Jak we mgle - Sarah Pekkanen

Kup ebooka

42.00 zł
32.49 zł (32,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Motto Akt pierwszy Rozdział 1. Catherine Rozdział 2. Ruth Rozdział 3. Catherine

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23

ROZDZIAŁ 3

CATHERINE

Kiedy wchodzimy do gabinetu, lekarz wstaje z fotela za biurkiem. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale na pewno nie tego, co zobaczyłam - niewielkie, czyste pomieszczenie z wykładziną w nijakim szarym kolorze i zegarem jak w podstawówce na beżowej ścianie. Jednak dyplomy ustawione w ramkach na regale są z dobrych szkół - już wcześniej go sprawdziłam. To najlepszy neurolog w okolicy.

Wychodzi zza biurka, nie odwraca wzroku, ale też się nie uśmiecha. Nie jestem w stanie wyczytać diagnozy z wyrazu jego twarzy. Doskonale radzi sobie z tą trudną chwilą; z drugiej strony ma pewnie sporo doświadczenia.

- Jestem Alan Chen - przedstawia się.

- Dzień dobry - odpowiada moja mama. - Ruth Sterling, a to - kładzie dłoń na moim ramieniu - to Catherine, moja córka.

Podchodzę, podaję mu rękę i widzę za szkłami okularów, jak zaskoczony otwiera szerzej oczy.

Teraz role się odwracają i to ja jestem osobą, która ma większe doświadczenie w takich niekomfortowych sytuacjach. Doktor Chen wskazuje nam miejsca i proponuje wodę, a ja cały czas widzę, jak w myślach gorączkowo liczy lata.

Moja mama ma kilka siwych pasemek, które dodają blasku jej czekoladowobrązowym włosom, a w kącikach orzechowych oczu widać drobne zmarszczki. Wygląda na swój wiek - ma czterdzieści dwa lata. Ja za to wyglądam na starszą niż moje dwadzieścia cztery lata i słyszałam nie raz, że zachowuję się też doroślej. Być może dlatego, że uśmiech nie jest dla mnie odruchem, a tego oczekuje się od młodych kobiet.

Doktor Chen otrząsa się szybciej, niż zrobiłaby to większość. Kiedy siada w fotelu za biurkiem i otwiera leżącą teczkę, znów ma profesjonalny wyraz twarzy.

Od razu przechodzi do rzeczy.

- Ruth, czy zechciałabyś opowiedzieć o objawach, które wzbudziły twój niepokój?

Jestem przekonana, że informacje, o które pyta, może znaleźć w teczce na biurku, w formularzu wypełnionym przez moją matkę, razem z wynikami badania krwi, zleconego przez lekarza rodzinnego, które miały wykluczyć takie przyczyny, jak niedobór witaminy B12 czy boreliozę.

- Zaczęło się od drobiazgów. - Szeleści materiał spodni, kiedy moja matka zakłada nogę na nogę. - W zasadzie takich głupot, które mogą się zdarzyć każdemu. Tylko z czasem one powtarzały się coraz częściej i częściej. Nie mogłam sobie na przykład przypomnieć konkretnego słowa, którego akurat potrzebowałam. Czy zapominałam odłączyć żelazka. Takie tam.

- Kiedy zauważyłaś, że podobne incydenty zaczynają się powtarzać? - dopytuje doktor Chen.

W gabinecie zapada cisza. Na telefonie na biurku zaczyna migać czerwona lampka, lecz lekarz ją ignoruje. W powietrzu czuję dziwne napięcie. Jakby było przesycone elektrycznością.

Jestem już gotowa wtrącić się z odpowiedzią - że zaczęło się miesiąc temu - kiedy moja mama otwiera usta i mnie ubiega.

- Pewnie około czterech miesięcy temu. - Jej głos jest ledwie szeptem.

Wciągam gwałtownie powietrze i odwracam głowę, żeby na nią spojrzeć. Ma spokojny wyraz twarzy, ale nie może zapanować nad dłońmi. Bawi się delikatnym pierścionkiem z topazem i nie zdejmując go, obraca nim na palcu.

Doktor Chen robi notatki na jednej z kartek w teczce.

- Czy te objawy się pogłębiają?

Mama potakuje.

Sięgam do torebki po telefon i otwieram aplikację z notatkami.

7 maja: Odłożyła ciemne okulary do kuchennej szuflady.

10 maja: Kostki lodu nazwała kwadratową wodą.

12 maja: Zapomniała, który jest miesiąc.

Doktor Chen zadaje mamie jeszcze kilka pytań, po czym zamyka teczkę.

- Jest kilka badań, które moglibyśmy przeprowadzić...

Mam tak ściśnięte gardło, że muszę odchrząknąć, żeby wydobyć z siebie głos.

- Testy kognitywne czy od razu przejdziemy do badań obrazowych?

Matka nachyla się lekko i nawet teraz - kiedy nieuchronnie zbliża się zderzenie z betonową ścianą - w jej głosie słychać dumę.

- Catherine będzie pielęgniarką. Właśnie z wyróżnieniem ukończyła ostatni rok studiów i niedługo zaczyna pracę w szpitalu Johna Hopkinsa. Za dwa tygodnie przeprowadza się do Baltimore.

- Gratuluję. - Doktor Chen zwraca się do mnie. - Hopkins to niesamowite miejsce. Jaka specjalizacja?

- Geriatria. Pracuję na część etatu w domu opieki dla seniorów. - Widzę, jak dociera do niego ironia tej sytuacji. On może i jest ekspertem w dziedzinie neurologii, lecz jeśli chodzi o objawy mojej matki, ja też mam sporo doświadczenia i wiedzy.

Pracuję w Skrzydle Pamięci, czyli tej części instytucji, gdzie przebywają pacjenci chorzy na Alzheimera i po urazach mózgowych. Niemal każdego dnia obserwuję występowanie objawów takich, jakie moja matka dopiero co opisała.

Mimo to nie zamierzam od razu zakładać najgorszego. Wiem, że moja praca sprzyja konkretnym obawom, jednak wciąż istnieje nadzieja, że da się w prostszy sposób wyjaśnić problemy mojej matki z pamięcią i orientacją.

Moja matka jest drobną kobietą, lecz na pewno nie można jej zarzucić, że jest miękka czy słaba.

Jest wojowniczką. Jest niezniszczalna. Musi taka być.

Rozmawiamy z doktorem Chenem o różnych rodzajach badań, które można przeprowadzić, lecz matka wzbrania się przed umówieniem się na tomografię komputerową. Domyślam się, że chodzi jej o koszty. Mamy najbardziej podstawowe ubezpieczenie zdrowotne, więc po opłaceniu tej wizyty jedna awaria samochodu będzie dzieliła nasze oszczędności od zupełnego wyczerpania. I właśnie wtedy zdarza się coś, co sprawia, że czuję się, jakbym wpadła do lodowatej wody.

Moja mama wstaje i zaczyna krążyć między swoim krzesłem a ścianą. Z każdym jej krokiem wzmaga się skurcz w moim żołądku. Wiem, że im dłużej będzie chodziła, tym gorszą usłyszę wiadomość. To prosta zależność, pewna jak wzór matematyczny.

Pamiętałam, że krążyła w ten sposób, kiedy byłam w dziesiątej klasie, od niedawna spotykałam się z pierwszym chłopakiem i cieszyłam się najlepszym rokiem szkolnym w życiu. Chwilę później oznajmiła, że straciła pracę, wyrzucają nas z mieszkania i przenosimy się z Lancaster do Harrisburga w Pensylwanii.

Chodziła tak również w czasie świąt Bożego Narodzenia, zaraz przed tym, jak wyjaśniła mi, że w pracowni Świętego Mikołaja wybuchł pożar i nie dostanę żadnych prezentów.

Tak samo wędrowała po pokoju, zanim opowiedziała mi, jak odcięła się od niej cała konserwatywna i bardzo religijna rodzina i dlaczego nie spotkałam się nigdy - i już się nie spotkam - z żadną z cioć, babć, kuzynek czy kuzynów. W szkole średniej zaszła w ciążę, jej chłopak wyparł się dziecka, a oni wyrzucili ją z domu. Wszyscy, jak jeden mąż, zerwali z nią kontakt. Ale jej to nie załamało, bo ja jedna byłam dla niej więcej warta niż oni wszyscy razem.

Cienka jak igła czerwona wskazówka wiszącego na ścianie zegara nieubłaganie zatacza kolejne okręgi. Pomyślałam, że to nieludzkie okrucieństwo, kiedy pacjenci doktora Chena zmuszani są do przyglądania się, jak umyka im to, czego pragną najbardziej.

Mama dociera do ściany i odwraca się, gotowa rozpocząć kolejne kółko.

Czuję, jak wzbiera we mnie napięcie. Mój głos jest wysoki i piskliwy, jak wtedy, kiedy jako dziecko budziłam się ze snu.

- Mamo!

Przestaje krążyć. Patrzy mi w oczy po raz pierwszy, od kiedy weszłyśmy do gabinetu.

Informacja, którą słyszę, nie jest zła.

Jest tragiczna.

- Istnieje jeszcze jedna sprawa, o której nie wspomniałam w formularzu. Pewnie bałam się ubrać ją w słowa... Nie utrzymywałyśmy z matką kontaktu... ale wiem, że zmarła przed pięćdziesiątką. Dowiedziałam się o tym kilka lat temu. Odszukała mnie dawna znajoma, żeby mi o tym powiedzieć.

Nie miałam o tym bladego pojęcia.

Próbuję zapanować nad emocjami, kiedy matka mówi dalej:

- Zmarła na Alzheimera.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ 1

CATHERINE

Moja matka przechodzi przez nasz maleńki salon. Omiata wzrokiem starą, niebieską kanapę i stolik kawowy, po czym znika w wąskiej kuchni.

- Dopiero co miałam je w ręku. - Kiedy zaczyna kolejne okrążenie, w jej tonie wychwytuję nutkę czegoś więcej niż tylko frustracja.

Powinnam zerwać się z miejsca i pomóc jej szukać kluczyków do samochodu, żeby się nie spóźniła na swoją zmianę w restauracji.

Ale nie chcę, żeby zauważyła, że zaczęłam się trząść.

- Może sprawdzisz jeszcze raz w torebce? - podpowiadam.

Marszczy brwi i sięga do torebki.

Moja matka jest bardzo zorganizowaną osobą. Wręcz metodyczną. Poświęca wiele uwagi szczegółom. Jej torebka nie jest zbiorowiskiem zmiętych paragonów i pojedynczych monet. Ciemne okulary w etui, w portfelu drobne banknoty poukładane w tę samą stronę, wiśniowa pomadka do ust i balsam do rąk zamknięte w kosmetyczce - mniejsze saszetki w większej torebce.

Potrząsa głową i podchodzi do płaszcza przeciwdeszczowego wiszącego na haczyku przy drzwiach wejściowych, żeby przeszukać kieszenie.

Może jej ojciec bywa rozkojarzony. Może jej kuzynom i kuzynkom wraz z wiekiem coraz trudniej się skupić. Może to coś, z czego nasi krewni śmieją się w czasie wspólnie spędzanych świąt...

Nie mam pojęcia. Nigdy ich nie spotkałam.

Kiedy w czwartej klasie miałam narysować drzewo genealogiczne naszej rodziny, potrafiłam umieścić na nim tylko dwie osoby: moją mamę i siebie.

Czuję ucisk w żołądku, kiedy patrzę, jak się schyla i szuka na wycieraczce przy drzwiach, gdzie odstawiamy buty. Wygląda na jeszcze szczuplejszą niż zazwyczaj w czarnych spodniach i koszulce polo w tym samym kolorze, które wkłada do pracy razem z czerwonym fartuszkiem kelnerki.

Przez kilka ostatnich dni nie była w stanie niczego zjeść. Nocą słyszę przez cienką ścianę rozdzielającą nasze sypialnie, jak przewraca się w łóżku z boku na bok.

Jutro ma umówioną wizytę u neurologa.

"Każdy czasem gubi kluczyki do auta" - powtarzam sobie w myślach. Neurolog znajdzie jakieś proste wyjaśnienie dziwnych objawów, które pojawiły się u mojej matki. Zapisze jej lekarstwa, zaleci więcej snu i to wszystko.

Mimo to serce bije mi coraz szybciej.

Zmuszam się do głębokiego, równomiernego oddechu. Najgorsze, co mogłabym zrobić, to zacząć panikować. Dzięki zajęciom z pielęgniarstwa wiem o potężnym wpływie, jaki rozum ma na ciało i odwrotnie. Teraz muszę odzyskać spokój, żeby zachować kontrolę nad sytuacją.

To podejście działa. Po chwili czuję, że jestem w stanie się podnieść. Podchodzę do matki. Myślę intensywnie. Wsuwam dłoń do największej kieszeni jej fartuszka.

Na twarzy matki maluje się wyraz ulgi, kiedy wyjmuję stamtąd kluczyki.

- Czuję się, jakbym traciła rozu...

- Mogłabyś przywieźć jakiś karton, jeśli coś znajdziesz w restauracji?

W rzeczywistości nie potrzebuję więcej pudeł, jednak nie mogę dopuścić, żeby dokończyła to, co chciała powiedzieć.

Mam już w mieszkaniu kilka kartonów, które wyjęłam z kontenera z makulaturą za sklepem monopolowym. Nie posiadam aż tylu rzeczy, żeby je wypełnić. Poza tym szybko się pakuję. Doświadczenie robi swoje.

Kiedy jakaś rodzina wyprowadza się z domu na przedmieściach, sąsiedzi organizują imprezy pożegnalne, a matki łkają po wypiciu kilku lampek wina.

Za to ludzie tacy jak my przeprowadzają się do nowego mieszkania i nikt tego nie zauważa.

Planowałam przejrzeć rano swoje książki i ubrania. Jednak dopóki mamy nie zbada specjalista, wszystko zdaje się zawieszone w próżni.

Mama wspina się na palce, żeby pocałować mnie w policzek, po czym otwiera drzwi i wychodzi. Jej kroki są coraz mniej słyszalne.

Czekam na zupełną ciszę. Dopiero wtedy sięgam po telefon i otwieram listę, którą w tajemnicy prowadzę.

Zgubienie kluczyków do auta niekoniecznie jest kolejnym dowodem, ale mimo to zapisuję zdarzenie, dodając dzisiejszą datę.

Potem przesuwam wzrokiem po kilkunastu innych pozycjach, dokumentujących rzeczy, które moja matka zgubiła - banknot dwudziestodolarowy, wątek myśli czy drogę do domu z apteki, która jest ledwie milę stąd.

Wszystko to zdarzyło się w ciągu minionego miesiąca.

ROZDZIAŁ 2

RUTH

Jestem dobra w znikaniu. My, kobiety, robimy to bez przerwy.

Znikamy mężczyznom z oczu, kiedy kończymy czterdziestkę. Zanurzamy się w macierzyństwie i powoli tracimy tożsamość. Znikamy w dłoniach drapieżców. Posiadamy umiejętność kurczenia się, zrzucania wagi i zajmowania mniejszej przestrzeni.

- Cześć, jestem Ruth i będę was dzisiaj obsługiwała.

Powtarzam tę kwestię przynajmniej dwadzieścia razy w czasie obecnej zmiany. Nic nie ryzykuję, mogąc się założyć, że pięć minut później żaden z klientów czy klientek nie potrafiliby powtórzyć, jak mam na imię.

Ale to dobrze. Bycie niepozorną jest mi na rękę.

Nikt nie zwraca na mnie uwagi, kiedy idę chodnikiem wzdłuż Susquehanna River i przyglądam się powierzchni rzeki, która faluje delikatnie, kiedy prąd pcha wodę pod przęsłami mostu South Street. Powietrze jest ciężkie od wilgoci, a chmury kradną słońce. Mimo to nie zdejmuję okularów przeciwsłonecznych.

Bolą mnie stopy od biegania z jajkami sadzonymi, kanapkami klubowymi i niekończącymi się dolewkami kawy, a jednak zmuszam się i przyspieszam kroku.

Nie powiedziałam Catherine, że w drodze powrotnej do domu pójdę jeszcze coś załatwić. Może się martwić, że długo mnie nie ma, tym bardziej że wychodząc z pracy, włączyłam w telefonie tryb samolotowy, żeby nie mogła widzieć, dokąd idę.

Wspinam się zakręcającymi, podwójnymi schodami, które prowadzą do wejścia do biblioteki. Pchnięciem otwieram drzwi i robię to samo, co zawsze - upewniam się, że nie ma w pobliżu nikogo znajomego, po czym wybieram stanowisko najbardziej na uboczu.

Stare drewniane krzesło skrzypi, kiedy na nim siadam. Potem wyjmuję kartę biblioteczną, żeby odblokować dostęp do Internetu.

Byłoby znacznie łatwiej, gdybym mogła pożyczyć MacBooka Catherine i na nim sprawdzić, co mam do sprawdzenia - robiłam tak, jednak tylko do chwili, kiedy dowiedziałam się o historii wyszukiwarki. Kto mógł się spodziewać, że komputery zachowują w pamięci wszystkie strony, nawet po tym, kiedy się je zamyka? Straszne.

Teraz nie korzystam nawet z własnego iPhone'a, żeby wyszukać w Google'u ludzi, których kiedyś znałam, bo mam abonament łączony z córką i niechcący mogłabym zostawić jakieś elektroniczne ślady.

Catherine jest przekonana, że nie tęsknię za nikim ze swojej przeszłości. Utwierdzam ją w tym przekonaniu, bo to oznacza mniej pytań. Prawda jest jednak taka, że strasznie tęsknię za tatą i bratem. Nawet jeśli oni nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. I nawet jeśli myśl o mnie wywołuje u nich grymas niesmaku.

Mimo tych wszystkich lat, wciąż z trudem nabieram oddech, kiedy zaczynam szukać.

Najpierw sprawdzam, co u mojego młodszego brata. Staram się podtrzymać więź w jedyny sposób, w jaki mogę to robić. Timmy ma konto na Facebooku, ale ustawił je jako prywatne, więc niewiele jestem w stanie zobaczyć. Zdjęcie profilowe przedstawia jego dwuletnie bliźniaki. Córka uśmiecha się łobuzersko. A syn jest kopią Timmy'ego, kiedy sam był dzieckiem. Przez chwilę się zastanawiam, czy maluch też będzie uwielbiał baseball i lody.

Patrzę na Tima - przestał używać dawnego zdrobnienia - i przypominam sobie, jak spotkał swoją żonę i co jej o mnie powiedział. Jeśli w ogóle o mnie wspomniał.

Potem zaczynam szukać mojego ojca. Nie znajduję żadnych nowych informacji, tylko kilka niewyraźnych zdjęć, które widziałam już mnóstwo razy. Trudno na nich dostrzec jego twarz.

Mimo to przyglądam mu się. Chłonę go całego. Staram się przypomnieć sobie tembr jego głosu - ochrypły, a jednak delikatny - kiedy otulał mnie kołdrą na dobranoc. Pamiętam też, jak kładł chłodną dłoń na moim czole, kiedy miałam gorączkę; robił to, jakby mógł zabrać ze mnie całą chorobę.

Ileż bym dała, żeby znów poczuć jego ramiona i wypełnić płuca jego ciepłym, korzennym zapachem Old Spice'a, którego używał.

Kiedy jako nastolatka opuszczałam dom rodziców, zabierając ze sobą niewiele ponad ubranie na zmianę, trochę drobnych i złoty zegarek, miałam pewność, że moje odejście będzie dla nich ulgą i nigdy nie będą próbowali mnie szukać.

I tylko jedno trzymało mnie przy życiu i nie pozwalało się poddać: dziecko, które nosiłam pod sercem.

Może nie jestem już córką ani siostrą, ale jestem - i zawsze będę - matką.

Catherine i ja mamy siebie nawzajem. Nigdy nie potrzebowałyśmy nikogo więcej.

Ostatnią osobą, którą sprawdzam w Internecie, jest mój były chłopak, James Bates.

Na jego temat również nie znajduję żadnych nowych informacji. Wiem, że się nie ożenił, i mam w związku z tym mieszane uczucia.

Nigdzie nie ma nowych fotografii Jamesa, więc wyobrażam sobie, jak mógłby wyglądać po tylu latach: krótko obcięte włosy w kolorze piasku siwieją już na skroniach. Szczupła budowa dziewiętnastolatka należy do przeszłości, bo dziś jest masywniejszy i ma mocno zarysowaną szczękę. Ale to wszystko jedynie potęguje jego naturalny urok.

Późny wieczór i noc to czas najbardziej intensywnego myślenia o nim. Kiedy nie mogę zasnąć, mimo że nieuchronnie zbliża się początek mojej zmiany w pracy. Próbuję wyobrazić sobie, co robi James w tym właśnie momencie, niemal sto mil ode mnie.

Za każdym razem dochodzę do tej samej konkluzji: pewnie leży po ciemku w łóżku, tak samo, jak ja.

I zastanawiam się jeszcze, czy w ogóle o mnie myśli.

Obok mnie rozlega się głośny hałas i wypełnia salę.

Zrywam się z krzesła i odwracam, szukając wzrokiem źródła trzasku.

- Przepraszam... - mówi jakiś nastolatek, który upuścił na stół niedaleko stos książek w twardych oprawach.

- Uważaj na przyszłość i nie strasz ludzi! - odpowiadam mu głośno ostrym tonem. Ludzie zaczynają się nam przyglądać.

Nie jestem już niewidzialna.

Co oznacza, że powinnam opuścić bibliotekę najszybciej, jak się da.