O sobie
O sobie
Urodziłem się w Indiach, w roku 1903. Mój ojciec był tam urzędnikiem
administracji brytyjskiej, a nasza rodzina należała do grupy
przeciętnych rodzin pochodzących z klas średnich: rodzin wojskowych,
duchownych, urzędników państwowych, nauczycieli, prawników, lekarzy - i tak dalej. Uczęszczałem do Eton, najkosztowniejszej i najbardziej
snobistycznej brytyjskiej public school. Przyjęto mnie tam dzięki
przyznanemu stypendium; gdybym go nie otrzymał, mojego ojca nigdy nie
byłoby stać na wysłanie mnie do takiej szkoły.
Wkrótce po opuszczeniu Eton (dobiegałem wtedy dwudziestki) wyjechałem do
Birmy, gdzie wstąpiłem do Indyjskiej Policji Imperialnej. Były to
uzbrojone formacje, coś w rodzaju gendarmerie, bardzo podobne do
hiszpańskiej Guardia Civil, czy też Garde Mobile we Francji. Pełniłem tę
służbę przez pięć lat. Nie odpowiadała mi ona i sprawiła, iż
znienawidziłem imperializm, choć nastroje nacjonalistyczne nie były
jeszcze wtedy w Birmie bardzo silne, a stosunki między Anglikami a Birmańczykami nie układały się źle.
W roku 1927, podczas urlopu spędzanego w Anglii, zrezygnowałem z dalszej
służby i zdecydowałem, że zostanę pisarzem; początkowo wszakże nie
odniosłem jakichś szczególnych sukcesów. W latach 1928-1929 mieszkałem w Paryżu, pisząc nowele oraz powieści, których nikt jednak nie chciał
drukować (wszystkie rękopisy potem zniszczyłem). W następnych latach
żyłem przeważnie z dnia na dzień i kilkanaście razy zdarzyło mi się
głodować. Dopiero począwszy od roku 1934 mogłem utrzymać się z tego, co
zarobiłem piórem. Przedtem bywało, iż całymi miesiącami przebywałem
wśród biedoty i ludzi z półświatka, kryjących się w najbardziej
podejrzanych zaułkach uboższych dzielnic, albo włóczących się po
ulicach, kradnących i żebrzących. Początkowo łączył mnie z tymi ludźmi
brak pieniędzy, lecz niebawem zacząłem interesować się ich życiem.
Spędziłem wiele miesięcy na północy Anglii badając tam (bardzo
sumiennie) warunki bytu i pracy górników. Ogólnie biorąc, aż do roku
1930 nie uważałem się za socjalistę. Właściwie nie miałem jeszcze wtedy
wyrobionych poglądów politycznych. Sympatykiem socjalizmu stałem się
bardziej z oburzenia, jakim napawało mnie gnębienie ubogich warstw
robotników, aniżeli przez jakieś hipotetyczne uwielbienie społeczeństwa
planowego.
W roku 1936 ożeniłem się. Niemal dokładnie w tym samym tygodniu wybuchła
w Hiszpanii wojna domowa. Moja żona i ja chcieliśmy wyjechać do
Hiszpanii, by walczyć tam po stronie rządu republikańskiego. Byliśmy
gotowi w sześć miesięcy, zaraz po ukończeniu przeze mnie książki, nad
którą wtedy pracowałem. W Hiszpanii spędziłem niemal pół roku,
przebywałem na froncie aragońskim, nim w Huesca faszystowski snajper nie
przestrzelił mi gardła.
We wczesnych fazach wojny domowej cudzoziemcy byli w większości
nieświadomi wewnętrznych walk trwających między rozmaitymi prorządowymi
partiami politycznymi. Seria przypadków sprawiła, iż nie wstąpiłem, tak
jak większość cudzoziemców, do Brygad Międzynarodowych, tylko do milicji
POUM, czyli do hiszpańskich trockistów.
Tak więc w połowie 1937 roku, kiedy to komuniści uzyskali całkowitą (czy
też częściową) kontrolę nad rządem hiszpańskim i rozpoczęli polowanie na
trockistów, obok innych osób staliśmy się ściganą zwierzyną. Mieliśmy
jednak szczęście i nigdy nas nie aresztowano. A przecież wielu naszych
przyjaciół zostało rozstrzelanych, inni spędzili długi czas w więzieniach, bądź też po prostu zniknęli.
Te polowania na ludzi odbywały się w Hiszpanii w tym samym czasie, gdy w ZSRR trwały wielkie czystki: w pewnym sensie je uzupełniały. W Hiszpanii, tak jak i w Rosji, oskarżenia (chodziło o konspirowanie z faszystami) były takie same, i jeżeli chodzi o Hiszpanię, mam wszelkie
powody, by twierdzić, iż oskarżenia te były fałszywe. Te doświadczenia
były wszakże cenną lekcją: nauczyły mnie, jak łatwo totalitarna
propaganda potrafi podporządkować sobie opinię inteligentnych osób w krajach demokratycznych.
Moja żona i ja widzieliśmy jak niewinnych ludzi wtrąca się do więzień,
tylko dlatego, że padły na nich podejrzenia o nieortodoksyjność. A jednak po powrocie z Anglii stwierdziliśmy, iż liczni rozsądni i dobrze
poinformowani obserwatorzy tamtych zdarzeń wierzą najbardziej
nieprawdopodobnym doniesieniom o konspiracji, zdradach i sabotażu, które
podawała prasa relacjonująca moskiewskie procesy.
I w ten oto sposób uświadomiłem sobie, silniej niż kiedykolwiek,
negatywny wpływ sowieckiego mitu na zachodni ruch socjalistyczny.
W tym miejscu muszę przerwać na chwilę po to, by wyjaśnić mój stosunek
do reżimu sowieckiego.
Nigdy nie byłem w Rosji, a moja wiedza o tym kraju składa się tylko z tego, czego można dowiedzieć się z lektury książek i gazet. Nawet gdybym
mógł to uczynić, nie chciałbym wtrącać się w wewnętrzne sprawy ZSRR, zaś
Stalina oraz jego kompanów nie potępiałbym wyłącznie za ich
barbarzyńskie i niedemokratyczne metody rządzenia. Zupełnie bowiem
możliwe, iż mając nawet najlepsze intencje, w ówczesnych warunkach nie
mogli postępować inaczej.
Z drugiej jednak strony, sprawą najwyższej wagi jest dla mnie to, by
mieszkańcy Europy Zachodniej poznali prawdziwą naturę reżimu
sowieckiego. Począwszy od roku 1930 spostrzegłem bardzo niewiele faktów
świadczących o tym, iż ZSRR zmierza ku czemuś, co z całym przekonaniem
można by nazwać socjalizmem. Wprost przeciwnie, uderzyły mnie wyraźne
oznaki formowania się w tym kraju zhierarchizowanego społeczeństwa, w którym rządzący nie mają więcej powodów, by zrzec się władzy niż
jakakolwiek inna klasa rządząca. Na dobitkę, robotnicy oraz inteligencja
w takim kraju jak Anglia nie mogą pojąć, iż dzisiejszy ZSRR to zupełnie
inne państwo niż w roku 1917. Dzieje się tak częściowo dlatego, że
ludzie ci nie chcą tego zrozumieć (to znaczy pragną wierzyć, że gdzieś
na świecie istnieje państwo prawdziwego socjalizmu), a częściowo
dlatego, że są oni przyzwyczajeni do względnej wolności oraz
umiarkowania w życiu publicznym, a totalitaryzm jest dla nich czymś
całkowicie niepojętym.
Trzeba oczywiście pamiętać, iż w Anglii nie ma pełnej demokracji. Nasz
kraj należy do grupy państw kapitalistycznych, w których istnieją
olbrzymie przywileje klasowe oraz znaczne różnice majątkowe (nawet
obecnie, gdy wojna zrównała wszystkich). Tym niemniej, jest to kraj,
którego obywatele od kilkuset lat nie wiedzą, co to wojna domowa, gdzie
prawa są stosunkowo sprawiedliwe, można wierzyć niemal wszystkim
oficjalnym informacjom i statystykom, oraz w którym - co też jest ważne
- posiadanie poglądów mniejszości i ich głoszenie nikogo nie naraża na
śmiertelne niebezpieczeństwo. W takich warunkach przeciętny człowiek
nigdy nie pojmie czegoś takiego jak obozy koncentracyjne, masowe
wywózki, przetrzymywanie w więzieniu bez procesu, cenzura prasy - i tak
dalej. Wszystko, co przeczyta on na temat takiego kraju jak ZSRR,
automatycznie dopasowuje do stosunków panujących w Wielkiej Brytanii, i w rezultacie daje naiwnie wiarę kłamstwom totalitarnej propagandy. Aż do
roku 1939, a nawet i później, większość Anglików nie potrafiła dostrzec
prawdziwej natury hitlerowskiego reżimu w Niemczech, a obecnie - gdy w grę wchodzi reżim sowiecki - najczęściej poddaje się tym samym
złudzeniom.
Wyrządziło to ogromną szkodę ruchowi socjalistycznemu w Anglii i miało
poważne konsekwencje dla brytyjskiej polityki zagranicznej. Powtarzam,
sądzę, iż nic tak nie przyczyniło się do wypaczenia oryginalnej idei
socjalizmu, jak wiara w to, iż Rosja jest krajem socjalistycznym, a każde posunięcie jej władców należy usprawiedliwiać, jeżeli nie
naśladować.
W ten sposób przez ostatnie dziesięć lat nabrałem przekonania, iż
niezbędne jest zniszczenie sowieckiego mitu, jeśli pragniemy odrodzenia
prawdziwego ruchu socjalistycznego.
Skrócony tekst przedmowy, którą w marcu 1947 roku Orwell napisał do
ukraińskiego wydania Folwarku zwierzęcego. Ponieważ oryginalna wersja
tej przedmowy zaginęła, przeto tekst angielski, z którego dokonano
przekładu, jest z kolei przekładem z języka ukraińskiego. Tytuł pochodzi
od tłumacza.
Pod kluczem
Pod kluczem1
Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem, gdyż jej celem był pobyt w więzieniu, a ja nie przesiedziałem dłużej niż czterdzieści osiem godzin
w zwykłym areszcie; mimo to postanowiłem ją opisać, ponieważ procedura w sądzie policyjnym - i cała reszta - jest bardzo interesująca. Od tamtego
wydarzenia upłynęło osiem miesięcy, toteż nie jestem zbyt pewien dat,
wszystko zdarzyło się jednak na tydzień lub dziesięć dni przez Bożym
Narodzeniem roku 1931.
W sobotnie popołudnie wyszedłem z domu z czterema, może pięcioma
szylingami w kieszeni i skierowałem się ku Mile End Road, zamierzałem
bowiem upić się do zamroczenia, a uznałem, że w dzielnicy East End będą
mniej pobłażliwi wobec pijaków niż gdziekolwiek indziej. Z myślą o oczekującym mnie odosobnieniu kupiłem nieco tytoniu oraz egzemplarz
"Yank Mag"2, po czym zaraz po otwarciu pubów wstąpiłem do
najbliższego z nich, wypiłem cztery albo pięć kufli piwa, a libację
zakończyłem ćwiercią butelki whisky, co spowodowało, że zostały mi tylko
dwa pensy. Gdy w butelce chlupotało już niewiele trunku, poczułem, że
jestem nieźle wstawiony - bardziej niż zamierzałem, gdyż nic od rana nie
jadłem i alkohol zaczął działać na pusty żołądek. Ledwie zdołałem
utrzymać się na nogach, lecz mój umysł pracował sprawnie: gdy jestem
pijany, a nogi i język już odmawiają posłuszeństwa, długo jeszcze
zachowuję jasność myśli. Zataczając się, szedłem chodnikiem w kierunku
zachodnim, przez długi czas nie napotykając żadnego patrolu policyjnego,
choć na ulicach panował tłok, a mijani przechodnie wytykali mnie palcami
i wyśmiewali. Wreszcie zauważyłem, że nadchodzą dwaj policjanci.
Wyciągnąłem z kieszeni butelkę i na ich oczach wychyliłem z niej resztę
whisky, co niemal zwaliło mnie z nóg, chwyciłem więc oburącz latarnię i osunąłem się po niej na chodnik. Policjanci podbiegli, odwrócili mnie i odebrali mi butelkę.
Oni: Ej, panie kolego, coś pan wypił? (Przez chwilę myśleli, że właśnie
próbowałem się otruć).
Ja: T...to moja whisky. Z...zostawcie mnie w s...spokoju.
Oni: O rany, gość jest zalany w trupa. Gdzieżeś się pan tak urządził,
co?
Ja: B...byłem w knajpie i się zabawiłem. M...mamy Święta, n...nie?
Oni: Jeszcze do nich cały tydzień. Pokręciłeś pan daty. Lepiej niech pan
idzie z nami. Zajmiemy się panem.
Ja: A n...niby d...dlaczego miałbym iść z w...wami?
Oni: Bo zaopiekujemy się panem, odpocznie pan sobie. Jak się będziesz
pan tak taczał, to jeszcze pan pod coś wpadniesz.
Ja: Patrzcie. K...knajpa, o t...tam. W...wejdźmy się na... napić.
Oni: Na dziś masz już dość, stary. Najlepiej chodź z nami.
Ja: Dokąd m...mnie zabieracie?
Oni: Tam, gdzie znajdziesz miłe, spokojne wyrko z czystym
prześcieradłem, dwoma kocami i czym tam chcesz.
Ja: A będę mógł się tam napić?
Oni: Jasne, że tak. Mamy tam knajpę, a jakże.
Przez cały czas tej pogwarki prowadzili mnie ostrożnie chodnikiem.
Trzymali ręce w specjalnym chwycie (zapomniałem, jak się nazywa), którym
można raz-dwa złamać ramię, lecz postępowali ze mną łagodnie jak z dzieckiem. Wewnętrznie byłem zupełnie trzeźwy, toteż bardzo ubawił mnie
podstęp, jakiego użyli, by skłonić mnie do pójścia z nimi, nie
zdradzając ani słowem, że idziemy na posterunek. Przypuszczam, że
policja zawsze postępuje w ten sposób z pijakami.
Gdy weszliśmy do komisariatu (znajdował się w dzielnicy Benthal Green,
ale o tym dowiedziałem się dopiero w poniedziałek), policjanci popchnęli
mnie na krzesło i przystąpili do opróżniania moich kieszeni, podczas gdy
sierżant zadawał rutynowe pytania. Udawałem jednak, że jestem zbyt
pijany, by odpowiadać sensownie, więc z niesmakiem rozkazał tamtym
odprowadzić mnie do aresztu, co też i uczynili. Cela przypominała
pomieszczenia w domach pracy przymusowej (miała około trzy i pół na
jeden i trzy czwarte metra i mierzyła trzy i pół metra wysokości), była
jednak czystsza niż tamte i przyzwoiciej wyposażona. Ściany wyłożono
białymi ceramicznymi kafelkami, w narożniku umieszczono klozet,
zauważyłem też rurę doprowadzającą ciepłą wodę. Stała tam zbita z desek
prycza, na której leżała poduszka wypchana końskim włosiem oraz dwa
koce. Pod sufitem dostrzegłem maleńkie okratowane okienko; przez całą
noc paliła się żarówka chroniona kloszem z grubego szkła. Drzwi celi
były stalowe, ze standardowym judaszem i otworem do podawania jedzenia.
Podczas rewizji policjanci odebrali mi pieniądze, zapałki, brzytwę i szalik, ponieważ, o czym dowiedziałem się później, aresztanci wieszają
się niekiedy na własnych szalikach.
Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o następnym dniu i nocy, które okazały
się przeraźliwie nudne. Dokuczał mi ogromny kac, silniejszy niż po
zwykłej pijatyce, zapewne z powodu picia na pusty żołądek. W niedzielę
otrzymałem dwa posiłki składające się z porcji chleba posmarowanego
margaryną i kubka herbaty (równie lurowatej jak ta w schroniskach dla
włóczęgów) oraz jeden w postaci mięsa z kartoflami, który, jak
przypuszczam, zawdzięczałem miękkiemu sercu żony sierżanta, ponieważ
aresztantom przysługuje wyłącznie pieczywo z margaryną. Nie pozwolono mi
się ogolić, a do mycia przydzielono tylko trochę zimnej wody. Gdy
sierżant sporządzał protokół, opowiedziałem mu historyjkę, jaką zawsze
trzymam z zanadrzu na podobne okazje, czyli że nazywam się Edward
Burton, moi rodzice prowadzą ciastkarnię w Blythburgu, gdzie byłem
zatrudniony jako subiekt w sklepiku z tekstyliami, skąd zwolniono mnie
za nadużywanie alkoholu; następnie rodzice, którym dopiekł mój nałóg,
kazali mi opuścić dom. Dodałem również, że przez pewien czas pracowałem
jako "dochodzący" tragarz na targowisku Billingsgate3, a ostatniej nocy, kiedy niespodziewanie wpadło mi sześć szylingów,
poszedłem w tango. Policjanci byli bardzo uprzejmi, prawili morały o zgubnych skutkach pijaństwa, zapewniając jednocześnie, jak zwykle w takich sytuacjach, że nie jestem do gruntu zły - i tak dalej, i tak
dalej. Zaproponowali mi zwolnienie za kaucją, jeśli wpłacę odpowiednią
kwotę, ponieważ jednak nie miałem pieniędzy, ani też dokąd pójść,
wybrałem areszt. Było tam bardzo nudno, lecz miałem ze sobą "Yank Mag" i mogłem sobie zapalić, jeśli poprosiłem o ogień funkcjonariusza
dyżurującego w korytarzu, gdyż aresztantom nie wolno, oczywiście,
posiadać zapałek.
Nazajutrz wyprowadzono mnie wczesnym rankiem z celi, kazano się umyć,
oddano szalik, zaprowadzono na podwórze i wsadzono do "Czarnej Mańki".
Wnętrze pojazdu przypominało francuską toaletę publiczną, ponieważ po
obu stronach ciągnął się rząd maleńkich przedziałów zamykanych od
zewnątrz, w których było tylko tyle wolnej przestrzeni, by aresztant
mógł w miarę swobodnie usiąść. Na ściankach mojej przegrody wypisane
były rozmaite imiona i nazwiska, przekleństwa oraz kto jaki otrzymał
wyrok. Zauważyłem również kilka wariantów następującego dwuwiersza:
Detektyw Smith dobrze podpuszcza ("to gee")
Powiedzcie mu, żeby się uszczał.
(Czasownik "to gee" oznacza w tym kontekście: działać jako agent
provocateur).
Zrobiliśmy rundę po różnych komisariatach, z których zabraliśmy w sumie
chyba z dziesięciu aresztantów, aż w "Czarnej Mańce" zrobiło się
tłoczno. Towarzystwo było bardzo wesołe. Drzwiczki do przedziałów miały
u góry otwory wentylacyjne, dlatego też można było sięgnąć dłonią do
sąsiada naprzeciw, a że komuś udało się przeszmuglować zapałki, więc
wszyscy paliliśmy. Potem zaczęliśmy śpiewać, pamiętając zaś, że zbliżało
się Boże Narodzenie, wykonaliśmy kilka kolęd. Jechaliśmy do sądu
policyjnego przy Old Street4, zawodząc:
Adeste, fideles, laeti, triumphantes,
Adeste, adeste ad Bethelhem - i tak dalej5.
Osobiście uważam, że było to raczej nie na miejscu.
W sądzie zamknięto mnie w podobnej celi jak na komisariacie, miała nawet
tyle samo kafelków na ścianie - dokładnie je policzyłem. Oprócz mnie w pomieszczeniu znajdowało się jeszcze trzech aresztantów. Pierwszym był
dobrze ubrany, rumiany mężczyzna krzepkiej postury w wieku około
trzydziestu pięciu lat, mogący uchodzić za komiwojażera, lub, być może,
bukmachera; drugim - Żyd w średnim wieku, również przyzwoicie ubrany;
trzecim - najwyraźniej włamywacz recydywista. Był krępym, siwowłosym i dość steranym przez życie facetem o zniszczonej twarzy, tak dalece
przejmującym się oczekującą go rozprawą, że nie mógł usiedzieć
spokojnie. Krążył nerwowo po celi tam i z powrotem, niby dzikie zwierzę,
ocierając się przy tym o kolana siedzących na pryczy i wykrzykując, że
jest niewinny. Miał zarzut, jak się zdaje, włóczęgostwa i zamiaru
dokonania włamania. Powiedział nam, że był za kratkami już dziewięć razy
i że w podobnych sprawach, w których wyrok zapada najczęściej na
podstawie podejrzeń, recydywistów nieuchronnie czeka odsiadka. Co pewien
czas potrząsał pięścią w kierunku drzwi, rycząc: "Pieprzony gnojek!
Pieprzony gnojek!", mając na myśli "łapsa", który go aresztował.
Niebawem wprowadzono do celi dwóch innych zatrzymanych: odrażającego
młodego Belga, któremu zarzucano tamowanie ruchu ulicznego wózkiem z warzywami, oraz jakieś kudłate indywiduum, które było albo głuchonieme,
albo nie rozumiało ani słowa po angielsku. Wyjąwszy tego ostatniego
przybysza, wszyscy zatrzymani opowiadali o sobie z niezwykłą
otwartością. Rumiany elegant okazał się "kierownikiem" pubu (o tym, jak
dalece londyńscy właściciele tych lokali tkwią w kieszeni browarników,
świadczy to, że nazywa się ich potocznie "kierownikami", nie zaś
"gospodarzami"; w istocie są oni jedynie pracownikami najemnymi);
zdefraudował on gotówkę klubu bożonarodzeniowego6.
Był też, co jest częste w tym fachu, zadłużony u browarników i zabrał z kasy nieco grosza, niewątpliwie po to, żeby na wyścigach konnych
postawić na faworyta. Dwóch członków klubu odkryło ów fakt na kilka dni
przed wypłatą premii i dało znać policji. "Kierownik" zwrócił
natychmiast całą kwotę, poza dwunastoma funtami, które także oddał przed
rozprawą. Pomimo to było pewne, że zostanie skazany, ponieważ sądy
zaciekle zwalczają podobnych defraudantów - i rzeczywiście, jeszcze tego
samego dnia skazano go na cztery miesiące pozbawienia wolności.
Oczywiście był bezpowrotnie zrujnowany. Browarnicy spowodują niechybnie
wszczęcie postępowania upadłościowego, sprzedadzą z licytacji
wyposażenie lokalu i meble, on zaś, były właściciel, już nigdy nie
otrzyma licencji na prowadzenie pubu. Usiłował nadrabiać przed nami
miną, palił też papierosa za papierosem ze sporego zapasu gold flake'ów
- zapewne po raz ostatni w życiu dysponował papierosami w takiej ilości,
jakiej potrzebował. Kiedy mówił do nas, jego oczy miały przez cały czas
pusty, nieobecny wyraz. Wydaje mi się, że do jego świadomości stopniowo
docierało, iż jego dotychczasowe życie - rozumiane jako przyzwoity
status społeczny - właśnie się skończyło.
Żyd był zaopatrzeniowcem właściciela koszernej jatki w Smithfields.
Wykonywał to zajęcie nieprzerwanie przez siedem lat, po czym
nieoczekiwanie przywłaszczył sobie dwadzieścia osiem funtów i pojechał
do Edynburga (nie mam pojęcia dlaczego akurat tam), "użył" sobie z dziewczynkami, a gdy wyczerpał fundusze, powrócił i oddał się w ręce
policji. Zwrócił już szesnaście funtów, a resztę pozwolono mu spłacać w miesięcznych ratach. Był żonaty, miał kilkoro dzieci. Powiedział nam coś
ciekawego, a mianowicie, że jego pracodawca prawdopodobnie będzie miał
kłopoty w synagodze za to, że podał go do sądu. Podobno Żydzi mają
własne sądy rozjemcze i żadnemu Izraelicie nie wolno zaskarżyć
współwyznawcy do państwowego sądu, przynajmniej jeśli chodzi o sprzeniewierzenie, nie przedstawiwszy sprawy najpierw własnemu
trybunałowi.
Zaskoczyło mnie również to, o czym zapewniali mnie ci mężczyźni, a słowa
te słyszałem z ust niemal każdego oskarżonego o poważne wykroczenie.
Mówili oni: "Nie boję się więzienia, tylko utraty pracy". Moim zdaniem
dowodzi to, jak bardzo prawo traci swoją moc w porównaniu z kapitalistą.
Trzymali nas tak w oczekiwaniu przez kilka godzin. W celi było bardzo
niewygodnie, bo nie mogliśmy wszyscy jednocześnie usiąść na pryczy, a w dodatku było przeraźliwie zimno, mimo że tak się tłoczyliśmy. Kilku
aresztantów skorzystało z toalety, co było obrzydliwe w tak małym
pomieszczeniu, tym bardziej że nie działała spłuczka. Knajpiarz
częstował na prawo i lewo papierosami, a dyżurny policjant dostarczał
ogień. Chwilami słyszeliśmy dziwny brzękliwy odgłos z sąsiedniej celi,
gdzie w pojedynkę osadzono młodzieńca, który wbił swojej "panience" nóż
w brzuch, ale, jak się dowiedzieliśmy, kobieta prawdopodobnie przeżyje.
Bóg raczy wiedzieć, co działo się obok, lecz brzmiało to tak, jakby
nożownika przykuto do ściany. Około dziesiątej każdy z nas otrzymał
kubek herbaty - okazało się, że choć nie przewiduje tego regulamin,
napój przygotowali misjonarze - a wkrótce potem przeprowadzono nas do
pomieszczenia przypominającego sporych rozmiarów poczekalnię, gdzie
aresztowani spędzają czas przed rozprawą.
Zgromadziło się tam około pięćdziesięciu mężczyzn w rozmaitym typie,
jednak, ogólnie rzecz biorąc, ubranych znacznie lepiej niż można by
oczekiwać. Krążyli w kapeluszach na głowach tam i z powrotem, drżąc z zimna. Byłem też świadkiem niezmiernie intrygującej sceny. Otóż, gdy
zabierano mnie do celi, dostrzegłem, jak obok zamykają dwóch niedomytych
typków, znacznie brudniejszych ode mnie, zatrzymanych za pijaństwo lub
stawianie oporu władzy. Teraz w poczekalni ci dwaj, z notatnikami w dłoniach, wypytywali o coś innych zatrzymanych. Wyglądało na to, że obaj
są "tajniakami" i zamknięto ich wraz z innymi, by wyławiali co ciekawsze
informacje, wśród więźniów panuje bowiem coś na kształt wolnomularstwa,
rozmawiają ze sobą, niczego nie ukrywając. Pomyślałem, że to
wyświechtany trik.
Przez cały czas aresztantów odprowadzano parami korytarzem wiodącym do
sali rozpraw. Sierżant krzyknął: "Pijacy, wychodzić!", na co czterech
czy może pięciu z nas przedefilowało przez korytarz i zatrzymało się
przed drzwiami pomieszczenia sądu. Dyżurny policjant udzielił mi kilku
rad:
- Wchodząc, zdejmij pan czapkę, przyznaj się do winy i tylko odpowiadaj
na pytania. Byłeś pan już karany?
- Nie.
- Będzie to pana kosztować sześć szylingów. Zapłaci pan?
- Nie. Mam tylko dwa pensy.
- Dobra, nieważne. Szczęściarz z pana, nie ma dziś sędziego Browna.
Abstynent. Nie ma litości dla pijaków. Ani, ani.
Sprawy z oskarżenia o pijaństwo załatwiano tak szybko, że nawet nie
zdołałem przyjrzeć się bliżej sądowi. Pamiętam tylko jak przez mgłę
podwyższenie, godło na ścianie, urzędników siedzących przy biurkach
niżej oraz drewnianą balustradkę. Posuwaliśmy się wzdłuż niej gęsiego, a całe postępowanie wyglądało za każdym razem tak:
- Edward Burton - pijany - i zamroczony.
- Pił?
- Tak.
- Sześć szylingów, przechodzić - następny!
Cała ta procedura trwała około pięciu sekund. Po przeciwnej stronie
korytarza znajdował się pokój, w którym siedział sierżant z księgą
spraw.
- Sześć szylingów? - zapytał.
- Tak.
- Płaci pan?
- Nie mam z czego.
- W porządku, z powrotem do celi.
I tak odprowadzono mnie i zamknięto w celi w niespełna dziesięć minut po
tym, jak z niej wyszedłem.
Powrócił również właściciel pubu, którego sprawę odroczono, oraz młody
Belg, niemogący, podobnie jak ja, zapłacić grzywny. Żyda nie było: nikt
nie wiedział, czy go zwolniono, czy też skazano. W ciągu dnia przez celę
przewinęło się wielu zatrzymanych, jedni czekali na rozprawy, inni, by
"Czarna Mańka" zabrała ich do więzienia. Nadal panował chłód, a ohydny
klozetowy odór w celi stał się nie do zniesienia. Około drugiej dali nam
obiad złożony z kubka herbaty i dwóch kromek chleba z margaryną na
osobę. Widocznie był to posiłek regulaminowy. Jeśli ktoś miał przyjaciół
na zewnątrz, mógł dostać jedzenie z miasta, a jednak odebrałem to jako
cholerną niesprawiedliwość, że ten, kto nie ma grosza przy duszy, musi
oczekiwać na rozprawę mając w żołądku tylko chleb z margaryną, a także
zarośnięty - ja sam nie miałem przez czterdzieści osiem godzin
możliwości ogolenia się - co wyglądało na chęć sprawienia, by sąd się
doń uprzedził.
Wśród tych, którzy przewinęli się przez celę, było dwóch kumpli czy
wspólników zwanych, o ile dobrze pamiętam, Snouter i Charlie,
aresztowanych za jakieś wykroczenie uliczne, chyba za tamowanie ruchu
ulicznego wózkiem z warzywami. Snouter był rumianym na twarzy złośliwym
chudzielcem, a Charlie facetem krępym, krzepkim i jowialnym w obejściu.
Ich konwersacja była dość interesująca.
Charlie: W mordę, ale tu kurewsko zimno. Mieliśmy fart, że nie było dziś
starego Browna. Łypnąłby tylko i wlepił każdemu po miechu.
Snouter (z nudów śpiewa):
Sępię, sępię, to mój fach,
Jestem w tym dobry, że aż strach.
Sępię tu, sępię tam,
Zawsze sobie radę dam.
Charlie: Och, wal się z tym swoim sępieniem! O tej porze roku trzeba
myśleć o wyżerce. Te wszystkie indyki na wystawach, jak szeregi jakiegoś
pieprzonych żołnierzy bez mundurów - aż ci ślinka leci z pyska, co nie?
Zakładam się o szóstaka pensów, że jeszcze przed wieczorem zwinę taką
jedną sztukę.
Snouter: I na cholerę ci on? Przecież nie upieczesz jebańca na ogniu w schronisku?
Charlie: Na kij go piec? Wiem, gdzie mogę go spylić, za szylinga albo
dwa.
Snouter: To żaden interes. Teraz najlepiej zarabiać śpiewaniem. Kolędy -
to jest coś. Jak jeszcze zacznę ciągnąć je na smętnie, to wszystkim
serca miękną. Stare prukwy aż łzawią jak mnie słuchają. Ale w te święta
chyba nic z tego. Jak mam wywlekać komuś forsę z gardła, to już wolę
siedzieć w chałupie.
Charlie: No to ja zaśpiewam ci kawałek kolędy. Hymny też znam... (zaczyna
śpiewać niezłym basem):
Jezu. Ty mą duszę miłujesz
Opiece polecam się Twojej...
Dyżurny policjant (spogląda przez zakratowane okienko):
- Spokój tam, spokój! Myślicie, że co to jest? Modlitewne spotkanie
baptystów?
Charlie (cichym głosem po odejściu policjanta):
- Wal się, obszczańcu. - I nuci:
Gdy wody wzburzone falują,
Gdy nawałnic toczą się boje!7
- Chyba nie ma takiego hymnu, którego bym nie znał. Przez moje ostatnie
dwa lata w Dartmoor śpiewałem w chórze jako bas.
Snouter: Taa? Jak jest teraz w Dartmoor? Dają tam jeszcze marmoladę?
Charlie: Nie, ale dają ser, dwa razy na tydzień.
Snouter: Nie mów! A ile żeś tam właściwie kiblował?
Charlie: Czwórkę.
Snouter: Czwórka bez cipy - o w mordę! Faceci tam to chyba dostają
świra, jak zobaczą kawałek spódnicy (kobietę), co?
Charlie: Spoko, w Dartmoor dymaliśmy stare baby po krzakach jakeśmy
wychodzili do roboty. Ciągło się je pod żywopłot jak była mgła. Kopały
tam ziemniaki. Rżnęły się aż miło, a wszystkie pod siedemdziesiątkę.
Czterdziestu nas na tym przyłapali, no i dali popalić! Chleb i woda,
łańcuchy - wszystko. Przysiągłem po tym na moją Biblię, że już nigdy nie
dam się zapuszkować.
Snouter: Co ty nie powiesz! A za co zwinęli cię ostatnim razem?
Charlie: Nie uwierzysz, stary. Zostałem zakapowany - przez moją siostrę!
Taa, własną, pieprzoną siostrę. Krowa z niej jakich mało. Chajtnęła się
z jakimś religijnym dupkiem i przez tę jebaną religię ma teraz
piętnastkę bachorów. I właśnie ten ojczenaszek namówił ją, żeby mnie
zakapowała. Ale się odegrałem, mówię ci. Wiesz, co zrobiłem jak tylko
wyszłem z mamra? Kupiłem młot, poszłem na chawirę siostruni i rozwaliłem
jej pianino w pieprzone drzazgi. A jak. A potem mówię, że to za to, że
mnie zakablowała. "Ty kobyło!", wrzasnąłem do niej - i tak dalej, i tak
dalej.
Gawędzili w podobnym tonie przez cały dzień, zadowoleni, bo mieli lekkie
zarzuty i dobrze się czuli we własnym towarzystwie. Ci, których
oczekiwała odsiadka w więzieniu, nie mówili nic, zachowywali się
niespokojnie, a wyraz twarzy niektórych z nich - tych statecznych,
pierwszy raz w życiu zatrzymanych przez policję - był zaiste straszny.
Około trzeciej po południu wyprowadzono z celi właściciela pubu i odwieziono pod konwojem do więzienia. Pocieszyło go trochę to, co
usłyszał od dyżurnego policjanta, że jedzie do tego samego zakładu
karnego, w którym siedział lord Kylsant8. Knajpiarz wymyślił
sobie, że jeśli będzie się go tam trzymać, to może na wolności tamten
załatwi mu jakąś pracę.
Nie miałem pojęcia, jak długo będę siedzieć w areszcie; przypuszczałem,
że co najmniej kilka dni. Jednak między godziną czwartą a piątą po
południu wyprowadzono mnie z celi, oddano z depozytu rzeczy i kazano
opuścić komisariat. Jednodniowa odsiadka najwidoczniej wystarczyła
zamiast grzywny. Miałem tylko dwa pensy gotówki, nic do jedzenia przez
resztę dnia poza chlebem z margaryną, no i byłem głodny jak sto diabłów;
jednak, jak to zwykle bywa, gdy ma się do wyboru tytoń albo jedzenie, za
swoje dwa pensy kupiłem tytoń. Następnie poszedłem do schroniska dla
ubogich przy Waterloo Road, prowadzonego przez Armię
Kościoła9, gdzie można zjeść dwa posiłki składające się z chleba, peklowanej wołowiny i herbaty, uczestnicząc potem w zbiorowych
modlitwach, a wszystko to za cztery godziny piłowania drewna.
Następnego ranka wróciłem do domu, skąd wziąłem trochę grosza i ruszyłem
w kierunku Edmonton. Dotarłem do tamtejszego schroniska o dziewiątej
wieczór, a choć nie byłem zupełnie pijany, widać było po mnie, że jestem
pod wpływem; sądziłem, że to wystarczy, by mnie zamknęli, ponieważ w świetle ustawy o włóczęgostwie tramp popełnia wykroczenie, jeśli
przychodzi do przytułku pijany. Jednakże tamtejszy funkcyjny odniósł się
do mnie z szacunkiem, uznał chyba, iż włóczęga, który ma fundusze na
alkohol, zasługuje na poważanie. I mimo że podczas kilku następnych dni
próbowałem jeszcze kilkakrotnie trafić do więzienia, żebrząc na oczach
policji, jak na ironię nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. W tej sytuacji, ponieważ nie chciałem popełnić poważniejszego wykroczenia,
co mogłoby spowodować ustalenie mojej prawdziwej tożsamości - i tak
dalej - dałem za wygraną. Moja wyprawa zakończyła się fiaskiem, opisałem
ją jednak, ponieważ dała mi sporo interesujących doświadczeń.
Tytuł oryginalny: The Clink, sierpień 1932 r.
Schronisko dla włóczęgów
Schronisko
dla włóczęgów
Było późne popołudnie. Nasza grupa - czterdziestu ośmiu mężczyzn i jedna
kobieta - leżała pokotem na trawie i czekała na otwarcie schroniska.
Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby wdawać się w rozmowy. Każde z nas legło
gdzie popadło; z zarośniętych gęb sterczały skręty. Nad naszymi głowami
zwieszały się gałęzie kasztanowców okryte kwiatami, a wysoko, po czystym
niebie, prawie niedostrzegalnie sunęły wielkie strzępiaste obłoki.
Rozrzuceni na murawie niczym śmiecie, tworzyliśmy zbieraninę
wyświechtanych miejskich obdartusów. Kalaliśmy otoczenie, tak jak puszki
po konserwach i zużyte torby papierowe zanieczyszczają nadmorskie plaże.
Jeżeli już się rozmawiało, to wyłącznie o urzędującym w tutejszym
schronisku "Włóczędze Funkcyjnym". Był on, co zgodnie zaświadczali
wszyscy, bestią, dzierżymordą, tyranem, rozwrzeszczanym, ubliżającym,
bezlitosnym psem. Gdy kręcił się w pobliżu, żaden włóczęga nie śmiał
nawet pisnąć, gdyż znany był z tego, że wielu nędzarzy wyrzucił
kopniakami w środku nocy ze schroniska tylko za to, że nie dość
uprzejmie mu odpowiedzieli. Kiedy przy wejściu szło się na obszukanie,
to - jak wszyscy się zaklinali - Funkcyjny brał po prostu klienta za
nogi i mocno nim potrząsał. Jeżeli znalazł u kogoś tytoń, trzeba było
płacić cholernie wysoką karę, a jeśli ktoś chciał wejść z pieniędzmi (co
jest sprzeczne z przepisami) - mógł od razu polecić duszę Bogu.
Miałem przy sobie osiem pensów.
- Na miłość boską, co robisz, przyjacielu - wykrzyknął pewien bywalec
schronisk. I posowił mi:
- Nie bierz forsy ze sobą. Za wejście do tej budy z ośmioma pensami
wlepią ci siedem dni paki!
Zagrzebałem więc pieniądze pod żywopłotem, oznaczając to miejsce
kamieniem. Potem wszyscy wzięliśmy się za chowanie zapałek i tytoniu,
żeby je przeszmuglować: posiadanie tych artykułów jest bowiem oficjalnie
zabronione prawie we wszystkich schroniskach, toteż każdy powinien je
zostawić na noc przy wejściu. Trefny towar poupychaliśmy zatem w skarpetach, ale ponieważ dwudziestu z nas ich nie miało, musieli
przenieść tytoń w butach, układając go nawet pod palcami stóp. Od tej
kontrabandy kostki u nóg tak nam pogrubiały, że gdyby ktoś spojrzał na
naszą gromadkę, mógłby pomyśleć, że nagle wybuchła wśród nas epidemia
elefantiazy. Zgodnie jednakże z pewnym niepisanym prawem, nawet
najbardziej bezwzględni funkcyjni nigdy nikogo nie obszukują poniżej
kolan, więc w rezultacie tylko jednego z nas przyłapano na szmuglu. Był
to Scotty, niski, zarośnięty włóczęga, mówiący dziwacznym akcentem,
który brzmiał, jakby zrodził się gdzieś pod Glasgow, ale też zatrącał
londyńskim cockneyem. Wypełniona niedopałkami puszka Scotty'ego wypadła
mu ze skarpetki w najmniej odpowiednim momencie i została skonfiskowana.
O szóstej brama otworzyła się na oścież i weszliśmy do środka. Urzędnik
wpisał nasze nazwiska oraz inne dane do rejestru, po czym odebrał nam
zawiniątka z rzeczami. Kobietę odesłano na specjalny oddział, gdzie
włóczęgom przydzielano pracę, nas zaś do schroniska. Był to ponury,
zimny, pobielony wewnątrz wapnem budynek. Mieściły się tam wyłącznie
umywalnia, jadalnia i około setki wąskich, kamiennych cel. Ów straszliwy
Funkcyjny oczekiwał już przy drzwiach, skąd poprowadził nas całym stadem
do umywalni; mieliśmy tam zdjąć ubrania i przejść rewizję. Funkcyjny był
osobnikiem o szorstkim obejściu, około czterdziestki, miał w sobie coś z wojskowego, a z włóczęgami nie bawił się w uprzejmości, traktował nas
zupełnie jak stado owiec u wodopoju, poganiał wszystkich szturchańcami,
mieszał z błotem. Gdy jednak doszedł do mnie, spojrzał badawczo i zapytał:
- Jesteście dżentelmenem?
- No cóż, chyba tak - odpowiedziałem.
Obrzucił mnie jeszcze raz spojrzeniem.
- O, to masz pan cholernego pecha - wyznał - tak, tak, cholernego pecha.
- Po tej rozmowie najwyraźniej postanowił, jak się potem okazało,
traktować mnie w miarę miłosiernie, a nawet z rodzajem szacunku.
Umywalnia przedstawiała obrzydliwy widok. Zostały odsłonięte wszystkie
wstydliwe sekrety naszej bielizny: brud, dziury, łaty, troki zamiast
guzików, kolejne warstwy jakichś resztek i strzępów materiału - często
dosłownie same dziury trzymające się kupy jedynie dzięki zlepiającemu je
w całość brudowi. W pomieszczeniu zrobiło się tłoczno od parujących
nagich ciał, kwaśny odór włóczęgów gryzł się z mdłą wonią przypominającą
smród kloaki, właściwą schroniskom. Niektórzy nie chcieli się kąpać,
wyprali sobie tylko "owijacze palców", czyli ohydnie lepkie skrawki
materiału, którymi włóczędzy okręcają sobie stopy. Każdy z nas miał trzy
minuty na kąpiel. Całej gromadzie musiało wystarczyć sześć śliskich od
brudu ręczników, zeszytych końcami i zawieszonych na wałkach.
Po kąpieli zabrano nam odzież i rozdano szare bawełniane koszule,
podobne do okryć nocnych, sięgające do połowy ud. Potem musieliśmy
przejść do sali jadalnej, gdzie na zbitych z desek stołach podano nam
kolację. Był to posiłek, jaki zwykle jada się w schroniskach, zawsze ten
sam, bez względu na to, czy nazywa się "śniadaniem", "obiadem" czy
"kolacją", a więc: ćwierć kilo chleba, kawałeczek margaryny i pół litra
niby to herbaty. Przełknięcie tego lichego, niezdrowego jadła zajęło nam
pięć minut. Następnie Funkcyjny wydał każdemu po trzy bawełniane koce i rozprowadził wszystkich po celach, w których mieliśmy spędzić noc. Drzwi
do tych pomieszczeń zamknięto od zewnątrz nieco przed siódmą wieczór -
miano ich nie otwierać przez następne dwanaście godzin.
Cele mierzyły dwa i pół metra na półtora i nie miały żadnego oświetlenia
z wyjątkiem jednego malutkiego, zakratowanego okienka umieszczonego
wysoko pod sufitem oraz judasza w drzwiach. Ale nie było też robactwa, a wyposażenie stanowiły żelazne łóżka, na których leżały sienniki: jedne i drugie należały do rzadko spotykanych luksusów. W wielu schroniskach
trzeba bowiem spać na drewnianych półkach wystających ze ścian, a czasem
wprost na podłodze - za poduszkę służy wtedy zrolowane wierzchnie
okrycie. Znajdowałem się w celi sam i nie dzieliłem z nikim łóżka,
dlatego też liczyłem, że się porządnie wyśpię. Nic jednak z tego nie
wyszło, w każdym bowiem schronisku zawsze jest z czymś nie tak, a wadą
tego, w którym właśnie przebywałem, było, co natychmiast odkryłem,
panujące tu zimno. Zaczął się właśnie maj i chyba z powodu tej pory roku
- w charakterze, zapewne, skromnej ofiary złożonej bogom wiosny - władze
schroniska odcięły dopływ gorącej wody do rur grzejnych, wskutek czego
bawełniane koce, jakie nam wydano, okazały się prawie bezużyteczne. Nocą
można było tylko kulić się, zasypiać na dziesięć minut, budzić się
przemarzniętym na kość i niecierpliwie wyczekiwać ranka.
I jak to bywa w schroniskach, gdy w końcu zdołałem się jakoś ułożyć i zasnąć, nadeszła pora wstawania. Funkcyjny przeszedł korytarzem,
łomocząc buciorami i wrzeszcząc, żebyśmy szybko wyłazili z betów.
Natychmiast też korytarz zaroił się od brudnych, śmierdzących postaci w przydziałowych koszulach. Towarzystwo pognało czym prędzej do umywalni -
rano bowiem wszystkim musiała wystarczyć tylko jedna, wspólna kadź i kto
pierwszy jej dopadł, ten mył się w czystej wodzie. Kiedy ja dostałem się
do umywalni, dwudziestu włóczęgów zdążyło już umyć twarze. Jednym
spojrzeniem ogarnąłem czarny kożuch na powierzchni wody i zdecydowałem,
że tego dnia pozostanę brudny.
Włożyliśmy szybko ubrania, a potem przeszliśmy do jadalni, by piorunem
przełknąć śniadanie. Chleb był znacznie gorszy, niż zwykle bywa w takich
schroniskach, bo nasz Funkcyjny, idiota, który w dodatku strugał
wojskowego, pokroił go już poprzedniego dnia i dlatego kromki zdążyły
tak sczerstwieć, że przypominały suchary jadane dawniej na okrętach. Po
zimnej, bezsennej nocy byliśmy jednak zadowoleni przynajmniej z herbaty.
Nie wyobrażam sobie, co włóczędzy zrobiliby bez herbaty, czy też raczej
bez tego płynu, który tak nazywają. Jest to ich pożywienie, ich lek,
panaceum na wszelkie zło. Bez tych dwóch litrów, bo tyle chyba wlewają w siebie codziennie, wątpię, czy zdołaliby stawić czoło trudom życia.
Po śniadaniu trzeba było znów się rozebrać - tym razem po to, by przejść
kontrolę lekarską, która w schroniskach jest środkiem zapobiegawczym
przeciw ospie. Nim zjawił się doktor, minęły trzy kwadranse, był więc
czas na dokładniejsze przyjrzenie się pozostałym włóczęgom i naoczne
przekonanie się, co za typy tu trafiają. To, co zobaczyłem, było w istocie pouczające. Staliśmy na korytarzu w długim dwuszeregu, rozebrani
do pasa, dygoczący z zimna. Promienie słoneczne przenikające przez
szyby, błękitnawe i chłodne, oświetlały nasze ciała z bezlitosną
dokładnością. Wątpię, czy ktokolwiek, kto nie oglądał wcześniej takiej
zbieraniny, potrafi wyobrazić sobie ten widok: przypominaliśmy stado
zdegenerowanych kundli o rozdętych brzuchach. Skołtunione włosy,
zarośnięte, pomarszczone twarze, zapadłe klatki piersiowe, płaskie
stopy, sflaczałe mięśnie - u każdego można było znaleźć jakąś deformację
lub odrażającą fizyczną szpetotę, spowodowaną przez choroby. Wszyscy
stłoczeni na korytarzu mieli obwisłe, blade ciała i skórę chorobliwie
wyblakłą, jak zawsze włóczędzy pod swoją zwodniczą opalenizną. Bardzo
dobrze zapamiętałem kilku. Był tam na przykład "Tatko", który miał
siedemdziesiąt cztery lata, nabiegłe krwią, łzawiące oczy i nosił pas
przepuklinowy; był też pewien wygłodniały osobnik ze sterczącymi
żebrami, zapadniętymi policzkami, rzadką bródką i wklęsłym brzuchem,
wyglądający jak zewłok biblijnego Łazarza z prymitywnego obrazka; był
wreszcie jakiś imbecyl, który chodził tam i z powrotem, co pewien czas
chichocząc z jakimś cichym zadowoleniem, jakby z tego, że stale opadają
mu spodnie, pod którymi nie miał nic. Jednakże tylko garstka spośród
pozostałych wyglądała lepiej niż ci trzej; nie znalazłoby się między
nimi nawet dziesięciu przyzwoicie zbudowanych mężczyzn, a połowa, jak
sądzę, powinna była leżeć w szpitalu.
Ponieważ była niedziela, mieliśmy pozostać w schronisku aż do końca
weekendu. Gdy tylko lekarz poszedł, zagoniono nas z powrotem do sali
jadalnej, której drzwi zamknięto od zewnątrz. Była to sala o ścianach
bielonych wapnem i kamiennej posadzce, niesłychanie ponura ze swymi
zbitymi z desek stołami i ławami oraz iście więziennym odorem. Okna
znajdowały się tak wysoko, że nie sposób było wyjrzeć na zewnątrz, a jedyną ozdobę stanowiła tablica z "Przepisami", grożącymi straszliwymi
karami każdemu, kto by je złamał. W sali panował taki ścisk, że nikt nie
mógł poruszyć łokciem, nie szturchając przy tym sąsiada. Już o ósmej
wieczór byliśmy śmiertelnie znudzeni tą niewolą. Rozmawiano wprawdzie,
ale tematów nie było zbyt wiele, tylko drobne plotki z życia włóczęgów,
wiadomości o dobrych i złych schroniskach, w których opieka społeczna
traktuje trampów lepiej bądź gorzej, historie o niegodziwościach policji
i Armii Zbawienia. Włóczędzy rzadko rozmawiają o czymś innym, wyłącznie,
że tak powiem, o sprawach zawodowych. Nie istnieją u nich tematy
zasługujące na miano "rozmowy", ponieważ pustka w żołądkach zabija
ochotę i zdolność do dociekań umysłowych. Ludzie ci i tak nie dają sobie
rady z większością spraw tego świata. Ich najbliższy posiłek nigdy nie
jest zbyt pewny, dlatego też nie potrafią myśleć o niczym innym jak
tylko o tym.
Leniwie minęły dwie godziny. Leciwy "Tatko" o umyśle przyćmionym przez
wiek siedział w milczeniu: plecy miał zgięte w kabłąk, a z zaczerwienionych oczu wolno kapały na posadzkę łzy. George, stary brudny
włóczęga, znany wszystkim z dziwacznego zwyczaju sypiania w kapeluszu,
narzekał, bo przypomniał sobie, że gdzieś po drodze zgubił pakunek z wyżerką. Bill obibok, najlepiej z nas wszystkich zbudowany, krzepki
żebrak herkulesowej postury, od którego zalatywało piwem nawet po
dwunastu godzinach spędzonych w schronisku, snuł opowieści o naciąganiu
rozmaitych frajerów na datki, o kuflach piwa, jakie stawiano mu w knajpach, i o pewnym pastorze, co to poleciał z mordą na policję,
wskutek czego jego, Billa, wsadzili na siedem dni do pudła. William i Fred, dwaj młodzi byli rybacy z Norfolk, śpiewali smętną piosenkę o nieszczęsnej Belli, zdradzonej przez kochanka i zmarłej tragicznie w zaspie śniegu. Imbecyl, śliniąc się, bełkotał o jakimś urojonym
paniczyku, który podobno dał mu kiedyś dwieście pięćdziesiąt siedem
złotych suwerenów. I tak nam schodził czas - na jałowym ględzeniu o niczym i opowiadaniu nudnych jak flaki z olejem, oklepanych świństw.
Wszyscy palili - poza Scottym, któremu przy kontroli u wejścia zabrano
tytoń, więc nieborak nie mógł sobie zakurzyć i wyglądał z tego powodu
tak nieszczęśliwie, że odstąpiłem mu trochę własnego tytoniu i bibułkę.
Paliliśmy pośpiesznie, chowając papierosy jak uczniacy na odgłos kroków
Funkcyjnego, bo choć na palenie patrzono przez palce, to oficjalnie było
ono jednak zabronione.
Większość włóczęgów spędziła w tej ponurej sali kolejne dziesięć godzin.
Trudno pojąć, jak mogli to wytrzymać. Naszła mnie myśl, że najgorszym
złem w życiu trampa jest nuda, gorsza od głodu i niewygód, a nawet od
ciągłej świadomości społecznego wykluczenia. Uwięzienie ciemnego
człowieka na cały dzień bez żadnego zajęcia to równie głupie
okrucieństwo, jak uwiązanie psa w beczce. Tylko człowiek wykształcony,
potrafiący wyciszyć się wewnętrznie, umie znieść zamknięcie. Włóczędzy
natomiast, prawie zawsze niepiśmienni prostacy, stają wobec swej niedoli
z pustym, bezrefleksyjnym umysłem. Usadzeni na dziesięć godzin na
niewygodnych ławach, nie mają pojęcia, czym się zająć, i jeżeli w ogóle
coś im przychodzi do głowy, to tylko skamlenie o swym pechu i deklarowanie tęsknoty za jakąś robotą. Nie mają w sobie nic, co
pozwoliłoby im przetrwać udręki bezczynności. A zatem, skoro tak wielka
część ich życia upływa im na próżnowaniu, cierpią męki nudy.
Miałem znacznie więcej szczęścia od innych, ponieważ o dziesiątej
Funkcyjny wybrał mnie do najbardziej pożądanego zajęcia w schronisku, a mianowicie do pomocy w kuchni przytułku dla tych, których zatrudniano.
Tak naprawdę to nie miałem tam nic do roboty, więc mogłem zaszyć się w szopie na ziemniaki razem z kilkoma oberwańcami, którzy urwali się z niedzielnego nabożeństwa porannego. W szopie miło grzał piecyk, stały
wygodne skrzynki służące za siedziska, były stare numery "Family
Herald", a nawet książka o Rafflesie, dżentelmenie włamywaczu, z biblioteki przytułku. Po schronisku był to raj.
Pozwolono nam również zjeść obiad, jaki otrzymywali zatrudnieni, i był
to jeden z najobfitszych posiłków, jakim kiedykolwiek mnie uraczono.
Włóczęga nie uświadczy takiej fury jedzenia nawet dwa razy w roku - w schronisku czy poza nim. Obijający się w szopie nędzarze powiedzieli mi,
że w niedziele zawsze obżerają się po gardło, ale przez sześć
pozostałych dni tygodnia chodzą głodni. Po posiłku kucharz zapędził mnie
do zmywania i kazał wyrzucać przyniesione z baraków resztki jedzenia.
Ich ilość była zadziwiająca - ujrzałem sterty olbrzymich porcji
wołowiny, kubły pełne chleba i jarzyn, a wszystko zsypywano do
pojemników na odpadki i jeszcze rzucano na wierzch wyparzone fusy
herbaciane. Tym pełnowartościowym pożywieniem wypełniłem po brzegi pięć
pojemników. Tymczasem moi koledzy włóczędzy siedzieli w oddalonym o dwieście metrów schronisku, mając w żołądkach nędzny obiad, składający
się z nieśmiertelnego chleba, takiejż herbaty i może na dokładkę z dwóch
zimnych, gotowanych kartofli, jako że była niedziela. Najwyraźniej
żywność marnowano tam rozmyślnie, zamiast przeznaczać ją dla głodnych
włóczęgów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki