ciuchach udających łachmany. Zaczyna zastanawiać się, jak bardzo
sama zmieniła się od ostatniego spotkania i ogrom tych zmian uderza ją
nagle z całej siły. Po namyśle dochodzi do wniosku, że bardziej się
zmieniła niż nie. Staje się nerwowo świadoma własnego tętna pulsującego
w uszach. Całkiem możliwe, że Helen w ogóle jej nie rozpozna -?odwieczne
zmartwienie, tak dobrze jej znane, że nie znaczyłaś dla kogoś równie
wiele, co on znaczył dla ciebie -?ale Helen się odzywa.
-?Nie może być.
Łomot serca zanika, przytłumiony sklepowym gwarem: jakaś kobieta kłóci
się z rzeźnikiem, mężczyzna gada do niewidzialnej słuchawki, dziecko w puchowej kamizelce śpiewa na całe gardło o małym rekinie. Głos Helen, co
zdumiewające, pozostał niezmieniony. Julia przenosi się myślami, bez
przykrości, do tamtych popołudni w ogródku na tyłach domu Russo, do
Helen -?wówczas starszej niż Julia obecnie -?wygłaszającej rodzicielskie
banały, zgrabne powiedzonka, szczere wyznania, a wszystko to z pewnością
siebie i swobodą osoby, która naprawdę cieszy się życiem, co w owym
czasie Julię dziwiło do głębi, ponieważ sama się swoim życiem nie
cieszyła.
-?Tak pomyślałam, że to ty -?odzywa się głupio.
-?Tylko mi nie mów, że się w ogóle nie zestarzałam -?rzuca Helen -?bo
cię zabiję.
Julia śmieje się nerwowo.
-?Nie, wyglądasz...
-?Bo muszę ci powiedzieć, że ty się trochę zestarzałaś, więc ja pewnie
wyglądam o wieki starzej.
Czuje się bardziej zaskoczona niż urażona -?no i, bądźmy szczerzy,
przecież jest trochę starsza -?ale i tak się rumieni.
-?Myślę, że wieki to przesada.
Teraz to Helen się śmieje.
-?W sumie mnie rozpoznałaś. To już o czymś świadczy.
-?Wyglądasz fantastycznie -?mówi Julia prawie nieśmiało.
-?Nigdy nie umiałaś kłamać -?wytyka jej Helen. -?Nawet zawartość twojego
koszyka nie wygląda przekonująco.
Obie spoglądają w dół na kapustę.
-?Dopiero zaczęłam -?mamrocze.
-?Co u ciebie? -?pyta Helen. -?Zrelacjonuj. W punktach.
-?Och, co u mnie...
Nie jest pewna, co powiedzieć. Uświadamia sobie, że ostatnio widziała
się z Helen przed Almą, czuje się dziwnie, że miałaby obwieścić prawie
obcej osobie: "Urodziłam dziecko! Siedemnaście lat temu!". Nie da się
ukryć, w ostatnich dwóch dekadach jej życie roiło się od punktów
zwrotnych. Tyle rzeczy wykiełkowało, toksycznych i wręcz przeciwnie,
małe zielone pędy na spustoszonej ziemi. Nowa praca, nowe dziecko,
zdwojone zaangażowanie w małżeństwo, a potem, po tym wszystkim, spokojna
rutyna: zdobywanie nowych znajomości, dorastanie dzieci i adopcja małego
czarnego kundelka w typie teriera o imieniu Suzanne, tkanie codziennej
egzystencji, płyn do prania i wybory prezydenckie, nieugięty marsz
naprzód. Dni, przypominające jaskrawo kolorowe kule bilardowe -
dynamiczne i agresywne, raz po raz zderzające się ze sobą, zmieniające
kierunek i wymagające od niej interwencji -?nagle wydają się trywialne.
Nie widziała Helen od osiemnastu lat, trudno wszystko ot tak wyliczyć.
-?Po staremu -?mówi więc. -?Dzieci, praca i tak dalej.
Dawne ja Julii byłoby zdumione, gdyby ją teraz zobaczyło, kobietę z zaprzyjaźnioną mamą od wspólnych kawek z dawnych czasów, własną
specjalną kartą kredytową Nordstrom i względnym poczuciem spokoju.
-?Dzieci -?podchwytuje Helen. -?Liczba mnoga?
Oto Helen, jaką zapamiętała, Helen, która nieustannie patrzy na twoje
dawne zwykłe życie z zupełnie nowych perspektyw, wynajduje ciemne
punkty, wymagające wypolerowania, albo te jasne, których sama nie
dostrzegłaś: dwoje dzieci! Wspaniale! Helen unosi teatralnie brwi, a na
jej twarzy pojawia się błysk zrozumienia.
-?No tak, kiedy ostatnio się widziałyśmy, wszystko się... rozstrzygało?
Zastanawiała się, czy Helen będzie pamiętać. Nagle wraca wspomnienie
tamtego okropnego popołudnia w bibliotece, kiedy zobaczyła tę kobietę i myślała, że widzi ją po raz ostatni w życiu.
-?Tak było -?odpowiada. -?Rozstrzygnęło się. Córka.
-?Boże drogi, tak to właśnie jest, jak się kogoś nie widziało od wieków.
A co u syna? Musi teraz... był, do licha, zupełnie malutki, czyż nie?
-?Już nie jest taki malutki. Ma dwadzieścia cztery lata.
Ben siedział zwykle pod stołem, przy ich nogach, i bawił się
przedpotopową kolejką, którą Pete, mąż Helen, wygrzebał dla niego z piwnicy. Julia odchrząkuje.
-?A co u ciebie? Jak się miewa Pete?
-?Nie żyje -?rzuca beznamiętnie Helen. -?Nie pierwszy, i nie ostatni,
chociaż chyba możemy się co do tego zgodzić, że i ja nie jestem od tego
daleka.
-?Och, mój Boże.
Smutek ogarnia ją natychmiast i to, co zaskakujące, dojmujący: Pete
Russo macha do niej z dachu. Pete Russo pozwala Benowi zrobić bongosy z wiaderek po farbie.
-?Helen, tak mi...
-?Nie widziałyśmy się od wieków -?przerywa Helen. -?To oczywiste, że
ktoś nie dożył.
-?Przykro mi.
-?Mnie też. -?Na sekundę gdzieś ulatuje obrazoburcza wesołość Helen,
pozostawiając w to miejsce cień bezbronności i porzucenia.
-?Jak sobie radzisz?
-?Och, świetnie -?mówi. -?Minęło już dużo czasu. W sierpniu będzie...
Boże, to już pięć lat.
-?Nie wie...
-?Julio. -?Helen się uśmiecha. -?Wszystko gra. Nie mówmy już o tym. A co
z twoim?
-?Moim...?
-?Mężem?
-?Ach.
Powód, dla którego się tu znalazła, odbywała tę nieprawdopodobną
rozmowę, zamiast być już w domu, zatopiona w bezpiecznych, nudnych
miazmatach przygotowań do imprezy, tam, gdzie wszechświat chciał, żeby
była. Jak ma relacjonować, co u Marka, Marka, którego życie prawie legło
w gruzach przez jej pierwsze nieporozumienie z Helen Russo, Marka,
który, dzięki Bogu, nie umarł w ciągu ostatnich osiemnastu lat?
-?Wszystko dobrze. Właściwie to ma urodziny. Dlatego tu jestem.
Idiotycznie uniosła koszyk.
-?No jasne -?odzywa się Helen po krótkiej chwili. -?Jubileuszowa
kapusta.
Śmieje się z opóźnieniem.
Helen znów przygląda jej się badawczo, ma teraz inny wyraz twarzy,
równie nieprzenikniony.
-?Powinnam cię wypuścić, żebyś mogła wrócić do obowiązków. Ale naprawdę
miło cię widzieć po latach. Wyglądasz na szczęśliwą.
-?Wyglądam? -?Nie chciała, żeby to zabrzmiało jak pytanie.
-?Wyglądasz.
Helen się uśmiecha.
Teraz ma szansę powiedzieć Helen, że też wygląda na szczęśliwą. Teraz
jest idealny moment, żeby któraś z nich z wysiłkiem rzuciła coś w rodzaju: musimy się spotkać i nadrobić zaległości.
-?No to miłych zakupów. -?Tekst brzmi absurdalnie, Julia wskazuje koszyk
Helen, którego zawartość, właśnie to dostrzega, jest równie komicznie
uboga: cztery limonki i torebeczka orzechów.
-?Yyyhym. -?Helen dotyka ramienia Julii, a Julia cieszy się, że długie
rękawy ukrywają gęsią skórkę. -?Tobie też.
W amoku kończy zakupy, stoi w kolejce i wykłada rzeczy na taśmę przy
kasie.
-?Pamiętała pani o wielorazowych torbach? -?oskarżycielskim tonem pyta
kasjer.
-?Jakże bym mogła o nich zapomnieć -?odpowiada, ale kasjer się nie
uśmiecha.
Udaje jej się lżej odetchnąć dopiero, kiedy wsiada do samochodu. Paczka
z mięsem kraba i kapusta -?zrobiło jej się żal i nie potrafiła się
zmusić, by ją odłożyć na stos -?wesoło podskakują na siedzeniu obok.
Wszystkie kluczowe sytuacje z Helen rozegrały się na przestrzeni kilku
miesięcy, ale teraz mózg Julii je kompresuje, całość rozgrywa się w ciągu minuty, od ataku płaczu w samochodzie, przez leniwe popijanie wina
na tarasie Helen, do tego ostatniego razu, kiedy spotkały się w bibliotece, wszystko to w sześćdziesiąt sekund. Kręci jej się w głowie,
otwiera szyberdach i bierze głęboki wdech.
W drodze tutaj odpowiedzialnie -?acz z lekkim znużeniem -?słuchała
radia, ale gdy tylko wyjeżdża z parkingu, przełącza się na playlistę
córki. Klasyczny rock wrócił do łask, więc zna co drugą piosenkę, Bowie
i Stonesi, przedzieleni zespołami o skomplikowanych nazwach, You Will
See Our Smiling Faces on the Nine Train i Reckon with Your Racist
Grandfather albo Slight Right for the Sanitary Landfill. Zawsze myli
nazwy, czym doprowadza córkę do szału. Przyznaje, że nie za wiele
rozumie ze współczesnej muzyki, którą preferuje Alma, ale nauczyła się -
nieustannie, rozpaczliwie starając się, by córka ją pokochała -?doceniać
ją, podkręca więc głośniej i naciska przycisk otwierający okno, żeby
zaczerpnąć świeżego powietrza.
Kiedyś uważała się za eksperta, wyluzowaną osobę. Chodzili z Markiem na
koncerty prawie co weekend i potrafiła wyrecytować całą dyskografię
Pavement w kolejności wydania lub osobistych preferencji, i nauczyła
tego Bena, przez osmozę, odtwarzając muzykę znacznie głośniej niż teraz,
kiedy odwoziła go do przedszkola lub podczas wspólnych szaleńczych jazd
po mieście, i to oczywiście sprawiło, że znów pomyślała o Helen, cieniu
dotyku Helen na ramieniu, jak niewiarygodne było, że w ogóle podeszła do
tej kobiety, ale także o Helen wtedy, w dziale sukulentów w ogrodzie
botanicznym, Helen, która wyczuła jej rozpacz -?pusty wzrok społecznie
niewydolnej młodej matki w koszulce Jesus and Mary Chain -?i wyciągnęła
ją z tłumu.
Na playliście włącza się Smells Like Teen Spirit, a ona robi głośniej,
za bardzo -?mężczyzna stojący obok na światłach gapi się na nią bez
żenady -?ale podkręca dźwięk jeszcze o kilka poziomów, i wyjeżdża na
Eisenhowera, ciesząc się z pretekstu, by ostro przyśpieszyć.
Marka nie ma w domu, na całe szczęście, ponieważ gdy tylko wchodzi do
kuchni, odczuwa dziwne nagłe zachwianie, obraz drgający na krawędziach
pola widzenia, co zmusza ją, by ciężko opadła na stołek przy wyspie.
Czuje przednie łapki Suzanne na goleni, pies staje na tylnych łapach,
żeby sprawdzić, co się z nią dzieje, urażony, że Julia nie zaangażowała
się w zwyczajowe euforyczne powitanie. Suzanne traktuje każdy powrót
Julii -?niezależnie od tego, czy nie było jej pięć minut, czy pięć
godzin -?jak wygraną na loterii, dziki wzrok i ciało wibrujące z podniecenia. Suzanne ma większego fioła na punkcie Julii, niż ktokolwiek
miał kiedykolwiek, większego, niż sama Julia kiedykolwiek miała na
punkcie innej żywej istoty, w tym swoich dzieci. Budujące jest -?choć
czasami irytujące -?być tak bardzo kochanym.
-?Wszystko gra, księżniczko -?uspokaja psa. -?Tylko trochę słabo się
czuję.
-?Niezupełnie tak właśnie było, ale dobra -?mówi Alma do kogoś, wchodząc
do kuchni. -?Mamo?
Otwiera oczy, podnosi głowę. Obraz się wyostrza. Jej córka jest
imponująca i przerażająca, Amazonka z ciemnymi niesfornymi włosami i przenikliwymi zielonymi oczami. Przyciska do piersi pustą miskę, a w każdej ręce trzyma zgniecioną puszkę po la croix.
-?Cześć, Ollie.
Pies skamle, Julia pochyla się i bierze go na ręce.
-?Nie płacz -?mówi w futro Suzanne.
-?Nie powinnaś zarządzać jej emocjami -?zaczyna Alma, ale potem marszczy
brwi. -?Dobrze się czujesz?
Jest to zupełnie niezwykły przypadek interpersonalnej troski w wykonaniu
Almy i Julia przez chwilę aż żałuje, że nic jej nie jest, że nie może
poprosić córki o jakąś formę nietraumatycznej pomocy, usunięcia drzazgi
lub nastawienia zwichniętego barku, czegoś, co wymagałoby bliskiego
kontaktu fizycznego z osobą, którą urodziła, dopóki Alma -?rzadkość u tej narcystycznej lwicy -?ją oferuje.
Tutaj nie ma sposobu na zwinne manewrowanie. Nawiązanie do jakiejś
kwestii fizjologicznej sprawi, że córka (która nie jest szczególnie
zadowolona z żyjących rodziców, ale też niekoniecznie życzy sobie ich
śmierci) nabierze podejrzeń, a powiedzenie prawdy -?że zbiera siły na
spotkanie z mężem po tym, jak spotkała kobietę, która prawie
doprowadziła do rozpadu ich małżeństwa -?jest oczywiście wykluczone.
-?Dobrze -?odpowiada, a Suzanne wierci się, zlatuje z kolan Julii: pies,
tak jak kot, tak jak jej córka, wyznacza swoje granice, wymaga stałej
uwagi, ale na własnych, bardzo twardych warunkach. -?Dobrze, dobrze,
dobrze.
Prostuje plecy, wstaje ze stołka i wprawia się w ruch. Nigdy nie jest
tak, że w kuchni nie ma nic do zrobienia, zwłaszcza gdy Alma przyjmuje
przyjaciół: rozlane płyny, które trzeba wytrzeć, zmywarka do zapakowania
lub rozładowania, dwa ogryzki jabłka i fioletowa skórka drogiego koziego
sera dojrzewającego w winie, które same się nie wyrzucą do kosza na
śmieci.
Szczęśliwie Alma akceptuje odpowiedź, gotowa, z tą nieposkromioną
pewnością siebie nastolatki, by uwaga skupiła się, słusznie i wyłącznie,
ponownie na niej.
-?Zadzwonili, że muszą przełożyć moją wizytę u dentysty -?mówi. -
Doktorowi Gallagherowi umarł ktoś z rodziny.
-?Och, to bardzo...
-?Ale w sumie to się dobrze składa, bo w tym tygodniu mamy w bibliotece
spotkanie zaawansowanej grupy historii Europy. Znaczy dobrze, że
odwołali wizytę, a nie dobrze, że ktoś umarł. Zastanawiałam się też, czy
mogłabym wziąć samochód, żebyś nie musiała przyjeżdżać po mnie późno w nocy?
Alma była szalenie przylepnym dzieckiem, ale teraz jest właściwie
samodzielną i całkowicie zagadkową siedemnastolatką. Jest wredna,
wspaniała i zachwycająco dobra z matematyki. Żartuje z przyjaciółmi z niewytłumaczalnych rzeczy, takich jak Gary Shandling i tosty z awokado,
maluje mikroskopijne wiśnie na paznokciach i porywa się na wysoce
angażujące przedsięwzięcia cukiernicze, wypełniając lodówkę bajglami
jerozolimskimi i sześciowarstwowymi tortami.
-?Pytam teraz, bo ostatnim razem powiedziałaś mi, że nie uprzedziłam cię
odpowiednio wcześnie -?ciągnie.
Niedawno znów zaczęła rozmawiać z Julią i Markiem, po prawie dwóch
latach ponurego milczenia, a teraz właściwie nie da się sprawić, żeby
przestała. Przy stole opowiada im bez tchu jakieś niepojęte historie.
Prezentuje długie streszczenia wyrwanych z kontekstu odcinków seriali
telewizyjnych, których nigdy nie oglądali. Konstruuje skomplikowane i przekonujące linie obrony, żeby jej coś dali lub pozwolili coś zrobić.
Rozmowa z nią to mechaniczna czynność, wymagająca ciągłej gotowości do
zmiany biegów, wycofywania się lub nadążania za płynnymi, niedorzecznymi
przejściami, albo do katapultowania się ze świata rzeczywistego do
fikcyjnego, bez postoju na uzupełnienie paliwa. Nie ma cienia szansy na
to, że w przyszłym miesiącu nie zostanie przyjęta do kilku z siedemnastu
arcyluksusowych i przerażająco drogich college'ów, do których
aplikowała, a ponieważ Julia chciałaby, żeby pozostały czas jej pobytu w domu upłynął bez traumy, reaguje na swoją córkę tak, jak wtedy, gdy była
śpiącym niemowlęciem: chodziła przy niej na palcach, żeby tylko nie
wzbudzić niepokoju. Dynamika sił w ich domu nie różni się niczym od
wieloletniego kryzysu z zakładnikami.
-?Zobaczymy -?mówi, a potem dodaje, zanim Alma zdąży zaprotestować: -
Jest ktoś u ciebie?
Słyszy co najmniej dwa głosy dobiegające z salonu i jest całkowicie
pewna, że jeden z nich należy do Margo Singh.
Alma wrzuca puszki do kosza na metale i plastik.
-?Tak.
Córka odmówiła udzielenia jej jakichkolwiek użytecznych informacji na
temat Margo, a dokładniej więzi, jaka je łączy. Wszelkie wysiłki, jakie
Julia podjęła, by się czegoś dowiedzieć o ich związku, napotykały
drwinę, milczącą sugestię, że jej poglądy na temat związków są zbyt
sztywne.
-?To nie jest moja dziewczyna -?powiedziała Alma niedawno. -?Ale też nie
jest przyjaciółką. Mamo, nikt już tego tak nie nazywa.
Julia powstrzymała się wtedy od zapytania: nikt tak nie nazywa czego?
Prywatność Almy, w stale zmieniającej się kolejności priorytetów między
ocenami Almy, rozkrzewiającymi się opiniami politycznymi Almy i chwilowymi zachciankami egzystencjalnymi Almy, jest ostatnio popularnym
tematem. Do tego Julia lubi Margo. Wolałaby, żeby ta dziewczyna robiła
trochę więcej hałasu, kiedy chodzi -?ma skłonność do posępnego
wyłaniania się z mroku jak grabarz -?ale wydaje się, że ma głowę na
karku i że Alma jest przy niej szczęśliwa.
-?Świetnie -?mówi. -?Gdzie tata? Jest twój brat?
Alma wydaje z siebie mruknięcie typu a-skąd-mnie-wiedzieć. Wstawia miskę
do zlewu, a potem pod ciężarem spojrzenia Julii sięga po gąbkę.
-?Co gotujesz?
-?Różności -?odpowiada Julia nieuważnie, otwiera szafkę, wyciąga
potrzebne produkty i odkłada je na wyspę. -?Miniquiche. Sałatkę z ogórka. Ciastka krabowe.
Przygotowuje przybory, selera, bułkę tartą. Tak naprawdę, przed
popołudniowym przerywnikiem, nie mogła się doczekać przygotowań,
dostatecznie pracochłonnych, by mogła się poczuć godna pochwały, ale nie
na tyle, żeby uniemożliwić jej robienie dziewiętnastu innych rzeczy
naraz. Wie, że ze strony dzieci nie doczeka się pomocy.
-?Boże, mamo, serio? -?Alma odwraca się do niej.
Zachowuje się, jakby właśnie została postrzelona, a Julia rozgląda się
dookoła z zaskoczeniem, szukając jakiejś nowej traumy, ale wszystko
wygląda normalnie, z miski w rękach córki płyn do zmywania kapie na
podłogę.
-?No co? -?pyta zaniepokojona.
-?Mówiłam ci, że nie jem owoców morza -?tłumaczy Alma. -?Mówiłam ci to
parę tygodni temu.
Myśli intensywnie. Chciałaby -?brzmi okropnie, ale to pragnienie często
pojawia się podczas rozmów z córką -?po prostu wyparować. Odczuwa też
nieprawdopodobne zmęczenie, podkręcone grawitacją. Macierzyństwo
nieustająco przynosi jej to szczególne uczucie, skrajne niedowierzanie,
że nie tylko oczekuje się od niej kolejnego czegoś, ale wręcz ma
obowiązek to kolejne coś zrobić.
-?Zapomniałaś?
-?Zapomniałaś to za mocne słowo -?mówi i wyjmuje z półki na drzwiach
lodówki pęczek kolendry.
Pamięta, oczywiście, liczyła tylko, że rozmowę o stopniowym
przechodzeniu Almy na weganizm, podobnie jak wiele innych rozmów z nastolatkami, uda się po paru dniach zamieść pod dywan, bo temat
wypchnie jakaś inna wyjątkowa, trudna do wyjaśnienia, niecierpiąca
zwłoki sprawa.
Oddycha powoli, głęboko, przez nos, dopóki nie czuje, że powietrze
rozszerza się nisko w gardle. Zanim urodził się Ben, bez entuzjazmu
chodziła na jogę dla kobiet w ciąży. Wówczas nie miała pojęcia, że
ćwiczenia oddechowe przydadzą jej się nie przy porodzie, ale dwadzieścia
lat później, w ramach przeciwdziałania przemocy ze strony nastoletniej
córki.
-?Dlaczego tak dziwnie oddychasz?
-?Bo... potrzebuję więcej powietrza. Żeby dotlenić mózg.
-?Powiedziałaś, że przemyślisz ograniczanie produktów odzwierzęcych w rodzinnej diecie -?mówi Alma, a emfaza w jej głosie sprawia, że Julia ma
ochotę wepchnąć ją do studni.
-?Jeśli nie chcesz, to nie musisz jeść, skarbie. Będzie mnóstwo innych
rzeczy do wyboru.
-?Czy ty sobie ze mnie kpisz? -?denerwuje się Alma i wskazuje na ręce
Julii, w których -?zupełnie bezmyślnie, jak piłkę do siatkówki lub
odciętą głowę -?trzyma swoją kapustę-kusicielkę.
Chce jej się śmiać, z trudem się hamuje, przez co łzy napływają jej do
oczu.
-?Czemu masz taką minę? -?pyta Alma.
Wejście Marka litościwie przerywa tę scenę. Jest spocony, wraca z biegania, w szortach z lycry i z przytroczonym u pasa bidonem, który
ostatnio skojarzył jej się z workiem kolostomijnym. Też schyla się, żeby
pogłaskać Suzanne, która wita go, jakby wrócił po dekadzie. Wszyscy,
odkąd pies pojawił się w rodzinie, przestawili się na obecność Suzanne,
chociaż padały sugestie, że najbardziej zmieniła się Julia.
-?Co to za bransoleta? -?pyta Alma. -?Wyglądasz dziś dziwniej niż
zwykle.
Mark unosi rękę, na nadgarstku ma pasek z fioletowego plastiku, prototyp
krokomierza, który testują u niego w pracy i o którym Julia od miesięcy
słucha do wyrzygu.
-?Te z reklamy są archaicznie niedokładne -?stwierdza.
-?Może i tak -?mówi Alma. -?Ale przynajmniej nie wyglądają jak to coś.
-?A co tu taki tłum? -?Mark obejmuje córkę ramieniem. Alma mamrocze pod
nosem, niby protestując, ale pozwala się przytulić, nawet lekko pochyla
się w jego stronę, chociaż jest cały spocony, i w ogóle. Julia od wieków
nie doświadcza takiej fizycznej bliskości z Almą. Z córki emanuje
potężna energia, która trzyma matkę na dystans, choć najwyraźniej nie ma
wpływu na ojca, którego Alma lubi o wiele bardziej.
Mark podchodzi do Julii i całuje ją, a Alma patrzy na nich z obrzydzeniem. W tej rodzinie zegar zawsze jest lekko rozregulowany,
uczucia źle lokowane, a przewinienia wyolbrzymione. Ale to lepsze, myśli
-?Boże, to musi być lepsze -?niż ich całkowity brak.
-?Czy właśnie to mamy dziś na obiad? -?pyta Mark i podnosi kapustę w ręce jak szklaną kulę. Alma wzdycha ostentacyjnie i wychodzi z kuchni.
Oboje wsłuchują się w głuchy tupot stóp w skarpetach, niknący w pokoju.
-?Spontan -?wyjaśnia Julia. -?Z okazji twoich urodzin.
Mark kładzie ręce na jej ramionach.
-?Co szykujesz?
-?Produkty odzwierzęce.
-?Mogę pomóc?
-?Nie. -?Próbuje nadać słowom radosny ton. -?To mój prezent dla ciebie.
Plus to wszystko. -?Zatacza krąg ręką i wskazuje blat przed sobą,
baterię butelek wina przy zlewie, zakupy spożywcze. Julia zastanawia
się, czy w sklepie ktoś zauważył jej podchody do Helen Russo, odważny
czyn w portkach klauna.
Mark delikatnie masuje jej kark. Musi istnieć jakiś małżeński szósty
zmysł, który sprawia, że jedna ze stron -?nieświadomie skrzywdzona -
nagle zachowuje się z przesadną wielkodusznością, skutecznie nasilając
wyrzuty sumienia winowajcy. Denerwuje ją to.
-?Idź pod prysznic -?mówi i trzepie go ściereczką do naczyń. -?Żebyś się
nadawał do ludzi.
Patrzy, jak wychodzi z kuchni, przeczesuje włosy ręką i próbuje
wykrzesać z siebie energię, którą miała jeszcze godzinę temu, energię z czasu sprzed-Helen, skupia się na zadaniu do wykonania. Pokroi kapustę w paseczki i zrobi surówkę. Czasem przyłapuje się na tego rodzaju myślach
-?"zapomniałam zapłacić typowi od trawnika", "w środę przyjedzie dostawa
z karmą Suzanne" -?i dziwi ją własna groteskowość.
"Życie to walka", podśpiewuje czasem, żeby rozbawić Marka, kiedy dupek z domu obok, makler giełdowy, wrzeszczy na swojego podwykonawcę, albo gdy
obserwuje wiewiórkę, która kradnie ziarno z karmnika dla kardynałów,
wisząc do góry nogami, ale myśli, że ci dwoje tak naprawdę niczym się od
siebie nie różnią. Coraz wygodniej osiadała w swoich własnych
niedorzecznych pragnieniach.
Kapusta julienne, ja pierdolę, i dziwi się bezgranicznie, jak
nieprawdopodobnie urocze stało się jej życie.
Rozdział drugi
Wtedy wcale nie było tak wspaniale, bynajmniej, mgliste, opatulone
bawełną dni, zanim poznała Helen Russo, dni tak długie i paraliżująco
monotonne, że nie potrafiła odróżnić jednego od drugiego. Dwadzieścia
lat temu, jeden dom temu. Przeprowadzili się z miasta na średnio zamożne
przedmieścia, zapisali Bena do Krainy Łagodności, co w jej uszach
brzmiało jak nazwa nieszczególnie drogiego baru ze striptizem lub
wysokiej klasy ośrodka odwykowego, choć w rzeczywistości było to jedno z najbardziej luksusowych przedszkoli w okolicy. Odmawiała używania
oficjalnej nazwy miasta i zaczęła je nazywać, irytując Marka do granic,
Szyszkowolą. Przedmieścia, mekka odnoszących sukcesy dorosłych z zawodami o nazwach nie do pojęcia i ich rozczarowanych, opiekujących się
domem małżonek, dęby, bogactwo i umiejętnie zamaskowana rozpacz.
Ciągnęły się kilometrami, znaki drogowe i drogi z doskonale zachowanego
bruku, samochody kombi i terenowe wózki dziecięce, hektary gęstej,
idealnie przystrzyżonej roślinności, kuszące tabliczki informacyjne,
pełne świadomego uznania dla rzemieślników, świadome przejawy mdłej
przynależności politycznej, tablice upamiętniające totalne nic, a do
tego nie wolno było nawet normalnie jeździć. Nierzadko trafiała na ulicę
z ograniczeniem prędkości do dwudziestu kilometrów na godzinę, jak w pradawnych czasach. Każdy lubił myśleć, że jego przedmieście jest
najlepsze, ale tak naprawdę wszystkie były takie same, nieznacznie
różniły się bliskością jeziora lub stopniem amorficznej "różnorodności"
lub "historycznego znaczenia", ale ostatecznie jedno licho. Ich ulica
nazywała się Superior, Kierownicza, ale po paru miesiącach przestało ją
to bawić, podobnie jak prawie wszystko inne.
Co się takiego stało? Któż to wie. Świat zaczął się rozpadać albo
zapomnieli z Markiem, jak ze sobą rozmawiać, a może po prostu jej emocje
opadły do komfortowego poziomu. Wyprowadzili się z miasta mniej więcej w czasie, gdy Ben zaczął stawiać pierwsze kroki, teraz chodził z całkowitą
pewnością siebie, choć niezupełnie z gracją, a także płynnie władał
zarówno angielskim, jak i hiszpańskim, którego uczyli w środy w Krainie
Łagodności. Julia za to czuła się uziemiona, jakby została
zabalsamowana. Nie spała. Jej wewnętrzny monolog nabrał kofeinowej
nerwowości, stał się nieprzerwanym szczebiotem świra i była świadoma -?w chwilach nieczęstych interakcji z innymi dorosłymi -?że jej monolog
zewnętrzny może wykazywać cechy tej samej manii.
Zaczęła dostrzegać, że kiedy nie czekała, aż coś się wydarzy -?coś
prozaicznego, jak Ben budzący się z drzemki, albo coś straszliwego, jak
asteroida spadająca z nieba -?czuła się całkowicie oderwana od
rzeczywistości, pogrążona w ponurych rozmyślaniach, zwykle ze wzrokiem
wbitym w dal, jak pozbawiona praw obywatelskich wiktoriańska piastunka.
Nie słyszała, jak Mark wszedł do kuchni.
-?Dobrze się czujesz?
Jakby zobaczył, że zaplątała się w drut kolczasty. Ostatnio było to jego
ulubione pytanie, zawsze zadawane z przymilną łagodnością w głosie.
Wyprostowała plecy.
-?Chyba coś utknęło w młynku do odpadków.
Mark zadrżał lekko. Miał wrodzoną awersję do wszelkiego rodzaju
tajemniczych produktów spożywczych, rzeczy zgniłych, granulkowatych lub
po prostu niezidentyfikowanych. Musnął jej ramię, przechodząc do dzbanka
z kawą, i nie zadał żadnych dodatkowych pytań dotyczących młynka,
potencjalnego siedliska mrocznej tajemnicy.
-?Chciałbym, żeby ten tydzień się już skończył i był od razu piątek -
stwierdził, pozornie nieświadomy dziecinności i banalności tego
oświadczenia, sypiąc cukier do kawy. -?Obudziłem się przytłoczony. Może
to zły znak?
W tych rzadkich momentach, kiedy udało jej się usnąć, Julia często
budziła się z lękiem przed czymś, co mogło nadejść, i wstecznym lękiem
przed tym, co już nastąpiło, ale ponieważ Mark nosił krawat i miał tytuł
magistra, i ponieważ nieszczęścia Julii często objawiały się w zetknięciu z klockami Duplo i przymusową konsumpcją marchewki, Mark miał
większe prawo do użalania się nad swoimi obowiązkami. Tak właśnie
działał świat. Dawno temu przestała próbować wyobrazić sobie, jak mijają
mu dni, bez nudy i zazdrości.
Ich życie stało się nagle potwornie nużące, od zera do nijakości w dziesięć sekund. Zapewne dało im to szansę w wyścigu o senne olimpijskie
zwycięstwo. "Pamiętasz naszą podróż poślubną do Grecji -?nie mówiła. -
Pamiętasz, jak uprawialiśmy seks na stojąco w uliczce na Korfu i patrzył
na nas szczur. Pamiętasz, jak uprawialiśmy seks w łazience w sklepie
ogrodniczym. Pamiętasz, jak uprawialiśmy seks w...".
-?Julku?
-?Mhmm. -?Zamrugała i ponownie stawiła czoła jego trosce, patrząc na
zmarszczone brwi. -?Tak, to zdecydowanie zły znak.
Bruzda się pogłębiła. Najwyraźniej coś jej umknęło.
-?Pytałem, co dzisiaj robiłaś -?powiedział.
-?To samo, co zwykle -?odparła. -?Och, czekają nas same superrzeczy.
Zerknął na nią przez ramię.
-?Kiedy któregoś dnia kosiłem trawnik, pogadałem z Ericą. Mówiła, że
byłoby fajnie, gdybyście się czasem spotkały, a jej syn mógł się bawić z Benem. Może do niej zadzwoń?
-?Kim jest Erica?
-?Mieszka parę ulic od nas. Biega i ciągnie za sobą malucha w wózku...
-?To ta z twarzą?
-?Julio, daj spokój.
Intensywnie się w niego wpatrywała, w mężczyznę, który chciał wszystko
naprawić. Rozwiązania jego własnych problemów wydawały się mniej
skomplikowane niż jej problemów. Jak zawsze. Była tak samotna, że
zaczynała to odczuwać jak przypadłość fizyczną.
-?Co niby miałabym z nią robić?
-?No nie wiem. -?Zamyślił się, odwrócony plecami do niej buszował w lodówce. -?To, co zwykle robią mamy.
Z miejsca ją rozwścieczył.
-?Czyli co? Co masz na myśli?
-?Tak tylko, myślałem... możecie iść na spacer. Albo wstąpić do klubu
książkowego?
-?Ach, tak, spacer. Nieśmiertelna tradycja mam.
-?Wiesz, co mam...
-?Prędzej umrę, niż zapiszę się do klubu książkowego.
Użalanie się nad życiem na przedmieściach było nudne, doskonale o tym
wiedziała. Wyobrażała sobie antropologię swojego życia jak warstwy
łupków, wyszczerbionych i delikatnych, kruchych, ale w nieodróżnialnych
odcieniach szarości. Mieszkała gdzieś tam. A potem nie mieszkała gdzieś
tam. Tak naprawdę wszystko było takie samo wszędzie. Ostatecznie
wszędzie stawało się gdzieś tam. Bycie kimś takim było banalne. Nudziła
ją sama myśl o tym, o smutku bez powodu, o tym, że miała pretensje o najłatwiejsze życie na świecie. A jednak nie potrafiła się oprzeć.
-?Dobra, Julio, nie było rozmowy, ja tylko...
-?Ja tylko nie rozumiem, co masz na myśli, mówiąc to, co zwykle robią
mamy. Tak, jakbyś mi tłumaczył, no wiesz, to, co robią ludzie w swetrach. Rzeczy, które robią praworęczni. Jakby mamy były jakimś
osobnym... gatunkiem czy co.
-?Wiesz, o co mi chodzi, Julku. Byłoby miło... pobyć wśród ludzi.
-?Mam ciebie -?powiedziała, a on złagodniał.
-?Oczywiście, że masz mnie -?potwierdził, a potem podszedł i mocno ją
przytulił, poczuła pod policzkiem jego pierś.
Właściwie to nie mogła doczekać się dzisiejszego dnia, środy, dnia,
kiedy Ben szedł do Krainy Łagodności, co gwarantowało jej potencjalnie
spokojny dzień. Mogła zapalić w samochodzie i pojechać do Forest Glen,
połazić po lesie, wyciągnąć się na dużej, ciepłej skale jak rytualna
ofiara, żeby choć przez chwilę nikt się na nią nie gapił. Ale teraz
czuła się źle, źle, bo nie mogła się doczekać, żeby pobyć z dala od
dziecka, i źle, że nie potrafiła lepiej zorganizować sobie czasu, że nie
wypełniała tych wolnych godzin stymulacją kulturalną i zawieraniem
znajomości z ludźmi w swoim wieku.
-?Wszystko w porządku? -?zapytał Mark i odsunął się, żeby na nią
spojrzeć. -?Wyglądasz na zmęczoną.
I chociaż była to prawda, chociaż nie spała od trzeciej dziesięć i gdyby
wypiła teraz czwartą, nieskuteczną, filiżankę kawy, byłaby roztrzęsiona
aż do zachodu słońca, ale nadal tak samo wyczerpana, poczuła się lekko
urażona.
-?Gdybyś podrywał mnie z takim wdziękiem na początku znajomości, wątpię,
czy bym za ciebie wyszła -?powiedziała, ale zapomniała nadać tonowi
lekkości i sama usłyszała, że źle to zabrzmiało. Mark też to usłyszał.
Jego twarz -?ta kochana twarz! -?wyraźnie się wydłużyła. Chciała go
uderzyć.
-?Ała -?powiedział.
-?Oj -?odparła.
Przecież to nie była jego wina, naprawdę nie. Teraz jej kolej, żeby go
delikatnie dotknąć, tak ledwo ledwo, jakby był pokryty czymś lepkim.
-?Przepraszam -?odezwała się, tak jak zwykle on mówi. -?Kocham cię.
Zetknęli się policzkami na pożegnanie i usłyszała, jak drzwi frontowe
otwierają się, a potem zamykają, gdy wyszedł do pracy.
Nadejście Bena było, jak zwykle, kojące. Zjawił się niczym promień
słońca w drzwiach kuchni, z odciskiem poduszki na policzku i wielkimi
oczami, mrugając jeszcze z rozespania, z pluszową żyrafą dyndającą w małej rączce. Poczuła ciepło na sercu, a twarz rozpłynęła się jej w uśmiechu, cała radość, towar u niej deficytowy, zarezerwowana była
wyłącznie dla niego.
-?O, jest mój chłopiec -?powiedziała, a jego twarz również się
rozjaśniła. Wzięła go na ręce i pocałowała na dzień dobry: syna i żyrafę, wdychając jego zapach, esencję słońca.
O Boże, o mój Boże, mój najlepszy przyjaciel ma trzy lata, myślała
czasem. Niedawno próbowała wyjaśnić to Markowi, kiedy zasugerował -
używając nieco łagodniejszych słów -?że może dobrze by jej zrobiło,
gdyby znalazła sobie przyjaciół w swoim wieku. Oczywiście wiedziała, że
Ben nie jest jej przyjacielem, tylko dzieckiem, ale w pewnym sensie nie
zdawała sobie z tego sprawy, dopóki Mark nie wypowiedział tego na głos,
a samotność, która potem nastała -?samotność nad samotnościami, luka w już i tak słabo zaludnionej przestrzeni -?okazała się zaskakująco
dokuczliwa. Tak łatwo było ją ostatnio skopać, kiedy gnębił ją smutek,
nawet niezamierzenie -?a Mark, najmilszy facet na świecie, nigdy nie
robił tego celowo -?ponieważ zaś smutek gnębił ją zawsze, nawet
niekoniecznie skopać, ale raczej potknąć się o stały punkt -?bezwładny
element krajobrazu -?o emocjonalną ofiarę.
-?Jesteś smutna? -?spytał Ben znienacka, więc szybko przełknęła nagłą
chęć płaczu, choć z pewnością do tej pory przywykł już do widoku jej
łez.
-?Nie, oczywiście, że nie -?wyszeptała w małą główkę. -?Mamusia jest
szczęśliwa.
Kosmyki jego włosów połaskotały ją w usta. Czasem czuła ochotę,
gwałtowną i instynktowną, żeby go zjeść.
-?Misiaczku, mój misiaczku, to ty sprawiasz, że mamusia jest taka
szczęśliwa.
* * *
Później, w drodze do Krainy Łagodności Ben opowiadał jej sen o czymś, co
nazywał "samotnym beaglem", który bawił się na placu zabaw. Bohaterowie
snów Bena rzadko podlegali czemukolwiek poza upływem czasu i radośnie
przemieszczali się z jednego miejsca w drugie. Większość snów Bena była
właśnie taka: bardzo imagistyczna, nietraumatyzująca, rzeczy po prostu
się dzieją, czas płynie.
-?Nasz synek, Virginia Woolf -?nie tak dawno mówiła żartem do Marka.
-?I wiesz co, mamo? -?ciągnął Ben. -?Chcieliśmy go pogłaskać, ale go nie
pogłaskaliśmy.
-?Nie! -?zgodziła się z fałszywą radością na granicy histerii.
Nie zwracała na niego uwagi. Myślała już tylko o tym, że za dziesięć
minut od teraz wjedzie na autostradę i tak głośno włączy Replacements w swoim drogim systemie audio, że aż kierownica będzie wibrować -?chociaż
wiedziała, że natychmiast zatęskni za obecnością Bena na tylnym
siedzeniu. Rodzicielstwo było przewlekłą torturą, nieustannym
pragnieniem, żeby jednocześnie być razem i osobno. Czasami marzyła o nagłej śmierci: Subaru zmiażdżone przez ciężarówkę, pływanie w jeziorze
Michigan zakończone powolnym opadaniem, stopy szurające po zimnym
mulistym dnie w jego najgłębszym punkcie. Pocieszała ją myśl, że nic nie
jest wieczne, że w każdej chwili interwencja natury lub okoliczności
mogą ją wyrwać z monotonnego trwania w imadle egzystencji.
Stojąc na światłach, uświadomiła sobie, że płacze. I mniej przerażał ją
sam płacz -?ostatnio płakała tak często, jak nigdy wcześniej -?niż fakt,
że nawet tego nie zauważyła, że była w stanie funkcjonować, zajęta
codziennością, a ten niekontrolowany smutek po prostu z niej wyciekał,
dyskretny jak oddech.
-?Coś ci jest -?oświadczył Ben.
Dzieci wprawiały ją w zakłopotanie zaskakującą mieszanką przenikliwości
i prostoduszności.
-?Mamusi nic nie jest, kochanie -?odparła, uciekając się do
usankcjonowanego przez rodziców mówienia w trzeciej osobie. Nigdy nie
dysponowała odpowiednim zestawem umiejętności, ale kiedyś miało to
mniejsze znaczenie. Teraz w grę wchodziło dobro innych osób.
Samotność macierzyństwa. Śmiertelne znużenie codziennością. Tyle życia
wokół niej, ta elektryzująca mała osóbka stworzona przez nią i jej
życzliwego, pracowitego męża, mężczyznę lepiej niż ona przystosowanego
do przyziemnych kaprysów normalnego życia, a ona myślała tylko o tym, że
chciałaby być sama. Życie, które stworzyła, żyło własnym życiem, a ona
potrafiła jedynie wyobrażać sobie, jak byłoby miło, gdyby Ben zniknął,
gdyby znalazł się zupełnie gdzie indziej, w jednym z tych niewielu
miejsc, do których za przyzwoleniem społecznym można było zesłać swoje
dzieci na wspólną zabawę, gdzie jakaś inna matka karmiłaby go selerem z masłem orzechowym, prawdziwa matka, która by się radośnie ekscytowała,
zamiast wzdrygać od jego okrzyków zachwytu. Pochłaniało to tyle energii
-?czasami myślała, że w środku ma powolnie przeciekającą baterię, a cierpka, alkaliczna, spieniona ciecz wyżera jej narządy -?tyle wysiłku
musiała włożyć w to, żeby nadać swojemu głosowi brzmienie rozpoznawalne
dla syna.
Podkręciła głośność na No Sleep Till Brooklyn, do którego nauczyła
Bena headbangować, ale teraz syn patrzył tylko z powagą na jej odbicie
we wstecznym lusterku, dostojny i nieporuszony. Ben nie był typowym
dzieckiem, nie przypominał w niczym pulchnego cherubinka, którego
wyobrażała sobie, gdy była w ciąży -?w snach nawiedzały ją całe zastępy
pulchnych, pogodnych dzieci, posłusznych pączusiów, rzucających
żarcikami siewców radości w ogrodniczkach. Ale Ben był drobny,
szczuplutki i poważny, tak poważny, że często się martwiła, czy cieszy
się życiem tak, jak powinien. Patrzył przenikliwie i dojrzale, milczał
refleksyjnie i po mniszemu. Denerwował ją, więc skupiła się na drodze.
Kiedy wjeżdżała na podjazd przedszkola, poczuła, jak zwalnia jej oddech.
Była już tak blisko, tak blisko do chwili samotności, tak bardzo blisko.
Ale kiedy Megan, pomoc przedszkolna, otworzyła tylne drzwi, żeby wyjąć
Bena z fotelika, dzieciak się rozwył. Ben nigdy nie wył. Ben był
spokojny i łagodny. Ben wyczuwał, lepiej lub gorzej, kiedy mama
potrzebowała chwili dla siebie i prawie nigdy nie odstawiał histerii.
-?Kochanie -?powiedziała.
Czas pobytu syna w przedszkolu mijał jej błyskawicznie. Tylko tyle mogła
być nieobecna, tylko tyle papierosów wypalić. Spojrzała na Megan,
współczującą młodą brunetkę w bezrękawniku, i przywołała na twarz
najlepszy uśmiech zmęczonej mamy.
-?Kochanie, czas do przedszkola.
-?Nie. -?Ben był stanowczy.
-?Słonko, Megan musi rozpiąć ci pasy, żebyś mógł wejść do środka i świetnie się bawić.
Niewiarygodne, że dzieciaki nabierają się na to gówno. Na dziś Ben miał
w planie zajęć "Upiorne kręgle" i "Z jak Zagłada Zarazków" oraz
przekąskę w postaci krakersa z organicznej mąki Grahama. Trudno sobie
wyobrazić, że coś takiego może wzbudzić entuzjazm u kogokolwiek.
A jednak zawsze się udawało. Zawsze ochoczo dawał jej całusa na
pożegnanie i wracał po południu, senny i dumny z siebie prezentował
tajemniczo zmodyfikowane rolki po papierze toaletowym i niezidentyfikowane stworzenia z patyczków do uszu.
-?Nie -?powtórzył Ben, a jego głos zabrzmiał przerażająco podobnie jak u Marka, przekonująco i rzeczowo. Julia spojrzała błagalnie na Megan,
która nie zarabiała aż tyle, żeby zajmować się jeszcze fochami bogatych
mamusiek dzieci z Krainy Łagodności, nie mówiąc już o emocjonalnym
rozchwianiu najbardziej samotnego rodzica w całym przedszkolu. "Boże,
pomóż mi".
-?Może powinnaś dziś sama go zaprowadzić. -?Megan wzruszyła ramionami i zanim Julia zdążyła odpowiedzieć, zamknęła drzwi i przeszła do
następnego samochodu.
Julia podjechała na parking pół przecznicy dalej, stanęła i odwróciła
się do Bena.
-?Chcesz, żeby dziś mama weszła z tobą do środka, kotku? -?spytała.
Nadal zaskakiwało ją, że Ben kiedykolwiek dał się na to nabrać, na
fałszywą radość w jej głosie, przypadkowo dobrane rozbrajające czułe
słówka. "Wykąpiemy się teraz, cukiereczku?". Nigdy go sama nie
zaprowadzała. Za wszelką cenę starała się nie przekraczać progu Krainy
Łagodności. Zwykle przedzierała się przez kolejkę na pasie dla
samochodów jak walczący z prądem łosoś, żeby odebrać dziecko bez
wchodzenia w interakcje z ludźmi. Tęsknie rzuciła okiem na imponujący
zarys budynku, ale była pewna, że nie poradzi sobie z zachłannym
wścibstwem innych rodziców, gdy ona -?matka-samotniczka -?będzie się
próbowała zakraść z płaczącym, protestującym synem na rękach. Kiedy
cudze dziecko źle się zachowywało lub miało napad złości, wszyscy
patrzyli, ale unikając kontaktu wzrokowego, jak wtedy, gdy obcy człowiek
przechodził załamanie psychiczne w metrze, z mieszaniną wyższości i wścibstwa, "dzięki Bogu, że to nie ja" plus "ooch, ciekawe, co teraz
zrobi".
Stanowczo spojrzał na nią w lusterku wstecznym.
-?Nie.
-?Benji, proszę -?odezwała się z rozpaczą. -?Mama musi dziś jechać w parę miejsc.
"Mama musi dziś pobyć trochę sama, bo inaczej dojdzie do samozapłonu".
-?Nie -?padło z tyłu i Julia oparła czoło o nagrzaną od słońca
kierownicę.
-?Proszę -?nie ustępowała. -?Przepraszam, Ben, kochanie, proszę. Przykro
mi, że tak się zachowuję, ale potrzebuję trochę pobyć sama.
Znowu się rozpłakała, a on razem z nią i było to jeszcze straszniejsze,
anomalia, jakby płakał bardzo przygnębiony dorosły, a nie przemęczone
dziecko.
-?Kochanie -?powiedziała -?moje kochanie.
Przedostała się na tylne siedzenie, przeskakując konsolę jak koń
wyścigowy, wypięła go z fotelika i wciągnęła sobie na kolana. Wypłakał
wielką granatową plamę na jej turkusowej koszulce. Głaskała miękkie
ciemne włosy swojego malutkiego chłopczyka. Przepełniało ją poczucie
winy, poczucie winy na najbardziej podstawowym poziomie, dlatego że ta
niemożliwie mała istota tak intensywnie wyczuwała jej nastroje, znała
nie tylko angielski i hiszpański na poziomie początkującym, ale także
szczyty i doliny chwiejnego stanu emocjonalnego własnej matki. Kiedy się
urodził, przysięgała sobie raz po raz, że nigdy nie dopuści, by się o nią martwił, tak jak ona zawsze martwiła się o swoich rodziców, ale
właśnie tak się stało. Sama do tego doprowadziła.
-?Przepraszam, kochanie -?powiedziała. Mocno ją objął. -?Nie martw się o mamę -?dodała, choć wiedziała, że to nie takie proste i podejrzewała, że
krzywda już się stała, że zawiodła w swoim jedynym zadaniu. -?Nigdy nie
martw się o mamę.
-?Mogę iść z tobą? -?zapytał. Powoli się uspokajał, skupiony na celu,
patrzył na nią uważnie i mrugając, strząsał łzy z długich rzęs.
Roześmiała się i poczuła płaski dysk jego rzepki, mały jak srebrna
dolarówka, pod miękkim materiałem miniaturowych sztruksów.
-?Idziemy na wagary, tygrysku?
Przytaknął z powagą.
-?Pojedźmy gdzieś razem -?zaproponowała i poczuła ulgę, gdy tylko słowa
padły z jej ust, ponieważ to należało zrobić, postawić swoje dzieci na
pierwszym miejscu, bez względu na wszystko, bez względu na to, jak
bardzo chciało ci się na chwilę urwać. -?Ruszmy ku przygodzie.
Znowu jechali, powoli pokonując progi zwalniające na ulicy wiodącej od
Krainy Łagodności. Jak mogła nie chcieć go za sobą w foteliku, swojego
cudaczka, machającego malutkimi rączkami do muzyki? Lubili
Summerteeth, London Calling i całą twórczość Talking Heads. Lubili
Debaser, Beercan i Oh! You Pretty Things. Podobał im się cały
Slanted and Enchanted, ponieważ szybko przeskakiwał między wesołością
a wrzaskiem. A Benowi odwalało za każdym razem, gdy słyszał Blister in
the Sun i domagał się, żeby włączyła jeszcze raz, gdy tylko się
skończyło. "Jeszcze raz, mamo, jeszcze raz, jeszcze raz, ha, ha, ha, ha,
ha".
Kiedy wyjechała na dwieście dziewięćdziesiątą, nacisnęła przycisk, żeby
zmienić płytę: Pleased to Meet Me, kolejny wspólny ulubieniec.
Ponownie spojrzała mu w oczy we wstecznym lusterku, teraz jako
współwinna, gdy poleciało I Don't Know. Minęła już pora porannego
szczytu. Przejechali Medical District, Congress Tunnel, pokonali mały
korek na Jackson, a potem byli już na LSD nad zamglonym jeziorem. Jak
mogła chcieć być tu bez niego?
-?Are you guys still around? -?zaśpiewała, gdy przyszła jej kolej.
-?I don't know! -?odpowiedział Ben.
Miała wrażenie, że przed czymś ich uchroniła -?nie była pewna przed
czym. Ponownie spotkała jego wzrok w lusterku wstecznym. Wiedziała, że
znalazła się na krawędzi, ale nie wiedziała, że za godzinę Helen Russo
pojawi się w ogrodzie botanicznym, by ją z tego stanu wyprowadzić.
-?Whatcha gonna do with your lives?
-?Nothin'!
Rozdział trzeci
Pod prysznicem, przed przyjęciem urodzinowym Marka, rozkoszuje się
spokojem. Niedługo przyjdą goście, sumiennie wyrażą zachwyt wszystkim -
ciastkami krabowymi, tygrysimi liliami, miniaturowymi, trochę
kiczowatymi, ale smakowitymi pirackimi mieczami, na które nadziała
oliwki -?i to samo w sobie, musi to przyznać, jest pewnego rodzaju
cudem.
Prawie nikt z obecnych przyjaciół nie znał jej w tamtych czasach.
Zrobili z Markiem wszystko, co w ich mocy, by zacząć od nowa po tym, co
wydarzyło się z Helen Russo, porzucili jak najwięcej materialnych śladów
życia, które zbudowali i które zaprowadziło ją do Helen Russo, zmieniali
domy, kontakty towarzyskie i rejony szkolne. Zastanawiała się, czy w ogóle potrafiliby ją rozpoznać, czy sama byłaby w stanie rozpoznać
siebie, w kompletnym zastoju, przerażoną i cierpiącą na bezsenność,
kiedy czaiła się na skraju placu zabaw, żeby mieć oko na Bena, a jednocześnie unikać rozmów z rodzicami, piła samotnie wino na schodach
do ogrodu, spała w samochodzie na parkingu Whole Foods. I to były wtedy
najłagodniejsze z ówczesnych dziwactw, nie potrafi skonfrontować się z większymi wybrykami z tamtego czasu.
Życie Julii było takie inne, kiedy poznała Helen, bledsze i smutniejsze,
i trudniejsze. Ale to nie Helen prawie zrujnowała ich związek. Helen
pchnęła naprzód pewne sprawy, nastawiła kilka kluczowych trybików,
puściła je w ruch, lecz to na Julii spoczywała największa
odpowiedzialność, Julii, która popełniła błąd, ogromny i wielokrotnie,
Julii, która miała zobowiązania względem Marka i Bena, ale udawała, że
tak nie jest.
Wytrąciła ją z równowagi osoba, którą stała się dziś w obecności Helen,
osoba, która mimo prawie sześciu krzyżyków na karku, zdobycia względnego
poważania i dwudziestu lat, które rozgrzeszyły ją z niedyskrecji, nagle
znowu czuje się winna.
Nie powiedziała nic Markowi. Oczywiście, że nie powiedziała nic Markowi,
chociaż trzeba przyznać, że odczuwa nieodpartą ochotę, żeby komuś,
komukolwiek, powiedzieć, co się wydarzyło. To taki sam przymus, jaki
odczuwała, kiedy była nastolatką i podkochiwała się w chłopaku: musiała
wymienić jego imię nawet w najbardziej nijakich i najmniej obiecujących
okolicznościach konwersacyjnych, byle tylko je wypowiedzieć i przypomnieć przypadkowej osobie, z którą rozmawiała, że jego życie -
choćby w najskromniejszym stopniu -?zahacza o jej życie. "O, tak,
Jonathan też lubi sok pomarańczowy". Ale nie miała nikogo, komu mogłaby
powiedzieć. Prawie nikt z obecnego życia nie istniał w tamtym.
Wypuszcza kłąb pary z łazienki, przebiera się w zwiewną czarną sukienkę
i zakłada sznur turkusowych korali, które Mark kupił jej podczas podróży
służbowej do San Francisco. Suszy włosy, kiedy słyszy przez hałas
suszarki charakterystyczny tenor Brady'ego Grimesa, i przeklina pod
nosem, bo potrzebuje jeszcze pięciu minut, ale powinna też wiedzieć, że
Brady i Francine pojawią się wcześniej, ponieważ zawsze przychodzą
wcześniej, jakby bezczelnie chcieli potwierdzić bliskie relacje z Markiem i Julią albo może zaakcentować postawę
władzę-trzymamy-więc-w-dupie-was-mamy, "jesteśmy tak bogaci, że
konwencjonalne normy czasowe nas nie dotyczą".
Mruga jak obłąkana, walcząc z tuszem do rzęs, kiedy nagle w lustrze za
jej plecami niczym dobrotliwy morderca materializuje się Ben.
-?Och! -?wyrywa jej się okrzyk, a pod lewym okiem zostaje rządek
miniaturowych czarnych zawijasków. -?Jasna cholera. Hej, synku.
Odrywa długi kawał papieru toaletowego, staje na palcach, żeby cmoknąć
Bena w policzek, po czym pluje na zwinięty rulonik i wyciera twarz.
-?Fajna koszula -?zwraca się do odbicia syna w lustrze.
Dzieci odziedziczyły wzrost po ojcu -?z rodu tyczkowatych, ona sama ma
metr sześćdziesiąt siedem i stale się kurczy! -?a Ben do tego też
flegmatyczne opanowanie Marka, pragnienie samokontroli, chociaż nie do
końca mu się udaje, jak psu, który jeszcze nie dorósł do swoich łap.
Odwraca się i poprawia mu kołnierzyk. Z bliska wygląda na wyczerpanego,
dostrzega pusty wzrok, lekki zarost, a szczęka zagina mu się do kąta
prostego dorosłości. Jest na drugim roku studiów doktoranckich z geofizyki, pracuje jako asystent profesora, a ona czasami próbuje sobie
wyobrazić, jak się prezentuje, gdy prowadzi zajęcia.
-?Kiedy ostatnio spałeś? -?pyta i z powrotem odwraca się do lustra.
-?Tak źle wyglądam?
Siada na brzegu wanny, ku zaskoczeniu Julii, opiera się o wyłożoną
kafelkami ścianę i posyła jej zmęczony uśmiech, czym tak bardzo
przypomina jej Marka, że Julia zmusza się, by skupić wzrok na własnym
odbiciu.
-?Nie źle, trochę niewyraźnie.
-?Niewyraźnie? -?Gwiżdże przeciągle, bierze mały słoiczek kremu
złuszczającego i przekłada go z ręki do ręki. Dziwne, że jest z nią
tutaj. To Alma była zawsze tym mniej samodzielnym dzieckiem, nawet w szczycie wredoty nastoletniego buntu, ale Ben od małego był dość
niezależny. Często wpada nieproszony na wspólne oglądanie meczu
koszykówki albo koczuje kilka dni w swoim dawnym pokoju, gdy do
współlokatora przyjeżdża w odwiedziny dziewczyna, ale nie zdarza mu się
posiadywać w ten sposób, zwłaszcza sam na sam z matką w łazience. Julia
zakręca tusz i zaczyna nakładać szminkę na usta.
-?Wszystko w porządku, skarbie? -?zarzuca ostrożnie, jak zawsze podczas
wydobywczych podchodów do ludzi, których urodziła.
Nie wymyśliła, jak być dla niego mamą -?w ogóle nie wymyśliła, jak być i kropka -?dopóki nie stał się prawie ukształtowaną istotą, więc ich
interakcje, pozbawione solidnych podstaw, mają tendencję do rozwijania
się na chybił trafił, nienaturalnie i tylko ze śladową szansą na sukces.
Tym razem nie pomaga fakt, że słyszy z dołu inne głosy dołączające do
Brady'ego.
-?No -?odpowiada Ben.
Wypada to słabo i niepewnie, z nutą znaku zapytania. Podczas gdy Alma
jest wylewna i egzaltowana, Ben nigdy nie spieszył się z wyrażaniem
swoich myśli -?czy to głębokich egzystencjalnych objawień, czy
podstawowych preferencji -?pozwalał im skapywać jak melasie, nieśmiało i leniwie. Julii przypominają się te wczesnoporanne chwile w czasie, gdy
był nastolatkiem, kiedy wszyscy spóźnieni i w przedwyjściowym szale
zastygali w progu, jak ofiary uśpionego wulkanu, w oczekiwaniu, aż
zdecyduje, czy chce na drugie śniadanie pomarańczę, czy banana.
Ściera papierem nadmiar szminki, nasłuchując jednym uchem odgłosów z dołu -?Pari z zaangażowaniem i głośno wyraża zachwyt nad koktajlowymi
mieczami -?i czeka.
-?Tylko trochę... -?Kręci głową.
-?Co: trochę, kochanie? -?pyta i natychmiast żałuje swojego tonu.
Pospieszanie Bena grozi tym, że wybije się go z rytmu, przez co będzie
formułował myśli dwa razy dłużej. -?Kochanie -?zaczyna, ale przerywa jej
wrzaskliwe wezwanie Eriki, która brzmi, jakby już była pijana: "Julio!
Wypełniam twoje obowiązki, ale nie możemy znaleźć campari!".
W chwili, gdy przyjaciółka wygłasza tę kwestię, twarz Bena wraca do
normy, jasny wzrok i zadowolenie z życia. Ich łatwiejsze dziecko,
przystosowujące się do sytuacji i odporne, czyli -?no, nie lubi
nadużywać słowa: idealne, ale Ben jest temu bliski, i chociaż kiedyś
martwiła się, że jego odporność narodziła się z konieczności, w wyniku
adaptacji rekompensującej jej osobiste matczyne niedociągnięcia, minęło
dość czasu, aby można było stwierdzić, że po prostu jest, jaki jest.
-?Nic ważnego, mamo -?mówi Ben, a potem Mark woła: "Julku?", a ona
krzyczy przez ramię: "Już idę!", a w tym czasie Ben wstaje, wychodzi z łazienki na korytarz, a potem schodzi na dół, gdzie wszyscy czekają.
Jakoś na przestrzeni ostatnich piętnastu lat odkryła, że nie tylko
potrafi być wspaniałą gospodynią, ale w sumie zwykle bardzo to lubi,
kiedy krąży w zwiewnej sukience jak roztańczony wombat, napełnia
kieliszki i zachęca do jedzenia kanapek. Lista gości na dzisiejszy
wieczór to pary, które pasują do nieopisanego wzoru matematycznego:
jedna połowa pary zarabia pieniądze, druga realizuje się towarzysko lub
artystycznie. Pari pracuje w inwestycjach, ale jej mąż, Alan, jest
lekarzem na pogotowiu w Swedish Covenant. Ted jest głównym inżynierem w Motoroli, a Carol kieruje wydziałem opieki społecznej w prywatnym
college'u na południu stanu. Tim i Erica są obrońcami z urzędu, ale
Erica odziedziczyła małą fabrykancką fortunę. Z kolei Julia i Mark
doskonale odnajdują się w swoich rolach -?ona jest bibliotekarką na pół
etatu, podczas gdy Mark pobiera sowite wynagrodzenia w eleganckich
biurach AllAboard Ventures przy State Street. Jest to uczciwa równowaga
między czynieniem dobra a ratowaniem twarzy, precyzyjnie dobrana nuta,
która wpasowuje się między zadufanie a hipokryzję. Zazwyczaj Julia ma
łatwy dostęp do repozytorium sympatii dla tych ludzi, przyjaciół, ale
dziś wieczorem czuje, że zaczyna opadać z sił wcześniej niż zwykle.
-?Mogę się oddalić? -?pyta Alma, która pojawiła się obok jej łokcia z afektowaną służalczością dickensowskiej guwernantki. -?Muszę się uczyć.
Spogląda Julii prosto w oczy, wyzywająco, ponieważ jest sobota, a ona
zaczęła ostatni semestr liceum.
-?Jasne -?odpowiada Julia, ponieważ boi się Almy. -?Zabierz ze sobą
Suzanne.
-?Ben musi mi pomóc -?teraz Alma już potężnie igra z losem -?przy
projekcie z przyrody.
Ben spogląda znad ramienia siostry z nadzieją, dorosły mężczyzna,
którego widziała wcześniej w lustrze, teraz znów jest dziesięciolatkiem
-?chce wyjść i się pobawić. A ponieważ Julia cieszy się, że rodzeństwo
ma siebie nawzajem, że się lubią, zgadza się i patrzy, jak wychodzą
przez kuchnię, gdzie Alma zapewne zwinie kieliszek szampana.
Ktoś, chcąc najwyraźniej doprowadzić wszystkich do samookaleczenia,
przełącza na Joni Mitchell. Julia dolewa sobie wina.
-?Przepraszam na chwilę -?mówi w przestrzeń, do nikogo konkretnie, i wymyka się do ogródka. Na dworze jest chłodno, tym bardziej z zaskoczeniem odkrywa, że nie jest sama: najpierw widzi zarys sylwetki
Brady'ego Grimesa, a potem Brady'ego w całej okazałości, uosobienie
obliczonego na efekt bogactwa, uciążliwe gmaszysko z zegarkiem Patek
Philippe na nadgarstku i wymyślną fryzurą. Trzyma butelkę i najwyraźniej
pociąga wino z gwinta. Wcześniej zrobiła złe założenie: przyszedł sam i nie wyjaśnił ani słowem nieobecności Francine.
-?Nie przeszkadzam? -?pyta, a Brady podnosi na nią wzrok z parosekundowym opóźnieniem i sennie się uśmiecha. Patrzy na nią, jak
zwykle, o chwilę za długo.
-?Mam kłopoty? -?odpowiada pytaniem i poklepuje miejsce obok siebie na
podwójnej huśtawce. Jest najlepszym przyjacielem Marka od przedszkola, a jednak nadal, po niemal trzydziestu latach, Julia odczuwa przy nim
skrępowanie. -?Mark cię przysłał, żebyś mnie przywołała do porządku?
-?Nie.
-?Nie powinnaś zabawiać gości?
-?Potrzebowałam chwili oddechu.
-?Zupełnie tak jak ja.
-?Od teraz zawsze będziesz pił wino prosto z butelki?
-?Zostawiłem szkocką w środku. I przypomniałem sobie, że masz tu coś na
kształt lodówki.
-?Serio. -?Julia wywraca oczami. -?Czuj się jak u siebie. Gdzie
Francine?
Twarz mu pochmurnieje, przez chwilę walczy ze sobą.
-?Nie ma jej -?mówi w końcu. -?Wyjechała.
-?Wyjechała?
-?Jest w Philly -?a potem dorzuca, jakby sobie coś przypomniał. -?W odwiedzinach u rodziców.
Pociąga z butelki.
-
Slainte.
Za Marka.
-?Za Marka.
Stuka kieliszkiem w jego butelkę.
Brady nuci pierwsze takty urodzinowej piosenki Beatlesów.
-?Mówił ci, że wczoraj zamówiłem do biura masażystkę? Pomyślałem, że
należy nam się trochę relaksu.
-?Aż dziwne, że zrobiłeś coś zgodnego z prawem.
Brady jest irytująco zmyślny i przerażająco skuteczny, a do tego
wybitnie podatny na fanaberie dostępne tylko dla elit: relaksacyjne
ustronia w Rio, przeloty helikopterem nad świętymi ruinami, występy Poi
Dog Pondering i Perpetual Groove na imprezach firmowych. Jeździ range
roverem sport z naklejką "Wolny Tybet" na zderzaku.
-?Zawsze jest dobry moment, by świętować urodziny naszego człowieka.
To "naszego" trochę ją niepokoi. Brady i Francine to dwie pozostałe
osoby na świecie, które znają Marka prawie tak dobrze jak ona i oboje
kochają go dłużej. Ale podąża za spojrzeniem Brady'ego do domu, przez
drzwi do salonu. Jej przystojny mąż w koszuli w drobną kratkę z wyrazem
skupienia na twarzy słucha, co ktoś mówi: tak naprawdę jest szczęśliwa
wyłącznie dlatego, że może cieszyć się z samego faktu jego istnienia.
-?Tak, jest -?potwierdza.
-?Kto by pomyślał, że dotrwamy aż dotąd -?mówi Brady, a Julia czuje
coraz większe podenerwowanie. Brady i Francine jako jedyni spośród ich
przyjaciół byli przy nich w tamtym czasie, czasie Helen. To z powodu
Brady'ego i Francine przeprowadzili się najpierw do dzielnicy Helen.
-?Że co? -?spytała wyniośle, ale Brady nie zwrócił uwagi na jej ton,
odchylił się tylko do tyłu i westchnął.
-?Tak sobie myślę po prostu, jacy młodzi kiedyś byliśmy.
Niby niewinna uwaga, nawet jeśli jednocześnie oklepana. Nie była
skierowana do niej, wie o tym, ale w mroczną wewnętrzną przestrzeń,
niepokojącą otchłań skrywającą się za wypielęgnowaną fasadą Brady'ego,
za ręcznie szytymi mokasynami -?jest obecnie w fazie
problematycznego-zawłaszczania-wschodnich-kultur-po-dwutygodniowym-pobycie-w-Four-Seasons-w-Bangalore
-?i kłopotliwie głęboko rozpiętą lnianą koszulą.
-?Mów za siebie -?stwierdza Julia.
-?Przepraszszam. -?Świszczące seplenienie jeszcze bardziej zdradza, że
jest nietrzeźwy. -?Akurat ty wyglądasz dokładnie tak samo jak wtedy,
kiedy cię poznałem.
Stara się nie czuć mile połechtana komplementem.
-?Dobra, dobra, casanowo.
-?Ale cała reszta z nas starzeje się na pełnej kurwie. Niekończący się
pęd czasu. Era wychodzenia z użycia.
-?Miałeś to na studiach? Wprowadzenie do filozofii na... gdzie to było?
Gdzieś w Indianie. Nie mogę sobie przypomnieć...
"Po czym poznać człowieka z Notre Dame"? Żart, który kiedyś wymyśliła
Helen Russo. "Sam ci o tym powie".
Brady chwieje się lekko obok niej, ponownie wzdycha.
-?Sześćdziesiąt -?mówi. -?Moja kolej w maju.
Wydyma usta, a na czoło opada mu kosmyk włosów, przez co wygląda jak
obrażona czterolatka.
-?Chyba przechodzisz kryzys lęku przed śmiercią. Spoko, współodczuwam.
Ja swój przeszłam, jak miałam dziesięć lat.
Brady uśmiecha się do niej.
-?Och, Julio. -?Odrzuca głowę w tył. -?Totalnie mogę to sobie wyobrazić.
Później, kiedy odprowadzili do drzwi wszystkich gości, zapakowali
zmywarkę, pożegnali się z Benem i powiedzieli "dobranoc" Almie i Suzanne, która spała głęboko pod kołdrą Almy, poszła za Markiem do
sypialni. Leżał wyciągnięty na łóżku z zamkniętymi oczami. Wygrzebała z szuflady dwa jaskrawe jedwabne szale.
-?Hej -?odezwał się. -?O czym plotkowaliście z Bradym na dworze?
-?O tym, jaki jesteś wspaniały.
-?Trochę się o niego martwię.
-?Uniemożliwiasz mi relaks. -?Julia siada przy nim na brzegu łóżka i kładzie mu rękę na nodze. -?No i nie dałam ci jeszcze urodzinowego
prezentu.
-?Myślałem, że przyjęcie to prezent. -?Otwiera oczy i uśmiecha się do
niej. -?Kupiłaś mi też słuchawki.
Bierze go za rękę i delikatnie wkłada mu szale w dłoń. Helen Russo,
przynajmniej pozornie, przesunęła się na dalszy plan, ustąpiła miejsca
codziennej orce związanej z wychowywaniem dzieci, wymianą oleju i wysokim poziomem cholesterolu, groteskowemu krajobrazowi politycznemu,
zabieganiu o wzajemną akceptację starzejących się ciał i zaangażowaniu
na całe życie. Ale nadal czuje się niepewnie, a pragnienie zespolenia
się z nim w ten sposób -?potwierdzenie czegoś -?sprawia, że jest
zdenerwowana.
-?Co to? -?pyta Mark.
Przygląda się szalom, jeden jest w geometryczny wzór, drugi w drobne,
kolorowe koniki.
Podsuwa mu ręce nadgarstkami do góry.
-?Coś dla odmiany.
-?Mam cię związać? -?Mark wbija w nią wzrok.
Cofa ręce.
-?Skoro tak to ujmujesz.
Unosi z powątpiewaniem jeden szal i uważnie go ogląda.
-?Hm.
Julia opada na poduszkę, teraz lekko zakłopotana.
-?Pomyślałam, że może być fajnie.
Przygląda się jej uważnie.
-?Ale jeśli nie chcesz...
-?Tego nie powiedziałem. -?Schyla się i całuje ją. -?Dobra. Jasne. Czemu
nie.
Chwilę później klęczy nad nią niepewnie i wiąże supły.
-?Tylko nie do końca rozumiem... to tak jakby... nie za mocno?
-?Nie, wcale nie.
-?Trochę to niestosowne -?mówi, kiedy nadgarstki Julii są
unieruchomione. Gładzi kciukiem i palcem wskazującym jeden z nich wzdłuż
żył. -?A jeśli Ollie wejdzie?
-?Trauma do końca życia. Ale zamknęłam drzwi.
Unosi lekko głowę -?okazuje się, że ramiona ma pod kątem zabójczym dla
pleców -?i całuje go w pierś, kieruje podbródek w górę, ku jego twarzy.
Mark całuje ją, a ona uważa ten pocałunek za zdawkowy, ale chwyta jego
wargę zębami i przyciąga do siebie.
-?Kurwa, Julku, to boli.
Maca się po ustach, jakby szukał krwi.
-?Doprawdy?
Delikatnie opuszcza biodra nad nią, patrząc z głupkowatym rozbawieniem,
jakby byli dziećmi na wagarach.
-?Tylko odrobinę.
-?Dobrze.
Podoba jej się to uczucie -?rozciągnięta na łóżku, jak po spartaczonym
ukrzyżowaniu -?chociaż nie potrafi sobie wyobrazić, jak teraz wygląda, z gęsią skórką na bladym, nagim ciele, przykryta częściowo hipoalergiczną,
średnio ciepłą kołdrą.
-?Dalej nie ogarniam, co mamy robić -?zastanawia się Mark.
-?To, co zwykle. Zrób swoje, normalnie. Minus moje ręce.
-?Mam zrobić swoje?
Przymyka oczy, liczy wdechy i wydechy.
-?Wiem, że mnie szanujesz. Ufam ci każdą komórką.
-?Nie wiedziałem, że interesują cię takie rzeczy.
-?Właśnie. Kiedy ostatnio czymś cię zaskoczyłam?
-?Nie musisz mnie zaskakiwać -?mówi Mark. -?Lubię cię taką, jaka jesteś.
-?Ja ciebie też. -?Patrzy na niego uważnie. -?Ufasz mi?
To nie było pytanie brzemienne w podteksty, już nie. Już nie musi myśleć
w ten sposób, co kiedyś, a ponieważ po południu nie był z nią w sklepie
-?ponieważ nie rozpoznałby Helen Russo, nawet, gdyby tam był -?uśmiecha
się do niej swobodnie.
-?Oczywiście, że tak.
-?No to kochaj się ze mną. Właśnie tak.
-?Dobra. Dobra, tylko muszę... muszę sobie trochę ułatwić. Nie jestem
przyzwyczajony do takich... wrażeń.
Całuje ją znowu, kładzie rękę na jej lewej piersi, przeciąga kciukiem po
jej prawej brwi. Gdy układa się na niej, jego ciężar jest jakiś inny,
dziwnie rozłożony bez przeciwważnej siły jej górnej części ciała.
-?Dajesz.
-?Nie używaj tego dziecinnego tonu.
-?Nie używam.
-?Owszem, tak.
-?Nie wiem nawet, jak... dobra, po prostu... dajesz.
Wypuszcza powietrze z płuc i obniża głos o kilka oktaw.
-?No, dajesz.
-?Moja żona, Boris Karloff.
Rozśmiesza ją.
-?Po prostu to zrób -?prosi, a on robi, co do niego należy, wprawnie,
wykorzystując tylko ruchomość jej nóg i bioder, aż w końcu ona dochodzi,
tak intensywnie, że Mark musi uciszyć ją ustami, szepcząc, zdyszany, ze
śmiechem w jej gardło:
-?Niweczysz naszą konspirę.
-?Najlepsze życzenia urodzinowe -?mówi do niego później, kiedy już
zasypiają, a szale leżą na komodzie złożone w równe prostokąty.
-?Dzięki -?odpowiada jej we włosy, a ona zwija się przy nim skromnie,
jak krewetka.
Nie ma zamiaru myśleć o Nathanielu. Nigdy, odkąd tamto się skończyło,
nie myśli świadomie o Nathanielu, ale i tak czasami jej się to zdarza.
Zapach jego pościeli w przerobionej na domek gościnny powozowni, lawendy
i potu, i to, co czuła, gdy śmiał się między jej nogami. Słyszy teraz w głowie jego głos: "Julia, Julia, Julia".
-?Julia. -?Mark odciska ciepłe słowo na jej szyi.
-?Hm? -?Przysuwa się do niego bliżej i czuje sen w jego kończynach.
Minęło tyle czasu, że nie musi tego mówić -?że ją kocha.
Rozdział czwarty
Helen Russo pracowała jako wolontariuszka w ogrodzie botanicznym, miała
długi, dopracowany kucyk i była tak zachwycająco miła dla Bena -
wyjaśniła mu różnice między kaktusami i pozwoliła nakarmić z ręki młodą
kapustą legwana nosorogiego -?że Julia trochę się popłakała, stojąc
wśród bylin.
-?Przepraszam -?powiedziała, kiedy zauważyła, że Helen patrzy. -?Nic mi
nie jest.
-?Zastanawiam się -?odparła Helen, wyciągając z kieszeni jedwabną
chustkę z nadrukiem -?na ile to zapewnienie jest zgodne z prawdą.
Podała jej chustkę, a Julia wzięła ją, śmiejąc się lekko, z zawstydzeniem, bezmyślnie przetarła oczy i w tej samej chwili zdała
sobie sprawę, ile musiał kosztować ten materiał. Ręka odskoczyła jej
instynktownie, jakby właśnie rozmazała po całej twarzy atrament.
Przyjrzała się, był to Herm?s, prawdopodobnie vintage, jedwab, kolor
morski, w lekko nieprzyzwoite totemy plemienne.
-?O Boże -?powiedziała, ale Helen tylko machnęła ręką.
-?Powinnam spytać?
Nie była pewna, co odpowiedzieć. "Tak, pytaj, proszę. Jestem totalnie
pojebaną wariatką". Prawdopodobnie mądrze było od czasu do czasu odkryć
prawdę, wystawić ją na słońce. Ben kucał przy wybiegu legwana i śledził
powolną wędrówkę zwierzęcia, jego mały palec nawet nie dotykał szyby,
ponieważ już w wieku trzech lat instynktownie potrafił poprawnie
poruszać się w świecie, w jakiś sposób samodzielnie uczył się
funkcjonować jako istota ludzka, chociaż jego matką była Julia, chociaż
ogród botaniczny był trzecim miejscem, które odwiedzili tego dnia,
realizując obłąkańczy grafik aktywności, po żywiołowej wspinaczce na
fontannę wieloryba w parku i odwiedzinach u Captaina i Tennille,
chomików z biblioteki, żyjących zapewne w kazirodczym związku, a była
dopiero dziesiąta trzydzieści rano. Na samą myśl o tym, ile się jeszcze
miał ciągnąć ten dzień, czuła się fizycznie chora -?chociaż Ben był
zaciekawiony i grzeczny, chociaż była tak zmęczona, że kusiło ją, by
zapytać Helen, którą poznała sześć sekund wcześniej, czy mogłaby na
kilka minut położyć głowę na jej kolanach i odpocząć. Helen -?w płóciennych spodniach z szerokimi nogawkami, ergonomicznych sandałach i dużych okrągłych okularach przeciwsłonecznych przytrzymujących rozwiane
kosmyki lśniącego siwizną kucyka -?miała właśnie takie kolana, kolana
mamy, matczyną aurę, która sprawiała, że chciała się oprzeć o nią całym
ciężarem, żeby się trochę wesprzeć.
-?Jak tam, złociutka?
Oczywiście, Helen należy do tych kobiet, które z łatwością zwracają się
do obcych matczynym językiem. W towarzystwie przedszkolnych rówieśników
Bena Julię cofało, czuła się niezręcznie i mówiła do nich pełnymi
imionami -?"Dzień dobry, Avo R.". "Masz bardzo ładny plecak, Evangeline.
Nowy?" -?jakby byli jej pracodawcami albo dygnitarzami na krótkiej
wizycie, którzy oczekują, aż zrobi na nich jak najlepsze wrażenie.
-?Normalnie się tak nie zachowuję -?tłumaczy Julia, nie precyzując, że w miejscu publicznym. -?Nie jestem... -?Zaśmiała się cicho, próbując
zachowywać się swobodniej, bardziej jak udręczona grymaśnica, a nie
zwykła wariatka. -?Ostatnio nie sypiam zbyt dobrze i to jeden z tych...
tych...
-?Jeden z tych -?powiedziała Helen poufale, idealnie, klepiąc ją po
ramieniu. -?Doskonale je pamiętam.
Stały wtedy z Helen ramię w ramię i patrzyły na Bena jak na ogłoszenie
społeczne, w typowej pozie nieznających się rodziców, obserwujących mecz
piłki nożnej miniaturowych graczy.
-?Są tacy słodcy w tym wieku, prawda? -?stwierdziła Helen i przyklęknęła
na jednym kolanie obok Bena. -?Ta młoda dama ma prawie czterdzieści lat.
-?Wskazała na legwanicę, a Ben zamrugał zdenerwowany, z nabożeństwem. -
Założę się, że jest starsza od twojej mamy.
Podniosła wzrok na Julię i puściła do niej oko, a Julia poczuła coś w rodzaju podniecenia, nie seksualnego, ale nie do końca. Nie pamiętała,
kiedy ostatnio ktoś puścił do niej oko. Wypełniło ją to dziwnym ciepłem
współwinnego.
-?Wieść niesie, że ich długowieczność związana jest z abstynencją i unikaniem mięsa. Z chęcią zniosłabym przynajmniej połowę tego.
Znów spojrzała na Julię, a Julia się roześmiała, tak jakby, ale wtedy
podszedł inny dzieciak, przepchnął się naprzód, odsuwając Bena łokciem i pukając w szybę dłonią. Zaskoczony Ben podniósł się, podszedł do Julii i objął jej nogi, a choć ucieszyła się, że ma go z powrotem fizycznie przy
sobie, jednocześnie zachciało jej się płakać, w imieniu własnego małego
dziecka, które już na tym etapie z rezygnacją podporządkowało się tym,
którzy mówili głośniej od niego.
-?Dlaczego ma taką wielką głowę? -?zapytało dziecko.
-?Mogłabym zapytać cię o to samo -?odpowiedziała Helen, nie tracąc
rezonu.
Dzieciak spojrzał na nią zdziwiony.
-?Nie dotykaj szyby, proszę -?powiedziała. -?Teraz jest kolej kogoś
innego.
Wyciągnęła rękę do Bena, który popatrzył na Julię, oczekując sygnału
zgody, po czym niepewnie zrobił krok naprzód, podał rękę Helen i pozwolił się zaprowadzić na przynależne mu miejsce przed żyjącą w celibacie legwanicą.
-?Wracając do tematu -?Helen zniżyła głos, jakby byli z Benem starymi
przyjaciółmi -?to bardzo charakterny gatunek. Legwan może stracić cały
ogon, a on mu odrośnie, chociaż nie jest to powód, żeby narażać go na
kontakt z małymi neandertalczykami, jeśli może go uniknąć.
Julia patrzyła na nich -?Helen spokojnie dzieliła się mało ważnymi
faktami, że legwany są również znane z tego, że potrafią przeżyć upadek
z dużych wysokości -?świadoma, że czuje jednocześnie skrępowanie i ukojenie. To ona powinna przeprowadzać syna przez życiowe przeszkody,
uczyć go naukowych ciekawostek, które miały również metaforyczny
podtekst zaradności, odporności i rozwoju osobistego, ale była
wdzięczna, że nie musi tego robić dokładnie w tej chwili, tak bardzo
wdzięczna, że może stać z tyłu i patrzeć, jak ktoś inny robi to za nią.
-?Masz do niego tyle cierpliwości -?powiedziała, gdy Helen podniosła się
z przykucu.
-?Lata doświadczeń. Wychowałam piątkę własnych -?odparła Helen.
Jej najgorszy koszmar.
-?O rany.
-?Teraz już wszyscy dorośli, oczywiście tylko z nazwy, i trudno
wykrzesać z siebie cierpliwość, bo każdy jest inny. Twój wydaje się
bystry.
-?Tak jest -?i dodała nerwowo -?to znaczy, tak, jest bystry, nie żebym
się tym przechwalała, Microsoft nie będzie go werbować w najbliższej
przyszłości, ale, tak, rozwija się ponad wiek, wiesz, ponad normy.
Zaczerwieniła się mocno. Chciała po prostu wyróżnić się na tle matek
pętających się przed Krainą Łagodności, które wtrącały się do rozmowy,
by zawiadomić, że ich dzieci zasuwają jak dzikie na wiolonczelach dwa
razy większych od nich i płynnie rozmawiają z somalijską kasjerką w sklepie.
-?Co teraz planujecie? -?zapytała Helen.
Julia przez chwilę przetwarzała to pytanie. Czy w ogóle coś planowała?
Jeszcze dziewięć sekund temu rozważała skomplikowaną listę możliwości na
wypełnienie reszty dnia: Whole Foods, drzemka Bena wywołana jazdą
samochodem, trzydziestominutowa powtórka The Muppet Show.
-?Ja wybieram się na lody -?powiedziała Helen. Była dziesiąta
czterdzieści dziewięć. -?Może pójdziecie ze mną?
Chciała odruchowo odmówić, ponieważ jedną z zalet uwiązania do małych
dzieci był pretekst do odrzucania zaproszeń, ale też dlatego, że wydało
jej się to wybitnie dziwne. Zdolność interpretacji sygnałów
konwersacyjnych na najbardziej podstawowym poziomie u Julii właściwie
nie istniała. Jej umiejętności społeczne zanikły, zapewne
nieodwracalnie. Nie była pewna, jak działa etykieta ani jak w dorosłym
życiu wygląda zaprzyjaźnianie się na pierwszym spotkaniu.
-?Nie chciałabym się narzucać -?odparła, ale z niechęcią, ponieważ tak
naprawdę z całą mocą chciała się narzucić, co sobie właśnie uświadomiła.
Bardzo chciała usiąść przy jednym stoliku z kimś, kto nie był zombie,
jak ona. Chciała mieć miłego, wyluzowanego dorosłego przyjaciela z umiejętnościami społecznymi i instynktem przetrwania oraz wspaniałym,
radosnym kucykiem. Uświadomiła sobie, że przede wszystkim chciała usiąść
przy tym samym stoliku z Helen, więc skinęła głową.
* * *
Zamówiły desery we Flowgurt, cukierence z lodami włoskimi, połączonej ze
studiem jogi, a potem wsadziły Bena do wózka i poszły na spacer po
parku, w którym była dziś już drugi raz. Zgodnie z własnymi zasadami,
nie powinna powielać cotygodniowych punktów programu -?nie tylko parków,
ale także arboretum, studia malowania ceramiki, centrum gimnastyki -
zarówno dla urozmaicenia, jak i z niechęci do pozostawienia zbyt wielu
śladów, jak alkoholik, który robi zakupy w różnych sklepach
monopolowych.
-?Jesteś tu nowa? -?zapytała Helen.
-?Tak jakby. Sprowadziliśmy się tu z tatą Bena, kiedy mały był
niemowlęciem... hm, w sumie to nie jestem nowa.
-?Rozwiedziona? -?spytała Helen, a Julia spojrzała na nią.
-?Przepraszam?
-?Nie jesteście już razem z tatą Bena?
-?Och, nie. Jesteśmy razem. Już prawie pięć lat.
Małżeństwo to próba. Małżeństwo to zakopanie topora wojennego. Ale oni
nie zakopali swoich toporów. Raczej przyrzucili je stosikiem ozdobnych
ręczniczków i oboje udawali, że nie ma żadnych toporów. Czasami czuła na
sobie wzrok Marka i zastanawiała się, co widzi, czy każde małżeństwo
kończy się tak jak ich, dwoje ludzi, którzy kiedyś za sobą szaleli,
teraz utknęło po przeciwnych stronach kuchni, ledwo zdając sobie sprawę
z przyrostu wagi i emocjonalnych wykroczeń, i pilnując makaronu w kształcie Animaniaków na kuchence, próbując przypomnieć sobie, jak
między nimi było kiedyś.
-?Zabrzmiało, jakbym była rozwiedziona? -?zapytała.
Helen się roześmiała.
-?Jak brzmi osoba rozwiedziona?
Znów poleciały jej łzy. Helen podała jej zwitek papierowych serwetek.
-?No masz, ktoś tu chyba ma zły dzień -?powiedziała Helen łagodnie.
-?Przepraszam -?powtórzyła się.
Jednym z głównych powodów, dla których tak gorliwie unikała mam z przedszkola, było to, że z całą pewnością patrzyły na nią z politowaniem
i zmieszaniem: "My wszystkie uporałyśmy się z tym w ciągu paru
pierwszych tygodni", musiały sobie myśleć. "Dlaczego u ciebie trwa to
ponad trzy lata?".
-?Bycie czyjąś mamą jest najtrudniejszą rzeczą na świecie -?zauważyła
Helen.
-?Och, nie, tak naprawdę to wcale nie jest tak...
Wygadywała głupoty. Oczywiście, że jest źle. Bycie czyjąś mamą pokrywało
się idealnie z definicją "jest bardzo źle".
-?Odkryłam, że kluczem jest zaczekać z płaczem do momentu, aż pójdą spać
-?wyznała Helen.
-?Tak, spokojnie, wtedy też ryczę -?odparła Julia, a Helen znowu się
roześmiała.
Prawie nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę, że w jakiś sposób ta
sytuacja zmaterializowała się na jej życzenie, odprężające przedpołudnie
z mrożonym jogurtem i dorosłą kobietą, która pewnie w torebce trzymała
epinefrynę obok szminki Chanel. Nagle przypomniała sobie chustkę Helen -
z jej gilami, niewidocznymi, ale niezaprzeczalnie wsiąkniętymi w luksusowe włókna, wepchniętą pośpiesznie i bezmyślnie w płytkie
zakamarki jej własnej torebki -?i rzuciła się, by ją wyciągnąć.
-?Tak mi przykro, dziękuję -?powiedziała i wcisnęła ją Helen, która
wzięła chustkę w dwa palce i zawiązała na pasku swojej torebki,
lekceważąc obecność pakietu gilów w komplecie, po raz kolejny emanując
aurą bezwysiłkowego macierzyństwa, które dla niej było czymś oczywistym,
a którego Julia będzie jej wiecznie zazdrościć.
-?Coś konkretnego? -?dopytywała Helen. -?Czy tak ogólnie wszystko naraz?
Podstawowe fakty egzystencji, w ogólnym zarysie: że była nieszczęśliwa,
ale to akurat wcale jej nie zaskakiwało. Kolejnym zgrzytem był fakt, że
nie wolno było jej mieć problemów, które miała -?a przynajmniej nie
mogła nazywać ich problemami.
-?Nic konkretnego, tylko... -?Jak dokończyć to zdanie? "Jestem
rozpaczliwie nieszczęśliwa. Od urodzenia niewdzięczna. W nieustającej
panice, wiecznie zamartwiająca się, że może jej tak zostać już na
zawsze". Otworzyła usta, żeby rzucić jakiś żart: -?"Chyba nigdy nie
spotkam się z żadnym gigantycznym, kłującym w oczy przywilejem, którego
nie będę mogła skrytykować" albo: "Jak to Czechow pisał o szczęśliwych
rodzinach? Matki to zawsze pojebane wariatki?" -?ale nie dała rady
wykrztusić tego z siebie.
-?Po prostu jestem zmęczona.
Bez ustanku dręczyło ją to chore, stęchłe poczucie, że trwa zbyt długo w stanie czuwania, świdrujące w uszach, ćmiące bólem od nadmiaru cukru
głęboko w korzeniach zębów.
-?Masz depresję? -?zapytała Helen, Julia prawie zakrztusiła się
jogurtem, a Helen po prostu patrzyła na nią, spokojna i opanowana.
-?Yyy, jestem...
Ale nagle spojrzała na siebie z boku, z perspektywy Helen, i wszystkie
wymówki, które stosowała -?przed mężem, przed samą sobą, że miała tylko
zły dzień, że potrzebuje tylko kilku godzin snu -?wydały jej się
niedorzecznie fałszywe.
-?W sumie tak, być może mam -?przyznała. -?Nie, żebym miała ku temu
jakikolwiek powód, ale tak, mimo wszystko myślę, że może tak być.
-?Nie potrzebujesz powodu -?stwierdziła Helen. -?Nie zawsze tak to
działa. Długo to trwa?
"Prawie trzydzieści sześć lat", ale nie powiedziała tego na głos.
-?Przechodzi, kiedy w pobliżu jest legwan -?rzuciła, ale Helen się nie
uśmiechnęła. -?Właściwie to mam tak od zawsze. To znaczy, nie to, że
zaczepiam obcych na ulicy i opowiadam im o swoich problemach.
-?Prawdę mówiąc, to ja spytałam -?doprecyzowała Helen. -?A ty właściwie
nie powiedziałaś mi, jakie masz problemy.
-?Nigdy do końca nie wiem, na czym polegają, tak szczerze. Chodzi chyba
o to, że nie jestem szczęśliwą osobą. Po prostu jestem, jaka jestem.
Skromny krok, ale nawet ze swoim nieskutecznym terapeutą nigdy nie
zaszła tak daleko i poczuła, że musi przyhamować, żeby całkiem nie
odstraszyć Helen.
-?A... ty -?powiedziała. -?Opowiedz mi coś o sobie.
Odkąd spędzała cały czas wyłącznie z dzieckiem, straciła wprawę w takim
nawiązywaniu rozmowy z osobą dorosłą, żeby nie zabrzmiało to agresywnie
czy wrogo. Ostatnio na przyjęciu koktajlowym chciała skomplementować
kolegę Marka i wyrwało jej się: "Zawsze się tak czeszesz?".
Ale Helen pozostała niewzruszona, bez zająknięcia wyrecytowała swój
życiorys: niedawno przeszła na emeryturę, przesiaduje w ogrodzie
botanicznym, jej mąż, Pete, jest niekonwencjonalnym studentem na
University of Chicago.
-?Odkąd go znam, wybiera się mniej więcej na jedne zajęcia w semestrze.
Jak tak dalej pójdzie, w następnym tysiącleciu może zdobyć zupełnie
nieperspektywiczny stopień licencjata z poezji klasycznej. -?Helen
zamieszała swój jogurt. -?Może nie prowadzi szczególnie intratnego stylu
życia, ale jest niezwykle czarujący, więc go sobie zostawiłam.
-?O rany, jak... jak przetrwałaś z piątką dzieci?
-?Powiedziałam, że mój mąż nie zarabia -?wyjaśniła Helen. -?Nie
powiedziałam, że ja nie zarabiam. Powiedz, kochana, zaliczasz siebie do
feministek?
Zarumieniła się, a potem dotarło do niej, że to był żart. Helen
szturchnęła Julię w ramię, co ją zaskoczyło -?i podnieciło.
-?Przepraszam -?powiedziała.
-?Jestem prawniczką. -?Helen uśmiechnęła się do niej. -?A ty? Jak
spędzasz czas?
Tak sformułowane pytanie było o wiele gorsze niż: "Czym się zajmujesz?".
Nienawidziła tych pytań, w każdej, nawet zakamuflowanej wersji, "kim
jesteś?", zapytanie, na które nie znała odpowiedzi zapewne nigdy, a ostatnio w szczególności.
-?Nie jestem prawniczką -?odparła.
Pochyliła się i zajrzała pod budkę wózka. Ben ssał refleksyjnie zieloną
plastikową łyżeczkę, dekoncentrowany przez gromadkę gęsi. Widok dziecka
uspokoił ją, usprawiedliwił. Z całą pewnością wykorzystywanie dzieci w tym celu było nieetyczne, ale po pierwsze wydawało się, że w pewnym
stopniu robią tak wszyscy, a po drugie -?tego była pewna -?było to
lepsze niż alternatywa, czyli wykorzystywanie ich do niczego. Czy
powinna opowiedzieć Helen o swojej niechlujnej filozofii rodzicielstwa,
którą można by w zasadzie sprowadzić do "robię to lepiej niż własna
matka"? O trudnej do zdefiniowania, ale imponującej z nazwy pracy Marka,
która pozwoliła im zapłacić za ten głupi dom na przedmieściach,
jednocześnie trzymając go z dala od tego domu przez większość czasu? O najdrobniejszych szczegółach opieki nad Benem, serwowaniu mu
obrzydliwych parówek krojonych w plasterki i zielonych fasolek edamame,
jak oparzyła się w nadgarstek, kiedy sprawdzała temperaturę wody do
kąpieli, jak czyta mu po raz milionowy Snuggle Puppy, próbując
utrzymać go przy życiu i nauczyć, jak być dobrym człowiekiem, chociaż
sama prawie przez cały czas nie czuła się ani dobra, ani żywa?
-?Przed urodzeniem Bena pracowałam w bibliotece.
-?Tęsknisz za tym?
-?Czasami. Kiedyś bardziej. Teraz myślę, zastanawiam się, czy miałabym
na to dość siły.
-?Różne rzeczy wymagają różnych rodzajów energii -?stwierdziła
wielkodusznie Helen. -?Masz ręce pełne roboty.
I była to, oczywiście, czysta prawda, ale też nie do końca, szczególnie
w porównaniu do takiej Helen, której najwyraźniej udawało się robić
czterdzieści tysięcy rzeczy więcej niż Julii: życie Julii nie było
wymagające w sensie logistycznym, ale często czuła się, jakby ktoś
przykrył ją dużym i potwornie ciężkim dywanem. Znalazły się przy wejściu
do ogrodu botanicznego. Otarła łzy, zatrzymała się i przykucnęła obok
wózka, żeby zetrzeć serwetką posypkę z ust Bena. Znów poczuła na sobie
wzrok Helen.
-?Jak już mówiłam, to Pete został w domu z chłopcami -?powiedziała Helen
-?ale najdziwniejszą rzeczą, jaką pamiętam z posiadania małych dzieci,
jest to, jak nieubłaganie płynie czas, dzień za dniem, i za dniem, a każdy jeden ciągnął się jak milion lat, aż nagle okazywało, że znienacka
minęło wiele miesięcy, dość, żeby zdążyło się urodzić kolejne dziecko, a inne poszło do przedszkola, albo -?o Chryste! -?do college'u, i to, że
czas, który straciłam na roztrząsanie problemu tak szybko płynie, to
jest dopiero niepojęte.
-?Noo... -?odpowiedziała Julia. -?Ja też sporo... roztrząsam.
-?Mam do ciebie prośbę, Julio. Jeśli w którymś momencie poczujesz, że
nadmierne roztrząsanie cię przerasta, zadzwoń do mnie, dobrze?
-?Och, nie -?rzuciła odruchowo, bo zawsze tak reagowała. -?Nie,
naprawdę, poradzę sobie, naprawdę nie musisz...
-?Nie muszę, ale chcę -?przerwała jej Helen. -?Dobra, ujmę to inaczej.
Zapomnij o pretekście. Zrób mi przysługę, możesz czasem zadzwonić do
mnie tak po prostu? Bardzo bym chciała, żebyś do mnie zadzwoniła.
-?Naprawdę nie musisz...
-?Jestem smutną, samotną emerytką -?rozpędziła się Helen, aż Julia
musiała się zaśmiać. -?Siedzę przy telefonie i usycham, czekając, aż
ktoś się odezwie. Możesz być tak miła, Julio, i zadzwonić do mnie?
-?Dobrze. Tak, zadzwonię do ciebie.
-?Jak tam wasza randka? -?spytała Celia, dziewczyna o zaczerwienionych
oczach, kiedy wieczorem wrócili z Markiem do domu. Celia była ich
wybawicielką, opiekunką, która usypiała Bena, śpiewając mu piosenki Toma
Chapina, opiekunką, która zmywała im naczynia, chociaż mieli zmywarkę.
Julia poczuła niedopartą chęć, żeby usiąść z nią, otworzyć wino i powiedzieć jej całą prawdę. "Serio chcesz wiedzieć, dziewczyno w bojówkach? Zasnęłam w samochodzie, jeszcze zanim dotarliśmy do
restauracji".
Anonimowa narkoleptyczka, tak nazywała siebie w myślach. Co środę
wychodzili z Markiem na kolację, w ramach tej skomplikowanej procedury
malowała usta i nie zakładała stanika do karmienia. Jechali na Randolph
Street albo Lincoln Park lub czasem do jakiejś efekciarskiej nory na
odległym i złowrogim przedmieściu, a podczas jazdy rozmawiali o zwykłych
nudnych rzeczach, o których zwykli nudni rodzice rozmawiają podczas
obowiązkowych randek, chociaż oboje woleliby raczej spać, masturbować
się lub oglądać Rodzinę Soprano każde na swoim telewizorze: o nowych
sprawnościach Bena, o drzemkach Bena, o humorach Bena, i, och, mój Boże,
zauważyłeś, że zaczął używać słowa "właściwie" przez cały czas, czyż to
nie zabawne, a na stoliku z pocztą leży reklama tak zwanego obozu
pirackiego, o którym słyszała od jednej z matek z Krainy Łagodności i ma
to być wspaniała sprawa dla kształtowania charakteru, nie uczą dzieci
prawdziwego piractwa, ale bardziej cnotliwych cech, rzadziej kojarzonych
z tą profesją, wytrwałości i samodzielnego myślenia. Tak to wyglądało
przez całą drogę do restauracji -?dziś wieczorem do drogiej knajpy
"Ameri-fusion" w Andersonville, gdzie serwowano koktajle o durnych
nazwach, takich jak Dżinsowa-Masakra i Porto-Porno -?i podczas
nieznośnej recytacji karty win przez wrednego hipstera, który na nich
czekał.
-?Zabawne -?powiedziała słabo, odwieszając kurtkę i macając ją na oślep
w poszukiwaniu portfela.
-?Szelmowskie -?dodał Mark i dotknął przelotnie jej pleców, gestem
niemal czułym.
Po rozstaniu z Helen spędzili z Benem popołudnie w zwykły rutynowy
sposób: obiad, lego, kolorowanie, liczne przerwy na przekąskę, ale cały
czas czuła się, jakby była na haju z powodu rozmowy z kimś dorosłym, czy
też społecznej stymulacji, a może po prostu z powodu samej Helen.
Pomyślała o tym, jak szczera była z Helen -?teraz się tego wstydziła -?i jak bardzo nielojalnie zachowała się wobec Marka. Nie pamiętała już,
kiedy była z nim tak do końca szczera.
-?Jak się bawił? -?zapytała, czując się winna, że to nie ona śpiewała
synkowi do snu.
-?Wspaniale -?odpowiedziała Celia. -?Bawiliśmy się nalepkami. Zjadł
wszystko na kolację. Robię z nim coś takiego przed snem, że opowiadamy
razem historię. W tę i we w tę. Zdanie po zdaniu. I on też w tym
uczestniczy. Jest taki pomysłowy.
Była pewna, że bycie pomysłowym dzieckiem ma dużo wspólnego z posiadaniem rodziców o obumarłych mózgach, coś jakby wypracowanie
nadkompensacyjnego poznawczego mechanizmu radzenia sobie.
-?Dzięki za wszystko -?powiedziała. -?Jakie to szczęście, że cię mamy.
Julia zapłaciła Celii -?dostrzegając mimochodem, że ilość pieniędzy,
którą wydali teraz na zwykły wieczór bez fajerwerków poza domem (kolacja
plus koktajle plus opiekunka plus subskrypcja premium na kablówkę, żeby
opiekunka miała co oglądać, kiedy dziecko zaśnie plus dodatek dla
opiekunki na danie na wynos, żeby była dekadencko nakarmiona i nierozgoryczona), wystarczyłaby prawie na bilet na samolot do Grecji.
Później leżała w łóżku i słuchając, jak Mark szoruje zęby, próbowała
uporządkować własne myśli. Dzień w dzień jej mózg wypluwał z siebie
frenetyczną taśmę, niczym strumień wiadomości z kablówki, od codziennych
zwykłości -?"zadzwoń do hydraulika w sprawie umywalki w toalecie",
"prawie skończyło się masło orzechowe" -?po te o wydźwięku filozoficznym
-?"nowy dentysta Bena wygląda jak Gorbaczow", "czy inni ludzie spędzają
tyle czasu, zamartwiając się z powodu zapasionych zwierząt" -?i nigdy
nie znalazła sposobu, jak to wyłączyć na noc.
Kolejna myśl, która często do niej wracała, maniacko, z oburzeniem:
"Kiedyś było inaczej!". Zracjonalizowała to sobie, że oczywiście można
tak powiedzieć o wszystkim i o niczym, i przyznała również, że do
pewnego stopnia zawsze była taka, jaka była -?podejrzliwa, lękliwa -?ale
nie zawsze czuła się na świecie tak źle, jak teraz.
-?O czym myślisz? -?zapytał Mark, wychodząc z łazienki.
-?O niczym. -?Przełknęła ślinę. -?W sumie to bardzo chciałabym się
dowiedzieć, kto zabił JonBenét Ramsey.
Przyglądał się jej badawczo przez dłuższą chwilę, a potem położył się,
nastawił budzik i obrócił się po swojej stronie łóżka twarzą do niej.
Czułość w jego spojrzeniu była przytłaczająca. Musiała z całych sił
starać się, żeby go nie skrzywdzić.
-?Miło było dziś wieczorem -?powiedział, kłamiąc tak otwarcie, że nie
mogła powstrzymać się od uśmiechu. Wypił półtora kieliszka wina, co w przypadku Marka było za dużą porcją i teraz widziała to na jego twarzy.
-?No co? Było. Przynajmniej ja się dobrze bawiłem.
-?Ja też -?stwierdziła, a on przeczesał palcami jej włosy, przyciągnął
bliżej do siebie, ale potem zamarł i odchylił głowę, żeby na nią
spojrzeć.
-?Co? -?zapytała nerwowo.
-?Czy ty się... spięłaś?
Przełknęła ślinę.
-?Oczywiście, że nie.
-?Poczułem się tak, jakbyś zbierała się w sobie na mój dotyk.
-?Wcale nie -?zaprzeczyła. -?Po prostu wyprostowałam plecy.
-?Jeśli nie chcesz, po prostu powiedz.
-?Nie o to chodzi. -?A potem dodała: -?Chcę.
Nadal się jej przyglądał.
-?Chcę, tylko myślę, że powinnam wybrać się do kręgarza.
-?Dziś wieczorem?
-?W najbliższej przyszłości.
Milczał chwilę.
-?Przeczytałem pewien artykuł.
Zamknęła oczy.
-?Aha.
-?O małżeństwie, które wychowuje małe dzieci.
-?Brzmi fascynująco.
-?Przedstawili tam różne statystyki, jak ważne jest zachowanie
bliskości, nawet gdy... no, nawet gdy okoliczności nie wydają się
sprzyjające intymności, jak ważne są podstawowe formy bliskości, a wniosek był taki... myślę, że powinniśmy częściej się dotykać.
-?To znaczy... siebie? Naszych ciał?
-?Tak, naszych ciał. Bo czego?
Nie odpowiedziała, wbiła wzrok w sufit, rumieniec wypłynął jej na twarz.
Zadowalała się założeniem, że libido w końcu jej wróci, jak mąż marynarz
z rejsu.
-?Czy ja jeszcze w ogóle cię pociągam? -?zapytał.
-?Jezu, pewnie, tak, po prostu...
-?Na pewno?
Nigdy, aż do narodzin Bena nie miała potrzeby udawać przy Marku, nigdy
nie czuła takiej potrzeby, a także nie ufała sobie, czy jest dość
przekonującą aktorką. Mark miał wiele irytujących cech, ale kompletna
nieświadomość się do nich nie zaliczała, i zawsze ją pociągał, zawsze -
dopóki nie pogrążyli się w powolnym, aseksualnym znużeniu rodzicielstwa
-?było jej z nim dobrze.
-?Przepraszam -?powiedziała. -?Czy twój traktat o dotykaniu wspominał
coś o tym, że nie wszyscy wracają od razu do formy po urodzeniu dziecka?
-?Minęły ponad trzy lata od urodzenia dziecka -?stwierdził Mark. -?I to
chyba nie w porządku ciągle wykręcać się Benem, jeśli chcesz dłużej
posiedzieć w więzieniu...
-?Jesteś w tym scenariuszu strażnikiem?
Patrzyła, jak na chwilę wstrzymał oddech.
-?Dobra, zapomnij. -?Odwrócił się do niej tyłem. -?Zapomnij, że
próbowałem.
Stary, dobry prostolinijny Mark, naprzeciwko niej przy stoliku w restauracji. Chciał, żeby mieli drugie dziecko. Na początku rozważali
trójkę, ale to było, zanim dowiedzieli się, jak to jest mieć jedno.
Potem już tylko krążył wokół "no, dobra, może jeszcze jedno", jakby to
miała być dla niej propozycja jakiejś nagrody.
-?Tak sobie o tym myślałem -?zagadnął przy kolacji, jakby mówił o wypróbowaniu nowej marki skarpetek. Wypiła pół kieliszka wina naraz. Z punktu widzenia Marka, co było irytujące i niezaskakujące, chodziło o to, że nie robiła się coraz młodsza, i naprawdę uważał, że Ben
skorzystałby na posiadaniu rodzeństwa, po cóż innego kupiliby dom z trzema sypialniami?
Długo rozważała całą listę odpowiedzi: że zaczęła postrzegać swój
postępujący wiek z zupełnie przeciwnej perspektywy, mniej skupionej na
wykorzystaniu resztek młodości, bardziej entuzjastycznie nastawionej na
zarzucenie pomysłu. Że życie samo w sobie nie ma nic wspólnego z frazesem: "zbudujesz dom, reszta sama się załatwi", a puste pokoje muszą
się wypełnić dziećmi produkcji własnej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki