czego nie mówić psychiatrze
Późny kapitalizm jest źródłem wielu wspaniałych wynalazków: od kryptowalut po bieżnie odchudzające dla psów. Jednym z najciekawszych pozostaje koncepcja Zwiększania Świadomości: wiara, że istnieje korelacja między wywiadami w telewizji śniadaniowej, bieganiem maratonów, zapuszczaniem wąsów i kupowaniem przypinek a liczbą ludzi umierających na raka, cukrzycę czy depresję. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Pewnie taka korelacja istnieje.
Kościół Zwiększania Świadomości ma swoich apostołów. Wyposażeni w statystyki i malujące się na twarzach zatroskanie z oddaniem niosą światu złą nowinę. Jak każda religia, i ta rządzi się swoimi prawami. Publiczne opowiadanie o depresji regulują trzy zasady.
Po pierwsze: depresja może dotknąć każdego, ale lepiej, by był z klasy średniej. Depresja biednych budzi w nas niepokój, depresja bogatych jest zbyt irytująca. Nie mówiąc już o bezdomnych czy uchodźcach, którzy i bez tego powodują wystarczająco dużo zamieszania.
Po drugie: depresja to cierpienie, a cierpieniem się emanuje. Gdyby stawiać diagnozę na podstawie zdjęć zamieszczanych w sieci, osoby z depresją najłatwiej byłoby rozpoznać po niechęci do krzeseł i foteli. Jedyną wygodną pozycją wydaje się dla nich siad na podłodze z czołem opartym o ugięte kolana. Z bliżej nieznanego powodu nienawidzą skarpet.
Po trzecie: depresja to żaden wstyd, tylko choroba, jak zapalenie wyrostka albo złamana noga. To akurat niezła zasada. Mam tylko nadzieję, że nie działa w druga stronę i ludzie nie rozmawiają z chirurgami tak jak z psychiatrą. Albo przynajmniej ja nie będę z nimi tak rozmawiać i jeśli kiedyś karetka przywiezie mnie, skręcającą się z bólu, na SOR, nie zacznę od przeproszenia lekarza, że zawracam mu głowę i zapewnienia, że właściwie to już czuję się lepiej. (Między kolejnymi spazmami dorzucam parę żarcików i oceniam, że ostry wyrostek to dziecinada, bo ludzie prawdziwie chorzy tracą kończyny. Po postawieniu diagnozy dwukrotnie upewniam się, czy lekarz wie, co mówi. Na końcu pytam, czy w czasie operacji będę się mogła napić piwka i czy nie spadnie mi libido).
Na szczęście psychiatrzy są naprawdę nieźli w akceptowaniu ludzkich dziwactw. I mówiąc "dziwactwa", nie mam na myśli tego, że kiedyś na kacu obejrzeliście ciągiem dwa sezony Kuchennych rewolucji albo że prawie rzuciliście dziewczynę, bo stwierdziła, że nie lubi kolendry - mówię o rzeczach, o których cywilom się nie śniło. Więc naprawdę możecie powiedzieć psychiatrom wszystko. Chyba że akurat pytają, jakie narkotyki zdarza się wam zażywać, to może nie odpowiadajcie: kto to tam wie, co jest w tych kreskach. Nie mają takiej rubryki w formularzu.
archeologia
Mówią, że pierwszy raz zapamiętuje się na zawsze, ale to bzdura. Dajcie swojemu mózgowi odpowiednio dużo czasu, a sczyści się do zera. Choć, o ile nie mieliście ciężkiego urazu, proces ten przebiega subtelnie: zaczyna się od brzegów, fałdek, szufladek, do których najrzadziej zaglądacie. Któregoś dnia orientujecie się, że nie pamiętacie numeru do dziadka, który zmarł dwa lata wcześniej. Albo nagle przypominacie sobie, że przecież w pierwszej klasie mieliście chomika, kruche, absurdalne zwierzę lat dziewięćdziesiątych, równie potrzebne ludzkości co chrupki kukurydziane o smaku toffi albo żelowe gluty, którymi rzucało się w ścianę tuż nad lamperią, gdzie najlepiej się przyklejały.
Z czasem pamięć przeciera się coraz bardziej. W luki wpadają nazwisko pierwszego chłopaka i adresy wynajmowanych mieszkań. Wakacyjne wyjazdy zlewają się ze sobą, zimy rozpoznajesz tylko po zmieniających się płaszczach. Najgorzej, gdy mózg próbuje zamaskować te przetarcia, wypełnić je cudzymi historiami, urywkami filmów, reklamowymi sloganami, przeżutą popkulturową papką. Spotkałam w życiu niezliczonych amerykańskich szpiegów, zniszczonych przez życie i alkohol, dwóch papieży i kobietę przekonaną, że jej męża uwiodła Alexis Carrington. Na dworcu w Katowicach jeden facet opowiedział mi, szlochając, całą fabułę Łowcy jeleni.
Swojej głowie nie można ufać, nawet gdy nie jest się pacjentem psychiatrycznym. Tym trudniej, gdy człowiek zaczyna ranek od zestawu tabletek mających sprawić, że wstanie z łóżka nie będzie porównywalne ze wspięciem się na ośmiotysięcznik bez tlenu. Ten pierwszy raz zawsze więc będzie umowny, wybrany z dziesiątek potencjalnych pierwszych razów. Wiem to, ale i tak nie mogę przestać zaglądać do własnej głowy. Mieszam w zmętniałych zwojach, próbując wyłowić moment, od którego to wszystko się zaczęło.
Bo przecież byłam kiedyś wesołym dzieckiem. Nawet nie wesołym, "pogodnym", określenie rodem z brytyjskich powieści z morałem, gdzie dziewczęta uczą się na pensjach i za karę chodzą spać bez kolacji, a w niedzielę na deser podaje się leguminę. Taką opinię wystawiła mi wychowawczyni z kolonii: "Emilka jest dzieckiem pogodnym, grzecznym, łatwo nawiązuje kontakty z rówieśnikami". Moi rodzice trzymali kartkę z tym zdaniem między bilansem czwartoklasistki a pamiątką z komunii - pełen zestaw, proszę państwa, nasza córka jest dzieckiem zadbanym fizycznie, emocjonalnie i duchowo, ma świadectwa z czerwonym paskiem i wypożyczyła najwięcej książek z biblioteki w roku szkolnym 1998/1999.
Więc kiedy był ten pierwszy raz? Może wtedy w lipcu, gdy moje koleżanki rozjechały się po Polsce, a ja snułam się po porośniętych nawłocią boiskach, odciskałam podeszwy trampek w rozgrzanym asfalcie i wyobrażałam sobie, że nadchodzi katastrofa, zostaję całkiem sama i muszę kraść warzywa z pobliskiego targowiska.
Wróciłam do domu z podrapanymi w krzakach kolanami, udając, że nic się nie stało, ale poczucie dojmującej samotności nie opuszczało mnie przez kolejnych kilka dni. Ukrywałam je tak, jak ukrywałam bolący ząb, póki szkolna dentystka siłą nie zaciągnęła mnie na przegląd. A potem wróciły koleżanki i wszystko rozmyło się w opowieściach o kolonijnych miłościach, porównywaniu opalenizny i udawaniu, że się odchudzamy, tylko po to, by następnego dnia w ciągu godziny wciągnąć trzy lody na patyku, a potem prawie się porzygać przy wejściu do klatki.
biurowe przygody
Kto nigdy nie pracował w mediach, ten nie wie, jaką przygodą może być poranek spędzony na przeglądaniu służbowej skrzynki. Wędrówka przez mejle bywa równie ekscytująca co premiera cudem odnalezionej powieści klasyka. Zdarzają się dni spod znaku Kafki, gdy skrzynkę zapychają plany termomodernizacji szkolnictwa artystycznego, i dni Davida Fostera Wallace'a, wypełnione szczegółowymi relacjami z rodzinnych pikników z okazji Dni Gminy Ząbki Wielkie, przesyłanymi mi przez dziarskich pracowników urzędu gminy. Pisują do mnie pogrobowcy Philipa K. Dicka ("algorytm zapewnia sukces giełdowy, bo komputer nie umie przegrywać") i Charlesa Bukowskiego ("w poprzednią wiadomość wkradł się błąd"). Przysięgam, że kiedyś dostałam mejla zapowiadającego występ iluzjonisty, którego popisowym numerem było przepołowienie się piłą mechaniczną, po czym jego nogi odjeżdżały na monocyklu. Co działo się z głową, autor nie sprecyzował.
Im gorzej się czuję, tym więcej czasu spędzam w spamie. Zagłębiam się w językowe zawijasy nowatorskich rozwiązań "dedykowanych koneserom", połykam opisy smukłych brył wieżowców odbijających krajobraz miasta w błękitnych przeszkleniach, zapowiedzi debiutanckiej powieści erotycznej mieszkanki Zielonej Góry i mistrzyni tańca orientalnego, informacje prasowe przesyłane mi przez europejskich liderów w branży armatury. Czytam od deski do deski wywiady z dyrektorami ds. produktów w firmach produkujących konserwy. Pochłaniają mnie powerpointowe prezentacje dowodzące, że Eurowizja jest częścią planu powszechnej sterylizacji, o czym świadczą tajne symbole ukryte w kostiumie reprezentantki Bułgarii.
Im więcej czasu spędzam w spamie, tym gorzej się czuję. Świadomość, że żywi, myślący i czujący ludzie na przegrzewającej się planecie codziennie odbijają kartę w jakimś biurowym zagłębiu, by od rana wysyłać mi informacje o nowych, niezwykłych konceptach kulinarnych, pamiątkowych monetach z Prymasem Tysiąclecia ("wzruszająca Pamiątka Pierwszej Komunii") i wyjątkowych singlach wyjątkowego artysty, stopniowo rozsadza mi głowę. Cała ta energia, cały czas i cała praca idące na marne wydają mi się najlepszym dowodem na to, że świat jest po prostu źle wymyślony. Coś gdzieś poszło źle i teraz utknęliśmy w ślepym zaułku, wykonując kompletnie bezsensowne ruchy, jak postać z gry komputerowej, która ma przed sobą ścianę, ale umie iść tylko w jednym kierunku, więc uporczywie porusza nogami, nie mogąc się zatrzymać. Jedynymi osobami, które w tym stanie nie doprowadzają mnie do rozpaczy, są spiskowcy - oni przynajmniej naprawdę mają mi coś ważnego do powiedzenia.