Jak przestać przejmować się opinią innych. Jak słuchać ludzi, nie oddając im kierownicy własnego życia - Max Paradox

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (29,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JAK PRZESTAĆ PRZEJMOWAĆ SIĘ OPINIĄ INNYCH

INTRORozdział 1 - Publiczność, której prawie nie maRozdział 2 - Dlaczego jedno "hmm" boli bardziej niż dziesięć komplementówRozdział 3 - Próbujesz zarządzać cudzymi głowamiRozdział 4 - Wszystkie sposoby, którymi próbujesz uniknąć ocenyRozdział 5 - Nie każda opinia zasługuje na krzesło przy stoleRozdział 6 - Twoja głowa otworzyła dział reklamacjiRozdział 7 - Przestań sprawdzać twarze ludzi po każdym zdaniuRozdział 8 - Nie musisz wygrywać konkursu na najbardziej bezproblemowego człowiekaRozdział 9 - Podejmuj decyzje bez referendumRozdział 10 - Naucz się przeżywać cudze "nie podoba mi się"Rozdział 11 - Zbuduj własne kryteria, zanim świat zrobi to za ciebieRozdział 12 - Krytyka to informacja, nie wyrokRozdział 13 - Nie musisz naprawiać każdego wrażeniaRozdział 14 - Zrób coś, zanim poczujesz się wystarczająco pewnieRozdział 15 - A jeśli krytyka naprawdę zaboli?Rozdział 16 - Co zrobić, kiedy wracasz do starych nawykówRozdział 17 - A jeśli naprawdę cię odrzucą?Rozdział 18 - Zbuduj życie, którego nie trzeba ciągle zatwierdzaćRozdział 19 - Rozpoznaj moment, w którym znowu oddajesz sterRozdział 20 - Ludzie będą mieli opinie. Ty będziesz miał życie Title Page Cover Table of Contents

INTRO

Publikujesz zdjęcie.

Patrzysz na nie. Dobre.

Jeszcze raz patrzysz. Nadal dobre.

Po trzech minutach zaczynasz się zastanawiać, czy nie wyglądasz na nim trochę dziwnie. Po pięciu sprawdzasz, kto polubił. Po siedmiu zauważasz, kto nie polubił.

I teraz zaczyna się śledztwo.

"Dlaczego Kasia nie dała serduszka?"

Może nie widziała.

Może widziała i jej się nie spodobało.

Może jej się spodobało, ale specjalnie nie polubiła.

Może od 2017 roku prowadzi przeciwko tobie cichą operację psychologiczną.

Kasia tymczasem robi zakupy w Biedronce i nie ma pojęcia, że właśnie została główną podejrzaną.

Tak mniej więcej wygląda przejmowanie się opinią innych.

Najczęściej nie chodzi nawet o to, co ktoś rzeczywiście o tobie powiedział. Chodzi o to, co wydaje ci się, że ktoś mógł pomyśleć.

Czyli twój mózg zatrudnia fikcyjnych krytyków, daje im pełny etat i jeszcze pozwala pracować w weekendy.

Problem zaczyna się niewinnie.

Chcesz zrobić dobre wrażenie.

To normalne.

Jesteśmy istotami społecznymi. Zależy nam na akceptacji, przynależności i tym, żeby podczas rodzinnego obiadu nikt nie powiedział: "No, z nim zawsze było coś nie tak".

Nie ma nic dziwnego w tym, że interesuje cię opinia ludzi.

Kłopot pojawia się wtedy, gdy opinia innych przestaje być informacją, a zaczyna być instrukcją obsługi twojego życia.

Nie zakładasz czegoś, bo "co ludzie powiedzą".

Nie odzywasz się na spotkaniu, bo może powiesz coś głupiego.

Nie zaczynasz projektu, bo ktoś może się śmiać.

Nie kończysz relacji, bo rodzina będzie komentować.

Nie zmieniasz pracy, bo znajomi uznają, że zwariowałeś.

Nie wrzucasz filmu do internetu, bo przecież ktoś może napisać:

"Cringe".

I w ten sposób człowiek posiadający kredyt hipoteczny, prawo jazdy, dostęp do bankowości elektronicznej i możliwość podpisywania umów nadal potrafi zrezygnować z własnej decyzji, bo jakiś Mirek może przewrócić oczami.

Mirek ma ogromną władzę.

Najgorsze jest to, że często nawet o tym nie wie.

Przejmowanie się opinią innych działa podstępnie, ponieważ potrafi wyglądać jak rozsądek.

Mówisz sobie:

"Po prostu biorę pod uwagę zdanie innych."

Świetnie.

Tylko że "biorę pod uwagę" oznacza: słucham, sprawdzam, decyduję.

A nie:

słucham, panikuję, zmieniam całe życie.

To spora różnica.

Jeżeli ktoś mówi ci, że masz pietruszkę między zębami, warto przyjąć informację.

Jeżeli ktoś mówi ci, że absolutnie nie powinieneś zmieniać zawodu, bo jego kuzyn kiedyś zmienił i przez dwa miesiące jadł makaron z ketchupem, nie musisz natychmiast anulować wszystkich planów.

Nie każda opinia ma tę samą wartość.

To jedna z rzeczy, o których bardzo łatwo zapominamy.

Twój mózg czasem traktuje komentarz przypadkowej osoby jak komunikat komisji ekspertów.

Jedna osoba mówi:

"Ja bym tak nie zrobił."

I nagle zaczynasz analizować całe swoje życie.

A przecież ten człowiek może być ekspertem wyłącznie od tego, czego on by nie zrobił.

Nic więcej.

Szczególnie trudne staje się to wtedy, gdy próbujesz zadowolić wszystkich.

To ambitny projekt.

Mniej więcej jak próba ustawienia temperatury w biurze tak, żeby każdemu było idealnie.

Jednemu zimno.

Drugiemu gorąco.

Trzeci siedzi w kurtce.

Czwarty otwiera okno.

Piąty właśnie napisał do administracji.

Nie ma zwycięzcy.

Z ludźmi jest podobnie.

Możesz być spokojny - dla kogoś będziesz nudny.

Możesz być energiczny - dla kogoś będziesz męczący.

Możesz być ambitny - ktoś nazwie cię karierowiczem.

Możesz odpuścić - ktoś powie, że brakuje ci ambicji.

Możesz oszczędzać - sknera.

Możesz wydawać - rozrzutny.

Możesz dużo mówić - gadasz za dużo.

Możesz mało mówić - "Coś z nim chyba nie tak".

Jeżeli twoim celem jest stworzenie wersji siebie, która nie wzbudzi żadnej negatywnej opinii, mam złą wiadomość.

Musiałbyś prawdopodobnie zostać lampą.

Chociaż wtedy też ktoś stwierdzi, że światło jest za zimne.

Nie chodzi więc o to, żeby nagle przestało cię obchodzić, co ktokolwiek myśli.

To byłoby równie rozsądne jak słuchanie wszystkich bez wyjątku.

Czasami cudza opinia jest cenna.

Czasami ktoś widzi coś, czego ty nie widzisz.

Czasami krytyka pomaga.

Czasami bliska osoba naprawdę próbuje cię przed czymś ostrzec.

A czasami ktoś po prostu ma opinię.

Bo ludzie mają opinie.

O twojej pracy.

O związku.

O dzieciach.

O braku dzieci.

O samochodzie.

O mieszkaniu.

O tym, że ćwiczysz.

O tym, że nie ćwiczysz.

O tym, że jesz mięso.

O tym, że nie jesz mięsa.

O tym, że wyjeżdżasz.

O tym, że nie wyjeżdżasz.

Człowiek może spokojnie siedzieć na ławce i też znajdzie się ktoś, kto pomyśli:

"Mógłby się trochę ruszyć."

Nie kontrolujesz tego.

I całe szczęście.

Wyobraź sobie, że miałbyś zarządzać jeszcze cudzymi myślami.

Masz już wystarczająco dużo roboty z własnymi.

Ta książka nie będzie więc próbowała nauczyć cię magicznej techniki pod tytułem "Od jutra nic mnie nie obchodzi".

Takie podejście zwykle działa do pierwszego komentarza teściowej.

Potem system pada.

Chodzi o coś znacznie bardziej użytecznego: żebyś umiał rozpoznać, czyja opinia rzeczywiście ma znaczenie, kiedy warto jej słuchać, a kiedy należy grzecznie pozwolić jej przejść obok.

Bez wojny.

Bez demonstracyjnego:

"Mam gdzieś, co ludzie myślą!"

Bo człowiek, który co cztery minuty ogłasza, że nie obchodzi go zdanie innych, zwykle bardzo chce, żeby inni zauważyli, jak bardzo go nie obchodzi.

Będziemy rozbrajać problem kawałek po kawałku.

Zobaczysz, dlaczego jedna krzywa mina potrafi zepsuć ci dzień, czemu krytyka zostaje w głowie dłużej niż dziesięć komplementów i dlaczego przed ważną decyzją potrafisz zorganizować referendum wśród ludzi, którzy nie poniosą żadnych konsekwencji twojego wyboru.

Przede wszystkim jednak będziemy przechodzić do działania.

Bo wiedza, że "za bardzo przejmuję się opinią innych", jest średnio użyteczna.

To trochę jak odkrycie:

"Mam bałagan w garażu."

Brawo.

Diagnoza trafna.

Garaż nadal wygląda jak miejsce, w którym archeolodzy mogliby odkryć trzy cywilizacje.

Potrzebujesz sposobów, żeby podejmować decyzje mimo czyjejś dezaprobaty. Odróżniać konstruktywną krytykę od zwykłego komentarza. Przestać analizować każdą reakcję. Radzić sobie z oceną rodziny, znajomych, współpracowników i kompletnie obcych ludzi w internecie.

I nie wracać przez pół wieczoru do zdania, które ktoś powiedział o 14:37.

Bo to właśnie jest prawdziwy koszt nadmiernego przejmowania się opinią innych.

Nie tylko stres.

Oddajesz kawałki swojego życia ludziom, którzy często nawet nie wiedzą, że je dostali.

Decyzję tutaj.

Pomysł tam.

Jedno "nie wypada".

Jedno "co oni pomyślą".

Jedno "może jednak nie".

I nagle po kilku latach można odkryć, że bardzo poprawnie żyło się życie, którego samemu niekoniecznie się chciało.

Tego będziemy unikać.

Nie musisz zostać człowiekiem odpornym na wszystko.

Nie musisz chodzić po świecie z miną:

"Wasze opinie odbijają się od mojego pancerza emocjonalnego."

Wystarczy nauczyć się jednego ważnego rozróżnienia.

Możesz usłyszeć cudzą opinię.

Nie musisz jej wykonywać.

To naprawdę dobry początek.

Rozdział 1 - Publiczność, której prawie nie ma

Wchodzisz do pomieszczenia.

Potykasz się lekko o próg.

Nic wielkiego. Nie przewracasz się. Nie rozbijasz ekspresu do kawy. Nie uruchamia się alarm przeciwpożarowy.

Po prostu robisz pół kroku, którego nie planowałeś.

Przez następne dwadzieścia minut myślisz:

"Wszyscy widzieli."

Nie.

Większość ludzi nawet nie patrzyła.

Jedna osoba pisała wiadomość.

Druga zastanawiała się, czy zostawiła żelazko włączone.

Trzecia martwiła się, że jej włosy wyglądają dziwnie.

Czwarta zauważyła twoje potknięcie, po czym po siedmiu sekundach zaczęła myśleć o obiedzie.

Jedyną osobą nadal analizującą wydarzenie jesteś ty.

Witamy w teatrze, w którym grasz główną rolę przed publicznością, która w większości przyszła na zupełnie inny spektakl.

Wydaje ci się, że ludzie patrzą bardziej, niż patrzą

Kiedy bardzo przejmujesz się opinią innych, łatwo zacząć przeceniać własną widoczność.

Masz wrażenie, że ludzie zauważają:

twoje błędy,

twoje ubranie,

twoje zdenerwowanie,

twoją niezręczną odpowiedź,

to, że przez sekundę nie wiedziałeś, gdzie położyć ręce na zdjęciu.

Ty zauważasz.

Bo jesteś sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Dla innych jesteś jedną z kilkudziesięciu albo kilkuset osób, które przewijają się przez ich tydzień.

To ważne rozróżnienie.

Wyobraź sobie spotkanie w pracy.

Masz coś powiedzieć.

Przygotowałeś się.

Zaczynasz dobrze, ale w połowie zdania mylisz dwa słowa.

Natychmiast czujesz:

"Katastrofa."

Po spotkaniu wracasz do tego w głowie.

"Po co powiedziałem kwartał zamiast miesiąc?"

"Na pewno zauważyli."

"Szef dziwnie spojrzał."

"Kasia coś zapisała."

Być może Kasia zapisała:

"Kupić karmę dla kota."

Nie wszystko dotyczy ciebie.

To nie jest przykre.

To jest wyzwalające.

Ludzie są zajęci sobą

Pomyśl przez chwilę o osobach, które spotkałeś wczoraj.

Co miały na sobie?

Jak dokładnie siedziały?

Która z nich powiedziała coś niezręcznego?

Czy ktoś źle wymówił jakieś słowo?

Czy ktoś miał źle ułożone włosy?

Czyja koszula była trochę pognieciona?

Prawdopodobnie nie pamiętasz.

A teraz przypomnij sobie własne zachowanie.

Tutaj materiału nagle jest więcej.

"Mogłem inaczej odpowiedzieć."

"Po co zrobiłem tę minę?"

"Za dużo mówiłem."

"Za mało mówiłem."

"Może zabrzmiałem arogancko."

"Może zabrzmiałem głupio."

Fantastyczne.

W jednej rozmowie potrafisz jednocześnie mówić za dużo i za mało.

To wymaga talentu.

Problem polega na tym, że porównujesz pełny zapis własnego zachowania z kilkusekundowym zapisem zachowania innych ludzi.

O sobie masz materiał zza kulis.

O innych oglądasz zwiastun.

Nic dziwnego, że wydaje ci się, że to właśnie ty wyglądasz najbardziej niezręcznie.

Kamera w twojej głowie jest ustawiona na ciebie

Twoja uwaga naturalnie skupia się na własnym doświadczeniu.

Czujesz własne napięcie.

Słyszysz własny głos.

Wiesz, kiedy czegoś nie jesteś pewien.

Wiesz, że ręce trochę ci drżą.

Inni tego wszystkiego nie czują.

Widzą zewnętrzną wersję sytuacji.

Ty natomiast masz transmisję 4K ze ścieżką reżyserską.

Dlatego zdenerwowanie często wydaje się nam bardziej widoczne, niż jest w rzeczywistości.

Myślisz:

"Wszyscy widzą, że się stresuję."

Być może widzą człowieka, który mówi trochę szybciej.

Koniec materiału dowodowego.

Ty natomiast czujesz bicie serca, napięcie brzucha, suchość w ustach i jesteś przekonany, że na czole pojawił się neon:

TEN CZŁOWIEK NIE MA POJĘCIA, CO ROBI.

Neonu nie ma.

Sprawdziłem.

Najpierw oddziel fakt od filmu

Jedną z pierwszych rzeczy, które warto zacząć robić, jest rozdzielenie tego, co wydarzyło się naprawdę, od tego, co dopisała twoja głowa.

Przykład.

Fakt:

Podczas prezentacji pomyliłeś jedno słowo.

Film:

Wszyscy uznali, że jesteś niekompetentny, szef stracił do ciebie zaufanie, współpracownicy właśnie tworzą grupę na komunikatorze pod nazwą "Czy on zawsze taki był?".

Fakt:

Znajoma odpowiedziała krótko: "OK".

Film:

Jest obrażona. Na pewno coś zrobiłeś. Być może od miesięcy ma do ciebie pretensje. Prawdopodobnie cały wasz kontakt był kłamstwem.

Fakt:

Ktoś nie polubił twojego posta.

Film:

Nie akceptuje twojego nowego życia.

Czasem jedno kliknięcie naprawdę ma imponującą biografię.

Zacznij stosować proste pytanie:

Co wiem, a co dopowiadam?

Nie: "Co prawdopodobnie myślą?"

Nie: "Co mogło im się nie spodobać?"

Tylko:

Co wiem?

Jeżeli odpowiedź brzmi:

"Właściwie nic",

to masz bardzo ważną informację.

Problemem nie jest wtedy cudza opinia.

Problemem jest opinia, którą sam stworzyłeś w cudzej głowie.

Czytasz ludzi bez licencji

Przejmowanie się opinią innych bardzo często opiera się na czymś, co można nazwać czytaniem w myślach.

Ktoś robi minę.

Ty nadajesz jej znaczenie.

Ktoś milczy.

Ty nadajesz temu znaczenie.

Ktoś odpowiada później.

Znaczenie.

Ktoś wzdycha.

Znaczenie.

Człowiek poprawił się na krześle?

Może nie szanuje twoich poglądów.

Albo zdrętwiała mu noga.

Obie wersje są technicznie możliwe.

Twoja głowa wybiera tę ciekawszą.

Niestety zwykle również tę bardziej stresującą.

Nie chodzi o to, żeby od teraz zakładać, że wszyscy cię uwielbiają.

To byłoby dokładnie to samo zjawisko, tylko w różowych okularach.

Chodzi o uznanie prostego faktu:

nie wiesz, co ktoś myśli, dopóki nie masz konkretnych danych.

Mina nie jest zeznaniem.

Ton głosu nie jest pełnym raportem.

Brak emotikony też nie.

Test dwudziestu czterech godzin

Jeżeli wydarzyło się coś, co bardzo cię zawstydziło, zadaj sobie pytanie:

Czy ta osoba będzie o tym myślała jutro o tej samej porze?

Czasem odpowiedź brzmi: tak.

Jeżeli podczas wesela wujka wskoczyłeś na stół, przewróciłeś tort i próbowałeś ratować sytuację gaśnicą, temat może przetrwać do jutra.

Możliwe, że nawet do świąt.

Ale większość sytuacji nie należy do tej kategorii.

Przejęzyczenie?

Nie.

Dziwna mina?

Nie.

Nieidealne zdjęcie?

Nie.

Niezbyt błyskotliwy komentarz?

Raczej nie.

Ludzie zapominają o naszych drobnych potknięciach znacznie szybciej, niż my przestajemy się ich wstydzić.

To dlatego, że dla ciebie wydarzenie było twoje.

Dla nich było tylko jednym małym elementem dnia.

Nie organizuj konferencji prasowej po każdym błędzie

Kiedy boisz się oceny, możesz mieć jeszcze jeden odruch: nadmiernie się tłumaczyć.

"Przepraszam, że tak powiedziałem, bo właściwie chciałem powiedzieć coś innego i chyba źle to zabrzmiało, ale miałem ciężki dzień i nie chciałem, żebyś pomyślał..."

Stop.

Być może druga osoba nawet nie zauważyła problemu.

Ty właśnie wysłałeś jej instrukcję, gdzie ma go szukać.

Podobnie wygląda przepraszanie za rzeczy, które przeprosin nie wymagają.

"Przepraszam, że pytam."

"Przepraszam, że mam inne zdanie."

"Przepraszam, że nie mogę przyjść."

"Przepraszam, że potrzebuję chwili."

Jeżeli faktycznie zrobiłeś komuś krzywdę - przeproś.

Krótko.

Konkretnie.

Ale nie używaj "przepraszam" jako podatku za sam fakt istnienia.

Nie zalegasz światu z opłatą administracyjną.

Eksperyment: celowo zostaw drobiazg w spokoju

Przez najbliższy tydzień zauważ jedną drobną sytuację dziennie, którą normalnie zacząłbyś analizować.

Może powiedziałeś coś trochę niezgrabnie.

Może wysłałeś wiadomość bez idealnego dopracowania.

Może ktoś zareagował mniej entuzjastycznie, niż oczekiwałeś.

Nie naprawiaj.

Nie pytaj trzech osób:

"Jak myślisz, czy on się obraził?"

Nie odtwarzaj sceny przed snem.

Zapisz tylko:

Co się wydarzyło?

Co dopowiada moja głowa?

Czy mam na to dowód?

A potem wróć do życia.

To może być niekomfortowe.

Właśnie o to chodzi.

Uczysz się zostawiać małą niepewność bez natychmiastowego organizowania śledztwa.

Ale przecież czasami ludzie naprawdę oceniają

Oczywiście.

I tutaj dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy.

Nie będziemy budować całej książki na bajce:

"Nikt cię nie ocenia!"

Ocenią.

Czasem źle.

Czasem niesprawiedliwie.

Czasem trafnie.

Czasem kompletnie absurdalnie.

Możesz zrobić wszystko dobrze i nadal komuś się nie spodobać.

To nie jest usterka systemu.

To system.

Twoim celem nie jest sprawienie, żeby nikt nigdy nie miał o tobie złej opinii.

To zadanie niewykonalne.

Celem jest przestać traktować każdą możliwą opinię jak zagrożenie wymagające natychmiastowej reakcji.

Na dziś zacznij od jednego.

Kiedy złapiesz się na myśli:

"Co oni sobie pomyślą?",

zamień ją na:

"Co naprawdę wiem o tym, co oni myślą?"

Bardzo często odpowiedź będzie krótka.

"Nic."

I nagle połowa zebrania w twojej głowie może zostać odwołana.

Rozdział 2 - Dlaczego jedno "hmm" boli bardziej niż dziesięć komplementów

Kupujesz nową kurtkę.

Dziesięć osób mówi:

"Super wyglądasz."

Jedna mówi:

"Ciekawy kolor."

I po wszystkim.

Dziesięć komplementów zostaje uprzejmie odłożonych do magazynu.

"Ciekawy kolor" trafia prosto do centrum dowodzenia.

Co znaczyło "ciekawy"?

Ciekawy dobrze?

Ciekawy źle?

Dlaczego zrobiła taką minę?

Może kurtka jest okropna.

Może wyglądam jak fotel z poczekalni dentystycznej.

Po godzinie nie pamiętasz już dziewięciu komplementów.

Pamiętasz "ciekawy".

Twój mózg nie jest neutralnym księgowym opinii.

Nie zapisuje:

POZYTYWNE: 10 NEGATYWNE: 1 WYNIK: DOBRY DZIEŃ

Byłoby zbyt łatwo.

Negatywna opinia robi więcej hałasu

Ludzka uwaga łatwo przykleja się do tego, co może oznaczać zagrożenie, konflikt, odrzucenie albo problem.

Dlatego krytyka potrafi zostać w głowie dłużej niż pochwała.

Nie musi być dramatyczna.

Czasami wystarczy:

"Ja bym zrobił inaczej."

Gotowe.

Reszta wieczoru zajęta.

Nie oznacza to, że jesteś słaby.

Nie oznacza też, że musisz zaakceptować ten mechanizm jako właściciela swojego kalendarza.

Najpierw trzeba zauważyć, że mózg nie waży wszystkich informacji jednakowo.

Jeżeli dziewięć osób zaakceptowało twój pomysł, a jedna skrytykowała, bardzo łatwo spędzić całą energię na analizowaniu tej jednej.

A przecież krytyka jednej osoby może znaczyć dokładnie tyle:

jedna osoba ma inne zdanie.

Tyle.

Nie musi być referendum narodowym.

Odrzucenie kiedyś kosztowało więcej

Potrzeba przynależności nie pojawiła się wraz z Instagramem.

Dla ludzi od bardzo dawna bycie częścią grupy miało znaczenie.

Współpraca dawała bezpieczeństwo, zasoby, informacje i wsparcie.

Nic dziwnego, że sygnały odrzucenia potrafią uruchamiać silną reakcję.

Problem polega na tym, że współczesne "odrzucenie" potrafi wyglądać tak:

ktoś nie odpisał przez trzy godziny.

Historycznie niezbyt imponujące.

Twój układ alarmowy nie zawsze interesuje się jednak skalą wydarzenia.

Dlatego krótka odpowiedź przełożonego może uruchomić nieproporcjonalnie dużo myślenia.

"Dzięki."

Kropka.

Kropka?!

Dlaczego kropka?

Czy poprzednio pisał bez kropki?

Sprawdzasz historię rozmowy.

Gratulacje.

Właśnie prowadzisz analizę interpunkcji kryminalnej.

Często nie boisz się opinii. Boisz się konsekwencji

To ważniejsza różnica, niż się wydaje.

Nie zawsze przejmujesz się samym zdaniem:

"Ktoś uważa, że źle wyglądam."

Czasem pod spodem znajduje się większy lęk:

"Jeśli źle wyglądam, nie będę akceptowany."

"Jeśli powiem coś głupiego, stracą do mnie szacunek."

"Jeśli odmówię, przestaną mnie lubić."

"Jeśli zmienię pracę, uznają mnie za nieodpowiedzialnego."

"Jeśli zrobię coś po swojemu, zawiodę rodzinę."

Opinia staje się groźna, ponieważ przypisujesz jej konsekwencję.

I właśnie tę konsekwencję trzeba zacząć sprawdzać.

Załóżmy, że odmówisz znajomym wyjazdu.

Myśl:

"Pomyślą, że jestem nudny."

Dobrze.

A jeśli tak pomyślą?

"Może przestaną mnie zapraszać."

A jeśli raz cię nie zaproszą?

"Będzie mi przykro."

To już konkret.

Teraz można pracować z rzeczywistym problemem.

Nie z mglistym:

"Nie mogę odmówić, bo ludzie..."

Ludzie co?

Przyjadą pod twój dom z transparentami?

Raczej nie.

Najgorszy scenariusz uwielbia brak szczegółów

Strach przed opinią innych rośnie świetnie w nieprecyzyjnych zdaniach.

"Będzie głupio."

"Źle to odbiorą."

"Ludzie będą gadać."

"Wszyscy pomyślą..."

Kim dokładnie są "wszyscy"?

Rodzina?

Dwie osoby w pracy?

Sąsiad?

Facet, którego widujesz raz na pół roku na stacji benzynowej?

Im bardziej ogólne zagrożenie, tym trudniej je ocenić.

Dlatego kiedy zaczynasz się bać czyjejś reakcji, nazwij ją możliwie precyzyjnie.

Zamiast:

"Ludzie uznają, że to bez sensu."

Powiedz:

"Obawiam się, że mój ojciec powie, że zmiana pracy jest ryzykowna."

To już zupełnie inny problem.

Konkret ma tę nieprzyjemną cechę, że często zmniejsza dramatyzm.

Kiedy opinia innych staje się oceną własnej wartości

Największy ciężar pojawia się wtedy, kiedy nie słyszysz:

"Nie podoba mi się twój pomysł."

Słyszysz:

"Jesteś beznadziejny."

To nie jest to samo zdanie.

Ale głowa potrafi je błyskawicznie przetłumaczyć.

Ktoś krytykuje prezentację.

Ty czujesz, że krytykuje ciebie.

Ktoś nie chce się spotkać.

Ty czujesz, że jesteś nieważny.

Ktoś nie kupuje twojego pomysłu.

Ty czujesz, że nie masz talentu.

Ktoś nie zgadza się z twoją decyzją.

Ty czujesz, że podejmujesz złe decyzje.

W efekcie zwykła różnica zdań zaczyna przypominać egzamin z wartości człowieka.

Trudno wtedy zachować dystans.

Dlatego potrzebujesz rozdzielić trzy rzeczy:

to, co zrobiłeś,

to, jak ktoś to ocenił,

to, kim jesteś.

To nie jest jedna rzecz.

Możesz zrobić słabą prezentację i nadal być kompetentnym człowiekiem.

Możesz źle poprowadzić rozmowę i nadal być dobrą osobą.

Możesz podjąć decyzję, która się nie sprawdzi.

To nie zamienia cię automatycznie w idiotę.

Na szczęście.

Inaczej ludzkość skończyłaby działalność po pierwszej źle ugotowanej zupie.

Zadaj sobie pytanie: czego tak naprawdę próbuję uniknąć?

Następnym razem, kiedy zauważysz, że bardzo martwi cię cudza opinia, nie zatrzymuj się na:

"Boję się, że mnie ocenią."

Idź jedno pytanie dalej:

"I co najgorszego według mnie wtedy się stanie?"

Przykład:

"Boję się wrzucić film."

Dlaczego?

"Ludzie będą komentować."

I co wtedy?

"Ktoś może mnie wyśmiać."

I co wtedy?

"Będzie mi wstyd."

Dobrze.

Czyli prawdziwy problem nie brzmi:

"Muszę sprawić, żeby nikt mnie nie wyśmiał."

Bo tego nie kontrolujesz.

Problem brzmi:

"Muszę nauczyć się wytrzymywać chwilowe poczucie wstydu bez wycofywania się z rzeczy, które są dla mnie ważne."

To jest problem możliwy do rozwiązania.

Pierwszy był niemożliwy.

Szukasz akceptacji, bo daje natychmiastową ulgę

Kiedy nie jesteś pewien własnej decyzji, pytanie innych może przynieść szybkie uspokojenie.

"Myślisz, że dobrze zrobiłem?"

"Tak."

Ulga.

Pięć minut później:

"A na pewno?"

Jeszcze jedna porcja.

Jeżeli często szukasz potwierdzenia, łatwo stworzyć mechanizm, w którym spokój zaczyna zależeć od reakcji otoczenia.

Podejmujesz decyzję.

Nie czujesz pewności.

Pytasz.

Dostajesz aprobatę.

Napięcie spada.

Mózg uczy się:

kiedy nie jestem pewien siebie, potrzebuję czyjejś zgody.

Następnym razem robisz to szybciej.

I z czasem możesz dojść do absurdalnego punktu, w którym dorosły człowiek potrzebuje komisji konsultacyjnej do kupienia lampy.

"Ta czy ta?"

"Pierwsza."

"A nie jest za duża?"

"Nie."

"A kolor?"

"Dobry."

"Na pewno?"

To już nie zakupy.

To posiedzenie rady nadzorczej oświetlenia.

Zacznij zauważać pytania o pozwolenie

Nie musisz od jutra przestać pytać kogokolwiek o zdanie.

Cudze spojrzenie bywa bardzo wartościowe.

Chodzi o coś innego.

Zauważ różnicę między:

"Chcę informacji"

a

"Chcę pozwolenia."

"Czy ta umowa ma ryzykowny zapis?" - informacja.

"Czy uważasz, że wolno mi zmienić pracę?" - być może pozwolenie.

"Czy widzisz błąd w prezentacji?" - informacja.

"Powiedz, że nie wyszedłem na idiotę" - uspokojenie.

Przed zadaniem komuś pytania zatrzymaj się na pięć sekund i sprawdź:

Czego oczekuję od odpowiedzi?

Jeśli odpowiedź brzmi:

"Chcę, żeby ktoś zdjął ze mnie odpowiedzialność za decyzję",

to niekoniecznie potrzebujesz kolejnej opinii.

Możliwe, że potrzebujesz wykonać decyzję mimo niepełnej pewności.

Pewność nie przychodzi przed każdą decyzją

To jeden z powodów, dla których tak łatwo oddawać ster innym.

Chcemy najpierw poczuć:

"Tak. To na sto procent właściwa decyzja."

A dopiero potem działać.

Tylko że wiele życiowych decyzji nie ma certyfikatu jakości.

Nie wiesz na pewno, czy nowa praca będzie lepsza.

Nie wiesz, czy nowy związek się uda.

Nie wiesz, czy pomysł biznesowy wypali.

Nie wiesz, czy przeprowadzka była najlepszym wyborem.

Możesz zebrać informacje.

Możesz ocenić ryzyko.

Możesz się przygotować.

Ale w pewnym momencie pozostaje niepewność.

I wtedy człowiek bardzo chętnie zbiera kolejne opinie.

Jeszcze jedna osoba.

Jeszcze jeden artykuł.

Jeszcze jedna rozmowa.

Aż ktoś w końcu powie coś, co brzmi jak gwarancja.

Tylko że to nadal nie jest gwarancja.

To człowiek z kawą, który powiedział:

"Ja bym spróbował."

Ćwiczenie: opinia czy wyrok?

Przez kilka dni, kiedy jakaś czyjaś reakcja mocno cię poruszy, zapisz trzy zdania:

Co dokładnie powiedziała ta osoba?

Co ja z tego usłyszałem?

Czy to naprawdę znaczy to samo?

Przykład:

"Nie jestem przekonany do tego pomysłu."

Usłyszałem:

"Mój pomysł jest idiotyczny i nie nadaję się do tej pracy."

Nie.

To nie jest to samo.

Inny przykład:

"Ta fryzura nie jest w moim stylu."

Usłyszałem:

"Wyglądam fatalnie."

Też nie.

Czasami odkryjesz, że największa część bólu nie pochodziła z cudzej opinii.

Pochodziła z twojego tłumaczenia.

Tłumacz był bardzo kreatywny.

Nie musisz polubić dezaprobaty

Celem nie jest osiągnięcie stanu, w którym krytyka sprawia ci przyjemność.

"Fantastycznie, ktoś właśnie skrytykował mój projekt. Uwielbiam poniedziałki."

Nie.

Dezaprobata może boleć.

Odrzucenie może być przykre.

Czyjaś krytyka może zostać w głowie.

Nie potrzebujesz jednak usuwać tych emocji, zanim zaczniesz działać po swojemu.

Musisz nauczyć się czegoś prostszego:

dyskomfort nie jest zakazem.

Możesz czuć się niezręcznie i nadal odmówić.

Możesz bać się komentarzy i nadal coś opublikować.

Możesz wiedzieć, że rodzina będzie niezadowolona, i nadal podjąć decyzję, która jest twoja.

Na razie wystarczy, że zaczniesz zauważać, co naprawdę kryje się pod zdaniem:

"Boję się, co pomyślą."

Bo bardzo często nie chodzi o ich myśli.

Chodzi o to, co według ciebie ich myśli będą oznaczały dla ciebie.

A kiedy nazwiesz właśnie to, problem staje się dużo mniejszy.

Nadal może być nieprzyjemny.

Ale przynajmniej przestaje mieć rozmiar całej ludzkości.

Rozdział 3 - Próbujesz zarządzać cudzymi głowami

Masz podjąć decyzję.

Wiesz, czego chcesz.

Naprawdę.

Ale zanim ją podejmiesz, zaczynasz symulację.

"Co powie mama?"

"Co pomyśli szef?"

"Jak zareagują znajomi?"

"Czy sąsiad nie uzna, że przesadzam?"

Sąsiad szczególnie ważny.

Człowiek widuje cię głównie przy śmietniku, ale najwyraźniej otrzymał prawo weta.

W ciągu kilku minut przestajesz zastanawiać się:

"Czy to jest dobra decyzja dla mnie?"

i zaczynasz:

"Jaką decyzję muszę podjąć, żeby wszyscy odpowiednio o mnie pomyśleli?"

To zupełnie inne pytanie.

I wyjątkowo kosztowne.

Problem, którego nie da się rozwiązać

Jeżeli twoim celem jest kontrolowanie opinii innych ludzi, masz przed sobą bardzo nieprzyjemne zadanie.

Nie da się go wykonać.

Możesz wpływać na to, jak się zachowujesz.

Możesz mówić jasno.

Możesz być uczciwy.

Możesz dotrzymywać słowa.

Możesz przygotować się do prezentacji, ubrać się odpowiednio do sytuacji i nie obrażać ludzi podczas śniadania.

To wszystko mieści się mniej więcej po twojej stronie.

Ale nie możesz zagwarantować, co ktoś o tym pomyśli.

Dwie osoby mogą zobaczyć dokładnie to samo zachowanie i wyciągnąć przeciwne wnioski.

Mówisz stanowczo.

Jedna osoba:

"Pewny siebie."

Druga:

"Arogancki."

Mówisz spokojnie.

"Opanowany."

Albo:

"Jakiś wycofany."

Pracujesz długo.

"Ambitny."

"Nie umie odpuścić."

Wracasz wcześniej do domu.

"Dba o siebie."

"Nie angażuje się."

Powodzenia.

To trochę jak próba ustawienia jednego zdjęcia profilowego, które spodoba się całej planecie.

Prędzej skończy ci się planeta.

Zmieniasz zachowanie, a opinia nadal się nie zgadza

Kiedy bardzo zależy ci na akceptacji, możesz zacząć nieustannie korygować siebie.

Przy jednych ludziach mówisz mniej.

Przy innych więcej.

Tutaj udajesz większe zainteresowanie.

Tam ukrywasz opinię.

Z jednymi nie wspominasz o pracy.

Z drugimi udajesz, że praca jest najważniejszą rzeczą w życiu.

Przy rodzinie nie mówisz o planach.

Przy znajomych nie mówisz, że rodzina się z nimi nie zgadza.

Powoli powstaje imponujący system zarządzania wizerunkiem.

Wersja domowa.

Wersja służbowa.

Wersja towarzyska.

Wersja "ciocia pyta, kiedy dzieci".

Wersja "kolega z liceum właśnie opowiada, ile zarabia".

Każda działa trochę inaczej.

Problem nie polega na tym, że zachowujesz się identycznie w każdej sytuacji.

Nikt rozsądny nie rozmawia z prezesem dokładnie tak samo jak z najlepszym kumplem o drugiej w nocy.

Elastyczność społeczna jest normalna.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy dopasowanie zastępuje ciebie.

Nie dostosowujesz sposobu komunikacji.

Dostosowujesz poglądy, potrzeby, decyzje i granice.

Wszystko po to, żeby nie pojawiła się negatywna reakcja.

Płacisz przed otrzymaniem rachunku

Jednym z najbardziej absurdalnych elementów przejmowania się opinią innych jest to, że często ponosisz koszt zanim ktokolwiek zdąży cię ocenić.

Nie prosisz o podwyżkę.

Może szef pomyśli, że jesteś roszczeniowy.

Nie zakładasz czegoś.

Może ktoś skomentuje.

Nie zapisujesz się na zajęcia.

Może będziesz najgorszy.

Nie publikujesz tekstu.

Może ktoś się przyczepi.

Nie stawiasz granicy.

Może ktoś się obrazi.

Czyli reakcja jeszcze nie nastąpiła, ale ty już zmieniłeś zachowanie.

To bardzo wygodne dla hipotetycznego krytyka.

Nie musi nawet przychodzić.

Sam wykonujesz całą robotę.

Uważasz, że dobra reakcja oznacza dobrą decyzję

To kolejna pułapka.

Jeśli inni reagują dobrze, czujesz:

"Czyli zrobiłem dobrze."

Jeśli reagują źle:

"Może popełniłem błąd."

Tylko że cudza reakcja nie jest automatycznym miernikiem jakości twojej decyzji.

Wyobraź sobie, że odmawiasz wykonania kolejnej przysługi komuś, kto regularnie wykorzystuje twoją dostępność.

Ta osoba może być niezadowolona.

Bardzo.

Czy jej niezadowolenie oznacza, że twoja decyzja była zła?

Nie.

Może oznaczać, że dotychczasowy układ był dla niej wygodny.

To ważne.

Czasami negatywna reakcja pojawia się właśnie dlatego, że przestałeś robić coś, co było dobre dla innych, ale złe dla ciebie.

"Zmieniłeś się."

Być może.

"Kiedyś nie miałeś z tym problemu."

Być może kiedyś miałeś problem, tylko o nim nie mówiłeś.

"Nie poznaję cię."

Możliwe, że pierwszy raz widzisz mnie bez automatycznego "tak".

To nie znaczy, że każda krytyka po postawieniu granicy jest nieważna.

Ale sama intensywność reakcji nie mówi jeszcze, kto ma rację.

Głośność nie jest dowodem.

Wizerunek staje się projektem bez końca

Jeżeli próbujesz kontrolować sposób, w jaki widzą cię inni, nigdy nie dostaniesz komunikatu:

ZADANIE ZAKOŃCZONE. WSZYSCY MAJĄ POPRAWNĄ OPINIĘ.

Zawsze można coś jeszcze zabezpieczyć.

Wyjaśnić wiadomość.

Doprecyzować komentarz.

Naprawić wrażenie.

Pokazać, że nie jesteś zły.

Pokazać, że jesteś kompetentny.

Udowodnić, że nie jesteś leniwy.

Udowodnić, że nie jesteś egoistą.

Udowodnić, że nie jesteś dziwny.

To ostatnie szczególnie zabawne, bo człowiek zaczyna czasem zachowywać się bardzo dziwnie właśnie po to, żeby nikt nie uznał go za dziwnego.

Możesz wrócić do domu ze spotkania i przez godzinę analizować, czy odpowiednio się zaprezentowałeś.

Spotkanie trwało czterdzieści minut.

Analiza jakości spotkania: sześćdziesiąt.

Słaba wydajność.

Strefa wpływu i strefa fantazji

Przydatne jest proste rozdzielenie.

Masz wpływ na:

swoje zachowanie, - przygotowanie, - sposób komunikacji, - decyzje, - to, czy traktujesz ludzi z szacunkiem, - to, czy naprawiasz rzeczywisty błąd.

Nie masz pełnej kontroli nad:

cudzą interpretacją, - cudzym humorem, - cudzymi uprzedzeniami, - cudzymi oczekiwaniami, - plotkami, - tym, czy ktoś cię polubi.

Druga lista potrafi być bolesna.

Ale jest też niezwykle praktyczna.

Jeżeli coś znajduje się poza twoją kontrolą, dalsze manipulowanie sobą nie daje gwarancji sukcesu.

Możesz być dla kogoś miły i nadal mu się nie spodobać.

Możesz dokładnie wyjaśnić decyzję i nadal zostać źle zrozumiany.

Możesz zachować się profesjonalnie i nadal trafić na kogoś, kto cię nie lubi.

To nie zawsze oznacza, że powinieneś zrobić więcej.

Czasem oznacza, że właśnie dotarłeś do granicy własnej odpowiedzialności.

Pytanie, które zatrzymuje zarządzanie cudzym wizerunkiem

Kiedy zastanawiasz się:

"Jak zrobić to tak, żeby nikt źle nie pomyślał?",

spróbuj zamienić pytanie na:

"Jak chcę się zachować, nawet jeśli komuś się to nie spodoba?"

Nie chodzi o prowokowanie ludzi.

Nie o ostentacyjne:

"Teraz wszystkim pokażę, że nic mnie nie obchodzi."

To nadal byłoby życie wokół innych.

Tylko z odwrotnym znakiem.

Chodzi o własne kryterium.

Przykład.

Masz poinformować rodzinę, że nie przyjedziesz na kolejne spotkanie.

Stary cel:

"Jak powiedzieć to tak, żeby absolutnie nikt się nie obraził?"

Nie masz nad tym kontroli.

Lepszy cel:

"Jak powiedzieć to jasno, spokojnie i z szacunkiem?"

To możesz zrobić.

Czy ktoś nadal może się obrazić?

Tak.

I świat prawdopodobnie będzie obracał się dalej.

Sprawdź, czy próbujesz być zrozumiany, czy zatwierdzony

To subtelna różnica.

Czasem warto wyjaśnić swoją decyzję.

"Nie przyjadę, bo mam już inne zobowiązanie."

Koniec.

Ale kiedy bardzo boisz się oceny, wyjaśnienie może zacząć rosnąć.

"Nie przyjadę, bo mam inne zobowiązanie, ale naprawdę chciałem i nie myśl, że nie zależy mi na rodzinie, bo przecież ostatnio byłem i w przyszłym miesiącu też..."

W pewnym momencie nie informujesz.

Składasz wniosek o zatwierdzenie.

Jeżeli decyzja wymaga zgody drugiej strony, oczywiście trzeba rozmawiać.

Ale jeżeli decyzja należy do ciebie, nadmierne tłumaczenie często oznacza:

"Proszę, zaakceptuj moją decyzję, żebym sam mógł ją zaakceptować."

To mechanizm, który warto łapać wcześnie.

Ćwiczenie: trzy kolumny

Weź jedną decyzję, przy której mocno przejmujesz się opinią innych.

Podziel kartkę na trzy części.

1. Co zależy ode mnie?

Na przykład:

przygotowanie,

uczciwe przedstawienie powodów,

kulturalna rozmowa,

realna ocena ryzyka.

2. Co zależy od innych?

Czy zaakceptują.

Czy skomentują.

Czy się obrażą.

Czy powiedzą komuś jeszcze.

3. Czego próbuję kontrolować mimo braku kontroli?

Tu zwykle zaczyna robić się ciekawie.

"Chcę, żeby mama uznała, że podjąłem rozsądną decyzję."

"Chcę, żeby współpracownicy nie pomyśleli, że sobie nie radzę."

"Chcę, żeby znajomi nie uznali mnie za skąpego."

Świetnie.

Właśnie znalazłeś miejsce, w którym prawdopodobnie marnujesz energię.

Twoim zadaniem nie jest przekonanie całego otoczenia.

Twoim zadaniem jest zachować się tak, żebyś sam potrafił obronić własne postępowanie przed sobą.

To znacznie bardziej realistyczny standard.

Nie daje pełnej kontroli.

Ale przynajmniej dotyczy obszaru, w którym rzeczywiście masz coś do powiedzenia.

Bo możesz całe życie próbować sterować cudzymi opiniami.

Tylko jest jeden mały problem.

Cudze głowy nie mają pilota.

Rozdział 4 - Wszystkie sposoby, którymi próbujesz uniknąć oceny

Masz pomysł.

Chcesz coś zrobić.

Może zmienić fryzurę.

Może zacząć własny projekt.

Może powiedzieć komuś "nie".

Może zabrać głos podczas spotkania.

I wtedy uruchamia się bardzo rozsądnie brzmiący plan:

"Jeszcze trochę poczekam."

Oczywiście.

Nie rezygnujesz.

Ty tylko strategicznie czekasz do roku 2048.

Unikanie cudzej oceny rzadko przedstawia się jako:

"Boję się ludzi, więc nic nie zrobię."

Byłoby zbyt łatwo je zauważyć.

Zamiast tego przebiera się za rozsądek, perfekcjonizm, przygotowanie, uprzejmość albo potrzebę dobrego momentu.

Wygląda profesjonalnie.

I właśnie dlatego działa tak długo.

Metoda pierwsza: zrobię to idealnie

Skoro boisz się krytyki, logiczne wydaje się stworzenie czegoś tak dobrego, żeby nikt nie miał się do czego przyczepić.

Brzmi świetnie.

Jest tylko mały problem.

Taka rzecz nie istnieje.

Możesz poprawiać prezentację przez pięć godzin.

Ktoś nadal powie:

"Ja wolę mniej tekstu."

Usuniesz tekst.

Druga osoba:

"Trochę mało informacji."

Witamy w biznesie.

Perfekcjonizm często sprzedaje obietnicę:

"Jeżeli zrobisz wszystko wystarczająco dobrze, unikniesz oceny."

Nie unikniesz.

Co najwyżej będziesz bardzo zmęczony w chwili, gdy ocena nadejdzie.

Perfekcjonizm szczególnie łatwo rozwija się tam, gdzie wynik jest widoczny.

Prezentacja.

Zdjęcie.

Tekst.

Projekt.

Wystąpienie.

Rozmowa kwalifikacyjna.

Zaczynasz poprawiać rzeczy, których odbiorca prawdopodobnie nawet nie zauważy.

Przesuwasz tytuł o dwa milimetry.

Wracasz.

Milimetr w lewo.

Za dużo.

Pół milimetra.

O 01:17 w nocy jesteś człowiekiem walczącym o honor rodziny przy pomocy pola tekstowego.

Co zrobić zamiast?

Zmień kryterium z:

"Nie może być czego skrytykować"

na:

"To ma być wystarczająco dobre do celu."

Przed pracą określ trzy warunki zakończenia.

Na przykład prezentacja ma:

zawierać właściwe dane, - być czytelna, - mieć logiczną kolejność.

Kiedy spełnia te warunki, kończysz.

Nie dlatego, że jest doskonała.

Dlatego, że wykonała swoje zadanie.

To ogromna różnica.

Metoda druga: zapytam wszystkich

Nie jesteś pewien.

Pytasz jedną osobę.

Potem drugą.

Trzecią.

Czwarta ma trochę inne zdanie, więc wracasz do pierwszej.

W końcu otrzymujesz cztery opinie i pięć nowych problemów.

To zjawisko szczególnie pięknie widać przy ważnych decyzjach.

"Czy powinienem zmienić pracę?"

Osoba numer jeden:

"Zdecydowanie."

Osoba numer dwa:

"Ja bym nie ryzykował."

Osoba numer trzy:

"A myślałeś o własnej firmie?"

Nie.

Nie myślałeś.

Ale teraz będziesz.

Wyszedłeś z jednym pytaniem.

Wracasz z trzema.

Zbieranie opinii może być sensowne, jeśli potrzebujesz wiedzy.

Jeżeli kupujesz samochód, rozmowa z kimś, kto zna się na samochodach, może pomóc.

Jeśli podpisujesz ważną umowę, konsultacja z odpowiednim specjalistą może być rozsądna.

Ale zbieranie opinii staje się problemem, kiedy próbujesz osiągnąć niemożliwe:

jednomyślność.

Nie szukasz informacji.

Szukasz momentu, w którym wszyscy powiedzą:

"Tak. Dokładnie tak powinieneś zrobić."

Możesz się nie doczekać.

Ustal limit konsultacji

Przed pytaniem innych zdecyduj:

kogo pytam i po co?

Nie:

"Kto jeszcze może coś powiedzieć?"

Tylko:

"Jakiej informacji mi brakuje?"

Jeżeli potrzebujesz informacji o finansach - szukasz osoby, która rozumie finanse.

Jeżeli potrzebujesz spojrzenia kogoś, kto cię zna - wybierasz jedną zaufaną osobę.

Reszta jest już często kolekcjonowaniem emocjonalnych pieczątek.

Dwie lub trzy sensownie dobrane opinie zwykle dadzą więcej niż dwanaście przypadkowych.

Dwunasta osoba raczej nie odkryje nowego kontynentu.

Metoda trzecia: nic nie powiem

Bardzo skuteczny sposób na uniknięcie krytyki.

Nie przedstawiasz pomysłu.

Nie zabierasz głosu.

Nie mówisz, że coś ci przeszkadza.

Nie informujesz, czego chcesz.

Nie publikujesz.

Nie próbujesz.

Statystycznie liczba negatywnych komentarzy spada.

Sukces?

Technicznie tak.

Podobnie można ograniczyć ryzyko wypadku samochodowego, sprzedając samochód i nigdy nie wychodząc z piwnicy.

Metoda działa.

Tylko cena jest podejrzanie wysoka.

Jeżeli przez długi czas unikasz sytuacji, w których ktoś może cię ocenić, nie uczysz się radzić sobie z oceną.

Uczysz się unikać.

To ważna różnica.

Za każdym razem, kiedy rezygnujesz z działania i czujesz ulgę, twój mózg dostaje lekcję:

"Dobrze, że uciekliśmy. Widocznie było niebezpiecznie."

Następnym razem napięcie pojawia się jeszcze szybciej.

Zamiast wielkiego skoku - mała ekspozycja

Nie musisz od razu wygłaszać przemówienia przed tysiącem ludzi, jeśli boisz się zabierać głos.

To byłoby rozwiązanie w stylu:

"Boisz się wody? Świetnie, oto ocean."

Zacznij mniejszym krokiem.

Jeśli boisz się mówić na zebraniach, postaw sobie cel:

jedna krótka wypowiedź.

Nie genialna.

Nie przełomowa.

Jedna.

Jeśli boisz się publikować - opublikuj coś małego.

Jeśli boisz się odmawiać - odmów jednej drobnej rzeczy.

Chodzi o nauczenie mózgu:

"Mogę zostać oceniony i nadal funkcjonować."

Nie:

"Nikt mnie nigdy nie oceni."

Pierwsza wersja jest realna.

Metoda czwarta: będę dla wszystkich miły

To klasyka.

Jeżeli jestem pomocny, dostępny, uprzejmy i bezproblemowy, ludzie będą mnie lubić.

Czasami będą.

Czasami zaczną po prostu więcej od ciebie oczekiwać.

Zgadzasz się zostać dłużej.

Pomagasz.

Pożyczasz.

Odbierasz telefon.

Przesuwasz swoje plany.

Mówisz:

"Nie ma problemu."

Problem jest.

Tylko aktualnie siedzi w samochodzie i wraca z tobą do domu.

Nadmierna ugodowość może przez jakiś czas chronić przed otwartym konfliktem.

Ale nie chroni przed frustracją.

A kiedy robisz coś regularnie wbrew sobie, frustracja zbiera się bardzo cierpliwie.

Aż pewnego dnia ktoś pyta niewinnie:

"Mógłbyś jeszcze tylko..."

I nagle reagujesz tak, jakby poprosił o nerkę.

Druga osoba jest zaskoczona.

Przecież przez ostatnie trzy lata zawsze mówiłeś:

"Jasne."

Uprzejmość to nie automatyczna zgoda

Możesz być uprzejmy i odmówić.

"Nie dam rady."

Pełne zdanie.

Nie trzeba dopisywać powieści rodzinnej.

Jeżeli sytuacja wymaga wyjaśnienia:

"Nie dam rady, mam już inne zobowiązania."

Koniec.

Nadmiernie rozbudowane usprawiedliwienia często nie zwiększają uprzejmości.

Zwiększają możliwość negocjacji.

"Nie mogę, bo w sobotę mam dużo rzeczy i w niedzielę rano..."

"To może w niedzielę po południu?"

Brawo.

Właśnie sam otworzyłeś drugi termin.

Metoda piąta: będę udawał, że mnie to nie obchodzi

Jest też odwrotna strategia.

Skoro przejmowanie się opinią innych jest męczące, można stworzyć nową osobowość:

"Mam wszystkich gdzieś."

Brzmi potężnie.

Problem zaczyna się, kiedy całe zachowanie nadal jest reakcją na innych.

Ubierasz się prowokacyjnie, żeby pokazać, że cię nie obchodzi.

Publikujesz coś specjalnie, żeby pokazać, że cię nie obchodzi.

Opowiadasz wszystkim, że cię nie obchodzi.

Naprawdę dużo pracy jak na coś, co cię nie obchodzi.

Obojętność nie jest celem.

Celem jest wolność wyboru.

Czasami cudza opinia będzie dla ciebie ważna.

Czasami nie.

Dojrzałość nie polega na automatycznym ignorowaniu ludzi.

Polega na umiejętności ocenienia, czy warto ich w danej sprawie słuchać.

Metoda szósta: wyjaśnię się jeszcze raz

Ktoś nie zgadza się z twoją decyzją.

Wyjaśniasz.

Nadal się nie zgadza.

Więc wyjaśniasz lepiej.

Nadal.

Jeszcze jeden argument.

Jeszcze przykład.

Jeszcze wiadomość.

Po trzydziestu minutach rozmowy zaczynasz prezentować slajdy.

Czas przyjąć bolesną możliwość:

druga osoba rozumie.

Po prostu się nie zgadza.

To się zdarza.

Nie każda różnica zdań jest wynikiem braku informacji.

Czasem dwie osoby mają te same informacje i dochodzą do innych wniosków.

W takiej sytuacji dalsze tłumaczenie nie zwiększa zrozumienia.

Jest próbą zdobycia akceptacji.

Możesz powiedzieć:

"Rozumiem, że widzisz to inaczej. Ja zostaję przy swojej decyzji."

Niezwykle krótka wypowiedź.

Prawie podejrzana.

Najważniejszy test

Kiedy zauważysz, że coś odkładasz, poprawiasz, tłumaczysz albo konsultujesz po raz kolejny, zadaj sobie pytanie:

"Czy rzeczywiście poprawiam decyzję, czy tylko próbuję zmniejszyć ryzyko, że ktoś mnie oceni?"

To pytanie często bardzo szybko pokazuje, co się dzieje.

Możliwe, że potrzebujesz jeszcze danych.

Wtedy je zbierz.

Możliwe, że faktycznie popełniłeś błąd.

Wtedy go popraw.

Ale może się okazać, że wszystko jest już wystarczająco przygotowane.

Pozostał tylko ten nieprzyjemny moment:

zrobić coś i pozwolić ludziom mieć własną reakcję.

Wersja minimum na dziś jest prosta.

Wybierz jedną małą rzecz, której nie robisz głównie ze strachu przed oceną.

Nie największą.

Nie najbardziej dramatyczną.

Małą.

Powiedz jedno zdanie na spotkaniu.

Załóż coś, co naprawdę lubisz.

Odmów drobnej prośbie.

Wyślij wiadomość bez dziesiątego poprawiania.

Podejmij niewielką decyzję bez konsultowania jej z połową książki telefonicznej.

A potem zauważ, co się wydarzyło.

Najprawdopodobniej świat nie stanie w płomieniach.

Możliwe, że ktoś nawet będzie miał opinię.

Trudno.

Ludzie mają też opinie o ananasie na pizzy.

Jakoś żyjemy dalej.

Rozdział 5 - Nie każda opinia zasługuje na krzesło przy stole

Kupujesz samochód. Zanim podpiszesz umowę, pytasz znajomego mechanika, czy dany silnik ma jakieś typowe problemy. Rozsądnie. Pytasz też kogoś, kto jeździ tym modelem od trzech lat. Nadal rozsądnie. Potem wspominasz o zakupie przy rodzinnym obiedzie i w ciągu siedmiu minut opinie zaczynają napływać ze wszystkich kierunków.

Wujek mówi, że tylko diesel. Kuzyn twierdzi, że diesel umarł. Szwagier uważa, że marka się skończyła w 2014 roku. Ciocia pyta, po co ci taki duży samochód, skoro "przecież jeździsz głównie sam". Dziadek mówi, że kiedyś Polonezem jeździło się wszędzie i nikt nie potrzebował podgrzewanej kierownicy.

Po deserze nie kupujesz już samochodu.

Rozwiązujesz kryzys europejskiej motoryzacji.

To samo robimy z wieloma decyzjami. Problem nie polega wyłącznie na tym, że słuchamy cudzych opinii. Problem polega na tym, że często nadajemy im podobną wagę, niezależnie od tego, kto mówi, dlaczego mówi i czy ma jakiekolwiek podstawy, żeby wiedzieć, o czym mówi.

Głos to nie kompetencja

Człowiek posiadający zdanie nie staje się automatycznie ekspertem. To smutna wiadomość dla internetu, ale musimy z nią jakoś żyć.

Jeżeli masz problem prawny, opinia kolegi, który "kiedyś czytał coś podobnego", nie ma tej samej wartości co porada odpowiedniego specjalisty. Jeżeli chcesz zmienić branżę, zdanie osoby, która zna ten rynek, może być cenniejsze niż komentarz kogoś, kto po prostu bardzo nie lubi zmian. Jeżeli zastanawiasz się, czy twoja prezentacja jest zrozumiała, warto słuchać osób, które znają temat albo są jej odbiorcami. Znacznie mniej sensu ma konsultowanie doboru czcionki z sąsiadem, który właśnie przyszedł po wiertarkę.

A jednak emocjonalnie opinie często nie są ważone według kompetencji. Są ważone według bliskości, tonu głosu albo pewności, z jaką zostały wypowiedziane.

"To się nie uda."

Powiedziane zdecydowanym tonem brzmi jak prognoza.

Może być tylko zgadywaniem w garniturze.

Najgłośniejszy człowiek w pokoju nie zawsze wie najwięcej

Niektórzy ludzie wyrażają swoje opinie z taką pewnością, że człowiek odruchowo zaczyna podejrzewać, iż mają dostęp do dokumentów, których on nie widział. Nie mają. Po prostu nie używają zwrotu "nie wiem".

To bardzo skuteczna technika.

Możesz przez pół godziny analizować temat, widzieć plusy, minusy i niepewności, po czym ktoś wchodzi i mówi:

"Nie ma sensu."

Koniec analizy.

Ekspert się pojawił.

Tyle że pewność wypowiedzi i jakość informacji to dwie różne rzeczy. Ktoś może mówić bardzo stanowczo i nadal się mylić. Ktoś inny może mówić ostrożnie właśnie dlatego, że rozumie złożoność tematu.

Dlatego zanim dopuścisz czyjąś opinię do centrum dowodzenia, sprawdź trzy rzeczy: czy ta osoba zna temat, czy zna twoją sytuację i czy poniesie konsekwencje swojej rady.

To trzecie pytanie jest szczególnie ciekawe.

Doradzanie cudzym życiem jest tanie

"Ja na twoim miejscu rzuciłbym tę pracę."

Świetnie.

Tylko że ta osoba nie jest na twoim miejscu. Jest na swoim. Ma inne zobowiązania, inny poziom oszczędności, inne doświadczenie i jutro rano nie będzie wykonywać twojego przelewu za kredyt.

Albo odwrotnie:

"Nigdy bym nie odchodził z takiej pracy."

Również znakomicie.

Czyli już wiemy, czego on by nie zrobił.

To informacja o nim.

Nie zawsze o tobie.

Ludzie naturalnie filtrują twoją sytuację przez własne doświadczenia. Ktoś, kto kiedyś zaryzykował i źle na tym wyszedł, może przeceniać ryzyko. Ktoś, komu wszystko poszło świetnie, może je niedoceniać. Rodzic może patrzeć przede wszystkim na bezpieczeństwo. Kolega na możliwości. Partner na wpływ decyzji na wspólne życie. Każdy widzi kawałek.

Nikt nie siedzi w twojej głowie z pełnym zestawem danych.

Całe szczęście. Byłby tłok.

Cztery pytania przed przyjęciem opinii

Zamiast automatycznie pytać: "Czy ta osoba ma rację?", zacznij od krótkiego filtra.

Czy ta osoba ma wiedzę lub doświadczenie w tej konkretnej sprawie?

Nie ogólnie "jest mądra". W tej sprawie.

Twój przyjaciel może być fantastycznym człowiekiem i jednocześnie kompletnie nie znać się na prowadzeniu firmy. Mama może dobrze znać ciebie, ale nie znać rynku pracy w branży, do której chcesz przejść. Szef może świetnie oceniać twoją pracę, ale jego opinia o twoim związku nie otrzymuje przez to certyfikatu ISO.

Czy zna mój rzeczywisty kontekst?

Rada może być dobra w innej sytuacji i zła w twojej.

"Po prostu przeprowadź się."

Dobrze.

Dzieci, praca partnera, kredyt i opieka nad rodzicem właśnie wyszły z czatu.

Czy chce mi pomóc, czy chce zmniejszyć własny dyskomfort?

To pytanie bywa niewygodne. Czasem bliscy krytykują decyzję nie dlatego, że jest zła, lecz dlatego, że zmienia układ, do którego byli przyzwyczajeni.

Jeżeli zawsze byłeś dostępny, twoje nowe "nie" może im się nie spodobać.

Jeżeli zawsze wybierałeś bezpiecznie, twój odważniejszy ruch może ich niepokoić.

Nie muszą działać złośliwie. Mogą autentycznie się martwić.

Ich lęk nadal nie jest twoją instrukcją.

Czy ta osoba poniesie skutki decyzji?

Jeżeli tak, jej zdanie zwykle ma większe znaczenie.

Jeśli planujesz wyprowadzkę do innego miasta razem z partnerem, jego opinia oczywiście jest kluczowa. Jeśli planujesz zmienić kolor kuchni, komentarz kolegi z pracy może przeżyć bez głosu decydującego.

To nie demokracja bezpośrednia.

Bliskość nie zawsze oznacza trafność

Szczególnie trudno ignorować opinie rodziny i bliskich, bo emocjonalnie ich zdanie waży więcej. I często powinno. Znają nas długo, widzieli nasze błędy, mogą zauważyć schemat, którego sami nie widzimy.

Ale bliskość ma też drugi efekt: ludzie przyzwyczajają się do określonej wersji ciebie.

Jeżeli przez piętnaście lat byłeś tym spokojnym, który nie robi zamieszania, twoja nagła asertywność może zostać odebrana jako "dziwna". Jeżeli zawsze wybierałeś stabilność, nowy projekt może wyglądać jak kryzys wieku średniego, nawet jeśli masz trzydzieści dwa lata.

Rodzina posiada archiwum.

Czasem próbuje nim zarządzać teraźniejszością.

Dlatego słuchaj bliskich, ale sprawdzaj, czy komentują rzeczywiste ryzyko, czy po prostu różnicę między nowym tobą a wersją, do której przywykli.

"Ty nigdy taki nie byłeś."

To może być prawda.

Może właśnie dlatego coś zmieniasz.

Krytyka konkretna i krytyka mglista

Bardzo praktyczny filtr dotyczy samej treści opinii.

Krytyka konkretna daje ci coś do sprawdzenia.

"W prezentacji są trzy slajdy z tak małą czcionką, że z końca sali nie będzie ich widać."

Świetnie. Można sprawdzić. Można poprawić.

"Ten plan nie uwzględnia kosztu X."

Również konkret.

Ale:

"Nie czuję tego."

"To jakieś dziwne."

"Ja bym uważał."

"Nie wiem, czy to dobry pomysł."

To jeszcze nie są informacje wystarczające do zmiany decyzji.

Możesz dopytać:

"Co dokładnie uważasz za ryzykowne?"

Jeżeli odpowiedź nadal brzmi:

"No nie wiem, po prostu jakoś tak..."

to właśnie otrzymałeś uczucie drugiej osoby.

Możesz je szanować.

Nie musisz na jego podstawie przebudowywać życia.

Opinie internetowe: specjalna kategoria chaosu

Internet stworzył sytuację wcześniej praktycznie niemożliwą: możesz w ciągu godziny dowiedzieć się, co sądzi o tobie kilkadziesiąt osób, których nigdy nie spotkałeś i prawdopodobnie nigdy nie spotkasz.

To imponujący rozwój technologii.

Kiedyś, żeby zostać skrytykowanym przez obcego człowieka, trzeba było przynajmniej wyjść z domu.

Teraz możesz dostać komentarz podczas jedzenia płatków.

Anonimowość i dystans sprawiają, że ludzie w sieci często wypowiadają się ostrzej, szybciej i z mniejszą ilością kontekstu. Jedna osoba zobaczy piętnastosekundowy film i na tej podstawie stworzy diagnozę twojej osobowości, dzieciństwa, relacji z ojcem i prawdopodobnego sposobu parkowania.

Nie musisz odpowiadać.

Nie każda krytyka wymaga obrony.

Zanim potraktujesz komentarz poważnie, sprawdź, czy zawiera coś użytecznego. Jeśli ktoś pisze: "Dźwięk jest za cichy, trudno cię usłyszeć" - masz informację. Jeśli pisze: "Ale cringe XD" - masz znak, że internet nadal działa.

Stwórz własną radę doradczą

Nie potrzebujesz stu opinii. Potrzebujesz kilku właściwych.

Warto mieć małą grupę ludzi, których zdanie rzeczywiście bierzesz pod uwagę w określonych sprawach. Jedną osobę, która zna cię dobrze i potrafi powiedzieć niewygodną prawdę. Osobę kompetentną zawodowo, kiedy chodzi o pracę. Partnera lub bliskich tam, gdzie decyzja wpływa również na nich.

Nie wszyscy muszą pełnić wszystkie funkcje.

Ciocia nie musi być jednocześnie psychologiem, doradcą finansowym, strategiem kariery i komisją estetyczną do zasłon.

To byłoby dużo odpowiedzialności jak na jednego człowieka.

Kiedy pojawia się opinia spoza tej grupy, nie musisz jej automatycznie odrzucać. Po prostu nie przyznajesz jej od razu pełnych praw wyborczych.

Najpierw filtr.

Potem decyzja.

Jedno ćwiczenie na dziś

Wybierz jedną cudzą opinię, która ostatnio mocno siedzi ci w głowie. Zapisz ją dokładnie, bez własnych interpretacji. Potem odpowiedz:

Co ta osoba faktycznie wie o sprawie? - Czy zna cały mój kontekst? - Czy podała konkret, który mogę sprawdzić? - Czy poniesie skutki mojej decyzji? - Czy jej opinia pomaga mi podjąć lepszą decyzję, czy tylko zwiększa mój niepokój?

Może się okazać, że opinia jest cenna. Wtedy ją wykorzystaj.

Może się też okazać, że od trzech dni przejmujesz się zdaniem człowieka, który nie zna sytuacji, nie zna tematu i nie poniesie żadnych konsekwencji.

W takim przypadku podziękuj mózgowi za konsultację.

Posiedzenie zakończone.