Jak wygrać Premier League? Jak wypatrzyć gwiazdę, zanim zrobią to inni, w czym Lewandowski dorównuje Messiemu i Ronaldo, ile warte są pełne trybuny i dlaczego gole oczekiwane mówią o meczu więcej niż wynik - Ian Graham

Kup ebooka

44.99 zł
33.29 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Najlepsza drużyna w kraju

Myślenie statystyczne pewnego dnia stanie się tak konieczne dla funkcjonowania w społeczeństwie jak umiejętność czytania i pisania.

Samuel S. Wilks parafrazujący H.G. Wellsa, 1951

'Cause he's fitba' crazy, He's fitba' mad

The fitba it has ta'en away the wee bit sense he had*

James Curran, 1885

Nigdy się nie poddawaj

Liverpool miał właśnie zmierzyć się z FC Barceloną w meczu będącym dopiero dziesiątym starciem pomiędzy tymi klubami1. Pracowałem wtedy w Liverpoolu, dzięki czemu miałem przywilej otrzymać dwa bilety na to spotkanie. Mimo to postanowiłem nie iść. Był maj 2019 roku, a my dotarliśmy do półfinału Ligi Mistrzów - najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek piłkarskich na świecie.

Szczerze mówiąc, miałem już dosyć. Odkąd w 2012 roku zacząłem pracę dla The Reds, otarliśmy się o zwycięstwo w Premier League w 2014. Przegraliśmy finał Ligi Europy w 2016, choć na przerwę schodziliśmy z prowadzeniem. Z kolei w finale Ligi Mistrzów w 2018 pokonał nas Real Madryt. Teraz, w 2019, ulegliśmy w pierwszym meczu półfinałowym Barcelonie aż 0:3. Odrobienie takiej straty wydawało się bardzo mało prawdopodobne. Czułem znużenie i brakowało mi sił, by stawić czoła kolejnej honorowej porażce. Wtedy odezwał się do mnie mój przyjaciel Jin. Wątpił w swe szanse, ale i tak wolał spytać, czy nie mam wolnego biletu. Odpowiedziałem, że owszem - mam, ale się nie wybieram. Od razu zapytał, skądinąd całkiem słusznie, czy nie zwariowałem. To był półfinał Ligi Mistrzów! Barcelona! Lionel Messi! Dotarło do mnie, że ma rację. Nigdy wcześniej nie widziałem Messiego na żywo. Warto było pójść na ten mecz choćby po to, żeby zobaczyć najlepszego piłkarza świata.

Nie chciałem tam być z powodu pracy. Jako dyrektor do spraw badań w Liverpoolu odpowiadałem za pozyskiwanie, analizę oraz interpretację danych dotyczących meczów piłkarskich. Jednym z zastosowań analizy danych w futbolu jest przewidywanie wyników. W Liverpoolu stworzyliśmy z kolegami zestaw modeli statystycznych, które wykorzystywały surowe dane dotyczące występów - takie jak informacje o strzałach, obronach i bramkach - do szacowania siły poszczególnych drużyn. Na tej podstawie określaliśmy potencjał ofensywny i defensywny każdej z nich, czyli zdolność do strzelania goli i zapobiegania ich utracie. Wyniki tych analiz służyły nam następnie do tworzenia prognoz dotyczących zarówno meczów, jak i całych rozgrywek.

Przy porażce 0:3 w pierwszym spotkaniu nasze algorytmy obliczały szanse na awans do finału na 3,5%. Model oceniający siłę zespołu wskazywał, że Barcelona jest, bagatela, o 20% mocniejsza niż Liverpool. Różnicę tę powinna zniwelować przewaga własnego stadionu, tyle tylko, że musieliśmy wygrać na Anfield co najmniej czterema bramkami albo zwyciężyć dokładnie 3:0, by doprowadzić do dogrywki. Moje podejście do piłki stoi w całkowitej sprzeczności z kibicowskim romantyzmem. Na wszystko patrzę przez pryzmat prawdopodobieństwa szacowanego na podstawie obiektywnych faktów. W przypadku tamtego meczu fakty jednoznacznie sugerowały, że nasze szanse powodzenia są skrajnie niskie.

W kompleksie treningowym wiedziano, że mój departament przygotowuje takie prognozy. Kiedy pracownicy stołówki spytali mnie o szanse na awans, a ja przekazałem im te mało optymistyczne wyliczenia, zareagowali słowami: "To więcej, niż myśleliśmy". Mój chłodny pesymizm stał się niejako źródłem nadziei dla moich kolegów.

Nawet jak na standardy Anfield atmosfera tamtej nocy była elektryzująca. Luis Suárez - najlepszy piłkarz Liverpoolu w latach 2011-2014, grający wówczas dla Barcelony - zdobył bramkę w pierwszym meczu, po czym entuzjastycznie świętował. To podburzyło kibiców The Reds i teraz, tuż przed rozpoczęciem gry, 50 tysięcy ludzi wrzeszczało: "Suárez! Co? Wypierdalaj!". W mojej pracy płacą mi za trzeźwe i beznamiętne spojrzenie na piłkę, ale na Anfield byłem jako kibic, więc ochoczo dołączyłem do skandowania.

Mecz był bardzo otwarty i emocjonujący. O dziwo, nasze niewielkie szanse na awans do finału pozwoliły mi czerpać z widowiska znacznie więcej przyjemności niż zazwyczaj. Skoro i tak mieliśmy odpaść, mogłem po prostu cieszyć się tym starciem, zamiast drżeć o wynik. Wszystko zmieniło się jednak już po sześciu minutach. Jordi Alba z Barcelony popełnił fatalny błąd i wybił piłkę prosto pod nogi Sadio Mané. Ten natychmiast zagrał do Hendersona, którego strzał bramkarz zdołał tylko sparować, a Divock Origi nie mógł spudłować przy dobitce. Prowadziliśmy 1:0.

Barça stworzyła kilka groźnych sytuacji, jednak do przerwy Liverpool nadal prowadził 1:0. W 53. minucie Trent Alexander-Arnold wyłożył piłkę Giniemu Wijnaldumowi, którego nieczysty strzał jakimś sposobem minął bramkarza - 2:0. Ledwo Barcelona wznowiła grę, a już straciła futbolówkę. Nie minęło 30 sekund, gdy Gini uderzył po raz drugi i wspaniałą główką podwyższył na 3:0. Atmosfera z elektryzującej przerodziła się w atomową. Na każdy kontakt Suáreza z piłką nasi fani reagowali jadem i szyderą. Gdy padł trzeci gol, darłem się tak mocno, że straciłem głos. Musiałem prosić Jina, by wrzeszczał na Urugwajczyka w moim imieniu. Przez całą drugą połowę dźgałem go w żebra, by dać sygnał do dalszego wyzywania.

Moja nerwowość rosła wprost proporcjonalnie do naszych szans na wygraną. W 78. minucie Trent, widząc, że defensywa Blaugrany się zdrzemnęła, błyskawicznie wykonał rzut rożny, a Divock strzelił nie do obrony na 4:0. Moi koledzy z działu analizy wideo wyłapali wcześniej nawyk graczy Barçy, którzy przy rzutach rożnych w obronie tracili koncentrację i polemizowali z sędziami. W efekcie nasi zawodnicy i chłopcy do podawania piłek zostali poinstruowani, by szybko wznawiać grę z rogów. Za to jedno spostrzeżenie nasi analitycy wideo zasłużyli na najwyższe uznanie.

Osiągnęliśmy finał Ligi Mistrzów w najdramatyczniejszych i najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach. Możliwe, że wreszcie, po moich siedmiu latach pracy dla Liverpoolu, sięgniemy po jakieś trofeum. Jak każdy inny kibic The Reds, opuszczałem Anfield podekscytowany. Jednak tkwiący we mnie analityk danych domagał się oceny tego meczu.

Spojrzenie z zewnątrz

Tej nocy, gdy wracałem do domu, transfer danych na nasze serwery w chmurze już trwał. Analitycy wideo w centrach zbierania danych naszych dostawców opracowywali szczegóły każdej akcji z piłką - podań, strzałów, odbiorów czy fauli - po czym wgrywali je na serwer. Algorytm rozpoznawania obrazu przetwarzał materiał z kamer na Anfield, mapując ruchy piłki oraz wszystkich zawodników. Dane te - rejestrowane 25 razy na sekundę - były już dostępne do analizy.

Gdy następnego ranka, około piątej, przesyłanie danych dobiegło końca, uruchomiło się kilka automatycznych procesów. Najpierw walidacja: algorytm sprawdzał, czy jakość materiału jest wystarczająca, by nasze modele uzyskały sensowne rezultaty. Potem synchronizacja: informacje o zdarzeniach związanych z piłką połączono z pozycjami poszczególnych graczy, tworząc spójną historię meczu. I na koniec - właściwa analiza: tak przygotowane dane trafiały do modeli statystycznych, które oceniały wkład każdego zawodnika w końcowy wynik. Na tej podstawie kolejny algorytm aktualizował nasz ranking siły drużyn i umiejętności piłkarzy.

Z trybun oglądałem to spotkanie jako kibic, porwany czystą euforią. Dzień później, uzbrojony w przetworzone dane i wyniki wygenerowane przez algorytm, podszedłem do analizy na chłodno. Mecz, który pamiętałem z poprzedniego wieczoru, nie był tym samym meczem, który oglądałem pod lupą następnego dnia.

Wygraliśmy 4:0, ale wynik spokojnie mógł być inny. Dopiero z perspektywy czasu zaczęło nam się wydawać, że nasz triumf był nieunikniony. Kontuzjowany Mohamed Salah oglądał półfinał z trybun w koszulce z napisem "Nigdy się nie poddawaj". Każdy mecz podlega jednak siłom przypadku. Wszyscy pamiętamy spotkania, których rezultat mógł być inny, gdyby nie kiks przy dośrodkowaniu albo fartowny rykoszet. Biorąc pod uwagę sytuacje stworzone w starciu z Barceloną, nasze zwycięstwo 4:0 wcale nie było oczywiste. Wykorzystanie danych do analizy alternatywnych scenariuszy prowadzi do mniej kategorycznego, a bardziej probabilistycznego spojrzenia. Jego wartość leży w oddzieleniu jakości gry - sygnału - od szczęścia, czyli szumu. Dzięki temu lepiej rozumiemy silne i słabe strony naszego zespołu: potrafimy nie przeceniać fartownych zwycięstw i zarazem doceniać dobry występ zakończony pechową porażką. Według naszych szacunków opartych na oddanych strzałach "sprawiedliwy wynik" to 2,0 gola dla Liverpoolu i 0,9 dla Barcelony. Tym samym przewidywana przez nasz model "sprawiedliwa" różnica bramek, wynosząca +1,1, okazałaby się niewystarczająca do odrobienia strat z pierwszego spotkania i wygrania dwumeczu. Wartość tę obliczono metodą, która stała się znana jako "gole oczekiwane"**.

Gole oczekiwane

Gole w piłce nożnej są rzadkością - na mecz Premier League przypada średnio tylko 2,7 bramki. Zazwyczaj gol jest poprzedzony strzałem; tych zaś jest w trakcie spotkania dziesięć razy więcej niż goli, stąd analiza strzałów jest czymś sensownym. Mogą one powiedzieć nam o występie drużyny to, czego nie mówią bramki. Różne strzały mają różne prawdopodobieństwa przemienienia się w gole. Fan piłki nożnej wie, że rzut karny wiąże się z większą szansą na bramkę niż większość strzałów z gry, a próba z pola karnego jest groźniejsza niż uderzenie spoza szesnastki. Pojęcie goli oczekiwanych, wprowadzone w 1997 roku przez Richarda Pollarda i Charlesa Reepa2, nadaje po prostu wartość liczbową szansie na wykorzystanie każdego strzału. Ich model statystyczny pozwolił odkryć, że strzał z 30 jardów [około 27,5 metra - przyp. tłum.] daje zaledwie 1% szans na gola. Prawdopodobieństwo to rośnie do 10% przy wewnętrznej granicy pola karnego, a bliżej bramki przyrasta jeszcze szybciej: 20% z punktu karnego i aż 50% z pola bramkowego. Wspomniani badacze dowiedli również, że presja ze strony obrońców obniża skuteczność strzałów, a uderzenia ze stałych fragmentów przynoszą gorsze rezultaty niż podobne próby podejmowane z gry.

Dlaczego gole "oczekiwane"?

Pollard i Reep użyli terminu "gole ważone" i była to wyjątkowo trafna nazwa. Skoro każdy strzał ma wagę odpowiadającą prawdopodobieństwu stania się bramką, to sformułowanie "gole ważone" pasuje tu idealnie. Z kolei określenie "gole oczekiwane" brzmi wręcz okropnie. Słowo "oczekiwane" odnosi się bowiem do liczby bramek, których średnio można się spodziewać, zakładając prawdopodobieństwo powodzenia przypisane danemu strzałowi. Przykładowo: rzuty karne są wykorzystywane w około 75% przypadków. Oznacza to, że na 100 wykonanych jedenastek przypada średnio 75 goli, czyli 0,75 gola na każdy rzut karny.

Półfinał z Barceloną zapamiętałem jako znacznie mniej wyrównany, niż był w rzeczywistości. Strzelając pierwszego gola, Divock wykorzystał doskonałą - bo aż 40-procentową - szansę. Po niej jednak nastąpiły dwie groźne sytuacje rywali: uderzenia Messiego i Coutinho, mające odpowiednio 12% i 18% prawdopodobieństwa powodzenia. Tuż przed przerwą nasz bramkarz, Alisson, wspaniale powstrzymał Jordiego Albę, którego sytuacja dawała aż 33% szans na trafienie. Z kolei wybroniony w drugiej połowie strzał naszego najlepszego obrońcy - Virgila van Dijka - miał 36% prawdopodobieństwa skończenia się golem. Z drugiej strony, według tej metody liczenia, nasze trzy bramki zdobyte po przerwie sumowały się do wartości zaledwie 0,41 gola oczekiwanego.

Rozegrałem ten mecz jeszcze raz, w komputerowej symulacji, w której gole padały zgodnie z prawdopodobieństwem przypisanym poszczególnym strzałom. Tylko w 5% przypadków kończył się on wynikiem 4:0 lub wyższym dla Liverpoolu, dodatkowe 4% skutkowało przedłużeniem meczu o dogrywkę.

W kolejnym kroku sprawdziłem, jak strzelający wykorzystywali swoje gole oczekiwane. Oddać strzał z określonej pozycji to jedno, oddać dobry strzał - to drugie. Gdy uwzględnimy trajektorię lotu piłki i ustawienie bramkarza, tworząc model "goli oczekiwanych po strzale"***, otrzymujemy inny obraz: wygrana 2,0-0,9 zmienia się w 3,4-1,7. Skuteczność strzelecka po obu stronach była tamtego wieczoru ponadprzeciętna.

Dwa gole Divocka to szczególnie udane próby. Uderzał celnie, dokładnie tam, gdzie nie było bramkarza. Jednak zawodnicy Barcelony nie pozostawali w tyle: ich 0,9 gola oczekiwanego urosło do 1,7 dzięki precyzji strzałów, co nie dziwi - w końcu mieli w składzie Messiego i Suáreza. Tyle że 1,7 gola oczekiwanego po strzale przyniosło ostatecznie okrągłe zero bramek - nasz bramkarz, Alisson, miał solidne argumenty w walce o tytuł piłkarza meczu.

Sukces

W finale zmierzyliśmy się z Tottenhamem Hotspur, dla którego w latach 2007-2012 pracowałem jako konsultant. Nasz model dawał nam 60% szans na zwycięstwo. Mecz był okropny. Środkowy napastnik Liverpoolu Roberto Firmino nie był w 100% gotowy do tego starcia, podobnie jak Harry Kane z Tottenhamu. Już w drugiej minucie Sadio Mané wywalczył karnego, którego na bramkę zamienił Salah. Przez następne półtorej godziny Liverpool głównie się bronił. W końcówce przetrwaliśmy prawdziwą nawałnicę ataków Tottenhamu, aż wreszcie, na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem, Divock Origi zamknął mecz. Ten gol dał mu status absolutnej legendy klubu, a nam - upragnione trofeum.

Oglądałem finał z trybun wraz z moimi kolegami z działu skautingu. Gdy początkowa euforia po końcowym gwizdku już wygasła, patrzyliśmy na świętujących zawodników, oczekujących na dekorację i wręczenie pucharu. Wtem poczułem klepnięcie w ramię. Był to Steven Gerrard, były kapitan Liverpoolu i jeden z jego najlepszych piłkarzy w historii. Przez całe spotkanie siedział rząd za nami. Powiedział, że nigdy tak się nie denerwował - ani jako zawodnik, ani jako trener, ani jako widz. Przytaknąłem, mówiąc, że tego meczu po prostu nie dało się oglądać. Wtedy odparł, że nie chodziło mu o samą grę. To obserwowanie naszych skrajnych emocji przez 90 minut, tego, jak gryziemy paznokcie i łapiemy się za głowę przy każdej szansie Spurs, sprawiło, że nerwy udzieliły się również jemu. Jak sam podsumował: "W ogóle bym się nie stresował, gdybym nie siedział za wami i nie patrzył, jak co chwilę sami próbujecie kopnąć piłkę, idioci".

Minęło kilka dni świętowania, zanim spojrzałem na analizę tego finałowego starcia. W ostatnich 20 minutach Spurs wypracowali 0,82 gola oczekiwanego przy naszym marnym 0,16. Czyli słusznie się denerwowałem.

W następnym sezonie, 2019/20, zdobyliśmy Superpuchar Europy i triumfowaliśmy w Klubowych Mistrzostwach Świata, notując równocześnie najlepszy start w historii Premier League. W marcu znajdowaliśmy się na czele tabeli z 25-punktową przewagą nad resztą stawki, po wygraniu aż 27 z 29 pierwszych meczów. Mieliśmy zostać mistrzami. Było to tak pewne, że szef naszego działu sprzedaży biletów poprosił mnie o prognozę, po którym meczu najprawdopodobniej przypieczętujemy tytuł. I wtedy uderzyła pandemia COVID-19. Wyglądało na to, że wirus pozbawi nas pierwszego od 30 lat triumfu w Premier League. Piłka jednak wróciła - w czerwcu 2020 roku, przy pustych trybunach. Ostatecznie wygraliśmy krajowe rozgrywki. Zdobycie mistrzostwa powinno być okazją do radości, ale nią nie było. Pandemia wciąż trzymała świat w uścisku, a futbol zwyczajnie przestał mieć znaczenie.

W kolejnych latach nadal rywalizowaliśmy o wygraną w lidze z Manchesterem City - zespołem, który jak żaden inny zdominował Premier League - kończąc sezon na drugim miejscu w sezonie 2021/22 i ponownie zostając finalistą Ligi Mistrzów. Sięgnęliśmy też po Puchar Anglii i Puchar Ligi Angielskiej. Miałem satysfakcję uczestnictwa w powrocie Liverpoolu do grona najlepszych klubów w Europie.

Moja historia wkładu w sukces Liverpoolu kręci się wokół analizy danych: to ona była moim zadaniem i tym, co dało nam przewagę nad rywalami, zwłaszcza na rynku transferowym. Muszę jednak podkreślić, że budowa klubu sięgającego po trofea to zawsze praca zespołowa: gdyby nie wizjonerskie i długofalowe podejście Johna W. Henry'ego, Toma Wernera, Mike'a Gordona i reszty z Fenway Sports Group, moje działania niewiele by zmieniły. Bez pojawienia się Jürgena Kloppa i zmysłu Michaela Edwardsa do podejmowania trafnych decyzji w roli dyrektora sportowego mój wkład również nie byłby w stanie zrobić różnicy, nie wspominając o wysiłku kolegów z akademii, działów analizy wideo, skautingu, naukowego czy medycznego. Mój departament analizy danych zwiększył nasze szanse na osiąganie najwyższych celów i namierzył przyszłe gwiazdy, jednak ta teoretyczna przewaga zmaterializowała się tylko dzięki ciężkiej pracy i umiejętnościom właścicieli klubu i całego personelu.

Rzecz jasna, ostateczny sukces zespołu zależy od zawodników. Niemal wszyscy piłkarze, którzy rozpoczęli finał Ligi Mistrzów, zostali pozyskani za pomocą analizy danych. Do tego momentu najdroższym transferem przychodzącym w historii Liverpoolu był Virgil van Dijk - genialny środkowy obrońca, który, co zdumiewające, nie grał wcześniej w żadnym klubie z europejskiej czołówki. Kiedy go zakontraktowaliśmy w styczniu 2018 roku, stał się najdroższym defensorem w historii (od tamtego czasu wyprzedzili go Matthijs de Ligt, Harry Maguire i Joško Gvardiol). Podobnie Alisson Becker - gdy trafiał do nas latem 2018 roku, zyskał miano najdroższego golkipera świata, ale ledwie trzy tygodnie później kosztowniejszy okazał się Kepa Arrizabalaga, którego sprowadziła Chelsea. Kwoty, jakie zapłaciliśmy za van Dijka i Alissona, znacząco odbiegały od dotychczasowej polityki transferowej Liverpoolu. Były wysokie, ponieważ obaj byli znakomitymi zawodnikami. Błyszczeli w naszych analizach danych, jednak ich talent był równie jaskrawy dla skautów, trenerów, dziennikarzy i każdego choćby przelotnie zainteresowanego piłką.

Nasz właściciel, Fenway Sports Group, zawsze chętnie inwestował przychody klubu w nowych piłkarzy, choć musieliśmy działać w granicach własnych możliwości finansowych. Tym razem jednak mogliśmy pozwolić sobie na wyższe wydatki na oczywiste gwiazdy dzięki wcześniejszym sukcesom. Philippe Coutinho, którego pozyskaliśmy w styczniu 2013 roku z Interu Mediolan, wyrósł u nas na gracza światowego formatu. Gdy Paris Saint-Germain aktywowało astronomiczną klauzulę wykupu Neymara, zdeterminowana Barcelona postanowiła odpowiedzieć prestiżowym transferem. Aby ściągnąć do siebie Coutinho, Katalończycy zapłacili nam niewiarygodne 142 miliony funtów.

O ile Alisson i van Dijk byli oczywistymi gwiazdami, o tyle nie można było tego powiedzieć o dwóch pozostałych członkach naszej linii defensywnej. Joël Matip, pozyskany za darmo latem 2016 roku z Schalke 04, to jeden z pierwszych transferów za kadencji Jürgena Kloppa. Choć sprawiał wrażenie patykowatego i raczej niezgrabnego, to jeszcze przed ukończeniem 24 lat zdołał zebrać imponujące doświadczenie - 175 meczów w Bundeslidze. Pozorna niezgrabność Matipa na boisku odstręczała część naszych skautów, wątpiących w jego szybkość i umiejętność gry w powietrzu. Najbardziej jednak niepokoiło to, że zdawał się tydzień po tygodniu popełniać te same błędy. Skauci The Reds nie byli w tej opinii odosobnieni. Zabiegając o jego usługi, praktycznie nie mieliśmy konkurencji. W styczniu 2016 roku jedynym angielskim klubem zainteresowanym pozyskaniem wychowanka Schalke było Newcastle United, które zresztą po tamtym sezonie spadło z ligi. Z naszych analiz wynikało jednak, że jego występy w drużynie z Gelsenkirchen klasyfikują go znacznie powyżej średniej dla środkowych obrońców Premier League. Biorąc pod uwagę jego młody wiek i dostępność za darmo, nawet jeśli nie budził zainteresowania innych, dla nas był oczywistym wyborem.

Kolejnym zawodnikiem o niedoszacowanej wartości okazał się lewy obrońca Andy Robertson. Liverpool kupił go w 2017 roku z Hull City, które właśnie spadło z Premier League z fatalnym bilansem 80 straconych goli, co stanowiło najgorszy wynik w rozgrywkach. Pod względem gry ofensywnej Robertson należał jednak do najlepszych bocznych obrońców - jego podania i dryblingi prezentowały się znakomicie w naszych analizach danych. Z kolei jego gra w obronie budziła niepokój, ale moje obawy złagodził Jürgen, dla którego priorytetem na tej pozycji była ofensywa. Muszę przyznać, że defensywne poczynania Robertsona przekroczyły moje oczekiwania. Podobną historię miał pomocnik Gini Wijnaldum, który również trafił do nas ze spadkowicza - Newcastle United - i także był zawodnikiem wyraźnie niedocenianym na rynku.

Nasz defensywny pomocnik, Fabinho, przyszedł do nas latem 2018 roku za relatywnie wysokie odstępne. Był jednym z ogniw AS Monaco, które w sezonie 2016/17 sięgnęło po mistrzowski tytuł, po czym pozostał w klubie do 2018 roku, podczas gdy jego koledzy z zespołu, Tiemoué Bakayoko, Bernardo Silva i Benjamin Mendy, zdążyli już odejść do Chelsea i Manchesteru City. Ponieważ miał wówczas zaledwie 24 lata, uznawaliśmy go za jednego z najlepszych młodych graczy na swojej pozycji, którzy nie występowali jeszcze w klubie regularnie grającym w Lidze Mistrzów. Dział skautingu podzielał tę ocenę. Dodatkowym atutem była jego wszechstronność - Fabinho mógł też grać na prawej obronie, co czyniło ten transfer jeszcze bardziej opłacalnym.

Każdy zawodnik z naszej linii ataku, złożonej z Mo Salaha, Roberto Firmino i Sadio Mané, dźwigał jakiś bagaż w momencie, gdy dołączał do Liverpoolu. Salah "zawiódł" w Chelsea - choć tak naprawdę nie była to kwestia braku umiejętności, ale ograniczonej liczby minut, jakie dostawał na boisku. W efekcie w Premier League uznawano go za niewypał. Z tego względu nie napotkaliśmy większej konkurencji ze strony innych klubów angielskiej ekstraklasy w walce o jego podpis na kontrakcie, mimo że z powodzeniem występował wcześniej we Włoszech w barwach Fiorentiny i Romy. Firmino, grając dla przeciętnego Hoffenheim, strzelił tylko 38 goli w 140 meczach Bundesligi, Mané zaś - 21 w 67 dla prezentującego zbliżony poziom Southampton.

Nasze oparte na danych oceny dotyczące tych graczy były znacznie bardziej pozytywne niż opinie na ich temat dominujące w piłkarskim świecie. Z różnych powodów inne kluby ich pomijały albo nie doceniały. My w Liverpoolu, dzięki szczęściu i rozsądkowi, odkryliśmy efektywną metodę wyszukiwania i kontraktowania piłkarzy.

Poprzedni dyrektor sportowy naszego klubu, Michael Edwards, często podkreślał, że jeśli i dane, i skauci, i trener zgadzają się co do zawodnika, taki gracz rzadko zawodzi. Michael to człowiek krytyczny i skłonny do sporów, zupełnie jak ja. Kiedyś, podczas psychologicznego testu na ugodowość, znalazłem się w czwartym percentylu w próbce słuchaczy akademickich, grupy generalnie niezbyt znanej z chodzenia na ustępstwa. Wraz z Michaelem spieraliśmy się o słabe punkty w analizie danych i analizie wideo. Toczyłem niekończące się dyskusje o wartości piłkarzy z Dave'em Fallowsem i Barrym Hunterem, kierującymi naszym działem skautingu. "Skłonny do sporów" to określenie, które pasowałoby również do Jürgena Kloppa. My jednak wykorzystaliśmy nasz krytycyzm i inklinację do sprzeczania się jako pozytywną moc. Krytyka Michaela wymierzona w moje dane zmotywowała mnie, by je ulepszyć. Z kolei moja krytyka skautingu skłoniła ten dział do wzięcia pod uwagę także zawodników mniej zachwycających pod względem estetycznym. Ożywione dyskusje Michaela z Jürgenem przekonały go do pozyskiwania piłkarzy, którzy być może nie byli jego pierwszym wyborem. Każdy zawodnik, którego rozważaliśmy, został prześwietlony pod względem ilościowym, jakościowym i finansowym.

Swoją rolę grało też szczęście. Nikt - a już na pewno nie ja - nie przypuszczał, że Andy Robertson stanie się światowej klasy obrońcą. Byliśmy pewni, że Firmino i Mané będą w Liverpoolu doskonałymi piłkarzami, obaj jednak przerośli moje oczekiwania. Gdyby Salah nie był "niewypałem" w Chelsea, z całą pewnością musielibyśmy się zmierzyć z ostrą konkurencją w walce o jego usługi w 2017 roku. Gdyby Paris Saint-Germain nie kupiło Neymara za rekordową kwotę, Barcelona nie byłaby tak zdesperowana, by pozyskać Coutinho, a my nie dysponowalibyśmy środkami na sprowadzenie Alissona i van Dijka. Mieliśmy też sporo szczęścia, że Jürgen pozostawał bez pracy dokładnie wtedy, gdy szukaliśmy nowego menedżera. Nasza poprzednia próba ściągania piłkarzy z pomocą danych, skautingu i opinii trenera zawiodła, gdy za ostatni element tej układanki odpowiadał Brendan Rodgers.

Jak zmieniliśmy piłkę nożną

W tej książce chcę zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, oprowadzę po historii analizy danych w piłce nożnej, korzystając z moich własnych doświadczeń - od pierwszych kroków wieki temu i umiarkowanego sukcesu w Tottenhamie, przez katastrofalny start w Liverpoolu za Brendana Rodgersa, aż po historyczne sukcesy z Jürgenem Kloppem. Wyjaśnię kulturowe różnice, jakie musieliśmy pokonać, i opiszę błędy poznawcze, z którymi się zetknąłem i które należało przepracować, by analiza danych mogła przynieść pożądane rezultaty. Opowiem także o innych pionierach wykorzystania danych w futbolu: Brentfordzie i Brighton & Hove Albion.

Po drugie - chciałbym podważyć sposób, w jaki oglądacie piłkę nożną. Dokonam tego, objaśniając najistotniejsze założenia analizy danych i pokazując, jak wpłynęły one na Premier League. Posłużę się przykładami z pierwszej ręki z Liverpoolu i przypadkami z innych drużyn. W futbolu cel gry - zdobywanie bramek - osiąga się stosunkowo rzadko, dlatego trudno wyciągać wnioski na podstawie samych wyników. Istnieją jednak narzędzia statystyczne, które pozwalają oddzielić umiejętności od szczęścia oraz sygnały od szumów. Dobrym tego przykładem są gole oczekiwane. Mierzenie jakości każdego strzału za pomocą prawdopodobieństwa jego wykorzystania pokazuje, że nie wszystkie szanse są sobie równe. Większość zawodników w ogóle nie strzela (nawet Mo Salah wykonuje średnio mniej niż cztery strzały na mecz), więc w analizie musimy uwzględnić wpływ akcji innych niż same uderzenia. Model "wartości posiadania piłki"**** analizuje każdą sekwencję utrzymywania się przy futbolówce przez drużynę, badając wagę podań, które niekoniecznie pro wadzą do strzału. Pozwala on odkryć, jak wiele do gry zespołu wnoszą piłkarze tacy jak Andy Robertson czy Trent Alexander-Arnold, mierząc jakość ich rozegrania i dryblingów. Te zaawansowane narzędzia stanowiły fundament naszej pracy w Liverpoolu i nadawały ton polityce transferowej klubu: jeśli dany zawodnik nie bronił się w naszych modelach, nie pozyskiwaliśmy go.

Na koniec - zastosujemy nieco myślenia statystycznego do różnych pytań związanych z piłką nożną. Zbadamy, dlaczego tak trudno znaleźć odpowiedniego trenera, i odsłonimy kulisy pracy, którą wykonaliśmy, by wykazać, że Jürgen Klopp doskonale pasuje do Liverpoolu. Dowiemy się, czy Lionel Messi przewyższał piłkarsko Cristiano Ronaldo oraz dlaczego niemal połowa wszystkich transferów na świecie okazuje się nietrafiona. Wskażemy, jaką przewagę daje gra na własnym stadionie, i przeanalizujemy, jak się ona zmniejszyła, gdy mecze rozgrywano przy pustych trybunach w czasie covidu, dostarczając tym samym twardych dowodów na słuszność tezy, że obecność kibiców robi różnicę. Wyjaśnimy również wagę stałych fragmentów przy zdobywaniu (i traceniu) goli. A także, patrząc w przyszłość, sprawdzimy, w jaki sposób nieograniczone zasoby klubów, będących własnością państw, wypaczyły piłkarski krajobraz.

Gdy w 2012 roku zaczynałem pracę w Liverpoolu, dostęp do danych dotyczących najważniejszych męskich rozgrywek był trudny i kosztowny. W przypadku piłki nożnej kobiet był wręcz niemożliwy. Od tamtego czasu dużo się jednak zmieniło - kobiecy futbol dynamicznie się rozwija, a ilość dostępnych danych szybko rośnie. Analityczne podejście w kobiecej piłce nożnej trafia na podatny grunt, a co światlejsi dostawcy udostępniają za darmo dane dotyczące Women's Super League (WSL). Moja praca w Liverpoolu skupiała się jednak niemal wyłącznie na zespole męskim.

Spoglądanie na piłkę przez pryzmat liczb bywa krytykowane i złośliwie przedstawiane jako bezduszne i odbierające tej grze pasję. Nic bardziej mylnego - o tym, jak dalekie jest to od prawdy, przekonałbyś się, mając nieszczęście siedzieć obok mnie na trybunach. Na Anfield zdarzało mi się zajmować miejsce przy Caroline, jednej z pracownic klubowej stołówki, która całkiem słusznie narzekała na częstotliwość moich krzyków, przekleństw i "skakania jak popapraniec" przez cały mecz. Piłka to gra czystych emocji. Jak trafnie zauważył szkocki filozof David Hume: "Rozum jest i winien być tylko niewolnikiem uczuć i nie może mieć nigdy roszczenia do innej funkcji niż do tego, żeby uczuciom służyć posłusznie"*****. W Liverpoolu staraliśmy się zrozumieć grę analitycznie nie po to, by wygasić te emocje, ale by zwiększyć nasze szanse na sukces. Naszą pasją jest bowiem wygrywanie.

Analizę danych oskarża się też o pozbawianie piłki nożnej piękna i magii. Według mnie jest wręcz przeciwnie: lepsze zrozumienie gry pozwala znacznie bardziej docenić jej estetykę. Słowa przypisywane Florence Nightingale: "Aby zrozumieć myśli Boga, musimy się uczyć statystyki, gdyż jest ona miarą jego zamysłów"******, moim zdaniem idealnie podsumowują sens wykorzystywania danych w sporcie.

W niektórych dyscyplinach wprowadzenie analizy danych przyniosło wręcz rewolucyjne zmiany. Formuła 1, niegdyś zarezerwowana dla indywidualistów żyjących na krawędzi ryzyka, stała się sportem, w którym precyzyjna inżynieria, perfekcyjna logistyka i zarządzanie zasobami są cenione znacznie bardziej niż emocjonujące manewry wyprzedzania. Z kolei baseballową rewolucję analityczną opisał Michael Lewis w swojej książce Moneyball. Sęk w tym, że efektami tych zmian były wolniejsza gra i mniej uderzeń. Działacz baseballowy Theo Epstein przyznał nawet, że analityka "w nieświadomy sposób negatywnie wpłynęła na estetyczną stronę gry"3. Te dyscypliny prawdopodobnie stały się mniej ekscytujące, odkąd trafiły w ręce geeków.

Inne sporty mają się różnie. W koszykówce rozkład rzutów zmienił się w ciągu dekady nie do poznania: gracze coraz częściej decydują się na próby zza linii trzech punktów. Krykiet, zwłaszcza w formatach z limitem overów*******, stał się znacznie bardziej emocjonującym widowiskiem, odkąd analizy danych wykazały, że ryzykowne, dające największe korzyści próby zdobycia czterech lub sześciu punktów zwiększają szanse na zwycięstwo bardziej niż zachowawcze podejście. Śmiem twierdzić, że także piłka nożna zyskała na tej rewolucji - wzrosło tempo gry, sytuacje bramkowe są wyższej jakości, a taktyki typu gegenpressing zyskały na znaczeniu. Sam gegenpressing zakłada przecież akceptację większego ryzyka utraty bramki w zamian za zwiększenie szans na jej zdobycie.

Ukułem nawet pewną teorię: jakość określonej dyscypliny można mierzyć tym, czy analiza danych czyni ją bardziej, czy też mniej emocjonującą dla widza. Oczywiście, uważam piłkę nożną za sport ze swej natury najwspanialszy i jak do tej pory analityka jedynie ją ulepszyła. Sprawdźmy, w jaki sposób.

* Tradycyjna szkocka piłkarska przyśpiewka, w wolnym tłumaczeniu na polski: "To piłkarski wariat, to piłkarski czub / Piłka go wciągnęła, całkiem od niej zgłupł" (jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy dolne pochodzą od tłumacza).

** W polskiej praktyce równie często spotykane jest też oryginalne angielskie określenie expected goals i jego skrót, "xG".

*** Post-Strike Expected Goals, skrót "PSxG". W większości przypadków nazwy modeli, parametrów itp. nie mają powszechnie używanych polskich odpowiedników, stąd też w przypisach podaję również ich oryginalne nazwy.

**** Possession Value, PV, oraz Expected Possession Value, EPV.

***** W przekładzie Czesława Znamierowskiego.

****** W przekładzie Piotra Kostrzewskiego.

******* Rodzaj krykieta, w którym liczba części (overów) jest z góry ustalona, dzięki czemu możliwe jest rozegranie całego meczu w ciągu jednego dnia.