Jak stracić matkę. Opowieść o Erice Jong i strachu przed lataniem - Molly Jong-Fast

Kup ebooka

49.90 zł
37.73 zł (37,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Jestem jedynym dzieckiem niegdyś sławnej kobiety. Upierałabym się, że poziom, jaki osiągnęła jej sława w szczytowym momencie, nie ma w zasadzie znaczenia. Moja matka była sławna i zmieniło ją to na poziomie komórkowym, jak palaczkę, która dostaje raka płuc, albo narkomankę, która tak bardzo uzależnia się od heroiny, że nigdy nie będzie wolna i musi do samego końca ciągnąć na metadonie - nawet gdy dawno już zapomniała, jak wygląda heroinowy haj.

Powiedzieć, że jesteśmy z matką blisko, to jakby odmalować niepełny obraz naszej relacji. Jesteśmy boleśnie, nieubłaganie, chronicznie blisko, jak magnesy. Czasem, gdy leżę nocą w łóżku i wpatruję się w sufit, nie mam nawet pewności, czy istnieję bez matki. Stworzyła mnie, a ja jej na to pozwoliłam. Jednak w sercu naszej relacji tkwi pewien paradoks. Jakkolwiek blisko byłyśmy - jesteśmy - zawsze ziała między nami przepaść, nad którą nie dało się przerzucić mostu. Mój stosunek do niej zawsze składał się z szaleńczo sprzecznych uczuć. Wiem, że mnie kochała. Ale wiem też, że nigdy nie wydawała się mną szczególnie zainteresowana. Zawsze powtarzała mi, że mnie chciała, chciała mnie desperacko. A jednak większość ferii i wakacji szkolnych spędzałam na osiedlu przyczep w Tampie z moją nianią.

I choć bardzo matkę kocham, często łapałam się na tym, że spoglądam na nią owładnięta uczuciami, którym bliżej do przeciwieństwa miłości. Przez sam środek naszej relacji przebiega pęknięcie. Podziwiam ją, ale jest mi jej żal. Wzbudza mój szacunek - nie, uwielbienie - ale też śmiertelnie mnie przeraża. Zawsze sądziłam, że przyjdzie czas, gdy w końcu zdołam pogodzić te obłąkańcze, przeciwstawne uczucia, lecz całkiem niedawno matka zaczęła znikać, wtapiać się w biel tła niczym linia na potrząśniętym znikopisie.

Teraz muszę napisać ten odrażający akapit, w którym przechwalam się, kim jest - lub była - moja matka. A chodzi o pisarkę Ericę Jong. Autorkę powieści, eseistkę i poetkę. Opublikowała dwadzieścia siedem książek, z których najsłynniejszą jest powieść autobiograficzna Strach przed lataniem. Ukazała się w 1973 roku, pięć lat przed moim urodzeniem, i uznaje się ją, przynajmniej w niektórych kręgach, za kamień milowy literatury feministycznej. W tamtym czasie zawarte w niej szczere opisy kobiecych pragnień seksualnych okazały się niezwykle szokujące. Sprzedała się w ponad dwudziestu milionach egzemplarzy, a John Updike porównał ją do Buszującego w zbożu i Kompleksu Portnoya. Matka stworzyła w niej terminy, które do dziś pozostają częścią naszego języka. Strach przed lataniem uczynił ją bardzo sławną - jak na pisarkę. Gościła w The Tonight Show Starring Johnny Carson. Trafiła na okładkę "Newsweeka". Przyjaźniła się z Gore'em Vidalem i Henrym Millerem. Nie piszę tego po to, by chełpić się znajomościami matki z martwymi pisarzami. Po prostu wiele młodszych osób nie ma pojęcia, kim ona jest.

Matka ukuła pojęcie na seks bez zobowiązań: "wyjebany zamek".

Pomyślcie teraz, jak to jest być latoroślą osoby, która wymyśliła tę frazę. I możecie mi polać.

Dorastałam, widząc ją wszędzie - w telewizji, w krzyżówce, w gazecie. Mama była feministką drugiej fali, białą feministką, a przy tym swego rodzaju (dobrze wykształconą, dziko zamożną, pochodzącą z rodziny żydowskiej i nieco oderwaną od życia) everywoman. Choć oczywiście tak naprawdę wcale nie; była na to o wiele zbyt sławna. Zbyt sławna i zbyt wyjątkowa. Zasłynęła dzięki tamtej książce, potem słynęła z bycia sławną, aż w końcu sławna być przestała. Bo sława, podobnie jak młodość, to rzecz ulotna, która opuszcza człowieka, gdy ten najmniej się tego spodziewa. Koło fortuny wiecznie się kręci.

Matka nigdy nie przeszła do porządku dziennego nad swoją popularnością. Mimo że minęły lata, odkąd ludzie przestali podchodzić do nas w sklepach, odkąd wyśliznęła się z powszechnej świadomości, wirus sławy zdążył zmienić ją w kogoś innego. Stawanie się normalną osobą, taką jak reszta z nas - owa podróż do niebycia sławną - było dla niej czymś tak dziwnym i stresującym, tak wyniszczającym dla jej ego, że nigdy nie zdołała go przeprocesować.

Mój dziadek, pisarz (i komunista) Howard Fast - jako jego najsłynniejszą powieść wymienić należy Spartakusa, inspirację dla jeszcze słynniejszej adaptacji filmowej w reżyserii Stanleya Kubricka, w której zagrał Kirk Douglas, nemezis dziadka - również zmagał się z tą klątwą: nie potrafił stać się nie-sławny, wrócić do świata zamieszkiwanego przez resztę z nas, do świata opróżniania zmywarki i realizowania recept, do świata, w którym ludzie nie zatrzymują cię na ulicy, by zdradzić każdy szczegół ze swojego życia. Dziadek był autorem bestsellerów, który wydał ponad osiemdziesiąt książek, lecz raptem okazało się, że nikt - nie licząc bardzo wąskiej podgrupy seniorów - o nim nie słyszał. Nie znałam ani matki, ani dziadka w szczytowych momentach popularności, znałam ich jednak pod koniec, kiedy desperacko próbowali wyszarpać sławę pisarzom i pisarkom, którzy w ich mniemaniu im ją odebrali. Przyglądanie się nieudanej metamorfozie matki w zwyczajną osobę zrobiło ze mnie kogoś w rodzaju hobbystki pasjonującej się sławą, jakby obserwatorkę ptaków, tyle że bez ptaków.

Gdy mamy do czynienia z osobowością podatną na uzależnienie, ćpuńskiego swędzenia po odstawieniu sławy nie da się u niej zwalczyć nawet za pomocą całego uwielbienia świata. Mama nigdy nie wróciła do bycia normalną osobą. Mój ojczym próbował zapewnić jej życie na poziomie, do którego przywykła, próbował traktować ją jak królową. Może podziałało? Nie wiem. Nie znałam jej za jej nie-sławnych czasów. Zawsze mawiała, że jestem dla niej wszystkim. Każdemu, kto chciał słuchać, powtarzała, że jestem jej największym życiowym osiągnięciem. A ja zawsze wiedziałam, że to nieprawda.

Zastanawiałam się, czy inni ludzie tak samo biedzą się, by nawiązać z nią łączność. Wydawała mi się rozkojarzona i niezainteresowana. Kontakt był zwyczajnie niemożliwy. Zawsze zakładałam, że powodem jest jakiś mój niedostatek, że to ja stanowię problem, ale może inni ludzie czuli tak samo - może też zakładali, że to oni są problemem. Pomogłoby mi, gdybym miała rodzeństwo, wtedy moglibyśmy łączyć się w bólu, niestety byłam jedynaczką. Wszyscy mówili mi, że matka bardzo mnie kocha, lecz ja nigdy nie czułam się jakoś szczególnie kochana. Później zdałam sobie sprawę, że nigdy nie czułam, by ktokolwiek mnie kochał.

Pandemia złamała moją mamę. W jej pierwszych dniach była jeszcze sobą, normalną alkoholiczką, może nie w stu procentach, a jednak coś tam robiła i gdzieś tam chodziła. Pod koniec cały dzień leżała w łóżku, opróżniając butelkę wina albo dwie. Ojczym zajmował się nią, ale miał problemy z chodzeniem i nietrzymaniem moczu. Zatrudniali gosposię, która nie bardzo mogła im pomóc, przychodzili do nich opiekunowie i opiekunki, lecz zadanie ich przerosło. Ja też próbowałam pomóc, ale mi nie pozwalali. W którymś momencie uświadomiłam sobie, że cała ta sytuacja to wyłącznie moja odpowiedzialność, w którymś momencie uświadomiłam sobie, że matka cofnęła się w rozwoju i zmieniła w kogoś, kogo już nie ma. W którymś momencie uświadomiłam sobie, że będę musiała wyprowadzić ich z domu i umieścić w zakładzie. W którymś momencie znalazłam w łóżku mamy kupę. W którymś momencie uświadomiłam sobie, że wszystko jest w rozpadzie. W którymś momencie wiedziałam już, że muszę interweniować.

Było jak w wierszu Yeatsa:

Kołując coraz szerszą spiralą,

Sokół przestaje słyszeć sokolnika;

Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;

Czysta anarchia szaleje nad światem,

Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół

Zatapiając obrzędy dawnej niewinności;

Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych

Kipi żarliwa i porywcza moc1.

Mnie zawsze brakowało wszelkiej wiary; dopiero dobrze po czterdziestce dotarło do mnie, że w niektórych sprawach mogłabym potencjalnie mieć rację. Czy to czyni mnie jedną z najlepszych? Pewnie nie, ratuje mnie jednak przed przynależnością do najgorszych.

Tak więc to właśnie kupa w łóżku uprzytomniła mi, że nadeszła pora. To właśnie kupa w łóżku dodała mi wiary we własny osąd.

Obecnie moja matka jest tylko ciałem. Cierpi na demencję. Oddycha, ma włosy i piękne, niebieskie oczy, lecz Erica Jong-osoba opuściła już tę planetę.

Moja babcia, matka matki, także miała demencję i zmarła w wyjątkowo zaawansowanym wieku stu iluś lat, stopniowo pozbywając się pieniędzy na rzecz pielęgniarki, którą uważała za jakąś krewną albo przyjaciółkę. Ale tamta pielęgniarka miała własną rodzinę.

Odwiedzanie babci nie szło mi najlepiej. Było nas, wnucząt, dziewięcioro, co wykorzystywałam jako wymówkę - rozpraszając odpowiedzialność - jednak prawda wyglądała tak, że nienawidziłam idei babci siedzącej w tamtym łóżku, w zawieszeniu między życiem a śmiercią. A może po prostu byłam złą, samolubną osobą? A może nie lubiłam starych ludzi, czyli przypomnienia, że śmierć czyha tuż za rogiem i drepcze w naszą stronę. Babcia umarła, potem umrze mama, w końcu umrę ja. I to w najlepszym scenariuszu. W najgorszym wydarzenia te następują w innej kolejności.

Matka, podobnie jak babcia, pewnie pociągnie jeszcze dwadzieścia pięć lat w stanie sennej, rozkojarzonej nierzeczywistości. Coraz trudniej będzie do niej dotrzeć. Niedawno udzielałam w National Public Radio wywiadu na jej temat. Osoba prowadząca i ja rozmawiałyśmy w ten dziwaczny, typowy dla NPR, pełen pauz sposób. Bez przerwy przerzucałam się z czasu teraźniejszego na przeszły: "była"; "jest". Sama ze sobą nie mogłam dojść do porozumienia, czy matka wciąż przebywa na tej planecie, czy może już odeszła.

Byłam złą córką. Jestem złą córką.

Straszliwa ironia polega na tym, że zawsze sprawiała wrażenie nieco zdemenciałej. Może nie aż tak, ale z pewnością roztargnionej: rozmarzonej, z głową w chmurach, oderwanej od rzeczywistości. Jako mała, rudowłosa dziewczynka - podobna do sierotki Annie, tylko gruba - często krzyczałam na nią, że "odlatuje". Błagałam, żeby się skupiła, zwróciła na mnie uwagę. "Dokąd odpłynęłaś?" - pytałam, kiedy gapiła się w pustkę. Matka ma niezwykle szkliste, niebieskie oczy. Spoglądałam w nie i zastanawiałam się, czy w ogóle mnie widzi. Czasem zastanawiałam się, czy naprawdę istnieję. Wiele lat później przeprowadzałam z pewnym dziennikarzem wywiad o Elonie Musku i rozmówca zdradził mi, że istnieją dowody wspierające przypuszczenie, jakoby Elon Musk wierzył, że żyje w symulacji. Ciągnął: "Wielu bogatych i sławnych ludzi wierzy, że świat to symulacja stworzona specjalnie na ich użytek, bo jak inaczej wytłumaczyć, że tak im się poszczęściło?". Dużo rozmyślałam o koncepcji, wedle której cały świat to jedynie symulacja na czyjś prywatny użytek.

W końcu mama odpowiadała, ale nigdy na zadane pytanie. Zawsze zdawała się mieć w zanadrzu coś jakby stockową odpowiedź na każde moje, najgłupsze nawet i najprostsze dociekania, jakby postępowała wedle własnego scenariusza. Wiecznie występowała. Jej ojciec także występował - był perkusistą w górach Catskill, zanim został importerem, założył własną firmę, Seymour Mann Connoisseur Collection, i zaczął sprzedawać kolekcjonerskie lalki na kanale QVC. (Matka powiedziała o nim w wywiadzie dla Charliego Rose'a: "Wtłoczył we mnie wszystkie swoje wodewilowe ambicje"). Przeczesywała mi włosy palcami i pytała, czy wiem, jak bardzo mnie kocha. Czy wiedziałam, jak bardzo mnie kocha? Czy wiedziałam, jaka jestem bystra? Jaka utalentowana?

Żałuję, że nie zapytałam, dlaczego - skoro tak bardzo mnie kocha - nigdy nie chce spędzać ze mną czasu, nie było jednak szans, by udzieliła prostolinijnej odpowiedzi. Poza tym we własnym odczuciu spędzała ze mną całkiem sporo czasu - w swojej głowie, w swoich książkach, w świecie, który zamieszkiwała. Byłam tam z nią. Ja mogłam odnosić wrażenie, że jest na mnie trochę uczulona, lecz jeśli spojrzeć z jej perspektywy, spędzała czas z najważniejszą wersją mnie.

Dysocjacja zawsze stanowiła jej popisową magiczną sztuczkę, sposób na pozostanie w świecie, ale nie do końca. Czy na późniejszym etapie to jej chroniczne marzycielstwo utrudniło nam ustalenie, czy po prostu bywa rozkojarzona, czy może powoli znika?

Zawsze mierziła mnie myśl o napisaniu takiej książki. Zawsze mierziła mnie myśl, że uśmiech losu, który sprawił, że urodziłam się w sławnej (sławnawej) literackiej rodzinie, podważy wszystko, co osiągnęłam. Okazuje się jednak, że to całkiem inna historia. To historia o tym, co się dzieje, gdy nagle wszystko się sypie, gdy wyniki badań są jednoznacznie złe, a lekarze mówią, że nic więcej nie mogą zrobić. To historia o najgorszym roku mojego życia.

Zawsze miałam bardzo mieszane uczucia względem całej tej sprawy, tej książki, którą czytacie, tych rodziców, których mam czy też miałam, zależy, jak na to spojrzeć. Napisałam jedną wysoce autobiograficzną powieść, później kolejną, mniej autobiograficzną, i znudziło mnie już opowiadanie o moim życiu. Dlaczego kogokolwiek miałoby to obchodzić? Nawet mnie w istocie nie obchodziło. Wybrałam karierę komentatorki politycznej i mogę śmiało powiedzieć, że pisanie i myślenie o polityce mnie wyzwoliło. Nie muszę już pisać o sobie ani ludziach wokół mnie. Dorastałam, będąc opisywaną. Wiem, jakie to irytujące. Na dokładkę polityka bywa okropna i fascynująca, tymczasem moje życie jest z reguły harmonijne i bardzo nudne. A przynajmniej takie było.

Jestem jednak pisarką, na dobre i na złe. Tym się zajmuję. Owszem, tak jak moja matka. Moje zadanie polega na zrozumieniu przeszłości, jej życia, naszej relacji. Do matki nie dało się dotrzeć, ale ja się starałam. Wciąż się staram. Choć teraz mi się wymyka, a nasza historia, prawdę mówiąc, dobiegła już końca. Najwyższy czas, bym spróbowała wyłuskać z niej sens. Napisałam tę książkę, by pomóc innym (wypada tak powiedzieć, lecz to szczera prawda), ale miałam też nadzieję, że sam akt pisania choć częściowo wyleczy mnie z niepoczytalności. Nie, nie chodziło nawet o niepoczytalność - miałam nadzieję, że ruszy mnie z miejsca. Kiedy wytrzeźwiałam, obiecano mi, że z czasem zdołam dostrzec, jak moje doświadczenie może przysłużyć się innym. Naprawdę w to wierzę. Tak że tak.

Nieraz, pracując nad tym tekstem, jeżyłam się na cały projekt, jakim są te wspomnienia: oto córka usiłująca pogodzić się ze stratą matki. Ja jednak nigdy nie miałam Eriki Jong. Jak można stracić coś, czego się nigdy nie miało?

1

Przez całe życie przypadkowi ludzie podchodzili do mnie, by "porozmawiać" o mojej mamie. Chcieli, żebym wiedziała, jak bardzo podobał im się Strach przed lataniem. Chcieli, żebym wiedziała, jak ważna jest dla nich jej praca. Chcieli pogadać o jej sławie, o jej wywrotowych komentarzach dotyczących seksu. Czasem powtarzali jakiś żenujący szczegół na mój temat, który zdradziła w telewizji. Czasem opowiadali jakąś żenującą historyjkę na mój temat, którą gdzieś opisała. Jednak cztery lata temu, kiedy pisałam dla The Daily Beast i obsesyjnie tweetowałam, sytuacja zaczęła się zmieniać.

Ludzie przestali podchodzić do mnie, by wspomnieć, że widzieli ją w programie Charliego Rose'a albo w Good Morning America. (Zresztą program Charliego Rose'a został odwołany). Teraz podchodzili z innego powodu: by odbyć jedną z tych trudnych rozmów. Sprawiali niemal przepraszające wrażenie. Zanim się odezwali, chwilę milczeli, ich głosy były ciężkie od swego rodzaju wstydu, jakby głębokiego zakłopotania. Zawsze miałam kłopot z nieodczuwaniem cudzego dyskomfortu jako czegoś dotkliwie nieprzyjemnego. Zachęcałam rozmówców, by podzielili się tym, co mieli mi do powiedzenia - ale czy naprawdę chciałam to słyszeć?

Odzywali się nieuchronnie przyciszonymi głosami, nieraz z pewnym wahaniem. Czasami ktoś chwytał mnie za rękę.

- Jak się miewa twoja matka? - pytali.

Po czym dodawali któreś z poniższych dociekań:

- Czy wszystko u niej... okej?

- Jesteś pewna, że wszystko z nią dobrze?

- Wydaje się nieobecna.

- Niczego nie pamięta.

- Naprawdę coś z nią jest nie tak.

Dokądkolwiek w mojej niewielkiej okolicy się udałam, otaczali mnie ludzie chcący opowiedzieć mi o zawodnej pamięci matki i jej coraz bardziej nieobliczalnym zachowaniu: w księgarni, w salonie fryzjerskim, na rogu ulicy. Dokądkolwiek się udałam, stan mojej matki podążał za mną.

Poszłam do brytyjskiej restauracji z mężem, pewnym sławnym poetą - wiem, to w zasadzie oksymoron - i jego żoną, powieściopisarką. Pod koniec kolacji kobieta oznajmiła, że ma dla mnie informację, która może mnie zmartwić.

- W porządku, mów - zachęciłam.

Ale czy istotnie było w porządku? Kto wie. Zawsze krążyłam w pobliżu jak jakiś test Rorschacha w wersji Eriki Jong. Służę jako repozytorium na cudze uczucia względem mojej matki, feminizmu i rewolucji seksualnej.

Do tego, rzecz jasna, dochodzi ten drobny szkopuł, że matka nigdy nie miała zahamowań. Zawsze wygłaszała najgorszy możliwy komentarz. To był jeden z jej znaków rozpoznawczych. Nieraz, gdy siedziałam przy kolacji i oglądałam jej występ, do głowy wpadała mi myśl: "Co najgorszego mogłaby powiedzieć?". A ona niezawodnie to właśnie mówiła. Pamiętam, jak z przerażeniem obserwowałam, kiedy ktoś na żywo tweetował o jej wystąpieniu na festiwalu literackim. Nie miałam kontroli nad tym, co mówiła, ani nad tym, co ludzie o niej myśleli, lecz mogłam przynajmniej kontrolować jedno: już w młodym wieku postanowiłam nie czytać jej książek.

Próbowałam psychicznie przygotować się na nadchodzącą rewelację.

Żona poety wyjaśniła, że opublikowała na Instagramie zdjęcie swojego zmarłego ojca. Wzięła telefon, by pokazać mi post. Przyjrzałam się fotografii. Mężczyzna wyglądał jak wszyscy zmarli ojcowie: staro.

- Twoja matka zostawiła pod zdjęciem komentarz - ciągnęła kobieta.

- Okeeej.

Dawno już przestały zawstydzać mnie rzeczy, które mówiła i robiła moja matka. Żyłam w wiecznym stanie postzażenowania. Wiedziałam, że dam radę.

- Komentarz brzmiał: "Fajnie". - Powieściopisarka wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.

Pomyślałam o matce komentującej portret czyjegoś zmarłego ojca za pomocą słowa "fajnie". A potem trudno mi już było myśleć o czymkolwiek innym.

Zadzwoniłam do mojego ojczyma, Kena. Dawniej pracował jako prawnik rozwodowy. Zawsze był gotów na sprzeczkę - może nie kłótnię, ale spór z rodzaju tych, których od dziecka nie cierpiałam.

- Cześć, Ken - zaczęłam.

- Moll - odparł. Zawsze tak się do mnie zwracał.

- Musimy porozmawiać o mamie. - powiedziałam, a on się zaśmiał. Był to śmiech zbolały, śmiech skrępowany. - Dziwnie się zachowuje - kontynuowałam. Ken odchrząknął. - Traci pamięć - dodałam.

W tle słyszałam szczekanie ich dwóch pudli. Znałam Kena, odkąd miałam jedenaście lat. Wiedziałam, że chrząknięcie oznacza, że szykuje się, by palnąć mi wykład o czymś, co do czego wszyscy się zgadzają i co będą próbowali mi wmówić. Ken należał do ludzi, którzy zostają prawnikami, bo lubią toczyć boje, dlatego spierał się z każdym, kto mu się nawinął. Jedno z najbardziej miażdżących wspomnień z mojego dzieciństwa powstało, gdy nawrzeszczał na kelnera, ponieważ restauracja nie miała musztardy jego ulubionej marki. Wręczył mu dwie dychy i kazał kopsnąć się do najbliższych delikatesów. A kelner naprawdę to zrobił. Tak przerażający był Ken, choć potrafił też okazywać dobroć. Często zajmował się rozwodami moich znajomych i brał od nich grosze albo nie brał nic. Nigdy nie był wobec mnie okrutny. Wyczuwałam w nim jednak przekonanie, że zesłano go na ten świat, by chronił matkę przede mną.

- Słuchaj, Moll, to problem ze słuchem - oświadczył teraz. Tyle lat spędziłam na wykłócaniu się z nim o to, jak wygląda i jak nie wygląda rzeczywistość, i za każdym razem dowodził, że moja rzeczywistość jest błędna, jego zaś słuszna. Nienawidziłam się sprzeczać. Wprost nienawidziłam. - Potrzebuje tylko aparatu.

- Ken - odparłam z naciskiem. - To nie ma nic wspólnego ze słuchem. Ona ma demencję.

- Ach, Moll - zbył mnie. - Wiesz przecież, że po prostu obmyśla kolejną książkę.

Tyle że mama od dawna nie napisała żadnej książki. Ostatni był tomik poezji opublikowany w wydawnictwie, które miało chyba głównie zaspokajać próżność piszących. Poprosili ją o datek. Nie jestem ekonomistką ani nic, ale wydaje mi się, że to wydawca powinien płacić autorowi.

I nagle znów miałam trzynaście lat i błagałam ojczyma, by przekonał matkę, żeby przestała brać tabletki odchudzające lub ograniczyła picie. W tym ostatnim przypadku też wszyscy wmawiali mi, że oszalałam. Twierdzili, że mama wcale za dużo nie pije; po prostu jest zmęczona. Po prostu leży bez zmysłów na łóżku z makijażem rozmazanym po całej twarzy i szminką brudzącą wszystko wokół. Po prostu pracuje nad kolejną książką. Po prostu jest pod dużą presją. Ken nieuniknienie deklarował: "Gdy tylko skończy książkę, wszystko wróci do normy". Minęło trzydzieści lat, a ja prowadziłam z nim dokładnie tę samą rozmowę. Jednak tym razem, jako czterdziestoczterolatka, nareszcie wiedziałam, że moja rzeczywistość jest prawdziwa, a jego błędna.

Nie było żadnej książki. Nigdy już nie będzie kolejnej książki. Jej ostatnim sukcesem, jej łabędzim śpiewem, miała być autobiografia zatytułowana Selfie. Wbiła sobie do głowy, że to dobry tytuł, ponieważ na ceremonii pożegnalnej bliskiej osoby wpadła na Davida Remnicka, redaktora naczelnego "New Yorkera". Podzieliła się z nim swoim pomysłem i uznała, że mu się spodobał. Nie jest do końca jasne, czy to naprawdę się wydarzyło i czy wydarzyło się tak, jak relacjonowała mama, to jednak nie miało znaczenia. Tak wyglądała jej wersja historii. Zawsze liczyła się jej wersja historii.

- Ja uważam, że ma się świetnie - rzekł Ken spokojnie.

Ciekawostka: mamie i ojczymowi można było powiedzieć wszystko, naprawdę wszystko, a oni nigdy się nie wkurzali. Owszem, Ken uwielbiał się kłócić, ale jednym z powodów, dla których tak kochał spory, było to, że nigdy nie wpadał w gniew.

Oznajmiłam, że to zakrawa na szaleństwo. Oznajmiłam, że wszyscy widzą, co się dzieje.

- Na Instagramie napisała "fajnie" pod czyimś postem o zmarłym ojcu. W sensie: "Jejciu, jak fajnie, że twój ojciec wykitował".