Jak wyszliśmy na ludzi. Dlaczego potrzebujemy siebie nawzajem i co sprawia nam przyjemność - William von Hippel


Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Pewnego dnia, gdy mój syn miał osiem lat, postanowiliśmy wybrać się na sandboarding na Moreton Island, małą piaszczystą wyspę położoną po drugiej stronie zatoki względem naszego domu w Brisbane. Dotarliśmy tam promem wczesnym popołudniem, po czym ruszyliśmy plażą aż do leśnej ścieżki prowadzącej do ogromnych wydm w centralnej części wyspy. Przygotowałem starą deskę snowboardową, tak żeby syn mógł jeździć na niej na bosaka, i gdy tylko podłapał sztukę utrzymywania równowagi, bawił się w najlepsze (w niemałej części dlatego, że to ja tachałem snowboard na górę, a on tylko zjeżdżał do podnóża). Wspinanie się po gigantycznych wydmach wymaga sporego wysiłku, niemniej słońce dawno już zaszło, zanim udało mi się go namówić, żeby odpuścił.
W drodze powrotnej był przeszczęśliwy i gdy przemierzaliśmy połacie wydm pod rozgwieżdżonym niebem, gadał jak najęty. Jednak kiedy tylko weszliśmy do lasu, jego nastrój się zmienił. Z trudem dostrzegaliśmy przed sobą ścieżkę, a zarośla, wyglądające wcześniej całkiem niewinnie, napierały teraz na nas z każdej strony. Zauważyłem, że głos zaczął mu drżeć, i szybko stracił wątek. Gdy trzasnęła gałązka, na którą nastąpiłem, skoczył jak oparzony. Starałem się dodać mu otuchy, ale upierał się, że wszędzie czyhają na nas dzikie zwierzęta. W żaden sposób nie mogłem złagodzić jego lęków. Był przekonany, że w każdej chwili może wyskoczyć sfora psów dingo i nas rozszarpać. Muszę przyznać, że sam czułem się trochę nieswojo, choć zdawałem sobie sprawę, że jedynym realnie grożącym nam niebezpieczeństwem było skręcenie kostki na ginącej w mroku ścieżce.
Dlaczego radość tak szybko przeszła w strach? I dlaczego również ja go odczuwałem pomimo pełnej świadomości, że jedynymi zwierzętami, które będą tej nocy na nas żerować, są komary? Niewykluczone, że odpowiedzi na te pytania tkwią w zdolnościach percepcyjnych naszych odległych przodków. Ludzie mają znakomite oczy, ale dość przeciętne uszy i nosy, toteż w ciemnościach inne zwierzęta mogą dużo łatwiej wykryć nas niż my je. Za dnia nasi przodkowie byli groźnymi drapieżnikami, jednak w nocy to oni padali ofiarą - przez ostatnich kilka milionów lat nocne zwierzęta żywiły się naszymi niedoszłymi antenatami, którzy nie mieli dość oleju w głowie, by nie wałęsać się po nocy. Ci z naszych potencjalnych przodków, którzy przechadzali się przy świetle księżyca, mieli mniejszą szansę na przeżycie i prokreację, a tym samym przekazanie potomkom swych upodobań do nocnych wędrówek. W taki sposób ewolucja modeluje naszą psychikę, skutkiem jest zaś to, że nikt nie musi ci mówić, że trzeba się bać ciemności; ten lęk pojawia się naturalnie.
Jeśli pójdziesz do wybiegu małp człekokształtnych w miejscowym zoo i spędzisz trochę czasu z szympansami, będziesz mógł niemal na własne oczy przekonać się, jak przebiega ewolucja. Szympansy wyglądają na naszych odległych kuzynów, którymi zresztą są, a to, co ich od nas odróżnia, jest w pełni wytłumaczalne. Nietrudno się domyślić, w jaki sposób opuszczenie lasu mogłoby zmienić ich nogi w podobne do naszych. Bez kłopotu można też sobie wyobrazić, jak ewolucja mogła powoli przekształcić drugą parę stóp w dłonie, gdy nasi przodkowie przestali się wspinać po drzewach, a zaczęli odbywać długie marsze na dwóch kończynach.
Mniej oczywistą sprawą jest rola ewolucji w ukształtowaniu psychiki. Mamy skłonność, aby myśleć o ewolucji w kategoriach anatomii, jednak postawy psychiczne są równie ważne dla przetrwania jak części ciała. Preferencje, które nie współgrają z czyimiś zdolnościami, są równie wielkim obciążeniem jak kończyny, które nie pasują do jego stylu życia. Nasze ciało tylko w niewielkim stopniu zmieniło się w ciągu ostatnich sześciu czy siedmiu milionów lat, natomiast psychika przekształciła się kolosalnie. Ewolucyjne rozejście się człowieka z szympansami wyraża się przede wszystkim w adaptacjach umysłu i mózgu.
Najważniejsze zmiany w naszej psychice dotyczą funkcjonowania społecznego, zwłaszcza zdolności do współpracy. Spójrzmy na przykład, co się dzieje, gdy szympansy polują na mniejsze małpy ogoniaste1. Polowania te należą do ich nielicznych aktywności grupowych, a są motywowane tym, że ofiary mają dużo mniejszą szansę ucieczki, kiedy zostają osaczone ze wszystkich stron. Mimo to nie wszystkie szympansy włączają się do działań. Niektóre siedzą bezczynnie opodal i przyglądają się kurzowi wzbijanemu podczas walki. Po zakończeniu polowania kilku szczęśliwców trzyma w łapach zdobycz, większość wraca jednak z niczym. Mięso jest pożywieniem o dużej gęstości kalorycznej, dlatego osobniki, którym nie trafił się żaden łup, zwykle nagabują szczęśliwców, by się podzielili swoją zdobyczą. Nic w tym dziwnego. Ciekawe jest jednak to, że szympansy, które tylko przyglądają się polowaniu, delektują się mięsnym posiłkiem równie często jak te, które się do niego włączają. Ich towarzysze nie dostrzegają większej różnicy między pomocnikami a obibokami.
Zwykle zwierzęta żyjące w zbiorowiskach traktujemy jako "graczy zespołowych", tymczasem wiele z nich, mimo życia w dużych grupach, wchodzi w interakcje w bardzo ograniczonym zakresie. Gnu i zebry zbijają się w ogromne gromady ze względów bezpieczeństwa, nie wykazują jednak prawdziwych oznak zespołowości. W wielkiej grupie zwiększa się prawdopodobieństwo, że ktoś dostrzeże lwa, więc każde zwierzę może sobie pozwolić na nieco mniejszą czujność. Szympansy są znacznie bardziej współzależne niż gnu czy zebry, lecz nawet ich życie rzadko wymaga rzeczywistej współpracy. W konsekwencji mają do niej ograniczoną zdolność i preferują działanie w pojedynkę. W odróżnieniu od tego, kiedy my wyszliśmy z lasu, samo nasze przetrwanie zależało od zdolności do wspólnego działania. Jak się przekonamy, nasza psychika została w największym stopniu ukształtowana właśnie przez tę potrzebę.
Gdy nasi przodkowie zostali wygnani ze schronienia, jakie zapewniał im las deszczowy, musieli zacząć walczyć o przetrwanie w nieznanym i niebezpiecznym świecie sawanny. Mniejsi, wolniejsi i słabsi niż wiele z tamtejszych drapieżników byliby skazani na wymarcie, gdyby nie wpadli na społeczne rozwiązanie stojącego przed nimi problemu. Okazało się ono tak skuteczne, że wprowadziło nas na zupełnie nową ścieżkę ewolucyjną. Nasi przodkowie stawali się coraz inteligentniejsi właśnie dlatego, że mogli wykorzystywać nowo odkryte zdolności kooperacyjne do doskonalenia sposobów zabezpieczania siebie oraz zapewniania sobie warunków bytowych. Ostatecznie Homo sapiens stali się tak inteligentni, że zaczęliśmy zmieniać swoje środowisko pod dyktando naszych planów, o czym najlepiej świadczy wynalezienie rolnictwa. Od uprawy roli stwardniały nam serca (i popsuły się zęby), ale rozkwitły też literatura, handel i nauka.
Samo nabranie inteligencji nie sprawia jednak, że stajemy się mądrzejsi. Wiele pradawnych instynktów cały czas w nas tkwi. Nade wszystko naszą psychiką wciąż w znacznym stopniu steruje lęk przed wykluczeniem z gry godowej, sprawiając, że dużo uwagi poświęcamy temu, jak wypadamy na tle pozostałych członków swojej grupy. To nieustanne porównywanie się kładzie się cieniem na ludzkim szczęściu. Odpowiada też za nasze wścibstwo.
Duchy naszej ewolucyjnej przeszłości nie przestają nas dziś nawiedzać, lecz jednocześnie pozwalają odpowiedzieć na niektóre fundamentalne pytania o ludzką naturę. Na przykład jak kwestia społeczeństwa, które stworzyliśmy na sawannie, wyjaśnia naszą zdolność i chęć do wprowadzania innowacji? Jaki wywiera wpływ na nasz sposób kierowania innymi i to, za kim podążamy? Jak tłumaczy nasze godne pożałowania odruchy plemienne oraz uprzedzenia? Przebieg naszego przystosowywania się do życia na sawannie stanowi zamierzchłą historię, niemniej pozwala nam na nowo spojrzeć na współczesne problemy.
Choć cierpimy z powodu wielu złych nawyków naszych przodków, doprowadzili oni do wyewoluowania systemu motywacyjnego, który do dziś nagradza nas wtedy, gdy dobrze sobie z czymś radzimy. Chodzi o szczęście. Jak świetnie widać na przykładzie naszego lęku przed ciemnością, motywacje wykształciły się po to, byśmy mogli lepiej przetrwać i funkcjonować. Oznacza to, że przykre odczucia służą ważnemu celowi, ale podobnie jest z dobrymi. Psychika, jaka w nas wyewoluowała, jest ściśle spleciona ze szczęściem i pogonią za nim; prowadzenie dobrego życia silnie wiąże się ze spełnianiem ewolucyjnych nakazów. Ponieważ często zmierzają one we wzajemnie sprzecznych kierunkach, szczęście wymaga umiejętności sprawnego poruszania się w ich gąszczu. Zrozumienie presji wywieranej na nas przez odległą przeszłość może ułatwić nam to zadanie oraz wyjaśnić, dlaczego na tej drodze czyha tyle pułapek.
Nasza odległa przeszłość nie bez powodu nazywa się prehistorią - nie dysponujemy żadnymi pisanymi źródłami z tego okresu. Uczeni znaleźli mnóstwo skamielin i innych materiałów z zamierzchłych czasów, jednak wiele z tych znalezisk może podlegać wielorakim interpretacjom. Ponadto strategie i zachowania nie przekształcają się w skamieliny, trudno jest więc ustalić szczegóły tego, jak nasi przodkowie rozwiązywali problemy pojawiające się na ich drodze do uczłowieczenia. Ewolucjoniści zdołali jednak wyłuskać zdumiewające informacje z niepozornych przesłanek, a ich błyskotliwe pomysły i ciężka praca pozwalają mi dziś przedstawić tę stosunkowo kompletną narrację.
Skąd wiemy to, co wiemy? W odpowiedzi na to pytanie rozważmy trzy przykłady badań historii ewolucyjnej: po pierwsze, w jaki sposób DNA wszy pokazuje, kiedy wynaleźliśmy ubrania, po drugie, jak księgi kościelne ujawniają znaczenie babć, i po trzecie, w jaki sposób wykopane zęby podpowiadają, co nasi przodkowie robili, by uniknąć kojarzenia krewniaczego.
Ludzie mają wyjątkowy zaszczyt być gospodarzami dla trzech różnych gatunków wszy: głowowych, łonowych i tak zwanych odzieżowych. Opowieść o tym, jak staliśmy się mieszkaniem, a zarazem posiłkiem tych odrażających, malutkich pasożytów, jest dość zawiła, a zaczyna się od wszy głowowych, które moje dzieci przyniosły ze żłobka do domu. Przodkowie ludzkiej wszy głowowej wprowadzili się na naczelne około dwudziestu pięciu milionów lat temu, czyli w okresie, gdy rozdzieliły się drogi ewolucji małp starego świata (czyli małp z Afryki i Azji).
Kiedy sześć, siedem milionów lat temu nasi bliżsi przodkowie oddzielili się od przodków szympansów, towarzyszące im wszy mogły swobodnie przemieszczać się po całym ciele, gdyż nasi protoplaści należeli do mocno owłosionych. W tamtych czasach pradawne wszy ludzkie były jedynymi, które nas prześladowały, jednak parę milionów lat później podłapaliśmy inny gatunek, prawdopodobnie od goryli. Nie jestem pewien, jak sztuka ta udała się naszym antenatom, ale wolę myśleć, że po prostu żyli w bliskim sąsiedztwie goryli, a może nawet okazjonalnie dzielili się legowiskiem, żeby lepiej się ogrzać. Tak czy inaczej około trzech milionów lat temu zaczęliśmy gościć na sobie dwa gatunki wszy.
Koniec końców w trakcie dalszego rozwoju ewolucyjnego utraciliśmy bogate owłosienie ciała (a także zwyczaj zadawania się z gorylami). Brak futra stanowił problem dla obu gatunków wszy, gdyż gęstwina włosków jest im potrzebna do składania jaj. W konsekwencji zmusiliśmy te dwa gatunki do specjalizacji. Wszy, które towarzyszyły nam najdłużej, przeniosły się w rejony dalekiej północy naszego ciała i wyspecjalizowały się w życiu na głowie. Wszy zapożyczone od goryli usadowiły się zaś w obszarze równikowym, za przedmiot specjalizacji przyjmując krocze.
To odprężenie w stosunkach między dwoma gatunkami utrzymywało się mniej więcej przez milion lat, aż zaledwie siedemdziesiąt tysięcy lat temu na scenie pojawił się trzeci gatunek: boczna linia wszy głowowych. Wyewoluowała ona do życia na naszym ciele, jednak podobnie jak gatunek, z którego się wywodziła, nie mogła składać jaj na (nieowłosionej obecnie) skórze, gdyż spadałyby one na ziemię i obumierały. Tak oto ewolucja wszy głowowych wspiera tezę, że co najmniej siedemdziesiąt tysięcy lat temu zaczęliśmy nosić odzienie.
Oczywiście powstaje ciekawe pytanie, co sprowokowało nas do wynalezienia ubioru i dlaczego stało się to akurat wtedy. Nasi przodkowie byli wówczas nieowłosieni już od ponad miliona lat, a większość z nich wciąż żyła w gorącym klimacie afrykańskim - choć nie wszyscy. Jak się przekonamy, tuż przed wyłonieniem się wszy odzieżowych Homo sapiens zaczęli emigrować z Afryki. Być może właśnie zasiedlanie chłodniejszych obszarów doprowadziło do wynalezienia ubrań. A może ubrania pojawiły się znacznie wcześniej w celu ochrony zarówno przed zimnem, jak i słońcem. Alternatywne wyjaśnienie mówi, że nasi przodkowie szukali sposobów na przyozdobienie siebie lub wzajemne odróżnienie się. Bez względu na powód od tego momentu przynajmniej część naszych przodków musiała na stałe nosić jakieś stroje, bo w innym wypadku wszy odzieżowe by wymarły.
Ewolucyjna historia wszy stanowi wspaniały materiał dowodowy w odniesieniu do wynalezienia odzieży, skąd jednak znamy ramy czasowe tego procesu? I skąd wiadomo, że zaraziliśmy się wszami łonowymi od przodków goryli trzy miliony lat temu? Aby odpowiedzieć na takie pytania, uczeni muszą wziąć pod uwagę zegary molekularne, czyli procedury datowania oparte na tempie zachodzenia mutacji genetycznych. Gdy jakaś linia ewolucyjna rozwidla się na dwa gatunki, zaczynają one gromadzić w swoim DNA przypadkowe mutacje. Mutacje te nie są już wspólne dla obu gatunków, tylko specyficzne dla każdego z nich. Ponieważ znamy średnie tempo mutacji różnych nici DNA, możemy policzyć specyficzne mutacje na DNA wspólnym dla obu gatunków i na tej podstawie ocenić, kiedy gatunki te zaczęły iść własną drogą.
Jeśli na przykład jakaś nić DNA danego gatunku mutuje średnio raz na dwadzieścia pokoleń i na tym DNA znajdziemy przeciętnie pięćdziesiąt osobnych mutacji u każdego z pierwotnie powiązanych gatunków, możemy wnioskować, że gatunki były rozdzielone mniej więcej przez tysiąc pokoleń. Odliczając w ten sposób do tyłu, ostatecznie dochodzimy do gatunku wyjściowego, który jest genetycznie najbliższy obu pochodnym.
Analizując liczbę mutacji w DNA wszy odzieżowych i głowowych (które są blisko spokrewnione ze sobą, ale nie z wszami łonowymi), zyskujemy mocny argument, że nasi przodkowie przestali biegać na golasa co najmniej siedemdziesiąt tysięcy lat temu. Zastosowanie tej samej procedury pozwala nam wysnuć wniosek, że ludzkie wszy łonowe oddzieliły się od wszy goryla mniej więcej trzy miliony lat temu.
Kościół luterański od XVIII wieku prowadził w Finlandii skrupulatne spisy wszystkich narodzin, ślubów i zgonów. Mirkka Lahdenperä z Uniwersytetu w Turku oraz jej współpracownicy skorzystali z tego wyśmienitego źródła, aby prześledzić przebieg życia ponad pięciu tysięcy kobiet oraz ich dzieci i wnucząt z pięciu fińskich gmin rolniczych i rybackich w latach 1702-1823.
Uważnie przeglądając archiwalne księgi, uczeni dokonali wielu ważnych odkryć na temat dziadków. Co bodaj najciekawsze, ustalili, że na każde dziesięć lat, które babcia żyła po przekroczeniu pięćdziesiątki, przypadała kolejna dwójka żywych wnucząt. Efekt ten, ujawniający się najwyraźniej w rodzinach, w których dziadkowie mieszkali w tej samej wiosce co ich wnuki, wydaje się pochodną trzech czynników:
Zamieszkiwanie babci w tej samej wiosce pozwalało córkom na wcześniejsze posiadanie dzieci (średnio w wieku 25,5 roku, a nie 28 lat). Obecność babki skracała odstęp pomiędzy kolejnymi porodami. Córki żyjących babć rodziły średnio co 29,5 miesiąca, podczas gdy córki zmarłych już matek i teściowych miały dzieci co 32 miesiące. Żyjąca babcia w wieku poniżej 60 lat (zatem prawdopodobnie dość energiczna i zdolna do udzielania większej pomocy) zwiększała odsetek przeżywających wnuków o 12 procent. Ten zwiększony odsetek pojawiał się dopiero w okresie po odstawieniu dziecka od piersi; w wypadku dzieci karmionych piersią wskaźnik przeżycia był podobny bez względu na to, czy ich babcia jeszcze żyła czy nie.W tych czasach w Finlandii (jak i wszędzie indziej) ze względu na choroby i urazy połowa urodzonych dzieci nie dożywała wieku dorosłego, więc pozytywny wpływ obecności babć na przeżycie i dzietność był bardzo odczuwalny.
Zwierzęta trzymające się w małych grupach zyskują ze wspólnego życia wiele korzyści, stają jednak w obliczu problemu rozmnażania wsobnego. Bez znajomości swojego drzewa genealogicznego urodzone w takich grupach zwierzęta, które następnie parzą się z członkami swojej grupy, narażają się na ryzyko skojarzenia z bliskim krewnym.
Kojarzenie się z bliskim krewnym jest obciążone wieloma potencjalnymi zagrożeniami, z których najistotniejszym jest to, że w ramach jednej rodziny chorobowe geny mają większą szansę na znalezienie swojej drugiej połówki. Ja na przykład jestem nosicielem genu choroby Taya-Sachsa, który na szczęście dla mnie jest recesywny (co oznacza, że konsekwencje odzywają się dopiero po odziedziczeniu go od obojga rodziców). Jeżeli oboje rodzice są nosicielami genu choroby Taya-Sachsa, występuje dwudziestopięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że każde z ich dzieci otrzyma dwa takie geny i rozwinie się u nich choroba. Objawy w większości przypadków pojawiają się przed szóstym miesiącem życia; dzieci zaczynają tracić wzrok i słuch, następnie zdolność łykania, a w końcu poruszania się i niedługo potem umierają.
Gen Taya-Sachsa jest stosunkowo rzadki (w całej populacji jeden nosiciel przypada na ponad dwieście osób), występuje więc niemal zerowe ryzyko, że tacy nosiciele jak ja będą mieli dziecko obciążone chorobą Taya-Sachsa, jest bowiem bardzo mało prawdopodobne, że zakochają się akurat w innym nosicielu tego genu. Gdybym jednak dzielił łoże z jakimś członkiem swojej rodziny, na przykład z siostrą czy kuzynką, byłoby znacznie bardziej prawdopodobne, że moja partnerka też jest nosicielem tego genu, a tym samym znacznie wzrastałoby ryzyko rozwinięcia się tej strasznej choroby u naszych dzieci.
Zwierzęta żyjące w niewielkich grupach zwykle rozwiązują potencjalny problem rozmnażania wsobnego za sprawą opuszczania przez samce albo samice swojej grupy rodzinnej zaraz po wejściu przez nie w okres dojrzewania. Porzucając dotychczasową grupę i przyłączając się do innej, zwierzęta radykalnie zmniejszają ryzyko sparowania się z osobnikiem będącym bliskim krewnym. Musimy jednak pamiętać, że nie mają one pojęcia, dlaczego opuszczają swoją grupę. Po prostu te zwierzęta, które wykształciły w sobie upodobanie do wędrówek i dołączały do nowej grupy, miały większą szansę uniknąć wyniszczających konsekwencji wsobności. W rezultacie skłonność do zmiany grupy rozprzestrzeniała się w obrębie gatunku przez wzmożenie sukcesu reprodukcyjnego tych osobników, które odziedziczyły tendencję do rozstania się z rodziną wraz z osiągnięciem dojrzałości seksualnej.
U szympansów problem ten jest rozwiązywany dzięki znajdowaniu nowej grupy przez dojrzewające samice. W odróżnieniu od nich łowcy-zbieracze stosują bardziej elastyczne i zróżnicowane metody (więcej informacji na ten temat w rozdziale 3). Naukowcy zastanawiali się, czy nasi pradawni przodkowie byli pod tym względem bardziej podobni do szympansów czy do nas. Jak jednak pozyskać takie informacje, gdy dysponuje się tylko przypadkowymi kawałkami skamielin, a nie przetrwało nic innego, co zaświadczyłoby o życiu naszych poprzedników?
Naukowcy rozgryźli ten orzech dzięki pomiarom poziomu strontu w zębach naszych praprzodków. Stront jest metalem, który nasz organizm wchłania podobnie jak wapń, toteż wykrywa się go głównie w kościach i zębach. Istnieją cztery główne postacie strontu, a proporcje ich występowania zależą od charakterystyki geologicznej danego obszaru. W pewnych miejscach bardzo powszechna jest jedna forma, stosunkowo powszechna inna, a dwie pozostałe należą do rzadkości. W innych miejscach proporcje są odmienne.
Ponieważ stront wbudowuje się w strukturę zębów w okresie wzrastania i rozwoju organizmu, warto przeanalizować prehistoryczne zęby pod kątem proporcji występowania różnych odmian tego pierwiastka. Jeśli odpowiadają one rozkładowi procentowemu odmian strontu w lokalnym podłożu skalnym, właściciel zębów niemal na pewno dorastał w rejonie, w którym znaleziono jego zęby. Jeżeli natomiast proporcje są inne niż w miejscowych skałach, niemal na pewno przeprowadził się tam już po przekroczeniu wieku dziecięcego.
Gdy Sandi Copeland z oddziału antropologii ewolucyjnej w Instytucie Maxa Plancka przebadała wraz ze współpracownikami proporcje strontu w zębach różnych przedstawicieli Australopithecus africanus (naszych przodków sprzed kilku milionów lat; więcej o nich w rozdziałach 1 i 2), odkryła, że większe zęby odpowiadały miejscowemu profilowi geologicznemu, a mniejsze nie. Ponieważ samce są zwykle większe od samic i w rezultacie mają większe zęby, dane te wskazują, że samice australopiteków zapewne opuszczały grupę, w której się rodziły, unikając rozmnażania wsobnego podobnie jak szympansy.
Jak widać na przykładzie tych trzech typów badań naukowych, uczeni stosują rozmaite podejścia do analizy przeszłości. Niekiedy dane dają niemal pewność co do słuszności wyciąganych wniosków, tak jak wówczas, gdy zauważamy, że zamieszkiwaniu babci i wnucząt w tej samej miejscowości towarzyszy spadek śmiertelności dzieci. W innych przypadkach dane pozwalają na snucie uzasadnionych przypuszczeń, jak wtedy, gdy domyślamy się, że mniejsze zęby należą do kobiet, a zatem zapewne to kobiety opuszczały swoją grupę po osiągnięciu dojrzałości. W jeszcze innych sytuacjach z danych można wywieść tylko warunki brzegowe dla wysuwanych teorii, jak wtedy, gdy wyewoluowanie wszy odzieżowych wskazuje na najpóźniejszy moment, w którym musiały już istnieć okrycia ciała, nie daje jednak podstaw do twierdzeń na temat początków odzieży - wszy mogły się nie spieszyć z przystosowaniem do nowych warunków stwarzanych przez ubrania.
Ważne jest, by pamiętać przy tym, że każde pojedyncze doniesienie naukowe jest tylko malutkim elementem układanki. Ogólny obraz zyskujemy z połączenia wyników tysięcy takich badań. Kiedy wszystkie one wydają się zbieżne, możemy być niemal pewni, że rozumiemy, co się dzieje. Kiedy są wzajemnie sprzeczne lub podlegają wielorakim interpretacjom, otwiera się przed nami pole do dalszej pracy. Rzecz jasna, w miarę jak cofamy się w przeszłość, materiały dowodowe stają się coraz bardziej wątpliwe i wieloznaczne, a my w coraz większym stopniu musimy polegać na domysłach. Mimo to starałem się w tej książce przedstawiać historię, nie robiąc częstych zastrzeżeń, od których tak nużące i trudne w lekturze stają się teksty akademickie. Proszę po prostu pamiętać, że publikacja ta stanowi moją najlepszą próbę wyjaśnienia, kim jesteśmy i jak się tu znaleźliśmy, na podstawie niepełnych, złożonych i niekiedy wzajemnie sprzecznych danych, jakimi dysponujemy. Dla czytelników zainteresowanych pogłębieniem wiedzy na końcu książki zamieściłem spis rekomendowanej literatury z podziałem na tematykę poszczególnych rozdziałów.
Zanim przejdę do głównego tematu tej książki, istotna uwaga dotycząca roli natury i kultury w naszej konstrukcji psychicznej. Niektórzy ludzie oburzają się na stosowanie podejścia ewolucyjnego do wyjaśniania zachowań ludzkich, krytykując psychologię ewolucyjną za jej rzekome implikacje. Wielu takich krytyków uważa, że jeżeli geny wpływają na kształt naszej psychiki, to jej aspekty, które podlegają takim wpływom, są odporne na oddziaływania środowiskowe czy społeczne i pozostają poza sferą naszej osobistej kontroli. Chcę wyjaśnić, jak bardzo dalekie jest to od prawdy. Dla przykładu rozważmy część ciała znacznie prostszą od naszego mózgu - mięśnie.
Zmienność genetyczna pozwala ludziom na wyrabianie mięśni o różnej wielkości. Niektórzy dziedziczą skłonność do posiadania wielkich mięśni (na myśl przychodzą frontlinerzy w drużynie futbolu amerykańskiego), inni mają tendencję do skromniejszej muskulatury (gdybyś mnie znał, ja mógłbym przyjść ci na myśl). Nasze geny dostarczają wzorca, który pozwala mięśniom rosnąć w określonym stopniu, gdy są przeciążane na przykład przez trening oporowy, pracę fizyczną czy uprawianie sportu.
Niemniej to nasz styl życia decyduje o tym, czy poddamy mięśnie większym czy mniejszym obciążeniom albo czy dostarczymy im więcej lub mniej składników odżywczych, powodując tym samym ich rozrost lub kurczenie się. W rezultacie mięśnie różnej wielkości są wytworem zarówno naszych genów, jak i naszego środowiska oraz oddziaływania genów z tym środowiskiem. Jednocześnie muskulatura może być też kwestią osobistego wyboru. W duchu tego przykładu psychologia ewolucyjna nie twierdzi, że ciało czy umysł są skutkiem jakiejś rywalizacji pomiędzy naturą i kulturą albo produktem sztywnego programu biologicznego, albo że są postawione poza obszarem ludzkiej sprawczości i decyzji jednostki.
Interakcje między genami i środowiskiem pojawiają się nawet wtedy, gdy efekty genetyczne są bardzo silne. Tak na przykład miopia (krótkowzroczność) jest w dużym stopniu dziedziczna; krótkowzroczni rodzice mają z reguły krótkowzroczne dzieci. Tymczasem badania nad wzrokiem łowców-zbieraczy wskazują, że nie ma wśród nich prawie żadnych osób krótkowzrocznych. Miopia może być spowodowana przez wiele czynników związanych ze współczesnym stylem życia - może chodzić o wykonywanie czynności wymagających precyzji, długotrwałe czytanie lub pracę przy słabym oświetleniu - ale bez względu na przyczynę prowadzące do niej geny są w istocie genami, które uwrażliwiają ludzi na środowiskowe czynniki krótkowzroczności. U ludzi mających takie geny i żyjących w nowoczesnym otoczeniu zwykle wykształca się miopia, natomiast u tych, którzy prowadzą życie łowców-zbieraczy, krótkowzroczność prawie nigdy się nie ujawnia. Zatem nawet efekty zasadniczo o charakterze genetycznym mogą mieć jednocześnie w znacznym stopniu charakter środowiskowy.
Zasada ta sprawdza się również w odniesieniu do psychiki. Jej kształt jest wytworem naszych genów, środowiska i osobistych wyborów. Geny popychają nas w określonych kierunkach (niektóre takie szturchnięcia stosowniej byłoby określić mianem kopa), ale to my podejmujemy decyzje determinujące trajektorię naszego życia.
Istnieją niezliczone przykłady pokonywania skłonności genetycznych przez ludzkie wybory, a zapewne najdobitniejszym z nich jest życie w celibacie. Pożądanie płciowe należy do najsilniejszych potrzeb fundowanych nam przez geny, rezygnacja z seksu gwarantuje bowiem przepadnięcie tych genów wraz z nami. Pomimo to wielka rzesza ludzi na przestrzeni całej historii postanawiała odstąpić od aktywności seksualnej. Wielu podejmowało usilne starania i nie zdołało dotrzymać danego sobie słowa, lecz wielu odniosło sukces. Bez wątpienia liczni z tych ostatnich okrutnie zmagali się z narzuconym sobie ograniczeniem, ale w tym właśnie rzecz. Samo to, że geny popychają nas w preferowanym przez siebie kierunku, nie oznacza jeszcze, że musimy się w tę stronę udać.
Łatwo można wyobrazić sobie świat, w którym geny sprawują pełną kontrolę nad naszym umysłem, tak jak to jest w przypadku wielu zwierząt. Od kiedy jednak wstąpiliśmy na ścieżkę ewolucyjną prowadzącą ku większej inteligencji oraz stylowi życia opartemu raczej na wiedzy nabytej niż wrodzonej, nasze geny nie miały innego wyjścia, jak oddać przeważającą część swej władzy.
Spójrzmy na przykład, jak surykatki uczą swoje młode polować. Zwierzęta te czerpią większość substancji odżywczych ze zjadanych owadów, a te żyjące na pustyni Kalahari nie mogą zanadto grymasić przy wyborze menu. Do ich ofiar należą skorpiony, będące oczywiście ryzykownym składnikiem obiadu, zważywszy że mogą posunąć się do uśmiercenia zagrażającego im śmiałka. Surykatki nie rodzą się z naturalną umiejętnością zabijania skorpionów, toteż uczą je tego rodzice i starsze rodzeństwo.
W ramach tego szkolenia dorosłe surykatki oferują młodym na obiad skorpiona w postaci zależnej od wieku biesiadników. Kiedy szczenięta są dopiero co odstawione od matki, dorosła surykatka zabija skorpiona przed daniem go potomkowi. Gdy szczenięta podrastają, dorosły odłamuje kolec jadowy skorpiona przed podaniem go młodym, ale zostawia osobnika żywego, by malcy mogli nabrać wprawy w zabijaniu go. Wreszcie gdy młode są dość duże, by zacząć wypuszczać się na samodzielne łowy, dorosły podsuwa im nienaruszonego skorpiona, którego trzeba zaatakować i zabić sobie na obiad.
Ten sposób nauki sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, niemniej w procesie decydowania, jak postąpić ze skorpionem przed podaniem go młodym, surykatki polegają na pojedynczym sygnale: dźwięku. Gdy badacze puszczają dorosłym osobnikom nagrane głosy młodziutkich szczeniąt, zabijają one skorpiona przed podsunięciem go dzieciom. Kiedy zaś odtwarzane są głosy starszych szczeniąt, potomkowie dostają od dorosłych żywego, śmiertelnie groźnego osobnika. Co ciekawe, odtwarzane odgłosy młodych na różnych etapach rozwoju wywołują odpowiednie zachowania u dorosłych opiekunów niezależnie od wieku, w jakim szczenięta faktycznie się znajdują. Mimo że opiekunowie pozostają w codziennym bezpośrednim kontakcie z małymi, niemal całkowicie bezradnymi szczeniętami, dają im nienaruszonego skorpiona, jeśli słyszą odgłosy wydawane przez starsze, bardziej wprawione szczenięta.
Dane te zdają się wskazywać, że decyzję surykatek determinuje suma różnych czynników genetycznych i zaledwie jednej informacji środowiskowej. System ten wyewoluował niewątpliwie dlatego, że jest wydajny obliczeniowo (nie wymaga dużej mocy mózgu) i bardzo dobrze sprawdza się w realnym świecie (malutkie szczenięta nigdy nie wydają młodzieńczych odgłosów).
Sytuacja ludzi znacznie różni się od sytuacji surykatek i podobnych zwierząt. Geny również wpływają na podejmowane przez nas decyzje, ale jedynie w połączeniu z bogatym zbiorem "danych wejściowych", których część pochodzi z wnętrza naszej czaszki, stanowiąc funkcję tego, jak postrzegamy siebie i kim chcemy być. Z tego względu ważnym wyznacznikiem naszego zachowania pozostaje nasza własna sprawczość, gdyż ludzie decydują, czy będą łagodni czy obcesowi, kooperatywni czy rywalizujący, ambitni czy leniwi. Geny stanowią w tym procesie decyzyjnym jeden z czynników, ale tylko jeden. Jak widzieliśmy na przykładzie miopii, dają o sobie znać po wejściu w interakcję ze środowiskiem, toteż uznanie potęgi genów nie umniejsza znaczenia wychowania, klasy społecznej, kultury i tak dalej.
Wniosek jest taki, że psychologia ewolucyjna jest opowieścią o tym, jak ewolucja kształtowała nasze geny, które z kolei rzeźbiły nasz umysł, jednak nie ma w niej genetycznego determinizmu. Środowisko także formuje nasz umysł, a kultura, wartości i preferencje odgrywają kardynalną rolę w tym, kim się stajemy - i dokąd zmierzamy.
W potocznym języku polskim tym samym słowem "małpa" określa się zarówno człekokształtne goryle, orangutany czy szympansy, które prowadzą nadrzewny i naziemny tryb życia, jak i mniejsze małpy ogoniaste, żyjące przede wszystkim na drzewach (np. kapucynki czy marmozety). Niemniej formalnie są to osobne grupy zwierząt, po angielsku nazywane odpowiednio ape i monkey (przyp. tłum. - jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy dolne pochodzą od autora). [wróć]
Rozdział 1
Wygnani z Edenu
Ty i ja jesteśmy potomkami szympansopodobnych stworzeń1, które sześć czy siedem milionów lat temu opuściły las deszczowy i przeniosły się na sawannę. Na pierwszy rzut oka decyzja naszych protoplastów, aby zejść z drzew, wydaje się osobliwa, bo nie było praktycznie żadnych drapieżników, które mogłyby im zagrozić w koronach drzew. Nawet tak wyśmienici drzewołazi jak pantery nie atakują szympansów w gąszczu konarów, ponieważ te drugie są zbyt szybkie i zbyt niebezpieczne, kiedy znajdują się w swoim żywiole. Natomiast na ziemi szympansy stanowią łatwą zdobycz. Są niezdarne na dwóch kończynach, stosunkowo wolne na czterech i z powodu niewielkich wymiarów łatwo mogą paść łupem dużych kotów, takich jak lwy, pantery i tygrysy szablozębne, które kiedyś przemierzały wschodnią Afrykę.
Dlaczego więc schodzić z drzew? Co przymusiło naszych przodków do zamiany bezpieczeństwa i finezji życia w koronach na nieporadną egzystencję naziemną? Choć toczą się w tej kwestii gorące spory naukowe, jedną z powszechnie akceptowanych teorii jest uaktualniona wersja "hipotezy sawanny". Pierwotną hipotezę przedstawił w 1925 roku Ray Dart, upubliczniając odkrycie Australopithecus africanus, czyli "małpoluda z Afryki Południowej". Wysunąwszy przypuszczenie, że ludzie raczej nie wyewoluowali w lasach tropikalnych, gdyż życie było tam zbyt łatwe, Dart napisał: "Do powstania człowieka potrzebny był inny rodzaj terminowania, tak by wyostrzyć rozum i przyspieszyć pojawienie się wyższych przejawów intelektu - szerzej rozpościerający się weld afrykański, gdzie dochodziło do ostrzejszej rywalizacji między szybkością i podstępem, a dominującą rolę w przetrwaniu gatunków odgrywała zręczność myśli i ciała".
Dart miał rację, że wyewoluowaliśmy na sawannie, ale w 1925 roku nie miał pojęcia, jakie okoliczności nas tam postawiły. Obecnie uważa się, że od szympansich przodków odseparowała nas aktywność tektoniczna Wielkiego Rowu Wschodniego. Wszystkie powierzchnie ziemi, w tym masywy tworzące kontynenty oraz dna oceanów, spoczywają na płytach tektonicznych. Płyty te unoszą się na tak zwanym płaszczu ziemi, który ujawnia się w postaci złowieszczej cieczy, gdy wytryska z wulkanów, jednak pod skorupą ziemską znajduje się w warunkach tak wielkiego ciśnienia, że zachowuje się podobnie jak elastyczny asfalt drogowy. Gorąco bijące z wnętrza Ziemi wytwarza niezwykle powolne, ale potężne prądy w płaszczu, które przesuwają ze sobą płyty tektoniczne. Niekiedy płyty te zderzają się w baaardzo zwolnionym tempie, jak w przypadku Indii wbijających się w Azję, czego efektem ubocznym są Himalaje (wciąż rosnące po kilka centymetrów rocznie). Czasem płyty rozrywają się i odsuwają od siebie. Wschodnia część Afryki - od Morza Czerwonego po wybrzeże Mozambiku - powoli odpina się od reszty kontynentu.
Aktywność tektoniczna wzdłuż tego spojenia wytworzyła tak zwany Wielki Rów Wschodni i stopniowo wypiętrzała wielkie obszary Etiopii, Kenii i Tanzanii do postaci płaskowyżu. Przekształcenia topograficzne prowadziły z kolei do lokalnych zmian klimatu; lasy deszczowe na wschód od Wielkiego Rowu wysychały jeden po drugim i zastępowała je sawanna. Wygląda więc na to, że to nie my rozstaliśmy się z drzewami, tylko one rozstały się z nami.
Ponieważ nasi szympansi przodkowie niezwykle zręcznie poruszali się w koronach drzew, a niezdarnie na ziemi, stopniowe zastępowanie dżungli sawanną zmuszało ich do poszukiwania nowych sposobów przetrwania. Owoce, jagody i pączki liści, które dawniej zjadali, odchodziły wraz z drzewami w przeszłość, a jako że na gruncie poruszali się stosunkowo wolno, ich szanse na upolowanie zwierzyny znacznie spadły. Na dodatek trawiaste przestrzenie roiły się od ogromnych przyczajonych drapieżników. Jak nasi przodkowie odpowiedzieli na podwójny problem - kurczenia się zasobów żywności z jednej strony i pojawienia się nowych groźnych wrogów z drugiej? Bez wątpienia wielu z nich zginęło, niektórzy jednak przeżyli i w końcu doprowadzili swój gatunek do rozkwitu, a ich historia jest naszą historią.
Nasi szympansi przodkowie nie są jedynymi mieszkańcami drzew, którzy zasmakowali naziemnego trybu życia, toteż aby zorientować się, jak szympansy mogły przystosować się do trawiastych połaci, uczeni często przyglądają się zachowaniom innych gatunków. Jedną z analogii oferują pawiany. Choć nie należą one do małp człekokształtnych (i w rezultacie nie są tak inteligentne jak szympansy), pod wieloma względami przypominają szympansy, a liczne ich gatunki mieszkają na afrykańskiej sawannie. Żyją tam w wielkich grupach, co daje im przewagę mnóstwa par oczu wypatrujących drapieżników oraz mnóstwa zębów, którymi można się bronić. "Pawianowa strategia" życia na sawannie nie należy do złych, skoro wciąż żyje tak dużo osobników tego rodzaju, jest jednak stresująca i pełna niebezpieczeństw. Niejeden pawian ginie gwałtowną śmiercią w paszczy zgłodniałego lwa lub pantery.
W starciu z drapieżnikami pawiany korzystają ze swoich masywnych siekaczy, większych niż u szympansów, mimo że same pawiany są od nich mniejsze. Gdyby nasi szympansi przodkowie "zdecydowali", że odpowiedzią na dylemat sawanny jest kąsanie, nasze twarze byłyby pewnie dzisiaj znacznie podobniejsze do psich pysków, z wydatną szczęką i dużo pokaźniejszymi zębami. Mizerne szczęki i żałosne kły ludzkie wskazują, że strategia pawianów nie spodobała się naszym przodkom. Postawili oni na inną filozofię życia na równinach. Decyzja ta zdążyła się uwidocznić już do czasu wyewoluowania australopiteka, którego szczęka i zęby pod względem rozmiarów znajdują się w połowie drogi między szympansem a nami.
Ponieważ szympansy są inteligentniejsze od pawianów, dłużej zajmuje im osiągnięcie dorosłości, a jako że dojrzewają wolniej, wymagają dłuższej opieki matczynej. W konsekwencji zaczynają się rozmnażać w późniejszym wieku i nie mają młodych tak często jak pawiany. Ta wolniejsza reprodukcja wystawiłaby naszych przodków na większe ryzyko wyginięcia, gdyby byli pożerani z taką samą częstotliwością co pawiany. Wszystko wskazuje na to, że z tego ewolucyjnego szybkowaru uchodzili cało ci nasi szympansi przodkowie, którzy zamiast przyjmowania konfrontacyjnych postaw opanowali sztukę schodzenia z oczu lwom, tygrysom i innym drapieżcom.
Zresztą ukrywanie się stanowi zasadniczą strategię samozachowawczą wielu roślinożerców. Spójrzmy na dikdika, antylopę wielkości domowego kota, która również zamieszkuje wschodnioafrykańską sawannę. Ze względu na niepozorne wymiary ciała dikdiki nie są w stanie obronić się przed napastnikami większymi od pudla, toteż wiodą życie w ukryciu. Są niezwykle szybkie i zwinne podczas ucieczki, nie dość szybkie jednak, by uniknąć schwytania na otwartej przestrzeni. W związku z tym wtapiają się w tło, czujnie wypatrują drapieżników i nigdy nie oddalają się od gęstych zarośli.
Nasi szympansi przodkowie nie byli aż tak szybcy jak dikdiki, potrafili jednak wspinać się na drzewa. Niewykluczone, że prowadzili życie w ukryciu, wciąż wypatrując drapieżników i w razie zagrożenia wdrapując się na pobliskie gałęzie. Gdy współczesne szympansy znajdują się na sawannie, stosują mieszane podejście dikdika/pawiana, trzymając się razem w większym stopniu niż te same zwierzęta w dżungli i przezornie unikając otwartych przestrzeni, bez dających schronienie drzew. Co pewnie jeszcze ciekawsze, sawannowe szympansy przejawiają też dwa inne unikalne zachowania: sporządzają z gałęzi prowizoryczne dzidy, które wtykają w dziuple drzew, by wypłoszyć kryjące się tam mniejsze małpy, oraz mają większą skłonność do dzielenia się zdobyczami niż szympansy z dżungli. Oba te zachowania są podobne do zachowań, jakie zaczęli wykazywać nasi przodkowie po opuszczeniu lasu deszczowego (więcej o tym w dalszej części książki).
Te dane na temat szympansów sawannowych oraz pawianów wskazują, że przeżycie na sawannie umożliwiła naszym przodkom większa czujność i prawdopodobnie odegrała ona ważną rolę w ich przetrwaniu przez milion lat po skurczeniu się lasu deszczowego. Jednak w odróżnieniu od pawianów i dikdików nasi przodkowie nie zadowolili się tym umiarkowanym sukcesem. Sawanna otwierała nowe możliwości przed zmyślnymi małpami, którym przednie kończyny nie były już konieczne do lokomocji. Zmiana nie nastąpiła z dnia na dzień, tylko w ciągu kolejnych trzech milionów lat. Liczne przystosowania naszej psychiki i ciała wskazują, że nasi przodkowie znaleźli całkowicie nowe sposoby zabezpieczania się na trawiastym lądzie.
Co byś zrobił, gdyby zaatakowało cię zwierzę zbyt silne, szybkie i rozjuszone, byś mógł przed nim uciec lub pokonać je gołymi rękami? Odpowiedź w moim przypadku nie nastręcza większych trudności. Dorastałem na osiedlu, na którym nie przestrzegano zasady wyprowadzania psów na smyczy, i nieraz mnie i moich kolegów gonił owczarek niemiecki albo doberman, mieszkający na naszej ulicy. Mimo że byłem wątłym malcem, a przed tymi psami czułbym respekt nawet dzisiaj, w wieku siedmiu czy ośmiu lat opanowałem niezłą metodę samoobrony polegającą na rzucaniu kamieniami. Metoda ta sprawdzała się szczególnie, gdy byłem z braćmi albo kolegami; wystarczyło schylić się po kamyki, żeby gnające ku nam psy zrobiły gwałtowne w tył zwrot. Kiedy byłem sam, zmykałem za najbliższy płot albo na drzewo, bo nie mogłem rzucać kamieni dostatecznie szybko, jednak wystarczała obecność tylko jednej dodatkowej osoby, by nie oddać placu.
Doświadczenia te podpowiadają, jak nasi przodkowie mogli reagować na zagrożenie ze strony drapieżników na sawannie: ciskając kamieniami, szczególnie jeżeli zebrali się w większej grupie i rzucali ich dużo. Nie mamy jak cofnąć się w czasie, by zobaczyć, czy rzeczywiście tak było, możemy jednak przyjrzeć się temu, co różniło ich ciała od naszych, i ocenić, czy taka strategia byłaby realna. Na co wskazuje taka analiza?
Wiele cech anatomicznych uwidocznionych w skamielinach przemawia za hipotezą rzucania kamieni. Większość z tych cech znajdujemy przynajmniej w pewnym stopniu u przedstawicielki Australopithecus afarensis - Lucy, która przemierzała wschodnią Afrykę trzy i pół miliona lat temu, będąc poprzedniczką Australopithecus africanus Raya Darta. Sądząc po wielkości mózgu, nie była dużo inteligentniejsza od szympansa, wydaje się jednak, że obmyśliła nowe sposoby postępowania z drapieżnikami oprócz samego krycia się w nadziei, że nie będzie dostrzeżona. W porównaniu z szympansem charakteryzowały ją większa ruchomość nadgarstka, dłoni oraz ramienia, bardziej poziome ustawienie barków oraz większa odległość między biodrami a dolnymi żebrami. Ten odmienny zestaw cech był prawdopodobnie skutkiem dwunożności (chodzenia w postawie wyprostowanej), która wyewoluowała u przodków Lucy na sawannie. Jednocześnie cechy te ogromnie sprzyjały rzucaniu.
Kiedy obserwuje się ludzi odbijających piłkę na plaży, można odnieść wrażenie, że rzucanie jest przede wszystkim funkcją mięśni ramienia i barku. Jeśli jednak chcesz nauczyć się rzucać z mocą i celnie, musisz przyjrzeć się baseballistom, rugbistom albo łowcom-zbieraczom. U doświadczonych miotaczy ramiona i barki stanowią tylko część równania. Potężny rzut zaczyna się od zrobienia wykroku przeciwległą nogą (czyli lewą u praworęcznych), po czym następuje skręt bioder i dalej skręt tułowia oraz barków, a na końcu ruch w łokciu i nadgarstku.
Na kolejno wykonywane ruchy wpływ ma to, że połączone siły posuwiste i obrotowe ciała naciągają więzadła, ścięgna i mięśnie ramienia i barku, co zwiększa przyspieszenie ramienia w ostatniej fazie rzutu jak w wystrzelającej gumce. Szympansy są silniejsze od nas, ale nie są w stanie wygenerować takiej energii sprężystej podczas rzutu, ponieważ ich stawy nie mają dostatecznej mobilności, a mięśnie nie układają się w odpowiedniej linii. Właśnie dzięki tym zmianom anatomicznym bioder, barków, ramion, nadgarstków i dłoni Lucy i jej pobratymcy australopiteki stali się znacznie lepszymi miotaczami. Pozwoliło im to też na sprawne posługiwanie się maczugą, co było na pewno istotne, ilekroć ciskanie kamieni nie załatwiło sprawy.
Odgonienie dobermana kamieniami to jedna rzecz, ale odgonienie lwów i tygrysów szablozębnych to zupełnie inna skala wyzwania, zwłaszcza gdy waży się 30-50 kilogramów i ma 100-150 centymetrów wzrostu jak australopiteki2. Niemniej miotanie może być niezwykle skuteczne, jeśli się je wyćwiczy. Pierwszy raz dostałem nauczkę w tym względzie, gdy mając dwadzieścia sześć czy siedem lat, wybrałem się ze swoją dziewczyną na kiermasz stanowy Ohio. Na jednym ze stanowisk była zamontowana siatka do rzutów i policyjny radar do mierzenia prędkości, więc postanowiłem zaimponować wybrance swoją tężyzną fizyczną. Byłem całkiem rad ze swoich rzutów z prędkością 75 kilometrów na godzinę, które zdawały się też wywoływać stosowne wrażenie na dziewczynie - dopóki nie ustawił się koło mnie tyczkowaty dwunastolatek. To czterdziestokilowe chuchro z łatwością, nie uroniwszy ani kropli potu, ciskało piłeczkę z prędkością ponad 90 kilometrów na godzinę. Nie chcąc polec w męskiej rywalizacji z ludzką mizerotą, w oddanie swojego ostatniego rzutu włożyłem całą siłę, na jaką było mnie stać, co zaowocowało koszmarnie niecelnym strzałem z prędkością 80 kilometrów na godzinę oraz przeszywającym bólem łokcia i barku. Dziewczyna pocieszała mnie, że rzucanie jest bardziej kwestią wprawy niż siły - chyba po raz pierwszy zrozumiałem wtedy, że chcę się z nią ożenić - i oczywiście miała rację.
Zważywszy, że ćwiczenie czyni mistrza, "hipoteza rzucania" wydaje się bardzo prawdopodobna, zwłaszcza gdy czynność ta jest podejmowana przez całą grupę. Spójnie brzmią z nią także źródła historyczne, z których wynika, że taktyka rzucania może być nader efektywna. Dysponujemy licznymi opisami interakcji europejskich odkrywców z rdzenną ludnością, podczas których wywiązywał się konflikt, a miejscowi byli uzbrojeni jedynie w kamienie. Mimo że Europejczycy zwykle posiadali strzelby i zbroje, utarczki te często kończyły się dla nich porażką, niekiedy doszczętną. Spójrzmy na następujące trzy relacje historyczne, które antropolożka Barbara Issac przytacza w swoim znakomitym artykule Throwing and Human Evolution (Rzucanie a ewolucja człowieka):
Omalże w mgnieniu oka pobili nas tak sromotnie, że musieliśmy uchodzić do schronienia z broczącymi głowami, a rękami i nogami połamanymi od kamieni. Nie znają oni innego oręża, wierzaj mi wszak, że używają kamienia dużo wprawniej niźli chrześcijanie. Kiedy ciskają go, mknie jak bełt wypuszczony z kuszy.
Jean de Béthencourt, 1482
Ogromne kamienie rzucane przez dzikich co chwila raniły tego lub innego z naszych ludzi (...) grad kamieni - tym trudniejszy do uniknięcia, że ciskany z niebywałą siłą i celnością - wywoływał ten sam skutek bez mała co nasze kule, a miał taką przewagę, że kamienie leciały jeden tuż po drugim.
Jean-François de Galaup de La Pérouse, 1799
Wielekroć, zanim poznano się na naturze tubylców, zbrojni żołnierze ginęli z rąk całkowicie nieuzbrojonych Australijczyków. Żołnierz wypalał do tubylca, który uchylał się, uniemożliwiając wzięcie prawidłowego celu, a potem rwał go na strzępy gradem kamieni, podnoszonych i rzucanych z tak wielką siłą i precyzją, że trzeba to zobaczyć, aby dać wiarę (...) Australijczyk tak szybko ciska jednym kamieniem po drugim, że zdają się one dobywać jakby z jakiejś machiny, on zaś w tym czasie przeskakuje to tu, to tam, by pociski zbiegały się z różnych kierunków na nieszczęsny obiekt ataku.
John Wood, 1870
W relacjach tych ujawnia się potencjalnie zabójcza moc zbiorowego rzucania kamieniami, ale ukazują one też decydujący czynnik: kluczem do powodzenia w stosowaniu tej strategii w stosunku do dużych zwierząt, takich jak lwy i pantery, jest współpraca.
Szympansy są bardziej skłonne do rywalizowania ze sobą niż do współpracy, toteż naszym odległym szympansim przodkom trudno byłoby wspólnie przeganiać pokaźne drapieżniki. Australopithecus afarensis ciskający kamienie w pojedynkę (gdy na przykład inni członkowie jego grupy zbiegli) skończyłby w żołądku odrobinę poturbowanego drapieżcy, lecz wiele australopiteków rzucających kamienie razem mogło zapewne odganiać hieny, tygrysy szablozębne, a nawet lwy. Właśnie ta potrzeba kolektywnych działań doprowadziła do najważniejszej zmiany psychicznej, która pozwoliła nam prosperować - a nie tylko egzystować - na sawannie. Jest nią zdolność i chęć do łączenia się w wysiłku.
Współczesne szympansy w pewnym stopniu współpracują ze sobą podczas grupowego polowania oraz zbiorowego atakowania innych szympansów, jednak ich fundamentalną postawą wobec tych członków grupy, którzy nie są krewnymi czy bliskimi przyjaciółmi, jest rywalizacja. Prawdopodobne jest zatem, że przemykając się po sawannie, nasi szympansi przodkowie pierwsze sto, tysiąc, a może milion razy na jakąkolwiek oznakę ataku, rozpraszali się natychmiast w poszukiwaniu najbliższego drzewa. Jednak w pewnym momencie zaczęli łączyć siły w zespołowej obronie, dzięki czemu wszyscy zyskiwali większą szansę ujścia z życiem.
Te jednostki, które nauczyły się współdziałać w ten sposób, dysponowały ogromną przewagą i z łatwością mogły płodzić liczniejsze potomstwo niż osobniki oddane strategii "każdy sobie rzepkę skrobie". Co równie ważne, ewolucja faworyzowałaby wszelkie powstałe wskutek tego zmiany psychiczne, które podnosiły jakość reakcji kolektywnej. W rezultacie ci z naszych przodków, którym podobała się współpraca i na których inni mogli pod tym względem liczyć, inkasowali wielką nagrodę ewolucyjną.
Gdy australopiteki nauczyły się odpędzania drapieżników za pomocą kamieni, zapewne szybko odkryły, że ta metoda sprawdzi się także w polowaniu. Wspólne rzucanie kamieniami nie wymaga szczególnego planowania czy koordynacji, toteż było możliwe nawet w sytuacji ograniczonych zdolności poznawczych naszych odległych protoplastów. Ilekroć grupka australopiteków trafiała na potencjalną ofiarę, prawdopodobnie ciskała w nią kamieniami. Taktyka ta pozwalałaby również wykradać świeżą zdobycz innym zwierzętom, gdyż każdy samotny drapieżnik, który właśnie coś upolował, szybko trafiłby do kotła wraz ze swoim łupem, jeśli pod gradem kamieni nie odstąpiłby innym własnego obiadu.
Rzucanie kamieniami nie tylko zwiększyło zakres korzyści płynących ze współpracy, lecz także stworzyło nowe sposoby jej egzekwowania. Największym zagrożeniem dla kooperacji jest "cwaniactwo", skłonność do wykręcania się od ciężkiej pracy przy jednoczesnym korzystaniu z jej owoców. Wiele australopiteków w tych wczesnych grupach na sawannie mogło reflektować na takie rozwiązanie, kryjąc się przy pierwszych oznakach nadciągania drapieżnika, podczas gdy reszta grupy trudziła się odpędzaniem go. Bez wątpienia nasi przodkowie z frustracją patrzyli na takie zachowania, podobnie jak my patrzymy na tych naszych współpracowników, którzy nie przykładają się do swoich obowiązków, ale mimo to ochoczo kiwają głową, gdy szef dziękuje zespołowi za trud zarwanej nocy. Od tej pory jednak nasi przodkowie mieli nowe metody egzekwowania współpracy.
Pierwszą było zagrożenie ostracyzmem. W dżungli można by sobie nic nie robić z wykluczenia z grupy małp, ale usunięcie z grupy australopiteków na sawannie równało się wyrokowi śmierci. Z tego powodu u naszych przodków w niedługim czasie wyewoluowała silna reakcja emocjonalna na groźbę ostracyzmu3. Australopiteki, które nie przejmowały się usunięciem z grupy, nie doczekiwały się licznego potomstwa, więc groźba ostracyzmu szybko ustawiała leserów do pionu. Ostracyzm i odrzucenie aż do dzisiaj pozostały ważnymi narzędziami egzekwowania współpracy, a odrzucenie społeczne jest dla nas wciąż bardzo bolesne, dlatego robimy, co w naszej mocy, by utrzymać się w łaskach grupy.
W przypadku recydywistów, których trudno było obłożyć ostracyzmem (bo trzymali się grupy jak rzep albo byli agresywni i nie przyjmowali pokornie do wiadomości wyroku), prawdopodobnie cuda działała groźba kolektywnego wymierzenia kary. Umiejętność zabijania na odległość jest najważniejszym pojedynczym wynalazkiem w historii sztuki wojowania, pozwala bowiem słabszym atakować silniejszych ze stosunkowo bezpiecznej lokalizacji pod warunkiem przewagi liczebnej. Kamienowanie należało zapewne do pierwszych form kary, jakie nasi przodkowie wymierzali członkom grupy niewywiązującym się ze swoich powinności, i pozostawało w użyciu aż do niedawnych czasów. Biblia przywołuje kamienowanie jako odpłacenie się za wiele przewinień, choć była pisana w okresie, gdy ludzie potrafili już wieszać, ścinać, krzyżować i uśmiercać się na inne koszmarnie wymyślne sposoby. Bezpieczeństwo4 i skuteczność kamienowania nie uszła uwadze twórców biblijnego prawa.
Choć ciskanie kamieniami nie wymaga wielkiego wyrafinowania intelektu, to wczesne zbiorowe działanie dało iskrę procesowi ewolucyjnemu, który przez trzy kolejne miliony lat doprowadził do nadzwyczajnego rozkwitu naszych zdolności umysłowych. Decyzja o rzucaniu kamieniami w drapieżniki może nie wyglądać na szczególnie błyskotliwą i przez pierwszych kilkaset czy kilka tysięcy razy prawdopodobnie nie dawała oszałamiających efektów, gdy jednak w końcu zadziałała, zmieniła bieg dziejów.
Uczeni uważali kiedyś, że nabraliśmy inteligencji, aby manipulować przedmiotami, co umożliwiły nam przeciwstawne kciuki. Teza ta rzeczywiście nie jest bezpodstawna. W końcu ośmiornice są bardzo inteligentne, a ich macki zapewniają te same możliwości co przeciwstawne kciuki. Z drugiej strony wielki mózg byłby mało przydatny zebrom, które w żaden sposób nie zdołałyby wykonać ani używać narzędzi swoimi kopytami.
W ostatecznym rozrachunku jednak dużo większym wyzwaniem mentalnym od manipulowania przedmiotami jest układanie swoich stosunków z członkami grupy. Skłoniło to naukowców do postawienia hipotezy mózgu społecznego, zgodnie z którą duże mózgi naczelnych wyewoluowały po to, by pozwolić na pokonywanie trudności społecznych, nieuniknionych podczas kontaktów z innymi wzajemnie zależnymi od siebie członkami grup5. Hipoteza ta szczególnie sprawdza się u ludzi, i to nie tylko dlatego, że żyjemy w większych grupach niż inne duże małpy. Zaczynając zbierać żniwo pracy zespołowej, nasi przodkowie położyli fundament pod najróżniejsze innowacje społeczne, których większość pojawiła się milion czy dwa miliony lat później (stanowią one temat rozdziału 2). Wprowadzenie i skoordynowanie tych zmian wymagało większego mózgu i wywoływały one większą presję na nabywanie inteligencji przez naszych przodków6.
Współpraca przydała naszym przodkom inteligencji, ale wymagała też licznych zmian w mechanizmach psychicznych. Przede wszystkim zaczęli oni czerpać korzyść z dzielenia się informacjami. We wcześniejszym, nastawionym na rywalizację stylu życia wiedza dawała przewagę - którą oczywiście nadal daje - więc wyjawianie posiadanych przez siebie cennych informacji było mało prawdopodobne. Od kiedy jednak nasi przodkowie zaczęli współpracować, efektywności służyło dysponowanie podobnym zasobem wiedzy przez wszystkich.
Pierwszym krokiem w tę stronę jest wspólne ukierunkowanie uwagi. Gdy rywalizuję z członkami swojej grupy, nie chcę, żeby wiedzieli, o czym myślę, zatem nie chcę też, by wiedzieli, na co patrzę. Bez względu na to, czy taksuję wzrokiem potencjalnego partnera do spółkowania czy apetyczną figę, chcę utrzymać to w sekrecie, by ktoś mnie nie uprzedził. Jeżeli natomiast współpracuję z członkami swojej grupy, chcę, by wiedzieli, na co kieruję uwagę. Kiedy pojawia się zwierzę w sam raz na smaczny obiad i ja pierwszy je zauważam, chcę, by inni także je dojrzeli, abyśmy mogli je wspólnie schwytać.
Nasi kuzyni szympansy dobrze radzą sobie z oceną perspektywy wzrokowej. Potrafią oszacować, co ich towarzysze widzą ze swoich pozycji. Ewolucja przystosowała je jednak do tego, by utrudniały kolegom zebranie tych informacji przez ukrywanie kierunku spojrzenia dzięki brązowej twardówce oka, otaczającej źrenicę. Naprawdę trudno jest powiedzieć, na co patrzy szympans, bez dokładnego przeanalizowania oczu. W odróżnieniu od nich u ludzi wyewoluowała biała twardówka, która wyraźnie pokazuje kierunek wzroku. Podążanie za spojrzeniem szympansa, goryla czy orangutana nie należy do łatwych zadań, natomiast kierunek naszego spojrzenia jest czytelny dla otoczenia, nawet gdy twarz i oczy mamy zwrócone w inną stronę.
To, że afiszujemy się z kierunkiem swojego spojrzenia, stanowi wyraźny dowód, iż zwykle bardziej opłaca się nam, by inni wiedzieli, co przykuło naszą uwagę, niż utrzymywanie tego w tajemnicy. W przeciwnym razie nasze oczy nie odróżniłyby się ewolucyjnie od oczu innych wielkich małp. Niektórzy twierdzą, że takie zmiany następują dlatego, że służą grupie, a przez to pośrednio jednostce (jako jej członkowi). Rozumowanie to z zasady może być słuszne, jednak aby taki układ wyewoluował, korzyści dla grupy musiałyby być ogromne, a koszt dla jednostki niski. Jeżeli dla grupy korzystne byłoby dysponowanie wiedzą, która jest kosztowna dla jednostki, w większości przypadków jednostki mimo wszystko by się tą wiedzą nie podzieliły. Tymczasem to jednostkowy sukces decyduje o tym, jakie geny zostają przekazane następnemu pokoleniu, nawet jeśli ten sukces zostaje osiągnięty kosztem grupy.
W konsekwencji jeśli cele grupowe kłócą się z indywidualnymi, niemal zawsze wygrywają indywidualne. Szympansy są znacznie bardziej niż my nastawione na siebie, nie na grupę, w związku z czym trudno im efektywnie współpracować. Kiedy jednak przenieśliśmy się na sawannę i odkryliśmy, że kluczem do sukcesu jest kooperacja, mieliśmy to szczęście, że po raz pierwszy cele grupowe u wielkich małp pokryły się z indywidualnymi. Innymi słowy, wygnanie z lasu stworzyło nową niszę dla małp, które w większym stopniu współpracowały ze sobą, niż rywalizowały. To ewolucyjne zharmonizowanie celów grupy z celami jednostkowymi wyniosło nas w końcu na sam szczyt łańcucha pokarmowego, mimo iż ewidentnie nie mieliśmy jakiejkolwiek innej biologicznej przewagi prócz dużego mózgu.
W tym sensie można postrzegać naszą ewolucję kognitywną w ciągu ostatnich sześciu milionów lat jako proces wyciągania się za własne uszy. Zareagowanie przez nas kooperacją na lokalny kryzys klimatyczny stworzyło, po raz pierwszy na tej planecie, niszę społeczno-poznawczą i kilka kolejnych milionów lat spędziliśmy na ewolucyjnym wypracowywaniu nowych zdolności skuteczniejszego jej eksploatowania.
Kiedy nasi przodkowie natrafili na społeczne z natury rozwiązanie wyzwań stawianych przez życie na sawannie, uruchomili kaskadę zdarzeń, która ostatecznie doprowadziła do powstania człowieka, dlatego naszą przeprowadzkę z lasu na sawannę nazywam "skokiem społecznym". Zeskoczenie z drzew na trawę było oczywiście metaforyczne (nie mówiąc o tym, że zostaliśmy raczej zepchnięci, niż sami zeskoczyliśmy), niemniej przeskok do rozwiązania społecznego pozwolił nam wyjść z cienia większych drapieżników i położyć podwaliny pod bardziej złożone strategie społeczne.
Gdybyśmy trafili na inne rozwiązanie problemów życia na sawannie (na przykład skuteczniejsze okopywanie się w norach, krycie się i uciekanie), nie pisałbym tej opowieści, a ty byś jej nie czytał. Wybór naszych przodków był częściowo przypadkowy, jednak dokonany w ramach wąskich warunków brzegowych wyznaczonych przez dostępne możliwości.
Utrata habitatu leśnego mogła oznaczać nasz koniec. Gdyby scenariusz zanikającego lasu deszczowego rozgrywał się wielokrotnie, podejrzewam, że dziewięć razy na dziesięć w najlepszym razie stawalibyśmy się płochymi wersjami pawianów, wciąż oglądającymi się za siebie w obawie przed lwem i trzymającymi się blisko jakiegoś drzewa. Dużo prawdopodobniejszym skutkiem było wymarcie gatunku lub ledwie, ledwie utrzymanie się przy życiu niż wejście na szczyt łańcucha pokarmowego. Jednak pewnej liczbie naszych przodków się poszczęściło, znaleźli społeczne w charakterze rozwiązanie swojego kryzysu bytowego, a my jesteśmy beneficjentami ich zaradności.
Nasze przejście z sawanny do Google'a odbywało się oczywiście brutalnie i niewydajnie, lecz taka jest natura samej ewolucji. Na ziemi bez ustanku dokonują się zmiany i różne formy życia albo przystosowują się do nich, albo giną. Ludzie prawdopodobnie w ogóle by nie wyewoluowali, gdyby sześćdziesiąt milionów lat temu wielka asteroida ominęła naszą planetę. Wbijając się w rejon Zatoki Meksykańskiej i uruchamiając planetarną pożogę oraz zmianę klimatu, ten zagubiony odłamek kosmicznego śmiecia wyeliminował wszystkie gigantyczne drapieżniki, które panowały na Ziemi przez ponad sto milionów lat. Mogliśmy kamieniami odgonić lwa czy tygrysa, jednak dla tyranozaura nasi przodkowie byliby tylko smaczną przekąską bez względu na to, jak sprawnie by ze sobą współpracowali. Nasz skok społeczny był genialny i z pozoru nieunikniony, lecz jednocześnie wysoce zależny od długiej serii zdarzeń, które zechciały nam sprzyjać.
Ludzie i szympansy wyewoluowały od wspólnego przodka, nie wiemy jednak dokładnie, jak on wyglądał. Znalezione skamieliny wyraźnie wskazują, że nasi dziadkowie byli dużo bardziej podobni do dzisiejszych szympansów niż do nas. Z tego względu nazywam ich "szympansopodobnymi" lub "szympansimi". [wróć]
Jest to nieco większy wzrost, ale mniejsza waga niż u dzisiejszych szympansów. [wróć]
Stosuję słowo "ostracyzm" w pierwotnym (greckim) znaczeniu, odnoszącym się do usunięcia z grupy. Psychologowie często używają tego terminu w odniesieniu do ignorowania kogoś, traktowania go jak powietrze. Reprezentuje to psychologiczną formę wykluczenia, która jest niewątpliwie dotkliwa, ale niesie zupełnie inne konsekwencje egzystencjalne, niż wymuszone rozstanie z grupą w warunkach życia naszych praprzodków. [wróć]
Dla sprawców kamienowania. Oczywiście nie dla skazańca. [wróć]
Wyzwania społeczne odgrywają też ważną rolę w rozwoju zdolności poznawczych u wielu innych gatunków. Słonie zdają sobie sprawę z miejsca przebywania znacznie oddalonych członków swej grupy, a młode sroki wyrastają na sprytniejsze dorosłe osobniki, gdy żyją w większych zbiorowiskach. [wróć]
W książce Social: Why Our Brains Are Wired to Connect (Społeczni: Dlaczego nasze mózgi są nastawione na nawiązywanie połączeń) Matthew Lieberman rozszerza to rozumowanie, pokazując, jak struktura naszego mózgu czyni z niego instrument fundamentalnie społeczny. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki