Wiejski jarmark w Castle Knoll, 1965
-?Twoja przyszłość to suche kości. -?Madame Peony Lane wypowiada
posępnym tonem pierwsze zdanie wróżby, która zdefiniuje całe przyszłe
życie Frances Adams.
Frances milczy, wpatruje się w siedzącą przed nią kobietę, choć jej dwie
przyjaciółki chichocą, rozbawione kiczowatą scenerią. Namiot wróżki
ozdabiają zasłony z kolorowych paciorków, a Peony Lane ma na głowie
tandetny jedwabny turban i przypomina postać z trzeciorzędnego
hollywoodzkiego filmu. Wygląda na dwadzieścia lat, celowo mówi niskim,
zachrypniętym głosem, by wydawać się starsza. Jest to tak niewiarygodne,
że nikt nie mógłby jej brać poważnie. I rzeczywiście, nikt nie bierze
jej poważnie. Z wyjątkiem Frances.
Traktuje każde słowo Peony jak objawienie. Po każdym kolejnym zdaniu
coraz mocniej zaciska wargi. Jest jak woda zbliżająca się do punktu
wrzenia, wydzielająca parę i drobne bąbelki.
Kiedy dziewczęta opuszczają ciemny namiot, Frances nie mruga w jasnym
sierpniowym słońcu. Jej długie, jasnorude włosy opadają na ramiona.
Spogląda na nią mężczyzna sprzedający jabłka w słodkiej polewie, lecz
Frances go nie zauważa. Po ponurej przepowiedni, którą przed chwilą
usłyszała, nie zwraca uwagi na otoczenie.
Emily staje po lewej stronie Frances, a Rose po prawej. Trzy dziewczyny
biorą się pod ręce i idą obok siebie, krążąc wśród straganów ze
starociami i bibelotami. Ignorują sprzedawcę kiełbasek, ale przystają,
by spojrzeć na srebrne naszyjniki rozgrzane upalnym słońcem. To
sztuczka, by zająć czymś Frances: Emily kupuje delikatny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie ptaka. Mówi, że to szczęśliwy omen, bo nosi
nazwisko Sparrow, co oznacza wróbla.
Rose od razu chwyta byka za rogi.
-?Wyglądasz, jakbyś spojrzała śmierci w oczy -?odzywa się. Szturcha
Frances, próbując trochę ją ożywić, ale Frances ma jeszcze bardziej
ponury wyraz twarzy. -?To bzdury, wiesz? Nikt nie potrafi przewidzieć
przyszłości.
Emily związuje wstążką swoje długie blond włosy i zapina na szyi
łańcuszek z wisiorkiem. Srebro lśni w słońcu podobnie jak wypolerowane
noże leżące na stoisku z wyposażeniem myśliwskim. Emily widzi, że
Frances spogląda z przerażeniem na naszyjnik.
-?Co się stało? -?pyta Emily. Mówi niewinnym tonem, ale ma poważny wyraz
twarzy.
-?Ptak -?odpowiada Frances, mrużąc oczy. -?Wróżka powiedziała: "Strzeż
się ptaka, bo cię zdradzi".
-?W takim razie mam idealne lekarstwo -?mówi Emily. Biegnie w tłum i wraca po kilku minutach. Trzyma dwa następne srebrne naszyjniki z ptakami. -?Dla ciebie i Rose. -?Uśmiecha się. -?Dzięki temu nigdy się
nie dowiesz, który ptak cię zdradzi. Mogłabyś nawet zdradzić samą
siebie. -?Śmieje się, wesoło i szczerze, cała Emily.
Frances patrzy na Rose, desperacko szukając zrozumienia, ale Rose też
się śmieje.
-?Myślę, że to dobry pomysł. Weź los w swoje ręce! -?Zapina naszyjnik,
jakby demonstrowała, jak to zrobić.
Frances się waha i chowa naszyjnik do kieszeni spódnicy.
-?Zastanowię się.
-?Och, rozchmurz się, Frances -?mówi Emily. -?Jeśli dalej będziesz się
dąsać, sama będę musiała cię zamordować. -?Wokół oczu Emily widać
zmarszczki, jakby znowu zamierzała się roześmiać.
-?Możecie nie lekceważyć tej wróżby? Czułam się niesamowicie! -?Frances
puszcza przyjaciółki i zatrzymuje się. Ociera spocone dłonie o prostą
bawełnianą spódnicę, którą ma na sobie, a potem splata ręce na piersi. Z kieszeni jej spódnicy wystaje mały prostokątny notatnik; Frances ma
palce poplamione atramentem, bo szybko zapisała każde słowo wróżki.
Rose pokonuje dzielącą je odległość dwoma długimi krokami i obejmuje
Frances, muskając krótkim czarnym bobem jej policzek.
-?Myślę, że po prostu z ciebie żartowała.
-?Mówiła o morderstwie, Rose! Nie mogę tego lekceważyć!
Emily przewraca oczami.
-?Och, na litość boską, Frances! Daj. Temu. Spokój. -?Mocno akcentuje
każde słowo, jakby odgryzała kawałki jabłka. Rose wygląda jak Królewna
Śnieżka, a Emily ma złocistą cerę; Frances nagle odnosi wrażenie, że są
postaciami z bajki. Ale w bajkach trzeba słuchać przepowiedni
czarownicy.
Emily i Rose znowu biorą Frances pod ręce i dalej spacerują po jarmarku.
W tej chwili panuje spokój, jest ciepło i trochę sennie. Słońce w dalszym ciągu świeci jasno, a w namiotach leje się z beczek piwo. W powietrzu unosi się lepki zapach palonego toffi i słaba woń dymu. Kroki
Frances stają się ciężkie i powolne. Wiele razy powtarza cicho wróżbę,
aż w końcu zapada jej głęboko w pamięć.
"Po pierwsze, twoja przyszłość to suche kości. Po drugie, twoja powolna
śmierć zacznie się w chwili, gdy weźmiesz do ręki królową. Wtedy nie
będzie powrotu. Po trzecie, strzeż się ptaka, bo cię zdradzi. Po
czwarte, klucz do sprawiedliwości to prawdziwa córka. Spraw, aby była
blisko. Jest twoją jedyną nadzieją. Wszystkie znaki na niebie i ziemi
wskazują, że zostaniesz zamordowana".
To tak mało prawdopodobna przepowiednia, że powinna się roześmiać. Ale
wróżka zasiała ziarno w jej umyśle i wyrastają z niego trujące pędy.
Trzy dziewczyny dobrze wykorzystują popołudnie i już wkrótce ich śmiech
przestaje być wymuszony. Znowu żartują, plotkują, okazują sobie
sympatię. W wieku szesnastu lat wzloty i upadki są równie naturalne jak
oddychanie, a te trzy dziewczyny oddychają głębiej niż większość ludzi.
Jeśli coś przyniesie im pecha, to liczba trzy. Za rok nie będą już
trójką przyjaciółek. Jedna z nich zniknie, lecz nie Frances Adams.
Miejscowy detektyw rozpocznie śledztwo, dysponując tylko jednym dowodem.
W plastikowej torebce przypiętej do lakonicznego meldunku w sprawie
zaginięcia znajdzie się cienki srebrny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie ptaka.
Rozdział 1
To jeden z tych parnych letnich wieczorów, gdy powietrze jest lepkie jak
syrop. Kiedy kończę podróż linią metra Piccadilly, nawet stęchlizna
stacji Earl's Court wydaje się świeżym powiewem. Pokonuję trzy
kondygnacje schodów i wychodzę na ulicę. Oblewam się potem i szukam w plecaku butelki z wodą. Znajduję tylko termos z wystygłą poranną kawą.
Mijają mnie szczupli mężczyźni w garniturach; śpieszą się gdzieś,
stawiają długie kroki jak gazele. Wypijam kilka łyków lurowatej kawy.
Jest niesmaczna, jak się spodziewałam, ale potrzebuję kofeiny. Słyszę
brzęczenie komórki i wyjmuję ją z kieszeni. Powstrzymuję chęć
sprawdzenia poczty i odbieram telefon.
-?Jenny... -?W moim głosie w końcu pojawia się znużenie. -?Proszę,
powiedz, że jesteś już w drodze. Bez wsparcia nie dam sobie rady z piwnicą mamy. Kiedy sprzątałam tam w zeszłym tygodniu, były tam pająki.
Ogromne!
-?Już dotarłam na miejsce -?odpowiada. -?Zaczekam na schodach do twojego
przyjazdu, bo nie mam ochoty być oprowadzana po domu przez twoją mamę i słuchać opowiadań, którą ścianę zburzy.
-?Słusznie. Poza tym sądzę, że nie wolno jej burzyć ścian w domu, który
nawet do nas nie należy.
-?Warto jej o tym przypomnieć. Przypuszczam, że w tej chwili jest w ferworze twórczym, bo zbliża się jej indywidualna wystawa w Tate
Gallery?
Krzywię się. Mama jest malarką, dość znaną, odnoszącą sukcesy. To znaczy
odnosiła sukcesy w przeszłości, bo zainteresowanie jej obrazami wygasło.
Niestety, kryzys kariery zbiegł się z utratą pieniędzy zarobionych na
wcześniejszych dziełach. Prawie przez całe moje życie z trudem wiążemy
koniec z końcem, tłumacząc sobie, że należymy do cyganerii artystycznej
i kochamy sztukę.
-?Chętnie jej pomogę. Dzięki ferworowi twórczemu mamy przestanę w nieskończoność sprawdzać skrzynkę mejlową; to okropnie frustrujące, bo
nigdy nie ma żadnej wiadomości. Przyniosłam próbki farb i zajmę się
piwnicą. Z wyjątkiem pająków, bo wszystkie nazywają się Jenny.
-?Och, moja własna armia pająków! -?grucha Jenny. -?Zawsze o tym
marzyłam. -?Milczy przez chwilę, jakby zastanawiała się nad następnymi
słowami. -?Dlaczego męczy cię pusta skrzynka mejlowa? Wysłałaś gdzieś
nowe teksty?
Jenny jest moją najlepszą przyjaciółką od dziewiątego roku życia. W zeszłym miesiącu zwolniono mnie z kiepsko opłacanej pracy biurowej, po
czym Jenny stała się idealnym połączeniem powiernicy, na której piersi
można się wypłakać, i trenera motywacyjnego. Namówiła mnie, bym
wykorzystała okazję, zrealizowała marzenia i zrobiła karierę jako
autorka kryminałów. Tłumaczyła, że nie każdy początkujący pisarz ma
matkę mieszkającą w centrum Londynu w domu z ośmioma sypialniami, która
pozwala nie płacić czynszu w zamian za pomoc w drobnych pracach.
Dwudziestopięcioletnia dziewczyna, która wróciła do rodzinnego domu,
zwykle nie ma tak dobrych warunków, chociaż muszę sobie radzić z nastrojami mamy. Udało mi się od nich uwolnić, gdy się wyprowadziłam,
więc mam wrażenie, że zrobiłam krok wstecz. Jednak w domu w Chelsea
korzystam z całego piętra; mimo złego stanu budynek ma w sobie coś
romantycznego. W mojej sypialni z dzieciństwa wisi pokryty kurzem
żyrandol, któremu brakuje kilku kryształów i który rzuca upiorne światło
na archaiczną maszynę do pisania znalezioną w jednej z szaf. Nie piszę
na niej, ale od czasu do czasu uderzam w klawisze, by stworzyć
szczególny nastrój. Ma plastikową walizkę w szkocką kratę i kojarzy się
z latami sześćdziesiątymi, których klimat uwielbiam.
-?Zaczęłam wysyłać swój najnowszy rękopis do agencji literackich -?mówię
i przygryzam wargę, gdy Jenny nie odpowiada. -?Minął dopiero tydzień,
odkąd wysłałam kilka pierwszych mejli -?dodaję, ocierając pot z karku.
Idę Earl's Court Road, od czasu do czasu lawirując między samochodami.
Mój plecak waży tonę, ale w bibliotece była wyprzedaż i nie mogłam się
oprzeć. Poza tym mam uzasadnienie zakupu siedmiu powieści Agathy
Christie: są mi potrzebne do studiów przygotowawczych. -?Ale zaczynam
odnosić wrażenie, że moja książka jest koszmarna.
-?Nie jest koszmarna.
-?Jest. Nie dostrzegałam tego, dopóki nie wysłałam jej do agencji.
-?Byłaś taka pewna tej książki! -?mówi Jenny. Słyszę w jej głosie
sztuczny optymizm, niedługo zacznie się zachowywać jak cheerleaderka.
Przerywam jej, zanim ma czas się rozkręcić.
-?Byłam, ale teraz jestem mądrzejsza. Wyobraź sobie, że podchodzi do
ciebie małe dziecko, a jego matka promienieje i uważa, że wydaje ci się
równie piękne. A dzieciak ma zasmarkany nos i ubranie poplamione
resztkami jedzenia.
-?Tak, rozumiem.
-?Jestem matką tego dziecka i przed chwilą wysłałam je w świat z zasmarkanym nosem, myśląc, że ludzie będą na nie patrzeć tak jak ja.
-?Więc wytrzyj mu nos. Przedstaw je ludziom, gdy będzie czyste.
-?Tak, właśnie po to trzeba redagować tekst.
Słyszę, jak Jenny wciąga powietrze po drugiej stronie słuchawki.
-?Annie, chcesz powiedzieć, że wysłałaś książkę do agentów i wcześniej
jej nie zredagowałaś? -?Śmieje się długo, głośno i zaraźliwie. Nic na to
nie poradzę, uśmiecham się szeroko i skręcam w Tregunter Road.
-?Po prostu byłam podekscytowana! -?wołam i chichocę lekko. -?Zrobiłam
coś wielkiego, wiesz? Zapisałam mnóstwo kartek, a potem nabazgrałam
słowo "KONIEC".
-?Tak, jestem z ciebie dumna. Ale myślę, że powinnaś pozwolić mi
przeczytać książkę przed wysłaniem jej do agentów.
-?Co takiego?! Nigdy!
-?Skoro nie pozwalasz mi jej czytać, po co wysyłasz ją nieznajomym?
-?Rozłączam się, jestem już prawie na miejscu. -?Docieram do końca
ulicy, gdzie Jenny czeka na mnie, siedząc na schodach.
Dom mamy stoi na skraju rzędu willi w eleganckiej uliczce. Nie pasuje do
otoczenia: wygląda jak maszkara z Halloween na bankiecie arystokracji.
Macham dłonią Jenny, która otrzepuje elegancką spódnicę i przesuwa dłoń
po długich czarnych włosach. Ma nienaganne wyczucie stylu. Wygładzam
obszerną letnią sukienkę i zastanawiam się, po co kupiłam ten koszmarny
ciuch. Z jakiegoś powodu pociągają mnie stroje, w których wyglądam jak
widmo z epoki wiktoriańskiej. Przyczyniają się do tego moja blada cera i jasne włosy, więc chyba powinnam przestać z tym walczyć.
Podobnie jak mama, Jenny i ja studiowałyśmy sztuki piękne w Central St
Martin's. Rodzice Jenny przenieśli się do Londynu z Hongkongu, gdy była
dzieckiem; są jednymi z najcudowniejszych ludzi, jakich znam. Nigdy nie
mówiłam o tym mamie, ale czasami, kiedy miałam ochotę spędzić trochę
czasu w miłej, rodzinnej atmosferze, chodziłam do Jenny po zajęciach,
zamiast wracać do domu; robiłam to nawet wtedy, gdy Jenny była na
lekcjach tenisa albo w mieście. Jej rodzice pozwalali mi siedzieć i odrabiać lekcje, rozmawiałam całą godzinę, czując zapachy prawdziwej
domowej kuchni.
Kiedy Jenny skończyła studia, znalazła wymarzoną pracę. Odrzuciła
propozycję zostania scenografką w Royal Albert Hall i dołączyła do
zespołu zajmującego się projektowaniem wystaw w domu towarowym Harrods.
Żyje tą pracą i tworzy arcydzieła, zwłaszcza na Boże Narodzenie.
-?Cóż, zobaczymy, co nas czeka w piwnicy twojej mamy? -?pyta, biorąc
mnie pod rękę.
Patrzymy przez chwilę na dom. Do drzwi wejściowych prowadzą duże
kamienne schody; po ich obu stronach znajdują się przybrudzone okna
wykuszowe. W dawnych czasach drzwi musiały być zielone, ale przez lata
farba się złuszczyła i drewno jest nieco wypaczone. Jednak uwielbiam ten
dom. Ma cztery kondygnacje, kiedyś był nieskazitelnie biały i wspaniały,
a w oknach ciągle wiszą stare aksamitne zasłony. Wychowałam się tutaj.
Mieszkałam sama z mamą i zawsze czułam się szczęśliwa.
-?Dziękuję, że mi pomagasz -?mówię do Jenny. Jestem wdzięczna, że
przychodzi, kiedy do niej dzwonię, nawet jeśli proponuję posprzątanie
starej piwnicy.
-?Żaden problem -?odpowiada. -?I tak wykonałaś w zeszłym tygodniu
najcięższą część roboty, prawda?
-?Och, nawet mi nie przypominaj. Było mnóstwo pudeł i kufrów. A pracownicy firmy przeprowadzkowej, którą wynajęłam, byli strasznie
niedelikatni. Wrzucili wszystko do furgonetki i kilka razy miałam
wrażenie, że słyszę brzęk tłuczonego szkła. Ale podpisałam fakturę i wysłałam wszystko do dziwnego dworu ciotki Frances w Dorset. Mam
nadzieję, że nie będzie wściekła, gdy niespodziewanie pojawi się mnóstwo
rupieci, ale mama koniecznie chce przerobić piwnicę na pracownię.
-?Frances to twoja ciotka, oficjalna właścicielka domu, prawda?
-?Tak.
-?Dlaczego nic więcej o niej nie wiem? Albo jej nie spotkałam? -?Jenny
mówi spokojnym głosem, ale jest w nim nuta urazy, jakby podejrzewała, że
nie pozwoliłam jej uczestniczyć w czymś ważnym.
-?Nie bierz tego do siebie -?odpowiadam. -?Ja też nigdy jej nie
widziałam. Najwyraźniej nie lubi Londynu i podróży. Jest tak bogata, że
nie zawraca sobie głowy sprawdzaniem, co się dzieje z domem. Myślę
nawet, że co tydzień wysyła mamie trochę pieniędzy. To trochę głupie i staromodne, jak kieszonkowe od rodzica, ale mama nie jest na tyle dumna,
by odmawiać pieniędzy. Kiedyś ją spytałam, czy ciotka Frances przysyła
jej pieniądze, ale wzruszyła ramionami i zmieniła temat.
-?Hm -?mruczy Jenny i widzę, że analizuje nowe informacje. Ciotka bardzo
ją interesuje. -?Wiem, że zabrzmi to makabrycznie, ale co się stanie po
jej śmierci? Ma dzieci, które was wyrzucą?
-?Nie, wszystko odziedziczy mama. -?Przygotowuję się na reakcję Jenny,
ponieważ moja najlepsza przyjaciółka, którą znam od szesnastu lat,
powinna o tym wiedzieć. Nie ukrywałam tego przed nią, po prostu nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Ciotka Frances mieszka tak daleko, że uważam dom
za nasz własny. Zapominam o jej istnieniu, dopóki coś mi o niej nie
przypomina jak dziś, gdy muszę posortować jej stare graty.
Jenny cicho gwiżdże.
-?Rodzinna fortuna -?mówi, przewracając oczami. -?Myślałam, że takie
rzeczy zdarzają się tylko w filmach.
Otwieramy drzwi frontowe, ciężko chodzące na zawiasach -?oczywiście
otwarte. Mama nigdy nie zamyka ich na klucz; mówi, że jeśli ktoś
zamierza okraść jeden z domów na Tregunter Road, nigdy nie wybierze
naszego. Spoglądam na gołe cegły w holu, gdzie odpadł tynk. Mama ma
rację: włamywacz rzuciłby okiem na odklejone tapety i doszedłby do
wniosku, że nie znajdzie niczego, co warto ukraść. Jednak pomyliłby się,
bo duża część dzieł mamy jest warta fortunę. Nigdy nie sprzedałaby
żadnej z wczesnych prac, które ciągle trzyma w domu, bo ma do nich
sentyment.
-?Tutaj! -?Z kuchni znajdującej się na tyłach dobiega głos mamy.
Przechodzimy na palcach przez dwa ogromne pokoje. Większość ludzi
wykorzystywałaby je jako salony, lecz mama urządziła w nich pracownię. O ściany opierają się ogromne obrazy, a podłoga jest pokryta plamami
farby. Przestała odkurzać podłogę przed wielu laty. Przez dwa okna
wykuszowe wpada żółtawe, mdłe światło; szyby pokrywa warstwa miejskiego
brudu gromadząca się co najmniej przez dwadzieścia pięć lat. Nie
przypominam sobie, by kiedykolwiek myła okna, ale przyzwyczaiłam się do
takiego światła i myślę, że gdyby wpadało przez czyste szyby, byłoby
zbyt jaskrawe i raziłoby w oczy jak po zdjęciu okularów
przeciwsłonecznych w jasny letni dzień.
Mama ma siwe włosy obwiązane zieloną chustką i trzyma w dłoni prawie
opróżniony kieliszek czerwonego wina; dwa pełne stoją na stole. Stoi nad
ogromną kuchnią i smaży cebulę; to jej jedyna umiejętność kulinarna. Coś
piecze się w piekarniku, ale podejrzewam, że to gotowa potrawa, która
wkrótce zostanie pokryta smażoną cebulą.
-?Na stole leży poczta dla ciebie -?mówi, nie odwracając się.
-?Dzień dobry, pani Lauro -?odzywa się Jenny. Jej ton jest nieco
filuterny i mama wygląda na zawstydzoną. Odwraca się i szybko cmoka
Jenny w policzek.
Podchodzi, żeby się ze mną przywitać. Wręcza mi napoczęty kieliszek, po
czym bierze ze stołu pełny.
Czuję zapach gazu, ale mama jest szybsza.
-?Piekarnik zgasł, chwileczkę.
Zapala długą zapałkę od palnika pod patelnią, po czym wyłącza gaz w piekarniku i otwiera drzwiczki. Kuchenka jest tak stara, że trzeba
wsadzić do niej głowę i zapalić płomykiem, ryzykując życie. Wiem, że
lepiej nie poruszać tematu jej wymiany; przez lata dyskutowałyśmy o tym
wiele razy. Mama uważa, że kuchenka jest fajna, w stylu retro. Kiedy na
nią patrzę, zawsze staram się nie myśleć o Sylvii Plath.
Siadam obok plecaka na twardym drewnianym krześle i biorę grubą kopertę
z moim nazwiskiem. Przez chwilę mocno bije mi serce, bo niedawno
wysłałam teksty również na kilka konkursów literackich. Ale od lat nie
dostałam normalnego listu z odpowiedzią: wszystko załatwia się pocztą
elektroniczną. Przez moment zastanawiam się, czy ktoś nie zainteresował
się wreszcie moją twórczością literacką. Wypijam resztę wina stołowego z supermarketu. Jego smak zapowiada ból głowy.
Otwieram kopertę i wyjmuję list wydrukowany na papierze firmowym:
Panno Annabelle Adams!
Prosimy Panią o przybycie do kancelarii adwokackiej Gordona, Owensa i Martlocka na spotkanie z Pani ciotką Frances Adams. Pani Adams chciałaby
omówić obowiązki ciążące na jedynym spadkobiercy swojego majątku
ruchomego i nieruchomego.
Przerywam lekturę.
-?Poczekaj, to list od adwokata cioci Frances -?mówię. -?Wygląda na to,
że przez pomyłkę zaadresował go do mnie zamiast do Laury. Chodzi o spadek.
Jenny pochyla się nad moim ramieniem i patrzy na list.
-?Pismo jest adresowane do ciebie -?mówi i wskazuje nagłówek. -?To nie
wygląda na błąd.
-?Och, Frances wcale się nie pomyliła -?syczy mama. Podchodzi do stołu i wyrywa mi list. Długo mu się przygląda, aż cebula zaczyna wydzielać
zapach karmelu. W końcu rzuca list na stół i wraca do kuchenki. Zdejmuje
żeliwną patelnię z palnika, nim cebula zaczyna się palić.
Jenny znowu patrzy na list i odczytuje dalszy ciąg:
-?"Prosimy o stawienie się w siedzibie firmy..." Bla, bla, bla... to tylko
instrukcje dotyczące spotkania. Odbędzie się za dwa dni, gdzieś w Dorset, w miejscowości o nazwie Castle Knoll. O mój Boże... -?szepce. -
Ciotka żyjąca samotnie w sennym miasteczku gdzieś na prowincji?
Tajemniczy spadek? To coś jak z powieści!
-?Jestem pewna, że to list do mamy. Podobno ciotka Frances jest
wyjątkowo przesądna; wątpię, by zmieniła zdanie i ją wydziedziczyła.
Choć właściwie, biorąc pod uwagę historie, które o niej słyszałam,
mogłaby to zrobić -?dodaję powoli. Patrzę na zaskoczoną Jenny i dochodzę
do wniosku, że jestem jej winna kilka wyjaśnień o szokujących
dziwactwach ciotki. -?Wie o tym cała rodzina -?mówię. -?Naprawdę ci o tym nie wspominałam? -?Jenny kręci głową i wypija łyk wina z kieliszka
na stole. Spoglądam na mamę. -?Chcesz opowiedzieć historię ciotki
Frances? Czy mam zrobić to ja?
Mama wraca do piekarnika i znowu mocuje się z drzwiczkami. Wyciąga
aluminiową tacę z niezidentyfikowaną masą. Bierze żeliwną patelnię i zdrapuje z niej przypaloną cebulę, po czym wyjmuje trzy widelce z koszyka, w którym trzyma sztućce. Ustawia całość między nami, układając
widelce pod dziwnymi kątami. Później siada na krześle, wypija kolejny
łyk wina i lekko kiwa głowę w moją stronę.
-?Okej -?mówię i przygotowuję się do wygłoszenia ciekawej opowieści.
Jenny bierze butelkę wina i napełnia mi kieliszek.
-?Ciotka Frances miała szesnaście lat, był rok tysiąc dziewięćset
sześćdziesiąty piąty. Poszła z dwiema najlepszymi przyjaciółkami na
wiejski jarmark i kazała sobie powróżyć. Przepowiednia brzmiała mniej
więcej tak: "Zostaniesz zamordowana i zmienisz się w stos suchych
kości".
-?Och, to niesamowite, bardzo mi się podoba -?wtrąca Jenny. -?Ale jeśli
zamierzasz pisać kryminały, Annie, powinnaś popracować nad techniką.
Mówię to z serca.
Mama bierze list i studiuje go, jakby był dowodem przestępstwa.
-?Wróżba brzmiała inaczej -?mówi cicho. -?Jej treść była następująca:
"Po pierwsze, twoja przyszłość to suche kości. Po drugie, twoja powolna
śmierć zacznie się w chwili, gdy weźmiesz do ręki królową. Wtedy nie
będzie powrotu. Po trzecie, strzeż się ptaka, bo cię zdradzi. Po
czwarte, klucz do sprawiedliwości to prawdziwa córka. Spraw, aby była
blisko. Jest twoją jedyną nadzieją. Wszystkie znaki na niebie i ziemi
wskazują, że zostaniesz zamordowana".
Wbijam widelec w gęstą śmietanę. Podejrzewam, że to zapiekanka
ziemniaczana z działu mrożonek w Tesco.
-?Zgadza się. Tak czy inaczej, ciotka Frances przez całe życie wierzyła,
że wróżba się spełni.
-?Cóż, nie wiem, czy to tragiczne, czy bardzo mądre z jej strony -
zauważa Jenny. Obraca się w stronę mamy. -?Annie naprawdę nigdy jej nie
spotkała?
Mama wzdycha i zjada trochę cebuli.
-?Pozwalamy Frances spokojnie żyć w wielkim dworze.
-?Zaczekajcie, macie ciotkę posiadającą wiejski dwór i po prostu ją
ignorujecie?
Mama kiwa dłonią, zaprzeczając słowom Jenny.
-?Wszyscy ignorują Frances. To zwariowana starsza pani, dziwaczka mająca
ogromny wiejski dwór i mnóstwo pieniędzy. Stała się miejscową legendą.
Wyszukuje kompromitujące informacje o każdym, kogo spotka, na wypadek
gdyby miał się okazać jej mordercą.
-?Zamierzasz zadzwonić do adwokata w sprawie pomyłki? -?pytam.
Mama dotyka grzbietu nosa i podaje mi list.
-?Moim zdaniem to nie pomyłka. Pojechałabym z tobą do Dorset, ale tę
datę wybrano celowo.
Znowu patrzę na list.
-?Wernisaż twojej wystawy w Tate Gallery -?mówię powoli. -?Ciotka chce
być pewna, że nie możesz przyjechać?
-?Frances ma bzika, ale jest wyjątkowo wyrachowana. I lubi gry.
-?Okej -?odpowiadam. Garbię się na myśl, że nie pójdę na wernisaż
wystawy mamy w Tate Gallery, ale wygląda na to, że spotkanie dotyczy
naszych środków na utrzymanie. Mam nadzieję, że wernisaż wypadnie
dobrze, a potem będą inne. -?Ale dlaczego ja?
Mama z sykiem wydycha powietrze, a potem mówi:
-?Frances żyje tą wróżbą. Przez lata byłam jej jedyną spadkobierczynią z powodu zdania: "Klucz do sprawiedliwości to prawdziwa córka". Jestem
jedyną córką w rodzinie, mój ojciec był starszym bratem Frances.
-?Najciekawsze jest następne zdanie, które mówi, że prawdziwa córka
powinna być blisko -?dodaję w zamyśleniu.
Mama kiwa głową.
-?Wygląda na to, że Frances doszła do wniosku, że nie jestem prawdziwą
córką.
Rozdział 3
Zaledwie po trzech stacjach pociąg jest prawie pusty: wszyscy
pasażerowie wysiadają na przedmieściach Londynu. Po dwóch godzinach
widać mozaikę zielonych wzgórz hrabstwa Dorset i ogarnia mnie
narastające podniecenie. Wyjmuję jeden z pustych zeszytów, które
zabrałam w podróż, i próbuję opisywać krajobrazy. Pociąg nie dojeżdża do
samego Castle Knoll. Muszę złapać autobus w mieście o nazwie Sandview;
odjeżdża raz na godzinę.
W końcu pociąg zatrzymuje się na stacji końcowej i widzę klasyczny
dwupoziomowy autobus z otwartym górnym piętrem, przeznaczony dla
turystów jadących nad morze. Siadam na górze z przodu jak mała
dziewczynka; autobus przejeżdża przez kilkanaście wiosek, aż wreszcie
zbliża się do Castle Knoll. Już od czterdziestu minut czuję woń
dalekiego morza. Jedziemy wiejskimi drogami oświetlonymi słońcem i zapach wydaje się przyjemny.
Castle Knoll przypomina obrazek angielskiego miasteczka na puszce z herbatnikami -?wąskie uliczki, kamienne murki wzdłuż dróg i wysokie,
skaliste wzgórze z ruinami normańskiego zamku. Na stokach pasą się owce
i od czasu do czasu słyszę beczenie, gdy jedziemy drogą wokół zamku.
Do spotkania z mecenasem Gordonem zostało jeszcze kilka minut, więc idę
pod górę brukowaną główną ulicą, by się rozejrzeć. Podciągam lekko
plecak i zastanawiam się, czy nie powinnam przywieźć więcej książek.
Albo czwarty zeszyt -?ten oprawiony w ciemnoczerwoną skórę.
Miejscowość jest tak mała, że widzę ją w całości z jednego miejsca. Na
jednym końcu wznoszą się ruiny zamku; u stóp wzgórza znajduje się stary
pub Pod Martwą Wiedźmą. Wygląda jak dom nawiedzany przez duchy: łupkowe
dachy są przekrzywione, a grube, pobielone ściany wyblakły od słońca i odpada z nich tynk. Reszta miejscowości wygląda nieskazitelnie -?do tego
stopnia, że czuję się jak na planie filmowym. Większość ulicy koło pubu
zajmuje staromodny sklep ze słodyczami, pełen turystów już o dziesiątej
rano, i stacja kolejowa z epoki wiktoriańskiej. Widzę lokomotywy z parą
buchającą z kominów i rodziny stojące w kolejce do kasy, by kupić bilety
do jedynego miejsca docelowego -?niedalekiego kurortu nad morzem.
Na drugim końcu głównej ulicy znajduje się ładny kamienny dom stanowiący
wesołą antytezę pubu Pod Martwą Wiedźmą. Na jaskrawoczerwonym szyldzie
widnieje złoty napis: "Delikatesy Crumbwella". W pobliżu delikatesów
mieści się hotel Castle House. Jest nieskazitelny i elegancki,
prawdopodobnie potwornie drogi.
W końcu otwieram drzwi kancelarii adwokackiej Gordona, Owensa i Martlocka, mieszczącej się na parterze jednego z domów przy głównej
ulicy. Wchodzę do przestronnego pokoju, który wydaje się zaskakująco
wesoły, biorąc pod uwagę, że do dawnego saloniku wepchnięto cztery
biurka. Blask stojących na nich lamp o zielonych kloszach konkuruje ze
światłem wpadającym przez szybę w drzwiach wejściowych. W jednym z rogów
siedzi przy dużym biurku mężczyzna o okrągłej twarzy, ale pozostałe
miejsca są wolne.
-?Przepraszam, szukam pana Gordona -?mówię.
Mężczyzna spogląda na mnie i mruga kilka razy. Patrzy na zegarek i znowu
podnosi głowę.
-?Nazywam się Walter Gordon. Annabelle Adams?
-?Tak, to ja, ale proszę mówić do mnie po prostu Annie.
-?Bardzo się cieszę, że cię poznałem -?odpowiada. Wstaje i ściska mi
rękę, lecz nie wychodzi zza biurka. -?Jesteś dokładną kopią Laury.
Śmieję się lekko; słyszę to tak często, że to dla mnie nic nowego.
Przypominam sobie, że mama dorastała w Castle Knoll i są tu ludzie,
którzy ją znali, gdy była młoda. Szkoda, że mnie tu nie przywiozła w dzieciństwie, ale nie dogadywała się z rodzicami i zawsze mówiła, że
Londyn to dla nas najlepsze miejsce.
-?Przed chwilą rozmawiałem przez telefon z Frances -?mówi pan Gordon. -
Obawiam się, że odbędziemy spotkanie w Gravesdown Hall. Ma jakieś
problemy z samochodem. Poczekamy, aż wszyscy przybędą, i pojedziemy
razem do posiadłości.
Siadam na krześle naprzeciwko biurka, a pan Gordon poniewczasie zauważa,
że nie poprosił, bym usiadła. Nie zrobiło to na mnie wrażenia, ale
najwyraźniej jest trochę staroświecki: ma na sobie pognieciony garnitur
i nosi chusteczkę w kieszeni na piersi. Spogląda na sąsiednie biurko, po
czym mamroce coś o sekretarce i herbacie.
-?Powiedział pan "wszyscy". Wolno spytać, na kogo czekamy? Miałam
wrażenie, że spotkam się tylko z panem i ciotką Frances.
-?Och... -?Wydaje się nieco zmieszany i zaczyna przekładać papiery na
biurku. Próbuje wyglądać oficjalnie, ale widzę, że jest zdenerwowany. -
Frances wprowadziła, hm, twórcze zmiany do swojej ostatniej woli.
Spotykamy się też z Saxonem i Elvą Gravesdownami, którzy się spóźnią:
zawsze się spóźniają.
Waham się, czy spytać, kim są Saxon i Elva Gravesdownowie, czy trzymać
buzię na kłódkę, by nie ujawnić, że nawet nie znam ciotki, która nagle
postanowiła zapisać mi majątek. Frances mieszka w Gravesdown Hall, więc
domyślam się, że Saxon i Elva Gravesdownowie to krewni jej nieżyjącego
męża.
-?Mój wnuk Oliver powinien lada chwila wrócić -?kontynuuje Gordon. -?On
też będzie obecny na spotkaniu. Ach, o wilku mowa!
Odwracam się na krześle i widzę męski profil za szybą w drzwiach.
Przybysz zmaga się z klamką, ponieważ niesie tacę z kubeczkami kawy. Pan
Gordon zrywa się z miejsca, by pomóc. Drzwi się otwierają, pada na mnie
złociste światło słońca i Oliver Gordon w końcu przekracza próg.
Wygląda, jakby zszedł z kart żurnala. Wydaje się trochę zbyt wymuskany
jak na mój gust. Jest ubrany w szare spodnie od garnituru,
jasnoniebieską koszulę pasującą do barwy jego oczu; nie nosi krawata i ma guzik rozpięty pod szyją. Na jego ramieniu wisi skórzana torba od
laptopa.
Trzyma w jednej ręce tekturową tacę z kilkoma kubeczkami kawy, a w drugiej ozdobne pudełko z ciastkami. Na wieczku znajduje się napis:
"Castle House".
-?Annie, to mój wnuk Oliver -?mówi pan Gordon. W jego głosie brzmi lekka
duma charakterystyczna dla dziadków. -?Oliver, to Annie Adams, córka
Laury.
-?Annie Adams -?powtarza powoli Oliver i uśmiecha się lekko. Przechyla
głowę, wymawiając moje nazwisko, a jego włosy o barwie karmelu opadają
na czoło. Mam wrażenie, że to wyćwiczony gest, co sprawia, że
natychmiast postanawiam go zignorować. -?Wspaniałe nazwisko -?mówi. -
Jak z komiksu.
-?Słucham?
-?No wiesz, to brzmi trochę jak Lois Lane albo Pepper Potts. -?Unosi
ręce i wykonuje gest, jakby uchylał przede mną kapelusza.
-?Miło mi cię poznać -?odpowiadam i patrzę, jak się uśmiecha. Podoba mi
się, że mimo pretensjonalnego wyglądu okazuje się miłośnikiem komiksów.
Zdaje sobie sprawę, że mógł się zdradzić, i z powrotem przybiera poważną
minę.
-?Nie ma jeszcze Frances? -?zwraca się do pana Gordona. -?Chciałem
pojawić się na scenie z kawą i ciastkami. Pomyślałem, że doceni ten
gest.
Pan Gordon marszczy brwi.
-?Ty wpadłeś na ten pomysł czy Rose?
Na jego twarzy pojawia się bardziej naturalny uśmiech.
-?W porządku, Rose. Urządziła na mnie zasadzkę przed hotelem Castle
House i dała mi to wszystko. Chyba postanowiła przypomnieć Frances, że
też powinna zostać zaproszona.
-?Jeśli ktoś jest zły, że go nie zaproszono, dlaczego miałby fundować
innym ciastka? -?pytam. -?To dziwne zachowanie.
Pan Gordon lekko się uśmiecha.
-?To prawda, ale Rose lubi zwracać na siebie uwagę przesadnie miłymi
gestami. -?Wygładza chusteczkę w kieszeni marynarki, ale jeszcze
bardziej ją gniecie. -?Cóż, Frances może porozmawiać z Rose kiedy
indziej. Zawieziemy jej te ciastka. Frances niestety nie może przyjechać
do miasteczka. Silnik w jej starym rolls-roysie znowu sprawia kłopoty.
W tym momencie do drzwi zbliża się elegancka kobieta.
-?O Boże... -?mruczy Oliver. -?Nie wiedziałem, że spotkamy dziś Elvę.
Kobieta wchodzi do kancelarii i spogląda nad naszymi głowami, jakby to
nie nas spodziewała się zobaczyć. Jej siwe włosy są związane w schludny
kucyk. Wygląda na jakieś pięćdziesiąt pięć lat, ale ma taką młodą twarz,
że zastanawiam się, czy w Castle Knoll można znaleźć gabinet stosujący
botoks. Jest ubrana w kremową marynarkę i spodnie o takim samym kolorze.
Gdyby była tu Jenny, byłaby w stanie rozpoznać, czy to Chanel, czy Dior.
-?Walter. -?Wymawia zdecydowanym tonem imię pana Gordona i natychmiast
daje do zrozumienia, że to ona jest najważniejszą osobą w pomieszczeniu.
Pan Gordon wstaje od biurka i znowu zaczyna nerwowo przekładać papiery,
jakby został przyłapany na robieniu czegoś niewłaściwego.
-?Witaj, Elvo! Możesz usiąść koło Laury -?mówi.
-?Annie -?poprawiam, a kobieta patrzy na mnie z uniesionym podbródkiem.
Przypomina zaciekawionego ptaka.
-?Tak, oczywiście, wybacz mi, Annie -?przeprasza pan Gordon.
-?No cóż. -?Elva krzyżuje ramiona na piersi i robi krok w moją stronę,
zaciskając usta z dziwnym zadowoleniem. -?Jesteś córką Laury? To dla
niej typowe. Zamiast sama przyjechać, przysłała cię tutaj, żebyś się
uporała ze złymi wiadomościami.
-?Złymi wiadomościami? -?pytam. Mam wrażenie, że wpadam w pułapkę, ale
chcę zrozumieć, co się dzieje. -?Wiem tylko, że ciotka Frances po mnie
posłała. -?Słowo "posłała" brzmi nieco staroświecko w moich ustach,
jakbym była postacią z powieści Jane Austen.
Elva się odwraca i znowu zaczyna rozmawiać z panem Gordonem, a ja trochę
się odprężam. Mam wrażenie, że przestało mnie owiewać arktyczne
powietrze, które popłynęło w inną stronę.
-?Frances zmieniła testament. Wykluczyła Laurę. Powiedziała mi to
osobiście kilka dni temu. -?Elva mówi rzeczowym, monotonnym głosem jak
lektorka w filmie przyrodniczym opisująca straszliwą rzeź dokonaną przez
lwy. -?Przyjedzie, żeby wszystko nam wyjaśnić? O wpół do pierwszej mam
ważny lunch w Southampton, więc nie mogę tu siedzieć całe rano. Skoro
Laura została wydziedziczona, obecność jej córki nie jest potrzebna.
Prycham, zaskoczona, a pan Gordon zaczyna się jąkać:
-?Elvo, doprawdy! Proszę, przestań spekulować. Wszystko wkrótce się
wyjaśni, gdy spotkamy się z Frances. Gdzie jest Saxon?
-?Robi sekcję zwłok w szpitalu w Sandview, która trochę się przedłużyła.
Kiedy skończy, będzie jechał całą godzinę, zakładając, że zdąży na prom.
Kazał mi przekazać, żebyście się nie przejmowali jego nieobecnością.
Przekażę mu szczegóły później.
-?Frances będzie niezadowolona -?mówi pan Gordon i znowu siada na
fotelu.
Następuje chwila pełna napięcia, gdy czekamy na reakcję Elvy. Na jej
twarzy pojawia się wyraz wyniosłej pogardy. Z jakiegoś nieznanego powodu
kobiety takie jak Elva uważają mnie za niegroźną, co jest korzystne w takich sytuacjach.
Uśmiecham się promiennie i mówię:
-?Przepraszam, nie wiedziałam, że należy pani do rodziny ciotki Frances.
Jest pani jej kuzynką?
-?Mój mąż Saxon jest spowinowacony z Frances -?odpowiada wyniośle.
Mama nigdy nie wspominała, że ciotka ma innych krewnych, chyba dlatego,
że zawsze była jedyną spadkobierczynią. Otwieram usta, by o to zapytać,
ale pochyla się w moją stronę pan Gordon.
-?Saxon to bratanek nieżyjącego męża Frances -?wyjaśnia. -?Lord
Gravesdown przyjął Saxona do siebie po śmierci jego rodziców. Wkrótce
potem Saxon poszedł do szkoły z internatem, a Frances poślubiła lorda
Gravesdowna. Dbała finansowo o Saxona przez te wszystkie lata, podobnie
jak o Laurę... -?Zerka na Elvę, która wpatruje się w ścianę obok głowy
pana Gordona, jakby próbowała wypatrzyć brzęczącą muchę. -?Ale nigdy nie
mieli szczególnie bliskich relacji -?kończy.
-?Frances na szczęście postąpiła rozsądnie w sprawie Laury -?wtrąca
Elva, jakby nikt wcześniej się nie odezwał. -?Dom w Chelsea od lat
należy do rodziny Gravesdownów i tak powinno pozostać. Kiedy w zeszłym
tygodniu odwiedziłam posiadłość, zauważyłam, że Laura bez powodu
przysłała kilka starych kufrów Frances. To sprawiło, że Frances wreszcie
podjęła decyzję. Zamierza was eksmitować.
Niepokój skręca mi żołądek.
-?Ja to zrobiłam -?mówię powoli. -?Wysłałam kufry do Gravesdown Hall i moje nazwisko znajdowało się na fakturze, którą Frances musiała
podpisać. Czy to dlatego tak nagle się mną zainteresowała? Dlaczego
miałoby ją to skłonić, by mnie uczynić jedyną spadkobierczynią? Nic z tego nie rozumiem.
A jeśli Elva ma rację? Może wysłanie kufrów z Chelsea przekonało ciotkę
Frances, że pora wyeksmitować mnie i mamę?
Elva wygląda, jakby miała wybuchnąć, co potwierdza, że blefowała, gdy
mówiła o eksmisji. Prawdopodobnie przyjęła to założenie, kiedy
usłyszała, że mama została wykreślona z testamentu.
-?Zajmiemy się tym wszystkim w czasie spotkania z Frances -?przerywa pan
Gordon. Znowu wydaje się zmęczony i zdaję sobie sprawę, że jest starszy,
niż początkowo myślałam. Domyślam się, że skończył siedemdziesiąt lat i pracuje mimo przejścia na emeryturę.
-?Mam mętlik w głowie -?mówię. -?Czy w czasie spotkania ciotka Frances
po prostu opowie, co jest napisane w nowym testamencie? Czy to...
normalne?
-?Frances robi, co jej się podoba -?odpowiada pan Gordon i wzdycha
ciężko.
-?To znaczy żyje i zamierza umrzeć zgodnie z tą cholerną wróżbą z tysiąc
dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku! -?rzuca Elva. -?Okropny,
stary babsztyl!
Otwieram szeroko oczy, lecz jestem zaciekawiona. Elva zaczyna się
złościć, a widok tak spokojnej osoby tracącej panowanie nad sobą jest
bardzo przyjemny.
-?Wiesz, że nie chciała pokryć kosztów naszego wesela, chyba że zmienimy
lokal?! Marzyliśmy o weselu w Queen Victoria Country Club, ale nie
chciała o tym słyszeć! W logo klubu był portret królowej Wiktorii,
znajdował się na serwetkach i kieliszkach do wina, a Frances nie chciała
przez cały wieczór trzymać w dłoni królowej. To śmieszne! Ma okropną
awersję do królowych, które można wziąć do ręki! -?Sposób, w jaki
wypowiada słowo "okropną", sprawia, że się wzdrygam, jakby czekały nas
jakieś okropieństwa.
Elva nagle się odwraca i patrzy na Olivera, jak gdyby dopiero go
zauważyła.
-?Dlaczego jest tu twój wnuk, Walterze? To sprawa rodziny Gravesdownów.
Pan Gordon wyjmuje chusteczkę i ociera czoło.
-?Pozwól, że ci przypomnę, Elvo, że Frances zaprosiła na spotkanie
Saxona, Annie i Olivera. Nie wspomniała o tobie.
-?Olivera?! -?Elva nie próbuje ukryć szoku. -?Jeśli chce coś zapisać
rodzinie Gordonów, może przecież uwzględnić cię w testamencie, prawda?
Dom w Chelsea i posiadłość dla Saxona i dla mnie, a trochę
sentymentalnych drobiazgów dla ciebie. To miałoby sens.
Pan Gordon ściska grzbiet nosa.
-?Elvo, czy mogłabyś przestać zgadywać, co zawiera testament Frances?
Ile razy muszę powtarzać...
Oliver trzyma kluczyki do samochodu i kiwa głową w moją stronę.
-?Mogę cię podwieźć. Wyruszymy pierwsi, dobrze? Nie przejmuj się bagażem
-?dodaje, zerkając na skórzaną torbę weekendową, którą postawiłam w kącie. -?Możesz go zabrać po powrocie ze spotkania.
Uciekamy z kancelarii adwokackiej, jakby się paliło, nawet nie próbując
powiedzieć: "Do widzenia!".
Rozdział 5
Kiedy idziemy do samochodu, nie mogę nic wyczytać z twarzy Olivera. Po
spotkaniu z Elvą mam mętlik w głowie; patrzę na ostry zarys jego szczęki
i staram się wymyślić coś, co pozwoliłoby sprowadzić rozmowę na komiksy.
Naciska klucz zbliżeniowy trzymany w dłoni i zapalają się światła
postojowe nieskazitelnego bmw. Zaparkował go w poprzek chodnika głównej
ulicy i kompletnie go blokuje. Ludzie muszą schodzić na jezdnię, by
ominąć samochód. Patrzą na nas wściekle, lecz Oliver tego nie zauważa
albo ma to w nosie.
Zapala silnik i rusza w niezręcznej ciszy. Opuszcza okno o kilka
centymetrów i czujemy na twarzach letni wiatr. Napięcie znika. Skręcamy
w zielone wiejskie drogi. Mam ochotę wychylić się przez okno i wdychać
aromat drzew splecionych koronami nad naszymi głowami. Nie robię tego
jednak, bo chcę wyglądać poważnie.
-?Czym się zajmujesz w Londynie? -?pyta. Skręca ostro i powinnam być
zdenerwowana, ale wydaje się pewny siebie, jakby dobrze znał miejscowe
drogi.
Milczę przez chwilę, a potem odpowiadam:
-?Och, jestem pisarką. -?Według Jenny powinnam mówić ludziom, że to mój
zawód, jeśli o to pytają, bo w tej chwili tym się zajmuję. To prawda,
ale nie zarabiam ani grosza. Ani nikt o mnie nie słyszał. Przygryzam
wargę, przypominając sobie pustą skrzynkę mejlową. -?Zakończyłam jedną
książkę, ale jeszcze nie zaczęłam nowej -?wyjaśniam. Ściśle rzecz
biorąc, nie jest to kłamstwo. -?Wykorzystuję ten czas na realizację
kilku projektów twórczych. -?Znowu zapada cisza, więc szybko zaczynam
mówić o banalnych sprawach, by nie pytał o szczegóły moich "projektów
twórczych". -?A ty? Mieszkasz w Castle Knoll? Wydaje się, że świetnie
znasz miejscowe drogi. -?Uśmiecham się, ale Oliver lekko mruży oczy.
-?O nie. Ja też mieszkam w Londynie. Pracuję w firmie Jessopa Fieldsa. -
Milknie na chwilę, jakbym powinna znać tę nazwę, lecz nic mi nie mówi.
Przypominam sobie podobne nazwy firm, by zgadnąć, czym się zajmuje.
Jessop Fields brzmi jak Goldman Sachs albo PricewaterhouseCoopers...
-?Specjalizujesz się w finansach? -?pytam.
Parska śmiechem i wiem, że nie zgadłam. Miła uwaga o komiksach musiała
być przypadkowa. Oliver może być przystojny, ale mam wrażenie, że to
bałwan.
-?To firma deweloperska -?wyjaśnia w końcu, zręcznie zmieniając biegi,
by wjechać na wzgórze. Jestem pewna, że na wąskiej drodze samochody nie
miałyby szans się wyminąć. -?Jessop Fields to największa firma
deweloperska w Londynie, ale realizujemy projekty w całym kraju.
Właściwie na całym świecie. -?Wiatr lekko rozwiewa mu włosy; jasne loki
unoszą się pod dziwnymi kątami, po czym opadają na czoło. Powstrzymuję
śmiech.
Wydaje się niezadowolony, że uznałam go za mieszkańca Castle Knoll. Nie
rozumiem dlaczego, więc postanawiam spytać.
-?Pan Gordon to twój dziadek, prawda? Wychowałeś się tutaj czy spędzałeś
u niego miłe wakacje?
Zaczyna opowiadać o swojej młodości, gdy uczęszczał do elitarnych szkół.
-?Pochodzę z Castle Knoll, ale spędzałem większość czasu w internatach.
Poszedłem do Harrow, tak samo jak Saxon Gravesdown -?oznajmia z dumą. -
Potem studiowałem w Cambridge, skąd pojechałem do Londynu i zacząłem
pracę w firmie Jessopa Fieldsa. Trudno powiedzieć, że tu się wychowałem,
skoro spędziłem tyle czasu w innych miejscach.
Myślę o swoim dzieciństwie. Przez cały czas mieszkałam w Londynie. W trakcie weekendów ja i mama krążyłyśmy wokół stacji metra jak srebrne
kulki we flipperze. Zawsze przypuszczałam, że ludzie urodzeni na wsi
mają korzenie, ale kiedy Oliver mówi, że nie jest związany z Castle
Knoll, dochodzę do wniosku, że to ja mam korzenie. Przez chwilę jestem
spokojniejsza. Moje dzieciństwo spędzone z mamą było chaotyczne i niekonwencjonalne, ale przynajmniej szczęśliwe. Myślę o naszym domu w Chelsea i znowu zaczynam się martwić: "A jeśli Elva wie coś, o czym nie
mam pojęcia?". Przełykam ślinę, czując ściskanie w gardle.
-?Więc nie jesteś związany emocjonalnie z Castle Knoll? -?pytam, nie
próbując ukrywać niedowierzania. -?Nie bawiłeś się w dzieciństwie w ruinach zamku ani nie jeździłeś pociągiem na pikniki nad morzem?
Wzrusza w milczeniu ramionami.
-?Uważam, że to trochę smutne -?mówię.
-?To dlatego, że nie pochodzisz z małej miejscowości. Castle Knoll może
wydawać ci się ciekawe, ale życie tutaj jest dość nudne. Osobiście
wolałbym mieszkać gdzie indziej.
-?Tylko nudziarze się nudzą -?odpowiadam. To jedno z ulubionych
powiedzeń mamy. -?Ale nie martw się: jeśli miałeś nudne dzieciństwo,
wymyślę ci ciekawsze. -?Milknę i patrzę na krajobrazy w poszukiwaniu
inspiracji, postanowiwszy naprawdę go zdenerwować. -?Na tamtym wzgórzu
złamałeś nadgarstek, gdy spadłeś z roweru w wieku ośmiu lat -?mówię. -?A w tamtej szkole -?wskazuję budynek widoczny w oddali -?po raz pierwszy
pocałowałeś dziewczynę po dyskotece w ósmej klasie, gdy czekałeś, aż
odbierze cię mama.
-?Nie chodziłem do tej szkoły -?odpowiada ostro Oliver. -?Przed chwilą
mówiłem, że pojechałem do Harrow. -?Jest zirytowany, ale dzięki temu
bardziej mi się podoba, bo irytacja jest przynajmniej autentyczna.
-?A tam straciłeś dziewictwo, kiedy latem odwiedziłeś dom po pierwszym
roku w Cambridge. -?Wskazuję pole namiotowe, gdzie biwakują turyści. -
Trochę późno, ale nic nie szkodzi. Pewnie winne są komiksy; wyjście ze
skorupy zajęło ci kilka lat.
-?Skończyłaś? -?rzuca.
Uśmiecham się jeszcze szerzej i odchylam głowę do tyłu.
-?Na razie -?mówię. Zamykam oczy i obserwuję czerwono-złote plamki pod
powiekami.
Zaledwie kwadrans później Oliver skręca i przejeżdża przez imponującą
bramę. Biały żwirowy podjazd przecina rozległe trawiaste pola; jest tak
długi, że nie widzę jeszcze domu ciotki Frances.
Pokonujemy łagodny zakręt i wreszcie zza ciemnozielonych cyprysów i przystrzyżonych żywopłotów wynurza się dwór -?Gravesdown Hall, okazały
budynek z piaskowca, nieco ponury nawet w jasnym sierpniowym słońcu. Ma
trzy kondygnacje i eleganckie okna z małymi szybkami błyszczące w słońcu. Widzę, że dwór jest obszerny, i podziwiam wspaniałą fasadę. Przy
podjeździe pracuje samotny ogrodnik, przycina długie żywopłoty, nadając
im faliste kształty. Są gustowne, ale trochę niesamowite. Parkujemy tuż
przed dużym okrągłym gazonem, gdzie stoi zabytkowy rolls-royce; ma
uniesioną maskę, jakby ktoś naprawiał silnik i nagle przerwał pracę.
Oliver i ja stoimy chwilę przed wysokimi dębowymi drzwiami. Przesuwam
dłoń po pokrywających je rzeźbieniach. Widzę winorośl, jeżyny i misterne
zawijasy, które sprawiają, że czuję się trochę tak, jakbym dotykała
labiryntu. Denerwuję się przed spotkaniem z nieznajomą ciotką, nagle
wezwana przez nią po dwudziestu pięciu latach. Ale to przyjemne
zdenerwowanie, jak w czasie oczekiwania na wynik rozmowy
kwalifikacyjnej, gdy wiemy, że wypadliśmy naprawdę dobrze.
Kiedy naciskam mosiężny dzwonek do drzwi, w głębi domu rozlega się
dźwięczny kurant. Zapada cisza, która trwa zbyt długo, więc Oliver
uderza ciężką żeliwną kołatką. Trzy dudniące uderzenia, niemal tak
donośne jak wystrzały. Nikt się nie pojawia, więc naciska klamki obu
skrzydeł. Drzwi są zamknięte.
-?Nie powinniśmy spytać ogrodnika? -?Mój głos lekko drży, bardziej, niż
się spodziewałam, ponieważ dwór wywołuje we mnie niepokój. -?Myślisz, że
może mieć klucz?
Oliver patrzy na mnie z uniesionymi brwiami. Wygląda bardzo przystojnie,
co doprowadza mnie do szału.
-?Hej, Archie! -?woła, nie odrywając ode mnie oczu, i chytrze się
uśmiecha. Oczywiście zna ogrodnika, bo wychował się w Castle Knoll. Mam
ochotę przewrócić oczami, ale nie mogę oderwać wzroku od Olivera. -
Lepiej pomogę Archiemu zejść z drabiny -?mówi cicho, uśmiechając się
szeroko. -?Ma chore kolano. Zwichnął je osiemnaście lat temu, wyciągając
mnie z rzeki Dimber, kiedy spadłem z huśtawki na linie.
Nie wiem, czy to kłamstwo, ale zdaję sobie sprawę, że w ten sposób
Oliver kontynuuje sparing, który prowadziliśmy w czasie jazdy.
Za naszymi plecami ogrodnik w dalszym ciągu strzyże żywopłoty;
przytłumiony szczęk jego sekatora to jedyny dźwięk towarzyszący naszemu
pojedynkowi na spojrzenia. Odwracam wzrok pierwsza.
To prawda, ogrodnik rzeczywiście wydaje się za stary, by wspinać się na
chybotliwą drewnianą drabinę; zaciskam zęby, gdy go obserwuję. Mężczyzna
się odwraca, osłania oczy od słońca i mruga kilka razy, nim poznaje
Olivera.
-?Tak szybko wróciłeś, Oliverze Gordon? -?mówi powoli.
Odwracam się w stronę Olivera.
-?Wróciłeś?
-?Och, byłem tu wcześniej -?odpowiada nonszalancko.
-?Dlaczego? -?pytam bez ogródek.
Patrzy na mnie.
-?Co to za różnica? Słyszałem, że nigdy w życiu nie spotkałaś Frances.
Teraz nagle zmieniasz się w jej osobistą sekretarkę?
Cofam się o krok, ale natychmiast jestem na siebie zła, że okazuję
słabość.
-?Przyjechałam tutaj, bo zostałam zaproszona. Chcę poznać Frances.
Zapytałam, czy byłeś tu wcześniej, ponieważ...
-?Jesteś wścibska -?przerywa.
Krzywię się.
-?Zaciekawiona.
Ogrodnik Archie zajmuje się przycinaniem pojedynczych gałązek
sterczących z żywopłotów. Każdy szczęk jego sekatora wydaje się
głośniejszy, gdy Oliver przygląda mi się uważnie. W końcu mówi:
-?Frances miała pytania dotyczące posiadłości. Zaprosiła mnie na
śniadanie i razem przejrzeliśmy kilka starych planów.
Nie mam czasu zadawać dalszych pytań, bo Archie z trudem schodzi po
drabinie, niepewnie trzymając w dłoni sekator. Oliver wsadza ręce do
kieszeni i wyjmuje je dopiero wtedy, gdy chrząkam znacząco, po czym
idzie pomóc Archiemu.
-?Kto to może być? -?Archie staje na żwirze i ociera czoło niewielką
chusteczką. Wygląda jak typowy stary ogrodnik z bajek: ma na sobie
wyświechtany drelich i buty robocze, a jego twarz jest pokryta głębokimi
zmarszczkami, ogorzała od wieloletniej pracy na wolnym powietrzu. Spod
postrzępionej płóciennej czapki sterczą kosmyki siwych włosów, po szyi
spływają krople potu.
-?Nazywam się Annie Adams -?mówię. Jego ręka jest sucha niczym spękana
ziemia.
-?Archie Foyle -?odpowiada. -?Miło mi panią poznać.
-?Jest pan jedynym ogrodnikiem? -?pytam, spoglądając na żywopłoty i trawniki. -?Chyba ma pan mnóstwo pracy.
Na twarzy Archiego pojawia się uśmiech. Zmarszczki wokół jego oczu się
pogłębiają.
-?Jestem jedynym prawdziwym ogrodnikiem. A pani Frances pozwala mi
robić, co chcę. Wynajęła profesjonalną firmę zajmującą się architekturą
krajobrazu; raz w tygodniu przyjeżdżają z kosiarkami i dmuchawami do
liści. Robię rzeczy wymagające finezji, bo to lubię, a pani Frances nie
ma nic przeciwko. Ale w tej chwili większość czasu zajmuje mi farma,
więc przeważnie pracuję przy żywopłotach.
Spoglądam na falisty żywopłot, dwa razy wyższy ode mnie i ciągnący się
co najmniej sto metrów aż do podjazdu, przy którym rosną cyprysy.
-?Robią duże wrażenie -?mówię szczerze. Przyglądam się dokładniej
żywopłotom i już nie wydają mi się przerażające. Przypominają zielone
fale, Archie uformował je po mistrzowsku. Mam duże doświadczenie, bo
oglądałam wiele obrazów przedstawiających stare dwory, i potrafię
docenić jego kunszt.
-?Dziękuję. Są moją dumą i radością. Dopóki żyję, nikt oprócz mnie nie
tknie tych żywopłotów. Pytałem panią Frances, czy mogę zostać pod nimi
pochowany, by mój duch nawiedzał każdego, kto spróbuje je zmienić. -
Śmieje się lekko z kiepskiego żartu, ale natychmiast patrzy na Olivera i milknie.
Wyczuwam, że coś się dzieje, i zaczynam się zastanawiać. Oliver,
działalność deweloperska, śniadanie z ciotką Frances, plany posiadłości.
-?Wspomniał pan o farmie? -?pytam, usiłując rozładować niespodziewane
napięcie.
-?Tak, farmie Foyle'ów. -?Archie wskazuje ogród otoczony ceglanym murem
znajdujący się z boku dworu. -?Za terenem posiadłości, kilometr dalej,
są moje pola, zagroda i cała reszta. Kiedyś była to farma Foyle'ów, ale
później pochłonęła ją posiadłość Gravesdownów. Ale moja wnuczka mówi, że
dobrze jest mieć arystokratyczny herb na etykietach serów, dżemów i innych produktów, które sprzedaje. Prowadzi w miasteczku Delikatesy
Crumbwella.
Naszą rozmowę przerywa odgłos opon ślizgających się na żwirze, gdy Elva
Gravesdown zbyt szybko pokonuje zakręt. Ignoruje nas i parkuje samochód
jak najbliżej dworu. Jedzie za nią skromne renault pana Gordona otoczone
chmurami białego kredowego pyłu wyrzuconymi przez opony auta Elvy. Gdyby
samochody mogły kaszleć, renault pana Gordona na pewno zaczęłoby się
krztusić.
-?Myślisz, że mógłbyś nas wpuścić do domu, Archie? -?pyta powoli Oliver.
-?Niestety, nie mam kluczy -?odpowiada spokojnie ogrodnik.
Obserwujemy, jak Elva i pan Gordon robią to samo co my wcześniej:
dzwonią, pukają, znowu dzwonią. Mijają długie minuty, ale nikt się nie
pojawia.
-?Powinniśmy się martwić? -?pytam. -?Czy Frances może zapomnieć o umówionym spotkaniu?
-?Może rozmawia przez telefon? -?sugeruje Oliver.
-?Albo jest w toalecie -?zgaduję. Oliver spogląda na mnie z irytacją.
Wzruszam ramionami. -?To normalny powód, by nie podejść do drzwi.
Mija następne pięć minut. Elva wyraźnie zaczyna się niecierpliwić.
Patrzy na Archiego, który obserwuje nas ze zmartwionym wyrazem twarzy.
-?Wygląda na to, że Walt jednak ma klucze -?mówi Archie ze zdziwieniem.
Odwracamy się i widzimy pana Gordona otwierającego drzwi. Oliver i ja
idziemy pośpiesznie, by dogonić pozostałych. Kiwam Archiemu głową i znowu macham do niego ręką, a później przemierzamy podjazd i wchodzimy
do ciemnego holu. Przez cały czas uważnie się nam przygląda. Przestajemy
czuć jego intensywne spojrzenie dopiero po zamknięciu ciężkich drzwi.
Po blasku panującym na zewnątrz dom wydaje się ciemny. Nasze kroki
odbijają się echem w holu wyłożonym marmurowymi płytami. Wnętrze pachnie
politurą i starymi dywanami.
-?Frances?! -?woła pan Gordon, ale jego głos jest zmęczony i słaby.
-?Frances, to ja, Elva! -?Śpiewny głos Elvy jest przenikliwy i donośny.
Odbija się echem w korytarzu i wywołuje dreszcze. Wzdrygam się i wchodzę
za panem Gordonem przez drzwi prowadzące do ogromnej prostokątnej sali.
Jest stara -?tak stara, że znajdują się w niej dwa wielkie kamienne
kominki, po jednym na każdym końcu pomieszczenia. Podłogę pokrywają
wydeptane kamienne płyty, a nie parkiet albo marmur. Sklepione sufity,
ciemne belki, długi lśniący stół i krzesła z wysokimi oparciami tworzą
atmosferę starej sali bankietowej. Wyobrażam sobie występy bardów i eleganckie towarzystwo jedzące bażanty i ciasta, ale szarość
pomieszczenia sprawia, że przechodzą mnie ciarki. Wygląda na to, że
ciotka Frances czuła to samo -?w wysokich oknach wiszą zasłony w kwiaty,
a wokół kominków ustawiono fotele o kolorowych obiciach, by sala
wydawała się nieco bardziej przytulna. Z sufitu zwisa ogromny żyrandol;
lśnią na nim setki kryształów przypominających sztylety.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki