Jak odkryć własnego mordercę? - Kristen Perrin

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wiej­ski jar­mark w Castle Knoll, 1965

-?Twoja przy­szłość to suche kości. -?Madame Peony Lane wypo­wiada posęp­nym tonem pierw­sze zda­nie wróżby, która zde­fi­niuje całe przy­szłe życie Fran­ces Adams.

Fran­ces mil­czy, wpa­truje się w sie­dzącą przed nią kobietę, choć jej dwie przy­ja­ciółki chi­chocą, roz­ba­wione kiczo­watą sce­ne­rią. Namiot wróżki ozda­biają zasłony z kolo­ro­wych pacior­ków, a Peony Lane ma na gło­wie tan­detny jedwabny tur­ban i przy­po­mina postać z trze­cio­rzęd­nego hol­ly­wo­odz­kiego filmu. Wygląda na dwa­dzie­ścia lat, celowo mówi niskim, zachryp­nię­tym gło­sem, by wyda­wać się star­sza. Jest to tak nie­wia­ry­godne, że nikt nie mógłby jej brać poważ­nie. I rze­czy­wi­ście, nikt nie bie­rze jej poważ­nie. Z wyjąt­kiem Fran­ces.

Trak­tuje każde słowo Peony jak obja­wie­nie. Po każ­dym kolej­nym zda­niu coraz moc­niej zaci­ska wargi. Jest jak woda zbli­ża­jąca się do punktu wrze­nia, wydzie­la­jąca parę i drobne bąbelki.

Kiedy dziew­częta opusz­czają ciemny namiot, Fran­ces nie mruga w jasnym sierp­nio­wym słońcu. Jej dłu­gie, jasno­rude włosy opa­dają na ramiona. Spo­gląda na nią męż­czy­zna sprze­da­jący jabłka w słod­kiej pole­wie, lecz Fran­ces go nie zauważa. Po ponu­rej prze­po­wiedni, którą przed chwilą usły­szała, nie zwraca uwagi na oto­cze­nie.

Emily staje po lewej stro­nie Fran­ces, a Rose po pra­wej. Trzy dziew­czyny biorą się pod ręce i idą obok sie­bie, krą­żąc wśród stra­ga­nów ze sta­ro­ciami i bibe­lo­tami. Igno­rują sprze­dawcę kieł­ba­sek, ale przy­stają, by spoj­rzeć na srebrne naszyj­niki roz­grzane upal­nym słoń­cem. To sztuczka, by zająć czymś Fran­ces: Emily kupuje deli­katny łań­cu­szek z wisior­kiem w kształ­cie ptaka. Mówi, że to szczę­śliwy omen, bo nosi nazwi­sko Spar­row, co ozna­cza wró­bla.

Rose od razu chwyta byka za rogi.

-?Wyglą­dasz, jak­byś spoj­rzała śmierci w oczy -?odzywa się. Sztur­cha Fran­ces, pró­bu­jąc tro­chę ją oży­wić, ale Fran­ces ma jesz­cze bar­dziej ponury wyraz twa­rzy. -?To bzdury, wiesz? Nikt nie potrafi prze­wi­dzieć przy­szło­ści.

Emily zwią­zuje wstążką swoje dłu­gie blond włosy i zapina na szyi łań­cu­szek z wisior­kiem. Sre­bro lśni w słońcu podob­nie jak wypo­le­ro­wane noże leżące na sto­isku z wypo­sa­że­niem myśliw­skim. Emily widzi, że Fran­ces spo­gląda z prze­ra­że­niem na naszyj­nik.

-?Co się stało? -?pyta Emily. Mówi nie­win­nym tonem, ale ma poważny wyraz twa­rzy.

-?Ptak -?odpo­wiada Fran­ces, mru­żąc oczy. -?Wróżka powie­działa: "Strzeż się ptaka, bo cię zdra­dzi".

-?W takim razie mam ide­alne lekar­stwo -?mówi Emily. Bie­gnie w tłum i wraca po kilku minu­tach. Trzyma dwa następne srebrne naszyj­niki z pta­kami. -?Dla cie­bie i Rose. -?Uśmie­cha się. -?Dzięki temu ni­gdy się nie dowiesz, który ptak cię zdra­dzi. Mogła­byś nawet zdra­dzić samą sie­bie. -?Śmieje się, wesoło i szcze­rze, cała Emily.

Fran­ces patrzy na Rose, despe­racko szu­ka­jąc zro­zu­mie­nia, ale Rose też się śmieje.

-?Myślę, że to dobry pomysł. Weź los w swoje ręce! -?Zapina naszyj­nik, jakby demon­stro­wała, jak to zro­bić.

Fran­ces się waha i chowa naszyj­nik do kie­szeni spód­nicy.

-?Zasta­no­wię się.

-?Och, roz­ch­murz się, Fran­ces -?mówi Emily. -?Jeśli dalej będziesz się dąsać, sama będę musiała cię zamor­do­wać. -?Wokół oczu Emily widać zmarszczki, jakby znowu zamie­rzała się roze­śmiać.

-?Może­cie nie lek­ce­wa­żyć tej wróżby? Czu­łam się nie­sa­mo­wi­cie! -?Fran­ces pusz­cza przy­ja­ciółki i zatrzy­muje się. Ociera spo­cone dło­nie o pro­stą baweł­nianą spód­nicę, którą ma na sobie, a potem splata ręce na piersi. Z kie­szeni jej spód­nicy wystaje mały pro­sto­kątny notat­nik; Fran­ces ma palce popla­mione atra­men­tem, bo szybko zapi­sała każde słowo wróżki.

Rose poko­nuje dzie­lącą je odle­głość dwoma dłu­gimi kro­kami i obej­muje Fran­ces, muska­jąc krót­kim czar­nym bobem jej poli­czek.

-?Myślę, że po pro­stu z cie­bie żar­to­wała.

-?Mówiła o mor­der­stwie, Rose! Nie mogę tego lek­ce­wa­żyć!

Emily prze­wraca oczami.

-?Och, na litość boską, Fran­ces! Daj. Temu. Spo­kój. -?Mocno akcen­tuje każde słowo, jakby odgry­zała kawałki jabłka. Rose wygląda jak Kró­lewna Śnieżka, a Emily ma zło­ci­stą cerę; Fran­ces nagle odnosi wra­że­nie, że są posta­ciami z bajki. Ale w baj­kach trzeba słu­chać prze­po­wiedni cza­row­nicy.

Emily i Rose znowu biorą Fran­ces pod ręce i dalej spa­ce­rują po jar­marku. W tej chwili panuje spo­kój, jest cie­pło i tro­chę sen­nie. Słońce w dal­szym ciągu świeci jasno, a w namio­tach leje się z beczek piwo. W powie­trzu unosi się lepki zapach palo­nego toffi i słaba woń dymu. Kroki Fran­ces stają się cięż­kie i powolne. Wiele razy powta­rza cicho wróżbę, aż w końcu zapada jej głę­boko w pamięć.

"Po pierw­sze, twoja przy­szłość to suche kości. Po dru­gie, twoja powolna śmierć zacznie się w chwili, gdy weź­miesz do ręki kró­lową. Wtedy nie będzie powrotu. Po trze­cie, strzeż się ptaka, bo cię zdra­dzi. Po czwarte, klucz do spra­wie­dli­wo­ści to praw­dziwa córka. Spraw, aby była bli­sko. Jest twoją jedyną nadzieją. Wszyst­kie znaki na nie­bie i ziemi wska­zują, że zosta­niesz zamor­do­wana".

To tak mało praw­do­po­dobna prze­po­wied­nia, że powinna się roze­śmiać. Ale wróżka zasiała ziarno w jej umy­śle i wyra­stają z niego tru­jące pędy.

Trzy dziew­czyny dobrze wyko­rzy­stują popo­łu­dnie i już wkrótce ich śmiech prze­staje być wymu­szony. Znowu żar­tują, plot­kują, oka­zują sobie sym­pa­tię. W wieku szes­na­stu lat wzloty i upadki są rów­nie natu­ralne jak oddy­cha­nie, a te trzy dziew­czyny oddy­chają głę­biej niż więk­szość ludzi.

Jeśli coś przy­nie­sie im pecha, to liczba trzy. Za rok nie będą już trójką przy­ja­ció­łek. Jedna z nich znik­nie, lecz nie Fran­ces Adams.

Miej­scowy detek­tyw roz­pocz­nie śledz­two, dys­po­nu­jąc tylko jed­nym dowo­dem. W pla­sti­ko­wej torebce przy­pię­tej do lako­nicz­nego mel­dunku w spra­wie zagi­nię­cia znaj­dzie się cienki srebrny łań­cu­szek z wisior­kiem w kształ­cie ptaka.

Rozdział 1

To jeden z tych par­nych let­nich wie­czo­rów, gdy powie­trze jest lep­kie jak syrop. Kiedy koń­czę podróż linią metra Pic­ca­dilly, nawet stę­chli­zna sta­cji Earl's Court wydaje się świe­żym powie­wem. Poko­nuję trzy kon­dy­gna­cje scho­dów i wycho­dzę na ulicę. Oble­wam się potem i szu­kam w ple­caku butelki z wodą. Znaj­duję tylko ter­mos z wysty­głą poranną kawą.

Mijają mnie szczu­pli męż­czyźni w gar­ni­tu­rach; śpie­szą się gdzieś, sta­wiają dłu­gie kroki jak gazele. Wypi­jam kilka łyków luro­wa­tej kawy. Jest nie­smaczna, jak się spo­dzie­wa­łam, ale potrze­buję kofe­iny. Sły­szę brzę­cze­nie komórki i wyj­muję ją z kie­szeni. Powstrzy­muję chęć spraw­dze­nia poczty i odbie­ram tele­fon.

-?Jenny... -?W moim gło­sie w końcu poja­wia się znu­że­nie. -?Pro­szę, powiedz, że jesteś już w dro­dze. Bez wspar­cia nie dam sobie rady z piw­nicą mamy. Kiedy sprzą­ta­łam tam w zeszłym tygo­dniu, były tam pająki. Ogromne!

-?Już dotar­łam na miej­sce -?odpo­wiada. -?Zacze­kam na scho­dach do two­jego przy­jazdu, bo nie mam ochoty być opro­wa­dzana po domu przez twoją mamę i słu­chać opo­wia­dań, którą ścianę zbu­rzy.

-?Słusz­nie. Poza tym sądzę, że nie wolno jej burzyć ścian w domu, który nawet do nas nie należy.

-?Warto jej o tym przy­po­mnieć. Przy­pusz­czam, że w tej chwili jest w fer­wo­rze twór­czym, bo zbliża się jej indy­wi­du­alna wystawa w Tate Gal­lery?

Krzy­wię się. Mama jest malarką, dość znaną, odno­szącą suk­cesy. To zna­czy odno­siła suk­cesy w prze­szło­ści, bo zain­te­re­so­wa­nie jej obra­zami wyga­sło. Nie­stety, kry­zys kariery zbiegł się z utratą pie­nię­dzy zaro­bio­nych na wcze­śniej­szych dzie­łach. Pra­wie przez całe moje życie z tru­dem wią­żemy koniec z koń­cem, tłu­ma­cząc sobie, że nale­żymy do cyga­ne­rii arty­stycz­nej i kochamy sztukę.

-?Chęt­nie jej pomogę. Dzięki fer­wo­rowi twór­czemu mamy prze­stanę w nie­skoń­czo­ność spraw­dzać skrzynkę mej­lową; to okrop­nie fru­stru­jące, bo ni­gdy nie ma żad­nej wia­do­mo­ści. Przy­nio­słam próbki farb i zajmę się piw­nicą. Z wyjąt­kiem pają­ków, bo wszyst­kie nazy­wają się Jenny.

-?Och, moja wła­sna armia pają­ków! -?gru­cha Jenny. -?Zawsze o tym marzy­łam. -?Mil­czy przez chwilę, jakby zasta­na­wiała się nad następ­nymi sło­wami. -?Dla­czego męczy cię pusta skrzynka mej­lowa? Wysła­łaś gdzieś nowe tek­sty?

Jenny jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką od dzie­wią­tego roku życia. W zeszłym mie­siącu zwol­niono mnie z kiep­sko opła­ca­nej pracy biu­ro­wej, po czym Jenny stała się ide­al­nym połą­cze­niem powier­nicy, na któ­rej piersi można się wypła­kać, i tre­nera moty­wa­cyj­nego. Namó­wiła mnie, bym wyko­rzy­stała oka­zję, zre­ali­zo­wała marze­nia i zro­biła karierę jako autorka kry­mi­na­łów. Tłu­ma­czyła, że nie każdy począt­ku­jący pisarz ma matkę miesz­ka­jącą w cen­trum Lon­dynu w domu z ośmioma sypial­niami, która pozwala nie pła­cić czyn­szu w zamian za pomoc w drob­nych pra­cach.

Dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nia dziew­czyna, która wró­ciła do rodzin­nego domu, zwy­kle nie ma tak dobrych warun­ków, cho­ciaż muszę sobie radzić z nastro­jami mamy. Udało mi się od nich uwol­nić, gdy się wypro­wa­dzi­łam, więc mam wra­że­nie, że zro­bi­łam krok wstecz. Jed­nak w domu w Chel­sea korzy­stam z całego pię­tra; mimo złego stanu budy­nek ma w sobie coś roman­tycz­nego. W mojej sypialni z dzie­ciń­stwa wisi pokryty kurzem żyran­dol, któ­remu bra­kuje kilku krysz­ta­łów i który rzuca upiorne świa­tło na archa­iczną maszynę do pisa­nia zna­le­zioną w jed­nej z szaf. Nie piszę na niej, ale od czasu do czasu ude­rzam w kla­wi­sze, by stwo­rzyć szcze­gólny nastrój. Ma pla­sti­kową walizkę w szkocką kratę i koja­rzy się z latami sześć­dzie­sią­tymi, któ­rych kli­mat uwiel­biam.

-?Zaczę­łam wysy­łać swój naj­now­szy ręko­pis do agen­cji lite­rac­kich -?mówię i przy­gry­zam wargę, gdy Jenny nie odpo­wiada. -?Minął dopiero tydzień, odkąd wysła­łam kilka pierw­szych mejli -?dodaję, ocie­ra­jąc pot z karku. Idę Earl's Court Road, od czasu do czasu lawi­ru­jąc mię­dzy samo­cho­dami. Mój ple­cak waży tonę, ale w biblio­tece była wyprze­daż i nie mogłam się oprzeć. Poza tym mam uza­sad­nie­nie zakupu sied­miu powie­ści Aga­thy Chri­stie: są mi potrzebne do stu­diów przy­go­to­waw­czych. -?Ale zaczy­nam odno­sić wra­że­nie, że moja książka jest kosz­marna.

-?Nie jest kosz­marna.

-?Jest. Nie dostrze­ga­łam tego, dopóki nie wysła­łam jej do agen­cji.

-?Byłaś taka pewna tej książki! -?mówi Jenny. Sły­szę w jej gło­sie sztuczny opty­mizm, nie­długo zacznie się zacho­wy­wać jak che­er­le­aderka.

Prze­ry­wam jej, zanim ma czas się roz­krę­cić.

-?Byłam, ale teraz jestem mądrzej­sza. Wyobraź sobie, że pod­cho­dzi do cie­bie małe dziecko, a jego matka pro­mie­nieje i uważa, że wydaje ci się rów­nie piękne. A dzie­ciak ma zasmar­kany nos i ubra­nie popla­mione reszt­kami jedze­nia.

-?Tak, rozu­miem.

-?Jestem matką tego dziecka i przed chwilą wysła­łam je w świat z zasmar­ka­nym nosem, myśląc, że ludzie będą na nie patrzeć tak jak ja.

-?Więc wytrzyj mu nos. Przed­staw je ludziom, gdy będzie czy­ste.

-?Tak, wła­śnie po to trzeba reda­go­wać tekst.

Sły­szę, jak Jenny wciąga powie­trze po dru­giej stro­nie słu­chawki.

-?Annie, chcesz powie­dzieć, że wysła­łaś książkę do agen­tów i wcze­śniej jej nie zre­da­go­wa­łaś? -?Śmieje się długo, gło­śno i zaraź­li­wie. Nic na to nie pora­dzę, uśmie­cham się sze­roko i skrę­cam w Tre­gun­ter Road.

-?Po pro­stu byłam pod­eks­cy­to­wana! -?wołam i chi­chocę lekko. -?Zro­bi­łam coś wiel­kiego, wiesz? Zapi­sa­łam mnó­stwo kar­tek, a potem naba­zgra­łam słowo "KONIEC".

-?Tak, jestem z cie­bie dumna. Ale myślę, że powin­naś pozwo­lić mi prze­czy­tać książkę przed wysła­niem jej do agen­tów.

-?Co takiego?! Ni­gdy!

-?Skoro nie pozwa­lasz mi jej czy­tać, po co wysy­łasz ją nie­zna­jo­mym?

-?Roz­łą­czam się, jestem już pra­wie na miej­scu. -?Docie­ram do końca ulicy, gdzie Jenny czeka na mnie, sie­dząc na scho­dach.

Dom mamy stoi na skraju rzędu willi w ele­ganc­kiej uliczce. Nie pasuje do oto­cze­nia: wygląda jak masz­kara z Hal­lo­ween na ban­kie­cie ary­sto­kra­cji. Macham dło­nią Jenny, która otrze­puje ele­gancką spód­nicę i prze­suwa dłoń po dłu­gich czar­nych wło­sach. Ma nie­na­ganne wyczu­cie stylu. Wygła­dzam obszerną let­nią sukienkę i zasta­na­wiam się, po co kupi­łam ten kosz­marny ciuch. Z jakie­goś powodu pocią­gają mnie stroje, w któ­rych wyglą­dam jak widmo z epoki wik­to­riań­skiej. Przy­czy­niają się do tego moja blada cera i jasne włosy, więc chyba powin­nam prze­stać z tym wal­czyć.

Podob­nie jak mama, Jenny i ja stu­dio­wa­ły­śmy sztuki piękne w Cen­tral St Mar­tin's. Rodzice Jenny prze­nie­śli się do Lon­dynu z Hong­kongu, gdy była dziec­kiem; są jed­nymi z naj­cu­dow­niej­szych ludzi, jakich znam. Ni­gdy nie mówi­łam o tym mamie, ale cza­sami, kiedy mia­łam ochotę spę­dzić tro­chę czasu w miłej, rodzin­nej atmos­fe­rze, cho­dzi­łam do Jenny po zaję­ciach, zamiast wra­cać do domu; robi­łam to nawet wtedy, gdy Jenny była na lek­cjach tenisa albo w mie­ście. Jej rodzice pozwa­lali mi sie­dzieć i odra­biać lek­cje, roz­ma­wia­łam całą godzinę, czu­jąc zapa­chy praw­dzi­wej domo­wej kuchni.

Kiedy Jenny skoń­czyła stu­dia, zna­la­zła wyma­rzoną pracę. Odrzu­ciła pro­po­zy­cję zosta­nia sce­no­grafką w Royal Albert Hall i dołą­czyła do zespołu zaj­mu­ją­cego się pro­jek­to­wa­niem wystaw w domu towa­ro­wym Har­rods. Żyje tą pracą i two­rzy arcy­dzieła, zwłasz­cza na Boże Naro­dze­nie.

-?Cóż, zoba­czymy, co nas czeka w piw­nicy two­jej mamy? -?pyta, bio­rąc mnie pod rękę.

Patrzymy przez chwilę na dom. Do drzwi wej­ścio­wych pro­wa­dzą duże kamienne schody; po ich obu stro­nach znaj­dują się przy­bru­dzone okna wyku­szowe. W daw­nych cza­sach drzwi musiały być zie­lone, ale przez lata farba się złusz­czyła i drewno jest nieco wypa­czone. Jed­nak uwiel­biam ten dom. Ma cztery kon­dy­gna­cje, kie­dyś był nie­ska­zi­tel­nie biały i wspa­niały, a w oknach cią­gle wiszą stare aksa­mitne zasłony. Wycho­wa­łam się tutaj. Miesz­ka­łam sama z mamą i zawsze czu­łam się szczę­śliwa.

-?Dzię­kuję, że mi poma­gasz -?mówię do Jenny. Jestem wdzięczna, że przy­cho­dzi, kiedy do niej dzwo­nię, nawet jeśli pro­po­nuję posprzą­ta­nie sta­rej piw­nicy.

-?Żaden pro­blem -?odpo­wiada. -?I tak wyko­na­łaś w zeszłym tygo­dniu naj­cięż­szą część roboty, prawda?

-?Och, nawet mi nie przy­po­mi­naj. Było mnó­stwo pudeł i kufrów. A pra­cow­nicy firmy prze­pro­wadz­ko­wej, którą wyna­ję­łam, byli strasz­nie nie­de­li­katni. Wrzu­cili wszystko do fur­go­netki i kilka razy mia­łam wra­że­nie, że sły­szę brzęk tłu­czo­nego szkła. Ale pod­pi­sa­łam fak­turę i wysła­łam wszystko do dziw­nego dworu ciotki Fran­ces w Dor­set. Mam nadzieję, że nie będzie wście­kła, gdy nie­spo­dzie­wa­nie pojawi się mnó­stwo rupieci, ale mama koniecz­nie chce prze­ro­bić piw­nicę na pra­cow­nię.

-?Fran­ces to twoja ciotka, ofi­cjalna wła­ści­cielka domu, prawda?

-?Tak.

-?Dla­czego nic wię­cej o niej nie wiem? Albo jej nie spo­tka­łam? -?Jenny mówi spo­koj­nym gło­sem, ale jest w nim nuta urazy, jakby podej­rze­wała, że nie pozwo­li­łam jej uczest­ni­czyć w czymś waż­nym.

-?Nie bierz tego do sie­bie -?odpo­wia­dam. -?Ja też ni­gdy jej nie widzia­łam. Naj­wy­raź­niej nie lubi Lon­dynu i podróży. Jest tak bogata, że nie zawraca sobie głowy spraw­dza­niem, co się dzieje z domem. Myślę nawet, że co tydzień wysyła mamie tro­chę pie­nię­dzy. To tro­chę głu­pie i sta­ro­modne, jak kie­szon­kowe od rodzica, ale mama nie jest na tyle dumna, by odma­wiać pie­nię­dzy. Kie­dyś ją spy­ta­łam, czy ciotka Fran­ces przy­syła jej pie­nią­dze, ale wzru­szyła ramio­nami i zmie­niła temat.

-?Hm -?mru­czy Jenny i widzę, że ana­li­zuje nowe infor­ma­cje. Ciotka bar­dzo ją inte­re­suje. -?Wiem, że zabrzmi to maka­brycz­nie, ale co się sta­nie po jej śmierci? Ma dzieci, które was wyrzucą?

-?Nie, wszystko odzie­dzi­czy mama. -?Przy­go­to­wuję się na reak­cję Jenny, ponie­waż moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, którą znam od szes­na­stu lat, powinna o tym wie­dzieć. Nie ukry­wa­łam tego przed nią, po pro­stu ni­gdy o tym nie roz­ma­wia­ły­śmy. Ciotka Fran­ces mieszka tak daleko, że uwa­żam dom za nasz wła­sny. Zapo­mi­nam o jej ist­nie­niu, dopóki coś mi o niej nie przy­po­mina jak dziś, gdy muszę posor­to­wać jej stare graty.

Jenny cicho gwiż­dże.

-?Rodzinna for­tuna -?mówi, prze­wra­ca­jąc oczami. -?Myśla­łam, że takie rze­czy zda­rzają się tylko w fil­mach.

Otwie­ramy drzwi fron­towe, ciężko cho­dzące na zawia­sach -?oczy­wi­ście otwarte. Mama ni­gdy nie zamyka ich na klucz; mówi, że jeśli ktoś zamie­rza okraść jeden z domów na Tre­gun­ter Road, ni­gdy nie wybie­rze naszego. Spo­glą­dam na gołe cegły w holu, gdzie odpadł tynk. Mama ma rację: wła­my­wacz rzu­ciłby okiem na odkle­jone tapety i doszedłby do wnio­sku, że nie znaj­dzie niczego, co warto ukraść. Jed­nak pomy­liłby się, bo duża część dzieł mamy jest warta for­tunę. Ni­gdy nie sprze­da­łaby żad­nej z wcze­snych prac, które cią­gle trzyma w domu, bo ma do nich sen­ty­ment.

-?Tutaj! -?Z kuchni znaj­du­ją­cej się na tyłach dobiega głos mamy. Prze­cho­dzimy na pal­cach przez dwa ogromne pokoje. Więk­szość ludzi wyko­rzy­sty­wa­łaby je jako salony, lecz mama urzą­dziła w nich pra­cow­nię. O ściany opie­rają się ogromne obrazy, a pod­łoga jest pokryta pla­mami farby. Prze­stała odku­rzać pod­łogę przed wielu laty. Przez dwa okna wyku­szowe wpada żół­tawe, mdłe świa­tło; szyby pokrywa war­stwa miej­skiego brudu gro­ma­dząca się co naj­mniej przez dwa­dzie­ścia pięć lat. Nie przy­po­mi­nam sobie, by kie­dy­kol­wiek myła okna, ale przy­zwy­cza­iłam się do takiego świa­tła i myślę, że gdyby wpa­dało przez czy­ste szyby, byłoby zbyt jaskrawe i razi­łoby w oczy jak po zdję­ciu oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych w jasny letni dzień.

Mama ma siwe włosy obwią­zane zie­loną chustką i trzyma w dłoni pra­wie opróż­niony kie­li­szek czer­wo­nego wina; dwa pełne stoją na stole. Stoi nad ogromną kuch­nią i smaży cebulę; to jej jedyna umie­jęt­ność kuli­narna. Coś pie­cze się w pie­kar­niku, ale podej­rze­wam, że to gotowa potrawa, która wkrótce zosta­nie pokryta sma­żoną cebulą.

-?Na stole leży poczta dla cie­bie -?mówi, nie odwra­ca­jąc się.

-?Dzień dobry, pani Lauro -?odzywa się Jenny. Jej ton jest nieco filu­terny i mama wygląda na zawsty­dzoną. Odwraca się i szybko cmoka Jenny w poli­czek.

Pod­cho­dzi, żeby się ze mną przy­wi­tać. Wrę­cza mi napo­częty kie­li­szek, po czym bie­rze ze stołu pełny.

Czuję zapach gazu, ale mama jest szyb­sza.

-?Pie­kar­nik zgasł, chwi­leczkę.

Zapala długą zapałkę od pal­nika pod patel­nią, po czym wyłą­cza gaz w pie­kar­niku i otwiera drzwiczki. Kuchenka jest tak stara, że trzeba wsa­dzić do niej głowę i zapa­lić pło­my­kiem, ryzy­ku­jąc życie. Wiem, że lepiej nie poru­szać tematu jej wymiany; przez lata dys­ku­to­wa­ły­śmy o tym wiele razy. Mama uważa, że kuchenka jest fajna, w stylu retro. Kiedy na nią patrzę, zawsze sta­ram się nie myśleć o Sylvii Plath.

Sia­dam obok ple­caka na twar­dym drew­nia­nym krze­śle i biorę grubą kopertę z moim nazwi­skiem. Przez chwilę mocno bije mi serce, bo nie­dawno wysła­łam tek­sty rów­nież na kilka kon­kur­sów lite­rac­kich. Ale od lat nie dosta­łam nor­mal­nego listu z odpo­wie­dzią: wszystko zała­twia się pocztą elek­tro­niczną. Przez moment zasta­na­wiam się, czy ktoś nie zain­te­re­so­wał się wresz­cie moją twór­czo­ścią lite­racką. Wypi­jam resztę wina sto­ło­wego z super­mar­ketu. Jego smak zapo­wiada ból głowy.

Otwie­ram kopertę i wyj­muję list wydru­ko­wany na papie­rze fir­mo­wym:

Panno Anna­belle Adams!

Pro­simy Panią o przy­by­cie do kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej Gor­dona, Owensa i Mar­tlocka na spo­tka­nie z Pani ciotką Fran­ces Adams. Pani Adams chcia­łaby omó­wić obo­wiązki cią­żące na jedy­nym spad­ko­biercy swo­jego majątku rucho­mego i nierucho­mego.

Prze­ry­wam lek­turę.

-?Pocze­kaj, to list od adwo­kata cioci Fran­ces -?mówię. -?Wygląda na to, że przez pomyłkę zaadre­so­wał go do mnie zamiast do Laury. Cho­dzi o spa­dek.

Jenny pochyla się nad moim ramie­niem i patrzy na list.

-?Pismo jest adre­so­wane do cie­bie -?mówi i wska­zuje nagłó­wek. -?To nie wygląda na błąd.

-?Och, Fran­ces wcale się nie pomy­liła -?syczy mama. Pod­cho­dzi do stołu i wyrywa mi list. Długo mu się przy­gląda, aż cebula zaczyna wydzie­lać zapach kar­melu. W końcu rzuca list na stół i wraca do kuchenki. Zdej­muje żeliwną patel­nię z pal­nika, nim cebula zaczyna się palić.

Jenny znowu patrzy na list i odczy­tuje dal­szy ciąg:

-?"Pro­simy o sta­wie­nie się w sie­dzi­bie firmy..." Bla, bla, bla... to tylko instruk­cje doty­czące spo­tka­nia. Odbę­dzie się za dwa dni, gdzieś w Dor­set, w miej­sco­wo­ści o nazwie Castle Knoll. O mój Boże... -?szepce. - Ciotka żyjąca samot­nie w sen­nym mia­steczku gdzieś na pro­win­cji? Tajem­ni­czy spa­dek? To coś jak z powie­ści!

-?Jestem pewna, że to list do mamy. Podobno ciotka Fran­ces jest wyjąt­kowo prze­sądna; wąt­pię, by zmie­niła zda­nie i ją wydzie­dzi­czyła. Choć wła­ści­wie, bio­rąc pod uwagę histo­rie, które o niej sły­sza­łam, mogłaby to zro­bić -?dodaję powoli. Patrzę na zasko­czoną Jenny i docho­dzę do wnio­sku, że jestem jej winna kilka wyja­śnień o szo­ku­ją­cych dzi­wac­twach ciotki. -?Wie o tym cała rodzina -?mówię. -?Naprawdę ci o tym nie wspo­mi­na­łam? -?Jenny kręci głową i wypija łyk wina z kie­liszka na stole. Spo­glą­dam na mamę. -?Chcesz opo­wie­dzieć histo­rię ciotki Fran­ces? Czy mam zro­bić to ja?

Mama wraca do pie­kar­nika i znowu mocuje się z drzwicz­kami. Wyciąga alu­mi­niową tacę z nie­zi­den­ty­fi­ko­waną masą. Bie­rze żeliwną patel­nię i zdra­puje z niej przy­pa­loną cebulę, po czym wyj­muje trzy widelce z koszyka, w któ­rym trzyma sztućce. Usta­wia całość mię­dzy nami, ukła­da­jąc widelce pod dziw­nymi kątami. Póź­niej siada na krze­śle, wypija kolejny łyk wina i lekko kiwa głowę w moją stronę.

-?Okej -?mówię i przy­go­to­wuję się do wygło­sze­nia cie­ka­wej opo­wie­ści. Jenny bie­rze butelkę wina i napeł­nia mi kie­li­szek.

-?Ciotka Fran­ces miała szes­na­ście lat, był rok tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąty piąty. Poszła z dwiema naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami na wiej­ski jar­mark i kazała sobie powró­żyć. Prze­po­wied­nia brzmiała mniej wię­cej tak: "Zosta­niesz zamor­do­wana i zmie­nisz się w stos suchych kości".

-?Och, to nie­sa­mo­wite, bar­dzo mi się podoba -?wtrąca Jenny. -?Ale jeśli zamie­rzasz pisać kry­mi­nały, Annie, powin­naś popra­co­wać nad tech­niką. Mówię to z serca.

Mama bie­rze list i stu­diuje go, jakby był dowo­dem prze­stęp­stwa.

-?Wróżba brzmiała ina­czej -?mówi cicho. -?Jej treść była nastę­pu­jąca: "Po pierw­sze, twoja przy­szłość to suche kości. Po dru­gie, twoja powolna śmierć zacznie się w chwili, gdy weź­miesz do ręki kró­lową. Wtedy nie będzie powrotu. Po trze­cie, strzeż się ptaka, bo cię zdra­dzi. Po czwarte, klucz do spra­wie­dli­wo­ści to praw­dziwa córka. Spraw, aby była bli­sko. Jest twoją jedyną nadzieją. Wszyst­kie znaki na nie­bie i ziemi wska­zują, że zosta­niesz zamor­do­wana".

Wbi­jam wide­lec w gęstą śmie­tanę. Podej­rze­wam, że to zapie­kanka ziem­nia­czana z działu mro­żo­nek w Tesco.

-?Zga­dza się. Tak czy ina­czej, ciotka Fran­ces przez całe życie wie­rzyła, że wróżba się spełni.

-?Cóż, nie wiem, czy to tra­giczne, czy bar­dzo mądre z jej strony - zauważa Jenny. Obraca się w stronę mamy. -?Annie naprawdę ni­gdy jej nie spo­tkała?

Mama wzdy­cha i zjada tro­chę cebuli.

-?Pozwa­lamy Fran­ces spo­koj­nie żyć w wiel­kim dwo­rze.

-?Zacze­kaj­cie, macie ciotkę posia­da­jącą wiej­ski dwór i po pro­stu ją igno­ru­je­cie?

Mama kiwa dło­nią, zaprze­cza­jąc sło­wom Jenny.

-?Wszy­scy igno­rują Fran­ces. To zwa­rio­wana star­sza pani, dzi­waczka mająca ogromny wiej­ski dwór i mnó­stwo pie­nię­dzy. Stała się miej­scową legendą. Wyszu­kuje kom­pro­mi­tu­jące infor­ma­cje o każ­dym, kogo spo­tka, na wypa­dek gdyby miał się oka­zać jej mor­dercą.

-?Zamie­rzasz zadzwo­nić do adwo­kata w spra­wie pomyłki? -?pytam.

Mama dotyka grzbietu nosa i podaje mi list.

-?Moim zda­niem to nie pomyłka. Poje­cha­ła­bym z tobą do Dor­set, ale tę datę wybrano celowo.

Znowu patrzę na list.

-?Wer­ni­saż two­jej wystawy w Tate Gal­lery -?mówię powoli. -?Ciotka chce być pewna, że nie możesz przy­je­chać?

-?Fran­ces ma bzika, ale jest wyjąt­kowo wyra­cho­wana. I lubi gry.

-?Okej -?odpo­wia­dam. Gar­bię się na myśl, że nie pójdę na wer­ni­saż wystawy mamy w Tate Gal­lery, ale wygląda na to, że spo­tka­nie doty­czy naszych środ­ków na utrzy­ma­nie. Mam nadzieję, że wer­ni­saż wypad­nie dobrze, a potem będą inne. -?Ale dla­czego ja?

Mama z sykiem wydy­cha powie­trze, a potem mówi:

-?Fran­ces żyje tą wróżbą. Przez lata byłam jej jedyną spad­ko­bier­czy­nią z powodu zda­nia: "Klucz do spra­wie­dli­wo­ści to praw­dziwa córka". Jestem jedyną córką w rodzi­nie, mój ojciec był star­szym bra­tem Fran­ces.

-?Naj­cie­kaw­sze jest następne zda­nie, które mówi, że praw­dziwa córka powinna być bli­sko -?dodaję w zamy­śle­niu.

Mama kiwa głową.

-?Wygląda na to, że Fran­ces doszła do wnio­sku, że nie jestem praw­dziwą córką.

Rozdział 3

Zale­d­wie po trzech sta­cjach pociąg jest pra­wie pusty: wszy­scy pasa­że­ro­wie wysia­dają na przed­mie­ściach Lon­dynu. Po dwóch godzi­nach widać mozaikę zie­lo­nych wzgórz hrab­stwa Dor­set i ogar­nia mnie nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Wyj­muję jeden z pustych zeszy­tów, które zabra­łam w podróż, i pró­buję opi­sy­wać kra­jo­brazy. Pociąg nie dojeż­dża do samego Castle Knoll. Muszę zła­pać auto­bus w mie­ście o nazwie San­dview; odjeż­dża raz na godzinę.

W końcu pociąg zatrzy­muje się na sta­cji koń­co­wej i widzę kla­syczny dwu­po­zio­mowy auto­bus z otwar­tym gór­nym pię­trem, prze­zna­czony dla tury­stów jadą­cych nad morze. Sia­dam na górze z przodu jak mała dziew­czynka; auto­bus prze­jeż­dża przez kil­ka­na­ście wio­sek, aż wresz­cie zbliża się do Castle Knoll. Już od czter­dzie­stu minut czuję woń dale­kiego morza. Jedziemy wiej­skimi dro­gami oświe­tlo­nymi słoń­cem i zapach wydaje się przy­jemny.

Castle Knoll przy­po­mina obra­zek angiel­skiego mia­steczka na puszce z her­bat­ni­kami -?wąskie uliczki, kamienne murki wzdłuż dróg i wyso­kie, ska­li­ste wzgó­rze z ruinami nor­mań­skiego zamku. Na sto­kach pasą się owce i od czasu do czasu sły­szę becze­nie, gdy jedziemy drogą wokół zamku.

Do spo­tka­nia z mece­na­sem Gor­do­nem zostało jesz­cze kilka minut, więc idę pod górę bru­ko­waną główną ulicą, by się rozej­rzeć. Pod­cią­gam lekko ple­cak i zasta­na­wiam się, czy nie powin­nam przy­wieźć wię­cej ksią­żek. Albo czwarty zeszyt -?ten opra­wiony w ciem­no­czer­woną skórę.

Miej­sco­wość jest tak mała, że widzę ją w cało­ści z jed­nego miej­sca. Na jed­nym końcu wzno­szą się ruiny zamku; u stóp wzgó­rza znaj­duje się stary pub Pod Mar­twą Wiedźmą. Wygląda jak dom nawie­dzany przez duchy: łup­kowe dachy są prze­krzy­wione, a grube, pobie­lone ściany wybla­kły od słońca i odpada z nich tynk. Reszta miej­sco­wo­ści wygląda nie­ska­zi­tel­nie -?do tego stop­nia, że czuję się jak na pla­nie fil­mo­wym. Więk­szość ulicy koło pubu zaj­muje sta­ro­modny sklep ze sło­dy­czami, pełen tury­stów już o dzie­sią­tej rano, i sta­cja kole­jowa z epoki wik­to­riań­skiej. Widzę loko­mo­tywy z parą bucha­jącą z komi­nów i rodziny sto­jące w kolejce do kasy, by kupić bilety do jedy­nego miej­sca doce­lo­wego -?nie­da­le­kiego kurortu nad morzem.

Na dru­gim końcu głów­nej ulicy znaj­duje się ładny kamienny dom sta­no­wiący wesołą anty­tezę pubu Pod Mar­twą Wiedźmą. Na jaskra­wo­czer­wo­nym szyl­dzie wid­nieje złoty napis: "Deli­ka­tesy Crum­bwella". W pobliżu deli­ka­te­sów mie­ści się hotel Castle House. Jest nie­ska­zi­telny i ele­gancki, praw­do­po­dob­nie potwor­nie drogi.

W końcu otwie­ram drzwi kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej Gor­dona, Owensa i Mar­tlocka, miesz­czą­cej się na par­te­rze jed­nego z domów przy głów­nej ulicy. Wcho­dzę do prze­stron­nego pokoju, który wydaje się zaska­ku­jąco wesoły, bio­rąc pod uwagę, że do daw­nego salo­niku wepchnięto cztery biurka. Blask sto­ją­cych na nich lamp o zie­lo­nych klo­szach kon­ku­ruje ze świa­tłem wpa­da­ją­cym przez szybę w drzwiach wej­ścio­wych. W jed­nym z rogów sie­dzi przy dużym biurku męż­czy­zna o okrą­głej twa­rzy, ale pozo­stałe miej­sca są wolne.

-?Prze­pra­szam, szu­kam pana Gor­dona -?mówię.

Męż­czy­zna spo­gląda na mnie i mruga kilka razy. Patrzy na zega­rek i znowu pod­nosi głowę.

-?Nazy­wam się Wal­ter Gor­don. Anna­belle Adams?

-?Tak, to ja, ale pro­szę mówić do mnie po pro­stu Annie.

-?Bar­dzo się cie­szę, że cię pozna­łem -?odpo­wiada. Wstaje i ści­ska mi rękę, lecz nie wycho­dzi zza biurka. -?Jesteś dokładną kopią Laury.

Śmieję się lekko; sły­szę to tak czę­sto, że to dla mnie nic nowego. Przy­po­mi­nam sobie, że mama dora­stała w Castle Knoll i są tu ludzie, któ­rzy ją znali, gdy była młoda. Szkoda, że mnie tu nie przy­wio­zła w dzie­ciń­stwie, ale nie doga­dy­wała się z rodzi­cami i zawsze mówiła, że Lon­dyn to dla nas naj­lep­sze miej­sce.

-?Przed chwilą roz­ma­wia­łem przez tele­fon z Fran­ces -?mówi pan Gor­don. - Oba­wiam się, że odbę­dziemy spo­tka­nie w Gra­ves­down Hall. Ma jakieś pro­blemy z samo­cho­dem. Pocze­kamy, aż wszy­scy przy­będą, i poje­dziemy razem do posia­dło­ści.

Sia­dam na krze­śle naprze­ciwko biurka, a pan Gor­don ponie­wcza­sie zauważa, że nie popro­sił, bym usia­dła. Nie zro­biło to na mnie wra­że­nia, ale naj­wy­raź­niej jest tro­chę sta­ro­świecki: ma na sobie pognie­ciony gar­ni­tur i nosi chu­s­teczkę w kie­szeni na piersi. Spo­gląda na sąsied­nie biurko, po czym mam­roce coś o sekre­tarce i her­ba­cie.

-?Powie­dział pan "wszy­scy". Wolno spy­tać, na kogo cze­kamy? Mia­łam wra­że­nie, że spo­tkam się tylko z panem i ciotką Fran­ces.

-?Och... -?Wydaje się nieco zmie­szany i zaczyna prze­kła­dać papiery na biurku. Pró­buje wyglą­dać ofi­cjal­nie, ale widzę, że jest zde­ner­wo­wany. - Fran­ces wpro­wa­dziła, hm, twór­cze zmiany do swo­jej ostat­niej woli. Spo­ty­kamy się też z Saxo­nem i Elvą Gra­ves­dow­nami, któ­rzy się spóź­nią: zawsze się spóź­niają.

Waham się, czy spy­tać, kim są Saxon i Elva Gra­ves­dow­no­wie, czy trzy­mać buzię na kłódkę, by nie ujaw­nić, że nawet nie znam ciotki, która nagle posta­no­wiła zapi­sać mi mają­tek. Fran­ces mieszka w Gra­ves­down Hall, więc domy­ślam się, że Saxon i Elva Gra­ves­dow­no­wie to krewni jej nie­ży­ją­cego męża.

-?Mój wnuk Oli­ver powi­nien lada chwila wró­cić -?kon­ty­nu­uje Gor­don. -?On też będzie obecny na spo­tka­niu. Ach, o wilku mowa!

Odwra­cam się na krze­śle i widzę męski pro­fil za szybą w drzwiach. Przy­bysz zmaga się z klamką, ponie­waż nie­sie tacę z kubecz­kami kawy. Pan Gor­don zrywa się z miej­sca, by pomóc. Drzwi się otwie­rają, pada na mnie zło­ci­ste świa­tło słońca i Oli­ver Gor­don w końcu prze­kra­cza próg. Wygląda, jakby zszedł z kart żur­nala. Wydaje się tro­chę zbyt wymu­skany jak na mój gust. Jest ubrany w szare spodnie od gar­ni­turu, jasno­nie­bie­ską koszulę pasu­jącą do barwy jego oczu; nie nosi kra­wata i ma guzik roz­pięty pod szyją. Na jego ramie­niu wisi skó­rzana torba od lap­topa.

Trzyma w jed­nej ręce tek­tu­rową tacę z kil­koma kubecz­kami kawy, a w dru­giej ozdobne pudełko z ciast­kami. Na wieczku znaj­duje się napis: "Castle House".

-?Annie, to mój wnuk Oli­ver -?mówi pan Gor­don. W jego gło­sie brzmi lekka duma cha­rak­te­ry­styczna dla dziad­ków. -?Oli­ver, to Annie Adams, córka Laury.

-?Annie Adams -?powta­rza powoli Oli­ver i uśmie­cha się lekko. Prze­chyla głowę, wyma­wia­jąc moje nazwi­sko, a jego włosy o bar­wie kar­melu opa­dają na czoło. Mam wra­że­nie, że to wyćwi­czony gest, co spra­wia, że natych­miast posta­na­wiam go zigno­ro­wać. -?Wspa­niałe nazwi­sko -?mówi. - Jak z komiksu.

-?Słu­cham?

-?No wiesz, to brzmi tro­chę jak Lois Lane albo Pep­per Potts. -?Unosi ręce i wyko­nuje gest, jakby uchy­lał przede mną kape­lu­sza.

-?Miło mi cię poznać -?odpo­wia­dam i patrzę, jak się uśmie­cha. Podoba mi się, że mimo pre­ten­sjo­nal­nego wyglądu oka­zuje się miło­śni­kiem komik­sów. Zdaje sobie sprawę, że mógł się zdra­dzić, i z powro­tem przy­biera poważną minę.

-?Nie ma jesz­cze Fran­ces? -?zwraca się do pana Gor­dona. -?Chcia­łem poja­wić się na sce­nie z kawą i ciast­kami. Pomy­śla­łem, że doceni ten gest.

Pan Gor­don marsz­czy brwi.

-?Ty wpa­dłeś na ten pomysł czy Rose?

Na jego twa­rzy poja­wia się bar­dziej natu­ralny uśmiech.

-?W porządku, Rose. Urzą­dziła na mnie zasadzkę przed hote­lem Castle House i dała mi to wszystko. Chyba posta­no­wiła przy­po­mnieć Fran­ces, że też powinna zostać zapro­szona.

-?Jeśli ktoś jest zły, że go nie zapro­szono, dla­czego miałby fun­do­wać innym ciastka? -?pytam. -?To dziwne zacho­wa­nie.

Pan Gor­don lekko się uśmie­cha.

-?To prawda, ale Rose lubi zwra­cać na sie­bie uwagę prze­sad­nie miłymi gestami. -?Wygła­dza chu­s­teczkę w kie­szeni mary­narki, ale jesz­cze bar­dziej ją gnie­cie. -?Cóż, Fran­ces może poroz­ma­wiać z Rose kiedy indziej. Zawie­ziemy jej te ciastka. Fran­ces nie­stety nie może przy­je­chać do mia­steczka. Sil­nik w jej sta­rym rolls-roy­sie znowu spra­wia kło­poty.

W tym momen­cie do drzwi zbliża się ele­gancka kobieta.

-?O Boże... -?mru­czy Oli­ver. -?Nie wie­dzia­łem, że spo­tkamy dziś Elvę.

Kobieta wcho­dzi do kan­ce­la­rii i spo­gląda nad naszymi gło­wami, jakby to nie nas spo­dzie­wała się zoba­czyć. Jej siwe włosy są zwią­zane w schludny kucyk. Wygląda na jakieś pięć­dzie­siąt pięć lat, ale ma taką młodą twarz, że zasta­na­wiam się, czy w Castle Knoll można zna­leźć gabi­net sto­su­jący botoks. Jest ubrana w kre­mową mary­narkę i spodnie o takim samym kolo­rze. Gdyby była tu Jenny, byłaby w sta­nie roz­po­znać, czy to Cha­nel, czy Dior.

-?Wal­ter. -?Wyma­wia zde­cy­do­wa­nym tonem imię pana Gor­dona i natych­miast daje do zro­zu­mie­nia, że to ona jest naj­waż­niej­szą osobą w pomiesz­cze­niu.

Pan Gor­don wstaje od biurka i znowu zaczyna ner­wowo prze­kła­dać papiery, jakby został przy­ła­pany na robie­niu cze­goś nie­wła­ści­wego.

-?Witaj, Elvo! Możesz usiąść koło Laury -?mówi.

-?Annie -?popra­wiam, a kobieta patrzy na mnie z unie­sio­nym pod­bród­kiem. Przy­po­mina zacie­ka­wio­nego ptaka.

-?Tak, oczy­wi­ście, wybacz mi, Annie -?prze­pra­sza pan Gor­don.

-?No cóż. -?Elva krzy­żuje ramiona na piersi i robi krok w moją stronę, zaci­ska­jąc usta z dziw­nym zado­wo­le­niem. -?Jesteś córką Laury? To dla niej typowe. Zamiast sama przy­je­chać, przy­słała cię tutaj, żebyś się upo­rała ze złymi wia­do­mo­ściami.

-?Złymi wia­do­mo­ściami? -?pytam. Mam wra­że­nie, że wpa­dam w pułapkę, ale chcę zro­zu­mieć, co się dzieje. -?Wiem tylko, że ciotka Fran­ces po mnie posłała. -?Słowo "posłała" brzmi nieco sta­ro­świecko w moich ustach, jak­bym była posta­cią z powie­ści Jane Austen.

Elva się odwraca i znowu zaczyna roz­ma­wiać z panem Gor­do­nem, a ja tro­chę się odprę­żam. Mam wra­że­nie, że prze­stało mnie owie­wać ark­tyczne powie­trze, które popły­nęło w inną stronę.

-?Fran­ces zmie­niła testa­ment. Wyklu­czyła Laurę. Powie­działa mi to oso­bi­ście kilka dni temu. -?Elva mówi rze­czo­wym, mono­ton­nym gło­sem jak lek­torka w fil­mie przy­rod­ni­czym opi­su­jąca strasz­liwą rzeź doko­naną przez lwy. -?Przy­je­dzie, żeby wszystko nam wyja­śnić? O wpół do pierw­szej mam ważny lunch w Southamp­ton, więc nie mogę tu sie­dzieć całe rano. Skoro Laura została wydzie­dzi­czona, obec­ność jej córki nie jest potrzebna.

Pry­cham, zasko­czona, a pan Gor­don zaczyna się jąkać:

-?Elvo, doprawdy! Pro­szę, prze­stań spe­ku­lo­wać. Wszystko wkrótce się wyja­śni, gdy spo­tkamy się z Fran­ces. Gdzie jest Saxon?

-?Robi sek­cję zwłok w szpi­talu w San­dview, która tro­chę się prze­dłu­żyła. Kiedy skoń­czy, będzie jechał całą godzinę, zakła­da­jąc, że zdąży na prom. Kazał mi prze­ka­zać, żeby­ście się nie przej­mo­wali jego nie­obec­no­ścią. Prze­każę mu szcze­góły póź­niej.

-?Fran­ces będzie nie­za­do­wo­lona -?mówi pan Gor­don i znowu siada na fotelu.

Nastę­puje chwila pełna napię­cia, gdy cze­kamy na reak­cję Elvy. Na jej twa­rzy poja­wia się wyraz wynio­słej pogardy. Z jakie­goś nie­zna­nego powodu kobiety takie jak Elva uwa­żają mnie za nie­groźną, co jest korzystne w takich sytu­acjach.

Uśmie­cham się pro­mien­nie i mówię:

-?Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łam, że należy pani do rodziny ciotki Fran­ces. Jest pani jej kuzynką?

-?Mój mąż Saxon jest spo­wi­no­wa­cony z Fran­ces -?odpo­wiada wynio­śle.

Mama ni­gdy nie wspo­mi­nała, że ciotka ma innych krew­nych, chyba dla­tego, że zawsze była jedyną spad­ko­bier­czy­nią. Otwie­ram usta, by o to zapy­tać, ale pochyla się w moją stronę pan Gor­don.

-?Saxon to bra­ta­nek nie­ży­ją­cego męża Fran­ces -?wyja­śnia. -?Lord Gra­ves­down przy­jął Saxona do sie­bie po śmierci jego rodzi­ców. Wkrótce potem Saxon poszedł do szkoły z inter­na­tem, a Fran­ces poślu­biła lorda Gra­ves­downa. Dbała finan­sowo o Saxona przez te wszyst­kie lata, podob­nie jak o Laurę... -?Zerka na Elvę, która wpa­truje się w ścianę obok głowy pana Gor­dona, jakby pró­bo­wała wypa­trzyć brzę­czącą muchę. -?Ale ni­gdy nie mieli szcze­gól­nie bli­skich rela­cji -?koń­czy.

-?Fran­ces na szczę­ście postą­piła roz­sąd­nie w spra­wie Laury -?wtrąca Elva, jakby nikt wcze­śniej się nie ode­zwał. -?Dom w Chel­sea od lat należy do rodziny Gra­ves­dow­nów i tak powinno pozo­stać. Kiedy w zeszłym tygo­dniu odwie­dzi­łam posia­dłość, zauwa­ży­łam, że Laura bez powodu przy­słała kilka sta­rych kufrów Fran­ces. To spra­wiło, że Fran­ces wresz­cie pod­jęła decy­zję. Zamie­rza was eks­mi­to­wać.

Nie­po­kój skręca mi żołą­dek.

-?Ja to zro­bi­łam -?mówię powoli. -?Wysła­łam kufry do Gra­ves­down Hall i moje nazwi­sko znaj­do­wało się na fak­tu­rze, którą Fran­ces musiała pod­pi­sać. Czy to dla­tego tak nagle się mną zain­te­re­so­wała? Dla­czego mia­łoby ją to skło­nić, by mnie uczy­nić jedyną spad­ko­bier­czy­nią? Nic z tego nie rozu­miem.

A jeśli Elva ma rację? Może wysła­nie kufrów z Chel­sea prze­ko­nało ciotkę Fran­ces, że pora wyeks­mi­to­wać mnie i mamę?

Elva wygląda, jakby miała wybuch­nąć, co potwier­dza, że ble­fo­wała, gdy mówiła o eks­mi­sji. Praw­do­po­dob­nie przy­jęła to zało­że­nie, kiedy usły­szała, że mama została wykre­ślona z testa­mentu.

-?Zaj­miemy się tym wszyst­kim w cza­sie spo­tka­nia z Fran­ces -?prze­rywa pan Gor­don. Znowu wydaje się zmę­czony i zdaję sobie sprawę, że jest star­szy, niż począt­kowo myśla­łam. Domy­ślam się, że skoń­czył sie­dem­dzie­siąt lat i pra­cuje mimo przej­ścia na eme­ry­turę.

-?Mam mętlik w gło­wie -?mówię. -?Czy w cza­sie spo­tka­nia ciotka Fran­ces po pro­stu opo­wie, co jest napi­sane w nowym testa­men­cie? Czy to... nor­malne?

-?Fran­ces robi, co jej się podoba -?odpo­wiada pan Gor­don i wzdy­cha ciężko.

-?To zna­czy żyje i zamie­rza umrzeć zgod­nie z tą cho­lerną wróżbą z tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tego pią­tego roku! -?rzuca Elva. -?Okropny, stary babsz­tyl!

Otwie­ram sze­roko oczy, lecz jestem zacie­ka­wiona. Elva zaczyna się zło­ścić, a widok tak spo­koj­nej osoby tra­cą­cej pano­wa­nie nad sobą jest bar­dzo przy­jemny.

-?Wiesz, że nie chciała pokryć kosz­tów naszego wesela, chyba że zmie­nimy lokal?! Marzy­li­śmy o weselu w Queen Vic­to­ria Coun­try Club, ale nie chciała o tym sły­szeć! W logo klubu był por­tret kró­lo­wej Wik­to­rii, znaj­do­wał się na ser­wet­kach i kie­lisz­kach do wina, a Fran­ces nie chciała przez cały wie­czór trzy­mać w dłoni kró­lo­wej. To śmieszne! Ma okropną awer­sję do kró­lo­wych, które można wziąć do ręki! -?Spo­sób, w jaki wypo­wiada słowo "okropną", spra­wia, że się wzdry­gam, jakby cze­kały nas jakieś okro­pień­stwa.

Elva nagle się odwraca i patrzy na Oli­vera, jak gdyby dopiero go zauwa­żyła.

-?Dla­czego jest tu twój wnuk, Wal­te­rze? To sprawa rodziny Gra­ves­dow­nów.

Pan Gor­don wyj­muje chu­s­teczkę i ociera czoło.

-?Pozwól, że ci przy­po­mnę, Elvo, że Fran­ces zapro­siła na spo­tka­nie Saxona, Annie i Oli­vera. Nie wspo­mniała o tobie.

-?Oli­vera?! -?Elva nie pró­buje ukryć szoku. -?Jeśli chce coś zapi­sać rodzi­nie Gor­do­nów, może prze­cież uwzględ­nić cię w testa­men­cie, prawda? Dom w Chel­sea i posia­dłość dla Saxona i dla mnie, a tro­chę sen­ty­men­tal­nych dro­bia­zgów dla cie­bie. To mia­łoby sens.

Pan Gor­don ści­ska grzbiet nosa.

-?Elvo, czy mogła­byś prze­stać zga­dy­wać, co zawiera testa­ment Fran­ces? Ile razy muszę powta­rzać...

Oli­ver trzyma klu­czyki do samo­chodu i kiwa głową w moją stronę.

-?Mogę cię pod­wieźć. Wyru­szymy pierwsi, dobrze? Nie przej­muj się baga­żem -?dodaje, zer­ka­jąc na skó­rzaną torbę week­en­dową, którą posta­wi­łam w kącie. -?Możesz go zabrać po powro­cie ze spo­tka­nia.

Ucie­kamy z kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej, jakby się paliło, nawet nie pró­bu­jąc powie­dzieć: "Do widze­nia!".

Rozdział 5

Kiedy idziemy do samo­chodu, nie mogę nic wyczy­tać z twa­rzy Oli­vera. Po spo­tka­niu z Elvą mam mętlik w gło­wie; patrzę na ostry zarys jego szczęki i sta­ram się wymy­ślić coś, co pozwo­li­łoby spro­wa­dzić roz­mowę na komiksy.

Naci­ska klucz zbli­że­niowy trzy­many w dłoni i zapa­lają się świa­tła posto­jowe nie­ska­zi­tel­nego bmw. Zapar­ko­wał go w poprzek chod­nika głów­nej ulicy i kom­plet­nie go blo­kuje. Ludzie muszą scho­dzić na jezd­nię, by omi­nąć samo­chód. Patrzą na nas wście­kle, lecz Oli­ver tego nie zauważa albo ma to w nosie.

Zapala sil­nik i rusza w nie­zręcz­nej ciszy. Opusz­cza okno o kilka cen­ty­me­trów i czu­jemy na twa­rzach letni wiatr. Napię­cie znika. Skrę­camy w zie­lone wiej­skie drogi. Mam ochotę wychy­lić się przez okno i wdy­chać aro­mat drzew sple­cio­nych koro­nami nad naszymi gło­wami. Nie robię tego jed­nak, bo chcę wyglą­dać poważ­nie.

-?Czym się zaj­mu­jesz w Lon­dy­nie? -?pyta. Skręca ostro i powin­nam być zde­ner­wo­wana, ale wydaje się pewny sie­bie, jakby dobrze znał miej­scowe drogi.

Mil­czę przez chwilę, a potem odpo­wia­dam:

-?Och, jestem pisarką. -?Według Jenny powin­nam mówić ludziom, że to mój zawód, jeśli o to pytają, bo w tej chwili tym się zaj­muję. To prawda, ale nie zara­biam ani gro­sza. Ani nikt o mnie nie sły­szał. Przy­gry­zam wargę, przy­po­mi­na­jąc sobie pustą skrzynkę mej­lową. -?Zakoń­czy­łam jedną książkę, ale jesz­cze nie zaczę­łam nowej -?wyja­śniam. Ści­śle rzecz bio­rąc, nie jest to kłam­stwo. -?Wyko­rzy­stuję ten czas na reali­za­cję kilku pro­jek­tów twór­czych. -?Znowu zapada cisza, więc szybko zaczy­nam mówić o banal­nych spra­wach, by nie pytał o szcze­góły moich "pro­jek­tów twór­czych". -?A ty? Miesz­kasz w Castle Knoll? Wydaje się, że świet­nie znasz miej­scowe drogi. -?Uśmie­cham się, ale Oli­ver lekko mruży oczy.

-?O nie. Ja też miesz­kam w Lon­dy­nie. Pra­cuję w fir­mie Jes­sopa Fieldsa. - Milk­nie na chwilę, jak­bym powinna znać tę nazwę, lecz nic mi nie mówi. Przy­po­mi­nam sobie podobne nazwy firm, by zgad­nąć, czym się zaj­muje. Jes­sop Fields brzmi jak Gold­man Sachs albo Pri­ce­wa­ter­ho­use­Co­opers...

-?Spe­cja­li­zu­jesz się w finan­sach? -?pytam.

Par­ska śmie­chem i wiem, że nie zga­dłam. Miła uwaga o komik­sach musiała być przy­pad­kowa. Oli­ver może być przy­stojny, ale mam wra­że­nie, że to bał­wan.

-?To firma dewe­lo­per­ska -?wyja­śnia w końcu, zręcz­nie zmie­nia­jąc biegi, by wje­chać na wzgó­rze. Jestem pewna, że na wąskiej dro­dze samo­chody nie mia­łyby szans się wymi­nąć. -?Jes­sop Fields to naj­więk­sza firma dewe­lo­per­ska w Lon­dy­nie, ale reali­zu­jemy pro­jekty w całym kraju. Wła­ści­wie na całym świe­cie. -?Wiatr lekko roz­wiewa mu włosy; jasne loki uno­szą się pod dziw­nymi kątami, po czym opa­dają na czoło. Powstrzy­muję śmiech.

Wydaje się nie­za­do­wo­lony, że uzna­łam go za miesz­kańca Castle Knoll. Nie rozu­miem dla­czego, więc posta­na­wiam spy­tać.

-?Pan Gor­don to twój dzia­dek, prawda? Wycho­wa­łeś się tutaj czy spę­dza­łeś u niego miłe waka­cje?

Zaczyna opo­wia­dać o swo­jej mło­do­ści, gdy uczęsz­czał do eli­tar­nych szkół.

-?Pocho­dzę z Castle Knoll, ale spę­dza­łem więk­szość czasu w inter­na­tach. Posze­dłem do Har­row, tak samo jak Saxon Gra­ves­down -?oznaj­mia z dumą. - Potem stu­dio­wa­łem w Cam­bridge, skąd poje­cha­łem do Lon­dynu i zaczą­łem pracę w fir­mie Jes­sopa Fieldsa. Trudno powie­dzieć, że tu się wycho­wa­łem, skoro spę­dzi­łem tyle czasu w innych miej­scach.

Myślę o swoim dzie­ciń­stwie. Przez cały czas miesz­ka­łam w Lon­dy­nie. W trak­cie week­en­dów ja i mama krą­ży­ły­śmy wokół sta­cji metra jak srebrne kulki we flip­pe­rze. Zawsze przy­pusz­cza­łam, że ludzie uro­dzeni na wsi mają korze­nie, ale kiedy Oli­ver mówi, że nie jest zwią­zany z Castle Knoll, docho­dzę do wnio­sku, że to ja mam korze­nie. Przez chwilę jestem spo­koj­niej­sza. Moje dzie­ciń­stwo spę­dzone z mamą było cha­otyczne i nie­kon­wen­cjo­nalne, ale przy­naj­mniej szczę­śliwe. Myślę o naszym domu w Chel­sea i znowu zaczy­nam się mar­twić: "A jeśli Elva wie coś, o czym nie mam poję­cia?". Prze­ły­kam ślinę, czu­jąc ści­ska­nie w gar­dle.

-?Więc nie jesteś zwią­zany emo­cjo­nal­nie z Castle Knoll? -?pytam, nie pró­bu­jąc ukry­wać nie­do­wie­rza­nia. -?Nie bawi­łeś się w dzie­ciń­stwie w ruinach zamku ani nie jeź­dzi­łeś pocią­giem na pik­niki nad morzem?

Wzru­sza w mil­cze­niu ramio­nami.

-?Uwa­żam, że to tro­chę smutne -?mówię.

-?To dla­tego, że nie pocho­dzisz z małej miej­sco­wo­ści. Castle Knoll może wyda­wać ci się cie­kawe, ale życie tutaj jest dość nudne. Oso­bi­ście wolał­bym miesz­kać gdzie indziej.

-?Tylko nudzia­rze się nudzą -?odpo­wia­dam. To jedno z ulu­bio­nych powie­dzeń mamy. -?Ale nie martw się: jeśli mia­łeś nudne dzie­ciń­stwo, wymy­ślę ci cie­kaw­sze. -?Milknę i patrzę na kra­jo­brazy w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji, posta­no­wiw­szy naprawdę go zde­ner­wo­wać. -?Na tam­tym wzgó­rzu zła­ma­łeś nad­gar­stek, gdy spa­dłeś z roweru w wieku ośmiu lat -?mówię. -?A w tam­tej szkole -?wska­zuję budy­nek widoczny w oddali -?po raz pierw­szy poca­ło­wa­łeś dziew­czynę po dys­ko­tece w ósmej kla­sie, gdy cze­ka­łeś, aż odbie­rze cię mama.

-?Nie cho­dzi­łem do tej szkoły -?odpo­wiada ostro Oli­ver. -?Przed chwilą mówi­łem, że poje­cha­łem do Har­row. -?Jest ziry­to­wany, ale dzięki temu bar­dziej mi się podoba, bo iry­ta­cja jest przy­naj­mniej auten­tyczna.

-?A tam stra­ci­łeś dzie­wic­two, kiedy latem odwie­dzi­łeś dom po pierw­szym roku w Cam­bridge. -?Wska­zuję pole namio­towe, gdzie biwa­kują tury­ści. - Tro­chę późno, ale nic nie szko­dzi. Pew­nie winne są komiksy; wyj­ście ze sko­rupy zajęło ci kilka lat.

-?Skoń­czy­łaś? -?rzuca.

Uśmie­cham się jesz­cze sze­rzej i odchy­lam głowę do tyłu.

-?Na razie -?mówię. Zamy­kam oczy i obser­wuję czer­wono-złote plamki pod powie­kami.

Zale­d­wie kwa­drans póź­niej Oli­ver skręca i prze­jeż­dża przez impo­nu­jącą bramę. Biały żwi­rowy pod­jazd prze­cina roz­le­głe tra­wia­ste pola; jest tak długi, że nie widzę jesz­cze domu ciotki Fran­ces.

Poko­nu­jemy łagodny zakręt i wresz­cie zza ciem­no­zie­lo­nych cypry­sów i przy­strzy­żo­nych żywo­pło­tów wynu­rza się dwór -?Gra­ves­down Hall, oka­zały budy­nek z pia­skowca, nieco ponury nawet w jasnym sierp­nio­wym słońcu. Ma trzy kon­dy­gna­cje i ele­ganc­kie okna z małymi szyb­kami błysz­czące w słońcu. Widzę, że dwór jest obszerny, i podzi­wiam wspa­niałą fasadę. Przy pod­jeź­dzie pra­cuje samotny ogrod­nik, przy­cina dłu­gie żywo­płoty, nada­jąc im fali­ste kształty. Są gustowne, ale tro­chę nie­sa­mo­wite. Par­ku­jemy tuż przed dużym okrą­głym gazo­nem, gdzie stoi zabyt­kowy rolls-royce; ma unie­sioną maskę, jakby ktoś napra­wiał sil­nik i nagle prze­rwał pracę.

Oli­ver i ja sto­imy chwilę przed wyso­kimi dębo­wymi drzwiami. Prze­su­wam dłoń po pokry­wa­ją­cych je rzeź­bie­niach. Widzę wino­rośl, jeżyny i misterne zawi­jasy, które spra­wiają, że czuję się tro­chę tak, jak­bym doty­kała labi­ryntu. Dener­wuję się przed spo­tka­niem z nie­zna­jomą ciotką, nagle wezwana przez nią po dwu­dzie­stu pię­ciu latach. Ale to przy­jemne zde­ner­wo­wa­nie, jak w cza­sie ocze­ki­wa­nia na wynik roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, gdy wiemy, że wypa­dli­śmy naprawdę dobrze.

Kiedy naci­skam mosiężny dzwo­nek do drzwi, w głębi domu roz­lega się dźwięczny kurant. Zapada cisza, która trwa zbyt długo, więc Oli­ver ude­rza ciężką żeliwną kołatką. Trzy dud­niące ude­rze­nia, nie­mal tak dono­śne jak wystrzały. Nikt się nie poja­wia, więc naci­ska klamki obu skrzy­deł. Drzwi są zamknięte.

-?Nie powin­ni­śmy spy­tać ogrod­nika? -?Mój głos lekko drży, bar­dziej, niż się spo­dzie­wa­łam, ponie­waż dwór wywo­łuje we mnie nie­po­kój. -?Myślisz, że może mieć klucz?

Oli­ver patrzy na mnie z unie­sio­nymi brwiami. Wygląda bar­dzo przy­stoj­nie, co dopro­wa­dza mnie do szału.

-?Hej, Archie! -?woła, nie odry­wa­jąc ode mnie oczu, i chy­trze się uśmie­cha. Oczy­wi­ście zna ogrod­nika, bo wycho­wał się w Castle Knoll. Mam ochotę prze­wró­cić oczami, ale nie mogę ode­rwać wzroku od Oli­vera. - Lepiej pomogę Archiemu zejść z dra­biny -?mówi cicho, uśmie­chając się sze­roko. -?Ma chore kolano. Zwich­nął je osiem­na­ście lat temu, wycią­ga­jąc mnie z rzeki Dim­ber, kiedy spa­dłem z huś­tawki na linie.

Nie wiem, czy to kłam­stwo, ale zdaję sobie sprawę, że w ten spo­sób Oli­ver kon­ty­nu­uje spa­ring, który pro­wa­dzi­li­śmy w cza­sie jazdy.

Za naszymi ple­cami ogrod­nik w dal­szym ciągu strzyże żywo­płoty; przy­tłu­miony szczęk jego seka­tora to jedyny dźwięk towa­rzy­szący naszemu poje­dyn­kowi na spoj­rze­nia. Odwra­cam wzrok pierw­sza.

To prawda, ogrod­nik rze­czy­wi­ście wydaje się za stary, by wspi­nać się na chy­bo­tliwą drew­nianą dra­binę; zaci­skam zęby, gdy go obser­wuję. Męż­czy­zna się odwraca, osła­nia oczy od słońca i mruga kilka razy, nim poznaje Oli­vera.

-?Tak szybko wró­ci­łeś, Oli­ve­rze Gor­don? -?mówi powoli.

Odwra­cam się w stronę Oli­vera.

-?Wró­ci­łeś?

-?Och, byłem tu wcze­śniej -?odpo­wiada non­sza­lancko.

-?Dla­czego? -?pytam bez ogró­dek.

Patrzy na mnie.

-?Co to za róż­nica? Sły­sza­łem, że ni­gdy w życiu nie spo­tka­łaś Fran­ces. Teraz nagle zmie­niasz się w jej oso­bi­stą sekre­tarkę?

Cofam się o krok, ale natych­miast jestem na sie­bie zła, że oka­zuję sła­bość.

-?Przy­je­cha­łam tutaj, bo zosta­łam zapro­szona. Chcę poznać Fran­ces. Zapy­ta­łam, czy byłeś tu wcze­śniej, ponie­waż...

-?Jesteś wścib­ska -?prze­rywa.

Krzy­wię się.

-?Zacie­ka­wiona.

Ogrod­nik Archie zaj­muje się przy­ci­na­niem poje­dyn­czych gałą­zek ster­czą­cych z żywo­pło­tów. Każdy szczęk jego seka­tora wydaje się gło­śniej­szy, gdy Oli­ver przy­gląda mi się uważ­nie. W końcu mówi:

-?Fran­ces miała pyta­nia doty­czące posia­dło­ści. Zapro­siła mnie na śnia­da­nie i razem przej­rze­li­śmy kilka sta­rych pla­nów.

Nie mam czasu zada­wać dal­szych pytań, bo Archie z tru­dem scho­dzi po dra­bi­nie, nie­pew­nie trzy­ma­jąc w dłoni seka­tor. Oli­ver wsa­dza ręce do kie­szeni i wyj­muje je dopiero wtedy, gdy chrzą­kam zna­cząco, po czym idzie pomóc Archiemu.

-?Kto to może być? -?Archie staje na żwi­rze i ociera czoło nie­wielką chu­s­teczką. Wygląda jak typowy stary ogrod­nik z bajek: ma na sobie wyświech­tany dre­lich i buty robo­cze, a jego twarz jest pokryta głę­bo­kimi zmarszcz­kami, ogo­rzała od wie­lo­let­niej pracy na wol­nym powie­trzu. Spod postrzę­pio­nej płó­cien­nej czapki ster­czą kosmyki siwych wło­sów, po szyi spły­wają kro­ple potu.

-?Nazy­wam się Annie Adams -?mówię. Jego ręka jest sucha niczym spę­kana zie­mia.

-?Archie Foyle -?odpo­wiada. -?Miło mi panią poznać.

-?Jest pan jedy­nym ogrod­ni­kiem? -?pytam, spo­glą­da­jąc na żywo­płoty i traw­niki. -?Chyba ma pan mnó­stwo pracy.

Na twa­rzy Archiego poja­wia się uśmiech. Zmarszczki wokół jego oczu się pogłę­biają.

-?Jestem jedy­nym praw­dzi­wym ogrod­ni­kiem. A pani Fran­ces pozwala mi robić, co chcę. Wyna­jęła pro­fe­sjo­nalną firmę zaj­mu­jącą się archi­tek­turą kra­jo­brazu; raz w tygo­dniu przy­jeż­dżają z kosiar­kami i dmu­cha­wami do liści. Robię rze­czy wyma­ga­jące fine­zji, bo to lubię, a pani Fran­ces nie ma nic prze­ciwko. Ale w tej chwili więk­szość czasu zaj­muje mi farma, więc prze­waż­nie pra­cuję przy żywo­pło­tach.

Spo­glą­dam na fali­sty żywo­płot, dwa razy wyż­szy ode mnie i cią­gnący się co naj­mniej sto metrów aż do pod­jazdu, przy któ­rym rosną cyprysy.

-?Robią duże wra­że­nie -?mówię szcze­rze. Przy­glą­dam się dokład­niej żywo­pło­tom i już nie wydają mi się prze­ra­ża­jące. Przy­po­mi­nają zie­lone fale, Archie ufor­mo­wał je po mistrzow­sku. Mam duże doświad­cze­nie, bo oglą­da­łam wiele obra­zów przed­sta­wia­ją­cych stare dwory, i potra­fię doce­nić jego kunszt.

-?Dzię­kuję. Są moją dumą i rado­ścią. Dopóki żyję, nikt oprócz mnie nie tknie tych żywo­pło­tów. Pyta­łem panią Fran­ces, czy mogę zostać pod nimi pocho­wany, by mój duch nawie­dzał każ­dego, kto spró­buje je zmie­nić. - Śmieje się lekko z kiep­skiego żartu, ale natych­miast patrzy na Oli­vera i milk­nie.

Wyczu­wam, że coś się dzieje, i zaczy­nam się zasta­na­wiać. Oli­ver, dzia­łal­ność dewe­lo­per­ska, śnia­da­nie z ciotką Fran­ces, plany posia­dło­ści.

-?Wspo­mniał pan o far­mie? -?pytam, usi­łu­jąc roz­ła­do­wać nie­spo­dzie­wane napię­cie.

-?Tak, far­mie Foyle'ów. -?Archie wska­zuje ogród oto­czony cegla­nym murem znaj­du­jący się z boku dworu. -?Za tere­nem posia­dło­ści, kilo­metr dalej, są moje pola, zagroda i cała reszta. Kie­dyś była to farma Foyle'ów, ale póź­niej pochło­nęła ją posia­dłość Gra­ves­dow­nów. Ale moja wnuczka mówi, że dobrze jest mieć ary­sto­kra­tyczny herb na ety­kie­tach serów, dże­mów i innych pro­duk­tów, które sprze­daje. Pro­wa­dzi w mia­steczku Deli­ka­tesy Crum­bwella.

Naszą roz­mowę prze­rywa odgłos opon śli­zga­ją­cych się na żwi­rze, gdy Elva Gra­ves­down zbyt szybko poko­nuje zakręt. Igno­ruje nas i par­kuje samo­chód jak naj­bli­żej dworu. Jedzie za nią skromne renault pana Gor­dona oto­czone chmu­rami bia­łego kre­do­wego pyłu wyrzu­co­nymi przez opony auta Elvy. Gdyby samo­chody mogły kasz­leć, renault pana Gor­dona na pewno zaczę­łoby się krztu­sić.

-?Myślisz, że mógł­byś nas wpu­ścić do domu, Archie? -?pyta powoli Oli­ver.

-?Nie­stety, nie mam klu­czy -?odpo­wiada spo­koj­nie ogrod­nik.

Obser­wu­jemy, jak Elva i pan Gor­don robią to samo co my wcze­śniej: dzwo­nią, pukają, znowu dzwo­nią. Mijają dłu­gie minuty, ale nikt się nie poja­wia.

-?Powin­ni­śmy się mar­twić? -?pytam. -?Czy Fran­ces może zapo­mnieć o umó­wio­nym spo­tka­niu?

-?Może roz­ma­wia przez tele­fon? -?suge­ruje Oli­ver.

-?Albo jest w toa­le­cie -?zga­duję. Oli­ver spo­gląda na mnie z iry­ta­cją. Wzru­szam ramio­nami. -?To nor­malny powód, by nie podejść do drzwi.

Mija następne pięć minut. Elva wyraź­nie zaczyna się nie­cier­pli­wić. Patrzy na Archiego, który obser­wuje nas ze zmar­twio­nym wyra­zem twa­rzy.

-?Wygląda na to, że Walt jed­nak ma klu­cze -?mówi Archie ze zdzi­wie­niem.

Odwra­camy się i widzimy pana Gor­dona otwie­ra­ją­cego drzwi. Oli­ver i ja idziemy pośpiesz­nie, by dogo­nić pozo­sta­łych. Kiwam Archiemu głową i znowu macham do niego ręką, a póź­niej prze­mie­rzamy pod­jazd i wcho­dzimy do ciem­nego holu. Przez cały czas uważ­nie się nam przy­gląda. Prze­sta­jemy czuć jego inten­sywne spoj­rze­nie dopiero po zamknię­ciu cięż­kich drzwi.

Po bla­sku panu­ją­cym na zewnątrz dom wydaje się ciemny. Nasze kroki odbi­jają się echem w holu wyło­żo­nym mar­mu­ro­wymi pły­tami. Wnę­trze pach­nie poli­turą i sta­rymi dywa­nami.

-?Fran­ces?! -?woła pan Gor­don, ale jego głos jest zmę­czony i słaby.

-?Fran­ces, to ja, Elva! -?Śpiewny głos Elvy jest prze­ni­kliwy i dono­śny. Odbija się echem w kory­ta­rzu i wywo­łuje dresz­cze. Wzdry­gam się i wcho­dzę za panem Gor­do­nem przez drzwi pro­wa­dzące do ogrom­nej pro­sto­kąt­nej sali. Jest stara -?tak stara, że znaj­dują się w niej dwa wiel­kie kamienne kominki, po jed­nym na każ­dym końcu pomiesz­cze­nia. Pod­łogę pokry­wają wydep­tane kamienne płyty, a nie par­kiet albo mar­mur. Skle­pione sufity, ciemne belki, długi lśniący stół i krze­sła z wyso­kimi opar­ciami two­rzą atmos­ferę sta­rej sali ban­kie­to­wej. Wyobra­żam sobie występy bar­dów i ele­ganc­kie towa­rzy­stwo jedzące bażanty i cia­sta, ale sza­rość pomiesz­cze­nia spra­wia, że prze­cho­dzą mnie ciarki. Wygląda na to, że ciotka Fran­ces czuła to samo -?w wyso­kich oknach wiszą zasłony w kwiaty, a wokół komin­ków usta­wiono fotele o kolo­ro­wych obi­ciach, by sala wyda­wała się nieco bar­dziej przy­tulna. Z sufitu zwisa ogromny żyran­dol; lśnią na nim setki krysz­ta­łów przy­po­mi­na­ją­cych szty­lety.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki