Słowo wstępne
Daria Bignardi
Koty zaczęły mnie oswajać, kiedy miałam
pięć lat. Pierwszy z nich nazywał się Micione (wł. Kocur). Z moją
siostrą, która znalazła go pod samochodem zaparkowanym przed naszym
domem w Ferrarze pewnego mroźnego i mglistego dwudziestego pierwszego
stycznia - który to dzień od tamtej pory świętujemy jako jego urodziny,
choć weterynarz uświadomił nam, że zwierzak miał już wtedy cztery albo
pięć miesięcy - powtarzamy sobie, że Micione był niezwykle inteligentny,
tak bardzo, że sam otwierał sobie puszki. Mieszkał z nami przez
dwadzieścia pięć lat. Kiedy płakałam, a zdarzało się to często, bo byłam
płaksą, Micione przychodził mnie pocieszać i zlizywał mi łzy. Był kotem
norweskim, o królewskiej postawie i długiej sierści, a ja zawsze
uważałam go za starszego brata; dużo o nim opowiadałam w mojej pierwszej
książce Non vi lascer? orfani (Nie osierocę was). Kiedy Micione zmarł,
ja od kilku lat byłam już poza rodzinnym domem, a moja matka po jego
odejściu zaadoptowała Alonza, kota o perłowoszarej sierści i wyłupiastych oczach, który - według mnie i siostry - mieszkając tylko z nią, nabawił się choroby dwubiegunowej.
Teraz od czternastu lat mieszkam z Barackiem Obamą, z pręgowanym,
zielonookim kotem, długim i chudym, wyrosłym z zespołem Rebeki, bo od
początku powtarzam mu, że jest dobry i piękny, ale nigdy nie będzie tak
inteligentny jak mój brat Micione. Gdy to robię, Obama kładzie po sobie
uszy ze wściekłą miną, ale podejrzewam, że tylko dlatego, bym miała
satysfakcję.
Od kilku lat moja siostra, po długim czasie spędzonym z kotką Janis,
mieszka z Koalą, trochę dzikim kocurkiem, który pochodzi z Goro,
miasteczka położonego w delcie Padu. Jej starsza córka Annalena miała
Cassię i Amelię, a teraz towarzyszą jej Clodia i Lupin. Moja druga
siostrzenica, Silvia, wychowała Fiodora, rudego kocura, który zniknął na
dwa lata, po czym został w sposób spektakularny odnaleziony i na powrót
sprowadzony do domu. Wszystkie cztery oraz moja córka Emilia - która
jest trochę zazdrosna o Baracka Obamę - prowadzimy rodzinny czat, gdzie
rozmawiamy wyłącznie o naszych kotach. Wysyłamy sobie zdjęcia
pokazujące, co one robią, co naszym zdaniem mówią, wspominamy te koty,
których już z nami nie ma, a te obecne obgadujemy za ich plecami.
Już mieszkając z Micione, domyślałam się, że to koty są naszymi
właścicielami, ale wyraźnie i ostatecznie to zrozumiałam po przeczytaniu
książki Babas.
W Kodzie duszy James Hillman pisze, że dusze noworodków wybierają
sobie rodziców, którzy rujnują im życie, ponieważ jest to potrzebne, aby
mogły stać się sobą. Tak samo ja, czytając Babas, zrozumiałam, że
również nasze koty nas wybierają, a przede wszystkim oswajają.
Babas - z błyskotliwością godną istoty kociej - w tej książce, którą
przepięknie zilustrował Andrea Ferolla, ujawnia, jakie sztuczki stosują
koty, by nas zdobyć.
W jaki sposób Babas odkryła ich sekrety?
Słyszałam, że Babas mieszka od wielu lat z dwoma kocurami o imionach
Leopoldino i Kapitan Fracasse, ale zaczęła badać sekretny język kotów,
kiedy towarzyszył jej osobnik imieniem Pimlico, a wcześniej jeszcze
pręgowany Bobo o okrągłym pyszczku, który sypiał obok niej pod kołdrą z głową na poduszce. Według mnie kryje się jednak za tym coś więcej. Nikt
nie zrozumie dobrze kota, jeśli nie ma go trochę w sobie; są tacy,
którzy twierdzą, że w rzeczywistości Babas jest właśnie kotką o niebieskich oczach i białym umaszczeniu. Spotkałam pewną osobę - nie
mogę ujawnić jej tożsamości - która zapewniała mnie, że Babas jest
magicznym krasnalem żyjącym gdzieś w lasach Ligurii, a inna przysięgała,
że to ośmioletnie dziecko.
Oficjalnie chodzi o mediolańską artystkę mieszkającą w Rzymie, której
prawdziwe nazwisko to Barbara Capponi, ale według mnie ta tożsamość jest
tylko przykrywką.
Przestałam się nad tym zastanawiać, bo wiem, jak bardzo tajemnicze i milczące są koty. Założę się, że nigdy nie poznamy prawdy.
Zadowalam się tym, że spotkał mnie przywilej przedpremierowej lektury
tego wyjątkowego dokumentu, który nie wiedzieć jakim sposobem uniknął
kociej cenzury.
Ogólne uwagi na temat rodzaju ludzkiego
Ludzie należą do rodziny dużych małp. To
nie ich wina.
Jak wiele naczelnych, są istotami ruchliwymi, hałaśliwymi i obdarzonymi
chwytnymi łapami. W ich przypadku tylne łapy są częściowo w zaniku z powodu dwunożnej pozycji, jaką uporczywie przyjmują.
Są dużymi, pozbawionymi ogonów zwierzętami, o podłużnej budowie, na ogół
bardziej niezdarnymi od innych małp; mają owłosienie, bardziej
rozwinięte u samic, ale poza tym nie mają futra, z wyjątkiem kilku
absurdalnych miejsc na ciele.
Ich twarze są płaskie, ale nie brzydkie, a jedyną cechą, jaka z grubsza
przypomina kota, są umieszczone z przodu oczy; mają prawie zupełnie
zbędne duże nosy i nieruchome uszy. Samce mają wibrysy, ale zdaje się,
że nie wiedzą, jak z nich korzystać.
Najlepiej technicznie udaną częścią ich ciała są przednie łapy, czyli
ręce. Mają one długie palce zakończone dość marnymi pazurami i poruszają
się z wyjątkową zwinnością. Robią na nas zadziwiające wrażenie i jawią
się naszym oczom niemal jak zwierzęta żyjące własnym życiem; są to
narzędzia łączące siłę i precyzję. Kiedy już wytresujecie wasz ludzki
egzemplarz, zrozumiecie niezliczone korzyści, jakich może dostarczyć
oddana do waszej dyspozycji para rąk.
Najbardziej rzucającą się w oczy cechą tych dwunożnych stworzeń jest
ciało pokryte rzeczami, które przylegają do nich niczym druga skóra i w rzeczywistości są czasem - co odkryjecie z przerażeniem - skórą kogoś
innego.
Ludzie mają przedmioty, które wkładają sobie na głowy, nasuwają na oczy,
wieszają na ciele. Samice tego gatunku przy pewnych okazjach wsuwają
tylne łapy w rzeczy, które utrudniają im przemieszczanie się nawet na
najkrótszych dystansach, a kiedy wychodzą z nory, zabierają ze sobą taką
masę przedmiotów, że wymaga to specjalnych pojemników zwanych torbami.
Jak łatwo sobie wyobrazić, ich niezdarność nie poprawia się dzięki tym
wszystkim obciążającym ich dodatkom.
Tę obsesję ludzi na punkcie rzeczy nazywamy: rzeczomanią.
Rzeczomania zajmuje ogromną przestrzeń w życiu tych istot. Będziemy
często wracać do tego tematu.
Mimo że wygląd ludzi może budzić pewne wątpliwości, nie należy ich
lekceważyć. Bywają nadzwyczaj inteligentni i nie wstydzimy się przyznać,
że wiele ich umiejętności wciąż pozostaje dla nas tajemnicą. Potrafią
wprowadzać zmiany w swoim terytorium i wywoływać niewyjaśnione zjawiska,
jak ogień, światło, tuńczyk w puszce i inne wspaniałości.
Ludzie komunikują się ciałem na równi z wszystkimi innymi zwierzętami,
ale - podobnie jak ptaki - porozumiewają się również werbalnie, w sposób
obsesyjny i nieprzerwany.
Zaobserwowano, że dwa poziomy komunikacji - cielesna i werbalna - mogą
zmierzać w dwóch zupełnie przeciwstawnych kierunkach.
Na przykład, ludzie są w stanie serdecznie się witać, wyrażając słowami
ciepłe uczucia, gdy tymczasem ich ciało pokazuje niechęć i wrogość; na
tej samej zasadzie mogą się do was słownie przymilać, obiecując
jedzenie, podczas gdy zamierzają was schwytać i zamknąć w transporterze1.
Warto pamiętać o tej charakterystycznej dla gatunku dwulicowości,
również dlatego, że jako obca kociej naturze, może was za każdym razem
zaskakiwać. Ludzie są zwierzętami społecznymi i zazwyczaj żyją w grupach
rodzinnych. Kiedy szczenięta osiągają dojrzałość seksualną opuszczają
czasem domowe gniazdo i mogą się łączyć w małe stada młodych, dzieląc tę
samą norę. Z upływem lat mają skłonność do poszukiwania partnera i tworzenia własnej rodziny, ale nie zawsze. Istnieją też jednostki
samotnicze i te są często bardziej skore, by poddać się oswojeniu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki