Jean Cassou
Portret Unamuna
.
Z pewnego rodzaju wzburzoną trwogą święty Augustyn niepokoił się na myśl o tym, że mógł istnieć, zanim przebudziła się jego świadomość. Nieco później przeraziła go śmierć przyjaciela, który był mu tak bliski, jak on sam[3]. Nie wydaje mi się, żeby Miguel de Unamuno, który przecież z uwagą zatrzymuje się nad każdym fragmentem swoich lektur, kiedykolwiek zacytował któryś z tych dwóch ustępów. Bez wątpienia po raz kolejny spotkałby w nich samego siebie. Jest w nim coś ze świętego Augustyna, z Jean-Jacques'a oraz z każdego, kto pochłonięty kontemplacją cudu własnego istnienia nie jest w stanie zdzierżyć jego skończoności.
Pycha samodzielnego wytyczania swoich granic oraz pochłonięcia całego stworzenia do głębin własnej egzystencji pozostaje w opozycji do dwóch nieprzeniknionych i powracających tajemnic: narodzin i śmierci, które współdzielimy z innymi żyjącymi istotami, a zatem przypada nam ten sam los. Właśnie w ten szczególny dramat we wszystkich możliwych sensach i wariantach zagłębiał się Unamuno swoimi dociekaniami.
Trzeba wniknąć we wszystkie jego wady i zalety: dumną samotność, nieodzowną żądzę, pochodzącą z baskijskiej ziemi, tak bardzo ojczystą zazdrość - córkę tego Kaina, którego cień w poemacie Machada[4] rozpościera się nad odosobnioną samotnią kastylijskiego pustkowia - pewną żarliwość, którą niektórzy nazywają miłością, a która oznacza dla niego przerażającą konieczność głoszenia pewności, że to ciało w dniu ostatecznym musi zmartwychwstać - a jest to pewniejsza pociecha od tej, która płynie z idei nieśmiertelności duszy! Krótko mówiąc, trzeba wniknąć w cały pochłaniający go tak bardzo świat wraz z cnotami kardynalnymi i grzechami, które różnią się całkowicie od tych znanych z ortodoksyjnej teologii... Spotykamy się tu z takim człowieczeństwem, które wyznaje, a właściwie nie przestaje wyznawać, wołać, głosić, myśląc, że w ten sposób przyznaje sobie istnienie, które nie podpada pod prawo powszechne; że w ten sposób stwarza byt, z którego nie tylko nic nie zginie, ale w całości pozostanie na wieczność: w substancji, formie, boskim porządku, przebóstwieniu i apoteozie.
Tymi nieustającymi analizami i własnymi sublimacjami Miguel de Unamuno zaświadcza o swojej wieczności: jest wieczny, podobnie jak wieczne jest w nim wszystko, jak każde potomstwo jego ducha, w tym bohater Mgły, który przyszedł do swego autora i rzucił mu w twarz przeraźliwy krzyk: "Don Miguelu, nie chcę umierać!"[5], jak Don Kichot, który ma w sobie więcej życia niż nieszczęsne zwłoki zwane Cervantesem, jak Hiszpania, nie ta należąca do książąt, lecz jego własna, Don Miguela, którą nosi ze sobą podczas wygnania, którą tworzy dzień po dniu, z której tworzy każde jedno ze swoich pism, językiem i myślą, wobec czego może o tej Hiszpanii powiedzieć, że bardziej niż matką jest jego córką.
Do doświadczeń i wysiłków Szekspira, Pascala, Nietzschego i wszystkich tych, którzy w swojej osobistej, tragicznej podróży próbowali zatrzymać dla siebie tę cząstkę człowieczeństwa, która wymyka się tak prędko, Hiszpan wnosi swój wkład. Jego dzieło wcale nie blednie w obliczu tak szlachetnych nazwisk: odnosi się bowiem do tej samej rozpaczliwej zachłanności.
Unamuno nie godzi się na los Poloniusza, którego Hamlet wlecze pod pachy niczym szmacianą kukłę i zrzucając ze sceny, mówi: "Pójdź Waszmość"[6]. Protestuje. Jego protest wznosi się do Boga, ale nie do tej chimery wyrzeźbionej z aleksandryjskich abstrakcji przez otumanionych logomachią metafizyków, lecz do hiszpańskiego Boga, do Chrystusa ze szklanymi oczyma, z naturalnymi włosami, z przegubowym, uczynionym z ziemi i drewna ciałem, do Chrystusa broczącego krwią, ubranego w haftowaną złotem przepaskę zakrywającą wstydliwe części, który żył pośród zwykłych spraw i którego, jak wspomina święta Teresa, "można spotkać nawet wśród garnków"[7].
Oto agonia Don Miguela de Unamuna, człowieka walki, walki z samym sobą, wraz ze swoim ludem i przeciwko niemu, człowieka rozbratu, człowieka wojny domowej, trybuna bez popleczników, człowieka osamotnionego, dzikusa, wygnańca, pustynnego kaznodziei, prowokatora, człowieka dumnego, zwodniczego, pełnego paradoksów, spolegliwego i nieprzejednanego, przeciwnika nicości, którego nicość pociąga i pochłania, rozdartego między życiem i śmiercią, martwego i wskrzeszonego jednocześnie, niepokonanego i wiecznie zwyciężanego.
***
Nie spodobałby mu się wysiłek, jaki wkłada się w studia nad jego ideami. Z dwóch rozdziałów, jakie zazwyczaj składają się na tego typu eseje - Człowiek oraz jego idee - nic tak bardzo nie przybliża do zrozumienia jak pierwszy z nich. Ideokracja[5*] jest najstraszniejszą ze wszystkich dyktatur, które Hiszpan próbował obalić. Podczas studiowania dzieł człowieka korzystniej jest skupić się na słowach niż na ideach. "Treść - powiedział Pascal Buffonowi - otrzymuje swoją godność od słów, nie zaś odwrotnie"[6*]. Unamuno nie posiada idei: on sam istnieje na sposób tych idei, które podczas spacerów po Salamance stwarzają w nim inni, kiedy to przypadkowo spotyka się z Cervantesem i bratem Luisem de Leónem[8], podczas tych przypadkowych podróży ducha, które niosą go do Port Royal, Aten, Kopenhagi, ojczyzny Kierkegaarda, jak również podczas tej przypadkowej, rzeczywistej podróży, która doprowadziła go do Paryża, gdzie nie dziwiąc się czemukolwiek ani przez chwilę, niewinnie wplątał się w nasz karnawał.
Owa nieobecność skrystalizowanych idei, a jednocześnie nieustanny monolog, w którym każda idea świata powstała, aby przeobrazić się w osobistą misję, żywą pasję, wrzący probierz, patetyczny egoizm - wszystko to nie przestaje zaskakiwać Francuzów, wielkich miłośników konwersacji, wymiany idei oraz dialektyki w granicach rozsądku, zwieńczonej dojściem do porozumienia, w którym czuwa się kurtuazyjnie nad osobistymi niepokojami, aż nie znikną w zapomnieniu. Oprócz tego, Francuzi przepadają za wywiadami i ankietami, w których umysł ustępuje przed sugestiami dziennikarza znającego świetnie swoich czytelników, orientującego się wśród ogólnych i nader aktualnych problemów, na które zostaje udzielona przez niego absolutnie precyzyjna odpowiedź oraz posiadającego umiejętność pisania takich artykułów, które mogą wywołać zgorszenie, a jednocześnie takich, które, bynajmniej, domagają się pokojowego rozwiązania. Gdzie w tym wszystkim miejsce na solilokwia starego Hiszpana, który nie chce umrzeć?
Przemarsz naszego gatunku przynosi bezustanny i zasmucający spadek poziomu energii: każde pokolenie rozwijając się z mniejszą lub większą stałością, traci zmysł ludzki - doskonałość ludzką. Dziwią się temu jedynie nieliczne indywidua, które w swej przerażającej chciwości nie tylko nie mają zamiaru niczego tracić, lecz, co więcej, chcą wszystko zdobyć. Tym właśnie martwił się Pascal i nie mógł zrozumieć, że można się w tym zatracić aż w takim stopniu. Tym również martwią się wielcy Hiszpanie, którzy w ideach oraz we wszystkim, co może przyczynić się do ustanowienia moralnej lub politycznej ekonomii tymczasowej, nie znajdują niczego interesującego. Nie posiadają innej ekonomii prócz swojej osobistej, a zatem wiecznej. Co za tym idzie, kiedy Unamuno mówi o zajmowaniu się polityką, ma na myśli swoje zbawienie, obronę swojej osoby: chce ją utwierdzić, sprawić, by na wieczność wkroczyła do historii. Rzecz nie polega jednak na tym, aby dążyć do zwycięstwa jakiejś doktryny lub partii, do powiększenia terytorium kraju albo do wywrócenia porządku społecznego. Toteż, jeśli Unamuno zajmuje się polityką, z żadnym politykiem porozumieć się nie potrafi. Każdy z nich zdaje się być nim rozczarowany, a jego polemiki zbijają ich z tropu, ponieważ spory toczy on jedynie sam ze sobą. Król czy dyktator - Unamuno chętnie uczyniłby z nich postaci swojego wewnętrznego spektaklu, tak jak już postąpił z "człowiekiem Kantem" i z Don Kichotem[7*].
Właśnie dlatego Unamuno bezustannie spotyka się ze strony swoich współczesnych z brakiem zrozumienia. Jest politykiem, dla którego nic nie znaczą zasady interesu ogólnego, powieściopisarzem i dramaturgiem, którego rozśmiesza wszystko, co można opowiedzieć, opierając się na obserwacji rzeczywistości albo na igraszkach namiętności; jest poetą, który nie pojmuje żadnego idealnego, najwyższego piękna. Z okrucieństwem i bez wspaniałomyślności Unamuno lekceważy systemy, zasady, a także wszystko, co jest zewnętrzne i obiektywne. Tak samo jak u Nietzschego, jego myśli nie da się wyrazić w formie dyskursywnej. Nawet nie musi uciekać się do aforyzmów i uderzeń młota filozofa-poety, aby czerpać z przypadkowych i różnorodnych źródeł. Zależą jedynie od osobistych przeżyć, wymagają bodźca i oporu. Jest to myśl w swojej istocie egzegetyczna. Unamuno, który nie posiada własnej doktryny, nie pisze niczego prócz komentarzy - komentarzy do Don Kichota, do Chrystusa Velázqueza[9], do przemów wygłoszonych przez Prima de Riverę[10], a przede wszystkim komentarzy do czegokolwiek, co tylko ma związek z Miguelem de Unamunem, z jego przetrwaniem i z jego życiem - doczesnym i przyszłym.
W ten sam sposób Unamuno poeta jest całkowicie poetą sytuacyjnym - oczywiście w możliwie najszerszym znaczeniu tego słowa. Zawsze opiewa coś konkretnego. Poezja nie jest dla niego czymś idealnym, poezją dla poezji, tak jak mógł to utrzymywać Góngora, lecz, wzburzony i wyniosły niczym wygnaniec z okresu risorgimento[8*], Unamuno odczuwał czasami konieczność wykrzyczenia w lirycznej formie wspomnień z dzieciństwa, swojej wiary, nadziei i wygnańczych cierpień. Sztuka pisania wierszy nie jest dla niego okazją ucieczki od siebie. Bynajmniej, jest raczej okazją nawet jeszcze wznioślejszą i bardziej niezbędną, aby po raz kolejny zwrócić się ku sobie i zatopić we własnych myślach. W szerokich perspektywach swojej krasomówczej, romantycznej, tęgiej oraz surowej poezji pozostaje sobą, a nawet rośnie w moc, ponieważ celebruje zwycięstwo odniesione podczas batalii najtrudniejszej ze wszystkich, batalii z materią słowa i czasem.
Postanowiliśmy uczynić ze sztuki kanon do naśladowania, normę do osiągania albo problem do rozwiązania. A jeżeli zatwierdziliśmy ten postulat, nie cieszy nas, kiedy ktoś go odrzuca. Czy będziemy tolerować napisane przez tego człowieka dzieła, tak najeżone nieładem, a jednocześnie tak nieokreślone i potworne, że nie jesteśmy w stanie zaklasyfikować ich do żadnego gatunku? Pomimo tego, że z okrutną oraz poufałą bezczelnością na każdym kroku zatrzymuje nas osobistymi wtrętami w nurcie swojej filozoficznej czy też estetycznej fikcji, czasem jednak jesteśmy skłonni się z nim zgodzić.
Powiadają o Luigim Pirandellu, któremu częstokroć czyniono wyrzuty z powodu ironicznego idealizmu, bliskiego Unamunowskim grom słownym, że na co dzień czuwał nad chorą psychicznie matką[9*]. Podobnie rzecz miała się z Unamunem, który całe życie spędził w towarzystwie szaleńca i to najwspanialszego ze wszystkich: Pana Naszego Don Kichota. Z tego powodu Unamuno nie może ścierpieć żadnej służalczości. Odrzucał ją w każdej postaci. Jeżeli ten niezwykły humanista, myślący o wszystkim, o czym tylko da się pomyśleć, uważał za potworność dwie konkretne nauki: pedagogikę i socjologię, to właśnie z powodu ich pretensji do formowania poszczególnych osób tak, aby to, co w nich najgłębsze i najbardziej nieredukowalne, podporządkować jakiejś apriorycznej konstrukcji. Jeżeli więc ktoś chce podążać za Unamunem, musi stopniowo wyeliminować ze swojej myśli wszystko, co nie przynależy do osobistej, radykalnej integralności oraz być gotowym na owe nagłe zachcianki, owe językowe odskocznie, dla których rzeczona integralność musi w każdym momencie zachowywać elastyczność i sprawność działania. Natomiast dla nas odstępstwo od powszechnie obowiązujących zasad może oznaczać ryzyko wystawienia się na pośmiewisko. I dokładnie tego niebezpieczeństwa nie był świadomy Don Kichot. Unamuno również nie chce o nim wiedzieć. Ma pojęcie o wszystkich innych niebezpieczeństwach, poza tym jednym. Zamiast popaść w choćby najmniejszą służalczość, wolałby rzucić się w otchłań odbijającą echo gromkich wybuchów śmiechu.
***
Jeżeli oddzielimy od Unamuna wszystko, co jest mu obce, staniemy w centrum jego oporu: pojawi się określony, ukształtowany człowiek w swojej fizycznej rzeczywistości. Dokądkolwiek pójdzie, gdziekolwiek będzie się przechadzał - po owym pięknym, barokowym, skąpanym w złocie salamańskim skwerze, po baskijskich szlakach czy też ulicami Paryża - kroczy wyprostowany, niosąc ze sobą niewyczerpany monolog, który, pomimo bogactwa wariantów, nigdy się nie zmienia. Szczupły, ubrany w mundur cywilny (jego własne określenie), z solidną głową na ramionach, które nigdy, nawet zimową porą, nie są zdolne udźwignąć płaszcza, idący zawsze naprzód, obojętny na zaangażowanie swoich słuchaczy i na podobieństwo swego mistrza - który rozprawiał wobec pasterzy, jakby byli książętami[10*] - kontynuuje pełną tragiczności grę słowną, w której skądinąd nie sposób go zaskoczyć. Czyż jednocześnie nie przywiązuje triumfalnie najwyższej wagi transcendentalnej do sztuki składania ptaków z papieru?[11*] Czy konceptyzm oraz filologiczne zagrywki będą w stanie to wszystko wyrazić? Czy będzie je kontynuował? Wraz z Unamunem dotykamy istoty hiszpańskiego nihilizmu. Mamy świadomość, że fundamentem tego świata jest w dużej mierze sen, który nie zasługuje na to, aby śnić go w sposób systematyczny. Jeżeli natomiast niektórzy filozofowie podejmują to ryzyko, to bez wątpienia przyczyną jest nadmierna naiwność. I właśnie z tego powodu wpadli we własne sidła, ponieważ nie byli w stanie dostrzec tej cząstki samych siebie, cząstki osobistego snu, którą włożyli w swoje wysiłki. A skoro Unamuno jest tego bardziej świadomy, czuje się zobowiązany zatrzymywać przy każdej okazji, żeby samemu sobie się przeciwstawiać i zaprzeczać. Ponieważ wie, że umrze.
W jakich innych okolicznościach świat musiał wytworzyć taki przypadek, jak Miguel de Unamuno, jeżeli nie po to, żeby ów Hiszpan trwał i się uwieczniał? Balansuje więc między biegunami: nicością i bytnością, prowadząc cierpiętniczą walkę o swoje życie codzienne, w którym najdrobniejsze wydarzenie jest przyobleczone w najtragiczniejszą doniosłość. Żadne z jego działań nie może być mierzone według umownego i obiektywnego ładu, któremu my się podporządkowujemy. Jego czyny są zależne od wyższych powinności, ponieważ podpadają pod jego troskę o trwanie w istnieniu.
Zatem czas, przeciw któremu się zwraca, nie może być ani bezużyteczny, ani stracony. Najzwyklejsze chwile, w których całkowicie poddajemy się biegowi świata, wykorzystuje on po to, żeby być sobą. Nigdy nie opuściła go trwoga, ani owa zarozumiałość, którą komunikuje wspaniałość wszystkiego, czego się sam dotknie, ani zachłanność, która mu uniemożliwia bezwiedne przeminięcie i obrócenie się w nicość. Zawsze zachowuje przytomność, a jeżeli śpi, to dlatego, żeby się bardziej przygotować do snu jawy oraz lepiej go wykorzystać. Ze wszystkich stron jest nękany groźbami i atakami, z których jednak bardzo dobrze zdaje sobie sprawę swą cierpką świadomością. Jego działalność bezustannie przyciąga do siebie wszelkie konflikty, troski oraz roszczenia. Nawet teraz, kiedy został doprowadzony do tego granicznego punktu samotności i egoizmu, jest on najbogatszym i najbardziej człowieczym z ludzi. Nie ma więc żadnego sensu zaprzeczać temu, że wszystkie problemy sprowadził do tego jednego, najprostszego i najbardziej naturalnego, a jednocześnie nic nie stoi na przeszkodzie dostrzegać w nim wzór człowieka, ponieważ natkniemy się u niego na najżywotniejszą emocję. Jeżeli wyrzucimy z naszego mrowiska wszystko, co społeczne i przemijające, dogmaty i obyczaje, zniknie człowiek, gdyż wszystko to o nim stanowi. Jeśli wciąż, minuta po minucie, Unamuno będzie odwlekał swoje odejście, niewykluczone, że przez przypadek nas zbawi. W ostatecznym rozrachunku to przecież nas broni, kiedy staje w swojej obronie.
Jean Cassou
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki