Zygmuś romantyczny
Od ponad dwudziestu lat kwestuję na Powązkach i bardzo często podchodzą do mnie ludzie nie tylko wrzucić pieniądze, ale i porozmawiać. Jedni z dobrym słowem, inni z drobnymi pytaniami, z których najciekawsze było w wykonaniu pewnej starszej, bardzo wkurzonej pani. Widząc na moim ramieniu opaskę z napisem RATUJMY POWĄZKI, podeszła gwałtownym krokiem i równie gwałtownie zapytała:
- Gdzie tutaj jest kwatera nr 253?!
- Nie wiem.
- To co pan w takim razie robi na tym cmentarzu!?
- Kwestuję.
- Jak się kwestuje, to się powinno i wiedzieć, gdzie jest kwatera 253!! - fuknęła i poleciała dalej bez ładu i składu.
W roku 2002 pojawił się przede mną pan Zygmuś, co mnie trochę zaskoczyło, ponieważ kojarzę go przede wszystkim z ulicą Waryńskiego. To jest coś niesamowitego, że się ostała ulica Waryńskiego. Tyle przecież ulic padło na bazie odnowy, i to czasami w kuriozalny sposób, podobno w Poznaniu ulicę Klonową zamieniono na Suchy Las. I przez kilka tygodni zastanawiałem się dlaczego. I doszedłem. Otóż klon czerwienieje.
Z tym że rozwiązałem i zagadkę ul. Waryńskiego. Otóż na niej jest IZIS, w którym prześwietlają ludziom płuca, i prawdopodobnie Waryński służy jako reklama. Idzie obywatel ulicą, patrzy - IZIS, i od razu mówi do siebie:
- No właśnie, trzeba sobie prześwietlić klatkę, żeby nie chorować jak Waryński.
Ale wracajmy do Zygmusia.
Stanął na tym cmentarzu przede mną, a był tego dnia solidny mrozik, i zaczyna mi współczuć.
- Ależ ma pan samozaparcie, panie Krzysieńku. Szłem dwie godziny temu na grób brata, to pan już w tem miejscu stał i trząchał tą puszeczką, wracam, a pan dalej trzącha. Ale ile się trzeba nastać, żeby uzbierać trochę grosza, to ja wiem najlepiej. A pan mnie za chwilę uświerknie i stracę na mieście sponsora.
- Niech się pan specjalnie nie martwi - odpowiedziałem. - Za chwileczkę kończę kwestę, pojadę do domu, zrobię sobie herbatkę z prądem i ziąb przejdzie.
Na to pan Zygmuś pochylił się, uchylił połę zużytej kurteczki i pokazując palcem wewnętrzną kieszeń, szepnął konspiracyjnie:
- Panie Krzysieńku, w razie czego, to ja prąd mam.
I wyciąga ćwiartkę żubrówki wypitą do połowy.
- A gdzie jest trawka? To chyba podróbka?
A na to pan Zygmuś:
- Jaka podróbka, panie Krzysieńku, jaka podróbka, trawkę położyłem na grobie brata.
- Panie Zygmuncie, jak się zostaje menelem?
- To bardzo proste, trzeba tylko znaleźć odpowiedni sklep i odpowiednie towarzystwo.
> < > <
- Czym pan się w życiu zajmował?
- W życiu, to znaczy kiedy?
- No... za komuny.
- Za komuny, panie Krzysieńku, to ja byłem king. Moja szanowna mamusia miała melinę koło politechniki... to ja nie musiałem chodzić na studia... cała politechnika do mnie przychodziła. I jak mamusię wezwali do sądu, żeby ją ukarać za "działalność gospodarczą", i dali jej dwa lata w zawieszeniu, to na pytanie sędziego:
- Jakie jest ostatnie słowo oskarżonej? - mama odpowiedziała:
- W ostatnim słowie powiedzianem tu na tej sprawiedliwej sali chciałabym poprosić wysoki sąd, żeby się pośpieszył z tym wyrokiem, bo mi za chwilę te wszystkie profesory z polibudy drzwi od mieszkania rozpirzą.
- I co było dalej?
- W 90 roku mamuśkę dotknął patriotyzm i to był początek końca.
- Wstąpiła do Solidarności!?
- Nie... jeszcze gorzej... zamknęła melinę.
> < > <
Rozmawiam z panem Zygmuntem i widzę, że zbliża się do nas jeden menel, średnio mi znany, ale posuwający się klasycznym krokiem, czyli szurając nóżkami po asfalcie.
- Dlaczego wy tak wszyscy chodzicie? - pytam.
- Bo my, panie Krzysieńku, to w zasadzie jesteśmy braćmi Roberta Korzeniowskiego.
- A to ciekawy jestem dlaczego?
- Bo nam po "mózgotrzepie" też nie wolno odrywać stóp od ziemi.
> < > <
Emmanuel Olisadebe otrzymał obywatelstwo polskie, wyjechał do Grecji i prawie natychmiast przestał strzelać bramki dla naszej reprezentacji. I po którymś z przegranych meczów spotykam pana Zygmusia i ten, zanim jeszcze zdążył poprosić o wsparcie, zapytał:
- Widział pan, panie Krzysieńku, wczorajszy mecz?
- Widziałem.
- I popatrz pan, Olisadebe został Polakiem i jak przystało na Polaka, od razu odechciało mu się pracować w kraju.
> < > <
Pan Zygmunt jest koneserem kina. 23 poleciałem do Norwegii na ryby, bo myślałem, że tam będą większe emocje niż u nas w czasie wyborów. Zadzwoniłem do domu koło 21.00, żeby się dowiedzieć, jakie są wyniki, ale nikt nie podniósł słuchawki. Coś mnie tknęło i pomyślałem, że polecieli głosować, bo znowu mamy jakieś mniejsze zło do wyboru.
Dzwonię więc do pana Zygmunta, ponieważ wiem, że o tej porze sprzed telewizora nie rusza się ani na krok.
- Jak tam wybory?
- Jak w kinie, panie Krzysieńku, jak w kinie.
- A kto jest w studio wyborczym?
- Prawie wszyscy.
- A jak na przykład wygląda Antoni Macierewicz?
- Jak Clint Eastwood w filmie Brudny Harry.
- O matko! A Zygmunt Wrzodak dostał się?
- Jest, panie Krzysieńku.
- A on jak wygląda?
- Jak dowódca czołgu w filmie Powrót Godzilli.
- A z jakiej partii on startuje?
- Z Ligi Polskich Rodzin.
- A co to za partia?
- Nie wiem, ale nakłaniają tak jak świadkowie Jehowy.
- A bliźniacy?
- Bracia Kaczyńscy wyglądają tak, jakby Jaś Fasola z Benny Hillem zagrali u Hitchcocka.
- A co z Unią Wolności?
- Profesor Geremek wygląda jak dowódca spadochroniarzy z filmu O jeden most za daleko.
- A premier Jerzy Buzek?
- Panie Krzysieńku, pan premier to wygląda jak Matka Joanna od aniołów.
- Ale czy jak matka, czy jak anioł?
- Raczej jak opuszczony klasztor.
- A jak Leszek Miller?
Tu zapadła długa cisza.
- Pytam, jak Leszek Miller.
- On, panie Krzysieńku, wygląda jak Quo vadis.
- Jak cały film?
- Nie.
- Jak lew, który od razu, już w studio, zabrał się za chrześcijan?!
- Nie, panie Krzysieńku, on raczej wygląda jak byk, który pierwszy raz wygrał z Ursusem, i to z Belką na głowie!
- A co z Lepperem?
- Mam mówić?
- Aż tak źle?
- Ależ skąd, panie Krzysieńku, on wygląda tak pięknie jak Marilyn Monroe... manicure, pedicure, świeżo po kwarcówce i nawet chyba używał lokówki, no i jeszcze krawat w nasze narodowe barwy... to znaczy nowe narodowe barwy.
- O Jezu, a jakie?
- Białe, czerwone, białe, czerwone, białe, czerwone, białe, czerwone... z jednej strony szpic, a z drugiej pętla.
- A co w pętli?
- Oczywiście, że Balcerowicz.
- Panie Zygmusiu, a wódz Lepper to z jakiego filmu?
- Z Pół żartem, pół serio.
Tu nabrałem powietrza w płuca i zapytałem:
- A czy już jest wiadomo, jaki wynik?
- A skąd pan dzwoni?
- Z Norwegii - odpowiedziałem.
- Panie Krzysieńku - usłyszałem - jeżeli Norwegia to jest ciepły kraj, nie wracaj pan.
2001 rok, wrzesień
> < > <
Koło Politechniki Warszawskiej widzę, że idzie pan Zygmuś, ledwie trzymając się na chudych nogach od dawna pozbawionych witamin i minerałów. Nagle dojrzał mnie z odległości kilku kroków, nastawił koordynaty i ruszył.
- Witam pana, panie Krzysieńku, jak najserdeczniej.
- Co, pewnie potrzebna złotóweczka?
- Właśnie, że nie, panie Krzysieńku.
- A dlaczego tym razem nie?
- Bo ja na zapas nie biorę.
> < > <
- Panie Zygmuncie, musi pan pić tak codziennie?
- Panie Krzysieńku! Jakie codziennie!? Ja raz się w życiu napiłem... i teraz tylko dolewam.
> < > <
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI