Kiedy wchodzimy do gabinetu, lekarz wstaje z fotela za biurkiem. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale na pewno nie tego, co zobaczyłam - niewielkie, czyste pomieszczenie z wykładziną w nijakim szarym kolorze i zegarem jak w podstawówce na beżowej ścianie. Jednak dyplomy ustawione w ramkach na regale są z dobrych szkół - już wcześniej go sprawdziłam. To najlepszy neurolog w okolicy.
Wychodzi zza biurka, nie odwraca wzroku, ale też się nie uśmiecha. Nie jestem w stanie wyczytać diagnozy z wyrazu jego twarzy. Doskonale radzi sobie z tą trudną chwilą; z drugiej strony ma pewnie sporo doświadczenia.
- Jestem Alan Chen - przedstawia się.
- Dzień dobry - odpowiada moja mama. - Ruth Sterling, a to - kładzie dłoń na moim ramieniu - to Catherine, moja córka.
Podchodzę, podaję mu rękę i widzę za szkłami okularów, jak zaskoczony otwiera szerzej oczy.
Teraz role się odwracają i to ja jestem osobą, która ma większe doświadczenie w takich niekomfortowych sytuacjach. Doktor Chen wskazuje nam miejsca i proponuje wodę, a ja cały czas widzę, jak w myślach gorączkowo liczy lata.
Moja mama ma kilka siwych pasemek, które dodają blasku jej czekoladowobrązowym włosom, a w kącikach orzechowych oczu widać drobne zmarszczki. Wygląda na swój wiek - ma czterdzieści dwa lata. Ja za to wyglądam na starszą niż moje dwadzieścia cztery lata i słyszałam nie raz, że zachowuję się też doroślej. Być może dlatego, że uśmiech nie jest dla mnie odruchem, a tego oczekuje się od młodych kobiet.
Doktor Chen otrząsa się szybciej, niż zrobiłaby to większość. Kiedy siada w fotelu za biurkiem i otwiera leżącą teczkę, znów ma profesjonalny wyraz twarzy.
Od razu przechodzi do rzeczy.
- Ruth, czy zechciałabyś opowiedzieć o objawach, które wzbudziły twój niepokój?
Jestem przekonana, że informacje, o które pyta, może znaleźć w teczce na biurku, w formularzu wypełnionym przez moją matkę, razem z wynikami badania krwi, zleconego przez lekarza rodzinnego, które miały wykluczyć takie przyczyny, jak niedobór witaminy B12 czy boreliozę.
- Zaczęło się od drobiazgów. - Szeleści materiał spodni, kiedy moja matka zakłada nogę na nogę. - W zasadzie takich głupot, które mogą się zdarzyć każdemu. Tylko z czasem one powtarzały się coraz częściej i częściej. Nie mogłam sobie na przykład przypomnieć konkretnego słowa, którego akurat potrzebowałam. Czy zapominałam odłączyć żelazka. Takie tam.
- Kiedy zauważyłaś, że podobne incydenty zaczynają się powtarzać? - dopytuje doktor Chen.
W gabinecie zapada cisza. Na telefonie na biurku zaczyna migać czerwona lampka, lecz lekarz ją ignoruje. W powietrzu czuję dziwne napięcie. Jakby było przesycone elektrycznością.
Jestem już gotowa wtrącić się z odpowiedzią - że zaczęło się miesiąc temu - kiedy moja mama otwiera usta i mnie ubiega.
- Pewnie około czterech miesięcy temu. - Jej głos jest ledwie szeptem.
Wciągam gwałtownie powietrze i odwracam głowę, żeby na nią spojrzeć. Ma spokojny wyraz twarzy, ale nie może zapanować nad dłońmi. Bawi się delikatnym pierścionkiem z topazem i nie zdejmując go, obraca nim na palcu.
Doktor Chen robi notatki na jednej z kartek w teczce.
- Czy te objawy się pogłębiają?
Mama potakuje.
Sięgam do torebki po telefon i otwieram aplikację z notatkami.
7 maja: Odłożyła ciemne okulary do kuchennej szuflady.
10 maja: Kostki lodu nazwała kwadratową wodą.
12 maja: Zapomniała, który jest miesiąc.
Doktor Chen zadaje mamie jeszcze kilka pytań, po czym zamyka teczkę.
- Jest kilka badań, które moglibyśmy przeprowadzić...
Mam tak ściśnięte gardło, że muszę odchrząknąć, żeby wydobyć z siebie głos.
- Testy kognitywne czy od razu przejdziemy do badań obrazowych?
Matka nachyla się lekko i nawet teraz - kiedy nieuchronnie zbliża się zderzenie z betonową ścianą - w jej głosie słychać dumę.
- Catherine będzie pielęgniarką. Właśnie z wyróżnieniem ukończyła ostatni rok studiów i niedługo zaczyna pracę w szpitalu Johna Hopkinsa. Za dwa tygodnie przeprowadza się do Baltimore.
- Gratuluję. - Doktor Chen zwraca się do mnie. - Hopkins to niesamowite miejsce. Jaka specjalizacja?
- Geriatria. Pracuję na część etatu w domu opieki dla seniorów. - Widzę, jak dociera do niego ironia tej sytuacji. On może i jest ekspertem w dziedzinie neurologii, lecz jeśli chodzi o objawy mojej matki, ja też mam sporo doświadczenia i wiedzy.
Pracuję w Skrzydle Pamięci, czyli tej części instytucji, gdzie przebywają pacjenci chorzy na Alzheimera i po urazach mózgowych. Niemal każdego dnia obserwuję występowanie objawów takich, jakie moja matka dopiero co opisała.
Mimo to nie zamierzam od razu zakładać najgorszego. Wiem, że moja praca sprzyja konkretnym obawom, jednak wciąż istnieje nadzieja, że da się w prostszy sposób wyjaśnić problemy mojej matki z pamięcią i orientacją.
Moja matka jest drobną kobietą, lecz na pewno nie można jej zarzucić, że jest miękka czy słaba.
Jest wojowniczką. Jest niezniszczalna. Musi taka być.
Rozmawiamy z doktorem Chenem o różnych rodzajach badań, które można przeprowadzić, lecz matka wzbrania się przed umówieniem się na tomografię komputerową. Domyślam się, że chodzi jej o koszty. Mamy najbardziej podstawowe ubezpieczenie zdrowotne, więc po opłaceniu tej wizyty jedna awaria samochodu będzie dzieliła nasze oszczędności od zupełnego wyczerpania. I właśnie wtedy zdarza się coś, co sprawia, że czuję się, jakbym wpadła do lodowatej wody.
Moja mama wstaje i zaczyna krążyć między swoim krzesłem a ścianą. Z każdym jej krokiem wzmaga się skurcz w moim żołądku. Wiem, że im dłużej będzie chodziła, tym gorszą usłyszę wiadomość. To prosta zależność, pewna jak wzór matematyczny.
Pamiętałam, że krążyła w ten sposób, kiedy byłam w dziesiątej klasie, od niedawna spotykałam się z pierwszym chłopakiem i cieszyłam się najlepszym rokiem szkolnym w życiu. Chwilę później oznajmiła, że straciła pracę, wyrzucają nas z mieszkania i przenosimy się z Lancaster do Harrisburga w Pensylwanii.
Chodziła tak również w czasie świąt Bożego Narodzenia, zaraz przed tym, jak wyjaśniła mi, że w pracowni Świętego Mikołaja wybuchł pożar i nie dostanę żadnych prezentów.
Tak samo wędrowała po pokoju, zanim opowiedziała mi, jak odcięła się od niej cała konserwatywna i bardzo religijna rodzina i dlaczego nie spotkałam się nigdy - i już się nie spotkam - z żadną z cioć, babć, kuzynek czy kuzynów. W szkole średniej zaszła w ciążę, jej chłopak wyparł się dziecka, a oni wyrzucili ją z domu. Wszyscy, jak jeden mąż, zerwali z nią kontakt. Ale jej to nie załamało, bo ja jedna byłam dla niej więcej warta niż oni wszyscy razem.
Cienka jak igła czerwona wskazówka wiszącego na ścianie zegara nieubłaganie zatacza kolejne okręgi. Pomyślałam, że to nieludzkie okrucieństwo, kiedy pacjenci doktora Chena zmuszani są do przyglądania się, jak umyka im to, czego pragną najbardziej.
Mama dociera do ściany i odwraca się, gotowa rozpocząć kolejne kółko.
Czuję, jak wzbiera we mnie napięcie. Mój głos jest wysoki i piskliwy, jak wtedy, kiedy jako dziecko budziłam się ze snu.
- Mamo!
Przestaje krążyć. Patrzy mi w oczy po raz pierwszy, od kiedy weszłyśmy do gabinetu.
Informacja, którą słyszę, nie jest zła.
Jest tragiczna.
- Istnieje jeszcze jedna sprawa, o której nie wspomniałam w formularzu. Pewnie bałam się ubrać ją w słowa... Nie utrzymywałyśmy z matką kontaktu... ale wiem, że zmarła przed pięćdziesiątką. Dowiedziałam się o tym kilka lat temu. Odszukała mnie dawna znajoma, żeby mi o tym powiedzieć.
Nie miałam o tym bladego pojęcia.
Próbuję zapanować nad emocjami, kiedy matka mówi dalej:
- Zmarła na Alzheimera.