Jak pomóc dziecku z nadwagą. Efekt Klimasa - Leszek Klimas

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Dro­dzy ro­dzice, mamy po­ważny pro­blem. Przy­go­tuj­cie się do ostrej walki. Wal­czymy o zdro­wie wa­szego dziecka. Otyłe dziecko to chore dziecko. Grożą mu cu­krzyca, zwy­rod­nie­nia sta­wów, ko­ślawe nogi, zła po­stawa, chore serce i cały układ krą­że­nia, cho­roby tar­czycy. I to nie za 20 lat, ale te­raz, do­słow­nie za mo­ment. Otyłe dziecko to także otyły do­ro­sły. Mocno po­wie­dziane? No, mocno! Ale szcze­rze. Bo to od was za­leży, czy ten po­nury sce­na­riusz się zi­ści. Damy ra­zem czadu. Ura­tu­jemy wa­sze dziecko!

Do dzieła.

Wie­cie, dla­czego dzie­ciaki pod na­szą opieką chudną? Bo ja i cały mój ze­spół w nie wie­rzymy. W to, że mają w so­bie siłę, o ja­kiej ist­nie­nie się nie po­dej­rze­wają. I nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści, że osią­gną suk­ces. Ta moja wiara spra­wia, że do­stają skrzy­deł. Lu­bię pra­co­wać z dziećmi. One wy­czu­wają fałsz na ki­lo­metr, wie­dzą za­tem do­sko­nale, że nie wci­skam im kitu. Przez lata za­hu­kane, nie­pewne sie­bie pa­trzą na mnie, na moją syl­wetkę, słu­chają tego, co mam im do po­wie­dze­nia. Więc kiedy mó­wię, że da­dzą radę - to zna­czy, że tak bę­dzie. Wresz­cie otwiera się im od­po­wied­nia klapka w gło­wie. Za­czy­nają o sie­bie wal­czyć.

Moja wiara i pew­ność sie­bie biorą się stąd, że by­łem taki sam jak oni. Także we mnie nikt, ale to nikt nie wie­rzył. Lu­dzie pa­trzyli na mnie z po­li­to­wa­niem i stu­kali się w głowy. Bo co? Taki mały, chudy chło­pak z Żar, z czte­ro­oso­bo­wej ro­dziny, w któ­rej się nie prze­lewa (miesz­ka­li­śmy w jed­nym po­koju), opo­wiada, że zo­sta­nie mi­strzem świata? Nie słu­cha­łem ich. Ja­kiś siódmy zmysł pod­po­wia­dał mi, że wiara w sie­bie to pod­stawa. I jesz­cze de­ter­mi­na­cja. I ciężka praca. I wie­dza. No do­bra, ale to się wie, do­piero gdy się w sie­bie wie­rzy.

To wła­śnie klucz do suk­cesu me­tody Kli­masa - spra­wie­nie, że dzieci za­czy­nają w sie­bie wie­rzyć. Że da­dzą radę zmie­nić ży­cie tak, żeby wy­grać zdro­wie, uśmiech i pew­ność sie­bie. Je­śli do­dat­kowo zy­skają wspar­cie ro­dzi­ców - nic ich nie po­kona. Spójrz­cie tylko na ro­ze­śmiane bu­zie na­szych pod­opiecz­nych! Z więk­szo­ścią je­stem na­prawdę szcze­rze za­przy­jaź­niony. Po­zna­cie ich w tej książce.

Za­tem dro­dzy ro­dzice, czy­tel­nicy tej książki, czas na wa­sze dzieci. Także one mogą się­gnąć po ma­rze­nia. A ja zro­bię wszystko, żeby za­równo was (bo bez wa­szej po­mocy się nie obę­dzie), jak i je w tym wes­przeć. Efekt mu­ro­wany. Prze­ko­na­cie się sami.

Le­szek Kli­mas w ko­szulce od wdzięcz­nego pod­opiecz­nego Ksa­we­rego.

Co­py­ri­ght ? Le­szek Kli­mas 2024 Co­py­ri­ght ? Wy­daw­nic­two Luna, im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy 2024
Wy­słu­chała i spi­sała: DO­ROTA MIR­SKA
Re­dak­torka pro­wa­dząca: MARTA JAM­RÓ­GIE­WICZ
Re­dak­cja: EWA CHA­RI­TO­NOW
Ko­rekta: DO­MI­NIKA ŁA­DYCKA / e-DY­TOR, JO­ANNA MO­RAW­SKA
Pro­jekt okładki, stron ty­tu­ło­wych i lay­outu: ze­spół
Gra­fiki: tar­tila, pch.vec­tor, use­r3227369, raw­pi­xel.com, ali­cia­_mb, ma­cro­vec­to­r_of­fi­cial / Fre­epik
Zdję­cia na stro­nach 12, 19, 20, 24, 255 z ar­chi­wum au­tora, zdję­cia dzieci na stro­nach 63, 91, 109, 121, 211, 229 z ar­chi­wów ro­dzi­ców
Po­zo­stałe zdję­cia: PIOTR AM­BRO­ZIAK
Skład i ła­ma­nie: JS Stu­dio
Po­dzię­ko­wa­nia dla pro­du­centa marki Kur­czak Siel­ski za part­ner­stwo w two­rze­niu na­szej książki oraz za ak­tywne pro­mo­wa­nie idei zdro­wego stylu ży­cia, a także utrzy­my­wa­nie naj­wyż­szych stan­dar­dów w dzie­dzi­nie zdro­wej żyw­no­ści. Wy­bra­łem Kur­czaka Siel­skiego z chowu bez an­ty­bio­ty­ków, po­nie­waż speł­nia istotne dla mo­jego stylu ży­cia kry­te­ria do­boru pro­duk­tów wy­so­kiej ja­ko­ści.
Tre­ści za­miesz­czone w książce służą edu­ka­cji. Nie mogą być trak­to­wane jako pro­fe­sjo­nalna po­rada le­kar­ska, dia­gno­styka czy le­cze­nie. Każdy pro­blem zdro­wotny na­leży kon­sul­to­wać z le­ka­rzem.
War­szawa 2024 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67996-72-3
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­do­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych w ca­ło­ści lub w czę­ści­tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw au­tor­skich.
Wy­daw­nic­two Luna Im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11a 01-527 War­szawa www.wy­daw­nic­two­luna.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

NIE TRUJ DZIECKA

W TYM ROZ­DZIALE ZNAJ­DZIE­CIE:

- In­struk­cję czy­ta­nia ety­kiety pro­duktu żyw­no­ścio­wego - w po­staci in­fo­gra­fiki.

- Li­stę naj­bar­dziej szko­dli­wych do­dat­ków do żyw­no­ści.

- Li­stę pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych z ukrytą za­war­to­ścią cu­kru i jed­no­cze­śnie ich zdrow­szych za­mien­ni­ków.

Wła­śnie za­tan­ko­wa­łem sa­mo­chód i po­sze­dłem za­pła­cić. I zo­ba­czy­łem męż­czy­znę ku­pu­ją­cego dzie­cia­kom po dwa ba­tony na głowę, a do tego bu­telkę ko­lo­ro­wego ga­zo­wa­nego na­poju. Aż mnie w sercu za­kłuło! Nie można za­miast obiadu da­wać dziecku sło­dy­czy! A na­poje? Czy kto­kol­wiek zwraca uwagę na fakt, że w "owo­co­wych" ko­lo­ro­wych na­po­jach ga­zo­wa­nych, na­wet w wo­dach sma­ko­wych, jest mnó­stwo cu­kru? Tym­cza­sem dzieci piją te sztucz­nie bar­wione, przy­go­to­wane z kon­cen­tra­tów o naj­dziw­niej­szym skła­dzie "soczki" na po­tęgę! Czy ro­dzic zdaje so­bie sprawę, że je­żeli jego sy­nek czy córka wy­piją pół­to­ra­li­trowy na­pój, to wchłoną 20-40 ko­stek cu­kru?

"Osza­co­wano, że prze­cięt­nie osoby, któ­rych zgon można po­wią­zać z kon­se­kwen­cjami spo­ży­cia na­po­jów sło­dzo­nych cu­krem, żyją o 15 lat kró­cej niż śred­nio osoba w ich wieku. Sza­cuje się rów­nież, że w Pol­sce bli­sko 1400 zgo­nów rocz­nie wy­nika z kon­se­kwen­cji nad­mier­nego spo­ży­cia na­po­jów sło­dzo­nych cu­krem"[2].

Ta­kie rze­czy dzieją się do­słow­nie na każ­dym kroku. W wielu su­per­mar­ke­tach i skle­pach sie­cio­wych można ku­pić za gro­sze prze­ką­ski: hot dogi, pizze, tor­tille, za­pie­kanki z naj­gor­szych (czy­taj: naj­tań­szych) skład­ni­ków. I ro­dzice ku­pują je dzie­ciom za­miast obiadu. Albo dzie­ciaki same wy­ska­kują do po­bli­skiego su­per­mar­ketu na prze­rwie mię­dzy lek­cjami i wy­bie­rają prze­pięk­nie za­pa­ko­wane, obłęd­nie ko­lo­rowe, za­chę­ca­jące i ku­szące sło­dy­cze, które wręcz wy­le­wają się z pó­łek.

Ro­dzice dzieci pod na­szą opieką czę­sto sze­roko otwie­rają ze zdzi­wie­nia oczy, kiedy po­ka­zuję im ety­kiety ze skła­dem ta­kich pro­duk­tów. Są prze­ra­żeni.

- To moje dziecko zjada szklankę cu­kru każ­dego dnia?

A tak. I to od dawna. Na do­da­tek masę ra­ko­twór­czych utwar­dza­nych tłusz­czów, kon­ser­wan­tów, barw­ni­ków, wzmac­nia­czy smaku i in­nej che­mii, którą fa­sze­ruje się "sma­ko­łyki". Nic dziw­nego, że tyje, cho­ruje i jest nad­po­bu­dliwe, prawda?

Tym­cza­sem je­dze­nie po­winno być pa­li­wem dla or­ga­ni­zmu. Żeby da­wało nam siłę i ener­gię, musi mieć war­to­ści od­żyw­cze. Miej­sce śmie­cio­wego je­dze­nia - jak sama na­zwa wska­zuje - jest na śmiet­niku, a nie w żo­łądku. Nie tylko nie od­ży­wia ono ciała, ale wręcz je nisz­czy. I nie ma w tym, co mó­wię, naj­mniej­szej prze­sady.

Dro­dzy ro­dzice, obudź­cie się wresz­cie. Do­póki nie za­cznie­cie czy­tać ety­kiet pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych ku­po­wa­nych wa­szym dzie­ciom, do­póki nie znaj­dzie­cie czasu, żeby sa­mo­dziel­nie ugo­to­wać czy upiec coś w domu ze zdro­wych skład­ni­ków, do­póki bę­dzie­cie szli na ła­twi­znę i ku­po­wali im ład­nie opa­ko­wane, ale tak na­prawdę śmie­ciowe je­dze­nie i pi­cie - wa­sze dzieci nie będą szczu­płe ani zdrowe. Nie mają na to naj­mniej­szych szans.

CU­KIER JEST PIERW­SZYM NAR­KO­TY­KIEM, KTÓRY PO­DA­JEMY DZIE­CIOM.

Tak, NAR­KO­TY­KIEM! Nie boję się tego okre­śle­nia, choć zdaję so­bie sprawę, że wielu oso­bom się ono nie spodoba. Do­świad­cze­nia na­ukowe na szczu­rach wy­ka­zały, że zwie­rzęta uza­leż­niają się sil­niej od cu­kru niż od ko­ka­iny. To wła­śnie nad­miar cu­kru w die­cie jest jedną z naj­waż­niej­szych przy­czyn tak gwał­tow­nego przy­bie­ra­nia na wa­dze przez dzieci. Nie­stety, więk­szość ro­dzi­ców jest ab­so­lut­nie prze­ko­nana, że oty­łość po­wo­duje spo­ży­wa­nie tłusz­czu. Są wy­cho­wani na teo­riach z lat 90. XX wieku, stra­szą­cych, że tłuszcz za­tyka tęt­nice, po­wo­duje miaż­dżycę, trzeba go za­tem uni­kać jak ognia. W tam­tych cza­sach sły­sze­li­śmy, żeby nie ku­po­wać szko­dli­wego ma­sła, jeść dwa jajka w ty­go­dniu i tym po­dobne bred­nie. Dzi­siaj już wiemy, że różne ro­dzaje tłusz­czów są nam bar­dzo po­trzebne. A już te po­cho­dzące z ryb, do­brej ja­ko­ści ole­jów ro­ślin­nych tło­czo­nych na zimno czy oliwy - czyli za­wie­ra­jące nie­na­sy­cone kwasy omega-3 - są wręcz nie­zbędne do pra­wi­dło­wego roz­woju i funk­cjo­no­wa­nia dzieci (do­ro­słych zresztą rów­nież). Za­tem bez­re­flek­syjne ogra­ni­cza­nie ich spo­ży­cia z obawy przed nad­wagą nie miało (i oczy­wi­ście na­dal nie ma) sensu.

Tyle że tamte teo­rie mocno trzy­mają się w ro­dzi­ciel­skich gło­wach. Ro­dzice nie ku­pują więc dzie­ciom boczku, kieł­basy czy od­kra­wają tłuszcz z ko­tle­tów. Nie mają po­ję­cia, że o wiele bar­dziej szko­dzą im, ku­pu­jąc żelki, pianki, cze­ko­ladki, cia­steczka, sło­dzone na­poje. A się­gają po nie chęt­nie, bo po­zo­stało w ich pa­mięci jesz­cze jedno ha­sło sprzed lat, rów­nie szko­dliwe i głu­pie: "Cu­kier krzepi". I wcale nie dają so­bie ła­two prze­tłu­ma­czyć, że ten slo­gan to to­talna bzdura. Zo­stał wy­my­ślony w la­tach 30. ubie­głego wieku jako re­klama pol­skiego prze­my­słu cu­krow­ni­czego wy­łącz­nie po to, żeby zwięk­szyć sprze­daż bia­łego ra­fi­no­wa­nego cu­kru, któ­rego nikt nie ku­po­wał. Udało się - cu­krow­nie zwięk­szyły ob­roty, a pro­du­cenci i han­dlowcy za­ro­bili (i za­ra­biają) na ludz­kiej igno­ran­cji. Wy­star­czy spoj­rzeć na półki w su­per­mar­ke­tach do­słow­nie ugi­na­jące się pod nad­mia­rem róż­nego ro­dzaju słod­ko­ści.

Bo­imy się tłusz­czu, a ty­jemy od nad­miaru wę­glo­wo­da­nów, w tym cu­krów.

I tak na­prawdę nie cho­dzi o biały cu­kier w to­reb­kach czy kost­kach. Ostat­nimi czasy ja­damy go mniej. Cho­dzi o cu­kier, który oprócz oczy­wi­stych wy­ro­bów, ta­kich jak sło­dy­cze, jest spryt­nie ukryty w wielu in­nych pro­duk­tach spo­żyw­czych. Bez uważ­nego prze­czy­ta­nia ich składu tego do­datku po pro­stu nie za­uwa­żymy. Tym bar­dziej, że oprócz zwy­kłego cu­kru znaj­dziemy w żyw­no­ści róż­nego ro­dzaju do­sła­dza­cze, ta­kie jak: sy­rop glu­ko­zowy, sy­rop glu­ko­zowo-fruk­to­zowy, mal­to­dek­stryna, dek­stroza i inne. Go­towe pro­dukty za­wie­rają czę­sto na­wet pięć róż­nych sło­dzi­deł. Są one choćby w śle­dziach po ka­szub­sku, ket­chu­pie i musz­tar­dzie, wę­dli­nach, pasz­te­tach i pizzy. Do­słow­nie we wszyst­kich pro­duk­tach wy­soko prze­two­rzo­nych. To, nie­stety, prze­kleń­stwo na­szych cza­sów. Kiedy my, do­ro­śli, by­li­śmy dziećmi, ni­komu nie przy­cho­dziło do głowy, żeby do­sła­dzać kieł­basę...

Przy­po­mnijmy so­bie lata 80. XX wieku. W każ­dym domu stała po­środku stołu cu­kier­nica. Sło­dziło się jedną czy dwoma ły­żecz­kami cu­kru kawę lub her­batę, cza­sami po­sy­py­wało się kil­koma krysz­tał­kami śnia­da­niową zupę mleczną. Ale to był je­dyny cu­kier, ja­kiego się uży­wało. Nie prze­kra­czało się ra­czej bez­piecz­nej dla or­ga­ni­zmu normy 15, 20 czy na­wet 25 gra­mów dzien­nie. Dziś cu­kier­nice po­ja­wiają się na na­szych sto­łach rzadko, zja­damy za to (zwy­kle kom­plet­nie nie­świa­do­mie) do­sła­dzane pro­dukty żyw­no­ściowe. Za­równo do­ro­śli, jak i dzieci wchła­niają nie­praw­do­po­dobne ilo­ści cu­kru.

"W la­tach 2008-2017 o 6,1 kg wzro­sła prze­ciętna ilość cu­kru spo­ży­wa­nego przez jed­nego miesz­kańca Pol­ski, mimo znacz­nego zmniej­sze­nia spo­ży­cia cu­kru nie­prze­two­rzo­nego, na­by­wa­nego bez­po­śred­nio przez go­spo­dar­stwa do­mowe (spa­dło ono w tym cza­sie o 5,7 kg). Ob­ser­wo­wany wzrost wy­nika ze wzro­stu kon­sump­cji cu­kru bę­dą­cego skład­ni­kiem in­nych pro­duk­tów spo­żyw­czych o bli­sko 11,8 kg"[3].

Wraz z eks­per­tami pra­cu­ją­cymi w mo­jej po­radni pro­wa­dzimy na In­sta­gra­mie ka­nał edu­ku­jący ro­dzi­ców w kwe­stii tego, jak mogą zdrowo ży­wić dzieci, jak dbać o ich ak­tyw­ność fi­zyczną. Chwa­limy się (na­prawdę jest czym!) po­stę­pami na­szych pod­opiecz­nych, któ­rym udało się zrzu­cić zbędne ki­lo­gramy. Ja­kiś czas temu na­gra­li­śmy rolkę, w któ­rej po­ka­za­li­śmy ple­cak przed­szko­laka wy­ru­sza­ją­cego na wy­cieczkę. Nie był to ple­cak hi­po­te­tyczny; po pro­stu spraw­dzi­li­śmy w au­ten­tycz­nym przed­szkolu, co jak naj­bar­dziej praw­dziwe dzieci do­stają od ro­dzi­ców jako prze­ką­ski na cały dzień. Na li­ście zna­la­zły się: owo­cowy sok prze­cie­rowy (ro­dzice są­dzą, że zdrowy, tym­cza­sem pe­łen pu­stych ka­lo­rii i cu­kru), pianki, wa­felki, ba­to­niki, pa­luszki, ro­ga­liki z masą cze­ko­la­do­po­dobną (o 2-let­nim ter­mi­nie waż­no­ści), mleczne ka­napki, które z ka­nap­kami nie mają ab­so­lut­nie nic wspól­nego itd. Po­in­for­mo­wa­li­śmy, ile mają w so­bie cu­kru - do­kład­nie 42 gramy (w paczce pia­nek, mu­sie owo­co­wym, ro­ga­liku i na­poju). Fil­mik obej­rzało pra­wie 200 ty­sięcy osób.

Lu­dzie, co się za­częło dziać pod tą rolką! Po­ja­wiła się masa wście­kłych i agre­syw­nych ko­men­ta­rzy (prze­pra­szam za słow­nic­two, ale to cy­tat): "Daj się dzie­ciom na­cie­szyć, a nie od ma­łego roz... im ży­cie ta­kim pie­prze­niem!", "Kto to taki? Pani ma­ruda, po­grom­czyni uśmie­chów dzieci", "Współ­czuję każ­demu dziecku, któ­rego ro­dzice są tacy jak ta ko­bieta. Dzie­ciń­stwo tych dzieci jest w 100 pro­cen­tach wtedy roz...one, że tak po­wiem. Nie po­zdra­wiam". I tak da­lej.

Tem­pe­ra­tura wzro­sła jesz­cze przy ko­lej­nej rolce, w któ­rej za­pre­zen­to­wa­li­śmy za­war­tość cu­kru w ko­lo­ro­wych na­po­jach i za­chę­ci­li­śmy ro­dzi­ców do po­da­wa­nia dzie­ciom wody do pi­cia. Od­two­rzeń - po­nad mi­lion, czyli tra­fi­li­śmy w go­rący te­mat. Nie­któ­rych na­szych oglą­da­czy na­prawdę po­nio­sły wtedy nerwy: "Za­mknij mordę, pro­szę cię, naj­le­piej za­tkaj ją so­bie buł­czaną lub ja­kąś pasz­te­tową", "Całe po­ko­le­nia prze­żyły bez tych rad".

Kom­plet­nie nas za­tkało. O co cho­dzi? Skąd taka agre­sja? Prze­cież to tylko pro­ste edu­ka­cyjne fil­miki ma­jące uświa­do­mić lu­dziom, że nad­miar cu­kru szko­dzi. Że prze­cież można dziecku przy­go­to­wać zdrowe prze­ką­ski i na­poje. Aż w końcu zro­zu­mie­li­śmy: nie tylko dzieci, ale także ich ro­dzice są uza­leż­nieni od cu­kru. Po pro­stu nie chcą zo­ba­czyć skut­ków ubocz­nych je­dze­nia sło­dy­czy czy pi­cia sło­dzo­nych na­po­jów. I jak wszyst­kie osoby uza­leż­nione re­agują ner­wowo, gdy chce się im ode­brać nar­ko­tyk. Wma­wiają so­bie, że nie ma pro­blemu. Uwa­żają, że da­jąc dziecku sło­dy­cze, spra­wiają mu przy­jem­ność, "osła­dzają" dzień. Ab­so­lut­nie chcą do­brze. Nie­stety, wy­cho­dzi jak za­wsze.

CO NA TO LE­KARZ?

- Nie da­wajmy dzie­ciom sło­dy­czy w na­grodę - mówi dr hab. Mi­chał Brze­ziń­ski, ad­iunkt w Ka­te­drze i Kli­nice Pe­dia­trii, Ga­stro­en­te­ro­lo­gii, Aler­go­lo­gii i Ży­wie­nia Dzieci Gdań­skiego Uni­wer­sy­tetu Me­dycz­nego.

Moja 3-let­nia córka cho­dzi do przed­szkola. Wczo­raj było ze­bra­nie ro­dzi­ców, na któ­rym moja żona (nie jest le­ka­rzem) za­pro­te­sto­wała prze­ciwko przy­no­sze­niu przez dzieci na uro­dziny słod­kich prze­ką­sek, ba­to­ni­ków, cia­stek z kre­mem itd. Pró­bo­wała wy­tłu­ma­czyć, że to, nie­stety, fa­talny zwy­czaj, po­nie­waż po­ka­zuje dzie­ciom, od naj­młod­szych lat, że uro­dziny są fajne tylko dla­tego, że są sło­dy­cze. W do­datku uczy je bar­dzo nie­zdro­wych na­wy­ków ży­wie­nio­wych. Jak można się do­my­ślić, jej zda­nie nie przy­pa­dło wielu oso­bom do gu­stu. Roz­pę­tała się burz­liwa dys­ku­sja. Wielu ro­dzi­ców pro­te­sto­wało, mó­wiąc, że prze­cież uro­dziny są raz w roku. Ow­szem, ale weźmy pod uwagę fakt, że dzieci w gru­pie przed­szkol­nej jest około 20. A to ozna­cza, że uro­dziny na słodko są świę­to­wane mniej wię­cej dwa razy w mie­siącu. Czyli co dwa ty­go­dnie utrwa­lamy w ma­lu­chach, że dzieje się coś faj­nego, a świę­to­wa­nie jest po­wią­zane z je­dze­niem sło­dy­czy. Po­zo­staje im w gło­wie in­for­ma­cja, że sło­dy­cze są formą na­grody, po­zy­tyw­nego prze­ży­wa­nia emo­cji.

Oba­wiam się, że więk­szość osób, które wy­po­wia­dały się ne­ga­tyw­nie pod rol­kami na In­sta­gra­mie Leszka Kli­masa, wła­śnie w ten spo­sób po­strzega słod­ko­ści. Nie jako coś, co raz na ja­kiś czas mo­żemy zjeść, bo mamy na to ochotę, tylko jako coś, co mo­żemy dzie­ciom dać, żeby ich ra­dość była więk­sza. Dla­tego ro­dzice sta­wiają na uro­dzi­nach swo­ich dzieci torty i cu­kierki za­miast owo­ców, wa­rzyw czy ku­ku­ry­dzia­nych chrup­ków (które są ja­kąś formą przej­ściową, choć nie­po­trzebną dzie­ciom do ni­czego).

Mam szczerą na­dzieję, że wy­nika to z braku świa­do­mo­ści tych ro­dzi­ców. Bo prze­cież na­prawdę nie ma co ro­bić pro­blemu, gdy dziecko zje je­den ka­wa­łek tortu na uro­dzi­nach czy paczkę żel­ków na wy­cieczce. Cho­dzi o to, że u kil­ku­lat­ków bar­dzo ła­two jest wy­ro­bić zły na­wyk, który wy­woła w nich wra­że­nie, że coś mi­łego w ich ży­ciu i świę­to­wa­nie tego łą­czy się z je­dze­niem sło­dy­czy. Tym­cza­sem po­win­ni­śmy prze­cież bu­do­wać pra­wi­dłowe, zdrowe na­wyki ży­wie­niowe u na­szych dzieci. Osoby świa­dome tego faktu w ogóle nie będą wy­po­wia­dać się pod po­dob­nymi po­stami jak ten u Leszka. Bo tre­ści, ja­kie on pro­pa­guje, są dla nich oczy­wi­ste.

In­nym bar­dzo złym przy­zwy­cza­je­niem jest to zwią­zane z al­ko­ho­lem. Czy na­prawdę na uro­dzi­nach czte­ro­latka musi być na­pój ga­zo­wany o smaku ma­li­no­wym w bu­telce wy­glą­da­ją­cej jak bu­telka szam­pana? W na­szym spo­łe­czeń­stwie, które ma ogromny pro­blem z al­ko­ho­li­zmem, oswa­ja­nie przed­szko­la­ków z tym na­ło­giem jest na­prawdę nie­bez­pieczne. Zo­bacz­cie tylko, co tym ma­lu­chom zo­staje w gło­wach: jak od­no­szę suk­ces, to jem tort, jak mi smutno, to mama mi daje cze­ko­ladę, jak coś świę­tuję, to otwie­ram al­ko­hol. A je­śli ta­kie za­cho­wa­nia zda­rzają się re­gu­lar­nie: dwa razy w mie­siącu uro­dziny ko­legi, dwa razy w ty­go­dniu ba­to­nik wkła­dany przez ro­dzi­ców do śnia­da­niówki - to już jest pro­blem.

Nie­stety, wielu ro­dzi­ców nie czyta też składu pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych, które po­dają swoim dzie­ciom. Wy­daje się im, że mleczna ka­napka czy ro­ga­lik z na­dzie­niem to coś sto­sun­kowo zdro­wego. Nic bar­dziej błęd­nego. Te wszyst­kie pro­dukty mają bar­dzo ni­ską ja­kość od­żyw­czą, nie wpły­wają na zdro­wie dziecka po­zy­tyw­nie, zwią­zane są z nimi same ne­ga­tywy. Nikt mnie nie prze­kona, że "ka­napka" z mleka i cze­ko­lady z orze­chami, w któ­rej orze­chów jest za­le­d­wie dwa pro­cent, jest lep­sza niż garść orze­chów, po pro­stu.

Nie uczmy dzieci od naj­młod­szych lat, że sło­dy­cze są sta­łym ele­men­tem dnia. Nie ofe­rujmy ich jako formy na­grody czy po­cie­sze­nia. W ten spo­sób bo­wiem kształ­tu­jemy w ma­lu­chach złe na­wyki ży­wie­niowe, które po­zo­staną z nimi na stałe i z któ­rymi bę­dzie im w przy­szło­ści bar­dzo trudno wal­czyć.

Na­prawdę nie je­stem ra­dy­ka­łem i eks­tre­mi­stą. Sam lu­bię sło­dy­cze. A z dziećmi, od czasu do czasu, wy­bie­ramy się ro­dzin­nie na lody. Mamy w oko­licy do­stępne pyszne rze­mieśl­ni­cze lody, wiemy, gdzie, kiedy i jak po­wstały. Ale taka wy­prawa ni­gdy nie jest formą na­grody ani próbą przed­sta­wie­nia im cze­goś wy­jąt­ko­wego. Po pro­stu idziemy na ro­wer, a przy oka­zji, je­śli mamy ochotę, za­trzy­mu­jemy się na lody i już. Pa­mię­tać na­to­miast na­leży o ilo­ści de­seru. Moja 3-let­nia có­reczka do­staje pół gałki albo jedną, a 7-letni syn mak­sy­mal­nie pół­to­rej. I na tym ko­niec. Dzieci wie­dzą też do­brze, że tego dnia już nic in­nego słod­kiego nie do­staną.

Czy wpro­wa­dze­nie ta­kich zwy­cza­jów jest z per­spek­tywy ro­dzica ła­twe? Tak, to zde­cy­do­wa­nie ła­twiej­sze niż wy­ro­bie­nie w dzie­ciach na­wyku, że sło­dy­cze są stale do­stępne i są ele­men­tem gra­ty­fi­ka­cji. Dla­czego? Po­nie­waż taki ro­dzaj na­grody w pew­nym mo­men­cie prze­staje dzia­łać albo musi być nie­ustan­nie pod­bi­jany. Czyli za­miast jed­nego ba­to­nika mu­szą być dwa, bo je­den do ni­czego dziecka nie zmo­ty­wuje. Słod­ko­ści nie mogą być ar­gu­men­tem prze­tar­go­wym.

Przyj­rzyjmy się, jak naj­czę­ściej (co wy­nika z na­szych roz­mów z ro­dzi­cami w po­radni) wy­gląda śnia­da­nie przed­szko­laka. Otóż dzieci naj­czę­ściej do­stają:

- Mleko z płat­kami śnia­da­nio­wymi. Jed­nak nie jest to by­naj­mniej tra­dy­cyjna, znana nam z dzie­ciń­stwa owsianka czy ka­sza manna, ale mleko ze sło­dzo­nymi, ko­lo­ro­wymi, bywa, że cze­ko­la­do­wymi "po­du­szecz­kami", "łó­decz­kami" czy "ku­lecz­kami". Atrak­cyj­nie opa­ko­wa­nymi, z faj­nym ry­sun­kiem ulu­bio­nych bo­ha­te­rów z kre­skó­wek. Nic dziw­nego, że przed­szko­laki czy ucznio­wie pod­sta­wówki chęt­nie po nie się­gają. Ale gdy­by­śmy prze­czy­tali skład tych "pysz­no­ści", do­sta­li­by­śmy nie­złego oczo­pląsu: cu­kier, sy­rop glu­ko­zowy, grys ry­żowy czy ku­ku­ry­dziany, utwar­dzane tłusz­cze i masa do­dat­ków E coś tam...

- Se­rek wa­ni­liowy albo jo­gurt. O, jo­gurty to na­prawdę gruba sprawa, bo wszyst­kim się wy­daje, że są nie­sły­cha­nie zdrowe. I jest to prawda: jo­gurt na­tu­ralny, na który skła­dają się wy­łącz­nie mleko i kul­tury bak­te­rii i który ma wy­szcze­gól­niony na opa­ko­wa­niu kil­ku­dniowy ter­min waż­no­ści do spo­ży­cia - bar­dzo pro­szę! To świetne źró­dło białka, pro­bio­ty­ków dba­ją­cych o zdrową florę je­lit. Ale czy spraw­dza­li­ście kie­dy­kol­wiek, ile cu­kru i sztucz­nych do­dat­ków jest w niby-jo­gur­tach owo­co­wych? Czy za­sta­na­wia­li­ście się nad ich datą przy­dat­no­ści? Od­pu­ście so­bie te, które mogą stać w skle­pie przez mie­siąc czy dwa. Nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści, żeby utrzy­mać fer­men­to­wany na­pój mleczny w for­mie tak długo bez za­la­nia go (do­słow­nie!) che­mią. Albo modną ostat­nio tzw. mleczną ka­napkę, ce­lowo wpro­wa­dza­jącą swoją na­zwą w błąd. To zwy­kłe ciastko z kre­mem.

Wi­dzi­cie to? Śnia­da­nie wa­szego dziecka czę­ściej przy­po­mina de­ser (w do­datku nie­zdrowy) niż po­żywne da­nie, które po­winno do­star­czyć mu ener­gii na całe przed­po­łu­dnie. I chyba nic w tym dziw­nego, że ma­lec po ta­kim po­czątku dnia nie bę­dzie miał ochoty na peł­no­war­to­ściowy po­si­łek? W końcu wchło­nął prze­cież taką ilość cu­kru, która za­muli go to­tal­nie. Ro­dzice - czy pani w przed­szkolu w po­rze obiadu - na­krzy­czą na niego, więc po­sku­bie tro­chę ko­tleta czy ziem­nia­ków, a su­rówkę spryt­nie ukryje pod ser­wetką. Dra­mat.

Pro­blem nie tylko w tym, że dziecko nie bę­dzie głodne, ale że sło­dy­cze kom­plet­nie przy­tłu­mią wraż­li­wość jego kub­ków sma­ko­wych. A po­tem sły­szy się od ro­dzi­ców, że Ka­zio wy­mio­tuje po zje­dze­niu mar­chewki czy ka­pu­sty, ma mdło­ści, gdy czuje za­pach go­tu­ją­cej się zupy wa­rzyw­nej. Ucieka na wi­dok ka­la­fiora czy po­mi­dora. Nic dziw­nego! Prze­cież on nie jest przy­zwy­cza­jony do smaku nor­mal­nego po­ży­wie­nia.

CO NA TO DIE­TE­TYK?

Po zje­dze­niu sło­dy­czy po­ziom glu­kozy w krwio­biegu bły­ska­wicz­nie się pod­nosi, co dziecko od­czuwa jako po­czu­cie siły, po­bu­dze­nia. Oczy­wi­ście, bar­dzo mu się to po­doba, do­brze się po tym czuje. Nie­stety, taki cu­krowy haj trwa krótko. Po gwał­tow­nym skoku cu­kier we krwi spad­nie rów­nie gwał­tow­nie. Ma­lec szybko po­czuje osła­bie­nie i spa­dek na­stroju. Co za­tem zrobi? Się­gnie po ko­lejny ba­to­nik. I znowu bę­dzie faj­nie. Tak wła­śnie wpada się w błędne koło.

Co rów­nie cie­kawe i o czym lu­dzie czę­sto nie mają po­ję­cia: do wielu pro­duk­tów spo­żyw­czych, dla do­dat­ko­wego pod­krę­ce­nia smaku, oprócz cu­kru do­daje się także tłuszcz. Two­rzy się coś, co w przy­ro­dzie w za­sa­dzie nie wy­stę­puje. W na­tu­rze pro­dukty żyw­no­ściowe są albo tłu­ste (jak np. mięso), albo słod­kie (jak np. owoce), ale pro­du­cenci żyw­no­ści wy­ko­rzy­stują fakt, że po­łą­cze­nie słod­kiego i tłu­stego bar­dzo sma­kuje kon­su­men­tom. Do pełni szczę­ścia bra­kuje mó­zgowi wy­łącz­nie chrup­ko­ści. Wpada on wów­czas w eks­tazę; wy­dzie­lana jest do­pa­mina, hor­mon na­grody. A na­sze dzieci po­chła­niają jedną paczkę chru­pią­cych, tłu­stych i do­sła­dza­nych chip­sów za drugą, ba­to­nik za ba­to­ni­kiem, wa­fe­lek za wa­fel­kiem - i ni­gdy nie mają dość. Oto ko­lejna udana ma­ni­pu­la­cja kon­cer­nów spo­żyw­czych, bo prze­cież nie od­mó­wimy bą­bel­kowi sło­dy­czy. Jak czy­tamy w ko­men­ta­rzach na In­sta­gra­mie: "Po to jest dzie­ciń­stwo. W ten spo­sób da­jemy dzie­ciom ra­dość".

EFEKTY CU­KRO­WEJ RE­WO­LU­CJI SĄ PRZE­RA­ŻA­JĄCE.

"Na świe­cie liczba oty­łych dzieci po­wy­żej 5 roku ży­cia wzro­sła od 1975 roku z 11 mi­lio­nów do 124 mi­lio­nów w 2016 roku. Do­dat­kowo 213 mi­lio­nów miało nad­wagę"[4].

Na­to­miast w Pol­sce: "Zgod­nie z wy­ni­kami ba­da­nia PIT­NUTS (2016 r.) ok. 10% dzieci w wieku 1-3 lat ma nad­wagę/oty­łość, a do­dat­kowe 18,4% jest za­gro­żone nad­mierną masą ciała. Pro­blem nad­wagi i oty­ło­ści do­ty­czy też nie­mal co trze­ciego 8-latka (ba­da­nie COSI, 2016). We­dług da­nych uzy­ska­nych z ogól­no­pol­skiego ba­da­nia prze­pro­wa­dzo­nego przez In­sty­tut Żyw­no­ści i Ży­wie­nia wśród uczniów szkół pod­sta­wo­wych i gim­na­zjów (10-16 lat) pro­blem nad­mier­nej masy ciała do­ty­czył co pią­tego ucznia, przy czym czę­ściej wy­stę­po­wał u chłop­ców niż u dziew­cząt. Stwier­dzono też, że wraz z wie­kiem pro­blem ten nieco ma­lał, cho­ciaż na­dal utrzy­my­wał się na po­zio­mie ok. 22% u gim­na­zja­li­stów i ok. 16% u gim­na­zja­li­stek. Wstępne wy­niki ba­da­nia za­cho­wań zdro­wot­nych mło­dzieży w wieku 11-15 lat (mię­dzy­na­ro­dowe ba­da­nie HBSC, w któ­rym od wielu lat uczest­ni­czy rów­nież Pol­ska, z 2018 r.) wska­zują, że nad­mierna masa ciała wy­stę­puje u 29,7% chłop­ców i 14,3% dziew­cząt (wg kry­te­riów WHO, 2007). Od­setki te są wyż­sze o kilka pro­cent w po­rów­na­niu do wy­ni­ków edy­cji tego ba­da­nia z 2014 r. W la­tach 2014-2018 od­se­tek mło­dzieży z nad­mierną masą ciała wzrósł z 19,9% do 21,7%, przy czym sil­niej­sze po­gor­sze­nie za­ob­ser­wo­wano u chłop­ców w po­rów­na­niu do dziew­cząt, a bio­rąc pod uwagę wiek - u 13-lat­ków obojga płci"[5].

Naj­now­sze dane przy­to­czone w ra­por­cie NIK-u[6] wy­ka­zują, że pro­blem dra­stycz­nie się po­głę­bia: nie­mal 22 pro­cent pol­skich dzieci ma nad­mierną masę ciała, z czego 1/3 cierpi na oty­łość, a 2/3 na nad­wagę. Pol­skie dzieci tyją naj­szyb­ciej w Eu­ro­pie. W la­tach 70. XX wieku od­se­tek dzieci z nad­wagą i oty­ło­ścią wy­no­sił po­ni­żej 10 pro­cent, dzi­siaj 38 pro­cent. Ten­den­cja jest wzro­stowa! Ta­kie prze­ra­ża­jące dane można zna­leźć w ra­por­cie Naj­wyż­szej Izby Kon­troli z 2021 roku. Ale tak na­prawdę pro­blem jest o wiele więk­szy, po­nie­waż liczby, któ­rymi dys­po­nu­jemy, po­cho­dzą wy­łącz­nie ze sta­ty­styk am­bu­la­to­ryj­nej opieki spe­cja­li­stycz­nej (AOS) oraz przy­chodni pod­sta­wo­wej opieki zdro­wot­nej (POZ). Ozna­cza to, że zo­stają od­no­to­wane tylko wów­czas, gdy dziecko przy­cho­dzi na kon­trolę do le­ka­rza, zo­staje zwa­żone, a jego waga wpi­sana do ksią­żeczki zdro­wia. Ra­port miaż­dży cały pol­ski sys­tem ochrony zdro­wia. Bra­kuje dia­gno­styki dzieci z nad­wagą i oty­ło­ścią, bra­kuje do­stępu do le­cze­nia, pro­blem jest ba­ga­te­li­zo­wany.

Jak czy­tamy w za­le­ce­niach eks­per­tów NIK-u: dziec­kiem z nad­wagą lub oty­ło­ścią na­leży za­jąć się jak naj­szyb­ciej, do­póki jesz­cze jest zdrowe. Nie­stety, na ra­zie to uto­pia. Walka o zdro­wie oty­łych dzieci po­dej­mo­wana jest do­piero wów­czas, gdy po­ja­wiają się u nich nad­ci­śnie­nie, pro­blemy z krę­go­słu­pem, sta­wami, in­su­li­no­opor­ność czy cu­krzyca. Czyli cho­roby, które wy­ni­kają z oty­ło­ści. I któ­rych można by­łoby unik­nąć w przy­padku in­ter­wen­cji wcze­śniej­szej i po­mocy dziecku w po­wro­cie do opty­mal­nej dla niego wagi. "Po­mimo uzna­nia oty­ło­ści za cho­robę cy­wi­li­za­cyjną, a jej le­cze­nia za je­den z prio­ry­te­tów zdro­wot­nych NPZ 2-16-2020, dzia­ła­nia Mi­ni­stra ma­jące zwią­zek z pre­wen­cją i le­cze­niem nie do­pro­wa­dziły do spadku ani na­wet do za­ha­mo­wa­nia tempa wzro­stu liczby dzieci i mło­dzieży z nad­mierną masą ciała. Kon­trola wy­ka­zała, że [...] Pro­blem ten do­ty­kał co­raz młod­szych - na­wet trzy­lat­ków i dzieci w wieku wcze­snosz­kol­nym".

Wszech­obecny w die­cie cu­kier szko­dzi dzie­ciom na wielu po­zio­mach. Bar­dzo sil­nie wpływa na przy­kład na ich układ ner­wowy. "Prze­sło­dzone" dzieci stają się nad­po­bu­dliwe, agre­sywne i zde­kon­cen­tro­wane. Przyj­rzyjmy się za­tem na­szym po­cie­chom - sie­dzą na ka­na­pie z te­le­fo­nem w dłoni albo przed kom­pu­te­rem, grają w gry, cza­tują ze zna­jo­mymi, wsu­wają chipsy i po­pi­jają słod­kie na­poje ga­zo­wane. Po­woli tracą kon­takt z ro­dziną, z rze­czy­wi­sto­ścią, uza­leż­niają się od in­ter­netu. Cho­rują na de­pre­sję, mają ner­wice, oka­le­czają się, po­peł­niają sa­mo­bój­stwa. Oczy­wi­ście, prze­ło­że­nie "dziecko je cu­kier, więc staje się nad­po­bu­dliwe" nie jest ta­kie pro­ste. Pro­blem jest zło­żony. Cóż, nie­pra­wi­dłowe ży­wie­nie, brak ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej (dzie­ciaki aż 60 pro­cent czasu spę­dzają w po­zy­cji sie­dzą­cej), roz­luź­nie­nie re­la­cji z ró­wie­śni­kami i ro­dzi­cami, ucieczka w wir­tu­alny świat - to, nie­stety, syn­drom na­szych cza­sów. Ewi­dent­nie pro­wa­dzący do ob­ser­wo­wa­nego przez nas fa­tal­nego sa­mo­po­czu­cia na­szych dzieci.

Wszech­obecny w die­cie cu­kier szko­dzi dzie­ciom.

CO NA TO DIE­TE­TYK?

Nad­miar wę­glo­wo­da­nów w die­cie pro­wa­dzi do po­wsta­nia nad­miaru tkanki tłusz­czo­wej w ciele. Warto wie­dzieć, że tkanka tłusz­czowa za­cho­wuje się jak osobny na­rząd: pro­du­kuje hor­mony, które dzia­łają pro­za­pal­nie, czyli od­po­wia­dają za wy­stą­pie­nie prze­wle­kłego stanu za­pal­nego w or­ga­ni­zmie. Ten z ko­lei in­du­kuje po­wsta­wa­nie wielu róż­nych cho­rób, któ­rych czę­sto nie wiąże się z oty­ło­ścią. To wła­śnie nad­miar tłusz­czu pro­wa­dzi do po­wsta­wa­nia cu­krzycy typu 2, nad­ci­śnie­nia tęt­ni­czego, hi­per­li­pi­de­mii, nie­al­ko­ho­lo­wego stłusz­cze­nia wą­troby, cho­rób tar­czycy, sta­wów, osła­bie­nia ko­ści i wielu in­nych pro­ble­mów (wię­cej na ten te­mat w roz­dziale 3).

Ile cu­kru może bez­pie­cze­nie zjeść dziecko? Nie ma cze­goś ta­kiego jak nie­zbędna ilość wę­glo­wo­da­nów w na­szym or­ga­ni­zmie. Ow­szem, ist­nieją ta­kie normy w przy­padku tłusz­czu, białka, błon­nika czy in­nych skład­ni­ków żyw­no­ści, tych nie­zbęd­nych nam do ży­cia. Cu­kier nie­zbędny nie jest. Ist­nieją na­to­miast normy do­ty­czące tego, o ile NIE po­winno się prze­kro­czyć ilo­ści spo­ży­wa­nego cu­kru, bo po­wy­żej tego progu za­czyna być dla nas szko­dliwy. Zgod­nie z za­le­ce­niami Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia (WHO) cu­kry pro­ste nie po­winny prze­kra­czać 10 pro­cent war­to­ści ener­ge­tycz­nej dzien­nej diety. Dzieci w wieku 3 lat mogą spo­ży­wać mak­sy­mal­nie 2,5 ły­żeczki cu­kru dzien­nie, star­sze, do 6 roku ży­cia - mak­sy­mal­nie do 4 ły­że­czek dzien­nie. Więk­sza ilość szko­dzi zdro­wiu dziecka[7].

Bra­kuje kom­plek­so­wych ba­dań po­pu­la­cyj­nych do­ty­czą­cych spo­ży­cia wę­glo­wo­da­nów przez dzieci, ale z na­szych ob­ser­wa­cji wy­nika, że dzi­siaj spo­ży­wają one 20-30 razy wię­cej cu­kru, niż na­ka­zuje norma WHO.

Ko­lej­nym po cu­krze naj­więk­szym tru­ci­cie­lem na­szych dzieci jest żyw­ność prze­two­rzona.

Okre­śle­nie "żyw­ność prze­two­rzona" ko­ja­rzy się lu­dziom z fast fo­odem: ke­ba­bami, ham­bur­ge­rami, mro­żoną pizzą. Teo­re­tycz­nie wia­domo za­tem, że tego typu je­dze­nia na­leży uni­kać. Tym­cza­sem tak na­prawdę prze­two­rzone - czyli pod­dane in­ten­syw­nej ob­róbce - są wszyst­kie pro­dukty spo­żyw­cze o dłu­giej da­cie waż­no­ści. A te­raz - uwaga, uwaga! - są to pro­dukty, które ja­damy na co dzień, nie­świa­domi, jak bar­dzo nam szko­dzą. Są do­słow­nie prze­siąk­nięte róż­nego ro­dzaju sztucz­nymi do­dat­kami: barw­ni­kami, an­ty­zbry­la­czami, an­ty­utle­nia­czami, kon­ser­wan­tami i in­nym szaj­sem. Po co? Ano po to, żeby dłu­żej nada­wały się do spo­ży­cia, nie ple­śniały, miały ładny ko­lor i ładny za­pach.

Oczy­wi­ście wszyst­kie te do­datki, opi­sane w ulotce jako "E z cy­ferką", zo­stały do­pusz­czone do sto­so­wa­nia w prze­my­śle spo­żyw­czym i uznane za bez­pieczne. Ale prawda jest taka, że sztuczne sub­stan­cje che­miczne ni­gdy nie będą obo­jętne dla na­szego or­ga­ni­zmu. Gdy­by­śmy zje­dli ich nie­wielką ilość, to za­pewne na­sze ciało po­ra­dzi­łoby so­bie z nimi. Dys­po­nuje nie­złym sys­te­mem oczysz­cza­nia, który neu­tra­li­zuje i wy­dala na ze­wnątrz szko­dliwe tok­syny. Ale co, je­śli tych do­dat­ków zjemy w ciągu roku wia­dro? Co się wtedy sta­nie? Jak za­re­agują na­sze fil­try, czyli wą­troba, nerki czy układ lim­fa­tyczny, które mają za za­da­nie uty­li­zo­wać tok­syny i inne tru­ci­zny, które do­stały się do na­szego or­ga­ni­zmu? Po­wiem wam tak - zo­staną za­wa­lone śmie­ciami i prze­staną do­brze pra­co­wać. To jest po­ważny pro­blem na­wet dla nas, do­ro­słych. A co z dziećmi, któ­rych or­ga­ni­zmy do­piero się roz­wi­jają, kształ­tują, któ­rych na­rządy we­wnętrzne do­piero ro­sną, a układ od­por­no­ściowy wciąż się two­rzy? Jak my­śli­cie, skąd u dzieci tyle aler­gii skór­nych, wziew­nych, cho­rób au­to­im­mu­no­lo­gicz­nych? Prze­cież kie­dyś ich nie było. Przy­po­mnij­cie so­bie, czy kiedy by­li­śmy dziećmi, sły­sze­li­śmy o ja­kiejś aler­gii? O cho­ro­bach je­lit, ta­kich jak SIBO czy ze­spół je­lita nad­wraż­li­wego? No nie! To, nie­stety, plaga dzi­siej­szych cza­sów, która naj­bar­dziej do­tyka na­sze dzieci. I nie­stety w du­żej mie­rze od­po­wiada za nią wła­śnie wy­soko prze­two­rzone je­dze­nie, które im, czę­sto nie­świa­do­mie, po­da­jemy.

NIK w 2019 roku alar­mo­wał, że "prze­ciętny Po­lak zjada rocz­nie 2 kg do­dat­ków do żyw­no­ści, ta­kich jak kon­ser­wanty, prze­ciw­u­tle­nia­cze, sło­dziki, emul­ga­tory, wzmac­nia­cze smaku czy sztuczne barw­niki. Ich spo­ży­cie przez nie­które dzieci prze­kra­cza normy na­wet pię­cio­krot­nie"[8].

Po­nadto od­po­wie­dzialne służby nie spraw­dzają, czy to, co pro­du­cent de­kla­ruje na opa­ko­wa­niu, po­krywa się z rze­czy­wi­stym skła­dem pro­duktu. We­dług NIK-u jed­nego dnia można przy­swoić na­wet 85 róż­nych "E". Wy­nika to mię­dzy in­nymi z faktu, że dieta prze­cięt­nego kon­su­menta w około 70 pro­cen­tach składa się z pro­duk­tów prze­two­rzo­nych za­wie­ra­ją­cych sub­stan­cje do­dat­kowe.

Są to sub­stan­cje, które w nor­mal­nych wa­run­kach nie są spo­ży­wane jako żyw­ność. Do­daje się je wy­łącz­nie po to, aby za­po­biec nie­ko­rzyst­nym zmia­nom smaku, barwy, za­pa­chu, wy­dłu­żyć okres trwa­ło­ści, zwięk­szyć atrak­cyj­ność wy­robu, umoż­li­wić two­rze­nie no­wych pro­duk­tów, na przy­kład typu li­ght, ale także po to, by zwięk­szyć efek­tyw­ność pro­cesu pro­duk­cyj­nego. NIK zwró­cił także uwagę, że im wię­cej "po­lep­sza­czy" w żyw­no­ści, tym wię­cej aler­gii, a także wyż­sze ry­zyko za­cho­ro­wa­nia na cho­roby no­wo­two­rowe[9].

Po­sia­da­cze sa­mo­cho­dów do­sko­nale wie­dzą, że by sa­mo­chód jeź­dził, trzeba o niego dbać: ro­bić re­gu­lar­nie prze­glądy i lać do baku do­brej ja­ko­ści pa­liwo. Gdy wle­jemy tzw. chrzczoną ben­zynę lub inny płyn, za­trzemy sil­nik. Sa­mo­chód sta­nie. A nas czeka hor­ren­dal­nie droga na­prawa, czysz­cze­nie, wy­miana czę­ści. To dla wszyst­kich ja­sne i oczy­wi­ste. Dbamy za­tem o na­sze au­tka, chu­chamy na nie i dmu­chamy. No a te­raz po­wiedz­cie mi, dla­czego nie dbamy tak samo o or­ga­ni­zmy na­sze i na­szych dzieci? Dla­czego za­miast do­brego pa­liwa "le­jemy" w nie ja­kieś pod­róbki je­dze­nia, które nie dość, że nie dają ener­gii, nie od­ży­wiają, nie wzmac­niają, to jesz­cze naj­nor­mal­niej w świe­cie trują?

Na­sze or­ga­ni­zmy, a zwłasz­cza or­ga­ni­zmy dzie­cięce, są kom­plet­nie nie­przy­sto­so­wane do ta­kiej ilo­ści che­mii w po­ży­wie­niu, jaką fun­duje nam dzi­siaj prze­mysł spo­żyw­czy. Znów wra­cam do lat 80. czy 90. ubie­głego wieku, gdy wę­dlina była wę­dzona i so­lona, ma­sło było ma­słem, a nie wy­ro­bem ma­sło­po­dob­nym czy mar­ga­ryną o "ma­śla­nym smaku" (uzy­ska­nym, oczy­wi­ście, za po­mocą do­datku od­po­wied­niej sub­stan­cji), chleb był pie­czony na za­kwa­sie, a bułki ze zwy­kłej mąki. Obec­nie półki ugi­nają się od niby-je­dze­nia, za to za­chwa­la­nego i re­kla­mo­wa­nego jako na­tu­ralne i zdrowe.

Wie­cie, jak roz­po­znać PRAW­DZIWE JE­DZE­NIE? Na jego opa­ko­wa­niu nie jest wy­mie­niony skład. Jak jest ryż, to ryż. Jak mięso, to mięso. Jak jabłko, to jabłko, jo­gurt to mleko plus kul­tury bak­te­rii. Jak jajko, to jajko. I tak da­lej.

To jesz­cze nie wszystko. Praw­dziwe je­dze­nie to także pro­dukty wy­so­kiej ja­ko­ści. Bo co z tego, że po­wszech­nie wia­domo, że jajko jest zdrowe? Je­śli ku­pi­cie tzw. trójki, czyli ta­kie ozna­ko­wane pie­czątką z nu­me­rem 3, na­bę­dzie­cie jaja z chowu prze­my­sło­wego. Kury, które je zno­szą, są cho­wane w gi­gan­tycz­nych ha­lach bez do­stępu świa­tła i kar­mione pa­szą - oczy­wi­ście, ma­cie ra­cję - che­miczną. Tylko praw­dziwe jajka od wiej­skiej kury lub te z 0 (chów eko­lo­giczny) lub 1 (od kur z wol­nego wy­biegu) na sko­rupce są jed­nym z naj­do­sko­nal­szych po­kar­mów dla czło­wieka. Za­wie­rają wszyst­kie po­trzebne ami­no­kwasy, wi­ta­miny i mi­kro­ele­menty. Dają siłę i od­ży­wiają. Te­sto­wa­łem to w dzie­ciń­stwie, pod­bie­ra­jąc spryt­nie jajka ku­rom mo­jego dziadka i wy­pi­ja­jąc jedno po dru­gim przez dziurkę w sko­rupce. A za­ła­many dzia­dek za­cho­dził w głowę, dla­czego kury się nie niosą.

Pa­mię­taj­cie, że od tego, co po­ło­ży­cie na ta­le­rzu wa­szego dziecka, co trafi do żo­łądka, za­leży funk­cjo­no­wa­nie ca­łego dzie­cię­cego or­ga­ni­zmu. Oty­łość to "tylko" ze­wnętrzny ob­jaw tego, że ciało woła o po­moc. "Ra­tunku! Nie daję rady!"

W trak­cie spo­tkań z ro­dzi­cami mo­ich pod­opiecz­nych sły­szę dzie­siątki wy­mó­wek. Ro­dzice tłu­ma­czą się, że nie mają czasu na go­to­wa­nie. Ale czy na­prawdę? Prze­cież to zwy­kły wy­kręt. Wy­star­czy chcieć.

Wiem, co mó­wię, bo­wiem od kiedy po­sta­no­wi­łem, że zo­stanę mi­strzem świata, mu­sia­łem za­dbać o swoją dietę. To, jak wy­gląda i w ja­kiej for­mie jest ciało, ile mamy ener­gii i siły, po pro­stu za­leży od tego, co się je. Mu­sia­łem więc do­star­czać so­bie co­dzien­nie od­po­wied­nią por­cję białka i wi­ta­min. Mu­sia­łem zja­dać po­żywne po­karmy, ta­kie jak ryż, mięso, ryby, jajka, wa­rzywa. Mia­łem 18 lat, a jeź­dzi­łem do szkoły au­to­bu­sem ob­ła­do­wany je­dze­niem jak wiel­błąd. Na­prawdę, bar­dzo ła­two można na­uczyć się kom­po­no­wa­nia po­sił­ków i przy­go­to­wa­nia w pół go­dziny cze­goś do­brego na obiad czy ko­la­cję. Zresztą prze­ko­na­cie się sami - w tej książce za­miesz­czamy prze­pisy, które prze­te­sto­wali ro­dzice wielu na­szych pod­opiecz­nych, na pyszne i pro­ste do zro­bie­nia da­nia. Na­prawdę można. I na­prawdę warto, bo zdro­wie i sa­mo­po­czu­cie na­szych dzieci nie ma ceny.

Ko­lejna ro­dzi­ciel­ska wy­mówka to "je­dze­nie eko­lo­giczne jest droż­sze niż prze­my­słowe, trud­niej zdo­być pro­dukty wy­so­kiej ja­ko­ści" itp. Mam na to jedną od­po­wiedź: pie­nią­dze za­osz­czę­dzone na je­dze­niu dla dziecka (oraz dla sie­bie, oczy­wi­ście) wy­da­cie - w kwo­cie wie­lo­krot­nie wyż­szej! - na le­ka­rzy i leki. Kropka. Dziecko z nad­wagą czy oty­ło­ścią, któ­rego ro­dzice nie dbają o dietę, cho­ruje. A jak bar­dzo cho­ruje - po­słu­chaj­cie le­ka­rzy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki