Jak wychować sobie nauczycieli - Pete Johnson

Reflow text when sidebars are open.
Środa, 4 stycznia
Właściwie to nie zrobiłem nic takiego. Po prostu na przerwie przebrałem się za goryla. I nie powiecie mi, że to wbrew szkolnemu regulaminowi, bo tak nie jest.
To był ekstranumer. Najlepszy ze wszystkich. Kostium goryla też był super. Wypożyczył go sąsiad mojego kumpla George'a, a George'owi udało się go od niego na trochę "pożyczyć". Był bardzo wygodny. Uważam, że powinni zlikwidować te głupie szkolne mundurki i pozwolić nam wreszcie przychodzić do szkoły przebranym za goryle. Bylibyśmy o wiele szczęśliwsi.
W każdym razie pobiegłem na salę gimnastyczną, gdzie bujałem się na drabinkach. Doczekałem się głośnej owacji - widziało mnie chyba pół szkoły.
Ostatnim punktem mojego numeru było zakraść się do pracowni plastycznej i zabrać banana z miski z owocami. Myślałem, że to będzie łatwizna. I tak było - dopóki ktoś nie wrzasnął. Bardzo głośno.
Pani Wadlow, nauczycielka plastyki, powinna żłopać kawę w pokoju nauczycielskim razem z innymi. Tymczasem ucięła sobie krótką drzemkę. A kiedy się obudziła, zobaczyła statystę z Planety małp, siejącego zniszczenie w jej klasie. Właściwie nic dziwnego, że zaczęła krzyczeć.
Dlatego powiedziałem do niej uspokajająco:
- Niech się pani nie boi. Zaraz ściągnę głowę i zobaczy pani, że to tylko ja, Harvey.
Ale widok mojej przyjaźnie uśmiechniętej buźki w ogóle jej nie uspokoił. Zbliżyła twarz do mojej, tak że doskonale widziałem wąsy nad jej górną wargą, a potem bez końca rozwodziła się nad moim karygodnym zachowaniem.
Kiedy tak stałem, marząc o tym, żeby już sobie poszła i się ogoliła, nagle wokół zapadła cisza. To mogło oznaczać tylko jedno - nadejście zastępcy dyrektora, pana Monslowa, którego nazywamy Potworem.
To najbardziej przerażający belfer w całym Układzie Słonecznym. Lord Vader mógłby się od niego uczyć, jak straszyć ludzi.
Ma jakieś dwieście lat, jest przygarbiony i krąży po szkole ze skrzywioną miną, jakby zjadł coś kwaśnego. Wystarczy raz na niego spojrzeć, żeby już nigdy więcej się nie uśmiechnąć.
- Co tu się dzieje? - zapytał niskim, smutnym głosem przedsiębiorcy pogrzebowego.
Pani Wadlow natychmiast oskarżyła mnie... praktycznie o wszystko, słowo. Powiedziała nawet, że wydawałem obrzydliwe odgłosy. Czy ona w ogóle ma jakieś pojęcie o dzikich zwierzętach?
Potwór kazał mi się przebrać, a potem przyjść do jego ponurej pieczary, czyli gabinetu.
Stałem przed jego biurkiem, a on gapił się przez okno. Minęło ze dwadzieścia lat, zanim w końcu powoli się odwrócił. Jego twarz jest cała pomarszczona jak zwiędłe jabłko.
- Nie jestem zadowolony - jęknął.
Chcąc okazać mu swoją życzliwość, powiedziałem:
- To szkoda. Mogę jakoś pomóc?
- Nie jestem zadowolony z twojego zachowania - syknął. - Już wcześniej skarżyli się na ciebie. A teraz jeszcze to żenujące przedstawienie. Możesz to jakoś wyjaśnić?
Jasne, że mogłem, ale i tak nikt by nie zrozumiał. Więc powiedziałem:
- Po prostu pomyślałem, że trochę ożywię ten nowy semestr.
- Ożywię nowy semestr - wycedził przez zęby, z wielkim niesmakiem. Potem powiedział, że zostanę za karę dwa razy po lekcjach, i kazał mi napisać list z przeprosinami do pani Wadlow. Za co? Że ją obudziłem!? - I nie chcę cię tu więcej widzieć - dodał.
- Akurat tu się z panem zgadzam - odpowiedziałem grzecznie, uśmiechając się.
Ale on się nie uśmiechnął, tylko uniósł groźnie brwi.
16.30
Kiedy wróciłem do domu, rodzice i Claudia (moja wyjątkowo wkurzająca siostra) siedzieli akurat przy stole w kuchni i o czymś nawijali. To znaczy, dopóki mnie nie zobaczyli. Wtedy natychmiast przestali rozmawiać i patrzyli na mnie, jakbym był przedmiotem, który zamówili z katalogu wysyłkowego i teraz chcieli zwrócić.
Potem mama z Claudią wstały i wyszły bez słowa. Coś było nie tak. No i zaraz dowiedziałem się co. Przed chwilą dzwonił Potwór i skarżył się na moje dzisiejsze "karygodne zachowanie".
Tata nie był rozgniewany ani złośliwy. To nie w jego stylu. Ale był zawiedziony.
- Tak nie można - powiedział.
On tego nie rozumie: wygłupy to jedyny sposób, żeby jakoś przetrwać w szkole. Ale założę się, że tata zawsze był pilnym uczniem. Nawet teraz, kiedy jest zebranie z rodzicami, siedzi w pierwszym rzędzie z małym notatnikiem, tak przejęty, jakby za chwilę miał dostać jakiś medal. Z kolei Claudia, dwa lata starsza ode mnie, jest największym lizusem i kujonem w całej szkole.
Czyli mamy tak: rodzinka superkujonów i ja. Trochę idiota. No dobra, bez trochę.
- Nie chcemy, żebyś zaprzepaścił swoją szansę - ciągnął tata. - Chodzisz do szkoły o znakomitej reputacji.
Kilka lat temu nie mieli tam nawet mundurków. Ale potem pojawił się ten nowy, genialny dyrektor. Teraz się go praktycznie nie widuje - chyba że na zdjęciu w gazecie, jak wymienia uścisk dłoni z jakimś biznesmenem - ale szkoła cieszy się dobrą opinią ze względu na silne poczucie wspólnoty (chwila przerwy, bo aż mnie bolą żebra ze śmiechu) i surową dyscyplinę.
Potem tata powiedział jeszcze.
- Dopóki twoje zachowanie i podejście się nie zmieni, nie będziesz dostawał kieszonkowego.
Tego się nie spodziewałem.
- Tylko dlatego że przebrałem się za goryla... - zacząłem, oburzony.
- Nie traktuj tego jak kary - powiedział tata.
- A jak co?
- Jak bodziec do przemyślenia sobie pewnych spraw i zmianę podejścia do życia.
- Lepiej by mi się myślało, gdybym jednak miał jakieś pieniądze.
- Mimo tych drobnych potknięć - ciągnął tata - wierzymy, że jesteś bardzo zdolny, tylko po prostu twoje zdolności jeszcze się nie ukierunkowały. I wiemy, że nas nie zawiedziesz.
Był tak pełen nadziei, że aż musiałem się odwrócić.
18.15
Przyznaję, słowa taty wywarły na mnie pewne wrażenie. Wpatrywałem się w książkę od matmy, kiedy do pokoju wpadła Claudia.
Oczywiście wiedziała, że przebrałem się za goryla, i była wściekła (przecież przyniosłem wstyd rodzinie). Potem powiedziała:
- No dobra, zapytaj, co robiłam dziś w szkole?
- Tylko pod warunkiem że mi nie odpowiesz - powiedziałem.
- Pan Kay rozwiązywał równanie na tablicy i utknął, więc musiałam...
- Obchodzi mnie to jak zeszłoroczny śnieg - oznajmiłem.
- Chcę ci tylko uświadomić, że mogłabym ci pomóc w nauce. - Wyrwała mi książkę od matmy.
- Oddawaj - warknąłem.
- Nie wygłupiaj się, Harvey. Pomogę ci.
- Właśnie że nie, bo zaraz stąd wyjdziesz. Poza tym tylko udajesz, że chcesz mi pomóc, żeby rodzice uważali cię za ideał. Popisuj się gdzie indziej.
- Dobra - westchnęła. - Skoro chcesz być klasowym głupkiem.
- Właśnie tak. I jest mi z tym super - odparłem.
Gdy chwilę później wybiegła z pokoju, usłyszałem zszokowane westchnienia rodziców, kiedy im o wszystkim opowiadała.
Głupek. Idiota. Niegrzeczny chłopak z końca klasy. To ja. Chociaż wcale nie uważam, żebym był niegrzeczny. W każdym razie nie aż tak bardzo. Chodzi o to, że szkoła jest niesamowicie, potwornie, okropniaście przygnębiająca. No i oczywiście nudna. A ja chcę tylko, żeby było chociaż trochę zabawniej. Właściwie można by powiedzieć, że jestem jak fajerwerki: rozbłyskam kolorami i rozświetlam szkolną nudę, robiąc coś zupełnie odjazdowego.
A robienie numerów jest odjazdowe.
W podstawówce byłem pierwszym w historii chłopakiem, który tańczył taniec kurczaka na czternastego maja. Ale do tego wolałbym nie wracać.
Jeszcze w tym samym tygodniu wszedłem do kubła na śmieci i przetoczyłem się w nim po ulicy. W ciągu tylko jednego semestru wdrapałem się na czubek szkolnej choinki, stałem przed domem kolegi, wymachując transparentem z napisem Jestem stuknięty, i zapytałem jedną bardzo zrzędliwą babkę ze stołówki, czy za mnie wyjdzie.
Innym razem podszedłem do najstraszniejszej w szkole nauczycielki i powiedziałem: "Proszę pani, chce mi się siusiu".
Nic dziwnego, że byłem znany jako Król Numerów.
We wrześniu zeszłego roku, kiedy poszedłem do nowej szkoły, poznałem George'a. Ale wtedy nie przypuszczałem, że zostaniemy wspólnikami, jeśli chodzi o robienie numerów.
George jest ode mnie o wiele mniejszy i ma duże ciemnoszare oczy - wygląda przez nie, jakby żył już ponad dwieście lat. Jest też strasznie poważny - ciągle ma zmarszczone czoło. Któregoś dnia po szkole zostawił komórkę na stoisku ze słodyczami. Poszedłem za nim i zaczęliśmy gadać.
Okazało się, że obaj lubimy to samo: obserwować ptaki, czytać i jeść czekoladę. Wyszło nam, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Spędzaliśmy razem coraz więcej czasu. George ma naprawdę kupę pomysłów, a ja bardzo to lubię u przyjaciół. Ale on nie wie za bardzo, jak radzić sobie w szkole... Ja natomiast wiem, więc mu pomagam. Jesteśmy ze sobą związani - prawie papużki nierozłączki.
Oczywiście opowiedziałem George'owi o wszystkich numerach, które zamierzam zrobić. Był pod wrażeniem, ale uznał, że "numery" to brzmi trochę dziecinnie. Powiedział, że powinniśmy nazywać się... Ryzykantami.
I teraz robię o wiele bardziej wymyślne rzeczy. Raz na przykład przez dwie lekcje mówiłem z włoskim akcentem i nauczyciel, który miał u nas zastępstwo, naprawdę uwierzył, że jestem Włochem.
Bardzo dużo czasu poświęcamy na obmyślanie nowych numerów, ale nie zdradzamy ich aż do wielkiego dnia.
Właśnie wymyślam zadanie dla George'a na następny poniedziałek. Pytał mnie o nie dzisiaj. Ale nie chciałem mu dać nawet najmniejszej wskazówki.
Zapowiedziałem tylko, że będzie odjazdowe.
Czwartek, 5 stycznia
Co można ulepszyć w szkole:
1. Kiedy przychodzimy, powinna grać dobra muzyka.
2. Nauczyciele powinni stać w szeregu i czekać, aż zostaną wybrani przez uczniów. Ci, których nikt nie wybrał, byliby odsyłani do domu, a na ich miejsce przychodziliby nowi.
3. Lekcja powinna trwać najwyżej dwadzieścia minut, dłużej i tak nikt nie jest w stanie słuchać nauczyciela.
4. Nauczyciele powinni co dzień mówić nam coś miłego, nawet gdyby miało to być: "Bardzo ładnie włożona koszula".
5. Żadnych mundurków - są potwornie brzydkie.
6. Żadnej pracy domowej - wystarczająco ciężko pracujemy w szkole.
7. Precz z lekcjami dzień w dzień. Taki wysiłek to po prostu wbrew naturze. Przynajmniej dwa razy w tygodniu powinniśmy przynosić różne gry i dobrze się bawić.
19.15
Nie uwierzycie! Właśnie zamknąłem się w domu i nie wpuszczam Claudii do środka! Słyszę, jak się dobija do drzwi. Ale sama się o to prosiła.
Rodzice poszli na zebranie szkolne i wszystko powierzyli pod opiekę Claudii. A tej oczywiście władza natychmiast uderzyła do głowy.
Myszkowałem sobie spokojnie w kuchni, kiedy zaczęła mnie strofować.
- Dopiero co kupiliśmy to ciasto. Zostaw trochę dla innych. Zresztą, nie powinieneś jeść tyle słodyczy...
Parę minut później odrabiałem na podłodze pracę domową (na leżąco lepiej mi się myśli), a ona znowu zaczęła mnie pouczać.
- Harvey, usiądź przy stole i choć raz odrób lekcje jak człowiek.
- Dzięki, ale tu mi bardzo dobrze - odparłem.
- Ale ty nawet normalnie bazgrzesz jak kura pazurem. Chyba chcesz, żeby nauczyciel mógł cię rozczytać, prawda?
- Niech cię o to głowa nie boli - powiedziałem. - I przestań mnie dręczyć. Zaraz zapytasz, czy nie chce mi się sikać.
- Staram się pomóc - tym razem jęknęła.
- Claudia, nie jesteś moją mamą.
- Całe szczęście - powiedziała. - Ale w tej chwili ja tu rządzę.
- Mną nie rządzisz.
- Owszem, jesteś pod moją opieką. A ja ci mówię, żebyś odrabiał lekcje przy stole jak człowiek.
- No to mnie zmuś - odparłem.
Westchnęła rozdrażniona i wyszła.
Poszedłem na górę do siebie, gdzie zjawiła się za kilka minut z czarnym workiem na śmieci.
- Masz tu jakieś śmieci? - zapytała.
- Nie, tylko ciebie.
- Chcę posprzątać, żeby pomóc rodzicom.
- Och, chodzący ideał. Jesteś tak doskonała, że aż dostaję wysypki.
- Śmierdzi tu. - Zaczęła otwierać okno.
- Hej, zostaw to.
- Nie zostawię. Przyda się tu trochę świeżego powietrza. Nie zamykaj okna.
Oczywiście, jak tylko wyszła, zatrzasnąłem okno. Po chwili usłyszałem, jak wynosi śmieci przed dom. Cóż, po prostu nie mogłem się oprzeć. Popędziłem na dół i zamknąłem drzwi. Główne i te od kuchni.
Teraz wrzeszczy na mnie przez otwór na listy. Jak myślicie, kiedy ją wpuścić? O północy? Nie, to o wiele za wcześnie.
20.30
Wpuściłem ją o ósmej.
Tak, wiem. Mam miękkie serce.
Ale ona wcale nie była mi wdzięczna, tylko skrzeczała:
- Czekaj, aż rodzice się o tym dowiedzą.
O rany, myślałby kto, że się boję.
Później słyszałem, jak rozmawia przez telefon z Gemmą - jedyną dziewczyną, która jest prawie tak stuknięta jak ona.
- Harvey jest beznadziejny. Do niczego się nie nadaje. Taki brat to kompletny obciach. Próbowałam mu pomóc. Ale mam dosyć. Teraz jesteśmy wrogami - przez cały czas nawijała.
Myślałem, że już wcześniej byliśmy.
Piątek, 6 stycznia
Ja to mam pecha.
Nie ma trzech nauczycieli, bo zachorowali na grypę, ale żaden z nich mnie nie uczy.
W święta rodzice George'a się rozstali. Teraz w ciągu tygodnia mieszka z mamą, a weekendy spędza u taty (i babci) i ma już tego dosyć.
- Wolałbym cały czas mieszkać w tym samym domu i żeby to moi rodzice wprowadzali się i wyprowadzali - zwierzył mi się.
Niedziela, 8 stycznia
12.15
Przed chwilą do kuchni weszła Claudia:
- Muszę ci coś powiedzieć, Harvey - zapowiedziała, po czym zrobiła długą przerwę.
- Pośpiesz się, bo prędzej broda mi urośnie, zanim się doczekam - powiedziałem.
- To głupie, że ze sobą nie rozmawiamy - zaczęła.
- Ja tak nie myślę... Dla mnie jest super.
- Chciałabym, żebyśmy się pogodzili - ciągnęła cichym, nienaturalnym głosem.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, pojawili się rodzice; musieli przez cały czas czaić się za drzwiami.
- I właśnie to chcieliśmy usłyszeć - powiedział tata.
Claudia uśmiechnęła się do nich słodko. Od razu domyśliłem się, że powiedziała to, żeby im się przypodobać.
- Może chciałbyś uściskać siostrę? - zapytała mama.
- Pudło, mamo - odparłem, zakładając ręka na rękę.
- To dobrze, że doszliście do porozumienia - powiedział tata.
Parę minut później, kiedy byłem już w swoim pokoju, Claudia wystawiła głowę zza drzwi.
- Chciałam ci tylko powiedzieć, że nadal tobą gardzę - rzuciła od niechcenia.
- Ciszej, jeszcze rodzice cię usłyszą i pomyślą, że wcale nie jesteś taka wspaniała.
- Niektóre dziewczyny to mają braci, z którymi mogą pogadać...
- Żaden chłopak nie chciałby z tobą gadać - przerwałem jej. - Po pierwsze, twój oddech mógłby zabić słonia.
- Myślisz, że jesteś zabawny - krzyknęła. - Ale nie jesteś... Jesteś żałosny. Szkolny głupek.
- Przynajmniej nie jestem pupilkiem rodziców. Och nie, już od dziesięciu minut nie mówili, że jesteś "wspaniała". Co teraz zrobisz?
Claudia nie powiedziała nic więcej, ale za to zaczęła ćwiczyć grę na flecie. Wie, że od tego aż zgrzytam zębami, dlatego rzępoliła tak przez parę godzin.
19.00
George wrócił właśnie od swojego taty.
- Przez cały weekend tata i babcia mówili różne złośliwe rzeczy o mamie. Teraz mamy kolej, żeby mówić źle o tacie. Nie mogę uwierzyć, że się tak zachowują. Powinni dawać mi dobry przykład.
Przyznałem mu rację.
- Kiedy się rozstawali, powiedzieli, że tak będzie łatwiej im się dogadać. Ale to kompletna bzdura. Wściekają się na siebie tak jak zawsze, tyle że teraz nie mieszkają razem.
Poradziłem mu, żeby przestał się nimi przejmować i lepiej pomyślał o zadaniu, jakie mu szykowałem na jutro.
Ciągle nie miał pojęcia, co to może być.
Koniec wersji demonstracyjnej.