Co się stało z amerykańską duszą?
Odpowiedź na to pytanie jest trudniejsza, niż się wydaje, bo trzeba zacząć od ustalenia, czym amerykańska dusza jest. I nie można uogólniać, że tworem prostym i uporządkowanym, bo przecież - jak chcieli ojcowie założyciele - ma być nieugiętą strażniczką wolności i równości. Nic bardziej mylnego.
Społeczna historia Stanów Zjednoczonych to ciąg nieustannych i gwałtownych zmian, zaś wyróżnikami ludności nazywanej amerykańskim społeczeństwem od zawsze były płynność oraz niespójność. Nie bez powodu mówi się, że USA są tyglem, w którym wrze nieustannie. I te zmagania o to, czyja racja zwycięży, są tyleż istotną częścią dźwigni amerykańskiego postępu, co i powodem bólu amerykańskiej duszy.
Radykalny indywidualizm
Świetnie wyjaśnił to Alexis de Tocqueville, francuski filozof i socjolog, który w drugiej dekadzie XIX wieku podróżował po młodym państwie amerykańskim, a następnie zebrał swoje refleksje w monumentalnym dziele Demokracja w Ameryce. Tocqueville już wówczas uznał, że jedynym spoiwem łączącym Amerykanów jest obsesja na punkcie własnego rozwoju oraz sukcesu. I przestrzegał, że takie nastawienie może być brzemienne w skutki dla społecznej tkanki Ameryki. Bo na początku, tłumaczył Francuz, indywidualizm tylko delikatnie podkopuje cnoty publicznego życia, lecz z biegiem czasu atakuje i niszczy wszystko na swojej drodze, by utopić się w samolubstwie.
Liczni współcześni eksperci zgadzają się Tocqueville'em, ba!, wśród nich są również tacy, którzy uważają za cud to, że Ameryka wciąż trwa. Należą do nich Richard Weissbourd, psycholog z Uniwersytetu Harvarda, oraz Chris Murphy, demokratyczny senator z Connecticut, którzy w kwietniu 2023 roku dla magazynu "Time" napisali esej We have put individualism ahead of the common good for too long (Nazbyt długo przedkładaliśmy indywidualizm nad dobro ogółu). I stwierdzili w nim: "Osiągnęliśmy to (stworzenie kraju i społeczeństwa), bo udawało się równoważyć napięcia między ścierającymi się ze sobą siłami indywidualizmu a kolektywizmu. Nasz największy narodowy geniusz objawia się bowiem nie w duchu przedsiębiorczości ani nie w duchu indywidualizmu [...], lecz w gotowości do podejmowania decyzji, by idea osobistego sukcesu nigdy nie stała się rządzącym absolutem". Jednocześnie dołączają oni do grona osób alarmujących, że ta "gotowość" słabnie. Bo amerykańska dusza w ostatnich kilkudziesięciu latach stała się o wiele bardziej zindywidualizowana i nastawiona na osiąganie wykluczających się celów niż kiedykolwiek w przeszłości.
Ten proces przyspieszyło kilka czynników. Przede wszystkim zapoczątkowana przez prezydenta Ronalda Reagana rewolucja wznosząca radykalny indywidualizm we wszystkich sferach życia. Pochodnia tej rewolucji - entuzjastycznie podsycana przez ugrupowania prawicowe - wypaliła i dalej wypala dziury w społecznej materii, rozdzierając ją na zwalczające się frakcje. Kolejnych zniszczeń dokonała technologia. Media społecznościowe okazały się jednym z największych oszustw zaserwowanych ludzkości. Nie tylko nie spełniły obietnicy stworzenia silniejszych i zintegrowanych ze sobą społeczeństw, lecz jeszcze mocniej je podzieliły, zamykając nas w bańkach. "Konsumujemy informacje z odrębnych źródeł przekazujących nam kompletnie odrębne fakty, co tylko dalej niszczy naszą wspólną rzeczywistość, pozbawia nas spoiwa, bez którego nie ma mowy o żadnej jedności ani o zdrowym społeczeństwie, o czymś ze sobą wiarygodnie połączonym" - przestrzegają Weissbourd i Murphy.
Upadek idei równości
Tradycyjnie, choć w sporym uproszczeniu, można orzec, że Ameryka jest przykładem państwa, w którym od początku obowiązywał podział na dwie siły polityczne: lewicę oraz prawicę. Pierwsi dziedziczą idee po federalistach, rzecznikach silnego i centralnego (federalnego) rządu, drudzy - po demokratycznych republikanach przedkładających prawa stanów nad "federalną tyranię". Ale ten tradycyjny, wydawało się, podział zanika. Okazuje się, że Amerykanie przestali w większości popierać którąkolwiek ze stron. W sondażu Gallupa z marca 2023 roku 43% badanych uznało się za wyborców niezależnych, a z demokratami bądź republikanami identyfikowało się tylko po 27%. Nie wiadomo, czy we wcześniejszej historii USA zdarzyła się podobna sytuacja, ale odkąd, nieco ponad 70 lat temu, zaczęto prowadzić badania - na pewno nie.
Próby wyjaśnienia fenomenu podjął się dziennikarz magazynów "The New Yorker" i "The Atlantic" George Packer w wydanej w 2021 roku książce Last Best Hope: America in Crisis and Renewal (Ostatnia wielka nadzieja: Ameryka w dobie kryzysu i odnowy). Za przyczynę upadku status quo autor uznaje utratę przez Amerykanów wiary w konstytucyjną ideę równości. A był to fundament, jego zdaniem, przez stulecia stanowiący najważniejsze kulturowe i intelektualne spoiwo społeczeństwa. Winę za to ponoszą nierówności ekonomiczne, dziś już tak ogromne, że nawet eksperci nie sądzą, że uda się je zniwelować. Świadomość ta wpędziła ludzi nie tylko w zbiorowy gniew, lecz niestety, jak pisze Packer, podkopała też powszechną wiarę, że Amerykanie potrafią stworzyć efektywną demokrację we wszystkich wymiarach swojego życia.
Cztery obozy walki
Katalizatorami przewartościowań, które rozmontowały tradycyjny model polityczny, były najpierw prezydentura Donalda Trumpa, a potem okres pandemii, bezlitośnie obnażający szokujące różnice w możliwościach i stylu życia poszczególnych klas społecznych. Zdaniem Packera Ameryka jest dzisiaj podzielona nie na dwa, a na co najmniej cztery bloki wyborcze.
Pierwszy z nich, stojący politycznie i ideologicznie na prawo od centrum, Packer nazywa Wolną Ameryką (Free America). Tworzą go reaganiści, do dziś stawiający na leseferyzm i kult indywidualizmu. Większymi lub mniejszymi reaganistami pozostaje większość współczesnych republikanów.
Blok drugi, również prawicowy, wyodrębnił się na skutek podziału Wolnej Ameryki - proces jej rozpadu zaczął się kilkanaście lat temu. To wtedy mieszkańcy wielkich połaci kraju, szczególnie jego środkowych i południowych części dotkniętych bezrobociem oraz stagnacją zarobków, zaczęli tracić złudzenia, że rządy korporacji oraz zalanie rynku imigrancką siłą roboczą to również ich przepis na sukces. Z głosem tego elektoratu jako pierwsza utożsamiła się republikańska polityczka Sarah Palin, przekonując, że wszystkiemu winne są elity i sprzedajny establishment w Waszyngtonie. Kilka lat później te nastroje skutecznie zagospodarował Trump i tym samym przypieczętował rozłam Wolnej Ameryki. Ten drugi polityczny byt Packer nazywa Prawdziwą Ameryką (Real America).
Blok demokratyczny rozpadł się w podobny sposób. Początkowo był jednością, którą Packer nazywa Mądrą Ameryką (Smart America). Tworzyła ją merytokracja - ideologiczni wychowankowie Billa Clintona, którzy zajmują, zwłaszcza w aspektach ekonomicznych, stanowiska zbliżone do Wolnej Ameryki. Od reaganistów merytokraci różnili się wyczuleniem na potrzeby społeczne oraz przekonaniem, że odpowiedzialne społeczeństwo ma obowiązek dokładać starań, by wszystkim zapewnić równe szanse i możliwości.
Rozłamowcy, którzy odmówili podążania tą wspólną ścieżką, to najmłodsze pokolenia: milenialsi i zetki. Zarzucają oni Mądrej Ameryce zdradę i oszustwo: patrzcie, mówią, zdobyliśmy wykształcenie, uczciwie pracujemy, a mimo to ledwie wiążemy koniec z końcem. Do tego widzą, że kraj jest podzielony nie tylko na konserwatystów i liberałów, lecz także na grupy represjonujące i grupy ciemiężone, a to kompletna odwrotność wizji, która przyświecała ojcom założycielom. Packer nazywa ten blok Sprawiedliwą Ameryką (Just America), aby podkreślić, że kładzie on nacisk na społeczną sprawiedliwość i dobro ogółu jako warunek dobra jednostki.
Co ciekawe, Sprawiedliwa Ameryka jest reakcją zarówno na Mądrą Amerykę, jak i na Prawdziwą Amerykę Trumpa, dla którego hierarchizacja, dzielenie i wykluczanie są narzędziami osiągania celów. Według Packera postawy i zachowanie Sprawiedliwej Ameryki są duchowo pokrewne historycznym ruchom z lat 60. XX wieku, kiedy to pokolenie obecnych boomerów wystąpiło przeciwko swoim rodzicom i dziadkom i wywalczyło wiele dziejowych zmian, które przeorały oblicze kraju.
Kończąc wiwisekcję amerykańskiej duszy, nie można nie zwrócić uwagi na to, że w obrębie wszystkich tych bloków zaznaczają się odrębne grupy, w tym te, które chcą swoje polityczne oraz światopoglądowe credo uzależniać od kryterium przynależności rasowej czy seksualnej.
Napięcia i poczucie rozbieżności interesów wywołuje ponadto fakt, że amerykański establishment polityczny jest obecnie najbardziej gerontyczny na świecie (konkretne dane na ten temat w rozdziale "Kids are not OK"), a kosmiczne koszty prowadzenia kampanii wyborczych skutecznie powstrzymują osoby młodsze, zwłaszcza kolorowe, przed angażowaniem się w politykę.
I wreszcie - stosunek do broni. Wyrósł on w ostatnich 40 latach na niebywale ważny aspekt amerykańskiej tożsamości, wprowadzając przy tym zamieszanie do takich pojęć jak patriotyzm i służba ojczyźnie, bo miłośnicy broni nader skutecznie je sobie przywłaszczyli, a na dodatek niektórzy łączą je z suprematyzmem i rasizmem.
Samotność dzieli najbardziej
Gdy Joego Bidena zastąpiła w kampanii prezydenckiej Kamala Harris, już w swoim pierwszym przemówieniu podkreśliła, że uważa się za kandydatkę pojednania i to stanowi największy kontrast między nią a jej rywalem. W trzecim wyścigu po prezydenturę Donald Trump już nawet nie krył, że jego politycznymi ambicjami kieruje przede wszystkim chęć zemsty i odwetu na oponentach, tym większa, im większe stawały się jego kłopoty prawne. Gdy w roli kandydata na wiceprezydenta postawił u swego boku pronatalistę J.D. Vance'a, Ameryka i tak już głęboko podzielona w kwestii praw reprodukcyjnych, rozpadła się na dwa dodatkowe obozy: posiadający potomstwo kontra bezdzietni. Nadto, jak pokazują badania, już nie margines, ale całe zbiorowości, bo aż co szósty Amerykanin (sic!) uważa przemoc za dopuszczalne narzędzie politycznej walki (Political Violence And The Election, Chicago Project on Security and Threats, lipiec 2024). Ostatnie tak mocne rozczłonkowanie amerykańskiej duszy na nieprzystające do siebie części dokonało się w okresie Antebellum South, czyli w przededniu wojny secesyjnej.
Miesiąc po wydarzeniach z 6 stycznia 2021 roku Instytut Brookingsa opublikował raport odezwę Ways to reconcile and heal America (Jak pogodzić i uzdrowić Amerykę), w której zaapelował o społeczne pojednanie - eksperci uznali je za konieczny warunek przetrwania Ameryki. "USA mierzy się z palącymi problemami polaryzacji, radykalizacji i ekstremizmu, które bardzo utrudniają realizowanie politycznych i społecznych celów" - napisał Darrell West, współautor raportu. Gdy w przededniu kolejnych wyborów prezydenckich zapytałam go, co uważa dzisiaj, odpowiedział: - "Polaryzacja się pogłębiła. Obawiam się, że w roku 2024 wzrośnie także ekstremizm. Wybory na pewno będą testem, czy i na ile jesteśmy w stanie wznieść się ponad ten pokiereszowany wizerunek w imię wspólnego dobra. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebne nam jest odpowiednie przywództwo, by nas mądrze poprowadzić".
Czy jednak samo dobre przywództwo wystarczy? Eksperci wskazują na jeszcze jedną kwestię, która przyczynia się do pogłębiania kanionów dzielących Amerykanów. To rozlewające się nie tylko na Amerykę, lecz także na cały świat zjawisko lojalności plemiennej. Twierdza tym trudniejsza do sforsowania, że mająca na usługach media społecznościowe. Problem w tym, że Amerykanie wydają się na chorobę plemienności wyjątkowo podatni, bo od zawsze mieli większe niż inni kłopoty z ustaleniem tożsamości grupowej. Od zawsze byli samotnikami. Za wysokie statystyki samotności w USA odpowiada z jednej strony kult indywidualizmu (jestem sam i walczę sam), z drugiej przyczyny geograficzno-ekonomiczne: rozmiar kraju, jego słabe w wielu częściach zaludnienie oraz tradycja wysokiej społecznej mobilności. Wszystko to razem nie sprzyja nawiązywaniu i utrzymywaniu silnych więzi z innymi.
Epidemia samotności, choć dziś mówi się o niej w kontekście bloku państw rozwiniętych, Ameryce znana jest od dawna. Już ponad 70 lat temu na listach bestsellerów królowała książka autorstwa grupy socjologów The Lonely Crowd: A Study of the Changing American Character (Samotny tłum. Studia nad zmieniających się charakterem Ameryki). Pół wieku temu rozchwytywano dzieło socjologa Philipa Slatera The Pursuit of Loneliness: American Culture at the Breaking Point (Poszukiwanie samotności. Amerykańska kultura nad przepaścią). Na początku nowego tysiąclecia hitem była opowieść Jacqueline Olds i Richarda Schwartza The Lonely American: Drifting Apart in the 21st Century (Samotny Amerykanin. Jak rozchodzą się nasze drogi w XXI wieku). I jeszcze dane: od lat 70. ubiegłego wieku, czyli od czasów, gdy zaczęto prowadzić odpowiednie statystyki, do chwili obecnej liczba osób odczuwających samotność wzrosła w USA z około 11% do 60% społeczeństwa (sondaż Cigna 2023). Tymczasem w pewnych zachowaniach ludzka natura jest niezmienna. Jednym z nich jest potrzeba przynależności grupowej, nieodzowna do normalnego funkcjonowania. "Mentalnie jesteśmy bardziej zaprogramowani na plemienność i konflikt niż na ugodę oraz rozsądną debatę" - mówił w wywiadzie dla Annie Duke psycholog Jay Van Bavel, współautor wydanej w roku 2021 książki The Power of Us (Siła nas). "Wygląda na to, że posiadamy w głowie coś na kształt guzika, który się wciska i sprawia, że zaczynamy inaczej postrzegać świat. Fachowo nazywamy to faworyzowaniem własnej grupy (ingroup favoritism). Gdy jednak pojawią się czynniki zewnętrzne, jak rywalizacja czy spór moralny, instynktownie pojawia się postawa potępiania grupy zewnętrznej (outgroup derogation ), nawet otwarta do niej nienawiść" - tłumaczył.
A naukowcy z Massachusetts Institute of Technology badający moc samotności dorzucają do tego w raporcie A Hunger For Social Contact (Głód kontaktu) z 2020 roku: kontakty z innymi ludźmi są tak rudymentarną potrzebą człowieka, wręcz fizycznym głodem, że samotność odczuwana jest jako bardzo nieprzyjemny stan; robimy więc wszystko, by gdzieś przynależeć.
George Packer ma dla samotnej i rozdartej amerykańskiej duszy jedną radę. Najprostszym sposobem na to, by Amerykanie osiągnęli to, co Tocqueville nazywa "nawykami płynącymi z serca", jest skasowanie kont w mediach społecznościowych i spędzanie czasu w obecności osób, które nie wyglądają i nie myślą jak oni sami. "Badania potwierdzają - pisze Packer - że grupy tracą uczucia wrogości wobec swoich oponentów, jeśli mają okazję zaangażować się we wspólne działanie". Autor Last Best Hope jest między innymi wielkim zwolennikiem wprowadzenia obowiązkowej "służby cywilnej" dla młodzieży, co pozwoliłoby różnym grupom społecznym się poznać i co najważniejsze, zaznać poczucia wspólnoty, towaru w dzisiejszych, "bańkowych" czasach deficytowego. Pomysł wart uwagi, ale najpierw Ameryka musi przetrwać wybory i zobaczyć, czy wciąż będzie po nich jednym państwem zainteresowanym wspólną przyszłością dla wszystkich obywateli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki