OLIVIA
Wieczór minął w mgnieniu oka. Koktajle o siódmej, kolacja o dziewiątej, przemówienia pomiędzy. Dzieci wspięły się na szczyty egzaltacji, wychwalając fantastycznego ojca. Ich słowa bez wątpienia zabrzmiały autentycznie - oto co potrafi najwyższej klasy specjalista od pisania przemówień, jeśli sowicie go wynagrodzić. Matka litościwie streszczała się w swoich wyrazach uznania, choć ewidentnie pomyliła Anthony'ego ze swoim starszym synem i cały czas nazywała go Andrew. Nie miałoby to aż takiego znaczenia, gdyby nie fakt, że Andrew umarł w wieku ośmiu lat, co wywołało u Anthony'ego wieloletnią traumę. Nie da się więc zaprzeczyć, że ta pomyłka zwarzyła na chwilę atmosferę. Reszta jednak udała się znakomicie, toteż gdy zaprowadzono gości do drugiego namiotu, doznałam wyraźnej ulgi.
Kiedy rola czarującej gospodyni zaczęła mnie przytłaczać, wymknęłam się na papierosa; poszłam nawet przed kolacją nad jezioro, chcąc pokazać Allegrze światła, ponieważ straszliwie się spóźniła i ominęła ją cała prezentacja. Widziałam, jak na drugim brzegu mój mąż pali cygaro, prowadząc ożywioną rozmowę z Gilesem - wymieniliśmy skinienia głowy i w zasadzie była to cała nasza komunikacja tego wieczoru. Nie da się ukryć, że w dużej mierze właśnie dlatego tak dobrze się bawiłam.
Było zdecydowanie po północy, gdy uświadomiłam sobie, co się dzieje nad jeziorem; orkiestra grała w najlepsze, większość gości pląsała na parkiecie. Ja sama nigdy nie tańczę. Mam uraz do pijaństwa i zbyt swobodnego zachowania, krzywię się za każdym razem, kiedy widzę, jak ludzie, których szanuję na co dzień, szaleją w tańcu. Zamiast tego brylowałam wśród zebranych wokół fortepianu, starając się nie wzdrygać za każdym razem, gdy Alex Lawson kołysała obok mnie biodrami. Ta kobieta jest jedną z najsłynniejszych członkiń honorowych londyńskiej palestry, a tu proszę: próbuje namówić Rogera Simona, który - tak się składa - jest sędzią Sądu Najwyższego, do zatańczenia limbo. Kiedy mijała mnie chwiejnym krokiem, syknęłam jej do ucha: "Trochę godności", była jednak zbyt zawiana, by w ogóle zwrócić na mnie uwagę.
Rozmawiałam ze swoją drogą przyjaciółką Lou Molton o tym, jak doskonale udał się wieczór. To niezwykle utalentowana projektantka wnętrz, ale nie trzymają jej się ani pieniądze, ani mężowie i choć ukrywa to lepiej niż inni, wiem, że mi zazdrości. Chwaliła właśnie, jak pięknie prezentuje się namiot, gdy przecisnąwszy się przez tłum, podeszła do mnie niepewnym krokiem Lyra. Od zakończenia kolacji nie widziałam żadnego ze swoich dzieci. Nie paliły się szczególnie do uczestniczenia w tej uroczystości, ale przywołałam je do porządku. Stanowczo nakazałam im wytrzymać do końca przemówień i obiecałam, że później będą mogły robić, co im się żywnie podoba.
Pierwszą reakcją na widok mojego trzeciego dziecka była, jak zwykle w wypadku Lyry, irytacja. Pomimo moich usilnych próśb postanowiła włożyć czarną mini i tenisówki, a do tego zrobiła tak mocny makijaż oczu, że przypominała trochę pandę. Strój jest wyrazem szacunku, Lyra natomiast zawsze ubiera się tak, jakby sobie ze wszystkich kpiła. A może po prostu drwi sobie tylko ze mnie.
- Coś się stało. Fred i Giles są nad jeziorem, tato jest ranny. - Powiedziała to głośno, przekrzykując muzykę, aż kilkoro gości wokół nas się odwróciło.
Uciszyłam ją, dając innym do zrozumienia, że moja córka robi z igły widły, lecz ona jak zwykle postąpiła po swojemu - zaczęła szarpać mnie za ramię, nie miałam więc innego wyjścia, jak tylko podążyć za nią. Lou deptała nam po piętach, żeby przypadkiem niczego nie uronić z ewentualnego dramatu, a na ścieżce do jeziorka dołączyło do nas jeszcze parę innych osób. Rozejrzałam się i zobaczyłam, jak Hamish McWhirter oraz grupka kobiet znanych mi tylko z widzenia, nie z imienia - z kręgu młodszych drugich żon i przyjaciółek - z przejęciem drepczą za nami. Choć do jeziora szło się raptem kilka minut, droga bardzo się dłużyła, ponieważ moje obcasy bez przerwy grzęzły w tym cholernym żwirze, na który uparł się Fred. Ja chciałam wyłożyć ścieżkę piaskowcem, on jednak zmarszczył brwi i oświadczył, że to zbyt agresywny materiał do ogrodu, choć nie wiadomo, co to miało znaczyć. Nad wodą nie powinno być teraz żywej duszy. Zaplanowałam na trawnikach przed domem piękny pokaz fajerwerków, który miał być sygnałem do zakończenia przyjęcia; nie chciałam, by goście porozłazili się na wszystkie strony, niwecząc ten starannie obmyślony plan. Sztuczne ognie miały oświetlić pawilon ogrodowy w taki sposób, aby wszystkim zaparło dech. Może i są piękniejsze domy w Cotswolds, ale pawilonu zazdroszczą mi wszyscy.
Od początku wiedziałam, że Anthony coś zepsuje, nigdy nie umiał traktować niczego poważnie. Wyprawiłam to przyjęcie dla niego, dla uczczenia naszej rodziny i odniesionego przez nas sukcesu, a on urwał się pajacować nad jezioro. Starałam się zdusić w sobie rozdrażnienie na widok tłumu spieszącego ochoczo, by zobaczyć, co mój mąż tam nawyczyniał, lecz irytacja narastała - nie potrafiłam zmazać grymasu niezadowolenia, który zagościł na mojej twarzy. Bardzo postarza. Ten grymas.
Ktoś za moimi plecami krzyknął:
- Jest w wodzie!
Przeklęte jezioro. Dzieci wolały basen, prosiły, błagały, ale moim zdaniem baseny są ohydne, nie do zniesienia. Pasują do willi na południu Francji, a nie do Cotswolds, gdzie często pada, a naprawdę ciepło robi się dopiero w lipcu. Dlatego zleciłam wykopanie zbiornika i napełnienie go czystą wodą, a utrzymanie go powierzyłam konserwatorowi, który co tydzień sprawdzał jego stan. Skoro tak bardzo zależy im na pływaniu, powiedziałam, mogą korzystać z jeziorka. Mój syn - co mu się chwali - stanął na wysokości zadania i kąpał się tam co rano, za to reszta z nadąsanymi minami odmówiła choćby zbliżenia się do wody. Zwłaszcza Anthony był cykorem, jeśli chodzi o zimną wodę - wszedł do niej raptem dwa razy w życiu. Szkoda, że nie zrealizowałam swojego pierwotnego pomysłu i nie urządziłam tam labiryntu. Zawsze uważałam, że labirynt jest szalenie szykowny, ale Anthony burknął, że gdyby miał ochotę zgubić się gdzieś na weekend, wybrałby Ibizę - i na tym się skończyło.
Scena wyglądała jak wyjęta żywcem z renesansowego płótna. Giles i Freddy stali w wodzie z uniesionymi rękami, jakby dyrygowali niewidzialną orkiestrą. Pomiędzy nimi znajdował się mój mąż. W pozycji absolutnie niemożliwej, niemal zawieszony nad taflą jeziora. Twarz miał zanurzoną, ramiona zwisały bezwładnie jak u dziecka, któremu zdejmuje się ubranie. Za to nogi sterczały w powietrzu.
- Nabił się na pal! - lamentowała kobieta w mocno wydekoltowanej czerwonej sukni.
Hamish ją uciszył, niemniej miała rację. Mój mąż nadział się na jeden z ostro zakończonych prętów użytych do rozmieszczenia pięknych kul zdobiących staw. Jak ryba na harpun.
Podeszłam bliżej, zauważając zegarek na jego nadgarstku, ten sam, który podarowałam mu zaledwie dzień wcześniej. Sprzedawca się rozwodził, że można w nim nurkować na głębokość nawet trzydziestu metrów, lecz staw w Cotswold ani trochę nie przypominał czystych błękitnych wód Morza Śródziemnego. Typowa dla Anthony'ego niefrasobliwość. Kilka osób zaczęło krzyczeć, gwałtownie się odwróciłam i uciszyłam je gniewnym spojrzeniem.
- Nie żyje - poinformował Fred, jak gdyby zakrwawiony szpikulec nie mówił sam za siebie. On zawsze stwierdza oczywiste fakty. Ma bardzo dosłowny umysł, nie taki, na jaki liczyłam u swojego jedynego syna, choć właściwie pozostałe dzieci też nie są członkami Mensy.
Nie mogłam oderwać oczu od połyskującej pod wodą kuli podświetlającej krew. Bo to było w sumie najgorsze. Wcale nie widok Anthony'ego zawieszonego na metalowym pręcie niczym nawiedzona lalka z horroru - najbardziej niepokoiła ta ciemnoczerwona woda. Delikatne światło, o to wierciłam dziurę w brzuchu wykonawcom. Tutaj zaś nic nie było delikatne.
Hamish - moim zdaniem z nieco zbyt dużym entuzjazmem - ruszył pocieszać stadko drugich żon. Lyra pobiegła do brata, ale dotarłszy na brzeg, osunęła się na kolana. Praktyczny jak zawsze Giles dwoił się i troił, by nie dopuścić nikogo do zwłok, choć nie musiał się obawiać. Nikomu się nie spieszyło do tego przerażającego widoku. Te cholerne kule cudownie oświetlały miejsce dramatu, niemal jakby to było wyreżyserowane.
Lou odwróciła się na pięcie i poszła w stronę namiotu, wykrzyknąwszy przez ramię, że sprowadzi pomoc. Tchórz. A ja? Stałam jak wryta. Nie poruszyłam się ani o cal. W przypływach największej wściekłości nieraz życzyłam mężowi śmierci. Wyobrażałam sobie nawet, jak mogłoby do niej dojść, starannie układałam scenariusze: a to wciągnęła go potężna fala, a to spłonął w makabrycznej katastrofie helikoptera. Takie zwykłe fantazje, jakie my, kobiety, snujemy podczas kryzysów w długich małżeństwach. Wypiwszy o jedno martini za dużo, wspaniała przyjaciółka mojej matki Jessica De Palmer zwierzyła się kiedyś, jak to pocieszała się myślą, że jej mąż prawdopodobnie umrze nagle na zawał serca, jak wszyscy mężczyźni w jego rodzinie. Żartowała, że dokłada wszelkich starań, by gosposia gotowała jak najbardziej niezdrowo, byle tylko przyspieszyć atak. Ułożyło się jednak inaczej: William De Palmer przeżył żonę i jest obecnie mężem znacznie młodszej kobiety, która przestawiła go na zdrowy tryb życia i nie pozwala mu tykać alkoholu. Pewnie wolałby umrzeć.
Jestem nadzwyczaj praktyczna, gdy wymaga tego sytuacja. Niektórzy mogliby to nazwać oziębłością - w niejednej gazecie określono mnie mianem "lodowatej" - ale umiejętność wyłączania niepotrzebnych emocji, kiedy mogą przeszkadzać w działaniu, jest pożyteczna. Przemknęły mi przez głowę dwie myśli. Po pierwsze, poprzysięgłam sobie nie płakać ani nie szlochać na oczach tych miauczących kobiet. Doskonale wiem, jak drugie żony lubią plotkować o tych, które były przed nimi; gdybym okazała choćby krztynę emocji, rozprawiałyby z lubością o mojej przybierającej na sile rozpaczy. Po drugie, jednocześnie odezwał się we mnie instynkt macierzyński. Jest chyba bardziej opieszały niż u innych kobiet - dzieci nigdy aż tak bardzo mnie nie absorbowały, bądź co bądź potomstwo nie stanowi o naszej osobowości - niemniej gdzieś tam we mnie tkwi.
- Chodźcie tu - warknęłam do Lyry i Freddy'ego tak surowo, że pomimo szoku natychmiast wstali i do mnie podeszli. - Do domu, wracamy do domu - oznajmiłam, łapiąc ich za ręce.
Przepchnęliśmy się przez tłumek drugich żon i przyjaciółek, z których wiele rzeczywiście teraz chlipało, przypuszczalnie opłakując straconą okazję, i ruszyliśmy żwirową alejką. Pamiętam migoczące światła namiotu i pierwsze takty granego przez orkiestrę utworu Oh, What a Night. Cóż za ponura trafność.
- Nie idźmy tamtędy - błagała Lyra.
Rozumiałam ten impuls; perspektywa stawienia czoła setkom ludzi, w większości pijanych, wydawała się czymś niewykonalnym. Ale nie zamierzałam pozwolić, by Clara i Jemima dowiedziały się od dalszych znajomych albo, jeszcze gorzej, od kogoś z obsługi. Rachunki za terapię moich dzieci już i tak były niebotyczne, po co pogarszać ten stan?
Przemknęliśmy przez parkiet, potrącając po drodze balowiczów. Freddy był oblepiony zaschniętym błotem, którego spora część przylgnęła do Lyry, przez co jeszcze bardziej przypominała teraz włóczęgę. Próbowałam się uśmiechać, jak gdybym mogła uspokoić w ten sposób gości. Osobista asystentka Anthony'ego tańczyła, kołysząc biodrami w dość nieprzyzwoity sposób, z mężczyzną, którego nie rozpoznałam. Napotkała mój wzrok i zauważyłam, jak wyraz jej twarzy zmienia się z uwodzicielskiego w zaskoczony. Uśmiech zamarł mi na ustach. Żywiłam do Lainey intensywną niechęć i ostatnią rzeczą, jakiej bym teraz chciała, było to, żeby poszła za nami i zaoferowała pomoc tym delikatnie zdyszanym głosem, który zawsze podnosił mi ciśnienie. Pospiesznie pokręciłam głową, a jej uwaga przeniosła się ponownie na mężczyznę. Lainey wyraźnie go pociągała, gapił się w jej głęboki dekolt z takim oddaniem, że jeśli nie będzie uważał, może się to skończyć migreną.
W końcu znaleźliśmy Clarę. Jak przystało na najmłodszą, siedziała przy barze ze swoją przyjaciółką Willą, wyraźnie rozbawiona, i korzystając z okazji, usiłowała jak najszybciej się upić.
- Musimy iść - powiedziałam do niej, ściągając ją ze stołka i nie zważając na jej natychmiastowe pełne oburzenia protesty.
Lyra, która tymczasem gdzieś zniknęła, wreszcie znów pojawiła się u mojego boku. Przyprowadziła Willa, który sprawiał wrażenie mocno jak na siebie podenerwowanego. Stłumiłam irytację. Był mężem Jemimy, a co za tym idzie - musiał zostać włączony do rodziny, choć nigdy w pełni tego nie zaakceptowałam. Facet był mdły, kompletnie bez wyrazu i nie podobało mi się, że ludzie uważają go za jednego z Wisternów, o co z pewnością zabiegał.
Nie wie, gdzie jest jego żona, powiedział gorączkowo. Spojrzałam na niego z takim rozdrażnieniem, że aż się wzdrygnął - widziałam. W innych okolicznościach miałabym wielką satysfakcję, lecz tym razem niestety cała radość przepadła.
Wiedziałam, że nie możemy się dłużej ociągać w namiocie. Kątem oka dostrzegłam maszerującego sztywno w moją stronę Richarda Price'a, który najwyraźniej uznał, że skoro coś się dzieje, powinien w tym uczestniczyć. Powstrzymałam go uniesieniem ręki i wypchnęłam rodzinę z namiotu. Ostatnie metry dzielące nas od domu pokonaliśmy niemal biegiem. Fred obejmował siostry ramionami, Will wyciągnął do mnie dłoń, po czym szybko ją cofnął, ponieważ zignorowałam ten gest. Gdy dotarliśmy do przeszklonych drzwi salonu, do pokoju weszła Jemima w szlafroku i z ręcznikiem na głowie. Zaskoczona podniosła na nas wzrok, a w tej samej chwili usłyszałam policyjne syreny na podjeździe.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki