Mieszkanie w przedwojennej dwupiętrowej kamienicy
ministerialnej przy ulicy Mochnackiego, otoczonej ogrodem, niewątpliwie
miało wiele zalet i jedną wadę. O niej przekonała się Kasia
w ciągu trzech miesięcy od urodzenia Zosi. Nie zainstalowano tam
windy. Przedtem, nawet gdy była już w zaawansowanej ciąży, nie miało
to znaczenia, ale teraz dźwiganie po schodach na trzecie piętro wózka
dziecięcego z zawartością dawało się jej we znaki.
Wprawdzie kilka miesięcy temu zawiadomiono ich
o dobiegających końca pracach w ich wyczekiwanym od lat mieszkaniu
spółdzielczym, ale zaaferowani zmianami, jakie nastąpiły w ich
życiu po pojawieniu się córeczki, nie kwapili się do przeprowadzki,
zwłaszcza że poznali już lokalizację i zamieszkanie w świeżo
wzniesionym wieżowcu nie nęciło ich zbytnio.
- Wrócę dziś trochę później, mam po pracy
konferencję prasową w FSO - powiedział Maciek tamtego dnia,
wychodząc.
- Damy sobie radę, nie martw się.
- Nie wątpię. I zadzwoń do spółdzielni. Poproś,
żeby przełożyli nasze oglądanie mieszkania na inny dzień. W tym
tygodniu nie dam rady.
Kasia, mimo dość licznych obowiązków
macierzyńskich, niezmiennie realizowała też polecenia Maćka spisane
na pozostawianych jej kartkach. Lubił być szefem, a ona poddawała
się temu bez szemrania.
Spółdzielnia mieszkaniowa była niedaleko, przy
Słupeckiej. Wystarczyło przejść na drugą stronę Grójeckiej przez
plac Narutowicza. Zamiast dzwonić Kasia postanowiła zajrzeć tam idąc
na spacer z córeczką.
Urzędnik rozpoznał ją ze sceny. Był na jakimś
koncercie czy "Podwieczorku przy mikrofonie", w którym brała
udział. Dzięki temu przełożenie terminu oglądania mieszkania
przyszło bez trudu. Tym bardziej, że owo mieszkanie, jak się okazało,
nie było jeszcze gotowe do pokazania.
To dziwne, jak mówienie o pewnych sprawach
prowokuje uruchomienie działań ich dotyczących. Bo tego właśnie
dnia rozpętała się lawina zdarzeń zapowiadających zmiany.
Kiedy Kasia wtaszczyła na górę wózek ze śpiącą
córeczką, drzwi otworzyła jej Matylda ze ścierką w ręce. Była
podekscytowana.
- Sprzątam, bo o szóstej ma tu przyjść
niejaki Janiszewski z Ministerstwa Komunikacji, były podwładny
mojego męża. Teraz pracuje na jego stanowisku. Przypomniał sobie
nagle o nas.
- Ładnie z jego strony - powiedziała Kasia. -
Rozbiorę Zosię, nakarmię ją i pomogę mamie. A w ogóle to co tu
sprzątać, przecież w stołowym jest porządek.
- Daj spokój! Nie na tyle, żeby przyjmować w nim
gości.
Kasia wzruszyła ramionami. Uznała, że nie warto na
ten temat z Matyldą dyskutować. Przed każdymi odwiedzinami kogokolwiek
ulegała panice.
Już po wizycie urzędnika stwierdziła, że cała
ta poprzedzająca ją nerwowa krzątanina teściowej była zupełnie
niepotrzebna. Bo powód jego odwiedzin nie był bynajmniej odruchem
serca.
Po kilku latach od śmierci Marcina Kalczyńskiego,
męża Matyldy i ojca Zuzy i Maćka, Ministerstwo Komunikacji
postanowiło odebrać rodzinie zmarłego pracownika mieszkanie
służbowe. Potrzebne im było dla kogoś ważnego teraz w ich
hierarchii. Tak więc oczekiwany w dobrej wierze gość pojawił się
z nakazem eksmisji. Nieświadoma niczego Matylda, podobnie jak jej syn
powitali go z honorami, wzruszeniem i eleganckim poczęstunkiem. Tym
trudniej było mu wyartykułować to, z czym się pojawił. Kiedy
wreszcie czerwony jak burak, z kropelkami potu na nosie i czole
wyłożył jąkając się swą misję, przy stole zapanowała grobowa
cisza. Ani Maciek, ani tym bardziej jego matka nie wiedzieli, co
powiedzieć. Spoglądali zszokowani to na siebie, to na gościa, z tak
głupimi minami, jakby sobie z nich nieelegancko zażartował. I pewnie
by się ich reakcją zdziwił, gdyby miał odwagę podnieść na nich
oczy.
Kasia obserwowała całą tę scenę z zapartym tchem
przez ażurową ściankę regału, który oddzielał część sypialną
pokoju od jadalnej, w której się rozgrywała. Czterdziestometrowy
salon pozwalał na takie aranżacje, bo miał dwa ogromne weneckie okna,
które rozświetlały każde z zaimprowizowanych pomieszczeń. Nie
uczestniczyła w rozmowie, bo zdrzemnęła się po nakarmieniu Zosi,
śpiącej obok niej.
Cisza przy biesiadnym stole trwałaby nie wiadomo jak
długo, gdyby przebudzona nagle kruszynka nie zakwiliła cichutko.
- Kotek miauknął? Mają państwo kotka? - zapytał
urzędnik rad, że może zmienić temat i wybrnąć z niezręcznej
sytuacji.
Muki Czerepowicz, siedzący dokładnie naprzeciw
niego na marmurowej półce nad kaloryferem koło okna, wytrzeszczył
na gościa swoje turkusowe oczy syjamczyka i z pogardą odwrócił
głowę, udając, że wygląda na ulicę.
- Tak, mamy kota. Siedzi przed panem i milczy,
a głos, który pan słyszał, należy do wnuczki pana dawnego szefa,
którą skazuje pan na zamieszkanie razem z trzema dorosłymi osobami
w dwudziestometrowej kawalerce, szumnie nazwanej w pańskiej eksmisji
mieszkaniem zastępczym - wypalił Maciek mało życzliwym tonem.
- Ależ panie redaktorze! Ja sam o niczym nie
decyduję! Jestem tylko posłańcem. Niewdzięczna rola... Przykro
mi. Takie są przepisy dotyczące mieszkań służbowych.
- Przepisy, przepisy... A ludzie? Jak się mają
do tego ludzie?
- Niepotrzebnie pan mnie atakuje. Mogliśmy przesłać
państwu nakaz eksmisji pocztą. Przez szacunek dla rodziny naszego
nieodżałowanego pana Marcina pofatygowałem się osobiście.
- I co, spodziewa się pan oklasków? Chce pan
nasycić oczy widokiem upokorzonych, bezradnych ludzi?
- Bynajmniej, ale przecież musieli się państwo
z tym liczyć. Ministerstwo ze swej strony sprawdziło wszystko
podejmując konieczne kroki. Wiadomo nam, że państwo młodzi należą
do spółdzielni mieszkaniowej, a pani Matylda dostaje od nas mieszkanie
zastępcze.
- Jak to pan powiedział, o naszej przynależności
do spółdzielni "wiadomo nam"? Bardzo pięknie! Bardzo
pięknie! Jesteśmy do tego inwigilowani!
Janiszewski wstał, sięgnął po rękę Matyldy,
ucałował ją i powiedział:
- Nic tu po mnie. Chciałem być przyzwoity. Nie
było mi miło zostać zwiastunem tych wieści, mimo to podjąłem się
niewdzięcznej roli. Składam wyrazy szacunku i ubolewania, ale w tej
sprawie jestem tak samo bezradny jak państwo. Dobranoc.
Sam zdjął swój płaszcz z wieszaka
w przedpokoju. Maciek nie odprowadził go do drzwi. Matylda posłała
mu załzawione spojrzenie. Spuścił oczy.
- Przepraszam - wyszeptał i wyszedł.
Ruchliwy zazwyczaj Maciek siedział jak
skamieniały. Wpatrywał się tępo w dokument eksmisji.
Cała ta sytuacja wydawała się Kasi
nierealna. Wzięła dziecko na ręce i podeszła do Matyldy.
- Nic ci nie jest? - zapytała. - Gdzie są
twoje krople na serce?
- Na toaletce - odpowiedziała i zwróciła się
do syna: - To ile nam zostało czasu?
- Co ty mówisz, Matyldo? Jak to, ile nam zostało
czasu - przestraszyła się Kasia.
- Mama myśli o przeprowadzce. Trzeba będzie
zobaczyć to mieszkanie zastępcze. Nie martw się mamo. W razie czego
zamieszkasz z nami.
Długo jeszcze w ten wieczór rozmawiali o tym,
co ich czeka w ciągu dwóch miesięcy, bo w takim czasie musieli
zwolnić mieszkanie.
Matylda starała się zachować spokój. Powtarzała
w kółko, że przecież powinna była się spodziewać takiego
obrotu spraw. I tak udało się im nie ruszać z miejsca przez
kilka lat. Tłumaczyła to sobie i swemu synowi, jak mogła, byle go
uspokoić. Wiedziała, podobnie jak jej synowa, że nie jest on stworzony
do porażek życiowych. Nie potrafi ich znosić spokojnie ani stawić
im czoła.
Rano jednak trzeba było ją zawieźć na
pogotowie. Trafiła na oddział kardiologiczny szpitala przy Hożej. Po
tygodniu wróciła do domu uspokojona i wyciszona.
Przyjechała z Krakowa Zuza. Jak twierdziła
po to, żeby pożegnać się z mieszkaniem ojca, skoro ma być im
odebrane. A tak naprawdę postanowiła zabrać matkę na święta
Bożego Narodzenia do siebie, żeby w nowym otoczeniu odpoczęła od
czekających ją zmian.
Zuza była inicjatorką pomysłu, żeby wszyscy razem
obejrzeli przydzieloną Matyldzie kawalerkę i zaplanowali, co można
do niej zabrać i jak ją urządzić.
- W ten sposób - powiedziała - mama będzie
spokojniejsza wiedząc, co ją czeka, i nie zostanie z tym sama.
- No wiesz - zaoponował Maciek - a my to
co? Myślisz, że moglibyśmy zostawić ją z tym samą?
- Nie myślę tak, ma się rozumieć, ale im nas
będzie więcej, tym lepiej.
Mieszkanie zastępcze, które obejrzeli wspólnie,
nie wyłączając Zosi w beciku, miało jedną podstawową
zaletę. Znajdowało się w tym samym rozbudowanym budynku przy ulicy
Żelaznej, tuż przy jej zbiegu z Alejami Jerozolimskimi, w którym
rodzina Kalczyńskich mieszkała przed wojną. Wcześniej nie skojarzyli
sobie tego, bo zmylił ich adres, który w dokumencie przydziału
brzmiał: ulica Chmielna 73.
Odkąd w Śródmieściu w Warszawie stoi Pałac
Kultury, mało kto pomięta, że Chmielna, a teraz Rutkowskiego,
pełna sklepików aż po Nowy Świat, ma swój dalszy ciąg za placem
Defilad w stronę Dworca Głównego. Tak więc Kalczyńscy szukając
adresu nowego lokum pojechali najpierw na Kruczą i skręcili w lewo
w Chmielną obok nowych wieżowców. I tu konsternacja. Numery biegnące
w górę od Nowego Światu do Marszałkowskiej kończyły się na dużo
mniejszym, niż mieli na dokumencie.
- Że też nie sprawdziłem tego na planie! -
uderzył się w piersi Maciek i wyciągnął plan Warszawy
ze schowka. - A więc tak, trzeba wrócić i wjechać od
Żelaznej.
- Obok naszego dawnego domu? - ożywiła się
Matylda.
- Tak, to musi być gdzieś tam.
Jeszcze raz skręcając z Alej Jerozolimskich
zatrzymali się przed kamienicą, w której mieszkali przed
wojną. Popatrzyli na okna na pierwszym piętrze, poopowiadali sobie
po raz kolejny o rozkładzie apartamentu, o pokojach w amfiladzie
i długim korytarzu, po których mały Maciek ze skye terrierem
Blackiem gonili się bez przerwy. Powzruszali się i skręcili
w Chmielną. Szybko zorientowali się, że dobrnęli do celu.
Dawna kamienica została przebudowana na wielki
czworobok uzupełniony o sześciopiętrowe domy stanowiące monolit. Nowy
twór niezbyt pasował do stylowego frontonu, był toporny i przaśny,
ale fakt, że obie budowle połączono w jedną całość, usposobił
doń życzliwie Matyldę. Była podekscytowana.
- No patrzcie, kto by pomyślał, że wrócę tu na
stare lata?! Życie jest doprawdy nieprzewidywalne! Czuję w tym rękę
Boga! - entuzjazmowała się.
Weszli do wskazanej w dokumencie bramy, odczytali
z tabliczki informację, że mieszkanie numer 68 znajduje się
na szóstym piętrze i weszli do windy. Z trudem się w niej we
czworo plus Zosia zmieścili. Winda skończyła swój kurs na piątym
piętrze. Do szóstego trzeba było dotrzeć stromymi i wąskimi
schodami.
- Musimy się zastanowić, jakie meble tu zabrać,
duża szafa mamy raczej tędy nie przejdzie - zauważyła Zuza.
Maciek nad głową Zuzy zrobił do niej minę
ostrzegającą przed zniechęcaniem matki. Ona jednak była w dobrym
nastroju, wynikającym z odkrycia, gdzie znajduje się jej przyszłe
mieszkanie. O tym, żeby go nie przyjąć, i tak nie mogło być
mowy. Oferta była tylko jedna.
Kluczem wyjętym z koperty otworzyli drzwi i całe
królestwo ukazało się ich oczom. Znaleźli się od razu w pomalowanym
na biało kwadratowym niewielkim pokoju. Naprzeciw okna znajdowała się
w nim otwarta wnęka kuchenna wielkości szafy, a obok niej drzwi do
łazienki. Prawie całą jedną ścianę zajmowało okno z parapetem
z grubej deski. Wnęka kuchenna nie była znowu taka duża - trochę
ponad dwa metry... Jedna ze ścian była drewniana, okazała się
przesuwanymi drzwiami do dużej szafy.
- Mieszkanko dla lalek - powiedziała Matylda. -
Dobrze, że chociaż jasne, no i w tym domu... To jest jego
niewątpliwą zaletą.
Towarzyszące jej osoby milczały. Trudno im było
sobie wyobrazić, jak można się tu zaasymilować po zamieszkiwaniu
w przestronnych pokojach stylowej kamienicy przy Mochnackiego.
Zuza wyjęła z torebki notatnik i miarkę,
naszkicowała plan mieszkania i pozapisywała dokładnie wszystkie
jego wymiary.
Wyjrzeli za okno. Widać było z niego wieżę Pałacu
Kultury, ale trzeba było się wychylić, żeby ją zobaczyć. W dole
widniała, jak w tunelu, wąska uliczka prowadząca do Chmielnej,
niskie dachy domów po jej drugiej stronie. Żadnych drzew, żadnej
zieleni z okien nie było widać.
Wszyscy oprócz Matyldy byli przygnębieni. Ona była
skłonna przymknąć oczy na niedostatki swojego nowego lokum z powodu
jego przynależności do budynku, który zapisał się złotymi zgłoskami
w jej pamięci.
- Słońce raczej ci nie dokuczy - zauważyła
Zuza. - Okno wychodzi na wschód. Trzeba będzie zawiesić gęste
zasłony, żebyś się za wcześnie nie budziła.
- Chwała Bogu, że to nie południe lub zachód,
usmażyłabym się w tej klatce - odrzekła niezrażona Matylda.
Kalczyńscy w niewesołych nastrojach wrócili do
domu. Jeszcze tego popołudnia Maciek odwiózł siostrę i matkę na
dworzec. Kiedy wrócił, położył się przodem do ściany, co było
nieomylnym znakiem, że jest w depresji, i zasnął. Zawsze tak robił,
odsypiał zmartwienia obrażony na cały świat. Kładąc się prosił,
żeby Kasia obudziła go na kąpiel dziecka, ale ona postanowiła dać mu
tego wieczora spokój. Sama zajęła się Zosią, a kiedy ją uśpiła,
zadzwoniła do Zamościa do matki. Rozmawiały przez telefon prawie
codziennie, ale nie widziały się od dawna. Odkąd Teofil stał się
mniej sprawny, Zofia przestała podróżować, bała się go zostawiać
samego. Była wprawdzie w domu Pelasia, która tak samo jak w ubiegłym
roku nie została przyjęta na studia, mimo dobrze zdanego egzaminu. Znowu
zabrakło jej punktów za pochodzenie, zaangażowanie społeczne i inne
bzdety. Od listopada pracuje w biurze urzędu miasta, więc od rana do
godziny czwartej po południu nie ma jej w domu.
- Co tam słychać, córeczko? - usłyszała Kasia
głos matki. - Jak tam moja imienniczka rośnie?
- Trzyma główkę prosto, rozgląda się
i gaworzy do lalki. Jest dzielna jak jej babcia. Ale poza tym
mamy same kłopoty. W ciągu dwóch miesięcy musimy opuścić
mieszkanie. Mówiłam ci, że ono jest służbowe, a ojciec Maćka nie
żyje już prawie osiem lat.
- I cóż wy, biedaki, zrobicie?
- Matylda na wieść o tym wylądowała
w szpitalu. Dlatego nie dzwoniłam. Ale sytuacja jest już
opanowana. Zuza zabrała ją do siebie na święta. Obejrzeliśmy
oferowaną jej kawalerkę. Jest malusieńka, na szóstym piętrze. Winda
dochodzi tylko do piątego piętra, potem trzeba się wspinać po
wąskich, stromych schodach jeszcze jedno piętro. Wiesz, to całe
blokowisko jest dobudowane do przedwojennej kamienicy, w której
Kalczyńscy mieli apartament przed wojną.
- Co ty powiesz? Niesamowite, co za zbieg
okoliczności.
- Właśnie. Dzięki temu Matylda zaakceptowała
tę klitkę, z sentymentu do dawnych czasów. Upatruje w tym jakiegoś
znaku, zrządzenia losu.
- A wy? Gdzie będziecie mieszkać?
- Czekamy na przydział. Byłam w spółdzielni,
zobaczymy naszą przystań jeszcze przed świętami.
- Więc nie wiesz gdzie ona jest, jak wygląda?
- Wiem, że będą to dwa pokoje z kuchnią,
o powierzchni około czterdziestu metrów kwadratowych. Reszcie
przyjrzymy się na miejscu.
- Czterdzieści metrów? Nie za wielkie na trzy
osoby.
- Och, mamusiu, nie każdy ma tyle szczęścia co
ty. Przy twoich stu czterdziestu metrach wszystko będzie wydawać się
ciasne. Tu, w Warszawie, wszyscy są stłoczeni jak śledzie.
- A więc w święta będziecie sami?
- Wyjeżdżamy.
- Z takim małym dzieckiem? A dokąd to?
- Maciek chce jechać w góry.
- Nonsens. Zosia jest za mała.
- Też mi się tak zdaje, ale przekonać Maćka do
zmiany postanowienia nie jest łatwo.
- Przyjedźcie do nas. Będziemy w komplecie. Nawet
Piotruś dostaje urlop z wojska.
- Nie wiem, czy to się uda. Spróbuję namówić
Maćka.
Rzeczywiście nie było to łatwe, ale po kilku
burzliwych rozmowach i wsparciu lekarki Zosi Maciek się poddał.