Sensem życia jest pomnażanie szczęścia,
które stanowi cel wszelkich dążeń. Ludziom zwykle się wydaje, że
poczucie zadowolenia wynika z osiągania sukcesów, gromadzenia majątku,
cieszenia się dobrym zdrowiem oraz utrzymywania prawidłowych relacji z innymi. Istnieje ogromna presja społeczna, która każe nam wierzyć, że
tego rodzaju dokonania są równoznaczne z osiągnięciem szczęścia. To
błąd. Sukces, dobrobyt, zdrowie oraz związki dające poczucie oparcia to
skutki uboczne szczęścia, a nie jego przyczyna.
Kiedy jesteśmy zadowoleni, częściej dokonujemy wyborów prowadzących do
wszystkich wymienionych celów. Twierdzenie przeciwne nie ukazuje prawdy.
Wszyscy znamy ludzi, którzy czuli się głęboko nieszczęśliwi nawet wtedy,
gdy zyskali ogromny majątek i powodzenie. Zdrowie można uznać za pewnik
i je stracić, postępując nierozważnie. Najszczęśliwsza rodzina może
popaść w rozpacz w wyniku nagłego kryzysu. Nieszczęśliwi ludzie nie mają
udanego życia i żadne pieniądze czy osiągnięcia nie zmienią tej
sytuacji.
A zatem przestańmy zwracać uwagę na oznaki zewnętrzne i przenieśmy ją na
wewnętrzne poczucie szczęścia, które wszyscy chcemy osiągnąć, mimo że
pozostaje ono nieuchwytne. W ostatnich kilku latach psychologowie oraz
specjaliści zajmujący się pracą mózgu podjęli pierwsze poważne badania
nad zjawiskiem błogości. Wcześniej psychologia skupiała się niemal
wyłącznie na usuwaniu niezadowolenia, podobnie jak medycyna wewnętrzna
koncentruje się na leczeniu chorób. W ostatnich latach zainteresowanie
szczęściem wzrosło jednak tak radykalnie jak zainteresowanie kondycją
fizyczną i psychiczną oraz profilaktyką.
O dziwo, jeden z najbardziej kontrowersyjnych tematów nowej dziedziny,
zwanej psychologią pozytywną, dotyczy tego, czy ludzie faktycznie
zostali stworzeni do odczuwania szczęścia. Być może gonią za iluzją,
fantazją podsycaną przez sporadyczne chwile radości, które nie staną się
trwałe. A może niektórzy mają genetyczne predyspozycje do odczuwania
szczęścia - będą to nieliczni wybrańcy fortuny, którzy umykają przed
tym, co przeżywają inni, a co w najlepszym razie jest czymś w rodzaju
niewielkiego zadowolenia. Część specjalistów twierdzi, że szczęście to
wynik przypadku, emocjonalna niespodzianka, która szybko pojawia się i znika, przypominająca przyjęcie urodzinowe mające zaskoczyć solenizanta
i nie pozostawiająca żadnej trwałej zmiany.
Czołowi badacze nowej dziedziny, jaką jest psychologia pozytywna, a zwłaszcza profesorowie Sonja Lyubomirsky, Ed Diener oraz Martin
Seligman, odkryli formułę szczęścia, która - ich zdaniem - składa się z trzech czynników:
S = P + W + Z
Szczęście (S) = punkt nastawczy (P) + warunki życia (W) + zajęcia
dobrowolne (Z)
To jedna z naczelnych teorii szczęścia. Przeanalizujmy ją zatem, zanim
pokażemy, że istnieje lepszy sposób na osiągnięcie dobrostanu. Chociaż
formuła ta pomaga w ukazaniu drogi, to jednak nie sięga dostatecznie
głęboko, aby odkryć prawdziwą tajemnicę szczęśliwości.
Pierwszy czynnik "P" to tak zwany punkt nastawczy w mózgu, który określa
naturalny poziom zadowolenia. Ludzie nieszczęśliwi mają w mózgu
mechanizm, który interpretuje sytuacje jako problemy. Z kolei tryskający
radością są skłonni do postrzegania dokładnie takich samych sytuacji
jako okazji dających pewne możliwości. A zatem zjawisko widzenia
"szklanki do połowy pełnej czy też do połowy pustej" ma źródło w mózgu i jest "zdeterminowane" w sposób niezmieniający się zbytnio w czasie.
Zdaniem badaczy ów punkt nastawczy danej osoby jest odpowiedzialny mniej
więcej w czterdziestu procentach za odczuwanie szczęścia. Najwyraźniej
ma on pewien związek z genetyką. Jeżeli rodzice są nieszczęśliwi,
istnieje większe prawdopodobieństwo, że ich dziecko też będzie się czuć
podobnie. Trzeba jednak wziąć pod uwagę różne czynniki mające wpływ w dzieciństwie.
W mózgach dzieci znajdują się komórki nerwowe odzwierciedlające mózgi
osób dorosłych z bliskiego otoczenia. Te tak zwane neurony lustrzane są
odpowiedzialne za sposób, w jaki dzieci uczą się nowych zachowań. Tak
głosi teoria. W okresie rozwoju dzieci nie muszą naśladować rodziców, by
przyswoić sobie coś nowego. Wystarczy, że ich obserwują, a określone
komórki nerwowe w mózgu uaktywnią się w sposób pozwalający naśladować
dane zachowanie. Na przykład niemowlę odstawiane od piersi przygląda się
rodzicom spożywającym posiłek. Kiedy sięgają po jedzenie i wkładają je
do ust, pewne obszary w ich mózgu się rozświetlają. Samo obserwowanie
tej czynności prowadzi do rozbłysku w odpowiednich rejonach mózgu
niemowlęcia. W ten sposób formujący się mózg dziecka uczy się nowych
zachowań bez konieczności odwoływania się jedynie do metody prób i błędów.
Ten model został już przetestowany na małpach i teoretycznie obejmuje
też ludzi. Pozwala wyjaśnić naukowo coś tak tajemniczego jak empatia,
czyli zdolność odbierania uczuć innych osób. Niektórzy ludzie mają taką
umiejętność, a inni nie. Nieliczni świątobliwi mają tak wielką zdolność
współodczuwania, że ledwie potrafią znieść cierpienie innych. Z badań
przeprowadzonych za pomocą rezonansu magnetycznego i tomografii
komputerowej wynika, że praca mózgu odgrywa główną rolę w zjawisku
empatii. Neurony dziecka odzwierciedlają emocje dorosłych osób z otoczenia, pozwalając mu faktycznie odczuwać to, co czują rodzice. A zatem kiedy maluch przebywa wśród nieszczęśliwych dorosłych, jego układ
nerwowy zaprogramuje się na odczuwanie niezadowolenia, zanim dziecko
będzie miało ku temu własne powody.
Nie wszystkie dzieci uczą się empatii, ponieważ rozwój mózgu jest bardzo
złożony i nigdy nie przebiega tak samo u dwóch osobników. U niemowląt
wszystkie czynności mózgu programowały się w tym samym czasie i w przypadku niektórych empatia odgrywała mniejszą rolę. Tego rodzaju
wywołująca problemy nierówność dotyczy też szczęścia. W mózgu znajduje
się punkt nastawczy wpływający na poczucie zadowolenia powiązany z genetyką lub oddziaływaniami z okresu dzieciństwa, więc można by dojść
do wniosku, iż nic nie można już w tej kwestii zrobić. To jednak byłby
błąd, ponieważ ani mózg, ani geny nie są strukturami stałymi. Ciągle
przeobrażają się i ewoluują. Nowe doznania nieustannie wpływają na ludzi
na poziomie genetycznym. Każdy dokonywany wybór, łącznie z decyzją o byciu szczęśliwym, powoduje wysyłanie sygnałów chemicznych
przebiegających przez mózg, a wszystkie takie sygnały wpływają na jego
kształtowanie się.
Reasumując, badania wykazały, że mózgowy punkt nastawczy można zmieniać
dzięki:
Lekom podnoszącym nastrój o krótkotrwałym działaniu, które mogą
powodować niepożądane skutki uboczne.
Terapii kognitywnej, która wpływa na mózg i pomaga skorygować
ograniczające przekonania. Ludzie mają skłonność do wracania myślami do
historii wywołujących poczucie nieszczęścia. Ciągłe wzbudzanie w sobie
nacechowanego ujemnie przekonania ("Jestem ofiarą", "Nikt mnie nie
kocha", "Życie jest niesprawiedliwe", "Coś ze mną nie tak" itd.)
wytwarza sieci nerwowe, które wzmacniają negatywną postawę, zmieniając
ją w nawykowy sposób myślenia. Takie poglądy można zastąpić innymi,
które są nie tylko pozytywne, ale także w większym stopniu zgodne z rzeczywistością. ("Być może byłam w przeszłości ofiarą, ale wcale nie
muszę nią pozostać", "Mogę znaleźć miłość, jeśli poszukam jej w innym
miejscu" itd.). U pacjentów, u których dominują negatywne przekonania,
psychologowie odkryli, że przemiana podstawowych wierzeń może równie
skutecznie zmieniać biochemię mózgu jak leki przepisywane na receptę.
Medytacji zmieniającej mózg na wiele pozytywnych sposobów. Siedzenie
w spokoju z umysłem skierowanym do wewnątrz przynosi zdumiewające skutki
fizyczne. Rozwiązanie tej zagadki zajęło sporo czasu. Badacze musieli
zmierzyć się z popularnym na Zachodzie założeniem, według którego
medytacja jest praktyką mistyczną lub w najlepszym razie religijną.
Obecnie wiadomo już, że uaktywnia ona przedczołową korę mózgową -
ośrodek wyższych funkcji myślowych - a także pobudza wydzielanie
neuroprzekaźników, w tym dopaminy, serotoniny, oksytocyny i opiatów
mózgowych. Wszystkie te substancje chemiczne naturalnie występujące w mózgu mają związek z różnymi aspektami szczęśliwych doznań. Dopamina
jest środkiem przeciwdepresyjnym; serotonina wzmacnia wiarę we własne
siły; oksytocynę uważa się za hormon szczęścia (jej stężenie zwiększa
się również w czasie podniecenia seksualnego), natomiast opiaty mózgowe
to naturalne środki przeciwbólowe wytwarzane przez organizm, wywołujące
również dobry nastrój podobny do euforii biegacza. A zatem powinno stać
się jasne, że medytacja, dzięki której zwiększa się stężenie
neuroprzekaźników, jest skuteczniejszym sposobem przemiany punktu
nastawczego w mózgu, odpowiedzialnego za poczucie zadowolenia. Żaden lek
nie spowoduje zharmonizowanego wydzielania wszystkich tych substancji
chemicznych naraz.
Drugim czynnikiem w formule szczęścia są warunki życiowe oznaczone
literą "W". Każdy, kto pragnie poprawy jakości życia, uznaje za pewnik,
że zmiana złych warunków na dobre przyniesie zadowolenie. Ten czynnik
jednak odpowiada jedynie za od siedmiu do dwunastu procent poczucia
dobrostanu. Wygranie losu na loterii wywołuje zachwyt, jednak po roku
następuje powrót do podstawowego poziomu poczucia szczęścia czy też
niezadowolenia. Po pięciu latach niemal wszyscy, do których los się w taki sposób uśmiechnął, uznają, że to wydarzenie w rzeczywistości
pogorszyło jakość ich życia. Specjaliści badający stres wprowadzili
termin na określenie reakcji wywoływanych przez silne przyjemne
doznania. Większość z nas myśli, że chce coś takiego przeżywać, ale
ciało nie potrafi odróżnić eustresu, czyli psychicznego napięcia
pozytywnie mobilizującego do działania, od takiego, który stanowi
odpowiedź na zagrożenie lub trudności, zwanego dystresem. Każdy z nich
może wywołać reakcję stresową. Ktoś, kto nie potrafi przystosować się do
stresu, będzie odczuwać miłe doznania tak jak przeżycia nieprzyjemne,
które mogą obciążać serce, układ hormonalny oraz inne ważne narządy i układy.
Radosne wydarzenia, podobnie jak tragiczne - śmierć w rodzinie, rozwód
wywołujący rozgoryczenie lub wypadek powodujący paraliż w wyniku urazu
kręgosłupa - w dłuższej perspektywie nie wpływają znacząco na poziom
osobistego szczęścia. Ludzie mają niewiarygodną zdolność adaptacji do
warunków zewnętrznych. Jak powiedział Darwin, najważniejszym czynnikiem
przetrwania nie jest ani inteligencja, ani siła, lecz zdolność
przystosowania. Odporność emocjonalna, czyli umiejętność powracania do
równowagi po nieszczęśliwych wydarzeniach, to także jeden z najważniejszych wskaźników pozwalających stwierdzić, kto dożyje setki.
Nieszczęścia przydarzają się każdemu, ale zdolność przystosowania się po
nich do zmienionej sytuacji to cenna właściwość, którą nabywa się w sposób naturalny. Niezwykła umiejętność adaptacji jest potwierdzeniem
tego, że warunki życia uznaje się za mało istotne wśród ogólnych
wskaźników szczęścia.
Niemal pięćdziesiąt procent formuły szczęścia zależy od trzeciego
czynnika oznaczonego literą "Z", którym są zajęcia dobrowolne - to, co
ludzie robią codziennie z własnej woli. Jakiego rodzaju wybory powodują
szczęście? Jeden z nich bazuje na doznawaniu przyjemnych wrażeń, ale, co
zaskakujące, badacze wcale nie uznali go za najważniejszy. Zwiększenie
intensywności miłych doznań dzięki spożywaniu smacznych posiłków, piciu
szampana, uprawianiu seksu, chodzeniu do kina itp. przyniesie chwilową
radość na kilka godzin lub najwyżej na dzień albo dwa dni. Po
natychmiastowym poczuciu zadowolenia następuje szybki spadek nastroju.
Inny rodzaj wyboru sprzyja ekspresji twórczej lub potęguje uczucie
radości u innych. W obu przypadkach występuje dostęp do głębszego
poziomu jaźni. Zdaniem naukowców uszczęśliwianie innych okazuje się
szybką drogą do osiągania satysfakcji, a skutki takiego postępowania są
długotrwałe. Wykorzystywanie ekspresji twórczej do zapewniania szczęścia
sobie również może prowadzić do pozytywnych efektów na całe życie.
Tyle mówią współczesne badania, jednak znajomość formuły szczęścia nie
gwarantuje prawdziwego ani trwałego zadowolenia. Tylko trzeci czynnik
(Z), czyli zajęcia dobrowolne, dotyka życia wewnętrznego człowieka,
otwierając wrota do jedynego miejsca, w którym, jak uważam, można
znaleźć prawdziwą tajemnicę szczęścia. Jej zawartość odpowiada na
najważniejsze pytanie: Czy ludzie są w stanie odczuwać prawdziwe, trwałe
szczęście?
Wschodnie tradycje duchowe wykazują, że życie nieuchronnie wiąże się z cierpieniem, które pojawia się w wielu różnych postaciach, takich jak
nieszczęśliwe wypadki, niepowodzenia, starzenie się, choroby oraz
śmierć. Z tego by wynikało, że pesymiści mają rację, twierdząc, iż
trwałe szczęście jest iluzoryczne. Ludzie cierpią szczególnie z powodu
umiejętności zapamiętywania i wyobrażania sobie różnych rzeczy. Noszą w sobie urazy z przeszłości, myśląc, że przyszłość przyniesie jeszcze
więcej bólu. Inne stworzenia nie zadręczają się obawami przed starością,
niedołęstwem i śmiercią. Nie przywiązują się do przeszłości, chowając w sobie żale i urazy.
Zwierzęta też mają pamięć. Gdy ktoś kopnie psa, ten zapamięta to
przeżycie i może warczeć na agresora nawet dziesięć lat po kopnięciu. W odróżnieniu od człowieka nie będzie on jednak przez dziesięć lat
planował zemsty. Zdolność ludzi do cierpienia sprawia, że szukają oni
drogi wyjścia. Dlatego miliony planują swoje życie tak, aby uwolnić się
od bólu z przeszłości i uniknąć go w przyszłości.
Zamiast starać się uciekać od cierpienia, wschodnie tradycje
filozoficzne zajmują się rozpoznawaniem go w taki sposób, jak lekarz
diagnozuje chorobę. W tradycji wedyjskiej i buddyjskiej starożytnych
Indii z cierpieniem i wywoływanym przez niego poczuciem nieszczęścia
wiąże się pięć głównych przyczyn:
1) nieznajomość prawdziwej jaźni;
2) przywiązanie do idei trwałości w świecie, który jest z natury
nietrwały;
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki