Jak uratować święta - Vincent Vin

Reflow text when sidebars are open.
Droga do miasteczka North Pole
Pociąg pędził przez skute lodem pustkowia Alaski, pozostawiając za sobą chmary dymu. W jednym z przedziałów, z nosem niemal przyklejonym do oszronionej szyby, siedział rudowłosy chłopiec. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zimowy krajobraz przesuwający się za oknem. Z czasem jednak nawet ten widok zaczął go nużyć. W końcu odsunął nos od szyby i głęboko ziewnął. Potem zdjął kurtkę i rzucił ją niedbale na fotel obok.
"Co mogę robić podczas tak nudnej podróży?", pomyślał, pocierając dłonią oczy. Jego myśli zaczęły krążyć wokół rzeczy, których teraz tak bardzo mu brakowało.
- Wybierając się w tak długą podróż, mogłem zabrać ze sobą jakąś książkę - westchnął z lekkim żalem. Książki zawsze były dla niego bezpiecznym schronieniem przed rzeczywistością. Uciekał w ich świat, ilekroć codzienność zaczynała go przytłaczać.
Chłopiec spędził ostatnie dni w samotności, tułając się po dworcach. Brakowało mu towarzystwa, kogoś, z kim mógłby podzielić się choćby kilkoma słowami, kto mógłby zrozumieć jego sytuację. Ale czy rozmowa naprawdę przyniosłaby mu pocieszenie?
Przypomniał sobie chwilę, o której wolałby zapomnieć raz na zawsze... Na jednym z dworców podszedł do niego policjant o surowym spojrzeniu i zasypał go pytaniami, na które chłopiec nie miał gotowych odpowiedzi.
- Dlaczego tutaj siedzisz? Na kogo czekasz? - pytał policjant, a w jego głosie brzmiało podejrzenie.
Chłopiec próbował się tłumaczyć, mówiąc, że czeka na rodziców, którzy poszli do sklepu. Ale policjant nie wyglądał na przekonanego.
- Czy na pewno jest tak, jak mówisz? Hmm? - dociekał, teraz już wyraźnie poirytowany. - Obserwowałem cię od dłuższego czasu i nie widziałem przy tobie rodziców. Chyba coś przede mną ukrywasz... Nie mylę się?
Chłopiec zdawał sobie sprawę, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, będzie w poważnych tarapatach. Gdy tylko nadarzyła się okazja, skorzystał z niej bez wahania. Rzucił się do ucieczki, zanim tamten zdążył zadać kolejne pytanie, i po chwili zniknął w tłumie ludzi, zostawiając za sobą jedynie chmurę kurzu.
Chłopiec nagle ocknął się z rozmyślań, gdy drzwi do jego przedziału otworzyły się z łoskotem.
- Dobry wieczór - powitał go chłodno konduktor, marszcząc czoło i rozszerzając nozdrza, jakby próbował wywęszyć spisek. Jego oleiste oczy błysnęły złowrogo, wbijając się w niego z przenikliwością, która nie wróżyła nic dobrego. - Poproszę twój bilet.
- Oczywiście... Gdzieś go tu miałem... - wybąkał młody pasażer, grzebiąc pośpiesznie w kieszeniach kurtki. Wreszcie odnalazł bilet i podał go kontrolerowi z najszerszym uśmiechem, na jaki tylko potrafił się zdobyć.
Konduktor zmrużył oczy, biorąc bilet. Przyjrzał mu się uważnie, jakby próbował znaleźć na tym małym skrawku papieru coś podejrzanego. Oddał go jednak pasażerowi, a jego spojrzenie wędrowało teraz po pustych siedzeniach w przedziale.
- No dobrze - syknął. - Podróżujesz sam? Bez rodziców? - zapytał, a jego głos zabrzmiał bardziej jak zarzut niż pytanie.
- Bez rodziców? - powtórzył chłopiec, udając zdziwienie, jak gdyby to pytanie było całkowicie absurdalne.
- No przecież... nie widzę tutaj nikogo oprócz ciebie - konduktor wycedził słowa przez zaciśnięte zęby, chwytając za daszek swojej szpiczastej czapki.
Chłopiec poczuł się tak, jakby do żołądka wpadła mu kropla rozgrzewającego płynu. Rumieńce wypełzły na jego policzki, zdradzając nerwowość, której za wszelką cenę starał się nie pokazywać.
- Wyglądasz na zaskoczonego - zauważył konduktor, a kąciki jego ust zadrżały, gotowe ułożyć się w kpiący uśmiech.
- Ech... bo... - wyjąkał chłopiec, starając się zebrać myśli. - Jestem zdziwiony, że zadał mi pan takie pytanie - żachnął się, udając oburzenie. - Co miałbym robić w pociągu sam, na dodatek tak późną porą? Moi rodzice siedzą w jednym z przedziałów z przodu, a ja chciałem poczytać książkę - skłamał bez zająknięcia, choć serce zabiło mu mocniej na myśl, że konduktor może zechcieć zobaczyć tę książkę. - Rozmowy dorosłych bardzo mnie rozpraszały, więc poszedłem do wolnego przedziału, żeby nikt mi nie przeszkadzał.
Konduktor, z nieufnym wyrazem twarzy, pogładził gładko ogoloną brodę. Po chwili milczenia zapytał bezbarwnym głosem:
- A tak właściwie, ile masz lat?
- Niedługo skończę dziesięć - odparł chłopiec.
- I umiesz czytać, tak?
Chłopiec poczuł, jak wzbiera w nim złość. Z jego ust wydobyła się odpowiedź pełna zranionej dumy:
- Oczywiście. I to bardzo dobrze!
- A co takiego będziesz czytał? - dopytywał konduktor z ironią w głosie.
- To książka o świętach, bo o czym innym mógłbym czytać, kiedy za oknem prószy śnieg? - odpowiedział chłopiec takim tonem, jakby wyjaśniał, że jeden plus jeden to dwa.
Po twarzy konduktora przemknął cień zdumienia.
- Ach tak, o świętach... Oczywiście - mruknął podejrzliwie, po czym odchrząknął, jakby zaschło mu w gardle. - Pokaż mi ją - dodał z satysfakcją, najwyraźniej przekonany, że za chwilę przyłapie młodego pasażera na kłamstwie.
Strach sparaliżował chłopca tak, że nie mógł się poruszyć ani przemówić. W tej samej chwili rozległ się pisk hamulców, a wagonem gwałtownie szarpnęło. Pociąg zaczął zwalniać przed kolejną stacją.
Wtedy konduktor zamruczał coś pod nosem; dało się z tego zrozumieć tylko powtarzane słowa "Ma dziś chłopak szczęście", po czym wyszedł z przedziału, rzucając oschłe "żegnam". Drzwi zamknęły się za nim z głośnym trzaskiem.
- Uff. - Chłopiec wypuścił powietrze z cichym świstem. - Mało brakowało, a moja przygoda dobiegłaby końca... Jestem już tak blisko celu, że chyba nigdy nie przestałbym się zadręczać, gdyby ktoś mnie teraz przyłapał.
Po jakimś czasie odczuł na powiekach ciężar, z którym trudno było walczyć. Żółte światła żarówek, rozproszone po kątach przedziału, zdawały się teraz powoli blednąć, a rząd siedzisk naprzeciwko niego zlewał się w jedną, niewyraźną masę. Nie był świadomy, kiedy jego oddech wyrównał się, a on sam odpłynął do krainy snów. Jedno było pewne - rytmiczny stukot pociągowych kół to dźwięk przyjemny jak mało który.
Za oknami pociągu zmierzającego do końcowej stacji "North Pole" rozszalała się zamieć śnieżna, jakiej od dawna nie widziano w tej okolicy. Płatki śniegu, poganiane przez bezlitosny wicher, uderzały w lokomotywę, całkowicie zasłaniając podróżnym widok na ośnieżone pustkowia. Wnet lodowaty podmuch przedostał się przez szczelinę w oknie, uderzając młodego pasażera prosto w twarz.
- Co się dzieje? - wymamrotał chłopiec, ocknąwszy się.
Jego drzemka trwała zdecydowanie za krótko, więc z irytacją spojrzał w stronę nieszczelnego okna. Potem podszedł do niego, zamknął je i chuchnął na szybę, która natychmiast zaparowała.
Nie czekając ani chwili dłużej, wyciągnął palec wskazujący i zaczął rysować na zaparowanej szybie świąteczną choinkę. Ozdobił ją okrągłymi bombkami, a na szczycie umieścił gwiazdę.
- Czegoś tu jeszcze brakuje - mruknął do siebie, przyglądając się krytycznie swojemu rysunkowi. - No tak! Prezentów!
Czym prędzej dorysował kilka prostokątnych pakunków pod krawędzią dolnego trójkąta. Nim zdołał zakończyć pracę nad świątecznym drzewkiem, usłyszał za plecami znajomy odgłos rozsuwających się drzwi. Ten, kto je otworzył, musiał dysponować potężną siłą, bo z pozoru nieporadne szarpnięcie za klamkę spowodowało gromkie zatrzęsienie w całym wagonie.
- Te drzwi... chyba są popsute - odezwał się wysoki starzec z połyskującą łysiną i długą, siwą brodą, która zakrywała jego wypukły brzuch. Na jego haczykowatym nosie tkwiły pozłocone okulary połówki. Był sędziwym mężczyzną, ale jego pociągła twarz, ozdobiona rumieńcami na policzkach, wciąż była zaskakująco gładka, niemal pozbawiona zmarszczek. - Przepraszam - dodał z lekkim zakłopotaniem. - Czy mógłbym zostać w tym przedziale do końca podróży? Zostało już niewiele drogi, więc chyba nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli trochę z tobą posiedzę. Obiecuję, że nie odezwę się ani słowem.
Chłopiec przyjrzał się starcowi z ciekawością, a ten obdarzył go szerokim uśmiechem, ukazując rząd białych zębów. Potem usiadł na jednym z wolnych foteli, założył obie dłonie na wystającym brzuchu i przymknął oczy, jakby zamierzał zapaść w drzemkę. Wyglądał na kogoś, kto naprawdę docenia spokój.
"Dobrze, że przynajmniej obiecał spędzić podróż w milczeniu", pomyślał chłopiec.
Jednak starzec najwyraźniej nie zamierzał dotrzymać tej obietnicy. Po kilku minutach ciszy otworzył jedno oko i spojrzał na szybę, na której wciąż widniała narysowana przez chłopca choinka.
- Piękna choinka. Mówię szczerze... - skomentował rozanielonym głosem. Jego twarz promieniała z zachwytu, a dłonie, które wcześniej spoczywały na brzuchu, teraz mocno ściskały podłokietniki fotela. - Ach, widzę, że i tobie udziela się świąteczny nastrój - dodał, a w jego niebieskich oczach pojawiły się radosne błyski.
Chłopiec, czując na sobie jego spojrzenie, odchrząknął i szybko odwrócił wzrok, wpatrując się w ciemność za oknem. Brodacz nie zamierzał jednak odpuścić. Wstał z siedziska, chuchnął na szybę i zaczął rysować na niej małą postać z wielkimi uszami i długim nosem.
- Rozpoznajesz, kogo narysowałem? - zapytał dociekliwie, a chłopiec skinął głową. - Więc? Kto to jest? - ponowił pytanie, nieco zniecierpliwiony.
- Elf, proszę pana - odrzekł chłopiec nieśmiało.
Starzec westchnął z ulgą i ponownie usiadł na fotelu.
- Już zaczynałem się zastanawiać, czy w ogóle umiesz mówić - powiedział, przyglądając się chłopcu badawczym wzrokiem. - Jedziesz do rodziny w North Pole na święta? - zapytał.
Nastała krępująca cisza, przerywana jedynie stukotem pociągowych kół. Nagle lokomotywa wydała z siebie przeraźliwy gwizd, który wstrząsnął bębenkami wszystkich pasażerów.
- A niech mnie! - wykrzyknął starzec, zatykając uszy dłońmi i robiąc kwaśną minę, jakby dopiero co przełknął miąższ z cytryny. - Aż uszy bolą od tego pisku!
Chłopiec nie mógł się powstrzymać i zachichotał.
- Nie, proszę pana. Nie mam rodziny w North Pole - oznajmił przez śmiech.
Słysząc to, brodacz zmarszczył brwi.
- Więc po co wybrałeś się w te strony? Za dwa dni święta, a ty nie jedziesz odwiedzić swojej rodziny? To czas, który powinniśmy spędzić z najbliższymi. Chyba o tym wiesz?
- Właściwie to szukam pewnej osoby, proszę pana - szybko odrzekł chłopiec, a potem natychmiast ugryzł się w język, żałując swojej lekkomyślności.
Dlaczego zdradził swoje plany nieznajomemu? Przecież potrafił kłamać bez zająknięcia i to całkiem przekonująco. Jednak w starcu było coś urzekającego. Wydawał się kimś godnym zaufania, kimś, przed kim można by wyłożyć wszystkie młodzieńcze sekrety.
- Przestań mówić do mnie "proszę pana" - upomniał go brodacz. Po chwili dodał z nieco nadąsaną miną: - Ten uprzejmy zwrot mnie postarza. Nie czuję się dobrze, gdy ktoś nazywa mnie inaczej niż... - Urwał nagle i odchrząknął nerwowo. - Nazywam się William - dokończył po chwili przytłumionym głosem, wyciągając w stronę chłopca masywną dłoń o grubych, serdelkowatych palcach.
Chłopiec z uwagą wpatrywał się w starczą dłoń, która zawisła nieruchomo w powietrzu, a potem uścisnął ją.
- Jakub - przedstawił się.
- Więc szukasz pewnej osoby, tak? - zapytał William.
- Tak - bąknął Jakub bez przekonania w głosie.
- Czy ona mieszka w tym miasteczku? W North Pole?
- Tego nie wiem. Ale mam taką nadzieję - odparł Jakub z tą samą niepewnością co wcześniej. - Nie wiem nawet, czy ta osoba w ogóle istnieje.
William wyprostował się z godnością.
- Czy mogę wiedzieć, o kogo chodzi? Wiesz, Jakubie, tak się składa, że znam North Pole jak własną kieszeń. Mieszkałem w tej mieścinie przez wiele lat... niemalże przez całe życie. Myślę, że mogę ci pomóc.
Początkowo Jakub nie zamierzał ujawniać swojego sekretu przed żadnym dorosłym. Do tej pory samotnie wędrował przez zatłoczone ulice, trzymając w ręku mapę i unikając ciekawskich spojrzeń ludzi, którzy zadawali pełne troski pytania: "Gdzie są twoi rodzice? Nie możesz tułać się po nocy bez opieki. Czy wiesz, jak niebezpieczne jest to miejsce?". Wierzył, że poradzi sobie sam. Ale teraz, po spotkaniu z Williamem, który wydawał się uczciwym człowiekiem i doskonale znał te okolice, postanowił powiedzieć mu prawdę.
- Musisz najpierw obiecać, że nie będziesz się ze mnie śmiał, kiedy ci powiem, kogo szukam - postawił twardy warunek, z góry zakładając, że wyjawienie prawdy może wydać się Williamowi zabawne.
- Ależ oczywiście - odparł z powagą brodacz. - Masz moje słowo, Jakubie. Obiecuję, że choćbyś szukał magicznego środka, który pozwoliłby ci pozostać dzieckiem na zawsze, nie usłyszysz ode mnie ani krzty śmiechu.
- Więc... - zaczął niepewnie Jakub, a w jego oczach szkliło się zawstydzenie. - Więc... szukam Świętego Mikołaja.
Wymówiwszy te cztery proste, lecz jakże istotne słowa, wbił wzrok w rozmówcę, jakby czekał na wyrok w sprawie życia lub śmierci. Ku jego zaskoczeniu, William nie tylko zachował spokój, ale zdawał się być głęboko zaintrygowany. Jego rzęsy drgnęły, a policzki, już i tak czerwone, przybrały odcień dorodnego pomidora.
- Wszystko w porządku? - spytał chłopiec.
Starzec zamarł, wyglądając tak, jakby zobaczył za oknem lewitującą zjawę.
- A więc poszukujesz Świętego Mikołaja... - powtórzył za nim drżącym głosem. - To ci dopiero historia.
Jakub nie rozumiał, dlaczego dorosły mężczyzna zareagował w ten sposób. Czy William starał się stłumić śmiech, ukrywając rozbawienie wywołane tajemnicą, którą chłopiec właśnie wyjawił? W końcu niejeden dorosły, usłyszawszy o Świętym Mikołaju, drwiłby z dziecka, próbując zniszczyć jego wiarę w brodatego starca przemierzającego niebo na saniach ciągniętych przez renifery. Zachowanie Williama, choć dziwne, było jednak taktowne, za co Jakub był mu niezwykle wdzięczny. To sprawiło, że poczuł nieodpartą chęć podzielenia się swoimi wątpliwościami.
- Nie wiem, czy istnieje, ale mimo to postanowiłem go odszukać - wyjaśnił.
- To zdumiewające, że wątpisz w istnienie Świętego Mikołaja - powiedział surowo William, otrząsnąwszy się z szoku. - Rozumiem tych zadufanych w sobie dorosłych. Oni nie wierzą w samych siebie, a co dopiero w Świętego Mikołaja. Ale ty, mój drogi Jakubie? - Spojrzał na chłopca zwężonymi oczami znad swoich okularów.
Jakub poczuł, jak coś mu się przewraca w żołądku, a na jego twarzy widać było oznaki ciężkiej rozterki. Po raz pierwszy zetknął się z człowiekiem mierzącym prawie siedem stóp, który jednocześnie wierzył w istnienie Świętego Mikołaja.
- To wszystko zmierza w złym kierunku - ciągnął dalej William. - Skoro dzieci powątpiewają w istnienie Świętego Mikołaja, coś złego musi być na rzeczy. Oj, coś potwornego...
- Przecież nikt go nigdy nie widział - wszedł mu w słowo Jakub.
- Ależ to bzdura - zaprzeczył William, spoglądając na Jakuba z łagodną wyrozumiałością. - Chata Świętego Mikołaja była kiedyś wręcz oblegana przez dzieci. Wierz mi, Jakubie. Gdy poczta nie działała tak sprawnie jak obecnie, a internet jeszcze nie istniał, niektórzy woleli osobiście odwiedzić jego dom. Tak, to były cudowne czasy, które niestety minęły. Największy problem pojawił się, gdy dzieciaki zaczęły korzystać z e-maili. Podobno Święty Mikołaj miał duże trudności z obsługą laptopa i przez wiele nocy próbował założyć skrzynkę pocztową. Udało mu się to dopiero, gdy pewien dobry człowiek poinformował go, że do korzystania z e-maila niezbędny jest internet. Hahaha! No, takie krążą pogłoski. Sam rozumiesz, że Święty Mikołaj znalazł się w absurdalnej sytuacji i musiał za wszelką cenę nadążyć za duchem czasu.
Chłopiec zastanawiał się nad słowami Williama. Skąd miał wiedzieć, że jego opowieść zawierała ziarno prawdy, a nie była tylko jedną z tych świątecznych historyjek, które opowiada się grzecznym dzieciom przed snem?
- Ale przecież go nie widać ani nie słychać. Nawet gdyby ukrył renifery i sanie pod peleryną, która sprawia, że stają się niewidzialne, powinniśmy usłyszeć, jak przylatuje z prezentami. Chociaż szelest paczek albo odgłos jego kroków. A tu nic... Williamie, pewnego razu specjalnie obserwowałem choinkę. Nie zmrużyłem oka przez całą noc przed świętami...
- Musiałeś zmrużyć oko - poprawił go William, szczerząc zęby. - Nad ranem prezenty były pod choinką, prawda?
- Tak - zdumiał się chłopiec. Przypomniał sobie tamtą noc, podczas której spędził wiele godzin, kryjąc się w ciemnym kącie salonu. Chciał zrozumieć, jakim cudem prezenty pojawiły się nad ranem pod choinką, skoro przez całą noc bacznie ją obserwował. A może nieświadomie przysnął? Nie! W żadnym razie! Dobrze pamiętał, że cały dzień leniuchował, by nabrać sił przed trudnym nocnym zadaniem.
- Więc jak to możliwe?! - zapytał z pretensją w głosie.
- Chciałbyś zaraz poznać wszystkie sekrety Świętego Mikołaja, co? - zachichotał William, a jego długa broda zadrżała. - On używa swoich magicznych sztuczek. Tyle mogę ci powiedzieć. Nie wiem, czy wiesz, ale dzieci, które w niego wierzą, zawsze dostają lepsze prezenty niż te, które wątpią w jego istnienie.
- Ale czasem tak trudno jest uwierzyć - rzekł Jakub, spuszczając głowę ze smutkiem.
- I właśnie o to chodzi, mój drogi chłopcze - powiedział William, a jego uśmiech powoli zgasł. - Większość dzieci nigdy nie zobaczy Świętego Mikołaja, nie usiądzie na jego kolanach ani nie potarga jego brody. Pozostaje im tylko wiara, że gdzieś tam istnieje staruszek, który obdarowuje grzeczne dzieci prezentami, a niegrzeczne - rózgami. Niektórzy przestają w niego wierzyć, gdy dorosną. I nie ma na to żadnej rady. Taki ktoś pewnie postawi twardy warunek: "Jeśli ujrzę na niebie sanie z reniferami, wtedy uwierzę, że Święty Mikołaj to nie brednie, a najjaśniejsza z prawd". Zapamiętaj dobrze, co teraz mówię, Jakubie. Do wszystkiego, co robisz w życiu, potrzebna jest wiara. Czegokolwiek byś się podjął, możesz przestać, jeśli w to nie wierzysz. A wiary nie zobaczysz, nie usłyszysz ani nie dotkniesz. Musisz mieć ją głęboko w sercu, dobrze schowaną i troskliwie pielęgnowaną na wypadek, gdybyś stracił w życiu wszystko inne... te materialne dobra, o które tak zabiegają dorośli. Może się przecież zdarzyć, że nie mając już właściwie nic, będziesz miał zarazem wszystko, bo pozostanie ci tylko ona... najprawdziwsza wiara. To ona pomoże ci zbudować całe twoje życie od nowa. Mówisz, że nie jesteś pewien istnienia Mikołaja? Ja mam na ten temat zupełnie inne zdanie. Gdybyś w niego nie wierzył, nawet byś go nie szukał. Masz więc wiarę w sercu, ale nie jest ona jeszcze wystarczająco silna.
Jakub, poruszony słowami Williama, uniósł brwi tak wysoko, że niemal zniknęły pod jego gęstą czupryną. Patrzył na niego trochę ze zdziwieniem, a trochę z nadzieją, aż w końcu zdołał wydobyć z siebie głos:
- Może masz rację... ale trudno mi uwierzyć w latające sanie, renifery, tysiące, jeśli nie setki tysięcy prezentów... i elfy - wytłumaczył, a jego mocno ściśnięte usta zdradzały wewnętrzne rozdarcie. - Czy to prawda, że Święty Mikołaj spełnia każde dziecięce życzenie? Nawet te niematerialne? Takie, których nie da się zapakować i położyć pod choinką?
William pochylił się, patrząc chłopcu prosto w oczy. Jego spojrzenie było pełne ciepła i troski. Słysząc o niematerialnym prezencie, którego nie można było zwyczajnie owinąć w świąteczny papier, wydał się szczerze zaintrygowany. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że większość dzieci prosi na święta o zabawki lub słodkości, choć zwłaszcza te drugie potrafią przynieść więcej szkody niż pożytku, choćby przez niechciane dziury w zębach...
- Prawdziwe życzenia, te, które nosisz głęboko w sercu, mają niezwykłą moc - powiedział z powagą. - Słyszałem, że Święty Mikołaj potrafi spełnić każde z nich, ale musi być pewien, że nikomu nie stanie się przy tym krzywda. Gdybyś na przykład poprosił o huragan, który zniszczy twoją szkołę, prawdopodobnie dostałbyś zamiast tego rózgę. Podobnie jest z innymi niemądrymi życzeniami. Chciałbyś uniknąć nudnych lekcji matematyki i życzyłbyś sobie, by twoja nauczycielka skręciła kostkę i poszła na długie zwolnienie? Nic z tego, Jakubie. Mikołaj nie da się nabrać na takie prośby i na pewno nie potraktuje ich poważnie. Ale jeśli twoje życzenie będzie dobre i sprawiedliwe, na pewno je spełni. Pamiętaj jednak, że możesz każdego roku poprosić tylko o jedno... więc dobrze się zastanów, czego naprawdę pragniesz.
Jakub poczuł, jak ogromny ciężar spadł mu z serca.
- To dobrze się składa - rzekł z wyraźną ulgą, patrząc nie na Williama, lecz za okno, gdzie szalała zamieć śnieżna. - Mam tylko jedną prośbę, niematerialną. Jedną, ale bardzo dla mnie ważną.
William uśmiechnął się łagodnie i dodał:
- Naprawdę imponuje mi twoja dojrzałość. Rzadko zdarza się, by dziecko pamiętało, że raz w roku ma szansę poprosić o coś znacznie cenniejszego niż zabawki i słodycze. A życzenie, które wypowie, spełnia się niemal natychmiast. Wiem, że brzmi to jak bajka, ale możesz mi wierzyć... to czysta prawda. I pewnie zastanawiasz się, czy po wypowiedzeniu takiego życzenia na kolanach Świętego Mikołaja nadal znajdziesz prezenty pod choinką 25 grudnia? Oczywiście, że tak. Niezależnie od tego, o co poprosisz Mikołaja, świąteczne podarki pojawią się pod drzewkiem, tak jak dla wszystkich dzieci na świecie. Twoje wyjątkowe życzenie, złożone osobiście w jego chacie, to coś więcej... to dodatkowy dar, który nie zastępuje zwykłych prezentów, lecz je wzbogaca. To właśnie tak działa... Przynajmniej tak słyszałem.
W przedziale znów zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosem sunącego po torach pociągu i wiatru uderzającego w szyby. Obaj pasażerowie zapadli się wygodnie w oparcia foteli i oddali chwili odpoczynku.
Tymczasem Jakub skrupulatnie porządkował swoje myśli; były one teraz znacznie bardziej optymistyczne niż te, które towarzyszyły mu podczas pierwszych dni podróży. Już teraz wiedział, że Święty Mikołaj istnieje naprawdę i że nie jest tylko wymysłem autorów książek dla dzieci.
Brakowało mu jednak konkretnych informacji o tym, gdzie dokładnie mieszka Święty Mikołaj. Niebawem dojedzie do miasteczka North Pole. I co wtedy? Opuści dworzec i stanie twarzą w twarz z bezlitosnym śniegiem. Zaczerpnie powietrza, czując, jak przenikliwy chłód szczypie go w nos. Schowa wychudzone dłonie głęboko do kieszeni kurtki, próbując uchronić je przed mrozem. Rozejrzy się wokół... I co wtedy ujrzy? Mroczną, opustoszałą okolicę czy tętniące życiem miasteczko? W którą stronę powinien pójść? Może William będzie mógł wskazać mu dokładną drogę?
- Gdzie go znajdę? - zapytał ostrożnie, starając się nie zabrzmieć jak nachalne dziecko.
Czy miejsce zamieszkania Świętego Mikołaja nie jest chronione tajemnicą ze względów bezpieczeństwa? Co by się stało, gdyby ktoś o nieczystych intencjach odkrył, gdzie można go znaleźć? Mogłoby dojść do prawdziwej tragedii na światową skalę. Wyobraźmy sobie, że nagle wszystkie prezenty znikają albo że jakiś niepoprawny żartowniś porwałby niewinnego elfa, żądając okupu... albo, co gorsza, wystawiłby go jako atrakcję w ogrodzie zoologicznym.
- Jego dom znajduje się oczywiście w North Pole, dokładniej na zachodnim krańcu miasta - zdradził William, opierając łysiejącą głowę o zagłówek fotela i spoglądając na chłopca z góry. - Jest trochę ukryty, choć można tam dotrzeć pieszo. Nie jestem jednak pewien, czy poradzisz sobie bez pomocy... Trzeba dobrze znać tutejszą okolicę, żeby nie zgubić się w tych gęstych, zaśnieżonych lasach. Dawno temu, gdy dzieci tłumnie przybywały na spotkanie ze Świętym Mikołajem, zawsze znajdował się ktoś, kto mógł je poprowadzić. Kiedyś na każdym rogu ulicy były tabliczki wskazujące kierunek do chaty..., ale niestety, wszystko się zmieniło. Dziś mało kto interesuje się Świętym Mikołajem. Ludzie o nim zapomnieli, a North Pole opustoszało. Wielu mieszkańców wyjechało, bo narzekali na brak pracy. Ci, którzy zostali, są... no... trochę gruboskórni. Nie miej im tego za złe. Alaska rządzi się własnymi prawami, a życie tu bywa trudne.
Jakub był tak zaabsorbowany przemówieniem Williama, że zapomniał o oddechu. Siedział nieruchomo w fotelu niczym zaczarowana kukiełka, a jaskrawe światło żarówek podkreślało bladość jego cery. Wnet otrząsnął się i wyrzucił z siebie wraz z oddechem:
- Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego o nim zapomnieli?
- To akurat bardzo proste, lecz jednocześnie przerażające - odparł brodacz. - Sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie, Jakubie. Przecież i ty powątpiewałeś w istnienie Świętego Mikołaja.
- Czyli uważasz, że to przez brak wiary? - zapytał chłopiec.
- Właśnie tak... ale ten brak wiary... on wynika z czegoś konkretnego - rzekł z trudem William, jakby te słowa nie chciały mu przejść przez gardło. - Dzieci czekają z wytęsknieniem cały rok na prezenty i są przekonane, że zawdzięczają je rodzicom. Uznawanie Świętego Mikołaja za coś rzeczywistego jest dzisiaj passé. Jak się domyślasz, rodzicom to w większości nie przeszkadza.
William spróbował się uśmiechnąć, ale na jego twarzy pojawiła się jedynie krzywa imitacja radości.
- Ten brak wiary doprowadził nas do szaleństwa - dodał posępnie, rezygnując z dalszych prób wysłania Jakubowi nieautentycznego uśmiechu.
- A więc co dokładnie skłoniło ludzi do powątpiewania? - zapytał Jakub.
- Otóż ta osławiona Laponia - odrzekł William ochrypłym głosem, jakby nagle zaschło mu w ustach. - Coś ci mówi ta nazwa? Hmm? Och, na pewno. Większość ludzi na świecie uważa, że Święty Mikołaj mieszka w Laponii, a konkretnie w miasteczku Rovaniemi. I wiesz co? To po części wina naszej rodaczki, Eleanor Roosevelt, pierwszej damy Stanów Zjednoczonych. Pozwól, że przez chwilę zanudzę cię tą historią, ale uwierz mi, ona wiele wyjaśnia. Po wojnie Rovaniemi było niemal doszczętnie zniszczone. Kiedy Eleanor przyjechała tam w 1950 roku, Finowie specjalnie dla niej postawili niewielką drewnianą pocztę, żeby mogła wysłać list z koła podbiegunowego. Nikt wtedy nie przypuszczał, że po latach wyrośnie wokół niej cała "wioska Świętego Mikołaja". Tak... powstał tam nowoczesny kompleks turystyczny, przystrojony tandetnymi świątecznymi lampkami. To czysty marketing, mój drogi, nic więcej. Byłem tam i wiem, co mówię. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia, gdy na wjeździe do miasta zobaczyłem ogromne hotele. Dotarłem do "Santa Claus Village", wioski Świętego Mikołaja. Od razu zauważyłem, że wszędzie są kamery. Wydało mi się to podejrzane, ale później dowiedziałem się, że jeden z aktorów przebrany za Świętego Mikołaja jest monitorowany na żywo i czasami można go oglądać przez internet, jak udaje, że zarządza elfami i wszystkim, co związane ze świętami. Ci oszuści sprzedają na swojej stronie internetowej różne mikołajowe gadżety: pocztówki, skarpetki, a nawet majtki... wszystko z zastrzeżonym wizerunkiem Świętego Mikołaja. Jakby tego było mało, prowadzą też mikołajowy warsztat... taką akademię kształcącą przyszłych podrabianych Mikołajów, którzy mają szerzyć te manipulacje na całym świecie. Teraz w każdym większym mieście możesz spotkać Mikołaja z doczepioną brodą, która bardziej przypomina watę niż prawdziwy zarost. Ale jest jeszcze coś, co naprawdę mną wstrząsnęło... Góra Korvatunturi. Podobno to tam kryje się sekretne biuro Świętego Mikołaja, obsługiwane przez elfy. Wiesz, po co elfy siedzą w środku tej góry? Mówią, że Korvatunturi pozwala im "słyszeć" dziecięce życzenia. Absurd, prawda? Oczywiście, są tacy, którzy wierzą, że Mikołaj mieszka na prawdziwym biegunie północnym, ale oni chyba za bardzo dali się ponieść wyobraźni. Jak Święty Mikołaj mógłby wybudować dom w miejscu, gdzie nie ma stałego lądu, tylko lód? Poza tym na biegunie północnym nie ma nawet reniferów... Jakubie, teraz już rozumiesz, dlaczego miasteczko North Pole opustoszało, a prawdziwy Święty Mikołaj odszedł w niepamięć?
Sprawa poruszana przez Williama była bardzo poważna, więc chłopiec uznał, że musi odpowiedzieć z należytą powagą:
- Ale dzieci nadal wysyłają listy do prawdziwego Świętego Mikołaja. Do tego, który mieszka na Alasce - stwierdził. - Nie bez powodu wybrałem się w te strony. Ani przez chwilę nie pomyślałem o wycieczce do Laponii.
- Jesteś więc bystrym chłopcem, który potrafi odróżnić tandetę od oryginału - pochwalił go starzec, jednak zrobił to bez cienia uśmiechu. - Niestety, należysz do mniejszości. Najczęściej wybieranym adresem pocztowym przez dzieci jest ten nieszczęsny Tähtikuja 1, 96930 Rovaniemi, Finlandia.
Jakub chciał go choć trochę pocieszyć.
- Za bardzo się tym wszystkim przejmujesz. Nie jesteś przecież Świętym Mikołajem.
William zapadł się w fotelu, niczym palec w miękkiej plastelinie.
- Tak - sapnął, jakby dopiero co ukończył morderczy bieg. - Nie jestem Świętym Mikołajem i całe szczęście.
Jakub starał się nie patrzeć na Williama, który siedział z zamkniętymi oczami, próbując odpocząć. Sam niespokojnie kręcił się na fotelu, nie mogąc ugasić podniecenia, jakie ogarniało go na samą myśl o legendarnym domu Świętego Mikołaja. Utwierdził się w przekonaniu, że ten dom rzeczywiście istnieje, podobnie jak jego brodaty mieszkaniec. William go o tym zapewnił, a to mu teraz wystarczało.
- Williamie? - szepnął cicho Jakub. - Williamie? Przepraszam, że cię budzę, ale chciałbym...
- Coś mówiłeś, Jakubie? - zapytał starzec, przecierając zaspane oczy.
- Tak... Chciałbym...
- Niech zgadnę - przerwał mu William, prostując się w fotelu. - Chciałbyś prosić mnie o pomoc w dotarciu do chaty Świętego Mikołaja.
Jakub pokiwał głową i zapytał z nadzieją w głosie:
- Mogę na ciebie liczyć?
- Nie dam rady ci odmówić, Jakubie, choć uwierz mi, bardzo bym chciał. W takim razie odpocznij, póki możesz. Czeka nas długa droga, a niebawem dojedziemy do North Pole. Będziemy szli pieszo, więc bądź wyrozumiały dla siebie i oszczędzaj teraz nogi.
W drodze do przyjaciela
Pociąg przemknął z hukiem przez bramy North Pole, otulając siwym dymem pierwsze domy.
- Jesteśmy na miejscu! - wykrzyknął wesoło Jakub, zeskakując z fotela. Przytknął nos do zimnej szyby, by przyjrzeć się miasteczku.
Pogoda wewnątrz North Pole była łagodniejsza niż na jego obrzeżach; śnieżna zamieć, którą na Alasce nazywano burgą, osłabła. Gdy pociąg zatrzymał się z koszmarnym piskiem na stacji, Jakub zarzucił na siebie kurtkę i stanął przy drzwiach, dając Williamowi znak, że jest gotów do dalszej drogi.
Kilka minut później wyszli z przedziału. William wlókł się przez wąski korytarz wagonu, a jego długi płaszcz ciągnął się po podłodze niczym miotła, zbierając po drodze kurz.
- Możesz iść trochę szybciej, Williamie? - spytał zniecierpliwiony Jakub, zmuszony do ślimaczego tempa. Marzył o tym, by wreszcie wyjść na zewnątrz i wciągnąć w płuca świeże, zimowe powietrze.
- Tobie zawsze tak śpieszno? - mruknął William, zerkając przez ramię na chłopca, który dreptał za nim z niezadowoloną miną. - Ach, rozumiem, chciałbyś jak najszybciej spotkać się ze Świętym Mikołajem. Ale muszę cię uprzedzić, że zanim tam dotrzemy, wstąpimy jeszcze do mojego przyjaciela. Przyjechałem do niego prosto z Anchorage, gdzie teraz mieszkam, specjalnie na święta. Może się o mnie martwić. A poza tym, musimy się porządnie posilić przed dalszą drogą. Zgadzasz się ze mną? Pewnie jesteś tak samo głodny jak ja. I do tego wyglądasz mizernie. Gdyby nie ta kurtka, pomyślałbym, że jesteś cieniem albo duchem. Jeszcze wpadniesz w pierwszą lepszą zaspę i tyle cię widzieli! A w North Pole jest ich wiele. Niektóre są nawet wyższe ode mnie.
Jakub zmieszał się nieco słowami Williama, które dziwnie przypominały mu reprymendy nauczycieli w szkole. Przyszła mu ochota na kąśliwą odpowiedź, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.
Gdy tylko wydostali się z wagonu, stanęli na peronie. Dworzec w miasteczku North Pole nie był przesadnie zadbany, choć miał w sobie coś urokliwego. Oszronione grubym lodem kolumny podpierały wysoki dach z zardzewiałej blachy, który zdawał się wisieć nad głowami podróżnych z groźbą nagłego zawalenia. Jakub nie mógł oderwać oczu od tej scenerii.
- To miejsce jest niesamowite - powiedział z zachwytem, wyciągając dłoń w górę i próbując pochwycić wirujące na wietrze płatki śniegu, które roziskrzały się w bladych światłach ogromnego żyrandola zwisającego z sufitu.
William również oddał się zadumie nad niezwykłymi kształtami płatków śniegu, które delikatnie osiadały na jego twarzy.
- Spójrz - powiedział, chwytając za swoją siwą brodę i przybliżając ją do Jakuba. Na jej skraju tkwił płatek śniegu przypominający świąteczną choinkę. - To jakby trafić główną wygraną na loterii. Każda śnieżynka jest na swój sposób wyjątkowa, ale znaleźć taki okaz to prawdziwa rzadkość.
Tłum, który jeszcze niedawno kręcił się po dworcu, niemal całkowicie się rozproszył; Jakub naliczył raptem kilka osób zmierzających w stronę mosiężnych drzwi wyjściowych.
- Robią wrażenie, prawda? - westchnął William, zawieszając wzrok na zdobionych wrotach. - Byłbyś zdziwiony, gdybyś trafił tu kilkadziesiąt lat temu. Piękny i wiecznie zatłoczony dworzec był prawdziwą chlubą North Pole. Tak... Te ornamenty na ścianach i kolumnach, ten żyrandol i drzwi... to jedynie skromne pozostałości po tamtych wspaniałych czasach. - Wyciągnął z kieszeni płaszcza staromodny zegarek, który wyglądał w jego monstrualnej dłoni jak ziarenko grochu. - Jak mawiają dorośli: "komu w drogę, temu czas!" - dodał z lekkim uśmiechem.
Po chwili dotarli do mosiężnych drzwi, które dwukrotnie przewyższały wzrost Williama.
- Ale wysokie - powiedział Jakub z niedowierzaniem. Pociągnął za klamkę, ale drzwi ani drgnęły. - I w dodatku ciężkie - wysapał, próbując je otworzyć. Napierał na nie całym ciałem, lecz mimo wysiłków drzwi nie ustąpiły.
- Odsuń się. Ja to zrobię - rzekł stanowczo William. Jednym mocnym pchnięciem otworzył nieposłuszne drzwi. - I ty chciałeś, mój drogi, samotnie odszukać Świętego Mikołaja? Ugrzązłbyś beze mnie już na dworcu.
Wyszli na zewnątrz. Starzec zapiął guziki płaszcza i otulił szyję kołnierzem, chroniąc się przed chłodem. Potem spojrzał na Jakuba znacząco i nakazał mu zrobić to samo.
- To nie żarty. Grudniowa pogoda na Alasce nie jest łaskawa - powiedział, grożąc mu palcem. - Wiele nieodpowiedzialnych osób igrało z Alaską i uwierz mi, nie skończyło się to dla nich dobrze.
Wyglądało na to, że William mówił prawdę. Mroźne powietrze szczypało ich w oczy, nosy i gardła.
Jeszcze przez chwilę Jakub wpatrywał się z fascynacją w zewnętrzne mury stacji kolejowej, okryte puszystą warstwą śniegu. Wtem obaj usłyszeli przeciągły gwizd pociągu. Gdy odnaleźli go wzrokiem, popadli w zachwyt nad machiną, spowitą śnieżnym prześcieradłem.
- Ten widok jest bajeczny - stwierdził Jakub, ujrzawszy lokomotywę, która zdążyła już opuścić stację i powoli niknęła w mroku Alaski, pozostawiając za sobą śnieżny tuman.
- W North Pole i jego okolicach znajdziesz same bajeczne widoki - odparł William z zadowoleniem. - Sam się o tym wkrótce przekonasz... No więc ruszajmy w drogę.
Przeszli przez opustoszały teren otaczający dworzec, a mroczny krajobraz przeistoczył się w pocztówkowy pejzaż świątecznego miasteczka. Smukłe latarnie w kształcie lasek Świętego Mikołaja rzucały złociste światło na rzędy jednorodzinnych domów, wybudowanych na gładkiej polanie przykrytej szklistym śniegiem. Niebo nad North Pole było czarną, nieskończoną otchłanią... ale czy na pewno?
- Zaraz, zaraz - zdziwił się Jakub, pocierając dłonią zziębnięte oczy. Na jego twarzy malowało się szczere zaciekawienie. - Co to właściwie jest? - Wskazał na zielonkawą poświatę rozlaną tuż nad płaskim horyzontem.
William uśmiechnął się promiennie.
- Mieszkańcy Alaski są przyzwyczajeni do niezwykłych barw nieba - oznajmił. - Im dalej na północ, tym częściej można podziwiać zorzę polarną. W North Pole też pojawia się bardzo często. To właśnie ją widzisz, Jakubie.
- Ach tak, zorza polarna. - Chłopiec rozdziawił usta, zaskoczony tym, co usłyszał. - Ale... ale jak ona powstaje?
- Zorza polarna powstaje, gdy cząstki wyrzucone przez Słońce docierają do ziemskiej atmosfery - wyjaśnił brodacz. Wyglądał na zadowolonego, że może podzielić się ciekawostką o Alasce. - Zderzają się tam z gazami wysoko nad ziemią. Wtedy niebo zaczyna świecić najróżniejszymi kolorami. Najczęściej zielonym, ale czasem także różowym, czerwonym, fioletowym albo niebieskim. Brzmi skomplikowanie? I na pewno takie jest.
Chłopiec raz jeszcze przyjrzał się dokładnie zielonkawej firanie powiewającej na niebie; wyglądała jak kapryśnie rozlana farba na świeżo politurowanym drewnie, zmieniająca kształty, jakby tańczyła w rytm niewidocznej muzyki kosmosu.
Skierowali się w głąb miasteczka.
- Czy mogę zadać ci kolejne pytanie? - wyszeptał nieśmiało Jakub, gdy przechodzili obok pierwszych domostw, w których oknach panowała złowroga ciemność.
William odpowiedział mu łagodnie:
- Pytaj, ile tylko chcesz.
- A więc... - zaczął niepewnie Jakub - nikt już nie mieszka w tych domach? - Rozejrzał się wokół, chcąc upewnić się w swoim smutnym przeczuciu. - W żadnym z tych okien nie pali się światło.
- Ludzie pouciekali z miasteczka. Mówiłem ci o tym w pociągu - przypomniał William stłumionym głosem. - W North Pole została tylko garstka mieszkańców, którzy darzą to miejsce i jego historię szczerą miłością. To bardzo przykre, ale jest ich naprawdę niewielu.
Po chwili William wskazał ręką na ścieżkę wijącą się między drzewami.
- Teraz pożegnamy te urocze domy i skierujemy się do lasu - powiedział, skręcając w wąską ścieżkę, na której widniały drobne ślady butów.
- Musiało je wydeptać bardzo małe dziecko - stwierdził Jakub, przykładając własny but do śladu w śniegu, by sprawdzić różnicę w wielkości. - Są mniejsze od moich! Ale nie widzę nigdzie śladów dorosłego człowieka. Czy to nie dziwne, że dziecko mniejsze ode mnie spacerowało samo po lesie?
William parsknął niepohamowanym śmiechem.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.