PROLOG
Aleksandria, 12 sierpnia 30 roku przed naszą erą
- Wszystko przygotowane, o Bogini...
Królowa Egiptu Kleopatra spojrzała w stronę zgiętej przed nią w ukłonie służki, Eiras, a na jej twarzy pojawił się nieco złośliwy uśmieszek. Bogini! Dobre sobie... Gdyby miała w sobie choć cień boskości, z pewnością nie popełniłaby tylu niewybaczalnych idiotyzmów co przez ostatnie miesiące. Zamarzył jej się podbój Rzymu, no i proszę! Wyszło tak rewelacyjnie, że nie pozostawało nic innego, jak czym prędzej opuścić ten padół i dołączyć do przodków w zaświatach. Tyle że akurat to rozwiązanie jakoś średnio jej się widziało...
Kleopatra zadumała się na chwilę. Kiedy pomyliła się po raz pierwszy? Chyba wtedy, kiedy obstawiła, że z trójki wodzów, którzy przejęli stery władzy po zabójstwie Juliusza Cezara i utworzyli sojusz, to Marek Antoniusz będzie tym, który zostanie następcą dyktatora i pozbędzie się konkurencji. Nie doceniła zawziętości tego młokosa, Oktawiana. Gdy go poznała, jeszcze za życia Cezara, uznała, że jest niegroźnym, nadętym bubkiem ze śmiesznymi kędziorkami. Szybko przekonała się, jak bardzo mylące były to pozory. Może powinna uwieść właśnie jego? Chociaż zdobycie serca dwudziestoletniego chłopaka, wyglądającego w dodatku na prawiczka, byłoby o wiele trudniejszym zadaniem niż okręcenie sobie wokół palca słynącego z jurności i słabości do płci pięknej czterdziestolatka. Swoją drogą, jak łatwo jej z nim poszło!
Kiedy Antoniusz po wygranej z zabójcami Cezara rozkazał jej stawić się w Tarsie i wyjaśnić, dlaczego nie poparła jego i innych mścicieli, tylko zachowała neutralność, kazała przygotować swój najbardziej zapierający dech w piersiach okręt z purpurowo-złotymi żaglami, poruszany przez niewolników wiosłami ze srebra w takt muzyki fletów i lir. Sama spoczywała na ogromnym łożu, okadzana perfumami, wachlowana wielkimi piórami, przebrana za boginię miłości Afrodytę. Trzeba było wiedzieć minę Antoniusza! Zwłaszcza w momencie, kiedy po oficjalnym przywitaniu zostali sami, a ona błyskawicznie pozbyła się i tak bardzo skąpych szat. Swoją drogą, pogłoski o tym, że rzymscy wodzowie biegle władają niejednym mieczem, wcale nie okazały się mitem. Trudno było ocenić, który z nich był większym mistrzem ars amandi - Cezar czy Antoniusz. Ten pierwszy miał zdecydowanie większy temperament. W czasie swojego pobytu w Aleksandrii figlował nie tylko z nią, ale też z połową jej dworu, łącznie z eunuchami, których w ramach likwidowania konkurencji rozkazywała natychmiast pozbawiać głowy. W sumie jednak szło na to przymknąć oko. W końcu to dzięki Cezarowi pozbyła się pozostałych pretendentów do tronu. Za to u boku zakochanego w niej Antoniusza była tak blisko podboju Rzymu. Gdyby tylko nie wystraszyła się tak bardzo pod Akcjum! To wtedy popełniła błąd największy i niewybaczalny. Zamiast, jak to było ustalone, wziąć udział w bitwie, przerażona, rozkazała swoim okrętom powrócić do Egiptu. Porzuciła Antoniusza! Ten zaś, zakochany wariat, podążył za nią. Tym samym oboje wydali na siebie wyrok. A teraz...
Jedenaście dni temu trzymała w ramionach umierającego Antoniusza. Dopiero wtedy, kiedy wydawał ostatnie tchnienie, uświadomiła sobie, jak bardzo go kochała. Gdy odszedł, przez moment chciała iść w jego ślady. Pozbawić się życia, tutaj, w tym ogromnym mauzoleum, które w ostatniej chwili spaliłaby wraz ze znajdującymi się w nim skarbami. Choć może to za wiele powiedziane. Skarby! Raczej marne szczątki bogactwa, jakie zgromadzili jej poprzednicy. Całą resztę na szczęście zdążyła ukryć w czasie, kiedy Oktawian szykował się do inwazji na jej królestwo.
Wtedy jednak nie pożegnała się z życiem. Sięgała już po miecz, którym odebrał sobie życie Antoniusz, gdy usłyszała dochodzący zza bram mauzoleum głos legata Oktawiana, Prokulejusza. Krzyczał, aby się nie obawiała, że Oktawian zapewnia jej nie tylko darowanie życia, ale też zachowanie tronu, oczywiście pod swoim protektoratem. Nie była, rzecz jasna, idiotką i nie uwierzyła w te zapewnienia. Zdawała sobie sprawę, że Oktawian jest równie mściwy, co bezwzględny. Chodziło mu o jedno! O to, żeby stała się główną atrakcją jego triumfalnego powrotu do Rzymu.
Znała doskonale to oszałamiające, kapiące złotem miasto. Odwiedziła je kilka lat temu jako królowa, sojuszniczka Cezara. Nikt przed nią nie przekroczył bram Rzymu w takim stylu: na potężnym złotym rydwanie, niesionym przez kilkudziesięciu niewolników, w otoczeniu symboli władzy faraonów, posągów egipskich bóstw, egzotycznych zwierząt, ze słoniami na czele. I co? Teraz niby miałaby iść za rydwanem Oktawiana, skuta w kajdany, opluwana przez rzymski motłoch? Niedoczekanie! Bez sensu wdała się jednak w rozmowę z Prokulejuszem. W chwili kiedy z nim konwersowała, jego żołnierze przystawili drabinę do ostatniego okna, którego jeszcze nie zdążono zamurować, i wdarli się do środka mauzoleum. A potem odprowadzili ją do pałacu pod opiekę tego dziwaka, Epafrodyta, wyzwoleńca Oktawiana, zarządzającego tym całym bałaganem, w jaki rzymski wódz zamienił jej rodowe włości.
Miała nadzieję, że ten ponury bubek ją odwiedzi, ale jakoś się nie kwapił. Kiedy jednak zagroziła strajkiem głodowym, wreszcie uległ i się do niej przywlókł. Próbowała go wtedy uwieść, ale pozostał nieczuły na jej wdzięki. Nijak nie mogła tego zrozumieć. Cezara owinęła sobie wokół palca mniej więcej w godzinę, Antoniusza jeszcze szybciej. Na Oktawiana nie działało nic. Zaczęła nawet podejrzewać, że jest trochę prawdy w tym, co kiedyś usłyszała od jednego ze swoich doradców, a mianowicie, że żadna kobieta nigdy nie potrafiła dać Oktawianowi rozkoszy, bo też i sprawy intymne go w ogóle nie obchodzą. Ojcem jego córki Julii tak naprawdę jest ktoś inny, a swojej drugiej żony Liwii nigdy nawet nie odwiedził w sypialni. Kleopatra pomyślała wtedy z rozbawieniem, że może zamiast próbować go uwodzić, powinna mu podarować jednego ze swoich urodziwych niewolników, ale tak naprawdę nie było jej do śmiechu.
Przez kilka dni zastanawiała się, co zrobić, i wtedy otrzymała od swojej zaufanej służki, Eiras, wiadomość o śmierci Idess, niewolnicy słynącej z tego, że jest podobna do niej jak dwie krople wody. Kleopatra podejrzewała, że o owym podobieństwie najwięcej miałby do powiedzenia jej szanowny tatulek, i nawet przez pewien czas dumała, czy nie pozbyć się owej hipotetycznej przyrodniej siostry, ale w sumie machnęła ręką, a nawet zdołała ją polubić. Szczerze się więc zmartwiła, kiedy Eiras wyszeptała jej na ucho, że Idess została ugryziona przez żmiję i udała się na spotkanie Anubisa. Poddało jej to jednak też pewien pomysł...
Kiedy Oktawian nijak nie zareagował na jej komplementy i wygłosił tym swoim zniewieściałym, piskliwym, godnym eunucha głosikiem obietnicę, że zorganizuje jej wspaniałe życie w Rzymie, zapewniła go, że o niczym więcej nie marzy. To był jedyny moment, kiedy wyczytała na jego twarzy jakiekolwiek emocje. Najpierw zaskoczenie. A kiedy poprosiła go o możliwość podarowania jego siostrze Oktawii i żonie Liwii kosztownej biżuterii należącej do jej przodkiń - triumf. Tak, Oktawian uwierzył, że ją złamał, że stanie się marionetką w jego rękach, symbolem jego triumfu nad najwspanialszym imperium, jakie kiedykolwiek istniało na Ziemi. Najwyraźniej pomylił ją z jednym ze swoich tchórzliwych dowódców, którzy tak bardzo podlizywali się jej, kiedy mogła coś dla nich załatwić u Cezara. Ponury barbarzyńca.
Tuż po rozmowie z nią Oktawian wyruszył na kilka dni do Syrii. Jego żołdacy, jak zwykle pod nieobecność wodza, zluzowali dyscyplinę i mogła spokojnie zrealizować swój plan. Przez pół dnia zajmowała się przygotowaniami do pogrzebu Antoniusza, starając się sprawiać wrażenie smutnej i załamanej. Kiedy wróciła do pałacu, oświadczyła, że chce wziąć kąpiel. To był jedyny sposób na to, żeby pilnujący ją na każdym kroku żołnierze Oktawiana spuścili ją z oczu. To zadziwiające, jak wielkimi hipokrytami byli Rzymianie. Po cichu orgietka za orgietką, ale oficjalnie pruderia na całego. Zabawne. W czasie kiedy w ich przekonaniu pluskała się w wodzie, po cichu przekazała Eiras przygotowane wcześniej szaty, a sama udała się na kolację. Wręczyła tam Epafrodytowi pilny list do Oktawiana, a potem, korzystając z tego, że wyzwoleniec od razu pospieszył do swojego pana, udała, że rozbolała ją głowa, i śledzona przez nieodstępujących jej na krok żołnierzy, udała się do swojej sypialni. Do tej ostatniej weszła jednak sama. Żołdacy, jak zawsze, zostali przed drzwiami.
Idess leżała na jej łożu, przebrana w ten sam strój, który ona, Kleopatra, miała na sobie, kiedy wjeżdżała do Rzymu. Była tak do niej podobna, że przez chwilę królowa musiała walczyć z przekonaniem, że to ona sama leży na tym łożu.
- Jesteś pewna, że nie chcesz iść ze mną? - Popatrzyła badawczo na Eiras.
Znały się od dzieciństwa i myśl, że teraz widzą się po raz ostatni, była dla niej o wiele bardziej bolesna niż żal po którymkolwiek z kochanków. Służka pokręciła głową.
- Ten świat i tak już się kończy... - szepnęła. - Nie chcę tego oglądać.
Kleopatra miała inne zdanie. Nie było jednak czasu na dyskusje. Nie próbowała też przekonać do zmiany planów drugiej niewolnicy, Charmian. Tym bardziej że właśnie skosztowała ona trucizny, którą królowej dostarczył jeden z przekupionych żołnierzy Oktawiana. To zadziwiające, jak łatwo było skusić Rzymian złotem! Jak wszystkich prostaków... Trucizna działała powoli i nie przynosząc cierpienia, ale była też wyjątkowo skuteczna, a przede wszystkim nie istniało na nią antidotum.
- Szanuję twój wybór. - Kleopatra objęła Eiras, po czym pocałowała ją w czoło. - Do zobaczenia w królestwie Ra. Jestem pewna, że tam trafisz.
- Dziękuję. - Eiras wyjęła z rąk zapadającej w wieczny sen Charmian buteleczkę z trucizną i bez najmniejszego wahania wychyliła do dna jej zawartość, po czym położyła się obok łoża królowej.
Kleopatra jeszcze raz przyjrzała się Idess.
"I takim sposobem przestaję istnieć dla Oktawiana i dla całego świata", pomyślała z lekkim żalem, po czym pomacała się po szacie. Po chwili odetchnęła z ulgą. Pergamin, na którym znajdowała się najważniejsza w tym momencie wiadomość, przekazana jej przez zaufanego doradcę, wysłanego kilka tygodni temu z tajną misją, znajdował się przemyślnie ukryty w połach jej szaty. Kleopatra westchnęła i z całej siły pchnęła jeden z kamieni w ścianie za swoim łożem, otwierając tajne przejście, jedno z setek istniejących w jej pałacu. Kiedy przeszła przez próg, nacisnęła na kolejny kamień, powodując, że mechanizm zadziałał odwrotnie. Każdy, kto wszedłby teraz do jej sypialni, byłby pewny, że nikt jej nie opuścił, a leżąca na łożu kobieta jest nią.
Królowa przez chwilę się wahała, czy oby nie powinna jak najszybciej wyjść z pałacu i udać się w miejsce, gdzie czekał na nią wysłannik jej cichego sojusznika, króla Numidii, Juby. Teoretycznie prowadził rozmowy z Oktawianem, ale na razie mogła na niego liczyć. Kochał ją, odkąd tylko się poznali. Tego była pewna. Nie wiedziała za to, czy miłość zaślepia go na tyle, aby jej nie zdradził i za jakieś lukratywne obietnice nie wydał Rzymianinowi. Dlatego nie zamierzała tak naprawdę udawać się do Numidii. Ale o tym młodziutki i naiwniutki król niekoniecznie musiał wiedzieć. Ważne, że umożliwi jej ucieczkę z Egiptu. Tak... Powinna czym prędzej się stąd oddalić. Ciekawość jednak wygrała.
Odczekała do momentu, kiedy do sypialni wkroczył Oktawian, i po chwili złożyła sobie w duchu gratulacje. Zgodnie z tym, co przewidziała, wcale nie zamierzał zostawić jej przy życiu. Wykrzyczał wyraźnie przerażonemu i próbującemu się nieporadnie tłumaczyć Epafrodytowi, że miał zamiar ją upokorzyć, wlokąc skutą w łańcuchy za swoim rydwanem w czasie triumfalnego wjazdu do Rzymu, a potem rzucić tamtejszemu motłochowi do zabawy. Z pewnością nie uszłaby z życiem z rąk tych żądnych krwi prymitywów. Rozerwaliby ją na strzępy. Miała rację, nie ufając słowu Rzymianina. Ci ludzie nie mają przecież ani krzty honoru.
Przez chwilę jeszcze słuchała, jak doprowadzony do furii Oktawian wrzeszczy swoim dyszkancikiem, że otwarty przez niego skarbiec faraonów świeci pustkami i że miał zamiar zmusić ją do wyjaśnienia, co zrobiła ze skarbami swoich przodków. A trup mu przecież tego na pewno nie powie. Piorun Jowisza by to wszystko trafił!
Kleopatra, słuchając gniewnych popiskiwań Oktawiana, uśmiechnęła się złośliwie. Przez moment wyobrażała sobie, jak bardzo czerwona musi być teraz twarz tego ryżego bubka, i wreszcie powoli ruszyła długim, znanym jej na pamięć korytarzem ku wolności, nie zdając sobie sprawy z tego, że swoim fortelem mniej więcej za jakieś dwa tysiące lat szalenie skomplikuje życie dwóm kobietom, pochodzącym z tej części planety, która stanowiła prawdziwy cel jej ucieczki...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
POLECAMY RÓWNIEŻ:
TEŚCIOWE MUSZĄ ZNIKNĄĆ
DWIE KOBIETY W TAK ZWANYM PIĘKNYM WIEKU,DWA RÓŻNE ŚWIATY I... JEDNO MORDERSTWO!
Kazimiera zaczyna i kończy dzień odmawianiem paciorka, regularnie zasila konto Radia Święta Jadwiga i uważa, że największą zmorą naszego kraju są "elgiebety", lewactwo i ateiści. Maja nie przepuści żadnej parady równości, żyje ze swoim partnerem na kocią łapę, nadużywa wszystkich używek, jakie tylko wpadną jej w rękę, a z rzeczy świętych uznaje tylko święty spokój. Obie, rzecz jasna, serdecznie się nie znoszą. Problem w tym, że syn pierwszej z nich i córka drugiej są małżeństwem. Kiedy ich dzieci zostają oskarżone o popełnienie morderstwa, Kazimiera i Maja muszą połączyć siły, aby udowodnić ich niewinność. Pytanie - czy prędzej same się nie pozabijają?
Teściowe muszą zniknąć to największy hit w bogatym dorobku literackim Alka Rogozińskiego. Drugie, poprawione wydanie powieści wzbogacone zostało o nowe dialogi. Przeżyjcie szalone przygody teściowych raz jeszcze!
POLECAMY RÓWNIEŻ:
TEŚCIOWE W TARAPATACH
GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE,TAM TEŚCIOWE POŚLE!
To miała być relaksująca wycieczka dwóch teściowych w Świętokrzyskie. I choć jedna z nich pragnęła zwiedzić tam wszystkie możliwe sanktuaria maryjne, a druga jedynie skosztować trunków w lokalnych winnicach i zrelaksować się w tamtejszych spa, to szybko połączył je wspólny cel: ratowanie życia. Wplątane w morderstwo, uciekające przed członkami tajemniczej organizacji znanej od wieków jako zakon Smoka, niemogące liczyć na pomoc policji, Kazimiera i Maja będą musiały wykazać się umiejętnościami godnymi agentek służb specjalnych. A przede wszystkim - nauczyć się ze sobą współpracować. A to nie będzie łatwe!
Teściowe w tarapatach to kontynuacja megahitu Teściowe muszą zniknąć pióra Alka Rogozińskiego, autora znanego z łączenia klasycznych intryg kryminalnych z dużą dawką czarnego humoru. W przygotowaniu trzecia część opowieści o perypetiach Kazimiery i Mai - Jak wykończyć teściowe.