Wstęp
Czy gdybyś miał paczkę M&M'sów, w której jedna z draży byłaby zatruta... to poczęstowałbyś się? - zapytało mnie dwoje przyjaciół w 2015 roku, używając tej sztuczki jako argumentu za nieprzyjmowaniem do Unii Europejskiej uchodźców z Syrii.
To był pierwszy raz, kiedy zderzyłem się z tak uproszczonymi chwytami retorycznymi skonstruowanymi pod tezę (w niektórych kręgach określanymi jako korwinizmy). Dziś wiem, jak bardzo bezzasadne jest to pytanie i że w taki sposób można zdemonizować wszystko: wychodzenie z domu, jazdę autem czy nawet picie wody. Wiem, że każda sytuacja wiąże się z jakimś ryzykiem, że nie da się sprowadzić wszystkiego do prostego "tak" lub "nie" i że wiele osób będzie powtarzało argumenty i tezy potwierdzające ich przekonania, nawet mając świadomość, że są one błędne. Ale wtedy nie wiedziałem.
Przed korwinizmem uchronił mnie tata, zagorzały wyborca Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. W szkole nasiąkałem fantazjami o paróweczkach i niewidzialnej ręce wolnego rynku tylko po to, by w domu wycisnąć wszelkie te rewelacje do zlewu po konfrontacji z polityką zdrowego rozsądku, powolnych kroków i ciepłej wody w kranie. Niejaką dumą napawa mnie fakt, że nigdy nie zachłysnąłem się panem Januszem - nie znajdziesz mnie na zdjęciach z wieców ani na archiwalnych grupach na Facebooku. Wyrzucam sobie jednak, że a priori przyjąłem liberalny model świata - jako system nie do podważenia. Subskrybowałem "Gazetę Wyborczą", oglądałem TVN24 i prowadziłem antysocjalną krucjatę. Zacząłem myśleć jak liberał, że bieda to stan umysłu, że podatki to kradzież, że jeśli się chce, to wszystko można, a jeżeli nie jesteś zadowolony ze swoich zarobków (bo na przykład przymierasz głodem), zmień pracę / podnieś kwalifikacje.
Odkąd przyjąłem taką perspektywę, widziałem moherowe berety po prawej i komuchów po lewej, ambitnych i przedsiębiorczych po jednej stronie, a po drugiej leniwe "pięćsetplusy" i żałosne darmozjady, ponieważ łatwo się patrzy w ten sposób na świat. Współgra to ze spojrzeniem wielu innych osób dookoła. Mainstreamowe media utwierdzają cię w przekonaniu, że masz rację. Na szkolnym korytarzu dominują narracje neoliberalne. Oczywiście niezdefiniowane - po prostu śmiejemy się z biedniejszych i czujemy respekt dla lepiej ubranych. A ludzie sukcesu powtarzają do znudzenia te same wytarte frazesy: "Jesteś panem swojego losu", "Wszystko zależy od ciebie", "Nie musisz, więc nie idź do tej bardzo ciężkiej pracy", które pokrywają się z twoją wizją świata. Nie ma tu miejsca na współczucie, empatię czy wyrozumiałość. Bieda to słabość. Bieda to wstyd. Wszystko się zgadza, bez dyskomfortu i dysonansu - czujesz, że jesteś u siebie.
Po latach dochodzę do wniosku, że jesteśmy wychowywani w duchu neoliberalnym od maleńkości, bo pokolenie naszych rodziców, zachwycone kapitalizmem i wymęczone PRL-owską szarzyzną, wypełniło szuflady i regały z Ikei marzeniami o nowym, lepszym świecie. Lepszym świecie, który przyniesie kapitalizm na skrzydłach neoliberalizmu. W końcu państwo już spróbowało swoich sił z miernym skutkiem - u schyłku PRL-u brakowało wszystkiego, poza oddolnymi więziami sąsiedzkimi. Państwo nie działa. Państwo jest złe, więc niech się państwo nie wtrąca. Nic nie trzeba dawać, wystarczy nie zabierać. A żeby komuś dać, trzeba od kogoś wziąć.
Po 1989 roku neoliberalizm stał się idealną odtrutką dla zawiedzionego, pokrzywdzonego narodu. Był nadzieją, że każdy uczciwy człowiek może żyć godnie, jeśli tylko się trochę postara. Okazał się iluzją, bo po czasie wyszło, że karty były znaczone, biedni stali się biedniejsi, a bogaci - bogatsi. Blizna po PRL-u goi się jednak tak brzydko, że nadal nie umiemy zerwać z aktualnym trucicielem. Nie pomagają też telewizja, portale informacyjne czy think tanki finansowane przez miliarderów - wszyscy usilnie nas przekonują, że z systemem jest wszystko okej, a jeśli ty sobie w nim nie radzisz, to tylko twoja wina.
Dlatego z taką nieufnością podchodzimy do wszelkich programów pomocowych i solidarnościowych, dlatego z tak wielkim dystansem słuchamy o wizji mniej samotnego współistnienia. Doświadczenia PRL-u i zatrute podarunki dzikiej prywatyzacji zamieniły nas w społeczeństwo indywidualistów, skupionych na sobie i na pięciu się w górę. Nie poczuwamy się do troski o innych, a jeśli ktoś próbuje przeforsować inny punkt widzenia - odpalamy armaty.
I ja odpalałem armaty. Pamiętam, że kiedy wprowadzano 500+, nikt w szkole głośniej nie krzyczał o darmozjadach, kupowaniu głosów i rozleniwianiu społeczeństwa. Miałem kilku znajomych, równie zapalonych platformersów, z którymi na korytarzu witałem się "PO-kój, bracie" (uf, to najbardziej wstydliwe wyznanie w tej książce), i całe przerwy spędzaliśmy na nakręcaniu się, jak to 500+ zrujnuje budżet, doprowadzi do hiperinflacji, i w ogóle wieszczyliśmy KONIEC POLSKI. Mijały miesiące, potem lata, a nic takiego nie następowało. Ale my dalej czekaliśmy, jak wujek foliarz w schronie, na zbliżający się koniec.
Prawicowcy twierdzą, że młodzi ludzie często lewaczeją na studiach. To zabawne, bo w moim przypadku w sumie mieli rację. Lewacki cios nadszedł jednak z najmniej spodziewanej strony.
Jeden z kolegów, którego wypowiedź zacytowałem na początku tego tekstu, przeszedł drastyczną transformację od korwinisty do razemka i podobnie jak w gimnazjum znów skonfrontował moje przekonania z rzeczywistością. Tyle tylko, że tym razem zamiast chwytów erystycznych używał twardych danych.
Zaczynając studia (któreś tam z kolei), nadal patrzyłem na świat przez liberalne okulary, chociaż z pewnością zadeklarowałbym się wtedy jako osoba o poglądach lewicowych. Ale - rzecz jasna - w granicach rozsądku. Określiłbym się jako rozsądny lewak salonowy, taki lewakus normikus - popierający gejów i lesbijki w ich walce o równe prawa, darzący sympatią Unię Europejską i otwarty na cudzoziemców. Ale już progresję podatkową nadal postrzegałem jako "karanie za innowacyjność", socjal jako rozdawnictwo, a Rafała Trzaskowskiego jako ikonę. Taki był więc ze mnie "lewak", jakich spotkasz mnóstwo na firmowych imprezach i w kawiarniach stolicy. Ceniony przez mainstream, szanowany przez korporacje i uwielbiany na salonach. Nieawanturujący się, nieklejący do ulic i niezbyt zainteresowany losem ludzi mniej uprzywilejowanych od siebie. W zasadzie więc nielewak, acz chętnie się tak przedstawiający.
I na strajki kobiet chodziłem, by gęsto, głośno, radośnie słać nienawistne okrzyki Krzysztofowi Bosakowi i Jarosławowi Kaczyńskiemu. A po strajkach spotykałem się ze znajomymi, aby rozprawiać o tym, że osiem gwiazdek i w ogóle. Właśnie na jednym z takich strajków natknąłem się na dawno niewidzianego kolegę (tego od M&M'sów). Wtedy też zauważyłem jego radykalną przemianę w turbolewaka. Po wymianie uprzejmości i przypomnieniu sobie kilku zabawnych anegdot zeszliśmy na temat, który rozpalał moje serce do czerwoności: jak bardzo, w skali od 1 do 10, każdy z nas nienawidzi PiS-u. Oczywiście i mój kolega nie darzył ich wtedy przesadną sympatią, ale gdy wdaliśmy się w dyskusję, okazało się, że pała niechęcią do ówczesnej władzy z zupełnie innych powodów niż ja. Pamiętam, że wygłosiłem wtedy swój nielewacki monolog, coś w stylu:
- Nie no, PiS to jest tragedia od samego początku, te socjale pieprzone, pięćsetplusy i inne, żeby tylko kupować ludzi pustym pieniądzem. Nic to nie daje, tylko ceny w sklepach rosną, a patologia chleje za nasze i tyle.
I wtedy się okazało, że szanowny kolega ma zdanie skrajnie odmienne. Z uprzejmością, ale i stanowczością zaprotestował, a następnie zapytał, skąd mój negatywny stosunek, skąd te informacje o patologii, inflacji i wniosek, że takie programy nic nie dają. A ja przeżyłem szok, no bo jak to skąd? To jest przecież powszechnie wiadome, takich rzeczy nawet nie trzeba argumentować, to się po prostu wie. Może was zaskoczę, ale nie przekonała go siła mojego argumentu i zaproponował szybką weryfikację faktów.
Po tej weryfikacji stałem się obecnym sobą. Dane bowiem nie były po mojej stronie - ale o tym przeczytasz dalej - a wszelkie znalezione artykuły w rodzaju "500+ doprowadzi do bankructwa!", które rzucałem koledze w twarz jako argumenty nie do odparcia, po dokładnej lekturze okazywały się jedynie nietrafną prognozą kolejnego mainstreamowego ekonomisty bez pokrycia w faktach.
Ogarnęły mnie wstyd i rozgoryczenie, bo do tej pory czułem się dość biegły w aktualnej polityce: znałem nazwiska, wiedziałem, kto jest czyim synem, z kim się lubimy, a z kim nie bardzo. Mogłem wymienić głośne ustawy, skandale i potyczki. Problemem było jednak to - teraz wydaje się to oczywiste - że przyjmowałem narzuconą narrację. Śledziłem prognozy ekonomistów, a nie wskaźniki gospodarki, opinie polityków, a nie realne działania i zmiany; udzielało mi się oburzenie, gdy skandal dotykał tych po drugiej stronie, i zdobywałem się na wyrozumiałość, kiedy ocierał się o "naszych". Pod dyktando nagłówków i komentarzy, które jasno określają, co powinienem myśleć i czuć.
Zacząłem więc czytać o wszystkim, w co wierzyłem do tej pory. Konfrontować dane z poglądami, konsekwencje z prognozami i wreszcie słowa moich ulubionych polityków ze stanem faktycznym. W ten sposób, nie wiedzieć kiedy, zmieniłem się w "lewaka". Weryfikowałem kolejno swoje zacementowane już przekonania o inflacji, rozwoju gospodarczym, zadłużeniu, patologii, mieszkalnictwie, najmie, ochronie zdrowia, podatkach, przedsiębiorstwach, o ZUS-ie, umowach, kontraktach, wzroście, płacy minimalnej, o PKB, długu, socjalu, o lewactwie, prawactwie, o PiS-ie, niedzielach, o handlu, złotym, euro i o wszystkim, o czym było mi dane przeczytać... i poczułem się okrutnie oszukany. Wszystko okazało się kłamstwem. Przez lata byłem karmiony iluzją.
Jeśli spojrzeć na fakty, na suche liczby, na czystą rachunkowość - neoliberalizm nie ma prawa bytu w demokratycznym państwie. Bez odpowiednio moderowanej narracji, bez ciągłego angażowania mediów i autorytetów, czysta matematyka zawsze wskazuje ten sam rachunek: korzystają najbogatsi, a tracą miliony biedniejszych.
Kiedyś przeczytałem książkę o rzucaniu palenia. Jej autor Allen Carr wychodził z założenia, że największą przeszkodą w odstawieniu nikotyny nie jest uzależnienie od niej, tylko totalne pranie mózgu, jakiemu jesteśmy poddawani od najmłodszych lat. W filmach papieros jawi się jako symbol męskości, seksapilu, odpoczynku, pożegnań, uniesień i nieodłączny towarzysz drogi. Żeby rzucić palenie, trzeba zacząć od odwirowania swojego mózgu, od spojrzenia na papierosy bez tej całej napompowanej otoczki, zobaczyć, czym naprawdę są - paskudną, śmierdzącą używką, która rujnuje nasze zdrowie i skraca życie.
Podobnie jest z neoliberalizmem.
Neoliberalizm zakłada mniej państwa, mniej biurokracji, więcej wolności i więcej rynku. I mogę się założyć, że jest to chociaż częściowo zgodne z twoją intuicją. Te postulaty nie budzą w tobie wewnętrznego sprzeciwu, prawda? Łatwiej przychodzi nam zaakceptować pomysł deregulacji państwa niż chociażby darmowych obiadów w szkołach albo opodatkowania bogatych. W takich sytuacjach częściej rodzą się w nas pytania: "Ale jak to?", "A z czego to?", "A jakim prawem?".
Założenia neoliberalizmu zdają się bardziej zdroworozsądkowe i moim zdaniem to kluczowy efekt propagandy, którą jesteśmy karmieni od trzydziestu lat. Bo jeśli intuicyjnie opowiadamy się za rozwiązaniami, które w rzeczywistości nam szkodzą, a odrzucamy te, które poprawiają naszą sytuację... najprawdopodobniej padliśmy ofiarą manipulacji.
Jesteśmy jak żaby w gotującej się wodzie, wpatrzone w kucharza, przekonane, że kiedyś będziemy na jego miejscu i też się dorobimy własnego fartucha. Ale wszystkie żaby nieświadomie giną. W biedzie - do końca broniąc oprawcy. Żaba zawsze pozostanie żabą. A neoliberalizm? Antyspołecznym, niszczycielskim systemem ekonomicznym, premiującym tych na szczycie kosztem tych poniżej. I przetrwa tak długo, jak długo większość społeczeństwa będzie uznawać go za jedyną drogę.
Wiem, że padło tu już wiele oskarżeń, wystrzelono sporo pocisków, że jedynie zasygnalizowałem pewne kwestie, ale żadnej z nich nie rozwinąłem. Może nawet atak na niektóre z przytoczonych stwierdzeń zdaje ci się kontrowersyjny, sprzeczny z twoimi przekonaniami. Zresztą kusiło mnie, by zalać te strony potokiem myśli, rozprawiając się kolejno z każdą neoliberalną niedorzecznością, o której wspomniałem do tej pory. I z początku tak właśnie wyglądał ten tekst. Stanowił ciąg słów, nachodzących na siebie wątków i dygresji. Jednak po napisaniu pięćdziesięciu tysięcy znaków zrozumiałem (oraz powiedział mi to pan Żyniś, pozdrawiam cieplutko), że w sumie to sam już nie wiem, gdzie jestem, w którą stronę idę ani o co mi chodziło na początku.
Dlatego narzuciłem sobie plan, żeby o niczym nie zapomnieć i trzymać się jakiegoś porządku. Postaram się po kolei przejść przez, moim zdaniem, najważniejsze sektory państwa, które od lat stopniowo wykańcza neoliberalny duch, i tak jak dotychczas w formie swobodnego felietonu rozprawić się z najczęściej słyszanymi argumentami i przekonaniami. Oczywiście istnieją o wiele lepsze książki, których autorzy bardziej wyczerpują temat i mają wiedzę zdecydowanie obszerniejszą od mojej. Nie zamierzam z nimi rywalizować ani się do nich porównywać. Pomyślałem, że moja będzie po prostu zdecydowanie śmieszniejsza. Mam też ten przywilej, że moje poczynania w sieci śledzą ludzie z różnych światów, niekoniecznie tak lewicowych jak ten, w którym chciałbym siebie widzieć. Może więc właśnie ten tekst będzie sympatycznym początkiem podróży, w którą nie wyruszyłbyś, gdybyś miał do dyspozycji tylko opasłe tomiska mądrych głów.
Napisałem tę książkę, żeby zamknąć w jednym miejscu wszystkie swoje myśli i przekonania na temat polityki. Dotąd ograniczał mnie albo limit znaków w komentarzach w mediach społecznościowych, albo limit politycznego bajdurzenia, jakie byli gotowi znieść moi znajomi o czwartej rano na domówce w kuchni. Dlatego bardzo się cieszę, że wreszcie mogę się tym wszystkim podzielić. Między rozdziałami natkniesz się na baśnie, bajki i legendy ze swojego dzieciństwa, które przerobiłem, by nadać im neoliberalny sznyt. Ich pisanie sprawiło mi zdecydowanie najwięcej frajdy i mam nadzieję, że w trakcie czytania będziesz się bawić chociaż w połowie tak dobrze jak ja. Myśl o mnie ciepło i pamiętaj: Jezus też był lewakiem.
Aha, jeszcze taka notka ode mnie, podobna do tych umieszczanych na opakowaniach od papierosów. Tyle że w tym przypadku musiałoby to być całkiem spore pudełko.
Ta książka nie jest pracą naukową. Nie rozstrzyga ekonomicznych sporów, nie próbuje definiować neoliberalizmu w skatalogowany, wyczerpujący sposób. Jest to książka publicystyczna i ideowa - o tym, jak przez ostatnie trzy dekady kształtowano w Polsce sposób myślenia o państwie, rynku i pracy. Pojęcie "neoliberalizm" stosuję tu świadomie w szerokim znaczeniu - jako zbiór dominujących narracji, intuicji i decyzji politycznych od 1989 roku, często określanych "zdrowym rozsądkiem" i jedyną dopuszczalną wizją państwa. Nie zajmuje mnie rozstrzyganie, które z tych zjawisk mieszczą się w węższych definicjach, a które nie. Interesują mnie ich skutki: społeczne, kulturowe i polityczne.
Chciałbym w tym tekście rozbroić przekonania, które uznaliśmy za naturalne, mimo że coraz częściej działają przeciwko nam - nawet jeśli w opinii czytającego nie są one przejawem czystego neoliberalizmu.
Większość danych liczbowych wykorzystanych w tej książce pochodzi z powszechnie dostępnych, międzynarodowych baz statystycznych, takich jak WID (Baza Danych o Nierównościach Światowych), OECD (Baza Danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), Bank Światowy, GUS czy Eurostat. Przywołane wartości opierają się na najbardziej aktualnych i wiarygodnych informacjach dostępnych w momencie pisania książki.
Znajdziesz tu również propozycję masowego morderstwa emerytów, życiorys królewny Slayerki komunistki i scenę z roztapiającym się wyborcą Koalicji Obywatelskiej. Więc jeśli traktujesz tę książkę jako podręcznik akademicki, to życzę powodzenia w życiu.
Baw się dobrze!