Jak pisałem powieść kryminalną (w tym biednym kraju) - Krzysztof Jaworski

Kup ebooka

23.00 zł
19.09 zł (19,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TAK WIĘC

(STU­DIUM RE­ZY­GNA­CJI I PO­RZU­CE­NIA)

Tak więc jako pierw­sze za­częły re­zy­gno­wać ze mnie używki. Naj­pierw ni­ko­tyna, al­ko­hol - wia­domo, nad­ci­śnie­nie, po­tem ko­lum­bij­ska ko­ka­ina (se­rial Nar­cos mnie znu­dził), po­tem kum­pel przy­szedł i po­wie­dział, że ob­ciął so­bie ka­wa­łek kciuka, stru­ga­jąc pień cho­inki na święta, żeby się zmie­ścił do sto­jaka, bo nad­cho­dziły święta (naj­pięk­niej­szy czas w roku).

- He, a czym se pan to zro­bi­łeś? - za­py­tał go le­karz na so­rze. -

Zwy­kłym czy ta­pe­cia­kiem?

- Ta­pe­cia­kiem - od­po­wie­dział kum­pel.

- Tak my­śla­łem - po­wie­dział le­karz.

W ten spo­sób do­wie­dzia­łem się o ist­nie­niu słowa "ta­pe­ciak", ozna­cza­ją­cego nóż do ta­pet. Od­tąd prze­sta­łem się uczyć no­wych słów i stwier­dzi­łem, że te, co znam, zu­peł­nie mi wy­star­czą. Zresztą w kraju (w tym bied­nym kraju), wy­star­czy jedno słowo, żeby się po­ro­zu­mieć ze wszyst­kimi, w do­datku wy­ra­ża­jące wszystko, każdy niu­ans emo­cjo­nalny, za­chwyt, jak rów­nież po­spo­lity ko­mu­ni­kat, więc po co się sta­rać. W do­datku drugi kum­pel, który też ma ta­pie­ciaka w domu (dłu­gość ostrza: 10 cm, sze­ro­kość ostrza: 18 mm, dłu­gość seg­mentu: 5 mm, dłu­gość cał­ko­wita: 16,5 cm, liczba wkła­dów: 6 sztuk, ko­lor obu­dowy: po­ma­rań­czowy, ma­te­riał: stal, tnie nim wszystko: ta­śmę kle­jącą, kar­ton, pa­pier, pla­stik, fo­lię ma­lar­ską, izo­la­cję, tka­niny oraz skóry), na prze­rwie w ro­bo­cie nie mógł się zde­cy­do­wać - ryba pa­nie­ro­wana czy zupa fa­so­lowa na obiad w bu­fe­cie, w to­wa­rzy­stwach ubez­pie­cze­nio­wych dużo za­ra­biają i je­dzą obiad o 12.00, więc da­nia są dość wy­ra­fi­no­wane (z tym, że nie w tym bied­nym kraju), w końcu po­in­for­mo­wał mnie o zwy­cię­stwie ryby (wy­grała gruba, chru­piąca pa­nierka, nie wiem, nie wi­dzia­łem, trudno mi wy­ro­ko­wać) - to­też oprócz ryb po­rzu­cony zo­sta­łem na­tych­miast przez drób (fa­sze­ro­wany an­ty­bio­ty­kami), mo­dy­fi­ko­wane ge­ne­tycz­nie ptac­two (patrz: sma­żony afry­kań­ski bo­cian, da­nie a la War­saw, da­nie pi­sane i wy­ma­wiane na mo­dłę ame­ry­kań­ską, coś jak: "łor­soł", ku­li­nar­nie gdzieś bli­sko frazy: "Nie­to­pe­rze wkrę­cone we włosy nocy kwi­liły, ale nikt ich nie sły­szał, gdyż kwi­liły w pa­śmie ul­tra­dź­wię­ków", ale to nie ze względu na wy­mowę czy też de­spe­racki la­ment nie­to­pe­rzy (który wkrótce miał się ludz­ko­ści od­bić czkawką) do dań tych by­łem na­sta­wiony ra­czej scep­tycz­nie.

Tym­cza­sem zre­zy­gno­wała ze mnie także tem­pe­ra­tura oto­cze­nia. W na­szej sy­pialni (szcze­gól­nie zimą) pa­nuje tem­pe­ra­tura mi­nus 16 stopni Cel­sju­sza, po­nie­waż na ze­wnątrz pa­nuje wów­czas tem­pe­ra­tura mi­nus 20 stopni Cel­sju­sza. Part­nerka ma ży­ciowa twier­dzi, iż tak jest zdrowo, to stara za­sada ary­sto­kra­cji oraz lek na dłu­go­wiecz­ność, je­śli nie na wieczną mło­dość w ogóle, na przy­kład ge­ne­ra­łowa Ko­cie­strzyń­ska-Do­bro­rzy­szycka-Klicka herbu Bło­cie sy­piała tak nor­mal­nie i do­żyła póź­nej sta­ro­ści, wręcz le­gen­dar­nej. An­ty­bio­tyk mu­szę brać co sześć go­dzin, ale nie jest źle, bo mam bu­dzik elek­tro­niczny i on mnie bu­dzi co sześć go­dzin, a zresztą ciężko za­snąć przy szes­na­sto­stop­nio­wym mro­zie.

Używki są pro­ste i nie­skom­pli­ko­wane (co in­nego w zwy­czaj­nym ży­ciu).

Tym­cza­sem po prze­czy­ta­niu ar­ty­kułu w pre­sti­żo­wym cza­so­pi­śmie "Science" (spraw­dzić nu­mer pi­sma!) pod ty­tu­łem "Czy po­eci sta­no­wią śmier­telne za­gro­że­nie" zre­zy­gno­wała ze mnie ko­fe­ina (a na­wet kawa z żo­łę­dzi - ko­ja­rzyła mi się za bar­dzo z kon­cep­cją wy­bi­cia wszyst­kich dzi­ków, żeby z czy­stym su­mie­niem móc pić kawę z żo­łę­dzi; po­dej­rze­wam, że pi­łem wtedy za dużo kawy z żo­łę­dzi).

Sztuka, a kon­kret­nie po­ezja też ze mnie zre­zy­gno­wała, od­kąd trze­ciemu mo­jemu zna­jo­memu umarł przy­ja­ciel i oznaj­mił mi elek­tro­nicz­nie:

"Od­czy­ta­łem prze­słany Ci wiersz na po­grze­bie. Wzru­szy­łem wszyst­kich. I tak to po­ezja prze­kie­ro­wała uwagę ża­łob­ni­ków z wdowy na moją skromną osobę. Nie wiem, czy to mi do­brze wróży. Lu­dzie pod­cho­dzili do mnie, mó­wiąc - cóż za wzru­sza­jący wiersz... I tak sta­łem się gwoź­dziem ca­łej ce­re­mo­nii - to zna­czy gwoź­dziem do trumny".

To przez niego po­nie­kąd po­sta­no­wi­łem na­pi­sać po­wieść kry­mi­nalną, od­kąd opo­wie­dział mi o swo­jej wi­zy­cie na tar­gach książki, a wła­ści­wie opo­wie­dział mi o spo­tka­niu z pi­sa­rzem wy­bit­nym na tychże tar­gach, o tak, po­sta­no­wił bo­wiem pójść do sto­iska pi­sa­rza wy­bit­nego i od­być z nim roz­mowę.

- Dzień do­bry.

- Dzień do­bry.

- Czy zna pan pi­sarkę ze sta­no­wi­ska obok?

- Nie znam.

- To dla­czego - wy­do­cie­kli­wiał się mój pre­cy­zyjny ko­lega - do sta­no­wi­ska pi­sarki obok cią­gnie się pięć­set­me­trowa ko­lejka, a do pana sta­no­wi­ska stoję tylko ja?

- Sza­nowny pa­nie - od­po­wie­dział pi­sarz - czy ma pan świa­do­mość, iż po moje pi­sar­stwo sięga elita, a tej jest w tym bied­nym kraju może ja­kieś pół­tora pro­cent (1,5%)? A tamto obok, to ja­kaś pseu­do­li­te­ra­tura dla idio­tów?

I tu wy­bitny pi­sarz dla elity pół­tora pro­cent po­pa­trzył smęt­nie na ko­lejkę 98,5 pro­cent głu­pich czy­tel­ni­ków, cią­gnącą się do głu­piej pi­sarki, która pi­sała dla 98,5% idio­tów.

- To pewno ja­kieś kur­wisz­cze - sko­men­to­wał wy­bitny pi­sarz dla elity i po­zwo­lił so­bie zro­bić "do­uble sel­fie", czyli tak zwa­nego sel­fia­cza (z moim ko­legą. Tak więc od­tąd w swych skrom­nych zbio­rach fo­to­gra­fii cy­fro­wej po­sia­dam: sfo­to­gra­fo­wane "rze­czone kur­wisz­cze" oraz wi­ze­ru­nek wy­bit­nego pi­sa­rza dla elity 1,5%, który na­tych­miast usu­ną­łem, po czym rów­nie żwawo usu­ną­łem go z usu­nię­tych).

Wi­zyta na tar­gach książki wy­bit­nie źle wpły­nęła na wraż­liwą psy­chikę i kru­chy stan emo­cjo­nalny mo­jego do­cie­kli­wego trze­ciego ko­legi. W jed­nej z ostat­nich za­cho­wa­nych wia­do­mo­ści tek­sto­wych, którą od niego otrzy­ma­łem, pi­sał mi: "Kul­tura za­biła li­te­ra­turę... Lu­dzie do­stali pier­dolca na punk­cie ro­man­sów... Do tego kry­mi­nały i fan­tasy... Bar­dzo to wszystko przy­gnę­bia­jące... Do­tych­czas szambo, a te­raz po­wódź gnoju... Li­te­raci po­prze­bie­rani za bo­ha­te­rów swo­ich po­wie­ści... I nie cho­dzi tu wcale o li­te­ra­turę dla dzieci... Mój czas mi­nął... Mi­nął bez­pow­rot­nie...".

Co in­nego niż mi­ja­jący czas mo­jego czwar­tego ko­legi, który za­py­tany: "Czego pan w ogóle szuka w li­te­ra­tu­rze?" od­parł, iż w li­te­ra­tu­rze szuka mi­ło­śniczki, któ­rej mógłby, na mo­dłę gwiazd mu­zyki roc­ko­wej, pod­pi­sać się na pier­siach imie­niem i na­zwi­skiem, przy czym po­winno zmie­ścić się tam za­równo jego imię, jak i na­zwi­sko. (Z tym, że to jest wa­riat).

Ażeby więc po­cie­szyć wszyst­kich, któ­rych czas mi­nął bez­pow­rot­nie, po­sta­no­wi­łem na­pi­sać po­wieść kry­mi­nalną (na ro­mans i fan­tasy przyj­dzie jesz­cze czas). Ale! Nie jest ła­two na­pi­sać po­wieść kry­mi­nalną.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki