Punkt zwrotny
1 marca w 2014 roku w centrum Doniecka doszło do masowej demonstracji. Wzięło w niej udział od piętnastu do dwudziestu tysięcy osób. Jak na stolicę Donbasu, do tej pory nieodznaczającą się polityczną aktywnością mieszkańców, było to niezwykłe wydarzenie. Plac wypełniła ludzka masa, ubrana w typowe dla tego regionu szarobure ubrania. Nie powiewały nad nią ukraińskie flagi, lecz trójkolorowe barwy Rosji, sztandary z czasów ZSRR i chorągiewki partii Blok Rosyjski. Uczestnicy nieśli transparenty z hasłami: "W Rosji mieszkają nasi bracia, a w Europie będziemy służącymi", "Donbas przeciwko banderowcom". Tłum żądał krwi.
Donbas nie zapisał się w dziejach jako "europejska beczka prochu". Nie zasłużył nawet na porównanie do pudełka zapałek. To nie Bałkany ani Kaukaz, gdzie do wybuchu wystarczyła iskra. Jego mieszkańcy byli skupieni na swoich sprawach i nie słynęli z zapalczywości. To region z dość krótką historią, gęsto zaludniony dopiero od XIX wieku. Nie odkładały się tutaj wielowiekowe warstwy sąsiedzkiej nienawiści oraz etnicznej wrogości, charakterystyczne dla innych punktów zapalnych. Zburzenie równowagi na Donbasie i doprowadzenie do wybuchu niekontrolowanej agresji wymagało wielu starań.
Tamtego dnia ludzie wyszli na ulice także w wielu innych miastach południa i wschodu Ukrainy. 1 marca uznano za początek "rosyjskiej wiosny" - bo tak rosyjskie media ochrzciły antyukraińskie powstanie po obaleniu prezydenta Wiktora Janukowycza, które przerodziło się w działania zbrojne na wschodzie kraju. Wojna dojrzewała długo. Doprowadziły do niej działania wielu manipulatorów politycznych i ideologów, którzy wypracowali teoretyczne podstawy dla przyszłego konfliktu.
To jasne, że regiony państwa ukraińskiego różnią się od siebie. Przyczyn należy szukać w historii - w skład współczesnej Ukrainy weszły należące w przeszłości do różnych organizmów państwowych ziemie, które rozwijały się w odmienny sposób. Nie oznacza to jednak, że byliśmy skazani na konflikt.
Przez pierwsze dwadzieścia lat po ogłoszeniu niepodległości regionalne odmienności nie doprowadzały do konfliktów zbrojnych. W latach dziewięćdziesiątych historyczne, ideologiczne i językowe sprzeczności nie były dla mieszkańców Lwowa czy Doniecka najważniejszym problemem. Ludzi bardziej obchodziła ich sytuacja gospodarcza niż polityka. Oczywiście zdarzały się pewne tarcia i konflikty. Pierwsze lata istnienia Ukrainy przyniosły poważne niebezpieczeństwo separatyzmu na Krymie. Na szczęście ten problem udało się zażegnać. Choć przez wschód kraju przechodziły niekiedy polityczne burze, to w żadnym stopniu nie przypominały one ówczesnych wydarzeń z Jugosławii czy z niektórych byłych republik sowieckich. W Ukrainie ścierali się ze sobą wyłącznie radykałowie - i to głównie na łamach gazet i ulotek.
Ukraińcy obserwowali wojenne tragedie przeważnie w telewizji. Po sąsiedzku wybuchła wojna w Naddniestrzu. W wieczornych wiadomościach pokazywano reportaże o oblężeniu Sarajewa czy walkach na ulicach Suchumi w Abchazji. Największe wrażenie na obywatelach naszego kraju zrobiły wieści z Czeczenii, pojawiające się w rosyjskiej telewizji, która nadawała wówczas na terytorium Ukrainy. Miliony z nas patrzyły na krwawe starcia w Groznym jak na własną wojnę.
Na tle byłych republik radzieckich Ukraina lat dziewięćdziesiątych wyglądała jak wyspa stabilności i spokoju, czym szczyciła się kijowska władza, uznając tę sytuację za swoją główną zasługę. W kampanii prezydenckiej w 1999 roku Leonid Kuczma, ubiegający się o drugą kadencję na stanowisku prezydenta, wykorzystał hasło: "Nasi wojskowi wracają do domu". W klipie reklamowym można było zobaczyć szczęśliwego żołnierza przyjeżdżającego do rodziny po odbytej służbie. Taki przekaz przyciągał ludzi znających rozmiary tragedii w Czeczenii. Kuczma wygrał tamte wybory, zdecydowanie wyprzedzając Petra Symonenkę, kandydata radykalnie prorosyjskiej opozycji.
W tamtych czasach można było odnieść wrażenie, że nasi żołnierze wracali do domów już na zawsze. Jednak pięć lat później na wszystkich ogólnoukraińskich kanałach w kółko puszczano spot wyborczy stworzony przez PR-owców Wiktora Janukowycza - ówczesnego premiera Ukrainy, wyznaczonego na następcę Kuczmy. W filmiku - głosem popularnego rosyjskiego wokalisty Josypa Kobzona - grożono, że w Ukrainie wybuchnie wojna domowa, jeśli wyborcy zagłosują na prozachodniego, pomarańczowego [barwy wybrane przez ukraińską opozycję demokratyczną w 2004 roku - przyp. tłum.] kandydata Wiktora Juszczenkę.
Jakie zmiany nastąpiły między rokiem 1999 a 2004? Dlaczego w spocie politycznym pojawił się wówczas motyw wojny, która dekadę później stała się rzeczywistością? Jaki łańcuch wydarzeń doprowadził do masowych demonstracji w miastach Donbasu wiosną 2014 roku, a potem do wtargnięcia rosyjskich dywersantów do Słowiańska?
Jeśli chcemy poznać odpowiedzi na te pytania, musimy cofnąć się do lat dziewięćdziesiątych i przyjrzeć bliżej najnowszej historii Donbasu oraz zrozumieć sens tamtejszej polityki. Korzenie złowieszczych procesów, które wprowadziły ten region na wojenną ścieżkę, sięgają wielu lat wcześniej. Kiedy przeanalizujemy je szczegółowo, przekonamy się, że w dziejach Ukrainy i Donbasu doszło do kilku punktów zwrotnych. Gdyby w odpowiednich momentach wybrano inaczej, uniknięcie wojny stałoby się możliwe. Jednak w każdym z tych przypadków politycy podejmowali błędne decyzje...
Doniecki separatyzm w Ukrainie odżywał regularnie - raz na dziesięć lat. Każda następna erupcja była znacznie silniejsza od poprzedniej. W latach 1993 - 1994 doszło do strajków i stawiania ultimatów, które zakończyły się nikczemnym pseudoreferendum określonym jako "doradcze badanie opinii publicznej". Zjazd siewierodoniecki, zorganizowany w 2004 roku przez Partię Regionów, doprowadził państwo na skraj przepaści. Za to w 2014 roku doszło już do działań wojennych z udziałem oddziałów sąsiedniego państwa.
Nie możemy zmienić przeszłości, ale warto wyciągnąć z niej wnioski. Wojny nie biorą się znikąd. Zawsze można wskazać tych, którzy pociągają za spust, i takich, którzy do tego namawiają. Bywa, że pierwsze podszepty i pierwsze strzały dzielą lata lub nawet dekady. Na Donbasie długo pracowano nad doprowadzeniem do wybuchu wojny. Niektórzy robili to świadomie, inni bezwiednie. Do ostatniego momentu nie wierzono, że dojdzie do wojny. Nawet w gorącym maju 2014 roku, gdy od eksplozji min opadały kwiaty jabłoni, na ulicach wyrastały barykady, a uzbrojone bandy przejmowały całe miasta - nawet wtedy zdawało się, że to wszystko nie dzieje się na poważnie, a strony konfliktu już za chwilę opamiętają się i odłożą broń.
Gdzie jest ten motyl, który uderzeniami swoich skrzydeł wywołał burzę? Należy go szukać w okresie prenatalnym współczesnego państwa ukraińskiego. Separatyzm doniecki zawsze towarzyszył próbom ogłaszania niepodległości Ukrainy. Było tak już w 1918 roku, gdy bolszewicy w kontrze do budowy Ukraińskiej Republiki Ludowej ogłosili stworzenie Doniecko-Krzyworoskiej Republiki Radzieckiej. Wprawdzie nie przetrwała ona długo i właściwie nikt nie zauważył jej istnienia, ale sam fakt powstania takiego państwa służył później jako istotny symbol donieckim separatystom.
Separatyzm doniecki podniósł głowę po raz drugi, gdy rozpadał się ZSRR. Analogicznie, ruch ten był skierowany przeciwko młodemu państwu ukraińskiemu, które właśnie miało zaistnieć na mapie świata. Symboliczny początek tej ery można powiązać z dniem wymyślenia w Doniecku czarno-niebiesko-czerwonego sztandaru, który stał się atrybutem donieckich separatystów, a później, w 2014 roku, flagą quasi-republiki, utworzonej po zakończeniu rewolucji na kijowskim Majdanie. Właśnie wtedy rozpoczęła się epoka donieckiego separatyzmu we współczesnej formie. Był słaby i nieznaczący, gdy nie otrzymywał zewnętrznego wsparcia. Nawet w okresie największej polityzacji społeczeństwa, kiedy w całym kraju powstawały rozliczne partie, ruchy i organizacje społeczne, donieccy separatyści byli praktycznie pozbawieni poparcia społecznego i nie potrafili wpłynąć na przebieg zdarzeń.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki