NOC HALLOWEEN, W ZESZŁYM ROKU
Mark Evans tulił piłę łańcuchową, jakby ta
była co najmniej niemowlęciem.
- No nie wiem, Chloe... To mi nie wygląda na zbyt bezpieczne.
- Nawet nie ma łańcucha - wytknęła mu Chloe. - A piła łańcuchowa bez
łańcucha nie może przecież nikomu zrobić krzywdy.
- Ale nadal jest ciężka. I głośna. I co z tymi wszystkimi, no... jak to
się mówi? Spalinami? Człowiek się tego nawdycha i w ogóle...
Dziewczyna zamknęła na moment oczy, walcząc z narastającą frustracją.
Mark był najbardziej rosłym gościem w drużynie lekkoatletycznej. Może i nawet największym typem z ich rocznika. Kiedy stał się takim mazgajem?
Trzeba postawić sprawę uczciwie: nie wybrała go dlatego, że miała go za
chojraka czy kogoś w tym stylu. Wybrała go ze względu na jego barki -
szerokie i muskularne, najlepsze w Omaha East. Uznała, że gdy naprężą
się pod ciężarem piły spalinowej, będą wyglądać naprawdę złowrogo - jak
u tego typa ze strasznego filmu z piłami, Jasona czy jakoś tak.
- A nie moglibyśmy, nie wiem, odtworzyć dźwięku pracującej piły? -
spytał Mark. - Albo sam będę wydawać z siebie odpowiednie dźwięki, o,
tak...
Zademonstrował swój sposób na naśladowanie stosownego odgłosu:
wydmuchiwał powietrze przez zaciśnięte wargi, jednocześnie jakby
terkocząc językiem.
Chloe zatkało. Ale co można powiedzieć, gdy gość wydaje w twoim kierunku
odgłosy naśladujące piłę łańcuchową?
Wiedziała już od pierwszej chwili - od momentu, gdy przekonała rodziców,
by wynajęli tereny Lacy Farms na jej imprezę halloweenową - że częścią
całego wydarzenia muszą być przerażające typki z piłami łańcuchowymi
ganiający za gośćmi po labiryncie w polu kukurydzy. Bez czegoś takiego
impreza byłaby żenującą posiadówką pośrodku pól. Jakim cudem jej wizja
do nikogo nie docierała?
- Mark... - zaczęła ostrożnie. - Posłuchaj: włączysz tę piłę i będziesz z nią ganiać ludzi po labiryncie, a robiąc to, będziesz zajebiście
straszny, albo opowiem wszystkim o tym, co robisz, gdy się całujesz.
Obściskiwali się na urodzinach Kylie Mack w zeszłym roku, gdy nagle Mark
zaczął kręcić językiem wewnątrz jej ust - przypominało to dziwny,
wilgotny wirnik śmigłowca. I było naprawdę ohydne.
Chłopak pobladł i przełknął ciężko ślinę.
- No, okej.
Dzięki Bogu - pomyślała Chloe.
Pole kukurydzy właśnie omiotły światła samochodu, dając tym samym
sygnał, że zaczęli się pojawiać pierwsi goście. Chloe kochała tę część
imprezy - sam jej początek. Na tym etapie mogło się wydarzyć absolutnie
wszystko. Sprawdziła telefon i dokładnie w tym momencie, na jej oczach,
osiemnasta pięćdziesiąt dziewięć przeistoczyła się w dziewiętnastą.
Czas na przedstawienie.
Geniusz jej imprezy polegał na tym, że ludzie, ścigani przez typów z piłami, musieli najpierw przeprawić się przez straszny labirynt
znajdujący się wśród łanów kukurydzy. Dopiero wtedy, w ramach nagrody,
mogli się cieszyć alkoholem i muzyką pośrodku pola. Chloe była całkiem
dumna z tej koncepcji. Wiedziała, że wszystko jest już przygotowane, ale
mimo wszystko sprawdziła jeszcze po raz drugi, czy latarnie są zapalone,
kranik z procentami jest ustawiony, a kapela szykuje swój sprzęt.
Powitała pierwszych gości, wypiła jednego szota, chwilę potem drugiego w ramach bonusu (No co? Przecież to jej impreza!) i właśnie wtedy
podsłuchała rozmowę, w której ktoś stwierdził, że cały ten kukurydziany
labirynt nie jest nawet straszny, bo Mark Evans nie odpalił piły, tylko
wydobywał z siebie dziwne dźwięki.
Chloe poczuła, że jej szczęka mimowolnie się zaciska.
No, chyba robicie sobie ze mnie jaja - pomyślała.
Słońce zdążyło już zajść i jedynymi źródłami światła były latarnie
kempingowe otaczające pusty obszar pośrodku pola; gazowe płomyczki
migotały jak świetliki. Chloe ruszyła ciężkim krokiem ku labiryntowi,
ale przy wejściu się zawahała. Było w nim ciemniej, niż się spodziewała
- o wiele ciemniej, niż gdy dwadzieścia minut temu rozmawiała tam z Markiem. Przejście przypominało rozdziawioną czarną paszczę. Dziewczyna
wyobraziła sobie, że gdy tylko wkroczy w tę ciemność, za jej plecami
kłapną mroczne szczęki.
Przełknęła ślinę.
- Mark? - wykrzyczała szeptem, stawiając pojedynczy krok.
Łodygi ściętej kukurydzy zachrzęściły pod jej stopami - uderzyło ją, jak
suchy był to odgłos; przypominał łamanie kości. Szybko odepchnęła to
skojarzenie, bo poczuła ukłucie strachu. Przecież to ten sam labirynt, w którym była już miliony razy w ciągu dnia. Nie było sensu się nakręcać.
Odezwała się więc ponownie, tym razem głośniej:
- Mark, weź stamtąd wyjdź.
Zero odpowiedzi.
Chce, żeby go szukała, co? Dobra, niech mu będzie. Skręciła za róg,
potem za kolejny i jeszcze jeden...
Jest - pomyślała.
W cieniu stała postać trzymająca piłę łańcuchową.
Chloe westchnęła ciężko.
- Myślałam, że to ustaliliśmy: masz włączyć tę
piłę - powiedziała, szukając w półmroku szerokich barków Marka. - Bo
kiedy zamiast tego hałasujesz jedynie ustami, serio nie...
Księżyc wyślizgnął się zza chmury i miękkie, srebrzyste światło nagle
zamigotało na łańcuchu piły. A dziewczyna umilkła.
Chwila - powiedziała do siebie w myślach.
Łańcuch...
Był stary i wyglądał na lekko przerdzewiały; nawet z kilku metrów widać
było jego krzywe metalowe zęby, jakże ostre.
Tego łańcucha z całą pewnością nie powinno tam być.
Chloe zamrugała, próbując połapać się w tym, co właśnie zobaczyła.
- Co ty właściwie...?
Piła łańcuchowa z warkotem obudziła się do życia, a jej krzywe zębiska
zamieniły się w metaliczną mgiełkę. Dziewczyna rozchyliła usta, ale nie
była w stanie krzyczeć. Głos jakby zasechł i uwiązł jej w gardle.
Otwierała tylko i na powrót zamykała usta, a jej ręce uniosły się
odruchowo, by ochronić twarz.
Krzyk i tak już by jej nie pomógł. Na coś takiego było stanowczo za
późno. Piła zaczęła się zbliżać, gwiżdżąc i zgrzytając; jej odgłos
przeobraził się w iskrzący skowyt...
A potem trafiła w kość.
TRZY GODZINY WCZEŚNIEJ
Moi przyjaciele, Millie Kido i Xavier "X"
O'Hare gapili się na mnie z rozdziawionymi ustami. Nigdy nie sądziłam,
że znajdzie się jakiś powód, dla którego miałabym kiedyś użyć słowa
"rozdziawione", a tu proszę - jedynie ono oddawało w pełni wyraz
zaskoczenia i przerażenia malujący się na ich twarzach. Nie tylko
kompletnie opadły im szczęki, ale ponadto powieki Millie trzepotały
dziko za szkłami jej okularów zerówek, a X uniósł swoje ciemne brwi tak
wysoko, że niemalże zniknęły pod skrajem jego czerwonej czapki.
Ich reakcja była, szczerze mówiąc, trochę przesadzona. Zachowywali się
tak, jakbym zaproponowała im wykopywanie trupów. A przecież tylko
wspomniałam o kimś, kto to robił.
- Ej, dajcie spokój. Wiecie, że mam rację - stwierdziłam, podejmując
kolejną próbę. - Ed Gein był inspiracją dla Psychozy, Teksańskiej
masakry piłą mechaniczną, a nawet Milczenia owiec. Jest ikoną.
- Chciałaś chyba powiedzieć: jest parszywym monstrum - odparł X. - Takich
słów faktycznie chciałaś użyć, prawda, Alice? "Parszywy" oraz
"monstrum"?
Teraz chłopak drapał się już po karku, ale może po prostu załaskotała go
wełna wszyta w kołnierz jego kurtki. Odkąd go poznałam, X nosi dość
jednolity ubiór: dżinsy, koszulka henley, glany. Ostatnio nabrał nieco
śmiałości przy kreowaniu swoich stylówek. Dziś oznaczało to wełnianą
czapkę naciągniętą na czarne loki oraz dżinsową kurtkę z jasnobrązową
podszewką z polaru, idealnie dopasowaną do jego karnacji. To nie mógł
być przypadek - musiał być jakiś koleś, o którym X nam jeszcze nie
opowiedział.
- "Ikoną" to możesz nazwać Beyoncé - dodała Millie. - Ikoną jest, nie
wiem, Malala. Ed Gein to po prostu kolejny zaburzony biały facet.
No cóż, nie mijała się z prawdą. Na terenie farmy Geina policjanci
znaleźli cztery nosy, odciętą głowę, maski zrobione z czyichś twarzy,
abażur wykonany z ludzkiej skóry, miseczki z czaszek, a także wargi
użyte jako uchwyt do sznurka od zasłonek, no i pasek do spodni z sutków.
Ale przecież wcale nie chciałam zakładać jego fanklubu!
- Skoro już zamierzamy zrobić nowy podcast o prawdziwej zbrodni, to może
skorzystamy z okazji i opowiemy historię, o której nikt nie słyszał? -
ciągnęła Millie. X ciągle miał na sobie te same ciuchy, ale ona
przebrała się już w swój strój halloweenowy: odgrywała Velmę z serii
Scooby-Doo. Pokochała tę postać, gdy zobaczyła aktorski remake, w którym zagrała Hayley Kiyoko, aktorka o dwuetnicznym pochodzeniu, tak
jak Millie. - No wiesz, na przykład zaczniemy od odcinka o Samie Little?
To seryjny zabójca z największą liczbą zabójstw w historii Ameryki, ale
większość jego ofiar to czarne kobiety i pracownice seksualne, więc nie
jest choćby w połowie tak znany jak Gein.
- Podoba mi się ten pomysł - rzucił X, celując w nią palcem w geście
uznania. - I moglibyśmy użyć Sama Little jako pretekstu do dyskusji na
temat tego, jak straszliwa jest codzienność pełna rasizmu oraz przemocy
wobec czarnych. O tym, jak znikanie czarnych i ciemnoskórych dziewcząt
nigdy nie spotyka się z taką samą uwagą ze strony mediów, jak przypadki
dotyczące białych. Moglibyśmy też powiązać ruch Black Lives Matter z kręconymi przez czarnych horrorami w rodzaju Candyman czy To my...
- I może wspomnieć o tym momencie w filmie Uciekaj!, gdy pod sam
koniec postać Daniela Kaluuya widzi policyjne światła? - dodałam.
- No właśnie! - X przez moment zdawał się podekscytowany, ale potem
zmarszczył czoło i dodał: - Tyle że filmy Jordana Peele'a nie są tak
naprawdę slasherami.
Znów wszyscy umilkliśmy. Tematyką naszego podcastu miało być przecinanie
się prawdziwej zbrodni z wątkami z horrorów, najlepiej naszych
ulubionych slasherów. Millie, X i ja chcieliśmy omawiać to wszystko w sposób, który sprawiałby wrażenie przemyślanego i pełnego pogłębionych
nawiązaniań. Rezultatem miał być komentarz do tego, jak nasza kultura
zafiksowała się na wątku śmierci nastoletnich dziewcząt przy
równoczesnym lekceważeniu śmierci osób o etniczności innej niż biała, a przecież i one mogły być źródłem... yyy, rozrywki? Czy można używać słowa
"rozrywka" w kontekście morderstw?
Mniejsza o to. Mieliśmy plan. Tymczasem odkryliśmy, że łączenie ze sobą
tych wątków najeżone jest pułapkami. Bo przecież ostatecznym celem
horrorów jest - no właśnie! - dostarczać rozrywki. Nieważne, jak
realistycznie mogły wyglądać rozgrywające się w filmie wydarzenia -
wciąż mamy ten luksus, że możemy zacisnąć powieki czy odwrócić wzrok.
Ale w prawdziwym życiu tak wesoło już nie jest.
Millie otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. Znów zaczęła żywiołowo
mrugać, ale to chyba dlatego, że pobrudziła sobie szkła w zerówkach. X,
który na co dzień nosił prawdziwe okulary w drucianych oprawach, zdawał
się urażony tym, że założyła fałszywki.
- Millie, jeśli twoje oczy przez nie cierpią, zdejmij je - rzucił.
- Ale wtedy nikt się nie połapie, za kogo jestem przebrana.
- Jesteś cała ubrana na pomarańczowo; serio, myślę, że ludzie się
skapną.
Przebywaliśmy w szkolnym studiu do nagrywania podcastów. Słysząc słowa
"studio do nagrywania podcastów", zapewne pomyśleliście sobie, że mamy
tu bajery jak w szkołach dla bogatych dzieciaków, gdzie każdy zamiast
podręcznika dostaje po iPadzie, a stołówka serwuje śmieciowe, ale
markowe żarcie. Otóż nie, Omaha East nie była taką szkołą. Studio było
po prostu pomieszczeniem w piwnicy, gdzie w celu wygłuszenia do ścian
zszywaczem tapicerskim przytwierdzono stare dywany, a wyposażenie
uzupełniało kilka przedłużaczy z rozgałęźnikami, do których można było
podłączać telefony i mikrofony. Raczej cienizna.
Mój telefon zaczął wygrywać motyw wiodący z filmu Carpentera
Halloween, co oznaczało, że dostałam wiadomość. Zerknęłam na ekran.
skończyliście już z tym waszym paskudnym klubem morderstw??
Wiadomość przyszła od Elia1, mojego najlepszego przyjaciela od
czasów przedszkolnych. Większość ludzi nie potrafiła ogarnąć rozumem
mojej przyjaźni z Eliem, zważywszy że: a) to jedyna bliska mi osoba
niebędąca kompletnym fanatykiem true crime i slasherów, i b)
dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszych interakcji odbywa się za
pomocą wiadomości tekstowych.
Mogę na ten temat powiedzieć tylko tyle, że świat dzieli się na ludzi,
którzy stają w waszej obronie przeciwko takim dupkom jak Kyle
Stahlicker, oznajmiającym w trzeciej klasie, że przez włosy wyglądacie
na szurniętego klauna, oraz na tych, którzy tego nie robią. Ci z pierwszej kategorii są ludźmi, którzy pójdą za wami w ogień. Eli nie był
dla mnie jedynie najlepszym przyjacielem. Był dla mnie bratem.
Odpisałam mu:
jeszcze 5 minut
Odpowiedź nadeszła mniej więcej dwadzieścia pięć tysięcznych sekundy po
tym, gdy kliknęłam przycisk WYŚLIJ.
no trudno, ja spadam. GBBO samo się nie obejrzy
GBBO to oczywiście Wielkie brytyjske wypieki - Great British Bake
Off. Z lojalności względem Mary Berry Eli nie zamierzał stosować
zamerykanizowanej nazwy2. Wsunęłam telefon na powrót do kieszeni.
- Nie byłam nawet w stanie dokończyć Teksańskiej masakry... - mówiła
właśnie Millie.
- To dość obrzydliwy film - dodał X, choć w tonie jego głosu było więcej
zachwytu niż zohydzenia.
Sam pisał scenariusz slashera. Miał to być film, w którym zagra kilka
czarnych osób, i uznaliśmy, że dzieło to zrobi dla gatunku slasherów to
samo, co Jordan Peele osiągnął dla czarnego horroru. Jednym z powodów,
dla których X w ogóle chciał robić ten podcast, było zjednanie sobie
czarnych fanów horroru. Uznał, że gdy jego film trafi już na ekrany,
będzie miał gotową bazę odbiorców. Taki był z niego bystrzak.
- Ta scena z dziewczyną na haku... - rzuciła Millie i wstrząsnął nią
dreszcz.
- Zupełnie obrzydliwe - przytaknął X, teraz już się szczerząc. - No,
kompletnie, mówię ci.
- Szkoda, że Sally Hardesty była tak kijowa w roli final girl -
dodałam, a Millie raz jeszcze się wzdrygnęła, pewnie nadal myśląc o haku. Nie była, w przeciwieństwie do naszej dwójki, zagorzałą amatorką
horrorów. Znosiła je, a nawet była fanką kilku spokojniejszych, ale
pełnych napięcia japońskich filmów grozy w rodzaju oryginalnego Dark
Water, chociaż tak naprawdę to nie był jej ulubiony gatunek. Połączył
ją z nami przy tym projekcie aspekt kryminalno-sądowniczy. A podcast
Serial stał się dla niej przepustką do świata true crime, a stamtąd
była już prosta droga ku innym kluczowym programom, jak My Favorite
Murder czy I'll Be Gone in the Dark. Ale to nawet nie opowieści o śmierci i mordzie były tym, co ją wciągnęło - chodziło o niesprawiedliwość. Millie chciała ocalać świat, po jednej niesłusznie
osadzonej w więzieniu osobie naraz.
Miałam taką teorię, że ludzi da się lepiej zrozumieć, gdy ustali się, w jakim gatunku filmowym odnaleźliby się jako postać. Weźmy taką Millie.
Gdy nie przebierała się za Velmę, najczęściej nosiła ogrodniczki (z nogawkami podwiniętymi chyba z pięć razy, bo była bardzo niska) i swoje
ukochane fioletowe martensy, a faliste, ciemne włosy spinała w koczek
lub warkocz, czyli stanowiła kwintesencję stylu "fajna bez wysiłku".
Byłaby wyśmienita w filmie w rodzaju thrillerów z Julią Roberts z lat
dziewięćdziesiątych, w którym próbowałaby niezmordowanie rozpracować
jakiś niedorzeczny spisek. Gdybym kiedykolwiek wplątała się w jakąś
sekretną rządową aferę, w pierwszej kolejności skontaktowałabym się
właśnie z Millie.
- Wiedzieliście, że Chloe Bree urządza w tym roku imprezę halloweenową w klimacie Teksańskiej masakry...? - spytał X.
- Doprawdy? - powiedziałam bez entuzjazmu.
X, Millie i ja nie byliśmy raczej typami imprezowiczów. Każde Halloween
spędzaliśmy na oglądaniu horrorów, zażerając się przy tym
najgenialniejszym deserem, czyli lodami pumpkin spice posypanymi
mieszanką pokruszonych halloweenowych cukierków. Spędzaliśmy właśnie
piątkowe popołudnie w szkolnej piwnicy, więc chyba nie muszę się
rozwodzić nad tym, jak daleko nam było do "fajnych dzieciaków".
- Wynajęła labirynt w kukurydzy na terenie Lacy Farms - dodała Millie. -
Cały rocznik się tam stawi.
Spojrzała na mnie, jakby oczekiwała, że jakoś to skomentuję. Prawdę
mówiąc, oboje się na mnie gapili.
- No co? - spytałam, marszcząc brwi. Wpatrywali się we mnie z przenikliwą intensywnością, a gdy wreszcie pojęłam, o co im chodzi,
trzewia aż mi fiknęły koziołka. - No ludzie, nie.
- Pomyśl o tym w kategoriach eksperymentu społecznego, jak przebywanie
Jane Goodall wśród małp człekokształtnych... - rzucił X, przelotnie
uśmiechając się tym swoim legendarnym, szerokim uśmiechem, odsłaniającym
komplet zębów.
Jego twarz charakteryzowały też ciemne oczy oraz linia szczęki, która aż
błagała o obecność kamer. Najważniejsze jednak było to, że wszyscy go
uwielbiali. Był w stanie zagadać dosłownie do kogokolwiek. Gdyby jego
życie było filmem, zostałoby zakwalifikowane do historii o ludziach
podróżujących po świecie, by pochłaniać najlepsze jedzenie oraz lokalną
kulturę. Miał w sobie ten zaraźliwy entuzjazm, który sprawiał, że
zastanawialibyście się: "A właściwie - dlaczego nie zjeść tego
świerszcza w polewie czekoladowej? Może się okazać pyszny!". Było mi
niemal szkoda, że zamierzał pracować za kamerą, a nie jako prowadzący w jakimś autorskim serialu dokumentalnym.
- X... - zaczęłam, starając się zachować spokój. - ...rozumiem, jak na to
patrzysz, ale mówimy o chłopcach z liceum, a nie o małpiszonach. Zresztą
mieliśmy chyba obejrzeć Czarne święta? Millie jeszcze nie zaliczyła
tego filmu.
Eli powiedział nawet, że przyjdzie, gdy już obejrzymy film, zapewne
przynosząc jakieś cudowne wypieki, które nauczył się robić dzięki
oglądaniu GBBO. Zanosiło się na perfekcyjny wieczór.
- Wiesz, myślę, że jakoś bez tego przeżyję - powiedziała tymczasem
Millie i znacząco zerknęła na naszego przyjaciela.
- A Halloween wypada w tym roku w piątek, więc można przenieść seans
dosłownie na dzień po - dodał pospiesznie X. - Możemy wtedy obejrzeć
Czarne święta.
A dziewczyna dodała:
- Serio, myślę, że nasza noc z horrorami i tak zadziała lepiej dzień po Halloween.
- Wszystkich Świętych - podchwycił X. - Wciąż bardzo straszne.
Ponownie zmarszczyłam brwi. Było dla mnie jasne, że przećwiczyli ten
dialog już wcześniej. Beze mnie. Wiedzieli, że nie będę się cieszyć na
myśl o imprezie, więc zawczasu przygotowali sposoby na przekonanie mnie.
A to oznaczało, że stałam na przegranej pozycji.
- Ale... - zaczęłam, po czym urwałam.
Nie miałam żadnego dobrego argumentu. Kto by nie chciał pójść na taką
imprezę?
Ja - oto kto. Nie chciałam tam iść. Nienawidziłam imprez oraz ciemności.
I labiryntów w polu kukurydzy. I Halloween, skoro już o tym mowa.
Wolałam horror wciśnięty w trzynastocalowy monitor mojego laptopa - tam
mogłam zatrzymywać odtwarzanie, cofać, przeskakiwać do przodu... innymi
słowy, miałam nad tym tyle kontroli, ile sobie zamarzyłam. I zawsze
wiedziałam, co nastąpi. Filmy, nawet te okropne, były bezpieczne.
Imprezy licealne - niekoniecznie.
Wlepiłam spojrzenie w moich przyjaciół, przygryzając wargę i zastanawiając się, co powiedzieć. Czy zadziałałaby deklaracja, że mam
jakąś chorobę? Nie wiem, alergię na kukurydzę? Istnieje coś takiego?
Gdybyśmy byli w horrorze, to byłby idealny moment na pierwszego
jumpscare'a. Nie mówię o straszaku w sam raz na koniec filmu w stylu
"Jason łapie Alice w canoe", ale o czymś w sam raz do pierwszego aktu, w rodzaju "Billy wskakuje przez okno Sidney".
W moim odczuciu tego typu sceny służyły dwóm celom.
Po pierwsze ustalały ton dla całego filmu, przypominając widzom, że
faktycznie oglądają horror, zanim fabuła będzie miała szansę okazać się
straszna. A po drugie uniemożliwiały postaciom udzielanie odpowiedzi na
pytania, na które zupełnie nie chciały odpowiadać.
Jak to, które przed chwilą mi zadano.
Uśmiechnęłam się słabo do przyjaciół i czekałam na jumpscare, który
wybawi mnie od tej rozmowy.
Wiatr zaczął napierać na piwniczne okna. W szkole, gdzieś nad nami, ktoś
wybuchnął śmiechem.
Nie zanosiło się na to, że będę miała szczęście.
- Kochani... - zaczęłam.
Choroba - pomyślałam. Będę musiała spróbować manewru z chorobą.
Zakasłałam sztucznie i kontynuowałam na głos:
- Wiecie, wydaje mi się, że...
- Halooo? - huknął jakiś głos z korytarza. - Czy ktoś tam jest?
Nasza trójka aż się wzdrygnęła, gdy moja starsza siostra, Claire,
wsunęła głowę do pomieszczenia.
Oto co musicie wiedzieć o Claire: jej makijaż był nieskazitelny, choć
miała za sobą cały dzień w szkole, i była chyba jedyną znaną mi
nastolatką, której rude włosy nie tylko uchodziły na sucho, ale i sprawiały, że wyglądała zajebiście.
Do waszej wiadomości - farbowała je. Claire naturalnie miała włosy
koloru brudnego blondu, tak jak ja. Obie miałyśmy drobne sylwetki i bardzo wyraziste rysy. Tyle że u mojej siostry oczy godne postaci z anime równoważyły usta - mające kształt serduszka, a równocześnie zdolne
rzucać szokująco szerokie uśmiechy.
Ja tymczasem odziedziczyłam po tacie jego rzymski nos, a po mamie -
wiecznie niezadowoloną minę, czyli coś, co internet określa mianem
resting bitch face. I podczas gdy Claire dostała od ojca jego
promienną karnację Włocha, która sprawiała, że wyglądała zawsze jak po
dniu czy dwóch spędzonych na plaży, ja zgarnęłam maminą naturalną
bladość Irlandki, co oznaczało konieczność wylania na siebie butelki
olejku do opalania, nawet jeśli tylko pomyślałam o słońcu. Wielkie oczy
sprawiały jedynie, że wyglądałam na wiecznie zdumioną - jak gdyby cały
świat okazał się dla mnie zbyt przytłaczający. Co nie mijało się zbytnio
z prawdą.
W wypadku Claire moja teoria filmowa rozpadała się na kawałki. W przeciwieństwie do nas nie definiował jej pojedynczy gatunek. Ona była
dziewczyną, dla której powstawały filmy. Była Emmą Stone, Jennifer
Lawrence, Saoirse Ronan. Magnesem na Oskary. Sofia Coppola pewnie
właśnie siedziała nad scenariuszem przeznaczonym dla mojej siostry.
- Hej, Alikotko! - powiedziała, wlepiając we mnie spojrzenie swoich
niedorzecznie wielkich oczu. - Gotowa do drogi?
- Tak, zdecydowanie. - Podniosłam się pospiesznie i zaczęłam wrzucać
rzeczy do torby, zanim Millie i X zdążą wrócić do rozmowy o imprezie.
Ocalona przez Claire. Nie pierwszy raz, oj, nie. - No to zobaczymy się
później.
- Na imprezie? - spytała Millie.
- O dziewiętnastej? - dorzucił X.
- Się zobaczy - odpowiedziałam ze spuszczoną głową, by wysoko upięty
kucyk opadł na moją zakłamaną twarz i skutecznie ją zasłonił. - Jeszcze...
no, pomyślę.
Już zamówiłam Czarne święta na platformie streamingowej i na
obejrzenie filmu miałam czterdzieści osiem godzin. Wiem, że brzmi to jak
masa czasu, ale jeśli człowiek chce wyłapać wszystkie smaczki i detale -
na przykład to, że część śniegu jest sztuczna, albo że parę osób z ekipy
pojawia się też po drugiej stronie kamery jako aktorzy - powinien
obejrzeć taki film dwukrotnie.
- Napiszę do was - dodałam jeszcze.
Przerzuciłam sobie plecak przez ramię i wyszłam na korytarz, ale Claire
złapała mnie za rękę i zatrzymała.
- Chwila, zamierzasz nie iść na imprezę? - spytała, równocześnie
spoglądając na mnie z opatentowaną Miną Claire Numer Jeden.
Wyobraźcie sobie smutne oczy Amy Adams połączone z drżącą dolną wargą
Anne Hathaway.
"Rozczarowujesz mnie" - oto, co mówiła owa mina. Gdyby tylko Akademia
Filmowa mogła ją teraz zobaczyć!
- Claire... - wymamrotałam pod nosem.
Był powód, dla którego miałam tę obsesję na punkcie horrorów. Nie
chodziło tylko o jumpscare'y i sztuczną krew. W horrorach dziewczyna,
którą wszyscy lekceważyli, ta przemykająca pod ścianą bystra dziewica,
która normalnie nie mogłaby zostać protagonistką - czyli, bądźmy
szczerzy, ktoś taki jak ja - zostawała final girl. Gwiazdą.
Tak, wiem, że Neve Campbell i Jennifer Love Hewitt też grały final
girls, a przecież obie są zjawiskowe, ale dajcie spokój - to jedynie
teoria. Przecież niezbitym faktem jest to, że Hollywood nawet nie
rozważa obsadzenia w roli kobiety, która wygląda jak prawdziwa osoba.
Spróbujcie pojąć mój punkt widzenia.
W żadnym innym gatunku filmowym główna rola nie trafiłaby się
dziewczynie, którą kręci nauka i czytanie. W prawdziwym życiu zresztą
jest tak samo. W prawdziwym życiu dziewczyny takie jak ja stoją gdzieś z boku, nie wygrywają w zawodach, a przede wszystkim siedzą w domu w piątkowe wieczory.
Znałam swoją rolę i się z nią już pogodziłam. Dlaczego inni mieli z tym
problem?
Wlepiłam spojrzenie w swoją starszą siostrę, błagając ją o to, by
zrozumiała, że naprawdę nie chciałam tego robić. Claire zmarszczyła
brwi, a potem pokiwała głową. Tym razem nasza siostrzana więź zadziałała
na moją korzyść. Burza w moim wnętrzu została zrozumiana. Tego byłam
pewna. Poczułam ulgę. I odetchnęłam.
- Alice nie musi o niczym myśleć - powiedziała Claire, odwracając się do
moich przyjaciół. - Oczywiście, że idzie na tę imprezę. Widzimy się o dziewiętnastej.
ZOSTAŁY DWIE GODZINY I TRZYDZIEŚCI TRZY MINUTY
Naprawdę nie powinnaś była mówić, że tam
dziś przyjdę - powiedziałam Claire.
- Twoi przyjaciele cię kochają i chcą z tobą imprezować. Nie rozumiem, o co ci chodzi - oznajmiła siostra, zerkając na mnie z ukosa. - Zamierzasz
stchórzyć, Alikotko?
- Ja niby tchórzę? To ty nie byłaś nawet w stanie przebrnąć przez drugą
połowę Hush.
Hush, slasher z 2016 roku opowiadający historię głuchoniemej pisarki,
którą gnębi morderczy psychopata w lesie, to film, który obejrzałam już
pięć razy.
- Bo to filmidło było nudne. Nie straszne, nudne. Dlaczego laska miałaby
mieszkać w lesie, zupełnie sama, będąc osobą głuchoniemą? Przecież to
się kupy nie trzyma.
- Nieźle, czyli obwiniamy ofiarę, co?
- Raczej scenarzystę.
Zamrugałam.
- Czyżbyś właśnie obraziła Mike'a Flanagana w mojej obe...
- Hush to tylko film, Alice - weszła mi w słowo. - A tu mówimy o prawdziwym życiu.
Zaczęła iść tyłem, by mojej uwadze nie uszło jej teatralne przewracanie
oczami. Wszystko, co robiła, było teatralne, ale ten fikołek, który
robiły jej ślepia - to był majstersztyk.
Ledwie wyszłyśmy z liceum, a ja już tuptałam za nią niczym szczeniaczek.
Jak zwykle.
Jak na październik dzień był wręcz obrzydliwie ładny. Kryształowo czyste
jesienne powietrze. Złociste światło. Warunki jak w jakimś halloweenowym
filmie . Idealna pogoda na wrzucenie na grzbiet skórzanej kurtki w starym stylu, którą znalazłam w secondhandzie Scout w miniony weekend.
Delikatne podmuchy wiatru mierzwiły nam włosy.
- Na tej imprezie trzeba mieć kostium, no nie? - spytałam, zerkając na
Claire. - A ja nie mam nic, w co mogłabym się przebrać.
Moja siostra wydęła usta, po czym przyjrzała mi się przez chwilę. Poza
kurtką moja obecna stylizacja obejmowała mocną szminkę rodem z lat
dziewięćdziesiątych, biały podkoszulek na cienkich ramiączkach, kilka
naszyjników i wysoko upięty kucyk.
- A to nie jest przebranie? - spytała Claire, szczerze zdumiona. -
Myślałam, że się przebrałaś za postać z tego filmu... Wiesz, grała ją ta
dziewczyna z Jeziora marzeń...
- Katie Holmes z Grzecznego świata - doprecyzowałam. - Ale to nie jest
przebranie, a raczej... hołd.
Grzeczny świat to straszna szmira, ale podobała mi się, bo w tym
filmie Katie Holmes porzuciła typową dla siebie rolę chłopczycy i wcieliła się w ostrą alternatywkę. To był kluczowy moment dla mody lat
dziewięćdziesiątych. Sprawdźcie sami w sieci.
Więc gdy znalazłam skórę - identyczną jak ta, którą nosi w filmie Katie
- reszta stylizacji odnalazła się sama.
- Hołd, przebranie, jeden pies. - Claire machnęła ręką. - Wyglądasz na
hotówę. Korzystaj.
Musiałam się ugryźć w wargę, żeby się nie wyszczerzyć. Komplementy
siostry zawsze znaczyły dla mnie więcej niż czyjekolwiek inne.
Przechodziłyśmy właśnie przez ulicę, kierowałyśmy się jednak nie w stronę parkingu dla uczniów ostatniej klasy, gdzie Claire parkowała
swoją jettę, ale na kampus Mercer College.
- Idziemy do hali sportowej taty? - spytałam.
Chodziło o halę należącą do Mercer, a więc miejsce, gdzie nasz ojciec
trenował uczelnianą drużynę siatkarską i softballową. Spędzałyśmy tam
czas z Claire już wtedy, gdy byłyśmy brzdącami z kitkami i strupami na
kolanach.
Tak właściwie to ja miałam strupy. Mojej siostrze nie przydarzały się
prozaiczne przygody w rodzaju upadków.
- W szatni jest lepsze światło niż w domu - wyjaśniła. - Mają tam lustra
otoczone żarówkami jak w starych charakteryzatorniach. I produkty marki
Kiehl pod prysznicami.
Pokiwałam głową, choć ledwie zwracałam uwagę na jej słowa. Już teraz
zsuwałam gumkę z włosów w sposób możliwie najbardziej niedbały.
- Czy moje włosy powariowały?
Claire pokręciła głową.
- Nie, wyglądają bardzo dobrze. Sama Katie Holmes byłaby o nie
zazdrosna.
- Teraz już obie wiemy, że kłamiesz.
* * *
W hali sportowej praktycznie nikogo nie było. Buczące rastry
oświetleniowe dawały światło, które w kontraście z pięknym
październikowym słońcem było matowe i fałszywe. W pomieszczeniu wciąż
unosił się przykry zapach potu, tak że niemal dało się go dostrzec. Gamy
aromatów dopełniała ostra woń środków czyszczących. Temperatura wewnątrz
hali zawsze była wyższa od znośnego poziomu o jakieś pięć czy sześć
stopni, a do tego powietrze pozostawało dziwacznie wilgotne. Gdy
omiatałam pomieszczenie wzrokiem, niemal czułam, jak gniecie się na mnie
koszulka.
Na orbitreku na tyłach hali sapała Erin Cleary. Była uczennicą ostatniej
klasy w Omaha East, ale wszyscy reprezentujący szkołę sportowcy
trenowali na terenie college'u. Erin była gwiazdą siatkówki, więc
właściwie mieszkała tu na stałe, a przynajmniej tak wynikało z moich
obserwacji. Zobaczyć ją tutaj dziś - w piątek, a do tego w Halloween -
nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem.
Usłyszałam łoskot odważników dochodzący z przeciwnej strony hali i zerknęłam w poszukiwaniu źródła hałasu. Patrzyłam akurat na tyle długo,
by ujrzeć falujące brązowe włosy i mięśnie drgające pod cienką warstwą
lśniącego potu. Zaraz jednak odwróciłam wzrok jak ktoś, kto obawia się,
że oślepnie od gapienia się zbyt długo w zaćmienie słońca. Moje policzki
płonęły.
Claire złapała mnie za rękę.
- To Wesley James Hanson Trzeci.
Ależ oczywiście. Zdawałam sobie z tego sprawę.
Wesley James Hanson III przeprowadził się tutaj z Bostonu i zaczął
pojawiać się w hali mniej więcej na początku lata, co dało mi około pięć
miesięcy, by go... zauważyć. Mówili na niego Wes. Claire i ja zdawałyśmy
sobie z tego sprawę, ale żadna z nas nie potrafiła mówić o nim inaczej
niż Wesley James Hanson III. Zasługiwał na każdą z siedmiu sylab.
W tym roku zaczął college, a to oznaczało, że mógłby się zainteresować
dziewczyną z liceum. Wykonywałam takie obliczenia przynajmniej raz w tygodniu.
Przez całe lato.
- Zauważy, że się gapisz - wymamrotałam do Claire.
Położyłam jej dłoń na plecach i spróbowałam pokierować ją ku szatni. W ciągu minionych pięciu miesięcy spędziłam dużo czasu na podejmowaniu
prób trzymania mojej siostry z dala od Wesa.
- Jestem nim zafascynowana - odparła Claire. Swoją drogą nadal się
gapiła. Nie była typem dziewczyny, którą zmartwiłby fakt, że podobny
bogom chłopak z pierwszego roku college'u przyłapał ją na wlepianiu w niego spojrzenia. - Słyszałam, że jeszcze w Bostonie wdał się w romans z czterdziestoletnią rozwódką oraz jej córką. Równocześnie. I że jego
ojciec musiał zapłacić byłemu mężowi-łamane-przez-ojcu sporą sumkę, by
sprawa została zamieciona pod dywan.
Przygryzłam wargę, dorzucając tę plotkę do mojej rozległej kolekcji. Nie
tylko Claire fascynowała tajemnica, którą był Wesley James Hanson III.
Ledwie wczoraj Eli zdradził mi, co gdzieś podsłuchał: ktoś wspomniał, że
Wesa wywalono z jakiejś wymuskanej szkoły z internatem na Wschodnim
Wybrzeżu, bo urządził w akademiku klub, w którym ludzie tłukli się za
pieniądze. Millie twierdziła, że podobno należał do irlandzkiej mafii.
Tymczasem X wspomniał, że gość szykuje się, by spróbować swoich sił w olimpijskiej drużynie wioślarskiej.
Nie istniał żaden sposób, by zweryfikować którąkolwiek z tych plotek.
Wes nie był obecny w mediach społecznościowych. Gdy ten jeden raz
podjęłam próbę wyszukania czegoś o nim w internecie, znalazłam tylko
wzmiankę o Jamesie Wesleyu Hansonie, który zmarł w Georgii w 1940 roku.
I nic więcej.
Ten cały nimb tajemnicy czynił go tylko bardziej fascynującym. Wes nie
przypominał nikogo, kogo wcześniej znałam. Wszyscy wpisywaliśmy się w jakieś tropy postaci rodem z filmu dla nastolatków - ale nie on. Jemu
udało się tego uniknąć w sposób kompletny i dokumentny. Był zamożny, ale
nie kręciła go kasa. Był sportowcem, ale nie kafarem (że pozwolę sobie
użyć staromodnego określenia, które usłyszałam w jakimś filmie). Był
piękny, ale również... cudaczny. W atrakcyjny sposób.
Znów pozwoliłam moim oczom spocząć na nim na jakąś sekundę - patrzyłam,
jak podnosi ciężary po drugiej stronie pomieszczenia. Od kolan w górę
miał look standardowego bogatego typka: szare szorty dresowe marki Nike,
biała koszulka tego samego producenta eksponująca wielkie muły. Ale
zauważyłam, że do tenisówek dobrał godne dziadka skarpety w staromodne
romby, które podciągnął do połowy łydek.
Zawsze wykręcał takie numery. Malował paznokcie u stóp na czarno. Do
bardzo zwyczajnej koszulki i dżinsów dorzucał naszyjnik z pereł. Tu
detal, tam drobny szczegół, w sam raz, by delikatnie dać do zrozumienia,
że nie przejmuje się normami płciowymi i że nie da się zagonić w róg
żadnym oczekiwaniom. Boże, jakie to było atrakcyjne.
- Założę się, że on ogląda tylko mało znane, artystyczne filmy z Niemiec
- mruknęła Claire, wciąż się w niego wgapiając. - Albo tak zestawia
Czarnoksiężnika z Oz z albumem Dark Side of the Moon, by słowa
piosenek zgrywały się z akcją.
- Totalnie - przytaknęłam, choć miałam stuprocentową pewność, że Wes
lubi horrory, zupełnie jak ja.
W zeszłym miesiącu czekałam na tatę, by zawieźć go do domu, i oglądałam
na laptopie Dziwaka (niedoceniony, stylizowany na found footage film
z 2014 roku z Markiem Duplassem w roli gościa, który pragnie nakręcić
film dla jeszcze nienarodzonego dziecka; świetna rzecz!). Zobaczyłam go
już niemal do końca i zaczynałam się ekscytować, bo wśród horrorów to
właśnie ten film ma moje absolutnie ulubione zakończenie. I kto stanął
obok, by obejrzeć mi przez ramię ostatnie dwie minuty? Sam Wesley James
Hanson III.
- Widziałaś sequel? - spytał, gdy film się skończył.
- Nie - odpowiedziałam.
Co było dziwne, bo przecież oglądałam rzeczony film ponad dwadzieścia
razy, ale będę szczera: w tamtym momencie mój mózg nie tyle pracował, co
powtarzał w kółko, raz za razem, bez przerwy, dwa słowa: "ale" oraz
"ciacho". Powinnam być więc niezmiernie dumna, że w ogóle zdołałam
wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo.
- Sequel to niezły czad - powiedział.
Czad! - pomyślałam, a mój mózg zaczął krzyczeć. Tymczasem on dodał:
- Naprawdę powinnaś go obejrzeć.
Zdaje się, że zarejestrowałam wtedy, jak obczaja moje nogi, ale gdy
tylko zorientował się, że to widzę, natychmiast spojrzał mi w oczy. Nie
miałam jednak nic przeciwko - akurat tamtego dnia czułam się dobrze ze
swoim wyglądem. Nie jestem jakąś dziwaczką, która non stop przebiera się
za postaci z filmów, ale horrory z lat dziewięćdziesiątych nieźle
wkręciły mnie w modę z tamtej dekady. Miałam na sobie cudowną mini,
masywne czarne buty i podwiązki - stylizację w klimacie młodej Winony
Ryder. Claire mówiła, że w tej spódniczce moje nogi wyglądają jak milion
dolców. A gdy moja siostra mówi coś takiego, to musi być to prawdą.
- Niezłe... podwiązki - powiedział Wes.
- Niezłe szorty - odbiłam piłeczkę.
Przez cały dzień nosił na sobie te niedorzecznie kuse spodenki sportowe.
Takie w typie wręcz obscenicznym. Tylko Wesley James Hanson III mógł
sprawić, że te gatki wyglądały na nim seksownie.
A ja wciąż nie mogłam uwierzyć, że odważyłam się je skomentować.
Ale Wes wpatrywał się we mnie, jakby chciał powiedzieć coś innego, i nastał ten naładowany elektrycznością moment, w którym każde oczekuje,
że to ta druga osoba odezwie się pierwsza. Tyle że żadne nic nie
powiedziało. Nie mogłam ustalić, czy Wes po prostu jest luzakiem, czy
może w rzeczywistości cechuje go pewna nieśmiałość.
Po dłuższej chwili potarł dłonią kark i rzucił:
- Do zobaczenia, Alice.
W tamtej chwili moje serce niemal stanęło. Wesley James Hanson III znał
moje imię. Co musiało oznaczać, że o mnie pytał.
Czy chodziło o te podwiązki? O to, że wyróżniałam się w tym budynku, bo
bo jako jedyna nie byłam ostentacyjnie wysportowana? Nie miałam pojęcia.
Gdy Wes odszedł, zostawił za sobą ten niesamowity zapach, coś jak piżmo
wymieszane z wonią suchej trawy i zamszu - tak wyobrażałam sobie zapach
spoconego kowboja. Gdybym mogła, zrobiłabym sobie z niego świeczkę.
Od tego czasu, jeśli akurat przebywaliśmy równocześnie w budynku hali
sportowej, miałam poczucie, jakbyśmy dotkliwie zdawali sobie sprawę ze
swojej obecności. Zauważałam, że zerka w moją stronę, i czułam mrowienie
skóry, ilekroć się do mnie zbliżał. Czasem rozmawialiśmy. Gdy widział,
że oglądam film, zatrzymywał się, by przez chwilę oglądać go przez moje
ramię, a potem rzucał rekomendacją, na co ja odwdzięczałam się,
polecając coś od siebie. Zaczęłam dość często zakładać zestaw
podwiązki-i-miniówka, po czym zarejestrowałam, że on też często nosi
swoje kuse spodenki. I, o rany, o rany, czy to był flirt? Czy my ze
sobą flirtowaliśmy?
Nie wiem, co właściwie robiliśmy, ale zaczęło się to we wrześniu i ciągnęło aż do teraz, do końca października. Nie powiedziałam o tym
Claire. Nie chciałam w żaden sposób zapeszyć.
- Alice? Idziesz? - zapytała moja siostra; była już w pół drogi do
szatni, ale zatrzymała się, czekając na mnie.
Zamrugałam, odrywając wzrok od Wesa.
- Yyy... w sumie to muszę porozmawiać z tatą. Widzimy się przed jego
kantorkiem?
Pokiwała głową, szukając czegoś w torebce.
- Pożyczysz mi tę szminkę, którą masz na sobie?
- Mowy nie ma.
- Proszę? Świetnie na tobie wygląda - nadąsała się lekko. - Chcę ją
wypróbować.
- Czy istnieje słowo mocniejsze od "nie"? Bo chciałabym w adekwatny
sposób wyrazić, jak wysoki jest poziom "nie" w moim sercu.
Gdybym pożyczyła Claire moją szminkę, ta nagle stałaby się jej szminką i już po chwili wszyscy mówiliby, jak wspaniale na niej wygląda, a potem
nagle ten kolor byłby już kolorem Claire, przez co nigdy więcej nie
mogłabym go używać. Dokładnie to samo stało się z parą mokasynów na
platformie, które znalazłam w Scoucie pod koniec ubiegłego roku. Tych
samych mokasynów, które miała obecnie na nogach. Nie zamierzałam więc
ryzykować.
Na szczęście odpuściła.
- Dobra. To widzimy się przed kantorkiem taty.
Zniknęła w szatni. A ja, zamiast kierować się do kantorka ojca,
odwróciłam się, pozwalając sobie na ostatnie spojrzenie...
Wesley James Hanson III się na mnie gapił. Zobaczył, że i ja patrzę w jego stronę, a na jego usta powoli wypełzł uśmiech.
Boże, ależ on miał piękne wargi. Wlepiając w nie wzrok, zastanawiałam
się, jakby to było je całować. Czy były szorstkie, a może miękkie? Jak
smakowały? Minęło zbyt wiele czasu od mojego ostatniego pocałunku.
Poprzednim całującym był X na imprezie urodzinowej Chloe, świeżo po
rozpoczęciu liceum. Wyjawił mi, że jest gejem jakieś dwie sekundy
później, ale nawet przed usłyszeniem tej rewelacji miałam poczucie,
jakbym całowała brata.
Ale pocałunek z Wesem...
Całe moje ciało przeszył dreszcz. Gdy ponownie się odwróciłam, nogi mi
drżały.
ZOSTAŁA GODZINA I CZTERDZIEŚCI MINUT
Kantorek mojego taty był rozmiarów
garderoby, nie miał okien, a wielkie biurko zajmowało całą jedną ścianę.
Nad nim wisiała wręcz szokująca liczba inspiracyjnych plakatów.
Poważnie. Wyobraźcie sobie jakąś wielką liczbę plakatów i pomnóżcie to
przez dwa.
Zanim zdążyłam otworzyć drzwi, z pomieszczenia wyszła Chloe Bree.
- Allison, cześć - powiedziała, przerzucając swoje długie,
platynowoblond włosy przez jedno ramię.
Znała mnie od podstawówki, pobierała prywatne lekcje softballu od mojego
taty już od roku, a nadal nie wiedziała, że nazywam się Alice, nie
Allison.
Świetnie sprawdziłaby się w filmie gangsterskim, w którym wszystkie
kobiety mają tipsy i burzę włosów tleniony blond, i są uzależnione od
kokainy.
- Cześć, Chloe - odpowiedziałam.
Sprawiała wrażenie, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy zza
rogu wynurzył się, zamiatając podłogę, Owen Maddox, pierwszoroczniak z college'u, który wieczorami i w weekendy dorabiał sobie jako woźny. Miał
długie, ciemne włosy opadające na twarz tłustą kurtyną oraz blizny
trądzikowe.
- Owen, no cześć - powiedziała Chloe głosem, który brzmiał odrobinę
sztucznie. - Oczywiście będziecie oboje dziś wieczorem na mojej
imprezie, nie?
Owen czasami kupował piwo uczniom liceum, co oznaczało, że pojawiał się
na szkolnych imprezach, ale zawsze stał gdzieś w kącie i raczej z nikim
nie rozmawiał. Millie mówiła, że jest naszym szkolnym Boo Radleyem. Było
to dość celne porównanie.
- Za nic bym tego nie przegapił - odpowiedział z kamiennym wyrazem
twarzy.
Zerknął na mnie pospiesznie, po czym zniknął za rogiem. Odgłos jego
miotły szurającej po podłodze zaczął się oddalać.
- Ty też będziesz, prawda, Allison? Będzie rzeźnia! - oznajmiła Chloe.
Po czym pomachała do mnie, przebierając palcami, i odmaszerowała, nim
zdołałam w jakikolwiek sposób jej odpowiedzieć.
Weszłam do kantorka taty i zapukałam we framugę.
- Tato?
- Hej, Alice. - Okręcił się w fotelu; jego postura niewiele różniła się
od sylwetek chłopców w moim wieku garbiących się nad ławkami. Światło
wiszącej pod sufitem lampy zamigotało w jego pojawiających się tu i ówdzie siwych włosach oraz pogłębiło cienie pod oczami, przez co
wyglądał równocześnie na młodszego i starszego niż w rzeczywistości. -
Claire jest z tobą?
Dziewięćdziesiąt pięć procent wypowiedzi ojca skierowanych do mnie
brzmiało: "Czy Claire jest z tobą?" albo "Widziałaś może Claire?". Mówię
to na wypadek, gdybyście się zastanawiali, czy łączy nas silna więź.
- W szatni - odpowiedziałam. - Yyy, zastanawiałam się... czy miałeś może
czas zerknąć na moje podanie? O staż w Mercer?
Letni Staż Badawczy w Szkole Medycznej Mercer był jedną z najbardziej
prestiżowych form praktyk, jakie mogli zaliczyć licealiści w całym
kraju. Czymś, co u rekruterów w college'ach wywoływało obfity ślinotok,
zalewający im laptopy. Stanowił też furtkę do programu kursów wstępnych
na medycynę, które pozostawały moim celem, odkąd byłam dziewięciolatką
grającą w wolnym czasie w Operację i marzącą, by pewnego dnia wydłubywać
prawdziwe kości z prawdziwych ludzi.
Pragnęłam być patolożką sądową - doktorką, która bada przyczyny nagłej i niespodziewanej śmierci, a czasem nawet staje przed sądem, gdy
podejrzewa się, że zgon nastąpił na skutek przestępstwa. Innymi słowy:
praca marzeń.
A skoro mój tata pracował w Mercer, miałam nadzieję, że mógłby udzielić
mi kilku wskazówek odnośnie do rzeczy, które chętnie widziałby w podaniu
komitet rozpatrujący takie wnioski.
Przez sekundę miał twarz tak absolutnie pozbawioną wyrazu, że byłam
pewna, iż nie tylko nie przeczytał dokumentu, ale w ogóle zapomniał, że
go o to poprosiłam. Być może zapomniał nawet, iż w ogóle dorobił się
drugiej córki.
A potem się uśmiechnął. To był uśmiech króla zjazdu absolwentów i przewodniczącego klasy. Gdy chodził do liceum, był królem wszystkiego.
Kiedy prezentował światu ten uśmiech, łatwo było zrozumieć, dlaczego.
Claire odziedziczyła ten uśmiech. Ja już nie.
- Nie zapomniałem, Alice, serio. Rzucę na to okiem dziś wieczorem.
Wyszłam z kantorka i ruszyłam przed siebie, całkowicie skupiona na
kwestii podania. Wtedy jednak skręciłam za róg i wpadłam prosto na
Wesleya Jamesa Hansona III.
I kiedy mówię "wpadłam", mam na myśli dosłowne wpadnięcie na niego. Jak
w filmie. Jak w tej scenie w Krzyku, kiedy Sidney ucieka, gdy goni ją
Ghostface, i skręca za róg, by zderzyć się z Billym.
Zastanawiałam się, czy tu na mnie czekał.
- Alice - powiedział. - Hej.
Przez moment wpatrywał się w moje usta, a ja poczułam w nich nagłą
suchość.
- Hej - odpowiedziałam.
Każdy centymetr jego skóry był opalony, jak gdyby właśnie wrócił z plaży, choć mieszkaliśmy ze trzy tysiące kilometrów od najbliższej
prawdziwej plaży. W zębach obracał wykałaczkę, gdy do mnie mówił. Było w tym coś niesamowicie uwodzicielskiego.
Widziałabym go w horrorze. Widziałabym go w dowolnym filmie. Miał w sobie to coś, co nigdy nie przestawało być stylowe - ten klimat bogatego
dzieciaka i niegrzecznego chłopca. Był jak Skeet Ulrich, Heath Ledger
czy Timothée Chalamet.
I miał... spinkę do włosów z Hello Kitty.
- Hello Kitty - mruknęłam; najwyraźniej nie byłam w stanie pomyśleć o czymś i nie powiedzieć tego na głos.
- Ano tak. - Dotknął spinki. - To z tej wspólnej kolekcji z Myszką
Minnie. Widzisz? Ma na głowie jej czerwoną kokardkę w grochy.
Faktycznie, miała na głowie czerwoną kokardkę w grochy.
- To... super - powiedziałam, myśląc równocześnie: Szczęśliwa kicia.
Bo osobiście czekałam na możliwość dotknięcia włosów Wesa od czasu, gdy
tylko go zobaczyłam po raz pierwszy.
Przesunął wykałaczkę językiem w kącik ust.
- Obejrzałem ten film, o którym wspominałaś. Zaproszenie. Bardzo
intensywny. Dzięki za polecajkę.
Zaproszenie to film z 2015 roku opowiadający o ostro powalonej
kolacji.
Poczułam, że lekko się odprężam - zawsze tak było, gdy zaczynałam
rozmawiać o horrorach.
- No nie? To, że pierwsza połowa filmu w całości poświęcona jest
budowaniu poczucia klaustrofobii i napięcia, więc widz tylko czeka, by
zobaczyć, co się wydarzy dalej, kombinując w głowie nad możliwym
przebiegiem akcji...
Urwałam, gdy Wes pochylił się nade mną i podniósł złocisty listek, który
przyczepił się do rękawa mojej kurtki.
Ostatnio robił to coraz częściej: znajdował preteksty, by mnie dotknąć.
Rzęsa na policzku. Metka wystająca z koszulki. Ilekroć czułam dotyk jego
skóry, przypominało to moment zapalania zapałki. To nagłe syczenie i uczucie gorąca.
- Chciałem po prostu powiedzieć, że był straszny - powiedział,
wypuszczając listek, który wirując, opadł na posadzkę. - Sporo wiesz o filmach, co?
Spojrzałam na niego, ledwie ośmielając się oddychać. Gdy sięgał po liść,
zbliżył się do mnie na tyle, by znaleźć się w mojej przestrzeni
osobistej. To już nie była bliskość z kategorii przyjaciele. To było
coś więcej.
- Owszem - powiedziałam.
Znów czułam ten jego kowbojski zapach - na powrót odebrał mi mowę.
- Rozważam zaproszenie cię do obejrzenia czegoś wspólnie - oznajmił,
przypatrując się badawczo mojej twarzy.
Zamrugałam.
- Jesteś pewien?
- Taa, ale trochę mnie to stresuje. - Uśmiechnął się nieśmiało.
- Cóż, strach to balsam dla duszy - rzuciłam, a jego uśmiech stał się
szerszy.
- Istotnie, tak jest. - Podrapał się po tyle głowy. - No, to co ty na
to? Robisz coś dziś wieczorem?
Jedną z moich ulubionych plotek na temat Wesa była ta sugerująca, że
spędził ostatnie cztery lata w Korei Południowej, pisząc i reżyserując
horrory, i że musiał się ukrywać tutaj, bo jego ostatnia produkcja
wkurzyła Koreę Północną, przez co wylądował na jej czarnej liście.
Gdybyście mnie spytali na początku lata, powiedziałabym, że prędzej ta
plotka okaże się prawdziwa, niż Wes zaprosi mnie na randkę.
Czasem życie bywa wręcz zdumiewająco nieprzewidywalne.
Wciąż byłam na etapie przypominania sobie, jak to właściwie jest
korzystać z daru mowy, gdy nagle irytująco radosny głosik dobiegł gdzieś
zza moich pleców:
- Och, czeeeść.
Zamknęłam oczy. Temperatura mojej twarzy wzrosła do tysiąca stopni.
Wes spojrzał nad moim ramieniem.
- O, hej. Jesteś siostrą Alice, prawda?
Aż poczułam, jak Claire cała sztywnieje. Nigdy w życiu nie zdarzyło się,
by ktoś nazwał ją "siostrą Alice". W moich koszmarach na ogół bywałam
naga, a ona pojawiała się, przerywała rozmowę z Wesem i mi go kradła.
Chyba powinnam być wdzięczna, że obecnie miałam na sobie ubranie. Gdy
zanosi się na to, że zobaczycie, jak miłość waszego życia nagle zadurza
się w waszej siostrze, dobrze jest jednak być całkowicie ubranym.
Próbowałam się skupić na tej myśli, gdy Claire położyła mi dłoń na
ramieniu i oznajmiła:
- Tak, Claire to... ja. Cześć.
Oczywiście, że ta kwestia w jej ustach brzmiała czarująco.
Zarejestrowałam nutę napięcia w jej głosie tylko dlatego, że znałam ją
lepiej niż ktokolwiek.
- Wes.
Spojrzał na mnie, czekając, aż coś powiem, ale z jakiegoś powodu w mojej
głowie pojawiła się w tamtym momencie przypadkowa myśl o pogłosce, że
film Piła został zainspirowany notką prasową o jakimś facecie, który
włamywał się ludziom do domów, by łaskotać śpiące dzieci w stopy.
Nie mów tego na głos, Alice - błagałam się w myślach.
- No więc, Wes - powiedziała tymczasem Claire. - Skąd znasz moją
siostrę?
Ponownie spojrzał na mnie, a potem na nią. Zmarszczył brwi.
- Czasem po szkole ogląda tutaj filmy.
- Tak, to prawda, Wesley. To prawda.
Spojrzała na mnie. Oboje się na mnie gapili. Nastał moment, bym to ja
się odezwała, a jednak nic nie powiedziałam, bo byłam w stanie myśleć
jedynie o moich idealnych mokasynach vintage, a raczej o idealnych
mokasynach vintage Claire. To nawet nie była jej wina, że to ona je
nosiła. Po prostu wyglądały na niej znacznie lepiej. Wszyscy tak mówili.
Założyła je raz i przepadła wszelka magia, którą czułam podczas ich
przymierzania w sklepie. Po co miałam nosić wspaniałe buty, skoro
wiedziałam, że nigdy nie będę wyglądać w nich lepiej niż Claire? Już
następnego dnia sprezentowałam jej te mokasyny.
A teraz naprawdę nie chciałam, by Wes poszedł w ich ślady. Claire mogła
zdobyć dowolnego faceta. A kiedy mnie ponownie uda się spotkać gościa,
który wygląda jak Heath Ledger, lubi horrory i docenia moje nietuzinkowe
wybory modowe?
Odpowiedź brzmiała: nigdy. Wes był jedyny w swoim rodzaju.
Wpatrywałam się w niego, oczekując tej oszołomionej miny, która
pojawiała się na twarzy każdego chłopaka oraz wielu dziewczyn
wchodzących w interakcję z Claire.
Ale Wes nadal patrzył na mnie, w jakiś sposób dając odpór studni
grawitacyjnej wytwarzanej przez perfekcję mojej siostry.
Może nie podobały mu się ideały? Sam przecież łączył skarpety w romby ze
sportową elegancją. Może dla kogoś takiego jak on perfekcja była zbyt
nudna?
Zmarszczył brwi, jak gdyby dając mi znak, że oczekuje jakiegoś sygnału,
a ja przypomniałam sobie, że przecież przed chwilą zaprosił mnie na
randkę. Mnie, a nie Claire.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki