Jak odnalazłam drogę do szczęśliwego życia - Sylwia Szalska

Kup ebooka

50.48 zł
41.90 zł (42,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama

i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby,

a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą.

Mt 7, 13

Czy jesteś kobietą, która czuje ból, złość, że ciągle czegoś

brakuje?

Czy sądzisz, że nie zasługujesz na lepsze życie, ciągle się

zastanawiasz, co jest z Tobą nie tak?

Chcesz to zmienić, ale nie wiesz, jak to zrobić?

Czy czujesz się bezsilna, zawiedziona i niezrozumiana

w związku?

Czy chciałabyś poprawić swoje relacje małżeńskie?

Czy jesteś kobietą, która żyje z uczuciem uwięzienia

w swojej karierze zawodowej? Takiej, która nie przynosi

już radości? Poświęcasz swoje szczęście dla dobra firmy?

Czy czujesz strach, lęk, że Twoje dziecko nigdy nie

wyzdrowieje?

Czy pragniesz odrzucić lęk i strach, odnaleźć siebie,

aby poczuć się szczęśliwa i spełniona w życiu?

Czy pragniesz szczęśliwego, spokojnego związku opartego

o zrozumienie, szacunek oraz bezpieczeństwo?

Czy chcesz poczuć radość płynącą z miłości i życia w pełni?

W tej książce chcę się z Tobą podzielić trudną historią mojego życia i przemianą. Droga, którą przeszłam, doprowadziła mnie do odnalezienia sensu życia, do odnalezienia szczęścia. Kiedy dotykają Cię trudne doświadczenia, takie jak trudne dzieciństwo, wychowanie w rodzinie alkoholika, walka o małżeństwo, zmierzenie się z chorobą nowotworową swojego dziecka, brak spełnienia zawodowego, to zastanawiasz się pewnie, po co to wszystko. Czy dam radę? Dlaczego ja? Czy można w tej historii znaleźć chociaż małe światełko w tunelu, żeby móc z niego wyjść i żyć pełnią życia. Życiem takim, jakim chcę żyć.

Wierzę w to, że moja historia pomoże Ci przestać się bać i zawalczyć o swoje lepsze życie, oparte na miłości, spełnieniu. Pozwoli Ci się stać osobą, za którą tęsknisz i którą masz się stać. Odkryjesz radość płynącą z miłości i życia całą sobą. Pamiętaj, że zawsze jest czas na zmianę! Odwagi!

Często żyłam z poczuciem winy, wstydu i odrzucenia. Nie potrafiłam okazywać uczuć, czułam się niekochana. Bałam się każdej porażki. Mój wewnętrzny lęk, strach, poczucie winy nieustannie wzrastały do coraz większych rozmiarów. Myślałam, że coś jest ze mną nie tak.

Pewnego dnia odważnie podjęłam głęboko w sercu decyzję, że od dzisiaj zmieniam swoje życie. Dzisiaj wiem, że "nie ma sytuacji bez wyjścia". Przeszłam w życiu ogromną transformację. Moje małżeństwo jest dzisiaj szczęśliwe. To nie oznacza oczywiście, że trudności nas omijają. Nie, przeżywamy różne problemy, życie nas doświadczyło wielokrotnie, ale dzięki temu, że idziemy tą drogą razem, w jedności z Panem Bogiem i ze sobą, to zawsze się wspieramy i pokonujemy każdy trud. To jest nasza droga. W tej książce chcę się podzielić swoją zmianą siebie, głównie duchową, i zachęcić do dalszej wspólnej drogi transformacji w sferze mentalnej. Ta praca nigdy się nie kończy, a przynosi piękne rezultaty. W mojej drodze kolejnej transformacji odnalazłam siebie, odnalazłam radość płynącą z miłości i pełni życia. I tym chcę się dzisiaj dzielić z ludźmi.

Dzieciństwo

Radość jest celem duszy: oświetla tego, kto ją ma i ogrzewa

wszystkich, na których padają jej promienie.

św. Jan od Krzyża

Pewnego razu na świat przyszła piękna mała dziewczynka. Pierwotnie miała mieć na imię Monika, ale babcia stanowczo się sprzeciwiała. Wówczas rodzice dali jej na imię Sylwia. a na drugie Monika. Dziewczynka urodziła się w szpitalu innym niż zazwyczaj, ponieważ w tym, do którego należeli rodzice, zabrakło miejsca. Na świat przyszła w ciężkich bólach swojej mamy.

Lekarze popełnili błąd w trakcie porodu i moja mama niemal przypłaciła to życiem. Musiała przejść drugi poród i urodzić łożysko, które "przypadkiem" zostało zostawione w jej brzuchu. I tak to się zaczęło.

Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa, Jednak było tam obecne coś, co dzisiaj próbuję odkryć na nowo. To wielki promień radości prosto z serca.

Sylwia była dzieckiem bardzo radosnym, z nieustannym uśmiechem na twarzy. Na zdjęciach z czasu dzieciństwa jej twarz jaśniała blaskiem czystej, niewinnej, niezakłóconej radości. Radość ta utrzymywała się przez kilka lat. Była bardzo cichą i grzeczną dziewczynką. Wyróżniała się spokojem serca i dobrym zachowaniem. Mama zawsze dbała o to, by miała piękne ubrania. Często była ubierana w sukienki. Włoski miała słabe, ale zawsze ułożone i upięte w najlepszym porządku. Kochała spokój, harmonię, ciepło domu rodzinnego. Najbardziej lubiła się bawić lalkami. W tamtych czasach kupienie zabawek dla dzieci graniczyło z cudem. Po te lepszej jakości mama musiała stać w długich kolejkach. I tym sposobem dostałam pierwszą lalkę. Mam ją do dzisiaj, nazwałam ją Pigi.

Okres przedszkolny jest dla niej dobrym wspomnieniem. Do przedszkola w pobliskiej miejscowości wraz z bratem byli dowożeni nysą. Do dzisiaj pamięta te bułki z pasztetem i kawę zbożową pachnącą w kuchni, gdzie na przedszkolaków czekało śniadanko. Bułki nie były w domu codziennością. W przedszkolu zachwycało ją jedno - półki pełne zabawek i to, że samemu nie było wolno nic ruszać. Czas na zabawę zawsze wyznaczał nauczyciel.

Sylwia miała rodzeństwo, starszego brata oraz młodszą siostrę. Wychowywanie trójki dzieci zapewne stanowiło wyzwanie dla rodziców pracujących zawodowo.

W takim trybie rozwijała się nasza rodzina. Sylwii od dziecka brakowało wspólnych chwil spędzonych z rodzicami i rodzeństwem. Nie wiadomo właściwie, gdzie byli wówczas rodzice. Jak sięgnąć pamięcią - wszystkie wspólne spotkania opierały się o różne uroczystości rodzinne. Kiedy zjeżdżała się do domu rodzina, było dużo ludzi, dużo hałasu i bardzo obfite imprezy. Na nich zaś nigdy nie brakowało alkoholu. Szczególnie rodzina mojej mamy hucznie obchodziła wszelkie imieniny czy urodziny. Sylwia jednak najbardziej ukochała spotkania rodzinne u swojej babci i dziadka, rodziców taty. Babcia była bardzo rodzinną kobietą. Troszczyła się nieustannie o jedność całej rodziny. Chciała jak najlepiej dla wszystkich, ale różnie się to wszystko kończyło. Pamiętała zawsze o każdym. Każda osoba w rodzinie była ważna. Sylwia uwielbiała, kiedy chodziliśmy do babci na święta i pod choinką czekały prezenty dla wszystkich. To był piękny czas nie tylko dla dzieci. Te chwile nieraz zastępowały ten trudny czas, w którym nie otrzymała zainteresowania w domu rodzinnym.

Mała dziewczynka, kiedy urosła i miała już około pięciu lat, stała się pierwszą ofiarą zdarzenia trudnego dla niej i dla całej rodziny. Chciała pomóc swojej młodszej siostrze, bo prosiła o długopis. Wówczas Sylwia przeszukała torebkę mamy i podała siostrze długopis. Nie zauważyła, że dziecko dostrzegło w torebce kolorowe pastylki. Myślała, że to cukierki, i je zjadła. A były to tabletki... Przez to znalazła się w szpitalu. Na szczęście zakończyło się na płukaniu żołądka. To doświadczenie zrodziło w sercu Sylwii poczucie winy, pielęgnowane przez rodziców do czasów dorosłych podczas wiecznego przypominania, że dała tabletki swojej siostrze. W tej małej osobie rozpoczął się proces burzenia czystej świadomości dziecka i jego poczucia wartości. Został jej zabrany jeden płomyk dziecięcej radości.

Sylwia nie pamięta, żeby jako małe dziecko chodziła do kościoła z rodzicami. Jednak wieczorem, przed pójściem spać, tata pilnował, żeby pacierz został odmówiony. Największym prezentem duchowym z tego okresu, jaki otrzymała, jest widok taty, jak codziennie klęczał na kolanach przed swoim łóżkiem, modlił się, odmawiając pacierz. I tak płynął czas w naszym domu... Nie wiadomo, gdzie byli rodzice, pewnie praca, dom, szybkie życie, dobre pieniądze, dodatki w pracy, budowa domu, paczki świąteczne i tak dalej... W domu nie odczuwało się materialnych braków. Rodzice często chodzili na imprezy do sąsiadów, gdzie zawsze był alkohol. Dla Sylwii stanowiło to wielką traumę, ponieważ powroty były głośne, agresywne. Czasami udawała, że coś ją boli, żeby tylko tam nie szli. Ale to nic nie dawało. Rodzice akceptowali w pełni takie życie na bogato. Później już było tylko więcej i więcej. Tata zaczął pić alkohol coraz częściej i częściej. Wracając z pracy, już rzadko był trzeźwy. Pod wpływem alkoholu stał się bardzo agresywnym człowiekiem.

I tak się zaczęła trudna historia dzisiaj już dorosłego dziecka alkoholika. Cierpienie z tym związane przekracza pojęcie dorosłego człowieka. Wówczas cała uwaga w takiej rodzinie przechodzi w pytanie: czy dzisiaj tata przyjdzie pijany, czy trzeźwy?

Szkoła podstawowa

Łączą wspólne przeżywane radości, bardziej jeszcze wspólne

cierpienia, lecz tym, co najbardziej umacnia jedność serc,

jest wspólna miłość do dzieci.

św. Jan Paweł II

Po ukończeniu przedszkola zaczęło się życie szkolne. Szkołę podstawową rozpoczęłam już w swoim miejscu zamieszkania. Czasy tej szkoły są dla mnie niczym widmo. Awantury w domu ciągle narastały. Skupienie uwagi zostało przerzucone na nadużywanie alkoholu przez mojego tatę. Mama straciła sprzed oczu wizję rodziny. Rozpoczęło się kontrolowanie, obwinianie, codzienne lub przynajmniej cotygodniowe kłótnie rodziców. Serca stopniowo wypełniała nienawiść, chęć zemsty. Mój tata był zazdrosny, mama również nie była dłużna. Ogólnie zazdrość w mojej rodzinie zapuściła głębokie korzenie. Tata ciągle oskarżał mamę o zdrady. Wszystko zaczęło przyspieszać. Oboje przestali przejmować się tym, że mają dzieci. Stopniowo wstyd mojej mamy zamienił się w akceptację. Życie pod tym dachem nie dawało mi możliwości swobodnej nauki. A wymagania rodziców, głównie mamy, były bardzo wysokie. Sprostanie tym oczekiwaniom było dla mnie bardzo trudnym doświadczeniem. Robiłam, co tylko mogłam, w tych warunkach. Moja mama nie pomagała mi w nauce. Wymagała samodzielności. Nauka szła mi średnio. Nie byłam zdolna, ale za to pracowita i posłuszna. Inaczej wyglądała sprawa z moim rodzeństwem. Brat nie przepadał za nauką, co spowodowało, że w pewnym momencie stał się ofiarą moich rodziców, którzy przerzucali swoje emocje na dzieci. Konsekwencje złych ocen kończyły się bezlitośnie. Ten krzyk pamiętam do dziś... Zawsze płakałam razem z nim, ale schowana za fotelem, żeby nikt nie widział. Tak bardzo się bałam, że do dzisiaj czuję ten ból w sercu. Takie sytuacje często się powtarzały w naszym domu. Miłość do dzieci zamieniła się w przemoc psychiczną i fizyczną. Potęga strachu i lęku, co wydarzy się w domu za chwilę, rosła nieustannie. Trudno było szukać pomocy. Wtedy jeszcze nie umiałam się modlić i prosić Boga, żeby to zmienił. Dzisiaj wiem, że te zachowania wynikały z faktu, że doświadczyli złych relacji z własnymi rodzicami w dzieciństwie. Ich pragnienie miłości i poczucia własnej wartości również nie zostało zaspokojone. Oni także doświadczyli przemocy fizycznej, karania, nadużywania alkoholu, odrzucenia. Oni też zasługiwali na miłość.

W moim doświadczeniu życia szkolnego nie trafiła się sytuacja, w której usłyszałam, że jestem wystarczająca. Każdy sukces był za mały, żeby się nim wspólnie cieszyć. Ciągle czegoś brakowało, żeby zostać docenioną w domu. Często po latach słyszałam od mamy, że bardzo brzydko pisałam w zeszytach i pani wychowawczyni zawsze zgłaszała to jej na wywiadówkach. Ogólnie nie lubiłam chodzić do szkoły, gdyż wciąż było mi wstyd. Nigdy nie zapraszałam do domu koleżanek i kolegów ze szkoły, bo było mi wstyd za rodziców, za tatę, który ciągle pije lub właśnie trzeźwieje. Mieszkaliśmy w bloku ze wielkiej płyty, nietrudno było usłyszeć sąsiadom, co się dzieje w naszym mieszkaniu. Jednemu się dziwię, otóż nie zareagował nikt spośród sąsiadów, do których rodzice wcześniej chodzili rodzice na imprezy. Nikt się nie przejął, że dzieci krzyczą, płaczą i się boją. Czasami musieliśmy uciekać z domu, żeby tata się uspokoił. Mama miała wówczas dobrą koleżankę, u której mogliśmy otrzymać chwilowe schronienie i zrozumienie. Dzisiaj jestem bardzo wdzięczna tej już świętej pamięci pani i jej córce. Chodziłam z nią do szkoły i wówczas jako jedyna osoba w moim otoczeniu mnie rozumiała i nie oceniała.

Muszę jeszcze wspomnieć o mojej kochanej siostrze. Byłam dla niej takim aniołem. Była ona bardzo żywym dzieckiem, które zawsze dostawało to, co chciało. Nawet w relacjach z innymi dziećmi. Na placu zabaw nie pytała, tylko brała sobie obce zabawki i się bawiła. Żyła tak prawdziwie beztrosko. Chociaż dzisiaj patrzę na to inaczej. Ona - podobnie jak my z bratem - poszukiwała zainteresowania rodziców jej osobą, a w związku z tym często zachowywała się niegrzecznie. Były to zachowania prawdziwego dziecka, beztroskie i nieodpowiedzialne. Niestety, stała się ofiarą przemocy rodzinnej. Każde podejście mamy do szafy stanowiło dla mnie traumę. Kiedy to się działo, chowałam się w pokoju za fotelem, żeby niczego nie widzieć, i płakałam razem z moją siostrą. Takie działania nasza mama praktykowała przez wiele lat. Pamiętam, że wtedy zaczęła rodzić się we mnie nienawiść do rodziców. Zawsze zadawałam sobie pytania:

Dlaczego właśnie u nas w domu tak jest?

Dlaczego u innych w domu jest tak fajnie?

Dlaczego inni w domu rozmawiają, śmieją się razem?

Nie dostałam odpowiedzi od razu. Jedno wiem: każdy człowiek jest w pełni odpowiedzialny za decyzje, jakie podejmuje. Nie może się usprawiedliwiać. Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek całą rodziną poszli do kościoła. Moje pierwsze spotkanie z Kościołem rozpoczęło się w czasach szkolnych od chodzenia na religię do salki katechetycznej w parafii. Podobały mi się te lekcje. Lubiłam na nie chodzić. Dobrze się tam czułam, lepiej niż w szkole i w domu.

Przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej. Stanowiło to dla mnie ogromne wydarzenie. Wiele jeszcze nie rozumiałam, ale pierwszy raz poczułam się ważna na świecie. Uroczystość tę przygotowywała mi głównie babcia, mama mojej mamy. Doskonale piekła ciasta. To było duże wydarzenie rodzinne, bo do takich byliśmy przyzwyczajeni. Jedno, co dobre, to fakt, że na tej uroczystości nie było alkoholu. Z uroczystej części w kościele niewiele pamiętam. Myślę, że to dlatego, iż bardzo bałam się być w kościele na mszy. Przez wiele lat, kiedy tylko siedziałyśmy z mamą w jednej kościelnej ławce, prosiłam w duchu, żebym chociaż wytrzymała do modlitwy Ojcze nasz. Niestety, okazywało się to trudne. Regularnie przed tą modlitwą zaczynał boleć mnie brzuch, a następnie mdlałam i mnie wynoszono. Zdarzało się to tak często, że wszyscy się przyzwyczaili. Ten strach długo mi towarzyszył podczas uczęszczania do kościoła.

Warto wspomnieć, że kiedy mając siedem - dziesięć lat, jeździliśmy do babci (mamy mojej mamy), działy się w tym domu dziwne rzeczy. Jako dzieci nie rozumieliśmy, co się tam dzieje. Pamiętam, jak weszłam do pokoju, a przy stole siedziały siostry mojej mamy i "bawiły się" w wywoływanie złych duchów. Wtedy nas to nie interesowało, poza tym że talerze miały się unosić nad stołem. Po zbadaniu sprawy w rodzinie mojej mamy okazało się, że te praktyki były bardzo popularne w ich otoczeniu. Traktowano to jako zabawę. Nikt wówczas nie myślał o konsekwencjach, jakie spadną na rodzinę. W tym miejscu ocenę pozostawiam księżom egzorcystom, ale sama uważam, że zostały wtedy zaproszone złe duchy, co miało tragiczne skutki dla rodziny i zbiera żniwo do dziś.

Kolejne lata szkoły podstawowej przebiegały w strachu. Coraz bardziej zamykałam się w sobie. Moja radość serca nie istniała. Przestałam się uśmiechać, a że miałam krzywe zęby, to dodatkowo pojawiły się kompleksy. Przyglądałam się nieustannie kolegom i koleżankom, widziałam, jak funkcjonują w domu z rodzicami, jak rozmawiają ze sobą. Odwiedzałam ich w domu. Zazdrościłam im, że mają swoje pokoje, swoje łóżka. Ja czasami spałam w jednym łóżku z mamą i siostrą. Nie było to komfortowe, ale też tak bywa. To wszystko było po coś. Zastanawiałam się często po latach, dlaczego moja mama nie podjęła żadnej decyzji, żeby zmienić swoje życie. Wielokrotnie słyszałam od mamy, że to wszystko robiła dla nas. Na tę decyzję pewnie składały się wszelkie przekonania wyniesione z domu rodzinnego typu: Cierpienie i cierpienie, Każdy ma swój krzyż, Takie już jest życie, Tak sobie wybrałaś, Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz, Nikt ci nie pomoże, A mówiłam ci, że on nie jest dla ciebie, Dokąd teraz pójdziesz z tymi dziećmi, Co ludzie powiedzą... Nie, ja dzisiaj stanowczo mówię nie tym kłamstwom. To są kłamstwa szatana i zastraszanie kobiety. To nieprawda. Tak nie musi być i tak nie trzeba żyć. Można odważnie podjąć decyzję, że nie chcę tak żyć i zmieniam swoje życie. Oddać je Panu Bogu, jakkolwiek Go pojmujesz w tej chwili. On jest zawsze i czeka na nas. Płacze też razem z nami, bo nas kocha, ale dał nam wolną wolę i podejmujemy decyzję zawsze sami. W rozdziale trzecim Katechizmu Kościoła Katolickiego jest napisane:

Człowiek, powołany do szczęścia, ale zraniony przez grzech,

potrzebuje zbawienia Bożego. Pomoc Boża zostaje mu udzielona

w Chrystusie przez prawo, które nim kieruje, i przez łaskę,

która go umacnia.

KKK 1949

Wracając do głównego wątku, dzieci alkoholików czy z rodzin dysfunkcyjnych rzadko mają możliwości rozwijania swoich pasji i zainteresowań. W takiej rodzinie cała uwaga jest od nich odsunięta. Ja jako dziecko w wieku szkolnym lubiłam bawić się w szkołę, ale głownie uczyć dzieci. Moje najlepszy miejsce zabawy znajdowało się przy biurku. Pisałam nieustannie różne treści, prowadziłam dzienniki, biblioteki i tym podobne. To dawało mi dużo spełnienia. W latach osiemdziesiątych nie było zbyt wiele przyborów do pisania. Jak mama mi kupiła te podstawowe, to skakałam do sufitu. Lubiłam sytuację, gdy byłam chora i mogłam zostać w domu i się bawić, bo wtedy był spokój w domu. Kiedy zbliżał się czas ukończenia szkoły podstawowej, czyli klasy ósmej, oraz wyboru szkoły średniej i czas egzaminów, usłyszałam od swojej nauczycielki języka polskiego takie oto słowa: Gdzie ty chcesz iść do szkoły, przecież ty nie zdasz żadnych egzaminów z języka polskiego, ty do niczego nie dojdziesz w życiu, nie skończysz żadnej dobrej szkoły. Głęboko zapadły mi one w serce na około czterdzieści lat i spowodowały w moim życiu to, że ciągle uważałam się za gorszą i niewystarczającą. Nie zważając na te słowa, złożyłam dokumenty do szkoły średniej, wówczas na bardzo dobry, przyszłościowy kierunek. Okazało się, że egzamin zdałam z wynikiem dobrym. Cieszyłam się i płakałam z radości. Wtedy traktowałam to w ten sposób, że udowodniłam nauczycielce, iż jednak potrafię, ale rana w sercu pozostała na wiele lat. Dzisiaj kocham pisać, tworzyć dokumenty, potrafię tłumaczyć prawo, byłam urzędniczką na pewnym szczeblu, no i piszę. Dzisiaj chcę pisać książki i dawać tym wartość drugiemu człowiekowi. Czy to cierpienie ma jakiś sens?...

Pierwsze kroki w dorosłe życie

Szukajcie przystani miłości.

św. Jan Paweł II

Kiedy przyszedł czas szkoły średniej, a później studiów, poczułam, że wyjście do ludzi, do otoczenia jest nieuniknione. Ten wstyd, który szedł za mną, nie pomagał mi funkcjonować swobodnie wśród rówieśników. Dodatkowo znalazłam się w szkole, w której pracowali moja ciocia i wujek z rodziny mamy. Czułam się nadal głęboko kontrolowana i obserwowana. W tym czasie rozpoczął się mój okres dojrzewania, stawałam się pomału kobietą. Mój rozwój fizyczny był zazwyczaj książkowy. Czasami musiałam poczekać i patrzeć, jak inne dziewczyny dojrzewają szybciej. Pamiętam, że mama nie pozwalała mi się malować, co stanowiło dla mnie kolejne ograniczenie. Chciałam funkcjonować jak inni, to nie było nic złego. Chociaż wiedziałam, że wszystko zawsze zostanie mi zabronione i nawet nie pytałam już o nic w domu. Czułam się gorsza. Najważniejsze słowa często wypowiadane przez moją mamę głosiły: najważniejsze, żeby być kimś. Moja mama zawsze bała się opinii ludzkiej, co ludzie powiedzą, co powie ciocia. Trzeba było ciągle udawać. Nigdy nie mogłam być po prostu sobą. To jest ludzkie więzienie, kiedy nie możesz wyrażać siebie, swoich uczuć, a w ogóle o nich mówić. Każdy przecież przeżywa w swoim życiu jakieś problemy, trudności. One są wpisane w ludzką egzystencję. Ciągłe pokazywanie na zewnątrz, jak to jest idealnie i pięknie, doprowadza człowieka do frustracji. Dzisiaj wiem, że tylko życie w prawdzie daje szczęście. Bez względu na to, jaka ona jest. Dzisiaj nie boję się prawdy, nie boję się popełnić błędów. Zawsze działam ze świadomością taką, jaką mam w danym czasie. Prawdziwa mądrość nie boi się porażek. W życiu nie ma porażek, są tylko lekcje.

Idąc zgodnie z wpojoną ideologią, bardzo dużo się uczyłam. Byłam pilną uczennicą. Trafiały mi się również świadectwa z czerwonym paskiem i listem gratulacyjnym dla rodziców. W tym miejscu muszę wspomnieć, że mój talent do pisania został od razu zauważony. Moja wychowawczyni - bardzo fajna kobieta - nie lubiła wypełniać dziennika lekcyjnego. Kiedy zauważyła moje pismo, zostałam sekretarzem klasy i dodatkowo wypełniałam dziennik dla nauczyciela. Pani wychowawczyni musiała mi bardzo ufać. Ile lat musiałam czekać, żeby złamać paradygmaty ze szkoły podstawowej. Moim mottem życiowym jest, że Bóg nigdy się nie spóźnia. Warto czekać na takie chwile w życiu.

Czas dorastania to również czas imprez, dyskotek. To okres, kiedy dorasta się bardzo szybko, poszukując miłości. Przebywanie poza domem było dla mnie wolnością. Tak mogłam odreagować wstyd, brak miłości i zainteresowania, odrzucenie, a z drugiej strony nadmierną kontrolę. Szukałam drugiej osoby, żebym miała komu się wypłakiwać. I tak się stało, w wieku siedemnastu lat poznałam mojego obecnego męża. Tak jest to cud, że do dzisiaj jesteśmy razem. Ten chłopak był inny niż wszyscy. Bił od niego duży spokój, którego ja szukałam. Nie znalazł on jednak akceptacji u mojej mamy, ponieważ nie takiego sobie wymarzyła męża dla swojej córki. Walka o nasz związek ciągnął się latami po gruzach i kamieniach sprzeciwów. My też popełniliśmy po drodze wiele błędów, które stały się dziś dla nas lekcją.

Przyszedł czas studiów. Kierunek studiów został wybrany pośrednio przez moją mamę, ja chciałam uczyć się chemii, a znalazłam się na ochronie środowiska, bo rodzina mojej mamy mówiła, że to jest dobry kierunek. Kończąc te studia i otrzymując stopień inżyniera, zaszłam w ciążę. Wówczas żadne z nas nie było na to gotowe pomimo wieku. Nasze rodziny nieustannie walczyły, żeby nas rozdzielić. No i jak tradycja mówi, jeżeli jest ciąża, to szybkie planowanie ślubu. W wielkich bólach trwały przygotowania na sali wiejskiej, żeby było taniej, no i w pełnym okrojeniu potrzeb. Pamiętam, że do ślubu nie miałam robionych paznokci i nie miałam makijażu. Jedynie szminka i lekko podkreślone oczy. Jedyną troską stała się fryzura u fryzjera. Najpiękniejsze wydarzenie tej uroczystości odbyło się w kościele. Był to okres po Wielkanocy. Do dziś pamiętam piękny kościół - już przygotowany na święta - no i Słowo Boże wygłoszone do nas. Ksiądz wygłaszał słowa skierowane bezpośrednio do nas, dotyczące pięknej miłości. On pierwszy w nas uwierzył. Do dzisiaj bardzo mile go wspominam.

Sen o rodzinie

Miłość czyni największy ciężar lekkim

i wszelką gorycz w słodycz przemienia.

św. Franciszek z Asyżu

Moim największym marzeniem w życiu było mieć piękną, wspaniałą kochającą rodzinę. Pewnej nocy przyśniło mi się, że mieszkam we własnym mieszkaniu w środku miasta i mam wspaniałą rodzinę. I tak też się stało. Zawsze chciałam mieć dwoje dzieci, dziewczynkę i chłopca. Bezpośrednio po ślubie zamieszaliśmy w domu moich rodziców. Nie oferowało to komfortu, ale na początku drogi wystarczało. Mój mąż dojeżdżał do pracy na gospodarstwo, a ja przygotowywałam się do porodu córki. Po urodzeniu dziecka, będąc jeszcze na trzymiesięcznym zasiłku macierzyńskim, chodziłam już do pracy, bo byłam tam potrzebna. Stanowiło to dla mnie początek dobrej pracy, była dla mnie wartością nadrzędną, dlatego stawiałam ją ponad potrzeby swoje i swojej rodziny. Tu również pojawił się strach, że jak zrobię inaczej, to mnie zwolnią z pracy. Brak poczucia własnej wartości nie pozwalał mi rozsądnie podejmować decyzji. Zabrakło mi też wsparcia ze strony mojej rodziny.

Moja droga w małżeństwie zmagała się z wieloma trudami. Kiedy dwoje ludzi pochodzących z dwóch różnych domów - o różnych nawykach, przekonaniach, bólach - spotka się w jedności małżeńskiej, pojawiają się problemy. I tu zaczyna się prawdziwa droga nauki miłości. Żaden człowiek, który zawiera związek małżeński z drugą osobą, nie wie, co to jest wzajemna miłość. Oni myślą, że się kochają, ale to nieprawda. Kiedy przychodzi pierwsza burza, tracą wiarę i upadają. A przecież w pierwszym liście do Koryntian, który większość z nas usłyszało chociażby na swoim ślubie w kościele, został zawarty przepis na udane małżeństwo - Hymn o miłości:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał - byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie.

Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy.

Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko.

Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz.

Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:

największa z nich [jednak] jest miłość.

1 Kor 13, 1-13

Zakochanie nie daje żadnego prawa do małżeństwa. Małżeństwo powinno powstać na świadomej decyzji, wskutek woli, która planuje wielkie, odpowiedzialne zadania zakładania rodziny z odpowiedzialnością za dzieci, za partnera, którego się wybrało. Zadaniem tych dwojga ludzi jest poznać Boży plan i go realizować, bo tylko wtedy się uda. Jedno jest pewne: często małżeństwa wymagają interwencji Bożej w życie ludzkie. Są one wszędzie i są jak uderzenie pioruna. Małżeństwo ustanowił Stwórca w celu realizowania swojego planu miłości, czyli stanowi powołanie. Dla mnie osobiście małżeństwo jest drogą do świętości. Na tym gruncie człowiek przeżywa prawdziwą wiarę. Bywa też tak, że stopień problemów ludzkich przerasta małżonków i są podejmowane te ostateczne decyzje, pomimo że każde małżeństwo sakramentalne jest do uratowania.

No tak, a co jeśli nie wygląda to tak bajecznie? Ja jestem tego przykładem. Moje toksyczne relacje z rodzicami oraz to, że mój mąż nauczony był innego życia codziennego, spowodowały, że kiedy przyszła zmiana, trudno było nam się odnaleźć. Samo to, że mama nieustannie podtrzymywała koncepcję usunięcia mojego męża z naszego życia, sprawiało, że trudno nam było się obronić. Żyliśmy przecież pod jednym dachem, nie na swoich warunkach. Kiedy mój mąż wyjeżdżał do pracy, zaczynała się awantura z mamą. Wszystko jej przeszkadzało. Brak akceptacji naszego związku małżeńskiego zaślepiał jej postrzeganie rzeczywistości. Codziennie było tylko trudniej. Były też takie momenty, że mój mąż nie mógł już tego wytrzymać i wyprowadzał się kilka razy do domu rodzinnego. Z perspektywy czasu bardzo go podziwiam, że wówczas miał tak dużo cierpliwości.

Na początku naszej drogi małżeńskiej to my tak naprawdę dopiero się poznawaliśmy, pomimo że znaliśmy się przed ślubem osiem lat. Pojawiły się wtedy oczekiwania, które się nie spełniały. Odpowiadały za to doświadczenia z dzieciństwa, zbudowane na poczuciu braku. Myślałam tylko o sobie, jak mi jest źle, jaka jestem nieszczęśliwa, oj, jakie miałam poczucie bycia ofiarą. Rozpoczęło się wzajemne obrażanie, lekceważenie, oskarżanie i ocenianie, które niszczy miłość. Ludzie nie mają prawa się oceniać. Już nie było miejsca na podziw dla drugiej osoby, a przecież podziw jest ogromną pożywką dla miłości. Mój mąż był zdezorientowany tą sytuacją. Ponadto naciski ze strony jego rodziny, rodziców i sióstr, stały się dla niego ogromnym ciężarem. Zawsze chciał dobra dla wszystkich, ale to było niemożliwe, bo kiedy wchodzi się w związek małżeński, to jasno zostało nam powiedziane:

I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją

żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwojgiem,

lecz jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, niech człowiek

nie rozdziela.

Mt 19, 5-6

Oj, jakie to jest trudne! On, mężczyzna - ileż bowiem razy na losie małżeństwa zaważyło właśnie to, że mężczyzna nie opuścił do końca rodziców, szczególnie matki, i nie potrafił złączyć się ze swą żoną tak, aby istotnie powstała jedność (jak pisze Ojciec Święty - w prawdzie i miłości). Takie sytuacje zauważamy dziś razem z mężem w naszym otoczeniu i ubolewamy, że rodziny te ciągle jeszcze cierpią. Jeżeli takie sytuacje występują na początku małżeństwa, jest to zrozumiałe, ale jeżeli trwają po osiemnaście lat i dłużej, to konsekwencje okazują się drastyczne. To jest dramat relacji małżeńskich i złego wpływu na dzieci oraz całe funkcjonowanie takiej rodziny.

Cztery miesiące po ślubie przedwcześnie przyszła na świat nasza córka Oliwia. Oliwka urodziła się nagle w trakcie mojego pobytu w szpitalu z powodu obniżenia samopoczucia. Warunki życia oraz trudne relacje rodzinne wpływały codziennie na moje stany emocjonalne. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Mama cały czas próbowała utrzymywać kontrolę nad moim życiem, odsuwając przy tym na dalszy plan mego męża. Zawsze wiedziała wszystko lepiej. Każdy mój sprzeciw kończył się awanturą. Nikt nie miał racji. Dodatkowo zaangażowała ona również moją młodszą siostrę w ingerowanie w naszą rodzinę. Tutaj można zauważyć, jak silnie działa współuzależnienie w rodzinie dysfunkcyjnej. Podejmowanie działań ze strachu, żeby spełnić oczekiwania rodzica. Moja siostra także żyła pod kontrolą mojej mamy i pozostało tak do dzisiaj. W domu moich rodziców, w którym przecież mieszkaliśmy, nie było ani jednego dnia spokoju. Trudno było funkcjonować w nim na co dzień, i to jeszcze z ciążą zagrożoną. Mąż nie potrafił wówczas nas bronić, ponieważ agresja mojej mamy go paraliżowała. Staliśmy ciągle pod ścianą i nie widzieliśmy wyjścia. Wielkie marzenia o pięknej rodzinie runęły w gruzach naszej rzeczywistości.

Dni płynęły i po roku przyszedł na świat nasz synek. Tak się złożyło, że kiedy wróciłam do domu ze szpitala, zaczęłam się bardzo źle czuć. Dostałam silnych bólów nerek. Trafiłam ponownie do szpitala, okazało się, że mam zakażenie nerek. Mój stan był bardzo ciężki. Pamiętam, że dalsze funkcjonowanie nerki było zagrożone. To był trudny czas rozłąki. Synek został w domu, przerwałam karmienie i mój mąż wspaniale zajął się naszym dzieckiem samodzielnie. Nasza córka w tym czasie została przeniesiona na żądanie mojej mamy piętro wyżej, do oddzielnego pokoju. I tak zostało na kilka lat. Moja mama zatopiła wszystkie niespełnione uczucia i potrzeby w naszym dziecku. Chwilami bywało tak, że zastanawialiśmy się z mężem, czy mamy jeszcze jakieś prawa do własnego dziecka. Brzmi dziwnie, ale tak też bywa. Ten moment w moim życiu spowodował wielką ranę, którą nosiłam w sercu przez około czterdzieści lat. Bolało mnie, że nie byłam na tyle silna, żeby się sprzeciwić takiej sytuacji. Może nie byłoby to takie straszne, gdyby mój mąż nie został pozbawiony możliwości swobodnego przychodzenia do córki. Usłyszałam wtedy takie słowa: Za dużo osób nie może tu przebywać w pokoju. Pamiętam, że wtedy serce mi pękło, zaczęłam się zastanawiać, czy tak ma wyglądać nasza rodzina. To jest jakieś nieporozumienie. Przecież jesteśmy na początku drogi. I już mamy się rozdzielać?... Dlaczego?...

W końcu na swoim

Miłość to zadanie, które Bóg wciąż nam wyznacza, może po to,

by zagrzewać nas, abyśmy stawiali wyzwania losowi.

Św. Jan Paweł II

Ten koszmar życia w domu rodzinnym trwał cztery lata. Marzyliśmy, żeby się w końcu wyprowadzić. Chciałam jak najszybciej mieszkać osobno. To była dobra decyzja. Zdecydowaliśmy z mężem, że kupujemy mieszkanie. Możemy żyć skromniej, ale sami. Trafiła nam się możliwość zakupu najdroższego mieszkania w tej miejscowości, ale daliśmy radę ją zrealizować. Moje zarobki nie były wówczas wysokie, ale wierzyłam, że jeżeli będziemy się troszczyć o sakrament małżeństwa, to coś się kiedyś zmieni w naszym życiu. Trzy lata później dostałam awans na stanowisko kierownicze. Moje zarobki wzrosły. Przyszła wielka ulga. Zawsze powtarzałam sobie, wiedziałam, że Pan Bóg nas nie zostawi. Tak się rodziła we mnie żywa wiara. Chociaż chodzenie do kościoła było raczej tradycyjne i zgodnie z sumieniem.

Kolejne ważne decyzje, jakie stanęły przed nami, to pójście dzieci do przedszkola i wynajęcie opiekunki w czasie godzin wolnych, zaprowadzania ich i odbierania z przedszkola. Okazało się to trudne, dlatego że moja mama chciała nadal decydować o naszej córce i się nią opiekować za wszelką cenę. Postanowiliśmy, że najlepszą decyzją będzie przekazanie naszych dzieci w obce ręce. Do dzisiaj jesteśmy wdzięczni pani, która opiekowała się naszymi dziećmi. Zajmowała się nimi również po powrocie z przedszkola oraz szkoły. Pomagała im odrabiać lekcje. Nasze dzieci pokochały ciocię. Do dzisiaj dobrze wspominają ten czas. Jak często jest w życiu tak, że te trudne decyzje przynoszą wiele łask. Dlatego podejmowanie decyzji jest wpisane w nasze życie, nasze funkcjonowanie w codzienności... To również oznacza branie pełnej, świadomej odpowiedzialności za nasze życie i za rezultaty, jakie w nim otrzymujemy.

Obserwując dzisiejsze podejście ludzi do małżeństwa, widzę, że często się wiąże najpierw z dobrami materialnymi. To szukanie dobrobytu. Na początku para młodych nie musi mieć mieszkania, wystarczy pokoik. To nieprawda, że muszą mieć stabilną pracę, bo nie ma żadnej stabilizacji na tym świecie. Stabilizacja jest po śmierci. Pracę można zmieniać ciągle. Natomiast ludzie zakładają, że muszą mieć zabezpieczenie materialne. No tak, w banku, który zniknął. Zabezpieczenie materialne nie jest żadnym zabezpieczeniem ani na ziemi, ani w wieczności. Nagi się rodzisz i nagi wrócisz. A jak jest u Ciebie?...

Chomik w kołowrotku...

Praca jest darem niebios, kiedy pomaga nam myśleć o tym,

co robimy. Ale staje się przekleństwem, gdy jego jedynym

zastosowaniem jest unikanie refleksji nad sensem życia.

Paulo Coelho

Pomimo wszystko moje myślenie zaczęło się sprowadzać do wartości materialnych. Awans na kierownicze stanowisko wyniósł je w te rejony. Zaczęłam chcieć więcej. Uczyłam się zarządzania. Ukończyłam trzecie studia. Zawsze myślałam, że to, ile masz skończonych szkół, czyni wielkim człowiekiem. To nieprawda. Dzisiaj wstydzę się tego myślenia, dlatego że uderza ono w drugiego człowieka, zwłaszcza powołanego do innej pracy, tak samo potrzebnej, w której nie są wymagane tytuły naukowe. Takie przekonanie wyniosłam z domu i z tym rozumieniem rzeczywistości weszłam w życie dorosłe. Steve Jobs oznajmił: Twój czas jest ograniczony, więc nie marnuj go na byciem kimś, kim nie jesteś. Zrozumienie tych słów zajęło mi ponad trzynaście lat.

Wracając zaś do awansu. Nic w naszym życiu nie dzieje się przypadkowo. Wszystko zaczyna się od naszych myśli. Myśl stanowi impuls elektryczny, który idzie po obwodzie neuronalnym naszego mózgu. Jest początkiem określonego rezultatu, jeżeli zostanie zabarwiona uczuciem. No i tak się stało u mnie. Kiedy tylko skończyłam szkołę średnią, od razu rozpoczęłam pracę w tej firmie. Moi rodzice, a szczególnie moja mama, zakładali, że kierownik w tej firmie będzie musiał kiedyś opuścić to stanowisko i przekazać je młodszej osobie. Takie przekonanie zakorzeniło się w moich myślach na początku tej drogi. Jednakże droga ta nie była łatwa, bo nie była moją drogą. Od początku pracy byłam szlifowana niczym diament. Przechodziłam przez ciemność. Krótko po odbyciu stażu i zatrudnieniu zostałam zwolniona z pracy. Była to decyzja osób postronnych. Lecz uparcie dążąc do celu, z pomocą innych osób już po pół roku wróciłam do tej pracy. Wówczas było tylko trudniej. Zarabiałam bardzo małe pieniądze, zaproponowano mi pół etatu. Mając rodzinę, szczególnie dzieci, było ciężko, ale ufałam procesowi życia, że wszystko się ułoży. Moja wytrwałość i ambicje zawodowe pozwoliły mi to przetrwać. Wielokrotnie płakałam po powrocie do domu. Często słyszałam w pracy słowa w rodzaju: Ona nie dostanie bonów na święta, za krótko pracuje, Jak ona może dostać wyższą premię ode mnie. Duży wpływ na te decyzje miały mniej decyzyjne osoby. Mój kierownik zawsze chciał dla mnie jak najlepiej. Dzisiaj już świętej pamięci człowiek. Traktowałam go czasami jak swojego tatę. Wielokrotnie pokazywał mi, że nie można się poddawać. Był twardym i zdecydowanym człowiekiem, ale miał bardzo dobre serce. Każde słowo, które do mnie kierował, stanowiło pocieszenie mojego ducha. Zbudował we mnie wiarę, że jestem zdolną i mądrą kobietą. Wiedzę zawodową chłonęłam jak gąbka. Na pewnym etapie zawodowym stałam się jednością z moim szefem. Kiedy wchodził do biura i wydawał mi polecenia, wystarczyło, że powiedział jedno zdanie, a ja czytałam jego myśli i przelewałam na papier.

Dzisiaj w tym miejscu chciałabym mu serdecznie podziękować. Być może słowa te zostaną odczytane przez najbliższych i zaniesione przed tron w niebie, bo wierzę z całego serca, że tam się kiedyś spotkamy.