Rozdział 1
Ucieczka
Nie ma nadzwyczajnych mężczyzn i kobiet... tylko po prostu nadzwyczajne okoliczności, z którymi zwykli mężczyźni i kobiety muszą sobie radzić.
William Halsey
Posuwamy się wolno wąską szosą pełną uciekających ludzi, pieszo, wozami konnymi, a czasem samochodami. Jesteśmy w drodze od trzech godzin. Jest już popołudnie, a my nie jesteśmy nawet w połowie drogi do Kielc. Nagle silnik naszego samochodu zaczyna się zacinać, a następnie gaśnie. Spod maski wydobywa się para lub dym. "Cholera! Silnik się przegrzał" - mamrocze mój szofer. Wysiadamy z samochodu, a inne osoby pomagają nam zepchnąć go z drogi.
Po obu stronach drogi są pola, a w oddali kilka domów, które już minęliśmy.
- Gdzie jesteśmy? - pytam szofera.
- Może trzy kilometry od Pińczowa. Właśnie minęliśmy Michałów. - Otwiera maskę, kręci głową i mówi: - Pójdę do wsi i poszukam pomocy. A pani niech zaczeka w samochodzie i pilnuje bagażu.
Długo go nie ma, czemu się nie dziwię, ponieważ wszędzie panuje zamieszanie i chaos. Mam dużo czasu, żeby się zastanowić. Jest poniedziałek, 4 września 1939 roku. Wiadomość o wybuchu wojny nadeszła przez radio wczesnym rankiem w piątek 1 września. Następnego dnia zobaczyliśmy dziesiątki bombowców lecących nisko w szyku, zrzucających bomby na dworzec kolejowy i ratusz. Hałas silników i eksplozji był nie do zniesienia. Wszystko było pokryte kurzem i dymem.
Tygodniami ludzie już mówili, że wojna jest nieunikniona i że musimy się przygotowywać. Były niepokojące znaki. Niemcy wycofali się z polsko-niemieckiego paktu o nieagresji pod koniec kwietnia, a Hitler zażądał Wolnego Miasta Gdańska i polskiego korytarza z dostępem do Bałtyku9 i. Pomimo to większość ludzi nie chciała wierzyć, że rozpocznie się nowa wojna i mieli nadzieję, że Hitler tylko blefuje, aby wywrzeć presję na Europie i aby ta poszła na ustępstwa. Poza tym Polska nadal miała traktaty o wzajemnej obronie z Francją i Wielką Brytanią. Na kilka dni przed wybuchem wojny wiele osób wciąż nie wierzyło, że ona nastąpi. Rozkazy mobilizacyjne dla Wojska Polskiego wydano przecież dwukrotnie i natychmiast anulowano.
Na początku wojny mieszkaliśmy z Wackiem u moich rodziców w Miechowie pod Krakowem. Przeprowadzili się tam kilka lat wcześniej z Warszawy, kiedy mój ojciec przeszedł na emeryturę. Od ślubu w 1935 roku ciągle się przenosimy, bo Wacek nadzoruje budowę autostrady z Warszawy do Krakowa.
Teraz Wacek musi zgłosić się do Urzędu Wojewódzkiego i punktu mobilizacyjnego w oddalonych o jakieś sto kilometrów Kielcach. Postanowiliśmy pojechać razem, mając nadzieję, że uda nam się zostać w tym mieście. Zostawiłam rodziców w Miechowie z ciężkim sercem, bo martwię się, że zostaną sami, teraz gdy zaczęła się wojna. Zapewnili mnie jednak, że działania wojenne wkrótce się zakończą i że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo. Powiedzieli, że podczas poprzedniej wielkiej wojnyii armie walczyły między sobą, a ludność cywilna nie była zagrożona.
Wacek pojechał naprzód do Kielc na motocyklu, żeby ominąć korki na drodze, a ja z bagażami samochodem. Planowaliśmy spotkać się później, dzisiaj, przed ratuszem. Powtarzał mi: "Kochanie, niczym się nie martw. Najważniejsze, że będziemy razem i będziemy się wspierać". Więc jeśli uda mi się naprawić samochód, dotrę na miejsce dziś wieczorem lub jutro.
Nie wiemy, jakie zadanie wyznaczą Wackowi w Kielcach. Może być oficerem w wojsku, bo był podchorążym w akademii wojskowej, kiedy się poznaliśmy. Zaczynam się martwić, że może zginąć w walce. Ale jako inżynier budowlany może dalej nadzorować budowę mostów i autostrady z Warszawy do Krakowa. Po wszystkich bombardowaniach będą potrzebować wielu napraw. To daje mi nadzieję, że będziemy razem.
W końcu mój szofer wraca z miejscowym mechanikiem i częściami zamiennymi oraz narzędziami. Będą naprawiać samochód. Ale ponieważ jest już prawie wieczór, mój szofer znalazł nam pokój na wsi, abyśmy mogli tam przenocować. Podaje mi adres. Wracam do wioski i znajduję dom. Jest to mały domek, ale pokój jest czysty, a gospodyni miła. Na kolację częstuje mnie mlekiem oraz chlebem z masłem i serem. Szofer i mechanik wracają późno z dobrą wiadomością - udało im się naprawić samochód.
Po przenocowaniu we wsi następnego dnia o piątej rano wyruszamy do Kielc. Dojeżdżamy tylko do pobliskiego Pińczowa, gdy jadąc przez rynek, zatrzymuje nas wojskowa policja. Żądają benzyny z naszego samochodu. Wyjaśniają, że benzyna ze wszystkich pojazdów cywilnych jest konfiskowana na użytek wojska. Oczywiście nigdzie nie można kupić paliwa za żadną cenę, co czyni nasz samochód bezużytecznym. Decyduję się więc zostawić samochód w Pińczowie i iść piechotą do oddalonych o jakieś czterdzieści czy pięćdziesiąt kilometrów Kielc. Mam nadzieję, że Wacek wróci po mnie motocyklem, ponieważ wczoraj wieczorem nie spotkałam się z nim w umówionym miejscu.
Wyruszam z Pińczowa około ósmej rano piechotą z moim poczciwym szoferem, który chociaż nie musi, uprzejmie niesie moje walizki. Po ponad trzech godzinach marszu dowiadujemy się, że droga na północ do Kielc przez Kije jest już pod ostrzałem artylerii niemieckiej. Także teraz możemy dostać się tam tylko dłuższą drogą - z powrotem na południowy wschód do Buska i dalej na północ przez Chmielnik. Wybieramy tę trasę i idziemy wąskimi lokalnymi drogami. Panuje duże zamieszanie, ludzie uciekają we wszystkich kierunkach. Wyczerpani docieramy w końcu do Buska około trzeciej po południu, ale sytuacja tam jest dość rozpaczliwa. Mnóstwo żołnierzy szykuje się do wymarszu i nie można znaleźć nic do jedzenia, o chlebie ani marzyć. Co gorsza, dotarcie do Kielc z Buska jest już niemożliwe, ponieważ Niemcy zajęli Chmielnik, który jest po drodze. Od razu uświadamiam sobie, że moje nadzieje na spotkanie z Wackiem są całkowicie rozwiane, ponieważ żadnemu z nas nie uda się przedrzeć przez linie wroga.
Nie jedliśmy od rana i nawet wodę trudno jest znaleźć, ale możemy trochę wypompować z publicznych studni. Mój szofer mnie opuszcza, bo też się zorientował, że nie może dotrzeć do Kielc. Jestem więc teraz zdana tylko na siebie i jedyną opcją jest powrót do rodziców w Miechowie. Ale jak? Brakuje mi też gotówki. Po opłaceniu drogiej naprawy samochodu i noclegu mam tylko dwadzieścia złotych. Krążę desperacko po Busku i w końcu znajduję woźnicę z furmanką, który wraca do Pińczowa, a potem do Wodzisławia i który ewentualnie mógłby mnie stamtąd odwieźć z powrotem do pobliskiego Miechowa. Od razu korzystam z tej okazji. Kupuję parę herbatników za dwadzieścia groszy i kawałek czekolady za kolejne dwadzieścia - jedyne dostępne jedzenie. Nieznajomy pan, widząc moją rozpacz, daje mi jabłko. To mój zapas jedzenia na całą podróż i muszę mądrze nim gospodarować.
Wracamy do Pińczowa około szóstej wieczorem. W mieście panuje ogromna panika. Wszyscy uciekają w popłochu i mówią o egzekucjach dużej liczby schwytanych cywilów przez żołnierzy Wehrmachtu. Decydujemy się jednak kontynuować próbę powrotu do Miechowa mimo niebezpieczeństwa wpadnięcia w ręce nacierających wojsk niemieckich. Trudno mi uwierzyć w te wszystkie historie o egzekucjach ludności cywilnej. W końcu Niemcy to tacy praworządni i kulturalni ludzie. Niemniej jednak te historie zwiększają moją determinację próby powrotu do domu, aby chronić moich rodziców.
Wkrótce jednak przekonamy się, w jakim stopniu prawdziwe były te historie. Na tydzień przed inwazją na Polskę, 22 sierpnia 1939 roku, Adolf Hitler wydał następujące polecenie swoim dowódcom wojskowym: "Zabijajcie bez żalu i litości wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia lub języka"9. Rozkaz ten był początkiem czystki etnicznej w Polsce - Operacji Tannenberg10. Hitler nazwał tę operację po pierwszej bitwie pod Tannenbergiem, czyli po polsku słynnej bitwie pod Grunwaldem (il. 14)11 iii, którą stulecia później wciąż pamiętali przywódcy III Rzeszy. W tej bitwie Królestwo Polskie i Litwa pokonały zakon krzyżacki pochodzenia niemiecko-pruskiego i umocniły swoją dominację nad Europą Wschodnią do końca XVIII wieku. Tak więc, najeżdżając i podbijając Polskę, Hitler chciał odwrócić tę historię.
Ale wciąż nieświadomi wszystkich zniszczeń, które nas czekają, wyjeżdżamy z Buska do Miechowa. Wkrótce grupa uciekających mężczyzn, widząc naszą prawie pustą furmankę, atakuje nas i zrzuca furmana z kozła. Zawracają konie i ruszają galopem z powrotem do Buska. Wciąż siedzimy na furmance, ale oni ignorują nasze protesty. Mówią, że zbliżają się do nas niemieckie czołgi i że musimy uciekać. Późnym wieczorem znów jesteśmy w Busku.
Nie mam gdzie przenocować. Jedyną opcją jest pozostanie na furmance i kontynuowanie podróży na wschód z resztą ludzi. Pojawia się jednak nowa nadzieja: może uda mi się zatrzymać w którymś z urzędów powiatowych w miastach po drodze i poszukać inżyniera powiatowego, który powinien znać Wacka, głównego inżyniera wojewódzkiego. Może zaoferuje pomoc lub będzie wiedział, jak się z nim skontaktować.
Nie zsiadam z furmanki przez dwa dni i trzy noce z wyjątkiem nalotów, kiedy trzeba zeskakiwać, biec w pole i leżeć płasko na ziemi, mając nadzieję, że kule z karabinów maszynowych z nisko latających samolotów w nas nie uderzą. Dzieje się to co kilka kilometrów i jest przerażające. Na szczęście nie trafiają ani w nas, ani w nasze konie.
Zjadłam już całe moje jedzenie dawno temu, ale na szczęście moi niefortunni towarzysze podróży są bardzo uprzejmi. Od czasu do czasu zdobywają coś do jedzenia i dzielą się tym ze mną niezależnie od tego, jak niewiele mają. Jedziemy dalej na wschód małymi lokalnymi drogami przez Stopnicę i Staszów razem z mnóstwem ludzi, którzy również uciekają w tym kierunku. Wszystkie urzędy powiatowe na naszej drodze zostały już ewakuowane i zamknięte. Moje nadzieje pokładam teraz w Sandomierzu, największym mieście położonym dalej na wschód.
Cały czas siedzę na furmance, bo to mój jedyny środek transportu. Ale w Bogorii, mimo ich wcześniejszej uprzejmości, mężczyźni, którzy teraz kierują naszym wozem, postanawiają nie jechać do Sandomierza i zrzucają mnie i moje walizki na ziemię. Trudno podjąć racjonalne decyzje, co robić i gdzie się udać, ponieważ sytuacja zmienia się bardzo szybko, panuje kompletne zamieszanie i brak jest wiarygodnych źródeł informacji. Wpadam w desperację i zaczynam płakać i błagać tych mężczyzn, aby dalej jechali do Sandomierza, co jest moją jedyną nadzieją na uzyskanie pomocy i ustalenie, gdzie jest Wacek. W końcu, wzruszeni moimi łzami, pozwalają mi wsiąść na furmankę i decydują się kontynuować podróż do Sandomierza oddalonego teraz o jakieś czterdzieści kilometrów.
Przyjeżdżamy w środku nocy. Siedzę na furmance do rana, by znów dowiedzieć się, że w Sandomierzu wszystkie urzędy są pozamykane, a inżynier powiatowy wyjechał w nieznanym kierunku. Moje oczekiwania znów się nie spełniły i jestem zrozpaczona, bo całą nadzieję pokładałam w zdobyciu jakichś informacji o Wacku. Teraz nie wiem, co robić i gdzie iść dalej. Ponieważ nie spałam od trzech dni i czterech nocy, chciałabym się zatrzymać i znaleźć miejsce do odpoczynku, ale nie chcę wydawać resztek pieniędzy na opłacenie pokoju. Będę ich potrzebować, aby kupić jedzenie. I przede wszystkim musimy nadal uciekać na wschód, aby wyprzedzić szybko posuwające się za nami wojska niemieckie.
Więc kontynuujemy ucieczkę. Niestety nasze konie są całkowicie wyczerpane i bez jedzenia, którego nigdzie nie można znaleźć, nie mogą dalej ciągnąć furmanki. Musimy porzucić wóz i decyduję się iść dalej pieszo do Rozwadowa, najbliższego miasteczka oddalonego jakieś trzydzieści kilometrów na wschód. Nadal mam dwie ciężkie walizki. Dołączają do mnie dwaj mężczyźni z naszej furmanki i proponują nieść jedną z nich, a ja dźwigam drugą. Nigdzie nie możemy dostać nic do jedzenia i chociaż jesteśmy głodni, idziemy dalej.
Na szczęście udaje nam się znaleźć furmana, który również ucieka na wschód przed Niemcami i pozwala nam wsiąść na jego furmankę. Droga jest wciąż pełna ludzi, głównie pieszych, niosących tobołki lub walizki. Niektórzy pchają wózki, często dziecięce, załadowane rzeczami, z niemowlętami lub dziećmi siedzącymi na bagażu. Jest też trochę wozów konnych, ale zupełnie nie ma samochodów, bo benzyna jest nieosiągalna. Po drodze zabieramy na wóz porucznika. To wielkie szczęście, ponieważ jego autorytet i mundur wzbudzają duży szacunek i dzięki niemu w pobliskich wioskach dostajemy trochę owsa dla koni. Bez tego zwierzęta wkrótce padłyby z wyczerpania.
Jest szereg nalotów. Zeskakujemy z wozu i biegniemy na pole. Samoloty z hałaśliwymi silnikami i karabinami maszynowymi celują głównie w pobliską wioskę i drogę. Trzy domy płoną, ludzie uciekają ze wsi, niektórzy upadają. Nie wiem, czy zostali zastrzeleni, czy też próbują uniknąć kul. Następnie samoloty zawracają i lecąc nisko, jakieś sześćdziesiąt metrów nad głową, kierują ogień z karabinu maszynowego na nas oraz na wozy na drodze. Jesteśmy przerażeni, ale jakoś unikamy trafienia przez kule. Kiedy nalot się kończy, wracamy na drogę i widzimy kilka koni leżących na ziemi w kałużach krwi. Niektóre wciąż wierzgają nogami. Na szczęście nasze konie nie zostały trafione, więc wracamy na furmankę i kontynuujemy podróż.
Nasz porucznik jest bardzo miły i uczynny, obiecuje, że zawiezie mnie do Rozwadowa, skąd mogę pojechać pociągiem do Lublina, a potem kolejnym do Warszawy, gdzie mieszkają moja siostra i brat. To mnie podnosi na duchu, bo mam nadzieję, że Wacek też spróbuje wrócić do Warszawy. Nadal jestem bardzo osłabiona z powodu braku jedzenia i snu przez kilka dni. Na szczęście nauczycielka w jednej z przydrożnych wiosek daje nam trochę gorącego mleka i kawałek chleba, co jest dla nas, wyczerpanych głodem, prawdziwym zbawieniem.
Do Rozwadowa dojeżdżamy około południa, ale okazuje się, że połączenie kolejowe z Lublinem jest zablokowane z powodu zbombardowanych torów, stacji i pociągów. Naczelnik dworca kolejowego sugeruje, aby do Warszawy jechać przez Lwów, Rawę Ruską i Lublin. To bardzo długa, okrężna droga, ale zgadzamy się, bo nie ma innej opcji. Pociąg jest wieczorem, więc idziemy do miasteczka, które jeszcze nie zostało tak bardzo dotknięte wojną. W końcu znajdujemy otwartą restaurację i jemy pierwszy posiłek od wielu dni. Kupujemy też kilka bułek i parówek na drogę.
O szóstej wieczorem nareszcie wsiadamy do pociągu, który jest niezmiernie zatłoczony i zimny. Kierujemy się na południowy wschód do Przemyśla oddalonego od Rozwadowa o jakieś 130 kilometrów. Następnie będziemy musieli jechać do Lwowa, jeszcze 110 kilometrów na wschód. Spotykam młodego chłopaka, Jóźka. Okazuje się, że jest zwolnionym więźniem ze Lwowa i również jedzie do Warszawy. Nie mam ciepłego ubrania, ale Józiek przykrywa mnie swoim pledem. Spędzamy dużo czasu, rozmawiając o naszej przeszłości i dyskutując o naszych poglądach. On jest komunistą lub sympatykiem komunistów i był przetrzymywany za organizowanie albo udział w jakichś działaniach komunistycznych. Ja jestem socjalistką i wierzę w prawa pracowników i równość dla wszystkich, ale obawiam się reżimu komunistycznego w stylu sowieckim.
Im dalej jedziemy, tym bardziej przeraża mnie zniszczenie miast i wsi, gdzie jest wiele wciąż płonących domów. Przejeżdżamy przez płonące stacje kolejowe tuż po zbombardowaniu - gęsty dym i pył z zawalonych budynków wciąż wisi w powietrzu. Uciekamy tak szybko, jak tylko możemy, ale niemieckie bombowce są szybsze i niszczą wszystko przed nami. Pociąg ciągle się zatrzymuje, ponieważ tory są uszkodzone i muszą zostać naprawione. Cały czas obawiamy się, że bomby trafią w nasz pociąg lub że niemieckie czołgi i wojska wkrótce nas dogonią.
Podczas częstych nalotów wyskakujemy z pociągu i biegniemy w pola. Bomby trafiają w pociągi, tory, stacje kolejowe i inne budynki. Potem nisko lecące samoloty ścigają ludzi z pociągu, którzy rozpierzchają się po polach, i ostrzeliwują ich ogniem z karabinów maszynowych. Niektórzy upadają. Po raz pierwszy w życiu z bliska widzę postrzelonych, upadających, krwawiących i umierających ludzi (il. 15). Mam mdłości i kręci mi się w głowie. Po zakończeniu nalotu pasażerowie wnoszą rannych z powrotem do pociągu. Nie wiem, jak pomóc rannym ani kto zaopiekuje się zmarłymi. Ciała zabitych są porzucane na polach, ponieważ my musimy wrócić do pociągu i kontynuować ucieczkę.
Nasz pociąg utyka kilka razy za innymi pociągami, które zatrzymały się przed nami, i musimy się przesiadać. Niestety w Przeworsku nasz porucznik, który był moim przewodnikiem, postanawia udać się gdzie indziej i nas opuszcza. Dawno temu zjedliśmy całe pożywienie, a na zdewastowanych, zbombardowanych stacjach, które mijamy, nie ma nic do jedzenia. Kiedy pociąg się zatrzymuje, Jóźko wyskakuje, biegnie w pole, wyrywa buraki z ziemi i zjadamy je na surowo.
W miarę, jak posuwamy się dalej na wschód, zniszczenia stają się coraz większe. Mijamy kolejne płonące stacje kolejowe. Często w powietrzu wciąż unosi się pył ze zniszczonych budynków; pachnie dymem i trudno oddychać. Sygnalizatory nie działają, ale cudem unikamy katastrofalnych kolizji z innymi pociągami. Nigdzie na stacjach nie ma obsługi kolejowej i pasażerowie sami noszą wodę, węgiel oraz drewno do lokomotywy parowej. W Jarosławiu musimy to robić pod ostrzałem karabinów maszynowych z nisko latających samolotów. Zniszczenie i niebezpieczeństwo są wszędzie, ale nie mam już energii, by to przyswajać i analizować. Stałam się odrętwiała na otoczenie i mogę tylko myśleć o tym, że muszę dojechać do następnego punktu mojej podróży. Nie mogę nawet myśleć o tym, co będę robić dalej. Już nawet nie pamiętam, jaki jest dzień. Ktoś mówi, że już 9 września.
Późną nocą docieramy do oddalonej o dziewięć kilometrów od Przemyśla Żurawicy, ale dowiadujemy się, że tory kolejowe są całkowicie zniszczone i zablokowane. Nikt nie wie, kiedy pociągi zaczną kursować. Na szczęście, poza uczynnym i wesołym Jóźkiem, mam jeszcze dwóch bardzo życzliwych i troskliwych towarzyszy podróży - Stefana Guzika i Władysława Skalskiego. W nocy nadal używam pledu Jóźka, bo jest zimno. Omawiamy nasze opcje. Ponieważ drogi do Przemyśla też mogą być zablokowane, postanawiamy iść piechotą lokalnymi drogami na wschód do oddalonej o dziesięć kilometrów Medyki. Wczesnym rankiem Stefan przynosi ze wsi trochę jedzenia, co w obecnych warunkach jest cudem i ratuje nas od bezustannie nękającego głodu. Wysiadamy z pociągu i zaczynamy iść. Nadal mam przy sobie walizki - jedną niosę ja, drugą Jóźko, bo Stefan i Władysław mają swój bagaż. Wszyscy są bardzo pomocni i serdeczni i starają się mnie podnieść na duchu oraz rozweselić.
Do Medyki docieramy 10 września około południa. Jestem wykończona i postanawiam pozbyć się bagażu, bo nie mogę już udźwignąć nawet jednej walizki. Z bólem serca rozdaję wszystkie rzeczy Wacka. Udaje mi się tylko sprzedać jego nowy garnitur za piętnaście złotych. Zachowuję część swoich ubrań, bo Stefan i Władysław łaskawie zgadzają się włożyć je do swoich walizek.
Medyka to mała wieś, ale ma stację kolejową. I tam spotyka nas miła niespodzianka: pociąg ewakuacyjny wkrótce odjeżdża do Lwowa. Czeka tam już spory tłum, a kiedy nadjeżdża pociąg, wszyscy pchają się, aby wsiąść. Stefan i ja z trudem wciskamy się do wagonu, ale w tym zamieszaniu tracimy z oczu Władysława i Jóźka. Niestety Władysław ma w swojej walizce moją torebkę - z dowodem osobistym i książeczką ubezpieczenia zdrowotnego - oraz moje ubranie. Nic już na to nie poradzę i cieszę się, że wsiadłam do pociągu. Wiedziona jakimś instynktem włożyłam legitymację z województwa i pieniądze do kieszeni spódnicy.
Pociąg nie odjeżdża przez kilka godzin, ponieważ jest wiele nalotów. Jednak nikt nie wysiada i wszyscy ryzykujemy, że nasz wagon może zostać zbombardowany. Nie chcemy stracić naszych cennych miejsc w przepełnionym pociągu, które z łatwością mogłoby zająć wiele osób pozostawionych na peronie. Ostatecznie około dziewiątej wieczorem 10 września pociąg odjeżdża z Medyki do Lwowa. Kierunek wciąż na wschód, coraz dalej od Warszawy, ale innego wyjścia nie mamy, bo musimy uciekać przed nacierającymi Niemcami.
Pociąg wlecze się całą noc, jakimś cudem unikając trafienia w kilku nalotach. Naloty są zwykle bardzo celne i uszkadzają tory kolejowe, które muszą być stale naprawiane. Choć Lwów oddalony jest od Medyki tylko o osiemdziesiąt pięć kilometrów, docieramy na miejsce dopiero 11 września o trzeciej po południu. Dworzec wygląda strasznie - jest całkowicie zniszczony. Magazyny stacji płoną, podobnie jak wiele wagonów. Gęsty dym utrudnia oddychanie i szczypie w oczy. Tory kolejowe są zniszczone i wszędzie jest dużo spiętrzonych wagonów. Nie ma możliwości, aby pociągi zaczęły kursować. Moje nadzieje na wyjazd do Warszawy znów się całkowicie rozwiały. Przytłaczają mnie myśli, że nie mogę tam pojechać, że nie wiem, jak długo będę odcięta od Wacka i rodziny, i że nie wiem, co robić dalej.
i Gdańsk (Wolne Miasto Gdańsk, Danzig) był półautonomicznym miastem-państwem utworzonym w 1920 roku po I wojnie światowej na mocy traktatu wersalskiego. Większość jego obywateli stanowili etniczni Niemcy, choć państwo niemieckie nim nie rządziło i Polska miała pewne prawa do korzystania z jego kolei i obiektów portowych. Polski korytarz, ustanowiony traktatem jako terytorium Polski, dał Polsce dostęp do Morza Bałtyckiego. Leżał na zachód od Gdańska i Prus Wschodnich, które były częścią Niemiec, ale nie miały połączenia lądowego z resztą tego kraju (il. 2). Po aneksji Austrii i sudeckiej części Czechosłowacji przez Niemcy w 1938 roku oraz zajęciu reszty Czechosłowacji w 1939 roku Hitler zażądał Gdańska i Polskiego korytarza9.
ii Wielką wojną nazywano wtedy I wojnę światową, zanim termin II wojna światowa wszedł do użytku.
iii Pierwsza bitwa pod Tannenbergiem, w Polsce zwana bitwą pod Grunwaldem, miała miejsce 15 lipca 1410 roku (il. 14)11. Bitwa ta była decydującym zwycięstwem Królestwa Polskiego i Litwy pod wodzą króla Władysława II Jagiełły i całkowitą klęską zakonu krzyżackiego, który rozszerzał się na wschód. Większość dowództwa krzyżackiego została zabita lub wzięta do niewoli, co zahamowało ekspansję zakonu i ugruntowało dominację Królestwa Polskiego i Litwy w Europie Wschodniej. Prusy Krzyżackie zostały przekształcone w Prusy Książęce w XVI wieku, ale pozostały lennem polsko-litewskim do 1660 roku, kiedy to zostały wyzwolone i weszły w skład Prus. W 1871 roku Prusy Książęce zostały włączone do zjednoczonych Niemiec jako Prusy Wschodnie, a po I wojnie światowej stały się eksklawą Niemiec (il. 2). Po II wojnie światowej Prusy Wschodnie zostały podzielone między Polskę i Związek Radziecki.