Jak ująć diabła - Kerri Maniscalco

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KIEDY OTWO­RZY­ŁAM DRZWI PO­WOZU i nie od­ry­wa­jąc wzroku od unie­sio­nego to­pora, chwiej­nie wy­sia­dłam na ulicę, po­wi­tał mnie lo­do­waty po­dmuch wia­tru. Roz­myte pro­mie­nie słońca zda­wały się ska­py­wać z ostrza ni­czym świeże kro­ple krwi, co przy­po­mniało mi o nie­daw­nych zda­rze­niach. Nie­któ­rzy pew­nie na­zwa­liby je kosz­ma­rami. Głę­boko we mnie obu­dziło się uczu­cie po­dobne do głodu, ale po­śpiesz­nie je stłu­mi­łam.

- Panno Wad­sworth?

Woź­nica wy­cią­gnął ku mnie rękę, czuj­nie przy­pa­tru­jąc się twa­rzom umo­ru­sa­nych lu­dzi, któ­rzy tłum­nie się prze­py­chali przez West Street. Za­mru­ga­łam i przy­po­mnia­łam so­bie, gdzie je­stem i kto mi to­wa­rzy­szy. Spę­dzi­łam w No­wym Jorku już nie­mal trzy ty­go­dnie, a na­dal wszystko tu­taj wy­da­wało mi się nie­rze­czy­wi­ste.

Woź­nica ob­li­zał spierzch­nięte wargi i do­dał z na­pię­ciem:

- Pani stryj ży­czył so­bie, żeby za­brać obie pa­nie pro­sto do...

- Za­cho­wajmy to w ta­jem­nicy, Rho­des.

Po tych sło­wach za­ci­snę­łam dłoń na la­sce i ru­szy­łam przed sie­bie, wpa­trzona w mętne czarne oczy. To­pór w końcu opadł i z głu­chym trza­skiem rąb­nął w drewno, po dro­dze prze­ci­na­jąc rdzeń krę­gowy na wy­so­ko­ści karku. Oprawca - ja­sno­włosy męż­czy­zna, na oko dwu­dzie­sto­la­tek - wy­cią­gnął ostrze z trupa i wy­tarł je o przód zbry­zga­nego krwią far­tu­cha.

Ze względu na pod­wi­nięte rę­kawy ko­szuli i zro­szone po­tem czoło rzeź­nik na mo­ment sko­ja­rzył mi się ze stry­jem Jo­na­tha­nem tuż po otwar­ciu zwłok. Kat odło­żył to­pór i szarp­nię­ciem od­su­nął mar­twą kozę, spraw­nie od­dzie­la­jąc jej łeb od tu­ło­wia.

Po­de­szłam nieco bli­żej. Za­cie­ka­wiło mnie, dla­czego głowa zwie­rzę­cia nie sto­czyła się z rzeź­nic­kiego pniaka, jak się tego spo­dzie­wa­łam. Łeb prze­tur­lał się na bok po gru­bej de­sce i znie­ru­cho­miał, wpa­tru­jąc się mar­twym wzro­kiem w zi­mowe niebo. Gdy­bym wie­rzyła w ży­cie po śmierci, mia­ła­bym na­dzieję, że koza tra­fiła do lep­szego świata, da­leko stąd.

Sku­pi­łam się na tu­szy. Zwie­rzę ubito i oskó­ro­wano gdzie in­dziej, więc oglą­da­łam ciało po­kryte biało-czer­woną mapą krzy­żu­ją­cej się tkanki łącz­nej, tłusz­czu i chu­dego mięsa. Stłu­mi­łam w so­bie na­ra­sta­jącą po­trzebę wy­re­cy­to­wa­nia pół­gło­sem na­zwy każ­dego mię­śnia i ścię­gna. Od mie­siąca nie prze­pro­wa­dzi­łam żad­nej sek­cji zwłok.

- Ja­kie to ape­tyczne - usły­sza­łam.

Moja sio­stra cio­teczna Liza w końcu do mnie do­łą­czyła. Zła­pała mnie pod rękę i po­cią­gnęła za sobą, że­bym ze­szła z drogi męż­czyź­nie, który wła­śnie rzu­cał cze­lad­ni­kowi wy­pchany płó­cienny wo­rek. Do­piero te­raz za­uwa­ży­łam cienką war­stwę tro­cin pod sto­pami rzeź­nika. Pył drzewny do­brze chło­nął krew przed za­mia­ta­niem, o czym wie­dzia­łam dzięki wielu go­dzi­nom spę­dzo­nym w la­bo­ra­to­rium stryja i w aka­de­mii me­dy­cyny są­do­wej w Ru­mu­nii, gdzie przez krótki czas się uczy­łam. Stryj nie był je­dy­nym Wad­swor­them z za­mi­ło­wa­niem do kro­je­nia zmar­łych.

Rzeź­nik prze­rwał rą­ba­nie kozy i spoj­rzał na nas lu­bież­nie. Bez­czel­nie zlu­stro­wał nas wzro­kiem, po czym gwizd­nął z apro­batą.

- Zdzie­ram gor­sety szyb­ciej niż skórę z kozy. - Uniósł nóż, ga­piąc się na mój de­kolt. - Chcesz się prze­ko­nać, fi­glarko? Po­wiedz słówko, a zo­ba­czysz, co jesz­cze po­tra­fię zro­bić z ta­kim ciał­kiem.

Sto­jąca obok mnie Liza za­marła. "Fi­glar­kami" czę­sto na­zy­wano ko­biety, które rze­komo źle się pro­wa­dziły. Je­śli ten czło­wiek są­dził, że się za­ru­mie­nię i ucieknę, to ogrom­nie się po­my­lił.

- Bar­dzo mi przy­kro, pro­szę pana, ale nie je­stem pod wra­że­niem. - Od nie­chce­nia wy­su­nę­łam skal­pel z to­re­beczki za­wie­szo­nej na prze­gu­bie. - Tak się składa, że i ja pa­tro­szę trupy, choć nie za­przą­tam so­bie głowy zwie­rzę­tami. Usu­wam wnętrz­no­ści lu­dziom. Ży­czy pan so­bie po­kazu?

Z pew­no­ścią do­strzegł na mo­jej twa­rzy coś, co go za­nie­po­ko­iło, gdyż cof­nął się o krok i uniósł zro­go­wa­ciałe dło­nie.

- Nie chcę kło­po­tów - oznaj­mił. - Tylko żar­to­wa­łem.

- Ja rów­nież - po­wie­dzia­łam. Zbladł, kiedy ob­da­rzy­łam go słod­kim uśmie­chem, jed­no­cze­śnie ko­ły­sząc skal­pe­lem. - Szkoda, że prze­szła panu ochota na za­bawę. Inna sprawa, że wcale mnie to nie dziwi. Męż­czyźni pań­skiego po­kroju zbyt­nio się prze­chwa­lają po to, żeby za­ma­sko­wać swoje... mi­zerne moż­li­wo­ści.

Liza otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia i na­tych­miast mnie od­cią­gnęła. Gdy nasz po­wóz od­je­chał bez nas, wes­tchnęła ciężko i po­wie­działa:

- Wy­tłu­macz mi, moja droga, dla­czego opu­ści­ły­śmy cie­pły ele­gancki po­wóz, żeby prze­cha­dzać się wśród... - Wska­zała pa­ra­solką rzędy pnia­ków i stra­ga­nów z po­ćwiar­to­wa­nym mię­sem, które rzeź­nicy za­wi­jali w brą­zowy pa­pier. - ...tego wszyst­kiego. Smród jest po pro­stu kosz­marny, a to­wa­rzy­stwo jesz­cze gor­sze. Nikt ni­gdy nie zwra­cał się do mnie w rów­nie pro­stacki spo­sób.

Po­sta­no­wi­łam prze­mil­czeć swoje wąt­pli­wo­ści w tej kwe­stii. Spę­dzi­ły­śmy po­nad ty­dzień na po­kła­dzie trans­atlan­tyku, gdzie ze­tknę­ły­śmy się ze zna­nym z roz­pu­sty cyr­kiem. Już po pię­ciu mi­nu­tach zna­jo­mo­ści z jego mło­dym dy­rek­to­rem by­łam świa­doma, że to dia­beł wcie­lony, i to pod wie­loma wzglę­dami.

- Za­pra­gnę­łam na wła­sne oczy zo­ba­czyć dziel­nicę rzeź­ni­ków - skła­ma­łam. - Może znajdę tu na­tchnie­nie do przy­rzą­dze­nia ide­al­nego dru­giego da­nia. Co my­ślisz o pie­czo­nej koź­li­nie?

- Zu­peł­nie coś in­nego niż przed de­ka­pi­ta­cją kozy. - Liza wy­glą­dała tak, jakby zbie­rało się jej na wy­mioty. - Wiesz, do czego służą książki ku­char­skie? Można z nich czer­pać in­spi­ra­cję bez wy­siłku i ro­bie­nia jatki. To oczy­wi­ste, że znowu chcesz jak naj­bar­dziej zbli­żyć się do śmierci.

- Nie mów głupstw. Jak mo­żesz tak my­śleć?

- Ro­zej­rzyj się, Au­drey Rose. W tym mie­ście jest tyle cie­ka­wych miejsc, a ty wy­bra­łaś aku­rat tę oko­licę na spa­cer.

Ode­rwa­łam wzrok od osku­ba­nego kur­czaka, który lada mo­ment miał po­dzie­lić los roz­człon­ko­wa­nej kozy, i ze scep­ty­cy­zmem ro­zej­rza­łam się wo­kół. Krew mia­rowo ska­py­wała z licz­nych drew­nia­nych sto­łów rzeź­ni­czych przed skle­pami i roz­bry­zgi­wała się na ziemi.

Wnio­sku­jąc z plam w prze­róż­nych od­cie­niach, nikt nie mył ulic na­wet po dniu wy­jąt­kowo na­tę­żo­nego ćwiar­to­wa­nia zwie­rząt. Żyłki szkar­łatu i czerni wiły się wśród szcze­lin mię­dzy ko­cimi łbami - do­pływy sta­rej śmierci łą­czyły się ze stru­mie­niami no­wej. Oczy mnie za­pie­kły, a serce szyb­ciej za­biło, gdy po­czu­łam za­pach mie­dzi prze­mie­szany ze smro­dem od­cho­dów.

Na tej ulicy śmierć była na­ma­calna. Była speł­nio­nym ma­rze­niem mor­dercy.

Gdy Liza omi­jała wia­dro z oszro­nio­nymi po­dro­bami, jej cie­pły od­dech w mroź­nym po­wie­trzu sko­ja­rzył mi się z parą bu­cha­jącą z go­rą­cego czaj­nika. Nie by­łam pewna, czy moją sio­strę bar­dziej razi bli­skość aż tylu wnętrz­no­ści, czy ra­czej fakt, że są czę­ściowo za­mro­żone. Za­my­śli­łam się nad ukry­tym we mnie mro­kiem, dzięki któ­remu nie czu­łam naj­mniej­szego obrzy­dze­nia. Być może na­de­szła pora na nowe hobby.

Naj­wy­raź­niej uza­leż­nia­łam się od krwi.

- Za­raz za­trzy­mam inny po­wóz. I tak nie po­win­naś spa­ce­ro­wać przy tej po­go­dzie. Wiesz prze­cież, co mówi stryj o ta­kim zim­nie. Po­patrz tylko. - Liza wska­zała głową na­sze stopy. - Buty na­sią­kają wodą jak chleb zupą, kiedy go w niej za­nu­rzyć. Zmar­z­niemy tu na kość.

Na­wet nie zer­k­nę­łam na swoje stopy. Od­kąd przy­ję­łam cios no­żem w nogę, nie no­si­łam ulu­bio­nych ślicz­nych pan­to­fel­ków. Dzi­siaj wło­ży­łam pła­skie i ni­ja­kie buty ze sztyw­nej skóry. Liza miała ra­cję. Przej­mu­jąca wil­goć wnik­nęła przez szwy i wsią­kła w poń­czo­chy, a tępy ból w ko­ściach, który nie­mal ni­gdy mnie nie opusz­czał, jesz­cze się na­si­lił.

- Stać! Zło­dziej!

Po­li­cjant za­gwiz­dał gdzieś nie­opo­dal, a wtedy kilka osób wy­rwało się z tłumu i roz­bie­gło po ulicz­kach ni­czym roz­no­szące dżumę szczury. Od­su­nę­ły­śmy się szybko, żeby przy­pad­kiem nie paść ofiarą ucie­ka­ją­cych kie­szon­kow­ców i zło­dzie­jasz­ków.

- Upie­czone w ca­ło­ści pro­się aż nadto wy­star­czy - do­dała Liza. - Nie przej­muj się.

- Wła­śnie o to cho­dzi.

Przy­war­łam do bu­dynku, kiedy mi­nął mnie bie­gnący chło­piec. Jedną ręką przy­trzy­my­wał swój kasz­kiet, a w dru­giej trzy­mał coś, co wy­glą­dało jak ze­ga­rek. Pę­dzący z tyłu po­li­cjant gwiz­dał nie­prze­rwa­nie, la­wi­ru­jąc mię­dzy sprze­daw­cami.

- Nie mogę się nie przej­mo­wać. Uro­dziny Tho­masa są już za dwa dni - przy­po­mnia­łam Li­zie, tak jak­bym nie mó­wiła tego ze sto razy w ostat­nim ty­go­dniu. Gwiz­dek po­ste­run­ko­wego i krzyki stop­niowo ci­chły, więc znowu ru­szy­ły­śmy wzdłuż rzeź­ni­czych stra­ga­nów. - To pierw­sza uro­czy­sta ko­la­cja, którą or­ga­ni­zuję, więc chcę, żeby wszystko po­szło ide­al­nie.

Pan Tho­mas Cres­swell - mój nie­zno­śny, lecz nie­za­prze­czal­nie cza­ru­jący part­ner w wy­ja­śnia­niu zbrodni - i ja przez dłuż­szy czas omi­ja­li­śmy te­mat za­lo­tów i mał­żeń­stwa. Zgo­dzi­łam się przy­jąć jego oświad­czyny, o ile wcze­śniej zwróci się do mo­jego ojca, jed­nak nie są­dzi­łam, że wszystko ro­ze­gra się tak szybko. Zna­li­śmy się za­le­d­wie od pię­ciu mie­sięcy, ale uwa­ża­łam, że po­dej­muję słuszną de­cy­zję.

Więk­szość mło­dych ko­biet z mo­ich krę­gów wy­cho­dziła za mąż w wieku około dwu­dzie­stu je­den lat. Ja czu­łam się star­sza, zwłasz­cza po wy­da­rze­niach na po­kła­dzie RMS Etru­rii. Przy­sta­łam na to, żeby Tho­mas na­pi­sał do mo­jego ojca list z prośbą o spo­tka­nie, pod­czas któ­rego za­mie­rzał przed­sta­wić swoje in­ten­cje. W tym mo­men­cie mój oj­ciec i ciotka Ame­lia pły­nęli z Lon­dynu do No­wego Jorku, więc zbli­żał się czas ofi­cjal­nych za­lo­tów, zwień­czo­nych za­rę­czy­nami.

Jesz­cze nie­dawno na myśl o związku czu­ła­bym się jak uwię­ziona w nie­wi­dzial­nej klatce. Te­raz z ko­lei mia­łam ir­ra­cjo­nalne obawy, że coś unie­moż­liwi mój ślub z Tho­ma­sem. Nie­dawno omal go nie stra­ci­łam i za nic nie mo­głam do­pu­ścić do tego, żeby to się po­wtó­rzyło.

- A poza tym... - Wy­ję­łam z to­rebki list od zna­ko­mi­tego pa­ry­skiego szefa kuchni i ra­do­śnie po­ma­cha­łam ko­pertą. - ...mon­sieur Escof­fier ka­te­go­rycz­nie za­żą­dał naj­lep­szego mięsa. I jak wiesz, stryj nie za­do­woli się byle ka­wał­kiem twar­dej gi­czy. - Moc­niej opar­łam się o la­skę. - Dla­tego będę się przej­mo­wała.

Liza chyba za­mie­rzała po­le­mi­zo­wać, ale tylko przy­ło­żyła per­fu­mo­waną chustkę do nosa i spoj­rzała na me­cha­niczne skle­pie­nie nad na­szymi gło­wami. Prze­no­śnik ta­śmowy z ha­kami su­nął przy wtó­rze szczęku kół zę­ba­tych i po­dzwa­nia­nia me­talu ob­cią­ża­nego nie­ustan­nie do­kła­da­nymi po­ła­ciami świe­żego mięsa, a cały ten ha­łas na­kła­dał się na od­głosy ulicz­nego zgiełku. Liza ob­ser­wo­wała z za­dumą, jak szczątki wjeż­dżają do bu­dyn­ków, gdzie nie­wąt­pli­wie roz­bie­rano je na jesz­cze mniej­sze czę­ści.

Moja sio­stra za­pewne szu­kała ko­lej­nego po­wodu, dla któ­rego po­win­nam sie­dzieć w domu i od­po­czy­wać, ale po kilku ty­go­dniach w No­wym Jorku czu­łam się aż nadto zre­lak­so­wana. Nie mia­łam ochoty słu­chać, co mogę ro­bić, a czego już nie. Sama wie­dzia­łam to naj­le­piej.

Na­prawdę za­le­żało mi na tym, żeby osiem­na­ste uro­dziny Tho­masa były wy­jąt­kowe, lecz moja ob­se­sja miała rów­nież inne źró­dło. Z obawy, że jesz­cze bar­dziej uszko­dzę nogę, stryj nie po­zwa­lał mi swo­bod­nie opusz­czać domu babci, więc od­cho­dzi­łam od zmy­słów z bez­czyn­no­ści i nudy. Za­ję­łam się or­ga­ni­za­cją uro­dzi­no­wej im­prezy nie tylko ze względu na Tho­masa, ale i dla sie­bie.

Na­tu­ral­nie by­łam wdzięczna sio­strze cio­tecz­nej za wspar­cie. Liza i Tho­mas za­ba­wiali mnie na prze­mian, czy­ta­jąc gło­śno moje ulu­bione książki i gra­jąc na pia­ni­nie. Wy­sta­wili na­wet kilka sztuk te­atral­nych, co mnie roz­ba­wiło i za­ra­zem zdu­miało. Liza śpie­wała jak sło­wik, w prze­ci­wień­stwie do Tho­masa, który wy­padł tra­gicz­nie. Wrza­ski ko­cicy w rui by­łyby mil­sze dla ucha, ale przy­naj­mniej się prze­ko­na­łam, że nie jest uzdol­niony w każ­dej dzie­dzi­nie, co ogrom­nie pod­nio­sło mnie na du­chu. By­łoby mi na­prawdę ciężko, gdyby nie Liza, Tho­mas i książki. Dzięki przy­go­dom na kar­tach po­wie­ści nie smu­ci­łam się tym, co mnie omija w praw­dzi­wym świe­cie.

- Per­so­nel ku­chenny two­jej babci po­ra­dzi so­bie z za­ku­pami we­dług wska­zó­wek pana Ritza. Czy to nie on po­le­cił nam pana Escof­fiera? Nie po­winno się oglą­dać ta­kich scen przed przy­miarką sukni. - Liza wska­zała głową rzeź­nika, który wła­śnie wy­dłu­by­wał oczy z ko­ziego łba i wrzu­cał je do mi­ski. Brzuch kozy był roz­cięty i go­towy do wy­pa­tro­sze­nia. - Na­wet je­śli się przy­wy­kło do ma­ka­brycz­nych wi­do­ków.

- Śmierć to część ży­cia. Oto przy­kład. - Po­pa­trzy­łam wy­mow­nie na świeże mięso. - Gdyby nie śmierć tej kozy, lu­dzie by gło­do­wali.

Liza zmarsz­czyła nos.

- Albo po pro­stu mu­sie­liby na­uczyć się ja­dać ro­śliny - za­uwa­żyła.

- To bar­dzo śmiałe stwier­dze­nie, nie­mniej ro­śliny też mu­siałby gi­nąć, żeby lu­dzie prze­trwali.

Zi­gno­ro­wa­łam ukłu­cie bólu w no­dze, kiedy ude­rzył w nas wy­jąt­kowo lo­do­waty po­wiew wia­tru znad rzeki Hud­son. Sine chmury wy­brzu­szały się, zwia­stu­jąc nowe opady śniegu, który - jak mi się wy­da­wało - sy­pał nie­prze­rwa­nie już od mie­siąca. Z przy­kro­ścią mu­sia­łam przy­znać ra­cję stry­jowi: tego wie­czoru mia­łam po­nieść kon­se­kwen­cje swo­jego spa­ceru.

- A poza tym moja przy­miarka jest za dwa­dzie­ścia mi­nut, więc zo­stało mnó­stwo czasu na...

Urwa­łam, gdy prze­cho­dzień w szy­tym na miarę ciem­no­brą­zo­wym pal­cie i w me­lo­niku w tym sa­mym ko­lo­rze rap­tow­nie od­sko­czył, w ostat­niej chwili uni­ka­jąc obrzy­dli­wej ką­pieli, kiedy wia­dro nie­czy­sto­ści wy­lało się z okna czyn­szo­wej ka­mie­nicy pro­sto na chod­nik. Nie­zna­jomy wpadł na mnie, a la­ska, którą wy­trą­cił z mo­jej ręki, wy­lą­do­wała na ziemi obok jego le­kar­skiej torby peł­nej zna­nych mi na­rzę­dzi. Męż­czy­zna zi­gno­ro­wał torbę i mocno chwy­cił mnie za ra­mię, że­bym nie upa­dła i przy­pad­kiem nie na­działa się na coś ostrego.

Pro­stu­jąc się, po­pa­trzy­łam na wy­su­niętą z roz­pię­tej torby cał­kiem sporą piłę do ko­ści. Za­uwa­ży­łam też coś, co wy­glą­dało jak pro­jekt ar­chi­tek­to­niczny, i po­my­śla­łam, że ten czło­wiek może być le­ka­rzem, który bu­duje wła­sny ga­bi­net. Kiedy nie­zna­jomy się upew­nił, że już nie grozi mi upa­dek, pu­ścił mnie, po czym szybko pod­niósł swoją torbę, wrzu­cił do niej na­rzę­dzia me­dyczne i zwi­nął ry­su­nek.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam! - ode­zwał się. - J...je­stem Henry. Nie chcia­łem... Na­prawdę po­wi­nie­nem w końcu za­cząć pa­trzeć, do­kąd idę. Mam dzi­siaj mi­lion spraw na gło­wie.

- Tak, po­wi­nien pan. - Liza pod­nio­sła moją la­skę i po­słała mu gniewne spoj­rze­nie, któ­rego nie po­wsty­dzi­łaby się na­wet ciotka Ame­lia. - Ze­chce pan wy­ba­czyć, na nas pora.

Męż­czy­zna prze­niósł spoj­rze­nie na moją sio­strę i za­mknął usta: nie by­łam pewna, czy z po­wodu jej urody, czy tem­pe­ra­mentu. Chyba usi­ło­wał ze­brać my­śli, kiedy Liza uważ­nie mu się przy­glą­dała.

- Że­gnam pana. - Po­now­nie ujęła mnie pod rękę i wy­nio­śle unio­sła głowę, po­trzą­sa­jąc kar­me­lo­wymi wło­sami. - Je­ste­śmy spóź­nione na bar­dzo ważne spo­tka­nie.

- Nie za­mie­rza­łem...

Nie cze­ka­jąc, aż pan Henry opo­wie o swo­ich za­mia­rach, Liza po­pro­wa­dziła nas przez la­bi­rynt sto­isk, wśród rzeź­ni­ków i sprze­daw­ców. Jedną ręką ści­skała lekko unie­sioną bla­do­zie­loną suk­nię i pa­ra­solkę, drugą cią­gnęła mnie za sobą. Po­ru­sza­ły­śmy się zde­cy­do­wa­nie zbyt prędko jak na moje moż­li­wo­ści, więc w końcu oswo­bo­dzi­łam się i ru­szy­łam ku West Street.

- Co to, w imię kró­lo­wej, miało być? - spy­ta­łam, wska­zu­jąc na męż­czy­znę, przed któ­rym wła­ści­wie ucie­kły­śmy. - Prze­cież nie chciał się ze mną zde­rzyć, a poza tym nie­wąt­pli­wie go za­uro­czy­łaś. Gdyby nie twoje bez­den­nie nie­uprzejme za­cho­wa­nie, mo­gły­by­śmy za­pro­sić go na przy­ję­cie. Prze­cież jesz­cze wczo­raj ubo­le­wa­łaś, że nie masz z kim flir­to­wać.

- Ow­szem, ubo­le­wa­łam.

- No wła­śnie. Był uprzejmy, tro­chę nie­zdarny, ale nie­szko­dliwy i chyba miał miły cha­rak­ter. Nie po­do­bają ci się bru­neci?

- No do­brze. - Liza prze­wró­ciła oczami. - Skoro mu­sisz wie­dzieć, imię Henry za bar­dzo ko­ja­rzy się z Harry, a chwi­lowo mam do­syć męż­czyzn o imio­nach za­czy­na­ją­cych się na li­terę H.

- Co za ab­surd.

- Nie więk­szy niż stycz­niowy spa­cer wśród rzeź­ni­czych stra­ga­nów. W ja­snej sukni. Czy mimo to na­rze­kam, droga sio­stro? - spy­tała, a ja wy­mow­nie unio­słam brwi. - Nic na to nie po­ra­dzę! - krzyk­nęła. - Wiesz, jak bar­dzo de­ner­wuję się przed spo­tka­niem z mamą, zwłasz­cza po mo­jej do­prawdy krót­ko­trwa­łej ucieczce z cyr­kiem.

Po wzmiance o Księ­ży­co­wym Cyrku obie przez chwilę mil­cza­ły­śmy, wspo­mi­na­jąc ma­gię, psoty i chaos, które na za­wsze wdarły się w na­sze ży­cie za sprawą za­le­d­wie dzie­wię­ciu dni na po­kła­dzie li­niowca RMS Etru­ria. Pod tym wzglę­dem cyrk zde­cy­do­wa­nie speł­nił za­po­wie­dzi z pla­ka­tów re­kla­mo­wych. Cyr­kowcy na­ro­bili mnó­stwa kło­po­tów, nie­mniej by­łam do­zgon­nie wdzięczna Me­fi­sto­fe­le­sowi za lek­cję, któ­rej ce­lowo lub przy­pad­kiem mi udzie­lił. Pod ko­niec tego prze­klę­tego rejsu nie mia­łam już żad­nych wąt­pli­wo­ści co do mał­żeń­stwa z Tho­ma­sem. Znik­nęły ni­czym ma­gik pre­zen­tu­jący skom­pli­ko­waną ilu­zję.

Pew­ność do­dała mi skrzy­deł.

Liza owi­nęła się szczel­niej pe­le­ryną i ru­chem głowy wska­zała boczną ulicę.

- Po­win­ny­śmy jak naj­szyb­ciej iść do Do­gwood Lane Bo­uti­que - za­uwa­żyła. - Żadna kraw­cowa, która po­bie­rała na­uki w Ho­use of Worth, nie lubi, kiedy każe się jej cze­kać. Chyba nie chcesz, żeby jej iry­ta­cja od­biła się na ja­ko­ści two­jej nie­szczę­snej sukni?

Zer­k­nę­łam za sie­bie, chcąc jesz­cze raz się przyj­rzeć alejce ze stra­ga­nami mię­snymi, ale już by­ły­śmy za da­leko od za­chla­pa­nego po­soką bruku. Ode­tchnę­łam po­woli i głę­boko, za­sta­na­wia­jąc się, czy tylko z po­wodu nudy i przy­ję­cia Tho­masa fa­scy­no­wa­łam się jedną z naj­bar­dziej krwa­wych dziel­nic No­wego Jorku. Od za­koń­cze­nia na­szego śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa mi­nął nie­mal mie­siąc. Przez ostat­nie trzy wspa­niałe ty­go­dnie nie to­wa­rzy­szyła nam śmierć, znisz­cze­nie i wi­dok wszyst­kiego, co naj­gor­sze na świe­cie.

Po­win­nam się z tego cie­szyć, tym­cza­sem jed­nak mar­twił mnie dziwny ucisk w brzu­chu. Gdy­bym nie była pewna, że nie o to cho­dzi, mo­gła­bym po­my­śleć, że to ob­jaw roz­cza­ro­wa­nia.

Suk­nie zdo­bione ko­ra­li­kami i ko­ronką

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału CAP­TU­RING THE DE­VIL
Co­py­ri­ght ? 2019 by Kerri Ma­ni­scalco All ri­ghts re­se­rved. Co­py­ri­ght ? 2023 for the Po­lish trans­la­tion by­Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o.
Gra­fika na okładce Ol­gierd Lu­dwi­czak
Skład, ła­ma­nie oraz pro­jekt ty­po­gra­ficzny okładki Ra­do­sław Stęp­niak
Po­staci i zda­rze­nia w tej książce są fik­cyjne. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób, ży­ją­cych lub zmar­łych, jest przy­pad­kowe i nie jest za­mie­rzone przez au­torkę.
Zdję­cia za zgodą Wel­l­come Col­lec­tion (s. 74, 202, 215, 337, 342); Shut­ter­stock (14, 26, 107, 270, 386, 446, 485); Alamy (s. 165); do­mena pu­bliczna (s. 159, 281, 475). Po­zo­stałe ele­menty gra­ficzne Shut­ter­stock.
Cy­tat na s. 9 z Bu­rzy Wil­liama Szek­spira w tłu­ma­cze­niu Le­ona Ulri­cha, wol­ne­lek­tury.pl
Cy­tat na s. 7 z Ju­liu­sza Ce­zara Wil­liama Szek­spira w tłu­ma­cze­niu Le­ona Ulri­cha, wol­ne­lek­tury.pl
Cy­tat na s. 9 i 483 z Ro­mea i Ju­lii Wil­liama Szek­spira w tłu­ma­cze­niu Jó­zefa Pasz­kow­skiego, wol­ne­lek­tury.pl
Cy­tat na s. 11 z Bu­rzy Wil­liama Szek­spira w tłu­ma­cze­niu Le­ona Ulri­cha, wol­ne­lek­tury.pl
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ści albo frag­men­tów książki - z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych - moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać książki.
ISBN 978-83-8265-747-0
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50 wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.