Jak rozpętałam największą seksaferę w Polsce - Emi P.

-
Proszę czekać

Wstęp

Zanim otworzyła oczy, wiedziała, że obudziła się wkurzona. Włączyła żelazko i poszła do kuchni zrobić sobie kawę. Po chwili stała boso przed deską do prasowania z kubkiem w jednej ręce i wymiętą bluzką w drugiej. Niby wtorek jak każdy inny, ale od rana czuła, że wszystko idzie nie tak. Najgorsze, że się spóźni. A dziś pierwszą klientką miała być ta cholerna baba - arogancka, wiecznie naburmuszona, z pretensjami do całego świata. Mąż zostawił ją dla asystentki, młodszej i ładniejszej, i pewnie dlatego nienawidziła każdej kobiety, która miała płaski brzuch i cycki na swoim miejscu.

Przesuwała żelazkiem po materiale szybko, byle jak, popijając kawę i zerkając nerwowo na telefon. Odpaliła aplikację z mapą, żeby sprawdzić, gdzie na jej trasie są korki. Oczywiście były wszędzie. Czerwono, jakby pół miasta postanowiło tego dnia umrzeć w samochodzie.

Nagle komórka zawibrowała. Nieznany numer.

Przeczytała wiadomość.

Hej, kumpel, Maciek ze Szczecina,

dał mi twój numer.

Czy sprzedajesz jeszcze pizzę?

Śmiech wyrwał się z niej tak nagle, że oblała kawą świeżo wyprasowaną bluzkę. Spojrzała na brunatną plamę rozlewającą się po jasnym materiale i zaklęła siarczyście. Bez namysłu rzuciła bluzkę na łóżko, otworzyła szafę i wyciągnęła pierwszą lepszą, akurat dość mocno wydekoltowaną. Tej przynajmniej nie trzeba było prasować. Jej klientce raczej się nie spodoba. Pewnie już od progu będzie przewracać oczami i patrzeć w ten dekolt jak księgowa z kurii. Ale miała to w nosie. Nie pójdzie przecież do pracy w poplamionej bluzce, żeby nie podpaść jakiejś frustratce.

Pięć minut później zbiegła po schodach, wpadła do samochodu i odpaliła silnik. Miasto rzeczywiście kisiło się w porannym ścisku, ale ona znała te ulice za dobrze, żeby dać się uwięzić między autobusem a śmieciarką. Jeden ostry zakręt, potem boczna uliczka, dynamiczny przejazd osiedlem, błyskawiczna zmiana pasa i już pruła przed siebie, zadowolona z własnego sprytu.

Na światłach znowu zerknęła na telefon. Przypomniał jej się ten idiotyczny SMS i prychnęła pod nosem. Jakiś kretyn nasłuchał się piosenek Biebera, poczytał na Pudelku o Epsteinie i ubzdurało mu się, że będzie od niej kupował pizzę. Od niej. Ludzie naprawdę mieli zlasowane mózgi. Nawet mu nie odpisała. Szkoda jej było energii na takich.

Do salonu fryzjerskiego wpadła dwie minuty po czasie. I dokładnie tak jak przewidziała, pierwsza klientka siedziała już w poczekalni z miną męczennicy. Nabzdyczona kobieta zlustrowała ją z góry na dół, zatrzymała wzrok na jej dekolcie i wycedziła tym swoim słodko-jadowitym tonem:

- O, widzę, że dzisiaj bardziej rozrywkowo.

Nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się słabo i weszła na zaplecze.

Już po chwili z profesjonalnym spokojem podcinała włosy kobiecie. Tylko raz ręka lekko się jej omsknęła i ciut za mocno skróciła grzywkę. Zupełnie przypadkiem oczywiście. Oj, będzie pańcia niezadowolona. ... Ale od czego są modne opaski z logo Chanel.

Reszta dnia rozmyła się w zapachu odżywek i lakierów. Strzygła, farbowała, modelowała, wysłuchując pretensji klientek. Jedna chciała wycieniować włosy "tylko troszeczkę", ale pokazywała zdjęcie influencerki z fryzurą na chłopaka. Druga pytała pięć razy, czy trwała jej nie zaszkodzi. Trzecia przez pół godziny opowiadała o zdradach męża, jakby przyszła nie na farbę, tylko na terapię.

Cztery godziny później w końcu znalazła chwilę, żeby usiąść na zapleczu. Jedząc sałatkę, bezmyślnie scrollowała Instagram, gdy nagle odezwała się do niej dawna koleżanka. Jedna z "tych koleżanek". Prosiła, żeby o niej pamiętała, gdyby coś miała, bo jest spłukana, a musi kupić nową lodówkę.

Jezu, dziewczyno, pomyślała z irytacją. Po pierwsze, zamiast nowej lodówki kup sobie karnet na siłownię, a po drugie - przecież ja od kilkunastu lat nie siedzę już w zawodzie!

One wszystkie przypomniały sobie o niej nagle po produkcji tego filmu. Jakby nie dotarło do nich, że to był tylko film. Zresztą kurewsko słaby. I o sprawach sprzed wieków. Dawni klienci, dawne dziewczyny, dawni znajomi - wszyscy lgnęli do niej jak muchy do lepu. Jakby tamten świat nadal stał otworem, świecił neonem, czekał. Tamtej koleżance też nie odpisała. Mało tego - zablokowała ją. Tamta zrobiła dokładnie to samo wiele lat temu, kiedy pod nią zadrżała ziemia. Więc bilans się wyrównał.

Po trzech koloryzacjach i dwóch kokach na imprezę prasową miała serdecznie dość ludzi. Marzyła już tylko o tym, żeby wrócić do domu, zmyć z siebie ten dzień, nalać sobie schłodzonego białego wina i włączyć jakiś odmóżdżający serial na Netfliksie. Córka wyjechała na wakacje. W mieszkaniu było cicho. Żadnych pytań, żadnego: "Mamo, gdzie jest ładowarka?", żadnego trzaskania drzwiami. Zrobi sobie maseczkę, usiądzie na kanapie i wreszcie się zrelaksuje.

Wieczorem już prawie zrealizowała swój plan. Zrzuciła buty, otworzyła wino, zdążyła nawet nałożyć maskę, kiedy zadzwonił telefon. Dawny znajomy. Popatrzyła na ekran z niechęcią, ale odebrała.

Kumpel zaczął bez zbędnych wstępów - wie, że ona już się tym nie zajmuje, no jasne, ale przecież ma dawne kontakty, a on potrzebuje na cito cztery ślicznotki.

Oparła się o blat i zamknęła oczy. Powiedziała spokojnie, że wszystkie ślicznotki, z którymi kiedyś pracowała, są dziś albo żonami milionerów, albo znanymi celebrytkami, albo są po czterdziestce i co najmniej jednej ciąży. A potem dodała, już mniej spokojnie, żeby się od niej odpierdolił i nie rozdawał jej numeru swoim skretyniałym kolegom. Chyba że będą chcieli sobie jaja wydepilować.

Rozłączyła się, odłożyła komórkę ekranem do dołu i upiła łyk wina. W mieszkaniu znowu zrobiło się cicho. Wreszcie.

Poszła do łazienki zmyć maseczkę. Spojrzała na swoją twarz - na nos, od którego wszystko się zaczęło. A raczej skończyło...

Jedenaście lat wcześniej

Jest czwartek, szósta rano. Słychać bębnienie deszczu o parapet, jednak kobiecie leżącej w szpitalnym łóżku to nie przeszkadza. W warszawskiej klinice chirurgii plastycznej pacjentka usiłuje wrócić do świata żywych po operacji. Leży pod tlenem, starając się ignorować narastający ból. Dlaczego to, do cholery, tak boli? Dlaczego nic nie działa? A może podali jej za małe dawki? Czuje, że dzieje się z nią coś złego, ale jest zupełnie bezradna. Przyjazd tu to był beznadziejnie głupi pomysł.

Nagle do sali wpada spanikowana pielęgniarka.

- Jacyś dziwni ludzie pytają o panią i walą do drzwi. Nie wiem, kim są ani co mam robić! - krzyczy, a w jej oczach widać panikę.

Kobieta w szpitalnym łóżku też nie wie, kto o nią wypytuje i dlaczego właśnie w takim momencie. Ból rozsadza jej czaszkę, ale musi się skupić. Serce zaczyna jej walić.

Kto to może być?

Jej były? Cholera, po nim można spodziewać się najgorszego... Tylko czego może od niej chcieć? I skąd wiedział, gdzie jej szukać?

- Proszę nie otwierać! Bardzo panią proszę... - mówi łamiącym się głosem. - I błagam, niech mi pani da coś przeciwbólowego.

Zdezorientowana pielęgniarka sprawdza kartę i marszczy nos. Ale po chwili robi jej zastrzyk i wychodzi. Może w końcu przestanie boleć...

Kobieta z trudem sięga po leżącą na stoliku komórkę i dzwoni do znajomego. Mówi mu, co się dzieje, po czym odruchowo wyjmuje kartę z telefonu. Ręce jej się trzęsą; na szczęście ból powoli ustępuje. Próbuje zebrać myśli, ale przychodzi jej to z wielkim trudem.

Co tu się dzieje?

Po jakimś czasie do sali wchodzi właścicielka kliniki i staje nad jej łóżkiem.

- Ci ludzie są z policji i chcą z panią rozmawiać. Musiałam ich wpuścić - mówi ze strachem podszytym nutą satysfakcji.

Kobieta czuje, jak krew zastyga jej w żyłach.

Policja?

Nagle do pokoju wpada pięciu facetów w kominiarkach, z giwerami i psem, a ona - leżąc w szpitalnym łóżku - ma wrażenie, że znalazła się na planie filmu sensacyjnego. Policjanci pokazują jej dokument, z którego wynika, że mają prawo zabrać ją z kliniki. Kobieta nie wierzy w to, co czyta. Gorzej: nic z tego nie rozumie. Zarzuty, które jej postawiono, są absurdalne, zupełnie niezwiązane z tym, czym się zajmowała, więc w pierwszym odruchu wybucha gwałtownym śmiechem. Mężczyźni patrzą na nią nieco zdezorientowani, ale miny mają poważne.

A potem wszystko dzieje się jak w przyspieszonym tempie. Ponieważ pacjentka jest w ciężkim stanie, należy ją przewieźć do szpitala państwowego, żeby ustalić, czy ma szansę przetrwać dłuższą podróż - aż do Wrocławia. Każą jej wstać z łóżka i udać się z nimi. Nie interesuje ich, że jest świeżo po operacji i ledwo stoi na nogach, a każdy ruch wymaga od niej ogromnego wysiłku. Badanie w szpitalu potraktowane zostaje raczej pro forma, bo policja natychmiast potrzebuje dokumentu zaświadczającego, że z zatrzymaną wszystko jest w porządku, a nikt w klinice nie przedstawił dokumentów świadczących o jej fatalnej kondycji po operacji. Nikogo nie obchodziło, że na jej czole pojawił się krwiak wyraźnie świadczący o wylewie podskórnym. Jest traktowana jak przedmiot, który należy przetransportować z punktu A do punktu B.

Następnie policja jedzie z nią w miejsce jej aktualnego zamieszkania. Kobieta modli się, żeby tylko nie zobaczyli jej sąsiedzi. Jeszcze zaczną robić zdjęcia i zrobi się z tego grubsza afera. Na szczęście pakują ją do nieoznakowanego busa, za którym jadą dwa auta osobowe. Koleżanki, u której mieszka, akurat nie ma w domu, więc nie będzie miała świadka tego feralnego incydentu. Problem polega jednak na tym, że willa jest ogromna. Ma piwnicę, dwa piętra, półpiętro, strych i garaż. Ona mieszka na półpiętrze, gdzie ma do dyspozycji sypialnię i garderobę. Od tego zaczynają przeszukanie.

W trakcie czynności przerażonej kobiecie towarzyszy policjantka. To ona poleca jej spakować małą walizkę, mówi, co ma ze sobą zabrać, a także pozwala jej na szybki prysznic. Nie odstępuje jej jednak na krok, nawet wtedy, gdy ta rozbiera się do naga.

- Sorry, nie mogę zostawić cię samej - mówi tylko, wzruszając ramionami.

W końcu - wykąpana i spakowana - kobieta kładzie się w salonie, bo ze zmęczenia i nawracającego bólu dosłownie słania się na nogach. Policjanci przeszukali już jej pokoje, ale to im nie wystarczy. Przeczesują pozostałe pomieszczenia, rekwirując laptopa i iPady, chociaż tłumaczyła im, że sprzęt nie należy do niej. Przeglądają też wszystkie płyty CD, by ostatecznie zabrać te nieoznakowane.

- Zbieraj się, jedziemy - rzucają na koniec.

Tym razem wsadzają ją do osobówki, zupełnie nie przejmując się tym, że wyje z bólu, a krwiak na jej czole się powiększa. Dopiero w trasie jeden z funkcjonariuszy częstuje ją Ketonalem i decyduje o przesadzeniu jej do busa, w którym przynajmniej może się położyć. To wtedy widzi znajomą twarz i powoli zaczyna składać puzzle w całość.

Jej czoło zrasza pot. Czy to możliwe?

- Zostałaś wystawiona, więc lepiej zacznij sypać - słyszy słowa, które tylko potwierdzają jej przypuszczenia. - Już się z tego nie wywiniesz.

Niemal bez przerwy towarzyszy jej ochrona, zupełnie jakby była jakąś morderczynią lub terrorystką. Do toalety również chodzi z obstawą, co jest wyjątkowo upokarzające, bo nawet tam nie może sobie pozwolić na chwilę intymności. Opuchnięte oczy i opatrunek na nosie powodują, że wygląda okropnie i większość ludzi bierze ją za bezdomną meliniarę. Chce jej się śmiać, bo przecież ma ze sobą walizkę Christiana Audigiera, ale na to akurat nikt nie zwraca uwagi, a jeśli nawet, to pewnie myśli, że ją ukradła. Tutaj nie liczą się markowe ciuchy, torebki ani buty.

- Uprzedzamy, że nie trafisz do pięciogwiazdkowego hotelu w Cannes. Lepiej się zastanów, czy chcesz w nim dłużej zostać, czy może jednak zaczniesz mówić. - Policjanci są obcesowi, sarkastyczni, zwyczajnie wredni. Jest ich dwóch, niczym w amerykańskich filmach: jeden dobry, drugi zły.

Droga do Wrocławia jest męczarnią. Kobieta czuje każdą dziurę w nawierzchni, a podróż ciągnie się w nieskończoność. W końcu parkują przed budynkiem prokuratury. Wykończona i przeraźliwie zmęczona wspina się po schodach na ostatnie piętro, gdzie czeka na nią lekarz, który oczywiście nie widzi przeciwwskazań do przesłuchania. Siedząc w pustym korytarzu, nagle słyszy krzyki. Początkowo wydaje się jej, że się przesłyszała, że mózg płata jej figle, ale z każdym kolejnym słowem dociera do niej, że o pomyłce nie może być mowy.

- Ja niczego nie zrobiłam, to jej wina! Ją trzeba zamknąć! To wszystko jej sprawka!

Czuje, jak po plecach spływa jej strużka potu. Nagle w jej głowie wyświetlają się wszystkie wcześniejsze rozmowy, to, co robiła, co komu powiedziała. Wie już, że dzieje się coś złego - coś, nad czym nie będzie umiała zapanować.

- To wszystko jej wina! - Oskarżenie odbija się echem od pustych ścian.

Kiedy prokurator zaczyna ją przesłuchiwać, postanawia do niczego się nie przyznawać. Zresztą i tak nie ma siły zbyt wiele mówić. Ból wraca, a ona ledwo trzyma się w pionie; momentami traci kontakt z rzeczywistością. Ze względu na jej stan zdrowia ostatecznie zapada decyzja o umieszczeniu jej w szpitalu wojskowym we Wrocławiu, gdzie ma dojść do siebie.

Trafia do pojedynczej sali, do której dostępu strzeże dwóch "ochroniarzy". Dostaje jakieś kroplówki i leki, aż w końcu czuje się na tyle dobrze, że pyta o możliwość wzięcia prysznica. Lekarz wyraża zgodę, ale "ochroniarz" nie odstępuje jej na krok. W dodatku nie ma ze sobą żadnych środków czystości, więc myje głowę w umywalce szarym mydłem w kostce.

W szpitalu zostaje dwie doby. A potem pojawia się prokurator z zarzutami. Klub w Szczecinie, dziewczyny, znowu dziewczyny... Nie rozumie połowy tego, co mówi urzędnik, nie potrafi się skupić na jego słowach, ale on niewiele sobie z tego robi. Patrzy na nią z pogardą i bez przerwy coś notuje. W trakcie przesłuchania nagle pojawia się młody adwokat, który stwierdza, że od tego momentu kobieta odmawia składania zeznań. Jest krępy, niski i wygląda, jakby naprawdę chciał jej pomóc.

- Wynajęli mnie twoi przyjaciele - mówi, kiedy zostają sami.

Na kolejne przesłuchania jeździ z dwoma policjantami - tymi samymi, którzy zatrzymali ją w Warszawie. Zapamiętuje ciemny korytarz bez okien i ponury pokój przesłuchań. Cały czas wydaje się jej, że śni - i że za chwilę obudzi się z tego koszmaru. Nie może uwierzyć, że została wystawiona. Że ktoś zafundował jej to wszystko tylko po to, by ratować własną dupę.

Do czteroosobowej celi dołącza jako ta czwarta. Wciąż ma nos w gipsie i opuchniętą twarz. Wygląda źle i może dlatego zostaje przyjęta dość przychylnie.

- Siema, nowa! Masz białko?

- Słucham? - pyta zdziwiona.

- No, dokument, za co cię zamknęli - wyjaśnia jedna ze współosadzonych.

Ma. Wyciąga go z kieszeni i pokazuje. Czytają jedna po drugiej, a potem patrzą na nią jakoś dziwnie.

- Dziewczyno, masz przesrane! - oznajmiają jednogłoś­nie. - Lepiej nikomu tego nie pokazuj.

- Ale to wszystko nieprawda! Nie mam nic wspólnego z tym, co tu piszą! - krzyczy z taką siłą, że aż braknie jej tchu. Dotyka dłonią spoconego czoła.

- Tutaj nikogo nie obchodzi twoje zdanie, tylko to, jakie masz zarzuty - mówi więźniarka z łóżka pod oknem. - A twoje są chujowe. Sutenerstwo jeszcze ujdzie, ale pornografia dziecięca? Za to podcinają żyły.

Później, już z perspektywy czasu, dojdzie do wniosku, że to była ukartowana gra, której celem było zastraszenie jej i zmuszenie do mówienia.

W celi kobieta całymi dniami śpi lub leży, bo jej stan zdrowia zaczyna się pogarszać. Po jakimś czasie zostaje przeniesiona do celi sto jeden, gdzie zaczyna się prawdziwe więzienne życie...

Tą kobietą jestem ja. Emi.

A to moja prawdziwa historia.

Pewnie się zastanawiacie, kim jestem i dlaczego w ogóle zabieram głos. Nie jestem pisarką. Nie jestem celebrytką. Nie jestem gwiazdą z milionami followersów, która o siódmej rano pokazuje twarz bez makijażu, a o ósmej sprzedaje suplementy na porost włosów. Za to pewnie przez lata słyszeliście o "szarej eminencji polskiego półświatka", o "królowej seksafery", o kobiecie, która miała trząść polską mafią, polityką i show-biznesem jednym czerwonym paznokciem. Tak, to ja. Emi. Główna twarz filmu Dziewczyny z Dubaju i książki o tym samym tytule. Najsławniejsza polska sutenerka według plotek, artykułów i tych, którzy nigdy ze mną nie rozmawiali, ale wszystko o mnie wiedzą. Tylko że to, co dostaliście od producentów, komentatorów i jednego bardzo przedsiębiorczego "pisarza", było bajką sprzedawaną jak popcorn: ma chrupać, brudzić ręce i dobrze się klikać. Prawda natomiast jest gorsza, bardziej lepka i znacznie mniej filmowa. Prawda nie pachnie perfumami z Dubaju, tylko potem, strachem i pieniędzmi wyjętymi z cudzej kieszeni.

Nie robię z siebie świętej. Nie będę tu udawać nawróconej grzesznicy z białym kołnierzykiem. Mam na koncie decyzje, których do dziś się wstydzę. Gdybym mogła cofnąć czas, być może skręciłabym w inną ulicę, weszła do innego pokoju, nie odebrała któregoś telefonu. Ale czasu nie da się cofnąć. Można za to wreszcie przestać milczeć.

Ta książka jest moją wersją wydarzeń, moim reportażem z życia po ciemnej stronie lustra. Opowiem w niej, jak zostałam szarą eminencją tego biznesu, kto naprawdę nim sterował i dlaczego ludzie, którzy dziś pozują na obrońców kobiet, dzieci, moralności, sami przez lata karmili to monstrum jak zaadoptowanego ze schroniska psiaka. Dziękuję wszystkim tym, którzy chcieli na tej historii wypłynąć i posunęli się do szantażu, gróźb oraz zastraszania dziewczyn, żeby wydusić z nich - najczęściej nieprawdziwe - informacje na mój temat. To wy zmotywowaliście mnie do wyjścia z cienia.

I pamiętajcie: prawdziwy biznes nigdy nie rozgrywa się na waszych oczach. Nie stoi pod neonem, nie macha banknotem, nie robi sobie selfie przed wejściem do hotelu. Prawdziwy biznes siedzi piętro wyżej, w loży dla VIP-ów, skąd dobrze widać scenę, ukryty przed niepożądanym wzrokiem. Właśnie tam rezydują rekiny. Gładko ogolone, pachnące niszowymi perfumami, z prywatnymi numerami ministrów, celebrytów, prawników i redaktorów naczelnych w swoich komórkach. To oni pociągają za sznurki. To oni budują całą tę sekspiramidę: konstrukcję złożoną z pożądania, strachu, pieniędzy i usług, o których mówi się szeptem. Na samym dole są dziewczyny, pośrednicy, kierowcy, recepcjoniści, asystenci od brudnej roboty. Wyżej stoją ci, którzy wszystko organizują, spinają, pilnują, żeby kasa się zgadzała. A z samego szczytu patrzą ci, którzy oficjalnie nie wiedzą nic, a nieoficjalnie rozdają karty tak pewnie, jakby robili to od urodzenia.

Tak było u Epsteina i tak jest wszędzie tam, gdzie władza spotyka się z bezkarnością. Schemat stary jak świat, tylko punkty na mapie się zmieniają. Raz są to prywatne wyspy, raz apartamenty w Dubaju, raz rezydencje pod Warszawą, raz hotelowe penthousy z widokiem na miasto. Zasada jednak pozostaje ta sama: wielcy i wpływowi ludzie nie przychodzą tam wyłącznie po seks. Seks jest dodatkiem, deserem, zasłoną z ciężkiego aksamitu. Przychodzą po coś cenniejszego. Po władzę nad słabszymi. Po materiał na szantaż. Po możliwość zaoferowania kredytu wdzięczności. Po bezpieczną przestrzeń, w której można ubić interes, sprawdzić lojalność wspólnika, upokorzyć rywala albo przeciągnąć go na swoją stronę. Whisky leje się strumieniami, a ludzie warci miliony sprzedają siebie za możliwość zarobienia kolejnych milionów. Tak działa ten świat. Tak działa - i działała - Polska, choć lubimy przykrywać najgorsze brudy koronkowym obrusem.

Prawda jest taka, że sutenerstwo zawsze będzie trwać, bo to złoty interes. I nie, nie dla seksworkerek, jak lubią mawiać naiwni albo cyniczni. Dla nich bywa to co najwyżej szybki zarobek, ryzyko, iluzja sprawczości albo bilet do życia, którego nie da się długo prowadzić bez psychotropów i wspomagaczy łykanych jak bezcukrowe żelki od Dody. Prawdziwe pieniądze zarabiają ci, którzy nie muszą się rozbierać. Biznesmeni, politycy, właściciele klubów, organizatorzy, pośrednicy klasy premium, specjaliści od "załatwiania", panowie od bezpieczeństwa, od dyskrecji, od telefonów, które oficjalnie nie istnieją. To oni zgarniają największą kasę. To oni również podczas takich zabaw kolekcjonują haki, dogrywają wielkie deale, a potem regenerują się, żeby następnego dnia znów wyłudzać, uwodzić, przejąć albo podpisać kontrakt wart fortunę. W nocy kupują ludzi, rano kupują punkty na kolejne kampanie. A potem siadają na kanapie w telewizji śniadaniowej albo stają na panelu ekonomicznym i opowiadają o odpowiedzialności, patriotyzmie gospodarczym i sile polskiej rodziny.

Moimi klientami byli potężni politycy, sportowcy, celebryci, biznesmeni i wszyscy ci panowie, którzy oficjalnie są zbyt zajęci, by cokolwiek pamiętać. Oczywiście nie podaję nazwisk, miejscami zmieniam szczegóły, mieszam wątki, przesuwam akcenty. Nie robię tego z tchórzostwa, tylko z rozsądku. W tej grze najdroższe garnitury zwykle kryją najcieńszą skórę. Ale liczę na inteligencję Polek i Polaków. Naprawdę nie trzeba nazwiska, żeby rozpoznać człowieka po manierach, po przyzwyczajeniach, po rodzaju zboczenia i po wysokości przelewów.

Który polityk płacił swojej dziewczynie ponad dwieście tysięcy złotych miesięcznie tylko za to, żeby od czasu do czasu potraktowała go gumowym bacikiem?

Który działacz lubił być przypalany żarem papierosa przez młodych chłopców, a następnego dnia opowiadał publicznie o etosie służby i chrześcijańskich fundamentach państwa?

Który celebryta organizował imprezy, podczas których zwaśnieni politycy wspólnie wciągali kreski z blatu, a potem cierpliwie czekali, aż najważniejszy z nich wejdzie do klatki i zamiauczy, dając sygnał do rozpoczęcia kolejnej rundy przedstawienia?

Tak, kochani, to wszystko fakty. Tak bawiła się polska śmietanka. A raczej ta jej warstwa, która po kilku dniach zostawia po sobie kwaśny zapach zepsucia.

Zarzucacie mi brak moralności. To modne słowo, bardzo medialne. Tylko gdzie jest wasza moralność? Gdzie była wtedy, gdy te same panie, które dziś pouczają Polki, jak żyć, reklamowały wszystko, co dało się zmonetyzować, uśmiechając się nad kieliszkiem Prosecco na aukcjach charytatywnych? Gdzie była moralność szanownych biznesmenów, przykładnych mężów, kochających ojców, którzy po konferencjach lubili ostro zaszaleć, a potem wracali do domu, by wrzucić na media społecznościowe rodzinne zdjęcie i pisać o wdzięczności? Panowie politycy, panowie prawnicy, panowie duchowni, mówię do was. Przecież świetnie się znamy, prawda? Wydawaliście na moje dziewczyny setki tysięcy złotych. Jedni z pożądania, drudzy z nudów, trzeci z poczucia, że skoro mają władzę nad ustawą, kontraktem czy parafią, to mogą też rozporządzać czyimś ciałem.

A państwo dziennikarze? Przecież lubicie celebrytów. Potraficie ogłosić ich autorytetem moralnym szybciej, niż zdążą wytrzeźwieć po zamkniętej imprezie. Przymykacie oko na przeszłość, jeśli oglądalność się zgadza. Jeśli bohaterka jest efektowna, a bohater hojnie sponsoruje eventy, to wszystko da się przypudrować. Pies trącał zwykłą prostytutkę, ona przecież nikogo ważnego nie zna, więc można ją poświęcić jak statystkę. Tak samo zrobiliście z pewną agentką, o której piszę dalej. Z kobiety, której należałoby wystawić akt oskarżenia grubszy niż stara książka telefoniczna, zrobiliście gwiazdę. Brawo! Owacje na stojąco!

A wy, drodzy producenci filmowi? W mediach gracie dobroduszne aniołki od bezdomnych piesków, fundacji i wzruszających wyznań, a na koncie macie tyle czarnych historii, że nawet Netflix by się zawstydził. Wykorzystaliście mnie, wykorzystaliście dziesiątki ludzi, którzy zainwestowali w ten film. Promujecie się na filantropów, a prywatnie jesteście bezwzględnymi graczami. Ja to wiem, inni też wiedzą, tylko wolą milczeć, bo z wami dobrze wychodzi się na zdjęciach. Grube ryby dalej pływają, a ludziom wrzucono na ruszt płotkę, żeby publicznie skwierczała.

Droga reżyserko, sama dorastałaś w cieniu oskarżeń przeciwko swojemu ojcu, więc wydawało mi się, że rozumiesz, czym jest życie z przyklejoną do twarzy etykietą, i to cudzą. A jednak wymyśliłaś fikcyjnego ojca mojego dziecka i wplotłaś go w scenariusz, bo przecież "dramat musi być". Wstyd! Naprawdę myślałam, że ty jedna zrozumiesz, co znaczy dźwigać cudze grzechy jak torbę kamieni uwiązaną do szyi. Zamiast empatii wybrałaś clickbait. Zamiast prawdy - efektowny kadr. Ale trudno się dziwić, skoro dziś nawet cierpienie musi mieć dobry montaż, żeby zostało uznane za warte uwagi.

A pan, panie "pisarzu"? Najpierw zaproponował mi pan wspólne pisanie, a równolegle wydzwaniał po dziewczynach, strasząc, że opowie ich rodzinom, czym się zajmowały, jeśli nie dostarczą panu soczystych kąsków. Godne pochwały metody pracy. Taki trochę Kapuściński z szantażem w tle. Źródła? Jedna ręka wystarczy, by je policzyć. Fikcja, plotki, kilka protokołów, trochę fantazji i proszę bardzo - mamy "śledztwo", które sprzedaje się jak hot dogi na stacji benzynowej. Tytuł się klika, pieniądz się zgadza, opinia publiczna dostaje swoją czarną legendę, a ja dostaję łatkę szarej eminencji, choć to nie ja biegałam z pogróżkami, żeby domknąć rozdziały. Ale taka jest właśnie ta sekspiramida. Na górze eleganckie twarze i wzniosłe słowa o sztuce, prawdzie, poczuciu misji. Pod spodem ten sam stary mechanizm: wycisnąć człowieka jak cytrynę, a potem jeszcze sprzedać butelkę po soku.

Wiem doskonale, jak zostanie przyjęta ta książka. Wiem, że krytycy, dziennikarze i publicyści nazwą ją grafomańskim tłumaczeniem się byłej burdelmamy. Poprawne polityczne i feminizujące dziennikarki będą mnie opluwać, ponieważ wzbogaciłam się na "krzywdzie" seksworkerek. Ja, zło wcielone, przyłożyłam się do cierpienia młodych ambitnych kobiet. A nawet pewnie połączą mnie z samobójstwami byłych prostytutek. Szanowne panie, nie bądźcie jak starzy księża z episkopatu decydujący o ciąży kobiet, bo nie macie o tym zielonego pojęcia. Jak same mogłyście przeczytać, niektóre z tych "biednych", "straumatyzowanych" dziewczyn dziś wydają setki tysięcy euro w londyńskich butikach, wrzucają na swoje profile fotki aut, o których miliony Polek mogą tylko pomarzyć, kupują domy w ekskluzywnych podwarszawskich miejscowościach czy opalają się u boku sporo starszych partnerów na jachtach u wybrzeży Florydy. I dobrze, nic do nich nie mam - zapracowały sobie na takie życie, nikomu niczego nie ukradły. Problem zaczyna się wtedy, kiedy te panie zaczynają wybielać swoją przeszłość kosztem innych. Pokazując palcem na oślep, krzywdząc przy tym całe rodziny, dzieci... Część ich robi karierę w mediach na głośnych rozwodach, a nawet monetyzuje swoją przeszłość, przedstawiając się jako ofiary "szajki handlarzy ludźmi". A tak naprawdę brały ode mnie tysiące euro, mimo że na wyjazdach nawet nie zostały wywołane z pokoju, w którym czekały na swoją kolej. Czy biedne i straumatyzowane, wykorzystywane przeze mnie dziewczyny planowałyby odebranie mi klientów, a następnie same miałyby zmuszać się do seksu w "arabskich haremach"? Serio?

Piszę tę książkę z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że jeśli ktoś naprawdę wziął sobie za cel pozbycie się sutenerstwa w Polsce, powinien wreszcie dokończyć robotę. Nie łowi się płotek z biznesu wartego miliardy euro, kiedy rekiny spokojnie dalej pływają, mnożą zyski i tylko zmieniają akwaria. Nie robi się pokazowego procesu z udziałem pośredników, których w tym biznesie zmienia się jak rękawiczki, podczas gdy ci na górze - finansujący i ochraniający cały proceder - pozostają nietknięci. To właśnie ich ofiarami stają się młode kobiety, niewinne dziewczyny, które naprawdę są straumatyzowane, złamane, zastraszone i później zostają same ze swoim wstydem jak z podrobioną walizką. One nie chodzą do telewizji śniadaniowej. One nie strzępią języka w podcastach o odzyskiwaniu mocy. One nie mają menedżera, który powie im, jak się bronić. Dla nich zwykle nie ma miejsca w debacie publicznej, bo są za mało efektowne, za mało instagramowe i zbyt niewygodne. Dlatego jeśli już mam nosić tę etykietę szarej eminencji największej polskiej seksafery, to przynajmniej wykorzystam ją po swojemu. Będę mówić także w ich imieniu. Nie po to, żeby się wybielić, ale po to, by pokazać mechanizm. Bo mechanizm jest ważniejszy od plotki.

To nie jest opowieść o kilku zepsutych facetach i paru zachłannych kobietach. To opowieść o systemie, który działa jak dobrze naoliwiona maszyna do przerabiania ludzkich słabości na pieniądze. Mnóstwo pieniędzy. Jedni dostarczają ciała, drudzy lokale, kolejni - ochronę, milczenie, paragrafy, numer do ministra. Każdy bierze swój procent i każdy udaje, że to nie jego ręce są brudne, tylko cudze. A potem wszyscy wspólnie patrzą na jedną kobietę i mówią: To ona. To przez nią. To ona symbolizuje zło. Wygodne, prawda?

Nie będę więc uprzejma. Nie będę kryła hipokryzji ani tego, co naprawdę cuchnie w tej historii. Pozwiecie mnie? Proszę bardzo. Ja już w kryminale byłam i wiem, jak tam jest. Wiem, jak pachnie cela o poranku, wiem, jak brzmią zamykane drzwi i jak szybko człowiek się uczy, że strach to też rutyna. Poradziłam sobie. Pytanie brzmi, czy ty sobie poradzisz?

Świat wstrzymał oddech, gdy wypłynęły akta Epsteina. Wszyscy nagle odkryli, że za eleganckimi zdjęciami z bankietów może stać patologia, a za uśmiechem filantropa - mroczne sekrety. Ja też mam swoje akta. Swoje wspomnienia. Swoje nazwiska, swoje numery, swoje historie, swoje noce, o których rano nikt nie chciał pamiętać. I miła już byłam. Teraz wolę być skrupulatna.

Teczka 1. Polityk

Współpraca: 2008-2009

(po tym czasie stała kochanka)

Cena: 20-40 tys. za noc

Opis: nudziarz, bezpieczny, seksualnie bez polotu,

pełna dyskrecja

W mojej pracy nauczyłam się nie oceniać ludzi. Rozumiem, że każdy ma swoje fantazje, tajemnicze zachcianki i mroczne sekreciki. Tak, dużo mrocznych sekrecików. Wszak ludzie to tylko ludzie. A ludzie, którzy piastują wysokie stanowiska, muszą się czymś regulować. Rzadko też coś budzi mój niesmak albo zdziwienie. Jednak ten mariaż zaskoczył nawet mnie. A konkretnie jego męska część.

A jeszcze konkretniej - niepozorność lica pana w kontrze do jego czynu i gestu. Nazwisko mężczyzny, o którym mowa, zna cała Polska, a to za sprawą jego wieloletniego politykowania i machania szabelką na prawo i lewo. I jak to zwykle bywa, połowa Polaków pana przecenia, a połowa nie docenia, zwłaszcza w kontekście mojego fachu. Ba, gdyby ta doceniająca część dowiedziała się, co ów dygnitarz wyczynia w łożu... uznałaby to za obrzydliwy zamach na dobre imię pana w imię Pana. Specjalnie spuszczę zasłonę milczenia na rodowód tego kocura, by nie ułatwiać rozwiązania zagadki przed puentą i morałem. Tak, w tej historii będzie morał, jak w prawdziwych bajkach o kobiecie znikąd i mężczyźnie namaszczonym.

Zacznijmy od krótkiej wycieczki faktograficznej.

Mężczyzna ma żonę i dzieci.

W polityce jego nazwisko jest znane od dekad.

Jego wygląd i zachowanie sugerują, że pan ani muchy nie skrzywdzi, ani notorycznie nie kłamie, bo umie liczyć, i to nie tylko na siebie.

Polki w pewnym wieku twierdzą, że dobrze mu z oczu patrzy.

Te same Polki uważają, że "oral" to pasta do zębów.

Tutaj może przyhamuję i opowiem, czym pan na początku zyskał moje uznanie. Nie, nie chodzi mi o pomoc dla polskich biznesmenów. To mam w dupie... przepraszam, w pupie. Kupił mnie dyskrecją i monogamiczną konsekwencją w wyborze dziewczyny. I to do tego stopnia, że gdyby nie wypłacał szczęściarze stu dwudziestu tysięcy złotych kieszonkowego miesięcznie (zapewne z naszych podatków) i nie dał do podpisania umowy grubszej od mojej pracy magisterskiej, można by uznać, że po prostu ma kochankę na boku. Jeden z wytłuszczonych punktów kontraktu mówił o tym, że pani nie może używać perfum, a kilka godzin przed "randką" nie może jeść niczego z czosnkiem. Zapachu tego ostatniego pan po prostu nie znosił.

Pan był z elity, więc zachowywał się, jak na elitę przystało. Opłacał na przykład wspomnianej blondynce, która za jego sprawą szybko stała się znana w środowisku, stumetrowe, raczej średnio skromne mieszkanko. Koszt: 10 tysięcy miesięcznie, bo lokal był w centrum, a pan lubił wietrzyć głowę w ramionach piękności między ważnymi spotkaniami. Sponsorował jej także prywatne studia: 20 tysięcy za rok, na które zresztą ją namówił, bo sama takich planów nie miała. Do tego dochodziły wikt i opierunek, które oczywiście wrzucał sobie w koszty. W końcu oszczędzanie to podstawa i jego drugie imię, zwłaszcza to publiczne. Chociaż jego wybranka - trzeba to powiedzieć wprost - oszczędna nie była. Od kiedy zaczęła spotykać się z Bobusiem, jak go pieszczotliwie nazywała, jadała tylko ostrygi i lobsterki, które popijała Moëtem. Ku niezadowoleniu ich właścicieli przesiadywała też godzinami w najbardziej topowych warszawskich restauracjach. A powiedzmy sobie szczerze: ładna była, ale na księgową nie wyglądała. Podobno raz nawet została kulturalnie wyproszona przez menedżera jednego z lokali. Pani oczywiście poskarżyła się swojemu Bobusiowi, ten zaś, oburzony, wysłał do menedżera wiadomość przez tajemniczego ochroniarza. Od tamtej pory pani piła w lokalu szampana na koszt firmy, i to zawsze przy tym samym stoliku. A że restauracja była w bardzo modnym miejscu, gdzie warto było się pokazać, rozochociło to inne dziewczyny po fachu do regularnego zaglądania tam. Po kilku miesiącach takich praktyk wszyscy biznesmeni i politycy wiedzieli, że jakby nieoczekiwanie przyszła chuć, tam znajdą rozwiązanie. Był tylko jeden minus - dziewczyny, które łowiły tam klientów, pracowały na własne konto, czyli nikt nad nimi nie panował i za nie nie ręczył. Właśnie w tym okresie powstało najwięcej filmików pokazujących, jak w specjalnej salce drobni biznesmeni i mali gangsterzy wciągają kreseczki. A o historiach toaletowych z tej restauracji słyszała chyba nawet moja babcia. Jedno jest pewne: pierwszy lepszy detektyw na tamtejszej podłodze, ścianach, umywalce, a nawet lustrze odkryłby DNA połowy Sejmu, licznych celebrytów i sportowców.

Ale wracając do Bobusia - w zamian za wspomniane profity wymagał on od swojej wybranki wyłączności, dyskrecji i fantazji. Ostatecznie jednak dziewczyna nie dowiozła. Dokładnie tak jak on nie dowiózł polskiej gospodarki do obiecanej mety.

Zanim pan stał się naprawdę znanym i wpływowym człowiekiem - takim, który nie mógł sobie ot tak podjechać na stację benzynową i kupić hot doga z musztardą albo kondomów, bo każdy jego ruch był dokładnie analizowany - pozwalał sobie na mniejszą dyskrecję. Jako że zaraz po studiach zaczął piąć się po szczeblach kariery, potrzebował wielu wyzwalaczy i dopalaczy. A że narkotyki czy alkohol, lubiane wśród wpływowych mężczyzn, to nie była jego bajka, zadowalał się pięknymi niewiastami. Najbardziej podobały mu się te, którym za usługi płacił. Na początku miłosne schadzki organizował w wynajętym specjalnie do tego celu apartamenciku, ale po skargach sąsiadów na dynamiczną rotację osobliwych pań, a także na "zbyt głośne zachowanie" polityk zrezygnował z wynajmowania apartamentu.

Ale z tego, co lubił najbardziej, zrezygnować nie mógł. A trzeba wspomnieć, że nasz dygnitarz bardzo lubił, kiedy ujeżdżające go panie głośno jęczały. Pisząc "głośno", mam na myśli tak głośno, że raz - było to już za czasów jego spektakularnej kariery - nie usłyszał sygnału telefonu, gdy dzwoniła sama góra. Tak, ta góra! Od czasu słynnej afery z podsłuchem u Sowy większość prominentnych polityków nie tylko nie rozmawia o pracy w restauracjach, ale także w ważnych sprawach posługuje się telefonami sprzed dwóch dekad, czyli moją ukochaną Nokią 5110, podobno "góra" jest jeszcze bardziej vintage i używa tylko Nokii Cityman 1320. W każdym razie tego wieczoru dźwięk telefonu nie przeszkodził panu w dojściu na sam szczyt. Przeszkodzili mu borowcy, którzy nie zawracając sobie głowy pukaniem, wyważyli drzwi. Podobno tłumaczyli się później, że zaniepokoiły ich dochodzące z apartamentu odgłosy. Mogły one wszak oznaczać, że panu Bobusiowi ktoś odcina palec albo przypala go papierosem. Blondyna, opowiadając po czasie tę anegdotę w towarzystwie, biła się w pierś, że u niej takie atrakcje to tylko za dodatkową opłatą. Autentyczność tej opowieści kilka miesięcy później potwierdził inny wpływowy polityk, którego znam. W dodatku jego zaufanym źródłem nie była blondynka, tylko borowik. Ochroniarz podobno dodał, że pojemność tylnej części ciała pana zrobiła na nim ogromne wrażenie. Większe nawet niż telefon dzwoniący w tyłku innego znanego polityka. Tego polityka też znam i wiem, że tę sztuczkę ściągnął od celebryty szczycącego się oślepiającą klawiaturą na zębach.

Jest jeszcze jedna znana historia z udziałem naszego pana, chyba moja ulubiona. To właśnie po niej Bobuś zdecydował się ostatecznie na monogamię. Działo się to, kiedy znalazł się już "na celowniku góry", a jego awans był tylko kwestią czasu. Dowiedział się o tym nieoficjalnie i z radości postanowił uczcić przyszły sukces wieczorem z dwiema dziewczynami. Panie wybrał skrupulatnie, kierując się swoją ulubioną zasadą kontrastu. Zadbał też o nastrój w sypialni, własnoręcznie posypując jedwabną pościel płatkami róż i zapalając drogie świece. Gdyby umiał skręcić łabędzia z ręcznika, pewnie by się nie zawahał. Jego odzienie miało być skąpe, lecz eleganckie, dlatego wybór padł na czarne bokserki Alexandra McQueena, które dostał od żony na rocznicę ślubu, i burgundowy szlafrok z jedwabiu nieznanej marki. Ten ostatni był pamiątką z wakacji. Bardzo drogą pamiątką. Pan w ogóle lubił ładne ubrania - i na kobietach, i na sobie. Gdyby nie był politykiem, i to już za chwilę bardzo znanym, jego garderoba pełna byłaby cudeniek z najlepszych tkanin od topowych krawców, szytych oczywiście na zamówienie. Ale że tak wystrojony na tle prezydenta czy innych ważnych osobistości wyglądałby podejrzanie, stawiał na skromność, by wyborcy jego partii widzieli w nim kumpla, a nie elitę. Jednak tego dnia świętował - i chciał być najlepszą wersją siebie. Nic więc dziwnego, że... wyszedł z siebie, gdy jedna z zamówionych pań, widząc go w jedwabnym szlafroku, od progu parsknęła śmiechem. Niewiele myśląc, pan zwyzywał ją od głupich dup, co niewątpliwie wpłynęło na przebieg tego wieczoru. Pan nie był już sobą - spięty i sfrustrowany, ciągle świdrował wzrokiem ową dziewczynę. Po dwóch godzinach ciężkiej pracy spocone i umęczone panie musiały stawić czoło brutalnej prawdzie: tego masztu dzisiaj nie da się postawić. Jak opowiadała jedna z nich, twarz pana, gdy usłyszał hiobowe wieści, stała się tak burgundowa jak jego szlafrok. Na początku powiedział, że w takim razie nie zapłaci, bo robota nie została wykonana. Ale zanim dziewczyny zdążyły się ubrać, zmienił zdanie i każdej z nich wypłacił potrójną stawkę. Widocznie liczył, że dzięki takiej premii jego wpadka pozostanie ich słodką tajemnicą. Cóż, przeliczył się. Jak widać, w tych rachunkach nie pomogła nawet edukacja na zagranicznych uczelniach.

Panu ta sytuacja dała jednak wiele do myślenia i ostatecznie zmusiła do oddania swojego przyrodzenia w ręce jednej zaufanej ślicznotki. Po wielu miesiącach szukania jej w polskich i zagranicznych katalogach wybrał piękną blondynkę o zmysłowych kształtach i twarzy... no nie, nie miała twarzy niewiniątka. Wcześniej pan nie miał sprecyzowanego gustu, przeciwnie - lubił zmieniać obiekty swojej erotycznej uwagi, bo przecież nie uczyć. Jeżeli w poniedziałek obsługiwała go wysoka blondynka z małym biustem, to w następny poniedziałek wybierał szatynkę, która miała czym oddychać. Lubił głównie młode dziewczyny, ale takie, które nie wyglądały na swój wiek. Czyli mogła mieć dwadzieścia trzy lata, ale dobrze, jak wyglądała na dwadzieścia siedem. Muszę przyznać, że to rzadka preferencja wśród klientów. Oprócz tego wymagał tylko jednego: pani musiała mieć duże usta, najlepiej nienaturalne. Kiedy pan odnosił zawodowy sukces, awansował lub dostawał premię, lubił być dominowany. Ale w granicach rozsądku. Generalnie zarówno wcześniej, jak i w czasach, gdy został Bobusiem, jego preferencje seksualne mieściły się w normach przyzwoitości. Nawet znane ze sporej fantazji dziewczyny na telefon mówiły o nim "nudziarz, który dobrze płaci". Tylko jedna wyznała mi, że kiedyś, dawno temu, spędziła z nim weekend. Pan robił wtedy karierę w biznesie, a o polityce jedynie marzył nocami. Podobno zaprosił wspomnianą piękność na wyjazd służbowy do Paryża. W dzień miał liczne spotkania z biznesmenami, za to wieczory były tylko ich. Wieczory w Ritzu, dodajmy. Brzmi niewiarygodnie, prawda? A jednak to prawda - widziałam zrobione w tajemnicy zdjęcia słodko śpiącego Bobusia właśnie w tym hotelu. Ale kiedy nie spał, ponoć nie był już taki słodki. Mało tego - zachowywał się jak pieprzony Grey, przywiązując swoją towarzyszkę do łóżka krawatami od Ferragamo i Hermesa za dwa tysiące złotych jeden. Do tego smagał ją pejczem ze skóry krokodyla, który dostał w prezencie od kolegi ze studiów, swoją drogą miliardera. Dziewczyna twierdzi, że podczas pobytu w Paryżu miał ze sobą aż cztery garnitury od Zaremby i lakierki z dziwnym czubkiem. Kiedy zapytała go, co to za dziwne buty, odpowiedział, że kto ma wiedzieć, ten wie. Przestałam jej słuchać, kiedy zaczęła opowiadać, jak Bobuś zjadał z jej krocza ostrygi. Cóż, widocznie zadziałał urok Paryża, a może świadomość, że być może kiedyś właśnie w tym pokoju, kto wie, czy nie na tym samym łóżku, John Kennedy też luzował muchę.

A jakie jeszcze preferencje miał Bobuś, kiedy akurat nie był w stolicy Francji?

Lubił: delikatną zmysłową bieliznę, najchętniej anielsko białą, szpilki z czerwoną podeszwą (nuda), czerwone usta, pończochy, koronki i pluszowe kajdanki. Cenił sobie też porządek, punktualność i przestrzeganie scenariusza. Zwłaszcza kiedy już został TYM politykiem. Dlatego przed każdym t?te-a-t?te z blondynką wysyłał jej mały prezencik (najczęściej bieliznę od Victoria's Secret lub niedużą torebusię z logo LV) z dokładną agendą spotkania. Uwzględniał w niej czas swojego przybycia i szybkie powitanie w holu - tutaj kilka linijek o tym, co pani ma mieć pod szlafroczkiem. Tak jak już zapewne zauważyliście, pan darzył szlafroczki wielką miłością. Jest nawet pewna anegdota dotycząca tego odzienia. Polityk bowiem tak ustawiał miłosne schadzki, żeby w tym czasie nikt mu nie przeszkadzał. Ani żona, ani dzieci telefonujące z prośbą, by wytłumaczył im zadanie z matematyki, ani sama góra. A jednak raz, gdy już prawie spenetrował panią analnie, zadzwonił jego syn. Jak na przykładnego ojca przystało, polityk natychmiast opuścił kochankę i odebrał telefon. A że w sypialni, zgodnie z wcześniejszymi wytycznymi, było zapalone światło, pan, próbując okryć swoje rozpalone ciało, szybko zarzucił na grzbiet biały, przezroczysty jak mgiełka, szlafroczek z puszkiem na rękawach i przy dekolcie. Widok Bobusia w tym wdzianku - ze sterczącym kutasem - tłumaczącego, czym jest wektor jednostkowy, podobno był bezcenny.

Swoją drogą nie bez powodu pan wolał włożyć damski szlafroczek, niż stać nago w świetle lamp. Były nawet dwa powody. Po pierwsze, polityk nie akceptował swojego ciała. Uważał, że jest za gruby, obły i ma zbyt masywne łydki, a jego bicepsy przypominają obwarzanki. Po drugie, podobno w chwilach zwątpienia w swoje supermoce pan szukał ukojenia swojego wewnętrznego dziecka w dotykaniu damskich fatałaszków, koronek, cekinów czy jedwabiu. Jak głosi plotka, największe ukojenie w stresujących sytuacjach przynosił mu seks wśród porozrzucanych damskich ubrań. A gdy jeszcze partnerka odgrywała scenkę dokonywanego na nim gwałtu, pan był w siódmym niebie. Precedens ten został brutalnie przerwany, gdy naszego kochasia przyłapano na niegrzecznych zabawach. Teraz pozwala sobie co najwyżej na przywiązanie go pończochami do łóżka lub smaganie bacikiem z piórek i tylko raz na jakiś czas da się namówić na erotyczny gadżet w postaci korka analnego czy dildo wibrującego w jego czterech literach.

Przyznam, że nazwisko akurat tego polityka na liście naszych klientów bardzo mnie zaskoczyło, mimo że politycy gustują w schadzkach z pięknymi dziewczynami, zarówno ci na niższych szczeblach, jak i prezydenci małych miast czy radni. Dlaczego? Bo ten gracz polityczny absolutnie nie pasuje mi na kogoś, kto dochodzi w zaciszu domowym, dotykając lakierowanych szpilek. Zwłaszcza że ma bardzo atrakcyjną żonę, która stoi u jego boku od lat. Nie raz też podkreślał publicznie, że połowica to nie tylko miłość jego życia, ale też bratnia dusza, przyjaciółka na dobre i złe. Że ma do niej bezgraniczne zaufanie, radzi się jej w licznych sprawach i dzieli się z nią majątkiem. Czy żona może posiadać wiedzę o innych przyjaciółkach pana? Nie wydaje mi się. Czy wie o jego erotycznych fantazjach i potrzebach? Tutaj ręki nie dam sobie odciąć. Kobiety często wiedzą takie rzeczy albo po prostu je wyczuwają. Zdarza się też, że po odpowiedniej porcji bąbelków pan zbiera się na odwagę i zdradza swojej żonie to i owo. Ta najczęściej jest tak zszokowana, że następnego dnia udaje, że rozmowa tylko przyśniła się jej ślubnemu, a po cichu daje mu nieformalne pozwolenie na realizowanie potrzeb poza domem. Czy tak było w tym wypadku? Tego nie wiem. Wiem tylko, że gdyby żona nie wiedziała, pan wyszedłby na Bobusia Kłamczusia. A przecież od polityków oczekujemy tylko pięknych kłamstw.

SMS-y. Polityk

Asystent: Szef potrzebuje dziewczynę

(świeże mięcho) na 20 maja.

Warunki jak zawsze.

Emi: To mało czasu, nie wiem czy znajdę

odpowiednią w trzy dni.

Asystent: Może być ta mała ruda

co w zeszłym miesiącu.

Emi: Nie ma jej w Polsce. Daj mi dwie godziny.

Wydzwonię najlepsze.

Emi: Ok, załatwiłam rakietę.

Szef będzie zadowolony.

Asystent: Dobra, to daj jej umowe

do podpisania.

Emi: Jasne.

Asystent: Ma nie być drętwa.

I niech ma duże cycki.

Emi: Spoko. Będzie jak zawsze.

Asystent: Git.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI