NIE TRUJ DZIECKA
W TYM ROZDZIALE ZNAJDZIECIE:
- Instrukcję czytania etykiety produktu żywnościowego - w postaci infografiki.
- Listę najbardziej szkodliwych dodatków do żywności.
- Listę produktów żywnościowych z ukrytą zawartością cukru i jednocześnie ich zdrowszych zamienników.
Właśnie zatankowałem samochód i poszedłem zapłacić. I zobaczyłem mężczyznę kupującego dzieciakom po dwa batony na głowę, a do tego butelkę kolorowego gazowanego napoju. Aż mnie w sercu zakłuło! Nie można zamiast obiadu dawać dziecku słodyczy! A napoje? Czy ktokolwiek zwraca uwagę na fakt, że w "owocowych" kolorowych napojach gazowanych, nawet w wodach smakowych, jest mnóstwo cukru? Tymczasem dzieci piją te sztucznie barwione, przygotowane z koncentratów o najdziwniejszym składzie "soczki" na potęgę! Czy rodzic zdaje sobie sprawę, że jeżeli jego synek czy córka wypiją półtoralitrowy napój, to wchłoną 20-40 kostek cukru?
"Oszacowano, że przeciętnie osoby, których zgon można powiązać z konsekwencjami spożycia napojów słodzonych cukrem, żyją o 15 lat krócej niż średnio osoba w ich wieku. Szacuje się również, że w Polsce blisko 1400 zgonów rocznie wynika z konsekwencji nadmiernego spożycia napojów słodzonych cukrem"[2].
Takie rzeczy dzieją się dosłownie na każdym kroku. W wielu supermarketach i sklepach sieciowych można kupić za grosze przekąski: hot dogi, pizze, tortille, zapiekanki z najgorszych (czytaj: najtańszych) składników. I rodzice kupują je dzieciom zamiast obiadu. Albo dzieciaki same wyskakują do pobliskiego supermarketu na przerwie między lekcjami i wybierają przepięknie zapakowane, obłędnie kolorowe, zachęcające i kuszące słodycze, które wręcz wylewają się z półek.
Rodzice dzieci pod naszą opieką często szeroko otwierają ze zdziwienia oczy, kiedy pokazuję im etykiety ze składem takich produktów. Są przerażeni.
- To moje dziecko zjada szklankę cukru każdego dnia?
A tak. I to od dawna. Na dodatek masę rakotwórczych utwardzanych tłuszczów, konserwantów, barwników, wzmacniaczy smaku i innej chemii, którą faszeruje się "smakołyki". Nic dziwnego, że tyje, choruje i jest nadpobudliwe, prawda?
Tymczasem jedzenie powinno być paliwem dla organizmu. Żeby dawało nam siłę i energię, musi mieć wartości odżywcze. Miejsce śmieciowego jedzenia - jak sama nazwa wskazuje - jest na śmietniku, a nie w żołądku. Nie tylko nie odżywia ono ciała, ale wręcz je niszczy. I nie ma w tym, co mówię, najmniejszej przesady.
Drodzy rodzice, obudźcie się wreszcie. Dopóki nie zaczniecie czytać etykiet produktów żywnościowych kupowanych waszym dzieciom, dopóki nie znajdziecie czasu, żeby samodzielnie ugotować czy upiec coś w domu ze zdrowych składników, dopóki będziecie szli na łatwiznę i kupowali im ładnie opakowane, ale tak naprawdę śmieciowe jedzenie i picie - wasze dzieci nie będą szczupłe ani zdrowe. Nie mają na to najmniejszych szans.
CUKIER JEST PIERWSZYM NARKOTYKIEM, KTÓRY PODAJEMY DZIECIOM.
Tak, NARKOTYKIEM! Nie boję się tego określenia, choć zdaję sobie sprawę, że wielu osobom się ono nie spodoba. Doświadczenia naukowe na szczurach wykazały, że zwierzęta uzależniają się silniej od cukru niż od kokainy. To właśnie nadmiar cukru w diecie jest jedną z najważniejszych przyczyn tak gwałtownego przybierania na wadze przez dzieci. Niestety, większość rodziców jest absolutnie przekonana, że otyłość powoduje spożywanie tłuszczu. Są wychowani na teoriach z lat 90. XX wieku, straszących, że tłuszcz zatyka tętnice, powoduje miażdżycę, trzeba go zatem unikać jak ognia. W tamtych czasach słyszeliśmy, żeby nie kupować szkodliwego masła, jeść dwa jajka w tygodniu i tym podobne brednie. Dzisiaj już wiemy, że różne rodzaje tłuszczów są nam bardzo potrzebne. A już te pochodzące z ryb, dobrej jakości olejów roślinnych tłoczonych na zimno czy oliwy - czyli zawierające nienasycone kwasy omega-3 - są wręcz niezbędne do prawidłowego rozwoju i funkcjonowania dzieci (dorosłych zresztą również). Zatem bezrefleksyjne ograniczanie ich spożycia z obawy przed nadwagą nie miało (i oczywiście nadal nie ma) sensu.
Tyle że tamte teorie mocno trzymają się w rodzicielskich głowach. Rodzice nie kupują więc dzieciom boczku, kiełbasy czy odkrawają tłuszcz z kotletów. Nie mają pojęcia, że o wiele bardziej szkodzą im, kupując żelki, pianki, czekoladki, ciasteczka, słodzone napoje. A sięgają po nie chętnie, bo pozostało w ich pamięci jeszcze jedno hasło sprzed lat, równie szkodliwe i głupie: "Cukier krzepi". I wcale nie dają sobie łatwo przetłumaczyć, że ten slogan to totalna bzdura. Został wymyślony w latach 30. ubiegłego wieku jako reklama polskiego przemysłu cukrowniczego wyłącznie po to, żeby zwiększyć sprzedaż białego rafinowanego cukru, którego nikt nie kupował. Udało się - cukrownie zwiększyły obroty, a producenci i handlowcy zarobili (i zarabiają) na ludzkiej ignorancji. Wystarczy spojrzeć na półki w supermarketach dosłownie uginające się pod nadmiarem różnego rodzaju słodkości.
Boimy się tłuszczu, a tyjemy od nadmiaru węglowodanów, w tym cukrów.
I tak naprawdę nie chodzi o biały cukier w torebkach czy kostkach. Ostatnimi czasy jadamy go mniej. Chodzi o cukier, który oprócz oczywistych wyrobów, takich jak słodycze, jest sprytnie ukryty w wielu innych produktach spożywczych. Bez uważnego przeczytania ich składu tego dodatku po prostu nie zauważymy. Tym bardziej, że oprócz zwykłego cukru znajdziemy w żywności różnego rodzaju dosładzacze, takie jak: syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, maltodekstryna, dekstroza i inne. Gotowe produkty zawierają często nawet pięć różnych słodzideł. Są one choćby w śledziach po kaszubsku, ketchupie i musztardzie, wędlinach, pasztetach i pizzy. Dosłownie we wszystkich produktach wysoko przetworzonych. To, niestety, przekleństwo naszych czasów. Kiedy my, dorośli, byliśmy dziećmi, nikomu nie przychodziło do głowy, żeby dosładzać kiełbasę...
Przypomnijmy sobie lata 80. XX wieku. W każdym domu stała pośrodku stołu cukiernica. Słodziło się jedną czy dwoma łyżeczkami cukru kawę lub herbatę, czasami posypywało się kilkoma kryształkami śniadaniową zupę mleczną. Ale to był jedyny cukier, jakiego się używało. Nie przekraczało się raczej bezpiecznej dla organizmu normy 15, 20 czy nawet 25 gramów dziennie. Dziś cukiernice pojawiają się na naszych stołach rzadko, zjadamy za to (zwykle kompletnie nieświadomie) dosładzane produkty żywnościowe. Zarówno dorośli, jak i dzieci wchłaniają nieprawdopodobne ilości cukru.
"W latach 2008-2017 o 6,1 kg wzrosła przeciętna ilość cukru spożywanego przez jednego mieszkańca Polski, mimo znacznego zmniejszenia spożycia cukru nieprzetworzonego, nabywanego bezpośrednio przez gospodarstwa domowe (spadło ono w tym czasie o 5,7 kg). Obserwowany wzrost wynika ze wzrostu konsumpcji cukru będącego składnikiem innych produktów spożywczych o blisko 11,8 kg"[3].
Wraz z ekspertami pracującymi w mojej poradni prowadzimy na Instagramie kanał edukujący rodziców w kwestii tego, jak mogą zdrowo żywić dzieci, jak dbać o ich aktywność fizyczną. Chwalimy się (naprawdę jest czym!) postępami naszych podopiecznych, którym udało się zrzucić zbędne kilogramy. Jakiś czas temu nagraliśmy rolkę, w której pokazaliśmy plecak przedszkolaka wyruszającego na wycieczkę. Nie był to plecak hipotetyczny; po prostu sprawdziliśmy w autentycznym przedszkolu, co jak najbardziej prawdziwe dzieci dostają od rodziców jako przekąski na cały dzień. Na liście znalazły się: owocowy sok przecierowy (rodzice sądzą, że zdrowy, tymczasem pełen pustych kalorii i cukru), pianki, wafelki, batoniki, paluszki, rogaliki z masą czekoladopodobną (o 2-letnim terminie ważności), mleczne kanapki, które z kanapkami nie mają absolutnie nic wspólnego itd. Poinformowaliśmy, ile mają w sobie cukru - dokładnie 42 gramy (w paczce pianek, musie owocowym, rogaliku i napoju). Filmik obejrzało prawie 200 tysięcy osób.
Ludzie, co się zaczęło dziać pod tą rolką! Pojawiła się masa wściekłych i agresywnych komentarzy (przepraszam za słownictwo, ale to cytat): "Daj się dzieciom nacieszyć, a nie od małego roz... im życie takim pieprzeniem!", "Kto to taki? Pani maruda, pogromczyni uśmiechów dzieci", "Współczuję każdemu dziecku, którego rodzice są tacy jak ta kobieta. Dzieciństwo tych dzieci jest w 100 procentach wtedy roz...one, że tak powiem. Nie pozdrawiam". I tak dalej.
Temperatura wzrosła jeszcze przy kolejnej rolce, w której zaprezentowaliśmy zawartość cukru w kolorowych napojach i zachęciliśmy rodziców do podawania dzieciom wody do picia. Odtworzeń - ponad milion, czyli trafiliśmy w gorący temat. Niektórych naszych oglądaczy naprawdę poniosły wtedy nerwy: "Zamknij mordę, proszę cię, najlepiej zatkaj ją sobie bułczaną lub jakąś pasztetową", "Całe pokolenia przeżyły bez tych rad".
Kompletnie nas zatkało. O co chodzi? Skąd taka agresja? Przecież to tylko proste edukacyjne filmiki mające uświadomić ludziom, że nadmiar cukru szkodzi. Że przecież można dziecku przygotować zdrowe przekąski i napoje. Aż w końcu zrozumieliśmy: nie tylko dzieci, ale także ich rodzice są uzależnieni od cukru. Po prostu nie chcą zobaczyć skutków ubocznych jedzenia słodyczy czy picia słodzonych napojów. I jak wszystkie osoby uzależnione reagują nerwowo, gdy chce się im odebrać narkotyk. Wmawiają sobie, że nie ma problemu. Uważają, że dając dziecku słodycze, sprawiają mu przyjemność, "osładzają" dzień. Absolutnie chcą dobrze. Niestety, wychodzi jak zawsze.
CO NA TO LEKARZ?
- Nie dawajmy dzieciom słodyczy w nagrodę - mówi dr hab. Michał Brzeziński, adiunkt w Katedrze i Klinice Pediatrii, Gastroenterologii, Alergologii i Żywienia Dzieci Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Moja 3-letnia córka chodzi do przedszkola. Wczoraj było zebranie rodziców, na którym moja żona (nie jest lekarzem) zaprotestowała przeciwko przynoszeniu przez dzieci na urodziny słodkich przekąsek, batoników, ciastek z kremem itd. Próbowała wytłumaczyć, że to, niestety, fatalny zwyczaj, ponieważ pokazuje dzieciom, od najmłodszych lat, że urodziny są fajne tylko dlatego, że są słodycze. W dodatku uczy je bardzo niezdrowych nawyków żywieniowych. Jak można się domyślić, jej zdanie nie przypadło wielu osobom do gustu. Rozpętała się burzliwa dyskusja. Wielu rodziców protestowało, mówiąc, że przecież urodziny są raz w roku. Owszem, ale weźmy pod uwagę fakt, że dzieci w grupie przedszkolnej jest około 20. A to oznacza, że urodziny na słodko są świętowane mniej więcej dwa razy w miesiącu. Czyli co dwa tygodnie utrwalamy w maluchach, że dzieje się coś fajnego, a świętowanie jest powiązane z jedzeniem słodyczy. Pozostaje im w głowie informacja, że słodycze są formą nagrody, pozytywnego przeżywania emocji.
Obawiam się, że większość osób, które wypowiadały się negatywnie pod rolkami na Instagramie Leszka Klimasa, właśnie w ten sposób postrzega słodkości. Nie jako coś, co raz na jakiś czas możemy zjeść, bo mamy na to ochotę, tylko jako coś, co możemy dzieciom dać, żeby ich radość była większa. Dlatego rodzice stawiają na urodzinach swoich dzieci torty i cukierki zamiast owoców, warzyw czy kukurydzianych chrupków (które są jakąś formą przejściową, choć niepotrzebną dzieciom do niczego).
Mam szczerą nadzieję, że wynika to z braku świadomości tych rodziców. Bo przecież naprawdę nie ma co robić problemu, gdy dziecko zje jeden kawałek tortu na urodzinach czy paczkę żelków na wycieczce. Chodzi o to, że u kilkulatków bardzo łatwo jest wyrobić zły nawyk, który wywoła w nich wrażenie, że coś miłego w ich życiu i świętowanie tego łączy się z jedzeniem słodyczy. Tymczasem powinniśmy przecież budować prawidłowe, zdrowe nawyki żywieniowe u naszych dzieci. Osoby świadome tego faktu w ogóle nie będą wypowiadać się pod podobnymi postami jak ten u Leszka. Bo treści, jakie on propaguje, są dla nich oczywiste.
Innym bardzo złym przyzwyczajeniem jest to związane z alkoholem. Czy naprawdę na urodzinach czterolatka musi być napój gazowany o smaku malinowym w butelce wyglądającej jak butelka szampana? W naszym społeczeństwie, które ma ogromny problem z alkoholizmem, oswajanie przedszkolaków z tym nałogiem jest naprawdę niebezpieczne. Zobaczcie tylko, co tym maluchom zostaje w głowach: jak odnoszę sukces, to jem tort, jak mi smutno, to mama mi daje czekoladę, jak coś świętuję, to otwieram alkohol. A jeśli takie zachowania zdarzają się regularnie: dwa razy w miesiącu urodziny kolegi, dwa razy w tygodniu batonik wkładany przez rodziców do śniadaniówki - to już jest problem.
Niestety, wielu rodziców nie czyta też składu produktów żywnościowych, które podają swoim dzieciom. Wydaje się im, że mleczna kanapka czy rogalik z nadzieniem to coś stosunkowo zdrowego. Nic bardziej błędnego. Te wszystkie produkty mają bardzo niską jakość odżywczą, nie wpływają na zdrowie dziecka pozytywnie, związane są z nimi same negatywy. Nikt mnie nie przekona, że "kanapka" z mleka i czekolady z orzechami, w której orzechów jest zaledwie dwa procent, jest lepsza niż garść orzechów, po prostu.
Nie uczmy dzieci od najmłodszych lat, że słodycze są stałym elementem dnia. Nie oferujmy ich jako formy nagrody czy pocieszenia. W ten sposób bowiem kształtujemy w maluchach złe nawyki żywieniowe, które pozostaną z nimi na stałe i z którymi będzie im w przyszłości bardzo trudno walczyć.
Naprawdę nie jestem radykałem i ekstremistą. Sam lubię słodycze. A z dziećmi, od czasu do czasu, wybieramy się rodzinnie na lody. Mamy w okolicy dostępne pyszne rzemieślnicze lody, wiemy, gdzie, kiedy i jak powstały. Ale taka wyprawa nigdy nie jest formą nagrody ani próbą przedstawienia im czegoś wyjątkowego. Po prostu idziemy na rower, a przy okazji, jeśli mamy ochotę, zatrzymujemy się na lody i już. Pamiętać natomiast należy o ilości deseru. Moja 3-letnia córeczka dostaje pół gałki albo jedną, a 7-letni syn maksymalnie półtorej. I na tym koniec. Dzieci wiedzą też dobrze, że tego dnia już nic innego słodkiego nie dostaną.
Czy wprowadzenie takich zwyczajów jest z perspektywy rodzica łatwe? Tak, to zdecydowanie łatwiejsze niż wyrobienie w dzieciach nawyku, że słodycze są stale dostępne i są elementem gratyfikacji. Dlaczego? Ponieważ taki rodzaj nagrody w pewnym momencie przestaje działać albo musi być nieustannie podbijany. Czyli zamiast jednego batonika muszą być dwa, bo jeden do niczego dziecka nie zmotywuje. Słodkości nie mogą być argumentem przetargowym.
Przyjrzyjmy się, jak najczęściej (co wynika z naszych rozmów z rodzicami w poradni) wygląda śniadanie przedszkolaka. Otóż dzieci najczęściej dostają:
- Mleko z płatkami śniadaniowymi. Jednak nie jest to bynajmniej tradycyjna, znana nam z dzieciństwa owsianka czy kasza manna, ale mleko ze słodzonymi, kolorowymi, bywa, że czekoladowymi "poduszeczkami", "łódeczkami" czy "kuleczkami". Atrakcyjnie opakowanymi, z fajnym rysunkiem ulubionych bohaterów z kreskówek. Nic dziwnego, że przedszkolaki czy uczniowie podstawówki chętnie po nie sięgają. Ale gdybyśmy przeczytali skład tych "pyszności", dostalibyśmy niezłego oczopląsu: cukier, syrop glukozowy, grys ryżowy czy kukurydziany, utwardzane tłuszcze i masa dodatków E coś tam...
- Serek waniliowy albo jogurt. O, jogurty to naprawdę gruba sprawa, bo wszystkim się wydaje, że są niesłychanie zdrowe. I jest to prawda: jogurt naturalny, na który składają się wyłącznie mleko i kultury bakterii i który ma wyszczególniony na opakowaniu kilkudniowy termin ważności do spożycia - bardzo proszę! To świetne źródło białka, probiotyków dbających o zdrową florę jelit. Ale czy sprawdzaliście kiedykolwiek, ile cukru i sztucznych dodatków jest w niby-jogurtach owocowych? Czy zastanawialiście się nad ich datą przydatności? Odpuście sobie te, które mogą stać w sklepie przez miesiąc czy dwa. Nie ma takiej możliwości, żeby utrzymać fermentowany napój mleczny w formie tak długo bez zalania go (dosłownie!) chemią. Albo modną ostatnio tzw. mleczną kanapkę, celowo wprowadzającą swoją nazwą w błąd. To zwykłe ciastko z kremem.
Widzicie to? Śniadanie waszego dziecka częściej przypomina deser (w dodatku niezdrowy) niż pożywne danie, które powinno dostarczyć mu energii na całe przedpołudnie. I chyba nic w tym dziwnego, że malec po takim początku dnia nie będzie miał ochoty na pełnowartościowy posiłek? W końcu wchłonął przecież taką ilość cukru, która zamuli go totalnie. Rodzice - czy pani w przedszkolu w porze obiadu - nakrzyczą na niego, więc poskubie trochę kotleta czy ziemniaków, a surówkę sprytnie ukryje pod serwetką. Dramat.
Problem nie tylko w tym, że dziecko nie będzie głodne, ale że słodycze kompletnie przytłumią wrażliwość jego kubków smakowych. A potem słyszy się od rodziców, że Kazio wymiotuje po zjedzeniu marchewki czy kapusty, ma mdłości, gdy czuje zapach gotującej się zupy warzywnej. Ucieka na widok kalafiora czy pomidora. Nic dziwnego! Przecież on nie jest przyzwyczajony do smaku normalnego pożywienia.
CO NA TO DIETETYK?
Po zjedzeniu słodyczy poziom glukozy w krwiobiegu błyskawicznie się podnosi, co dziecko odczuwa jako poczucie siły, pobudzenia. Oczywiście, bardzo mu się to podoba, dobrze się po tym czuje. Niestety, taki cukrowy haj trwa krótko. Po gwałtownym skoku cukier we krwi spadnie równie gwałtownie. Malec szybko poczuje osłabienie i spadek nastroju. Co zatem zrobi? Sięgnie po kolejny batonik. I znowu będzie fajnie. Tak właśnie wpada się w błędne koło.
Co równie ciekawe i o czym ludzie często nie mają pojęcia: do wielu produktów spożywczych, dla dodatkowego podkręcenia smaku, oprócz cukru dodaje się także tłuszcz. Tworzy się coś, co w przyrodzie w zasadzie nie występuje. W naturze produkty żywnościowe są albo tłuste (jak np. mięso), albo słodkie (jak np. owoce), ale producenci żywności wykorzystują fakt, że połączenie słodkiego i tłustego bardzo smakuje konsumentom. Do pełni szczęścia brakuje mózgowi wyłącznie chrupkości. Wpada on wówczas w ekstazę; wydzielana jest dopamina, hormon nagrody. A nasze dzieci pochłaniają jedną paczkę chrupiących, tłustych i dosładzanych chipsów za drugą, batonik za batonikiem, wafelek za wafelkiem - i nigdy nie mają dość. Oto kolejna udana manipulacja koncernów spożywczych, bo przecież nie odmówimy bąbelkowi słodyczy. Jak czytamy w komentarzach na Instagramie: "Po to jest dzieciństwo. W ten sposób dajemy dzieciom radość".
EFEKTY CUKROWEJ REWOLUCJI SĄ PRZERAŻAJĄCE.
"Na świecie liczba otyłych dzieci powyżej 5 roku życia wzrosła od 1975 roku z 11 milionów do 124 milionów w 2016 roku. Dodatkowo 213 milionów miało nadwagę"[4].
Natomiast w Polsce: "Zgodnie z wynikami badania PITNUTS (2016 r.) ok. 10% dzieci w wieku 1-3 lat ma nadwagę/otyłość, a dodatkowe 18,4% jest zagrożone nadmierną masą ciała. Problem nadwagi i otyłości dotyczy też niemal co trzeciego 8-latka (badanie COSI, 2016). Według danych uzyskanych z ogólnopolskiego badania przeprowadzonego przez Instytut Żywności i Żywienia wśród uczniów szkół podstawowych i gimnazjów (10-16 lat) problem nadmiernej masy ciała dotyczył co piątego ucznia, przy czym częściej występował u chłopców niż u dziewcząt. Stwierdzono też, że wraz z wiekiem problem ten nieco malał, chociaż nadal utrzymywał się na poziomie ok. 22% u gimnazjalistów i ok. 16% u gimnazjalistek. Wstępne wyniki badania zachowań zdrowotnych młodzieży w wieku 11-15 lat (międzynarodowe badanie HBSC, w którym od wielu lat uczestniczy również Polska, z 2018 r.) wskazują, że nadmierna masa ciała występuje u 29,7% chłopców i 14,3% dziewcząt (wg kryteriów WHO, 2007). Odsetki te są wyższe o kilka procent w porównaniu do wyników edycji tego badania z 2014 r. W latach 2014-2018 odsetek młodzieży z nadmierną masą ciała wzrósł z 19,9% do 21,7%, przy czym silniejsze pogorszenie zaobserwowano u chłopców w porównaniu do dziewcząt, a biorąc pod uwagę wiek - u 13-latków obojga płci"[5].
Najnowsze dane przytoczone w raporcie NIK-u[6] wykazują, że problem drastycznie się pogłębia: niemal 22 procent polskich dzieci ma nadmierną masę ciała, z czego 1/3 cierpi na otyłość, a 2/3 na nadwagę. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. W latach 70. XX wieku odsetek dzieci z nadwagą i otyłością wynosił poniżej 10 procent, dzisiaj 38 procent. Tendencja jest wzrostowa! Takie przerażające dane można znaleźć w raporcie Najwyższej Izby Kontroli z 2021 roku. Ale tak naprawdę problem jest o wiele większy, ponieważ liczby, którymi dysponujemy, pochodzą wyłącznie ze statystyk ambulatoryjnej opieki specjalistycznej (AOS) oraz przychodni podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Oznacza to, że zostają odnotowane tylko wówczas, gdy dziecko przychodzi na kontrolę do lekarza, zostaje zważone, a jego waga wpisana do książeczki zdrowia. Raport miażdży cały polski system ochrony zdrowia. Brakuje diagnostyki dzieci z nadwagą i otyłością, brakuje dostępu do leczenia, problem jest bagatelizowany.
Jak czytamy w zaleceniach ekspertów NIK-u: dzieckiem z nadwagą lub otyłością należy zająć się jak najszybciej, dopóki jeszcze jest zdrowe. Niestety, na razie to utopia. Walka o zdrowie otyłych dzieci podejmowana jest dopiero wówczas, gdy pojawiają się u nich nadciśnienie, problemy z kręgosłupem, stawami, insulinooporność czy cukrzyca. Czyli choroby, które wynikają z otyłości. I których można byłoby uniknąć w przypadku interwencji wcześniejszej i pomocy dziecku w powrocie do optymalnej dla niego wagi. "Pomimo uznania otyłości za chorobę cywilizacyjną, a jej leczenia za jeden z priorytetów zdrowotnych NPZ 2-16-2020, działania Ministra mające związek z prewencją i leczeniem nie doprowadziły do spadku ani nawet do zahamowania tempa wzrostu liczby dzieci i młodzieży z nadmierną masą ciała. Kontrola wykazała, że [...] Problem ten dotykał coraz młodszych - nawet trzylatków i dzieci w wieku wczesnoszkolnym".
Wszechobecny w diecie cukier szkodzi dzieciom na wielu poziomach. Bardzo silnie wpływa na przykład na ich układ nerwowy. "Przesłodzone" dzieci stają się nadpobudliwe, agresywne i zdekoncentrowane. Przyjrzyjmy się zatem naszym pociechom - siedzą na kanapie z telefonem w dłoni albo przed komputerem, grają w gry, czatują ze znajomymi, wsuwają chipsy i popijają słodkie napoje gazowane. Powoli tracą kontakt z rodziną, z rzeczywistością, uzależniają się od internetu. Chorują na depresję, mają nerwice, okaleczają się, popełniają samobójstwa. Oczywiście, przełożenie "dziecko je cukier, więc staje się nadpobudliwe" nie jest takie proste. Problem jest złożony. Cóż, nieprawidłowe żywienie, brak aktywności fizycznej (dzieciaki aż 60 procent czasu spędzają w pozycji siedzącej), rozluźnienie relacji z rówieśnikami i rodzicami, ucieczka w wirtualny świat - to, niestety, syndrom naszych czasów. Ewidentnie prowadzący do obserwowanego przez nas fatalnego samopoczucia naszych dzieci.
Wszechobecny w diecie cukier szkodzi dzieciom.
CO NA TO DIETETYK?
Nadmiar węglowodanów w diecie prowadzi do powstania nadmiaru tkanki tłuszczowej w ciele. Warto wiedzieć, że tkanka tłuszczowa zachowuje się jak osobny narząd: produkuje hormony, które działają prozapalnie, czyli odpowiadają za wystąpienie przewlekłego stanu zapalnego w organizmie. Ten z kolei indukuje powstawanie wielu różnych chorób, których często nie wiąże się z otyłością. To właśnie nadmiar tłuszczu prowadzi do powstawania cukrzycy typu 2, nadciśnienia tętniczego, hiperlipidemii, niealkoholowego stłuszczenia wątroby, chorób tarczycy, stawów, osłabienia kości i wielu innych problemów (więcej na ten temat w rozdziale 3).
Ile cukru może bezpieczenie zjeść dziecko? Nie ma czegoś takiego jak niezbędna ilość węglowodanów w naszym organizmie. Owszem, istnieją takie normy w przypadku tłuszczu, białka, błonnika czy innych składników żywności, tych niezbędnych nam do życia. Cukier niezbędny nie jest. Istnieją natomiast normy dotyczące tego, o ile NIE powinno się przekroczyć ilości spożywanego cukru, bo powyżej tego progu zaczyna być dla nas szkodliwy. Zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) cukry proste nie powinny przekraczać 10 procent wartości energetycznej dziennej diety. Dzieci w wieku 3 lat mogą spożywać maksymalnie 2,5 łyżeczki cukru dziennie, starsze, do 6 roku życia - maksymalnie do 4 łyżeczek dziennie. Większa ilość szkodzi zdrowiu dziecka[7].
Brakuje kompleksowych badań populacyjnych dotyczących spożycia węglowodanów przez dzieci, ale z naszych obserwacji wynika, że dzisiaj spożywają one 20-30 razy więcej cukru, niż nakazuje norma WHO.
Kolejnym po cukrze największym trucicielem naszych dzieci jest żywność przetworzona.
Określenie "żywność przetworzona" kojarzy się ludziom z fast foodem: kebabami, hamburgerami, mrożoną pizzą. Teoretycznie wiadomo zatem, że tego typu jedzenia należy unikać. Tymczasem tak naprawdę przetworzone - czyli poddane intensywnej obróbce - są wszystkie produkty spożywcze o długiej dacie ważności. A teraz - uwaga, uwaga! - są to produkty, które jadamy na co dzień, nieświadomi, jak bardzo nam szkodzą. Są dosłownie przesiąknięte różnego rodzaju sztucznymi dodatkami: barwnikami, antyzbrylaczami, antyutleniaczami, konserwantami i innym szajsem. Po co? Ano po to, żeby dłużej nadawały się do spożycia, nie pleśniały, miały ładny kolor i ładny zapach.
Oczywiście wszystkie te dodatki, opisane w ulotce jako "E z cyferką", zostały dopuszczone do stosowania w przemyśle spożywczym i uznane za bezpieczne. Ale prawda jest taka, że sztuczne substancje chemiczne nigdy nie będą obojętne dla naszego organizmu. Gdybyśmy zjedli ich niewielką ilość, to zapewne nasze ciało poradziłoby sobie z nimi. Dysponuje niezłym systemem oczyszczania, który neutralizuje i wydala na zewnątrz szkodliwe toksyny. Ale co, jeśli tych dodatków zjemy w ciągu roku wiadro? Co się wtedy stanie? Jak zareagują nasze filtry, czyli wątroba, nerki czy układ limfatyczny, które mają za zadanie utylizować toksyny i inne trucizny, które dostały się do naszego organizmu? Powiem wam tak - zostaną zawalone śmieciami i przestaną dobrze pracować. To jest poważny problem nawet dla nas, dorosłych. A co z dziećmi, których organizmy dopiero się rozwijają, kształtują, których narządy wewnętrzne dopiero rosną, a układ odpornościowy wciąż się tworzy? Jak myślicie, skąd u dzieci tyle alergii skórnych, wziewnych, chorób autoimmunologicznych? Przecież kiedyś ich nie było. Przypomnijcie sobie, czy kiedy byliśmy dziećmi, słyszeliśmy o jakiejś alergii? O chorobach jelit, takich jak SIBO czy zespół jelita nadwrażliwego? No nie! To, niestety, plaga dzisiejszych czasów, która najbardziej dotyka nasze dzieci. I niestety w dużej mierze odpowiada za nią właśnie wysoko przetworzone jedzenie, które im, często nieświadomie, podajemy.
NIK w 2019 roku alarmował, że "przeciętny Polak zjada rocznie 2 kg dodatków do żywności, takich jak konserwanty, przeciwutleniacze, słodziki, emulgatory, wzmacniacze smaku czy sztuczne barwniki. Ich spożycie przez niektóre dzieci przekracza normy nawet pięciokrotnie"[8].
Ponadto odpowiedzialne służby nie sprawdzają, czy to, co producent deklaruje na opakowaniu, pokrywa się z rzeczywistym składem produktu. Według NIK-u jednego dnia można przyswoić nawet 85 różnych "E". Wynika to między innymi z faktu, że dieta przeciętnego konsumenta w około 70 procentach składa się z produktów przetworzonych zawierających substancje dodatkowe.
Są to substancje, które w normalnych warunkach nie są spożywane jako żywność. Dodaje się je wyłącznie po to, aby zapobiec niekorzystnym zmianom smaku, barwy, zapachu, wydłużyć okres trwałości, zwiększyć atrakcyjność wyrobu, umożliwić tworzenie nowych produktów, na przykład typu light, ale także po to, by zwiększyć efektywność procesu produkcyjnego. NIK zwrócił także uwagę, że im więcej "polepszaczy" w żywności, tym więcej alergii, a także wyższe ryzyko zachorowania na choroby nowotworowe[9].
Posiadacze samochodów doskonale wiedzą, że by samochód jeździł, trzeba o niego dbać: robić regularnie przeglądy i lać do baku dobrej jakości paliwo. Gdy wlejemy tzw. chrzczoną benzynę lub inny płyn, zatrzemy silnik. Samochód stanie. A nas czeka horrendalnie droga naprawa, czyszczenie, wymiana części. To dla wszystkich jasne i oczywiste. Dbamy zatem o nasze autka, chuchamy na nie i dmuchamy. No a teraz powiedzcie mi, dlaczego nie dbamy tak samo o organizmy nasze i naszych dzieci? Dlaczego zamiast dobrego paliwa "lejemy" w nie jakieś podróbki jedzenia, które nie dość, że nie dają energii, nie odżywiają, nie wzmacniają, to jeszcze najnormalniej w świecie trują?
Nasze organizmy, a zwłaszcza organizmy dziecięce, są kompletnie nieprzystosowane do takiej ilości chemii w pożywieniu, jaką funduje nam dzisiaj przemysł spożywczy. Znów wracam do lat 80. czy 90. ubiegłego wieku, gdy wędlina była wędzona i solona, masło było masłem, a nie wyrobem masłopodobnym czy margaryną o "maślanym smaku" (uzyskanym, oczywiście, za pomocą dodatku odpowiedniej substancji), chleb był pieczony na zakwasie, a bułki ze zwykłej mąki. Obecnie półki uginają się od niby-jedzenia, za to zachwalanego i reklamowanego jako naturalne i zdrowe.
Wiecie, jak rozpoznać PRAWDZIWE JEDZENIE? Na jego opakowaniu nie jest wymieniony skład. Jak jest ryż, to ryż. Jak mięso, to mięso. Jak jabłko, to jabłko, jogurt to mleko plus kultury bakterii. Jak jajko, to jajko. I tak dalej.
To jeszcze nie wszystko. Prawdziwe jedzenie to także produkty wysokiej jakości. Bo co z tego, że powszechnie wiadomo, że jajko jest zdrowe? Jeśli kupicie tzw. trójki, czyli takie oznakowane pieczątką z numerem 3, nabędziecie jaja z chowu przemysłowego. Kury, które je znoszą, są chowane w gigantycznych halach bez dostępu światła i karmione paszą - oczywiście, macie rację - chemiczną. Tylko prawdziwe jajka od wiejskiej kury lub te z 0 (chów ekologiczny) lub 1 (od kur z wolnego wybiegu) na skorupce są jednym z najdoskonalszych pokarmów dla człowieka. Zawierają wszystkie potrzebne aminokwasy, witaminy i mikroelementy. Dają siłę i odżywiają. Testowałem to w dzieciństwie, podbierając sprytnie jajka kurom mojego dziadka i wypijając jedno po drugim przez dziurkę w skorupce. A załamany dziadek zachodził w głowę, dlaczego kury się nie niosą.
Pamiętajcie, że od tego, co położycie na talerzu waszego dziecka, co trafi do żołądka, zależy funkcjonowanie całego dziecięcego organizmu. Otyłość to "tylko" zewnętrzny objaw tego, że ciało woła o pomoc. "Ratunku! Nie daję rady!"
W trakcie spotkań z rodzicami moich podopiecznych słyszę dziesiątki wymówek. Rodzice tłumaczą się, że nie mają czasu na gotowanie. Ale czy naprawdę? Przecież to zwykły wykręt. Wystarczy chcieć.
Wiem, co mówię, bowiem od kiedy postanowiłem, że zostanę mistrzem świata, musiałem zadbać o swoją dietę. To, jak wygląda i w jakiej formie jest ciało, ile mamy energii i siły, po prostu zależy od tego, co się je. Musiałem więc dostarczać sobie codziennie odpowiednią porcję białka i witamin. Musiałem zjadać pożywne pokarmy, takie jak ryż, mięso, ryby, jajka, warzywa. Miałem 18 lat, a jeździłem do szkoły autobusem obładowany jedzeniem jak wielbłąd. Naprawdę, bardzo łatwo można nauczyć się komponowania posiłków i przygotowania w pół godziny czegoś dobrego na obiad czy kolację. Zresztą przekonacie się sami - w tej książce zamieszczamy przepisy, które przetestowali rodzice wielu naszych podopiecznych, na pyszne i proste do zrobienia dania. Naprawdę można. I naprawdę warto, bo zdrowie i samopoczucie naszych dzieci nie ma ceny.
Kolejna rodzicielska wymówka to "jedzenie ekologiczne jest droższe niż przemysłowe, trudniej zdobyć produkty wysokiej jakości" itp. Mam na to jedną odpowiedź: pieniądze zaoszczędzone na jedzeniu dla dziecka (oraz dla siebie, oczywiście) wydacie - w kwocie wielokrotnie wyższej! - na lekarzy i leki. Kropka. Dziecko z nadwagą czy otyłością, którego rodzice nie dbają o dietę, choruje. A jak bardzo choruje - posłuchajcie lekarzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki