Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej. Rozwiązania, które już mamy, zmiany, jakich potrzebujemy - Bill Gates

-
Proszę czekać
 
 

Naukowczyniom, naukowcom, innowatorkom, innowatorom oraz aktywistkom i aktywistom, którzy wytyczają drogę

 
 
WSTĘP
51 MILIARDÓW DO ZERA

Musisz znać dwie liczby związane ze zmianami klimatu. Pierwsza z nich to 51 miliardów. Drugą jest zero.

Pięćdziesiąt jeden miliardów - właśnie tyle ton gazów cieplarnianych świat emituje do atmosfery każdego roku. Choć te liczby różnią się nieco od siebie w kolejnych latach, to co do zasady rosną. Pięćdziesiąt jeden ton to miejsce, w którym jesteśmy dziś[*1].

Zero to miejsce, do którego musimy dążyć. Ludzie muszą przestać emitować do atmosfery gazy cieplarniane, aby zatrzymać globalne ocieplenie i uniknąć najgorszych skutków zmian klimatu - a będą to skutki wyjątkowo nieprzyjemne.

Wydaje się to trudne - i właśnie takie będzie. Świat nigdy nie dokonał niczego równie wielkiego. Każdy kraj będzie musiał zmienić swój sposób postępowania. Przy współczesnym sposobie życia właściwie wszystkie nasze działania - uprawa ziemi, wytwarzanie przedmiotów, przemieszczanie się z miejsca na miejsce - wiążą się z emisją gazów cieplarnianych, a z biegiem czasu coraz więcej ludzi będzie żyło w taki właśnie sposób. To dobrze, ponieważ oznacza to, że warunki życia całej ludzkości stają się coraz lepsze. Niemniej, jeśli nic się nie zmieni, świat wciąż będzie produkował gazy cieplarniane, zmiany klimatu będą coraz drastyczniejsze i wszystko wskazuje na to, że ich wpływ na ludzi okaże się katastrofalny.

Ale to może się zmienić. Już teraz mamy część niezbędnych do tego narzędzi, a w sprawie tych, których nie mamy, pozostaję optymistą. Wszystko, czego dowiedziałem się o klimacie i technologii, wskazuje na to, że jesteśmy w stanie je wynaleźć i zastosować, aby - jeśli będziemy działać dostatecznie szybko - uniknąć katastrofy klimatycznej.

Ta książka opowiada o tym, jaką zapłacimy za to cenę, ale też o tym, dlaczego uważam, że możemy to zrobić.

 

Jeszcze 20 lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że pewnego dnia będę występował publicznie i mówił o zmianach klimatu, a tym bardziej, że napiszę na ten temat książkę. Moje doświadczenia zawodowe wiążą się z programowaniem, nie z nauką o klimacie, a obecnie moim głównym zajęciem jest nasza wspólna praca - wraz z żoną Melindą - w Gates Foundation, gdzie skupiamy się przede wszystkim na sprawach związanych z ochroną zdrowia na świecie oraz z kwestiami edukacji w Stanach Zjednoczonych.

Do poświęcenia uwagi zmianom klimatu doprowadził mnie inny problem - ubóstwo energetyczne.

Na początku XXI wieku , kiedy nasza fundacja dopiero się rozkręcała, zacząłem podróżować do krajów o niskich dochodach w Afryce Subsaharyjskiej i Azji Południowej, aby dowiedzieć się więcej o umieralności dzieci, wirusie HIV i innych wielkich problemach, nad którymi pracowaliśmy. Nie skupiałem się jednak tylko na chorobach. Przylatywałem do wielkich miast, wyglądałem przez okno i myślałem sobie: "Dlaczego tu jest tak ciemno? Gdzie są te wszystkie światła, które widziałbym, będąc w Nowym Jorku, Paryżu czy Pekinie?".

Razem z Melindą spotykaliśmy dzieci, które, jak mieszkający w nigeryjskim Lagos dziewięcioletni Ovulube Chinachi, odrabiały lekcje przy świecach.[1]

 

Gdy byłem w Lagos w Nigerii, dotarłem aż do ulic, gdzie ludzie gromadzili się wokół ognisk rozpalonych w starych beczkach po ropie. W położonych na uboczu wioskach spotykaliśmy z Melindą kobiety i dziewczęta, które każdego dnia spędzały godziny na szukaniu drewna na opał, aby móc gotować nad paleniskami w swoich domach. Spotykaliśmy dzieci odrabiające prace domowe przy świecach, ponieważ w ich domach nie było elektryczności.

Dowiedziałem się wtedy, że około miliarda ludzi na świecie nie ma stałego dostępu do prądu i że połowa tych osób żyje w Afryce Subsaharyjskiej (od tego czasu sytuacja nieco się poprawiła: obecnie około 860 milionów ludzi nie ma dostępu do prądu). Myślałem wówczas o motcie naszej fundacji: "Każdy zasługuje na szansę, aby żyć zdrowo i owocnie", oraz o tym, jak trudno jest dbać o zdrowie, kiedy przychodnia w twojej okolicy nie jest w stanie przechowywać szczepionek w niskiej temperaturze, bo nie działają lodówki. Trudno jest też efektywnie pracować, jeśli brakuje światła, przy którym można czytać. A już zupełnie niemożliwe jest zbudowanie gospodarki, w której każdy może podjąć pracę, jeśli nie posiada się znacznych ilości niezawodnej i niedrogiej elektryczności dla biur, fabryk i centrów obsługi klienta.

Mniej więcej w tym samym czasie nieżyjący już naukowiec David MacKay, profesor Uniwersytetu w Cambridge, pokazał mi wykres obrazujący związek pomiędzy dochodami a zużyciem energii: zależność między średnim dochodem na jednego mieszkańca a ilością energii elektrycznej zużywaną przez ludność danego kraju. Na poziomej osi wykresu zaznaczono dochód na jednego mieszkańca w różnych krajach, na pionowej zaś zużycie energii - i stało się dla mnie więcej niż jasne, że te dwie rzeczy idą ze sobą w parze.

Dochód i zużycie energii są ze sobą ściśle powiązane. David MacKay pokazał mi podobny wykres, łączący zużycie energii i dochód na jedną osobę. Zależność daje się zauważyć bez trudu (Międzynarodowa Agencja Energetyczna; Bank Światowy).[2]

 

Przyswoiwszy sobie te wiadomości, zacząłem zastanawiać się, jak świat mógłby zapewnić najbiedniejszym niedrogą i niezawodną energię. Nie było sensu, aby nasza fundacja zajmowała się tym złożonym problemem - musieliśmy skoncentrować się na naszej podstawowej misji. Zacząłem jednak obgadywać tę sprawę z niektórymi moimi przyjaciółmi wynalazcami. Czytałem też coraz więcej na ten temat, a wśród moich lektur znalazło się kilka książek naukowca i historyka Vaclava Smila, które pomogły mi inaczej spojrzeć na pewne sprawy. Pomogły mi zrozumieć, jak kluczowa dla współczesnej cywilizacji jest energia.

Wtedy nie rozumiałem jeszcze, że musimy zejść do zera. Bogate kraje, odpowiedzialne za większość emisji, zaczynały przykładać wagę do zmian klimatu, a ja sądziłem, że to wystarczy. Uważałem, że moim wkładem powinno być przekonywanie do tego, że niezawodne źródła energii muszą być przystępne cenowo dla najbiedniejszych.

Niewątpliwie najwięcej by na tym skorzystali. Tańsza energia oznaczałaby nie tylko oświetlenie nocą, ale także tańsze nawozy dla ich pól i tańszy cement do budowy ich domów. Jeśli zaś chodzi o zmiany klimatu, to również najbiedniejsi mają najwięcej do stracenia. Większość z nich pracuje na roli i już teraz żyje na krawędzi. Częstszych susz i powodzi nie zniesie.

Wszystko zmieniło się dla mnie pod koniec 2006 roku, po spotkaniu z dwojgiem dawnych współpracowników z Microsoftu, którzy zakładali wówczas zajmującą się energią i klimatem organizację non profit. Przyprowadzili ze sobą dwójkę doskonale zorientowanych w temacie naukowców i we czwórkę zaprezentowali mi dane pokazujące związek emisji gazów cieplarnianych ze zmianami klimatu.

Wiedziałem, że to właśnie te substancje wywołują wzrost temperatury, ale zakładałem, że zachodzą tu jakieś wahania cykliczne lub że istnieją w przyrodzie inne czynniki, które zapobiegną wielkiej katastrofie klimatycznej. Trudno mi było zaakceptować, że dopóki ludzie będą emitować jakąkolwiek ilość gazów cieplarnianych, dopóty temperatury będą rosnąć.

Spotykałem się z tą grupą kilkakrotnie i zadawałem kolejne pytania. Wreszcie do mnie dotarło. Świat musi wytwarzać więcej energii, aby najbiedniejsi mogli się rozwijać, ale przy jej wytwarzaniu nie może już emitować żadnych gazów cieplarnianych.

Teraz cały ten problem wydawał mi się jeszcze trudniejszy. Nie wystarczy zaopatrzyć ubogich w tanią i niezawodną energię. To musi być czysta energia.

Dalej zgłębiałem wiedzę o zmianach klimatu. Spotykałem się z klimatologami, ekspertami od energii i rolnictwa, z oceanologami, specjalistami od poziomu mórz, od lodowców, linii energetycznych i z wieloma innymi. Czytałem raporty tworzone przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (International Panel on Climate Change, IPCC) - ta utworzona przez ONZ grupa uzgadnia naukowe stanowisko w tej kwestii. Oglądałem serię Earth's Changing Climate [Zmieniający się klimat Ziemi], cykl fantastycznych wideowykładów profesora Richarda Wolfsona dostępnych na platformie The Great Courses. Czytałem też książkę Johna D. Coxa Weather for Dummies [Pogoda dla opornych], która pozostaje jedną z najlepszych książek o zjawiskach meteorologicznych, jakie miałem w rękach.

Jedna rzecz stała się dla mnie jasna. Źródła energii odnawialnej, które już mamy (przede wszystkim energia wiatrowa i słoneczna), pozwoliłyby nam zrobić wielki krok do przodu w walce z problemem energetycznym, ale nie robimy dostatecznie wiele, aby je upowszechnić[*2]. Równie jasne stało się, że one same nie wystarczą, by doprowadzić nas aż do zera. Wiatr nie zawsze wieje i słońce nie zawsze świeci, a my nie mamy dostatecznie wydajnych baterii, które mogłyby wystarczająco długo magazynować zapasy energii równe zapotrzebowaniu wielkiego miasta. Dodatkowo wytwarzanie prądu odpowiada jedynie za 27 procent całkowitej emisji gazów cieplarnianych. Nawet gdyby doszło do wielkiego przełomu w sprawie baterii, to wciąż musielibyśmy się pozbyć źródeł pozostałych 73 procent emisji.

W ciągu kilku lat nabrałem pewności co do trzech spraw:

 

1. Aby uniknąć katastrofy klimatycznej, musimy dojść do zera.

2. Musimy szybciej i mądrzej wykorzystać narzędzia, które już mamy, takie jak energia słoneczna i wiatrowa.

3. Wreszcie - musimy stworzyć i wdrożyć przełomowe technologie, które pomogą nam przebyć pozostałą drogę do celu.

 

Kwestia zejścia do zera była, i nadal jest, nie do ruszenia. Jeśli nie przestaniemy zwiększać ilości gazów cieplarnianych w atmosferze, temperatury wciąż będą rosnąć. Oto niezwykle pomocna analogia: klimat jest jak wanna powoli napełniająca się wodą. Nawet jeśli zmniejszymy jej strumień do maleńkiej strużki, wanna i tak w końcu się przepełni i woda zacznie wylewać się na podłogę. To właśnie jest katastrofa, której chcemy uniknąć. Samo postawienie sobie celu zredukowania emisji gazów - a nie faktyczne redukowanie - nie wystarczy. Jedynym sensownym celem jest zero (więcej o zerze, o tym, jak je rozumiem, oraz o znaczeniu zmian klimatycznych opowiem w rozdziale 1).

W czasach, kiedy się tego wszystkiego dowiedziałem, nie szukałem wcale nowego wyzwania, którym mógłbym się zająć. Razem z Melindą wybraliśmy wcześniej dwa zagadnienia - kwestie ochrony zdrowia na świecie oraz sprawy związane z edukacją w USA. To je chcieliśmy zgłębiać, zatrudniać do ich analizy zespoły ekspertów i finansować pracę nad nimi z naszych środków. Widziałem też, że wielu znanych ludzi zaczynało głośno mówić o zmianach klimatu.

Byłem więc coraz bardziej zaangażowany w rozwiązanie problemu, ale nie uczyniłem z tego sprawy najwyższej wagi. Kiedy mogłem, czytałem i spotykałem się z ekspertami. Zainwestowałem w spółki produkujące czystą energię i zainwestowałem kilkaset milionów dolarów w stworzenie firmy pracującej nad reaktorem atomowym nowej generacji - taki reaktor będzie wytwarzał czystą energię i generował znikomą ilość odpadów radioaktywnych. Na konferencji TED[*3] wygłosiłem prelekcję pod tytułem Innovating to Zero! [Wynaleźć zero!]. Ale skupiałem się przede wszystkim na działalności w Gates Foundation.

Wreszcie na wiosnę 2015 roku zdecydowałem, że muszę zacząć mówić o klimacie głośniej i że muszę robić więcej w tym kierunku. Widziałem przecież doniesienia medialne o protestach studentów w całych Stanach Zjednoczonych, którzy prowadzili siedzące demonstracje (sit-ins), domagając się, aby ich szkoły zaprzestały inwestycji w paliwa kopalne. Częścią tego ruchu była też kampania zainicjowana przez brytyjską gazetę "The Guardian", w której wzywano naszą fundację do odsprzedania drobnej części jej aktywów zainwestowanych w spółki wydobywające, przetwarzające i dystrybuujące paliwa kopalne. W jej ramach przygotowano specjalne wideo z udziałem ludzi z całego świata proszących mnie o wycofanie się z tych inwestycji.

Z jednej strony było dla mnie jasne, dlaczego "The Guardian" wybrał naszą fundację i mnie samego. Podziwiałem przecież pasję aktywistów. Przed kilkudziesięciu laty widziałem studentów protestujących przeciwko wojnie w Wietnamie, a później tych, którzy sprzeciwiali się apartheidowi w RPA, i zdawałem sobie sprawę, że doprowadzili do wielkich zmian. Niezwykle inspirujące było zobaczenie tego samego rodzaju energii w związku ze zmianami klimatu.

Z drugiej zaś strony nie przestawałem myśleć o wszystkim, czego doświadczyłem w trakcie moich podróży. Na przykład o Indiach, których populacja sięga 1,4 miliarda ludzi, a wielu z nich należy do najbiedniejszych na świecie. Uznałem, że nie byłoby w porządku powiedzieć mieszkańcom tego kraju, że ich dzieci nie mogą mieć elektrycznego światła, by się uczyć, albo że tysiące Hindusów muszą zginąć z powodu upałów, bo instalowanie klimatyzacji jest złe dla środowiska. Jedyne rozwiązanie, które przychodziło mi do głowy, to obniżenie ceny czystej energii na tyle, żeby każdy kraj wolał wybrać ją zamiast paliw kopalnych.

O ile podziwiałem pasję protestujących, o tyle nie rozumiałem, w jaki sposób samo wycofywanie inwestycji miałoby zatrzymać zmiany klimatu i pomóc mieszkańcom biednych krajów. Wycofywanie się z inwestowania w określone spółki, żeby walczyć z apartheidem - politycznym reżimem, który może zareagować (i zareagował) na presję ekonomiczną - to jedno. Czym innym jednak jest transformacja światowego systemu energetycznego - gałęzi przemysłu wartej około 5 bilionów dolarów rocznie i fundamentu nowoczesnej gospodarki - wyłącznie za pomocą sprzedaży akcji spółek wydobywających i przetwarzających paliwa kopalne.

Nadal tak myślę, ale zdałem sobie sprawę, że istnieją inne powody, dla których nie powinienem posiadać akcji spółek z branży paliw kopalnych. Mianowicie nie chcę osiągać zysków z tego, że ich akcje pójdą w górę, bo nie wymyślimy alternatyw o zerowym śladzie węglowym. Czułbym się źle, gdybym czerpał korzyści z tego, że ociągamy się w drodze do zera. Tak więc w 2019 roku wycofałem wszystkie moje udziały w spółkach naftowych i gazowych, podobnie zrobiła rada powiernicza, która zarządza majątkiem Gates Foundation (od wielu lat nie inwestowałem już pieniędzy w firmy węglowe).

To osobista decyzja i byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że mogłem ją podjąć. Ale mam świadomość, że nie będzie miała istotnego wpływu na obniżenie emisji gazów cieplarnianych. Zejście do zera wymaga dużo szerszego podejścia: przeprowadzenia całościowej zmiany przy użyciu wszystkich dostępnych narzędzi, włączając w to działania rządów, wykorzystanie dostępnych technologii, wdrożenie nowych wynalazków i umożliwienie sektorowi prywatnemu dostarczania nowych usług i produktów na szeroką skalę.

Pod koniec 2015 roku pojawiła się doskonała okazja, aby zająć się kwestią innowacji oraz nowych inwestycji. W listopadzie i grudniu tamtego roku odbyła się w Paryżu ważna konferencja ONZ, która dotyczyła zmian klimatu (COP21). Kilka miesięcy wcześniej spotkałem się z François Hollande'em, który w owym czasie był prezydentem Francji. Hollande'owi zależało na tym, aby prywatni inwestorzy wzięli udział w konferencji, mnie zaś zależało, żeby w jej programie znalazła się kwestia innowacji. Obaj dostrzegliśmy nadarzającą się okazję. Prezydent uważał, że mógłbym pomóc zaangażować w rozmowy inwestorów, a ja odpowiedziałem, że to sensowne, ale byłoby dużo łatwiejsze, gdyby rządy zobowiązały się do większych inwestycji w badania nad technologiami energetycznymi.

Nic nie wskazywało na to, że to będzie łatwa transakcja. Nawet amerykańskie inwestycje w badania nad energią były (i wciąż są) dużo mniejsze niż w innych kluczowych obszarach, takich jak ochrona zdrowia czy obronność. Choć niektóre kraje poczyniły skromne postępy w swoich badawczych wysiłkach, poziom inwestycji był tu wciąż bardzo niski. Co więcej, rządy nie chciały podejmować dalszych wysiłków, o ile nie uzyskają pewności, że sektor prywatny wyprowadzi ich idee z laboratoriów i zamieni w produkty, które będą naprawdę pomagać obywatelom.

Niestety w 2015 roku prywatne źródła finansowania wysychały. Większość firm inwestujących w kapitał wysokiego ryzyka (venture capital firms), które zaangażowały się w rozwój zielonych technologii, wycofywała się z tej branży z powodu niewielkich zysków. Inwestorzy przekierowywali swój kapitał na projekty biotechnologiczne i informatyczne, ponieważ gwarantowały one szybszy sukces i wiązały się z mniejszą ilością rządowych regulacji. Czysta energia to była zupełnie inna bajka i masowo rezygnowano z jej finansowania.

Bez wątpienia musieliśmy znaleźć nowe fundusze i odmienne podejście, skrojone pod problem czystej energii. We wrześniu, dwa miesiące przed początkiem paryskiej konferencji, wysłałem maile do dwóch tuzinów zamożnych znajomych z nadzieją, że przekonam ich do inwestycji wysokiego ryzyka, które zwiększyłyby pulę środków przeznaczoną przez rządy na badania. Prywatne inwestycje musiałyby być długoterminowe - w technologii energetycznej potrzeba nieraz dekad, by osiągnąć przełom - i wiązałyby się z akceptacją bardzo dużego ryzyka. Aby uniknąć ślepych zaułków, w których pobłądziły wcześniejsze inwestycje w innowacje, zobowiązałem się do zbudowania wysoce wyspecjalizowanego zespołu ekspertów, który weryfikowałby starające się o dofinansowanie firmy i pomagał zgłębić skomplikowane realia przemysłu energetycznego.

Byłem usatysfakcjonowany odzewem. Pierwszy z inwestorów zgodził się w niecałe cztery godziny. Do czasu, kiedy w listopadzie ruszyła konferencja w Paryżu, dołączyło do niego 26 kolejnych, po czym nazwaliśmy naszą grupę Breakthrough Energy Coalition [Koalicja Przełomowej Energii]. Dzisiaj organizacja znana pod nazwą Breakthrough Energy posiada prywatny fundusz, który zainwestował środki w ponad 40 firm rozwijających obiecujące pomysły.

Rządy też dokonały przełomu. Głowy 20 państw złożyły w Paryżu wspólne zobowiązanie do podwojenia nakładów na badania. Przywódcy Francji, USA i Indii odegrali kluczową rolę w tych negocjacjach. Premier Indii Narendra Modi wymyślił nazwę tego projektu: Mission Innovation [Misja Innowacja]. Obecnie Mission Innovation, w której skład wchodzą 24 kraje oraz Komisja Europejska, przeznacza rocznie o 4,6 miliarda dolarów więcej na badania nad czystą energią niż na początku, co stanowi ponad 50-procentowy przyrost w ciągu zaledwie kilku lat.

Kolejny punkt zwrotny w tej historii wyda się ponuro znajomy każdej czytelniczce i każdemu czytelnikowi tej książki.

W 2020 roku doszło do katastrofy spowodowanej nowym, rozprzestrzeniającym się po całym świecie koronawirusem w roli głównej. Dla każdej osoby znającej historię minionych pandemii zniszczenia wywołane przez COVID-19 nie stanowią niespodzianki. Od lat studiuję zagadnienie epidemii różnych chorób, wynika to z mojego zainteresowania ochroną zdrowia na świecie, i byłem pewien, że świat nie będzie w stanie poradzić sobie z pandemią, podobnie jak było w 1918 roku, kiedy hiszpanka zabiła dziesiątki milionów ludzi. W 2015 roku wygłosiłem prelekcję na konferencji TED i udzieliłem wielu wywiadów, w których zwracałem uwagę, że musimy stworzyć system wykrywania i reagowania na wybuchy kolejnych epidemii. Podobnie argumentowali także inni, wśród nich były prezydent USA George W. Bush.

Inauguracja projektu Mission Innovation z udziałem światowych przywódców na Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu w Paryżu w 2015 roku (nazwiska osób na zdjęciu zob. s. 293).[3]

 

Niestety, poczyniono niewiele przygotowań i kiedy zaatakował nowy koronawirus, doprowadził do śmierci wielu osób i trudności gospodarczych, których nie doświadczyliśmy od czasów Wielkiego Kryzysu. Choć nie zaprzestałem moich prac nad problemem zmian klimatu, to właśnie walka z COVID-19 stała się dla mnie i dla Melindy najważniejszą sprawą i podstawowym celem naszych wspólnych wysiłków. Każdego dnia staram się rozmawiać z naukowcami z uniwersytetów i niewielkich firm, z szefami koncernów farmaceutycznych i głowami państw, aby dowiedzieć się, jak nasza fundacja mogłaby pomóc przyspieszyć prace nad testami, leczeniem i szczepionkami. Do listopada 2020 roku przeznaczyliśmy ponad 445 milionów dolarów w grantach na walkę z wirusem, a także kolejne setki milionów dolarów pochodzących z różnorakich inwestycji finansowych, aby szybciej zapewnić dostęp do szczepionek, testów i innych kluczowych produktów w krajach o niskich dochodach.

Ponieważ światowa gospodarka zwolni, emisja gazów cieplarnianych będzie niższa niż w poprzednich latach. Jak już wspomniałem wcześniej, będzie to redukcja na poziomie około 5 procent. W gruncie rzeczy oznacza to, że wyemitowany zostanie ekwiwalent 48 lub 49 miliardów ton węgla zamiast 51 miliardów ton.

To znaczący spadek i moglibyśmy być spokojni, gdyby udało nam się kontynuować takie tempo w kolejnych latach. Niestety - nie możemy.

Weźmy pod uwagę, co musiało się stać, żebyśmy osiągnęli te 5 procent spadku. Miliony ludzi umarły, dziesiątki milionów straciły pracę. Mówiąc delikatnie, to nie jest sytuacja, w której chcielibyśmy pozostawać lub ją powtarzać. A do tego globalne emisje gazów cieplarnianych i tak spadły tylko o 5 procent, a może nawet mniej. Nie zdziwiło mnie to, że emisje spadły z powodu pandemii. Zdziwiło natomiast, że spadek był tak niewielki.

Niewielki spadek emisji to dowód, że nie możemy dojść do emisyjnego zera tylko - ani głównie - przez to, że mniej jeździmy i latamy. Tak jak potrzebowaliśmy nowych testów, terapii i szczepionek do walki z nowym koronawirusem, tak samo potrzebujemy nowych narzędzi do walki ze zmianami klimatu: zerowęglowych metod produkcji elektryczności, wytwarzania jedzenia i innych rzeczy, ogrzewania i chłodzenia budynków, sposobów przemieszczania się ludzi i przewożenia dóbr po całym świecie. Potrzebujemy też nowych nasion i licznych innowacji, które pomogą najbiedniejszym ludziom na świecie, wśród których jest wielu drobnych rolników, przystosować się do cieplejszego klimatu.

Istnieją oczywiście na tej drodze jeszcze inne przeszkody, które nie mają nic wspólnego z nauką i finansowaniem. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych debata o zmianie klimatu została zawłaszczona przez polityków. Bywają chwile, w których wydaje się, że właściwie nie ma nadziei na jakiekolwiek działania.

Myślę raczej jak inżynier niż politolog, nie mam więc odpowiedzi na pytanie, jak prowadzić politykę klimatyczną. Zamiast na niej chciałbym się skupić w tej rozmowie na tym, czego wymaga dotarcie do zera: musimy wykorzystać obecną w świecie pasję i naukowe IQ globalnej społeczności, aby wdrożyć znane już sposoby produkcji czystej energii i wymyślić nowe - wszystko po to, abyśmy przestali emitować gazy cieplarniane do atmosfery.

 

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem odpowiednią osobą, by mówić o zmianach klimatu. Światu nie brakuje bogatych mężczyzn ze wspaniałymi pomysłami na to, co inni ludzie powinni zrobić, ani takich, którzy uważają, że technologia rozwiązuje każdy problem. Poza tym sam mam wielki dom i latam prywatnymi samolotami - zresztą właśnie w taki sposób dotarłem na paryską konferencję o klimacie. Kim więc jestem, żeby mówić komukolwiek o tym, co jest dobre dla środowiska?

Przyznaję się do wszystkich trzech zarzutów.

Nie mogę zaprzeczyć, że jestem bogatym facetem z własnym poglądem na sprawę. Wierzę jednak, że jest to pogląd oparty na wiedzy, którą nieustannie staram się pogłębiać. Jestem też technofilem. Pokaż mi problem, a ja poszukam technologii, która go rozwiąże. Wiem, że w przypadku zmian klimatu innowacje nie są jedyną rzeczą, której potrzebujemy. Ale bez nich nie uda nam się sprawić, by Ziemia wciąż nadawała się do życia. Rozwiązania technologiczne nie są wystarczające, ale są niezbędne.

Wreszcie - to prawda, że mój ślad węglowy jest absurdalnie wysoki. Przez dłuższy czas czułem się z tego powodu winny. Jestem świadomy tego, jak wielkie są moje własne emisje, ale pracując nad tą książką, jeszcze mocniej uświadomiłem sobie, że jestem odpowiedzialny za ich redukcję. Zmniejszenie własnego śladu węglowego to minimum oczekiwań wobec kogoś, kto miałby podobny do mojego status, a równocześnie niepokoił się zmianami klimatu i publicznie wzywał do działania.

W 2020 roku zacząłem kupować ekologiczne paliwo samolotowe, a w 2021 zamierzam udzielić pełnego zadośćuczynienia finansowego (offset) za emisje lotnicze mojej rodziny. Jeśli chodzi o nasze emisje niezwiązane z lotnictwem, opłacam takie zadośćuczynienie za pośrednictwem firmy, która ma zakład wychwytujący dwutlenek węgla z powietrza (więcej o tej technologii, nazywanej bezpośrednim wychwytywaniem z powietrza, opowiem w rozdziale 4 pod tytułem O podłączaniu się do gniazdka). Wciąż zresztą szukam nowych sposobów na zmniejszenie mojego własnego śladu węglowego.

Inwestuję także w zerowęglowe technologie. Chciałbym myśleć o tym jak o kolejnej rekompensacie za moje własne emisje. Zainwestowałem ponad miliard dolarów w przedsięwzięcia, które, mam nadzieję, pomogą światu dotrzeć do emisyjnego zera. Są wśród nich produkcja opłacalnej i niezawodnej czystej energii, niskoemisyjnego cementu, stali, mięsa i wielu innych rzeczy. Nie znam też nikogo, kto zainwestowałby więcej środków w technologię bezpośredniego wychwytywania dwutlenku węgla z powietrza.

Oczywiście inwestowanie w zielone firmy nie sprawia, że mój ślad jest mniejszy. Jeśli jednak udało mi się obstawić któregoś ze zwycięzców, to będzie on odpowiedzialny za usunięcie z atmosfery dużo większej ilości węgla niż ta, za którą jestem odpowiedzialny ja lub moja rodzina. Zresztą celem tego wszystkiego nie jest tylko zadośćuczynienie za emisje. Chodzi przede wszystkim o uniknięcie katastrofy klimatycznej. Wspieram więc badania nad czystą energią od najwcześniejszych stadiów, inwestuję w obiecujące firmy produkujące taką energię, przekonuję do rozwiązań, które doprowadzą do przełomów na globalną skalę, i zachęcam do tego wszystkich, którzy posiadają znaczny majątek.

Tu dochodzimy do kluczowej kwestii: choć najwięksi emitenci, tacy jak ja, powinni zużywać mniej energii, to świat jako całość powinien zużywać więcej dóbr i korzystać z większej ilości usług, które ta energia zapewnia. Nie ma nic złego w zużywaniu większej ilości energii, dopóki będzie ona neutralna węglowo. Kluczem do rozwiązania problemu zmian klimatu jest stworzenie czystej energii, która będzie tak samo tania i niezawodna jak ta produkowana z paliw kopalnych. Wkładam dużo wysiłku we wszystko, co moim zdaniem doprowadzi nas do tego miejsca i przyczyni się do znaczącego postępu na naszej drodze od 51 miliardów ton do zera.

Ta książka pokazuje możliwą drogę naprzód - serię kroków, które możemy wykonać, aby zwiększyć nasze szanse na uniknięcie katastrofy klimatycznej. Dzieli się na pięć części:

DLACZEGO ZERO? W rozdziale 1 powiem więcej o tym, dlaczego musimy zejść do zera. Wyjaśnię, co już wiemy (a czego nie) o tym, jak wzrost temperatur wpłynie na życie ludzi na całym świecie.

ZŁA WIADOMOŚĆ: ZEJŚCIE DO ZERA BĘDZIE NAPRAWDĘ TRUDNE. Jeśli planujesz osiągnięcie dowolnego celu, musisz zacząć od realistycznej oceny przeszkód, które trzeba pokonać po drodze. W rozdziale 2 zatrzymamy się na chwilę nad wyzwaniami, które przed nami stoją.

JAK PROWADZIĆ RZECZOWĄ ROZMOWĘ O ZMIANACH KLIMATU? W rozdziale 3 przeprowadzę cię przez gąszcz zagmatwanych statystyk, o których mogłaś słyszeć, i podzielę się garścią użytecznych pytań, które służą mi w każdej rozmowie dotyczącej zmian klimatu. Te pytania wielokrotnie pomogły mi się nie pogubić; mam nadzieję, że przydadzą się również tobie.

DOBRA WIADOMOŚĆ: DAMY RADĘ. W rozdziałach od 4 do 9 zarysuję obszary działania, w których może nam pomóc dzisiejsza technologia, i te, w których potrzebujemy przełomów. To najdłuższa część książki, bo musimy w niej omówić bardzo wiele spraw. Dysponujemy już pewnymi rozwiązaniami, które trzeba teraz wdrożyć na szeroką skalę, ale potrzebujemy też licznych innowacji, które muszą zostać stworzone i rozpowszechnione na całym świecie w ciągu najbliższych kilku dekad.

Choć zaprezentuję pewne technologie, które wywołują mój szczególny entuzjazm, nie będę wymieniał tu konkretnych firm. Poniekąd dlatego, że w część z nich zainwestowałem i nie chcę sprawiać wrażenia, że faworyzuję te firmy, z którymi wiąże mnie interes finansowy. Co jednak ważniejsze, chciałbym skupić twoją uwagę na ideach i innowacjach, a nie na konkretnych przedsiębiorstwach. Niektóre z nich mogą bowiem w najbliższych latach upaść. Tak się zdarza przy nowatorskich projektach, co wcale nie musi być oznaką porażki. Kluczowe jest wyciągnięcie wniosków z niepowodzenia i wykorzystanie zdobytego doświadczenia przy nowym przedsięwzięciu, jak zrobiliśmy to w Microsofcie i jak robią to wszyscy inni innowatorzy, których znam.

KROKI, KTÓRE MOŻEMY WYKONAĆ W TEJ CHWILI. Napisałem tę książkę nie tylko dlatego, że dostrzegam problem zmian klimatu, ale też dlatego, że widzę możliwość jego rozwiązania. Nie jest to bezpodstawny optymizm. Już teraz dysponujemy dwiema z trzech rzeczy, które są niezbędne do przeprowadzenia każdego dużego przedsięwzięcia. Po pierwsze, mamy taki zamiar. Zawdzięczamy go pasji coraz większego globalnego ruchu, któremu przewodzą młodzi ludzie głęboko zaniepokojeni zmianami klimatu. Po drugie, znamy podstawowe cele, dzięki którym rozwiążemy problem, a coraz więcej państwowych i lokalnych liderów angażuje się w swoją część tej pracy.

Potrzebujemy jedynie trzeciego elementu: dokładnego planu, jak nasze cele osiągnąć.

Tak jak nasz zamiar i potrzeba działania wynikają z doceniania nauki o klimacie, tak każdy praktyczny plan redukcji emisji musi wynikać z naszej wiedzy z innych obszarów nauki: fizyki, chemii, biologii, inżynierii, politologii, ekonomii, rachunkowości i wielu innych. Tak więc w ostatnich rozdziałach tej książki przedstawię plan klimatyczny oparty na wskazówkach, których udzielili mi eksperci ze wszystkich tych dziedzin. W rozdziałach 10 i 11 skupię się na strategiach, które mogą zastosować rządy, a w rozdziale 12 zaproponuję kroki, które każda i każdy z nas może podjąć, aby świat zszedł do emisyjnego zera. Nieważne, czy jesteś przywódczynią państwa, przedsiębiorczynią, czy wyborczynią, prowadzącą zabiegane życie i mającą zbyt mało wolnego czasu (a może każdą z tych osób naraz), są rzeczy, które możesz zrobić, aby pomóc w uniknięciu katastrofy klimatycznej.

To tyle. Zaczynamy.

ROZDZIAŁ 1
DLACZEGO ZERO?

Musimy zejść do zera z prostego powodu. Gazy cieplarniane zatrzymują ciepło, powodując wzrost średniej temperatury przy powierzchni Ziemi. Im więcej jest gazów, tym większy wzrost temperatury. A kiedy takie gazy znajdą się w atmosferze, zostają tam na bardzo długo. Około jednej piątej wyemitowanego dziś dwutlenku węgla wciąż będzie w powietrzu za 10 tysięcy lat.

Nie istnieje scenariusz, w którym nieustannie dokładamy węgla do atmosfery, a świat przestaje się nagrzewać. Im zaś Ziemia staje się gorętsza, tym trudniej będzie ludziom przeżyć, a tym bardziej się rozwijać. Nie wiemy dokładnie, jak wiele szkód spowoduje określony wzrost temperatury, ale mamy poważne powody do obaw. Ponadto, ponieważ gazy cieplarniane tak długo utrzymują się w atmosferze, to nawet jeśli uda nam się zejść do zera, nasza planeta pozostanie rozgrzana jeszcze przez długi czas.

Muszę dodać, że na razie używam słowa "zero" nieprecyzyjnie i powinienem wyjaśnić, co mam na myśli. Do czasów rewolucji przemysłowej - a więc mniej więcej do połowy XVIII wieku - obieg węgla w przyrodzie był prawdopodobnie w miarę zrównoważony, a więc rośliny i inne organizmy pochłaniały z grubsza taką ilość dwutlenku węgla, jaka była emitowana.

Ale zaczęliśmy spalać paliwa kopalne, a te składają się z węgla. Ten pierwiastek był zmagazynowany pod ziemią dzięki roślinom i zwierzętom, które obumarły w pradawnych czasach i w ciągu milionów lat uległy kompresji, przeobrażając się w ropę naftową, węgiel kamienny i brunatny lub gaz ziemny. Poprzez wydobycie i spalanie tych paliw emitujemy dodatkowy węgiel i zwiększamy jego całkowitą ilość w atmosferze.

Nie istnieją realistyczne drogi do zera zakładające całkowitą rezygnację z tych paliw albo powstrzymanie się od wszystkich innych działań, które w efekcie również prowadzą do emisji gazów cieplarnianych (chodzi na przykład o produkcję cementu, stosowanie nawozów sztucznych czy o wycieki metanu związane z wydobyciem, transportem i spalaniem gazu ziemnego w elektrowniach). Przeciwnie, w zerowęglowej przyszłości będziemy najprawdopodobniej wciąż odpowiedzialni za jakieś emisje, ale będziemy mieli sposoby na usuwanie emitowanego przez nas węgla.

Innymi słowy "zejście do zera" nie oznacza spadku do poziomu faktycznego zera, ale zejście "blisko zera netto". To nie jest egzamin, który trzeba zdać bezbłędnie, bo inaczej nie zda się go wcale. Nie jest tak, że tylko 100 procent redukcji jest sukcesem, a 99 procent to już katastrofa. Jednak im większa redukcja, tym większe korzyści.

Spadek emisji o 50 procent nie powstrzyma wzrostu temperatur, a jedynie go spowolni. Odroczy katastrofę klimatyczną, ale jej nie zapobiegnie.

Załóżmy na chwilę, że osiągamy 99 procent redukcji emisji. Które kraje i które sektory gospodarki będą mogły wykorzystywać pozostały 1 procent? Jak w ogóle moglibyśmy o czymś takim decydować?

W rzeczywistości, aby uniknąć najgorszych dla klimatu scenariuszy, w pewnym momencie nie tylko musimy zaprzestać dodawania emisji do atmosfery, ale też zacząć usuwać stamtąd przynajmniej część tego, co już wyemitowaliśmy. Niekiedy określa się ten krok mianem "ujemnej emisji netto". Oznacza to po prostu, że w końcu, aby ograniczyć wzrost temperatury, będziemy musieli usuwać z atmosfery więcej gazów cieplarnianych, niż do niej dokładamy. Wracając do zaprezentowanej we wstępie analogii z wanną: nie tylko przerwiemy dopływ wody do wanny, ale także wyjmiemy korek i pozwolimy wodzie spłynąć.

Podejrzewam, że ten rozdział nie będzie pierwszym miejscem, w którym przeczytasz o ryzyku porażki przy schodzeniu do zera. W końcu kwestia zmian klimatu jest obecna w mediach właściwie codziennie - i tak powinno być. To palący problem, który zasługuje na każdy poświęcony mu nagłówek. Ale relacje w mediach mogą być mylące, a nawet sprzeczne.

W tej książce próbuję przeprowadzić cię przez informacyjny szum. Przez lata miałem okazję uczyć się od najlepszych klimatologów i ekspertów energetycznych na świecie. Jest to zresztą niekończąca się rozmowa, ponieważ wiedza naukowców o klimacie wciąż rośnie w miarę zdobywania nowych danych i ulepszania modeli komputerowych, które tworzy się, by przewidzieć różne scenariusze. Dotychczasowe dyskusje okazały się jednak niebywale pomocne w oddzieleniu wariantów bardzo prawdopodobnych od tych, które są możliwe, ale raczej się nie ziszczą. Przekonały mnie też, że jedynym sposobem na uniknięcie katastrofalnych konsekwencji jest zejście do zera. W tym rozdziale chciałbym podzielić się tym, czego się nauczyłem.

Mało to już wiele

Byłem zaskoczony, kiedy dowiedziałem się, że coś, co wygląda na niewielki wzrost globalnych temperatur - raptem o 1 czy 2°C - może nam przysporzyć bardzo wielu problemów. Ale to prawda: z punktu widzenia klimatu zmiana o zaledwie parę stopni jest ogromna. Podczas ostatniej epoki lodowcowej średnia temperatura globu była zaledwie o 6°C niższa niż dzisiaj. W epoce dinozaurów, kiedy średnia temperatura była najpewniej o 4°C wyższa niż dziś, za kołem podbiegunowym żyły krokodyle.

Te krzywe powinno się znać. Pokazują one, o ile w przyszłości może wzrosnąć temperatura, jeśli nasze emisje znacząco wzrosną (linia wysoka), jeśli wzrosną nieznacznie (niższa) i jeśli zacznie się usuwać z atmosfery węgiel, który wyemitowaliśmy (ujemna) (KNMI Climate Explorer).[4]

 

Trzeba także pamiętać, że te uśrednione liczby mogą skrywać naprawdę wielkie zakresy temperatur. Pomimo że globalna średnia wzrosła o około 1°C w stosunku do czasów sprzed rewolucji przemysłowej, w niektórych regionach świata obserwuje się już wzrosty temperatur większe niż 2°C. Te obszary zamieszkuje od 20 do aż 40 procent populacji naszej planety.

Dlaczego niektóre miejsca nagrzewają się bardziej niż inne? W centralnych obszarach niektórych kontynentów gleba jest bardziej wysuszona, co oznacza, że ziemia nie jest w stanie wychładzać się tak, jak to się działo kiedyś. Chodzi po prostu o to, że kontynenty nie pocą się już tak jak dawniej.

A jak nagrzewanie planety wiąże się z gazami cieplarnianymi? Zacznijmy od podstaw. Dwutlenek węgla to najpowszechniejszy z gazów cieplarnianych, ale istnieje też kilka innych, choćby podtlenek azotu czy metan. Jeśli chodzi o podtlenek azotu, to mogłaś cieszyć się nim kiedyś w gabinecie dentystycznym - znany jest powszechnie jako gaz rozweselający. Z kolei metan to główny składnik gazu ziemnego, którego być może używasz w swojej kuchni albo którym ogrzewasz mieszkanie. W przeliczeniu na cząsteczki wiele z tych innych gazów może powodować dużo większe ocieplenie niż dwutlenek węgla. Na przykład kiedy cząsteczka metanu trafi do atmosfery, ogrzewa ją 120 razy bardziej. Ale metan nie pozostaje tam tak długo jak dwutlenek węgla.

Mówiąc najprościej, większość ludzi sprowadza różne rodzaje gazów cieplarnianych do jednej miary znanej jako "ekwiwalenty dwutlenku węgla"[*4] (mogłaś spotkać się ze skrótem "CO2e", którym się ją oznacza). Mówimy o ekwiwalentach dwutlenku węgla, ponieważ inne gazy wprawdzie zatrzymują w atmosferze więcej ciepła, ale zarazem nie zostają w niej aż tak długo. CO2e pozwala nam porównać ich działanie. Niestety, ekwiwalenty dwutlenku węgla są niedoskonałym narzędziem do mierzenia emisji. Podstawowe znaczenie ma bowiem nie sama wielkość emisji gazów cieplarnianych, ale wzrost temperatur i jego wpływ na ludzi. To jest naprawdę ważne. I z tego punktu widzenia gazy takie jak metan są dużo gorsze niż dwutlenek węgla. Natychmiast podwyższają temperaturę, i to znacznie. Kiedy korzystasz z miary, jaką są ekwiwalenty dwutlenku węgla, nie jesteś w stanie opisać tego ważnego, choć krótkotrwałego efektu.

Niemniej jednak to najlepsza znana nam metoda wyliczania emisji. W dyskusjach o zmianach klimatu ten wskaźnik powraca bardzo często, będę go więc używał także w tej książce. 51 miliardów ton, o których ciągle wspominam, to roczna emisja gazów na świecie liczona w ekwiwalentach dwutlenku węgla. Mogłaś spotkać się też z liczbą 37 miliardów - to sam dwutlenek węgla, bez innych gazów cieplarnianych - lub z 10 miliardami ton, bo tyle waży sam węgiel. Dla urozmaicenia i dlatego, że po przeczytaniu słów "gaz cieplarniany" sto razy z rzędu rozbolałyby oczy, będę niekiedy używał słowa "węgiel" jako synonimu dwutlenku węgla i innych gazów.

Emisja gazów cieplarnianych drastycznie wzrastała od lat pięćdziesiątych XIX wieku. Powodem tego wzrostu były działania człowieka takie jak spalanie paliw kopalnych. Spójrz na wykresy na stronie 35. Po lewej stronie zobaczysz, jak bardzo wzrosły emisje od 1850 roku, po prawej zaś możesz zaobserwować wzrost średnich temperatur na planecie.

Jak gazy cieplarniane wywołują ocieplenie? Krótka odpowiedź jest taka: pochłaniają ciepło i zatrzymują je w atmosferze. Działają w taki sam sposób jak szklarnia, stąd ich angielska nazwa: greenhouse.

Musiałaś się zapewne wielokrotnie zmierzyć z efektem cieplarnianym, choć w zupełnie innej skali, za każdym razem, kiedy twój samochód stał na zewnątrz w słońcu: jego szyby przepuszczały światło i zatrzymywały część jego energii. Właśnie dlatego we wnętrzu twojego samochodu może być dużo wyższa niż temperatura niż na zewnątrz.

To wyjaśnienie prowokuje jednak kolejne pytania. W jaki sposób światło przechodzi przez gazy cieplarniane w drodze na Ziemię, a potem zostaje uwięzione w atmosferze przez te same gazy? Czy dwutlenek węgla działa niczym jakieś wielkie lustro weneckie? I skoro dwutlenek węgla i metan zatrzymują ciepło, dlaczego nie robi tego tlen?

Odpowiedzi udziela odrobina chemii i fizyki. Być może pamiętasz z lekcji fizyki, że wszystkie cząsteczki drgają. Im szybciej drgają, tym są gorętsze. Kiedy w określone rodzaje cząstek trafia promieniowanie o pewnej częstotliwości, pochłaniają one to promieniowanie wraz z jego energią i zaczynają szybciej drgać.

Nie każde promieniowanie ma odpowiednią częstotliwość, żeby wywołać taki efekt. Na przykład światło słoneczne przenika przez większość gazów cieplarnianych i nie zostaje pochłonięte. Większość światła dociera do Ziemi i ogrzewa planetę, jak to się dzieje od miliardów lat.

I w tym tkwi sedno problemu: Ziemia nie zatrzymuje tej energii na zawsze - gdyby tak było, planeta stałaby się nieznośnie gorąca. Przeciwnie, wypuszcza część tej energii z powrotem w kosmos, ale część tej części przybiera postać promieniowania o dokładnie takiej częstotliwości, którą absorbują gazy cieplarniane. Ta energia zamiast nieszkodliwie uciec w pustkę, trafia w cząsteczki gazów cieplarnianych i sprawia, że drgają one szybciej, co podgrzewa atmosferę. (Przy okazji - powinniśmy być wdzięczni za to, że efekt cieplarniany istnieje; bez niego Ziemia byłaby dla nas o wiele za zimna. Problem w tym, że dodatkowe ilości gazów cieplarnianych nadmiernie wzmacniają ten efekt).

Dlaczego nie wszystkie gazy zachowują się w ten sposób? Ponieważ cząsteczki składające się z dwóch identycznych atomów - jak na przykład cząsteczki azotu i tlenu - przepuszczają promieniowanie. Jedynie cząsteczki złożone z atomów różnych pierwiastków, jak te dwutlenku węgla czy metanu, mają właściwą strukturę, żeby pochłonąć energię promieniowania i zacząć się rozgrzewać.

Emisje dwutlenku węgla rosną, podobnie jak temperatura globu. Po lewej widzisz wzrost emisji dwutlenku węgla spowodowanych rozwojem przemysłu i spalaniem paliw kopalnych od 1850 roku. Po prawej możesz zobaczyć wzrost średnich globalnych temperatur towarzyszący rosnącej emisji (Global Carbon Budget 2019, Berkeley Earth).[5]

 

To jest właśnie pierwsza część odpowiedzi na pytanie "Dlaczego musimy zejść do zera?": ponieważ każda cząstka węgla, którą dokładamy do atmosfery, zwiększa efekt cieplarniany. Nie da się oszukać fizyki.

Druga część odpowiedzi wiąże się z wpływem, jaki gazy cieplarniane mają na klimat, a więc i na nas.

Co wiemy, a czego nie

Naukowcy muszą się jeszcze wiele dowiedzieć w kwestii tego, jak i dlaczego klimat się zmienia. Raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) pokazują, że w pewnych sprawach nie mamy całkowitej pewności - na przykład jeśli chodzi o to, jak bardzo i jak szybko temperatura będzie wzrastać i jakie dokładnie efekty będą miały prognozowane wyższe temperatury. Jednym z problemów jest to, że modele komputerowe są dalekie od doskonałości. Klimat jest zadziwiająco złożonym zjawiskiem, wielu jego aspektów wciąż nie rozumiemy, choćby tego, jak chmury wpływają na proces ocieplania oraz jaki jest wpływ nadmiarowego ciepła na ekosystemy. Badacze zdają sobie sprawę z tych luk i starają się je wypełnić.

Niemniej istnieje wiele rzeczy, które naukowcy wiedzą. Mogą więc stwierdzić na pewno, co się stanie, jeśli nie zejdziemy do zera. Opowiem teraz o kilku kluczowych sprawach.

Ziemia się ociepla. Ociepla się z powodu działalności człowieka, a jego wpływ na nią jest zły i będzie coraz gorszy. Mamy wszelkie powody, aby sądzić, że w pewnym momencie ten wpływ okaże się katastrofalny. Czy ten moment nadejdzie za 30 lat? Za 50? Dokładnie nie wiemy. Ale biorąc pod uwagę, jak trudny to problem, musimy działać już teraz, nawet jeśli najgorsze rzeczy wydarzą się dopiero za 50 lat.

Już teraz podnieśliśmy temperaturę Ziemi o co najmniej 1°C w stosunku do epoki sprzed rewolucji przemysłowej. Jeśli nie ograniczymy emisji, w połowie stulecia ocieplenie wzrośnie prawdopodobnie do poziomu od 1,5 do 3°C, a pod koniec - do poziomu od 4 do 8°C.

Całe to dodatkowe ciepło wywoła różne zmiany w klimacie. Zanim opowiem, co nadchodzi, muszę poczynić jedno zastrzeżenie: chociaż umiemy przewidzieć kierunek rozwoju szerszych trendów i stwierdzić: "Będzie więcej upalnych dni" lub: "Podniesie się poziom mórz", nie możemy z całą pewnością obwinić zmian klimatu o żadne konkretne zdarzenie. Na przykład gdy nadchodzi fala upałów, nie możemy uznać, że jej przyczyną są jedynie zmiany klimatu. Możemy jednak powiedzieć, jak bardzo zwiększyło się prawdopodobieństwo wystąpienia takiej fali na skutek zmian klimatu. Jeśli chodzi o huragany, nie wiadomo, czy to właśnie cieplejsze oceany powodują wzrost liczby cyklonów tropikalnych, ale mamy coraz więcej dowodów na to, że to przez zmiany klimatyczne niosą one więcej wilgoci i że wzrasta liczba tych najintensywniejszych. Nie wiemy też, czy - a jeśli tak, to w jakim stopniu - ekstremalne zjawiska atmosferyczne będą na siebie wzajemnie oddziaływać i powodować powstawanie zjawisk jeszcze groźniejszych.

A co jeszcze wiemy?

Z pewnością będzie więcej naprawdę upalnych dni. Mógłbym pokazać ci statystyki dla miast w całych Stanach Zjednoczonych, ale wybiorę Albuquerque w stanie Nowy Meksyk, ponieważ czuję się szczególnie związany z tym miejscem: to właśnie tam razem z Paulem Allenem stworzyliśmy Microsoft w 1975 roku (a gwoli ścisłości Micro-Soft, po kilku latach słusznie zrezygnowaliśmy z myślnika i zamieniliśmy "S" na małe). W połowie lat siedemdziesiątych, kiedy dopiero zaczynaliśmy, temperatury w Albuquerque przekraczały 32°C[*5] średnio 36 razy w roku. Do połowy tego stulecia każdego roku termometry będą wskazywać taką lub wyższą temperaturę co najmniej dwa razy częściej. Przed końcem stulecia miasto będzie się mierzyć z takim upałem nawet przez 114 dni w roku. Innymi słowy, całkowita liczba upalnych dni w roku wzrośnie z jednego do trzech miesięcy.

Nie wszyscy będą jednakowo cierpieć z powodu gorętszych i wilgotniejszych dni. Dla przykładu - okolice Seattle, gdzie razem z Paulem przenieśliśmy Microsoft w 1979 roku, odczują to stosunkowo słabo. W ciągu tego stulecia może tu dojść do 14 dni w roku z temperaturą powyżej 32°C, gdy w latach siedemdziesiątych notowano jeden lub dwa takie upalne dni w roku. Niektóre obszary mogą nawet skorzystać na cieplejszym klimacie. Na przykład w chłodnych regionach mniej ludzi będzie umierało z powodu hipotermii czy grypy, a ogrzewanie domów i biur będzie tańsze.

Ale ogólny trend wskazuje na to, że cieplejszy klimat przysporzy nam problemów. Całe to nadmiarowe ciepło wywoła efekt domina, co oznacza chociażby, że nasilą się nawałnice. Naukowcy wciąż dyskutują o tym, czy upały sprawiają, że burze zdarzają się częściej, ale na pewno stają się coraz silniejsze. Wiemy, że gdy wzrasta średnia temperatura, z powierzchni Ziemi wyparowuje do atmosfery więcej wody. Para wodna też jest gazem cieplarnianym, ale w przeciwieństwie do dwutlenku węgla czy metanu nie utrzymuje się w powietrzu zbyt długo, lecz opada z powrotem w postaci deszczu lub śniegu. Kiedy para wodna skrapla się w deszcz, uwalniają się ogromne ilości energii, o czym wie każdy, kto doświadczył kiedyś wielkiej nawałnicy.

Nawet najpotężniejszy kataklizm nie trwa dłużej niż kilka dni, ale jego skutki możemy odczuwać latami. Tragedią samą w sobie są wszystkie utracone życia, bo sprawiają, że ocalali z katastrofy mają złamane serca, a często zostają również skazani na nędzę. Huragany i powodzie niszczą także budynki, drogi i linie energetyczne, których budowa zajęła całe lata. Oczywiście każdą z tych rzeczy da się w końcu odbudować, ale to angażuje czas i pieniądze, które można by przeznaczyć na nowe inwestycje przekładające się na rozwój gospodarki. Musisz najpierw postarać się wrócić do miejsca, w którym byłeś, zamiast iść naprzód. Z jednego z badań wynika, że huragan Maria z 2017 roku cofnął rozwój infrastruktury w Portoryko o 20 lat. Ile czasu zostało do nadejścia kolejnego cyklonu, który cofnie wszystko jeszcze bardziej? Nie wiemy.

Jak pokazuje jedno z badań, huragan Maria cofnął rozwój infrastruktury, w tym sieci elektrycznej, w Portoryko o dwie dekady.[6]

 

Tak potężne nawałnice doprowadzają do osobliwych sytuacji typu "wszystko albo nic": chociaż w niektórych miejscach pada dużo więcej, to inne doświadczają częstszych i poważniejszych suszy. Gorętsze powietrze utrzymuje w sobie więcej wilgoci, a im jest cieplejsze, tym bardziej spragnione, więc wyciąga z gleby więcej wody. Przed końcem stulecia gleby w południowo-zachodnich stanach USA staną się o 10 do 20 procent suchsze, a ryzyko suszy wzrośnie co najmniej o 20 procent. Susze odbiją się także na rzece Kolorado, która zaopatruje w wodę prawie 40 milionów ludzi i zapewnia nawodnienie ponad jednej siódmej wszystkich amerykańskich pól.

Gorętszy klimat oznacza też częstsze i bardziej niszczycielskie pożary. Ciepłe powietrze pochłania wilgoć z roślin i gleby, sprawiając, że wszystko jest bardziej podatne na spalenie. Na świecie istnieje wiele lokalnych wariantów tej sytuacji, ponieważ w różnych regionach panują różne warunki. Kalifornia stanowi jednak niezwykle dramatyczny przykład tego, z czym mamy do czynienia. W porównaniu z początkiem lat siedemdziesiątych XX wieku pożary lasów zdarzają się tam pięć razy częściej, głównie dlatego, że sezon pożarów wydłuża się, a w tamtejszych lasach znajduje się dużo więcej łatwopalnego suchego drewna. Według danych amerykańskiego rządu za połowę tego wzrostu odpowiadają zmiany klimatu, a do połowy naszego stulecia Ameryka będzie najpewniej doświadczać takich kataklizmów i ich skutków dwukrotnie częściej niż dziś[7]. Powinno to zaniepokoić każdego, kto pamięta niszczycielski sezon pożarów w Ameryce w 2020 roku.

Innym efektem wzrostu temperatur jest podnoszący się poziom mórz. Wynika to częściowo z tego, że topią się arktyczne i antarktyczne lodowce, a częściowo z faktu, że cieplejsza woda morska zwiększa objętość (z metalem dzieje się tak samo, właśnie dlatego możesz poluzować pierścionek, który utknął na palcu, poruszając nim w ciepłej wodzie). Choć całkowity przyrost średniego poziomu mórz - o 1 do 2 metrów przed 2100 rokiem - nie wygląda na szczególnie wielki, to rosnący poziom wody i jej przypływów będzie oddziaływać na niektóre obszary w znacznie większym stopniu niż na inne. Zagrożone są tereny nadmorskie i plaże, co szczególnie nie dziwi, ale sytuacja dotyczy również miast położonych na mocno przepuszczalnym (porowatym) podłożu. W Miami już teraz można obserwować wodę morską buzującą w kanalizacji burzowej, nawet kiedy nie pada - nazywa się to podtopieniami przy słonecznej pogodzie (dry-weather flooding) - a sytuacja będzie się tylko pogarszać. W umiarkowanym scenariuszu opracowanym przez IPCC poziom morza w okolicach Miami podniesie się o ponad pół metra. Dodatkowo grunt w niektórych częściach miasta osiada - a w zasadzie tonie - co może dodać do tej liczby około 30 centymetrów.

Podnoszący się poziom mórz będzie miał jeszcze gorsze skutki dla najbiedniejszych ludzi na świecie. Przykładem jest tu Bangladesz, jeden z biednych krajów, który czyni ogromne postępy na drodze do wyjścia z ubóstwa. Surowy klimat doskwierał tutejszej ludności od zawsze. Setki kilometrów linii brzegowej nad Zatoką Bengalską sprawiają, że większość kraju to nisko położone tereny w deltach rzek, często zalewane przez powodzie. Ten obszar nawiedzają też każdego roku ulewne deszcze. Jednak zmieniający się klimat czyni życie tam jeszcze trudniejszym. Obecnie z powodu cyklonów, fal sztormowych i wylewających rzek od 20 do 30 procent terytorium Bangladeszu znajduje się każdego roku pod wodą. Niszczy to uprawy i domy, a także zabija ludzi w całym kraju.

Wreszcie - wzrost temperatur i wywołujący go dwutlenek węgla wpływają także na rośliny i zwierzęta. Według badań cytowanych w raporcie IPCC wzrost temperatury o 2°C zmniejszyłby obszar występowania kręgowców o 8, roślin o 16, a owadów o 18 procent[8].

Jeśli chodzi o żywność, której potrzebujemy, prognozy nie są jednoznaczne, ale ich ton jest głównie ponury. Z jednej strony pszenica, podobnie jak wiele innych roślin, rośnie szybciej i potrzebuje mniej wody, kiedy w powietrzu znajduje się duża ilość węgla. Z drugiej - kukurydza jest niezwykle wrażliwa na upał[9], a w Stanach Zjednoczonych jest ona najczęściej uprawianym zbożem, którego łączna wartość przekracza 50 miliardów dolarów rocznie. W samym stanie Iowa kukurydzę sieje się na polach o łącznej powierzchni ponad 5 milionów hektarów[10].

Jeśli chodzi o perspektywę globalną, zmiany klimatu mogą wpłynąć na ilość żywności, którą pozyskujemy z jednego hektara pól uprawnych, na wiele różnych sposobów. W niektórych regionach na północy plony mogą wzrosnąć, ale na większości obszarów będą mniejsze o kilka, kilkanaście, a może nawet 50 procent. Zmiany klimatu mogą do 2050 roku zmniejszyć o połowę południowoeuropejską produkcję pszenicy i kukurydzy. W Afryce Subsaharyjskiej rolnicy mogą poczuć na własnej skórze skrócenie sezonu wegetacyjnego o 20 procent oraz wysychanie milionów hektarów ziemi uprawnej. W najbiedniejszych społeczeństwach, gdzie wielu ludzi już wydaje na jedzenie więcej niż połowę swoich dochodów, ceny żywności mogą skoczyć o 20 procent, a może nawet więcej. Ekstremalne susze w Chinach mogą wywołać regionalny, a nawet globalny kryzys żywnościowy, jako że chińskie rolnictwo zaopatruje w pszenicę, ryż i kukurydzę jedną piątą ludności świata.

Wzrost temperatur nie przysłuży się także zwierzętom, które zjadamy i od których pozyskujemy mleko. Ocieplenie spowoduje, że hodowla stanie się mniej wydajna, a same zwierzęta bardziej podatne na przedwczesną śmierć. To z kolei sprawi, że mięso, jajka i nabiał będą droższe. Społeczności, których dieta zależy od owoców morza, również będą miały kłopoty. Morza nie tylko się nagrzewają, ale też ich prądy ulegają bifurkacji, czyli rozdzieleniu, a to sprawia, że powstają miejsca, gdzie woda ma w sobie sporo tlenu, oraz takie, gdzie jest go dużo mniej. W rezultacie ryby i inne organizmy morskie przenoszą się w inne obszary albo zwyczajnie wymierają. Jeśli średnie temperatury wzrosną o 2°C, rafy koralowe mogą przestać istnieć, a wraz z nimi zniknie podstawowe źródło pożywienia ponad miliarda ludzi.

Z deszczu pod...

Możesz pomyśleć, że różnica pomiędzy 1,5°C a 2°C nie jest zbyt wielka, ale naukowcy przeprowadzili symulacje obydwu scenariuszy i nie mają dobrych wiadomości. Pod wieloma względami dwustopniowy wzrost nie będzie tylko o 33 procent gorszy niż wzrost o półtora stopnia. Może być nawet o 100 procent gorszy. Dwa razy więcej ludzi będzie miało utrudniony dostęp do wody pitnej. Produkcja kukurydzy w klimacie tropikalnym będzie dwukrotnie mniejsza.

Każdy z tych efektów zmian klimatu z osobna byłby już wystarczająco okropny. Ale przecież nikt nie będzie cierpiał jedynie z powodu upałów albo tylko przez powodzie i nic poza tym. Klimat tak nie działa. Efekty klimatyczne się sumują i wzajemnie na siebie wpływają.

Na przykład kiedy zrobi się goręcej, komary tropikalne zaczną pojawiać się w nowych miejscach (lubią wilgoć, więc przenoszą się z obszarów, które wysychają, do tych, gdzie jest wilgotniej), dokąd przywloką niewystępujące tam do tej pory malarię i inne choroby przenoszone przez owady.

Udary cieplne staną się kolejnym ogromnym problemem, który wiąże się przede wszystkim z wilgotnością. W powietrzu może znajdować się tylko określona ilość pary wodnej; kiedy ten limit zostanie osiągnięty, powietrze staje się tak nasycone, że nie jest w stanie wchłonąć więcej wilgoci. Jakie to ma znaczenie? Takie, że zdolność ludzkiego ciała do ochładzania się zależy od zdolności powietrza do absorpcji parującego potu. Jeśli powietrze nie jest w stanie wchłonąć twojego potu, nie może on pomóc ci się ochłodzić, niezależnie od tego, jak bardzo się pocisz. Twój pot zwyczajnie nie ma gdzie wyparować. Temperatura twojego ciała pozostaje wysoka i, o ile nic się nie zmienia, umierasz z powodu udaru cieplnego w ciągu kilku godzin.

Oczywiście udar cieplny nie jest niczym nowym, ale kiedy atmosfera się nagrzewa i robi się wilgotniejsza, problem staje się poważniejszy. W najbardziej zagrożonych rejonach, takich jak Zatoka Perska, Azja Południowa i niektóre regiony Chin, będą występowały takie okresy w roku, kiedy setki milionów ludzi będą zagrożone śmiercią.

Aby zrozumieć, co się stanie, kiedy te efekty zaczną się piętrzyć, przyjrzyjmy się ich wpływowi na życie konkretnych ludzi. Wyobraź sobie, że jesteś zamożną młodą rolniczką z Nebraski uprawiającą kukurydzę i soję oraz hodujesz bydło. Jest 2050 rok. Jak zmiany klimatu wpłyną na ciebie i twoją rodzinę?

Mieszkasz w środku Stanów Zjednoczonych, daleko od wybrzeży, więc podnoszący się poziom mórz bezpośrednio ci nie zaszkodzi. Ale upał już tak. W drugiej dekadzie XXI wieku, kiedy byłaś dzieckiem, doświadczałaś 33 upalnych dni powyżej 32°C w roku, teraz jest ich corocznie od 65 do 70. Na deszczu też coraz mniej można polegać. Kiedy byłaś dzieckiem, co roku spadało prawie 65 centymetrów deszczu na metr kwadratowy, teraz może być go mniej (56 centymetrów) albo sporo więcej (74 centymetry).

Być może przystosowałaś swój biznes do gorętszych dni i nieprzewidywalnego deszczu. Przed laty zainwestowałaś w nowe odmiany roślin uprawnych, które tolerują większe upały, i wypracowałaś metody pracy, dzięki którym możesz przebywać w domu w najgorętszej porze dnia. Nie uśmiechało ci się wydawać dodatkowych pieniędzy na nasiona i sprzęty, ale lepsze to, niż nie zrobić nic.

Pewnego dnia bez ostrzeżenia nadchodzi potężna nawałnica. Pobliskie rzeki przelewają się przez wały, które utrzymywały je w ryzach przez dziesięciolecia, i twoja farma zostaje zalana. To ten rodzaj katastrofy, którą twoi rodzice nazwaliby powodzią stulecia, ale ty uważasz się za szczęściarę, jeśli coś takiego wydarza się tylko raz na dekadę. Woda zabiera ze sobą większą część twoich upraw kukurydzy i soi, a ziarno w twoich magazynach jest tak przemoczone, że zaczyna kiełkować i musisz je wyrzucić. Teoretycznie mogłabyś sprzedać potem swoje bydło, żeby stanąć na nogi po tej stracie, ale jego pożywienie również przepadło, więc nie będziesz w stanie długo utrzymać stada przy życiu.

Wreszcie woda opada i dostrzegasz, że pobliskie drogi, mosty i linie kolejowe nie nadają się do użytku. To nie tylko uniemożliwia ci wysyłkę zboża, które udało ci się ocalić, ale także utrudnia ciężarówkom dostarczenie ci ziarna na kolejny sezon (oczywiście przy założeniu, że twoje pola wciąż nadają się do uprawy). Wszystko razem składa się na katastrofę, która może zakończyć twoją rolniczą karierę i zmusić cię do sprzedaży ziemi będącej w twojej rodzinie od pokoleń.

Może to brzmieć tak, jakbym z rozmysłem wybierał najbardziej ekstremalny przykład, ale podobne sytuacje już mają miejsce, przydarzają się zwłaszcza biedniejszym rolnikom, a w ciągu kilku dziesięcioleci mogą się przytrafiać dużo większej liczbie ludzi. Jakkolwiek źle by to brzmiało, jeśli przyjmiesz globalną perspektywę, zobaczysz, że takie wydarzenia dużo bardziej odbiją się na miliardzie najbiedniejszych ludzi na świecie - ludzi, którzy już teraz walczą o przetrwanie i których walka będzie coraz trudniejsza wraz z postępującym psuciem się klimatu.

Wyobraź sobie teraz, że mieszkasz w jakimś rolniczym regionie Indii, gdzie razem z mężem prowadzicie gospodarstwo niskotowarowe, co znaczy, że razem z dziećmi zjadacie prawie całą żywność, którą wyprodukujecie. Jeśli rok jest wyjątkowo dobry, macie czasami dostatecznie dużo nadmiarowej żywności, żeby ją sprzedać i kupić lekarstwa dla swoich dzieci czy wysłać je do szkoły. Niestety, fale upałów stały się tak powszechne, że twoja wioska staje się miejscem nienadającym się do życia - nierzadko zdarza się kilka dni z rzędu, w których temperatura przekracza 49°C. Z powodu gorąca i szkodników, które po raz pierwszy atakują twoje pola, utrzymanie upraw staje się prawie niemożliwe. Choć monsuny zalały inne części kraju, to w twojej okolicy spadło dużo mniej deszczu niż zazwyczaj. Znalezienie wody jest tak trudne, że twoje przetrwanie zależy od rury, z której ciurka tylko kilka razy w tygodniu. Samo wyżywienie twojej rodziny staje się bardzo trudne.

Wysłałaś już swojego najstarszego syna do pracy w dużym mieście odległym o setki kilometrów, ponieważ nie byłaś w stanie go wyżywić. Jeden z twoich sąsiadów popełnił samobójstwo, ponieważ nie mógł nadal utrzymać swojej rodziny. Czy razem z mężem powinniście zostać i starać się przeżyć w gospodarstwie, które znacie, czy porzucić ziemię i przenieść się w okolice jakiegoś miasta, gdzie mogłabyś zarobić na utrzymanie?

To dramatyczna decyzja. Ale właśnie przed takimi wyborami stają już teraz ludzie na całym świecie, a konsekwencje ich decyzji są koszmarne. Podczas największej suszy, jaką kiedykolwiek odnotowano w Syrii, trwającej od 2007 do 2010 roku, około półtora miliona ludzi porzuciło swoje gospodarstwa i przeniosło się do miast, co stało się podłożem konfliktu zbrojnego, który wybuchł w 2011 roku. Zmiany klimatu spowodowały, że prawdopodobieństwo takiej suszy zwiększyło się trzykrotnie[11]. Do roku 2018 13 milionów Syryjczyków zostało zmuszonych do migracji.

Problem będzie się tylko pogłębiał. Jedno z badań, które analizowało relację pomiędzy ekstremami pogodowymi a wnioskami o azyl złożonymi w Unii Europejskiej, pokazało, że nawet przy umiarkowanym ociepleniu klimatu liczba wniosków może wzrosnąć o 28 procent, do poziomu około 450 tysięcy rocznie, przed końcem stulecia[12]. To samo badanie szacuje, że od 2 do 10 procent dorosłych Meksykanów spróbuje przekroczyć granicę z USA przed 2080 rokiem, wszystko z powodu mniejszych plonów.

Spróbujmy teraz opisać to wszystko w kategoriach, które przemówią do każdego, kto doświadcza pandemii COVID-19. Jeśli chcesz zrozumieć, jakie szkody pociągną za sobą zmiany klimatu, pomyśl o COVID-19 i wyobraź sobie, że ta tragedia trwa o wiele, wiele dłużej. Ofiary śmiertelne pandemii i kryzys gospodarczy przez nią wywołany odpowiadają temu, co będzie się wydarzać regularnie, jeśli nie wyeliminujemy emisji węglowych na całym świecie.

Zacznę od ofiar śmiertelnych. Ilu ludzi umrze w wyniku pandemii COVID-19, a ilu na skutek zmian klimatu? Ponieważ chcemy tu porównać dwa wydarzenia, które mają lub będą miały miejsce w różnym czasie - pandemię z 2020 roku i zmieniający się klimat w, powiedzmy, 2030 roku - a liczba ludności świata się zmienia, nie możemy zestawiać ze sobą całkowitej liczby zgonów. Zamiast niej użyjemy współczynnika umieralności, a więc liczby zgonów na 100 tysięcy osób.

Korzystając z danych dotyczących hiszpanki z 1918 roku i pandemii COVID-19 oraz rozkładając liczbę ofiar na okres stulecia, możemy szacować, jak bardzo globalna pandemia zwiększa światowy współczynnik umieralności. To około 14 dodatkowych zgonów na 100 tysięcy ludzi rocznie.

Jak to wypada w porównaniu ze zmianami klimatycznymi? Wedle szacunków do połowy stulecia wzrost globalnych temperatur spowoduje podwyższenie światowego współczynnika umieralności o taką samą wartość - 14 zgonów na 100 tysięcy osób rocznie. Przed końcem stulecia, jeśli wzrost emisji utrzyma się na wysokim poziomie, zmiany klimatyczne będą odpowiedzialne za dodatkowe 75 zgonów na 100 tysięcy osób rocznie.

Innymi słowy, do połowy stulecia zmiany klimatu staną się równie zabójcze jak COVID-19, a do 2100 roku staną się pięć razy bardziej śmiercionośne.

Perspektywy ekonomiczne są równie niewesołe. Prawdopodobne skutki zmian klimatu i pandemii COVID-19 różnią się znacznie w zależności od tego, z jakiego modelu ekonomicznego korzystamy. Ale wniosek płynący ze wszystkich modeli jest jednoznaczny: za dekadę lub dwie straty ekonomiczne wynikające ze zmian klimatycznych będą najpewniej tak samo wielkie jak w sytuacji, gdyby świat mierzył się z pandemią podobną do COVID-19 w każdym kolejnym dziesięcioleciu. A przed końcem XXI wieku staną się dużo większe i gorsze, o ile świat pozostanie na dotychczasowej ścieżce emisji[*6].

Wiele prognoz zawartych w tym rozdziale może ci się wydawać znajome, o ile śledzisz informacje o zmianach klimatu w mediach. Ale w miarę dalszego wzrostu temperatury wszystkie opisane problemy będą się pojawiać częściej, będą poważniejsze i będą dotyczyć większej liczby ludzi. Istnieje też możliwość, że nastąpi stosunkowo nagła i katastrofalna zmiana klimatu, jeśli na przykład duże obszary w skutych lodem częściach globu (nazywane wieczną zmarzliną) nagrzeją się na tyle, żeby się roztopić i uwolnić ogromne ilości gazów cieplarnianych - głównie metanu.

Pomimo wielu naukowych niewiadomych wiemy już na tyle dużo, żeby stwierdzić, że to, co nadchodzi, będzie straszne. Możemy na to zareagować na dwa sposoby:

ADAPTACJA. Możemy spróbować zminimalizować wpływ zmian, które już nastąpiły i o których wiemy, że nastąpią. Jako że zmiany klimatu będą miały największy wpływ na najbiedniejszych ludzi na świecie, a także dlatego, że większość z nich zajmuje się rolnictwem, to właśnie na adaptacji skupia się zespół ds. rolnictwa w Gates Foundation. Dla przykładu - finansujemy wiele badań nad nowymi odmianami roślin uprawnych, które będą znosić susze i powodzie, bowiem w nadchodzących dekadach staną się one częstsze i większe. W rozdziale 9 opowiem o adaptacji nieco więcej i nakreślę wiele kroków, które musimy poczynić.

ŁAGODZENIE SKUTKÓW. Większa część tej książki nie dotyczy adaptacji, ale drugiej z rzeczy, które musimy zrobić: zatrzymania emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Aby zyskać jakąkolwiek nadzieję na uniknięcie katastrofy, najwięksi emitenci na świecie - kraje najbogatsze - muszą osiągnąć zerową emisję netto do 2050 roku. Kraje o średnim dochodzie muszą do nich dołączyć niedługo później, a reszta świata także będzie musiała w końcu podążyć tą ścieżką.

Słyszałem głosy ludzi, którzy sprzeciwiają się poglądowi, że to najbogatsze kraje powinny zrobić to jako pierwsze. "Dlaczego to my musimy brać to na siebie?". Nie tylko dlatego, że to przede wszystkim my stworzyliśmy ten problem (choć to prawda), ale również z tego powodu, że to ogromna gospodarcza szansa. Kraje, które tworzą zerowęglowy przemysł i usługi, będą liderami światowej gospodarki w nadchodzących dziesięcioleciach.

Bogate kraje mają najlepsze warunki do rozwijania innowacyjnych rozwiązań klimatycznych: istnieje tu rządowe finansowanie, sieć uniwersytetów i instytutów badawczych, krajowe laboratoria i start-upy, które przyciągają utalentowanych ludzi z całego świata. Muszą więc być przewodnikami na tej drodze. Ten, kto dokona wielkich energetycznych przełomów i odkryć oraz pokaże, że mogą zdać egzamin w skali świata i być opłacalne, znajdzie też wielu chętnych do współpracy klientów w krajach rozwijających się.

Dostrzegam wiele możliwych ścieżek, które doprowadzą nas do zera. Zanim jednak przyjrzymy im się bliżej, musimy porozmawiać o tym, jak trudna to będzie podróż.

UZUPEŁNIENIA
WSTĘP. 51 MILIARDÓW DO ZERA
[1] Zdjęcie: James Iroha
[2] Dochód i zużycie energii są ze sobą ściśle powiązane. Na wykresie użyto danych Banku Światowego z bazy danych World Bank World Development Indicators udostępnianej na licencji CC BY 4.0 pod adresem https://data.worldbank.org/. Dochód mierzony jest tu w dolarach międzynarodowych za pomocą produktu krajowego brutto (PKB) na jednego mieszkańca w 2014 roku na podstawie parytetu siły nabywczej. Jednostką zużycia energii jest kilogram ekwiwalentów ropy na jednego mieszkańca za rok 2014 - na podstawie danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) zaczerpniętych z bazy World Bank World Development Indicators. Wszystkie prawa zastrzeżone dla wersji zmienionej przez Gates Ventures, LLC.
[3] Zdjęcie: Inauguracja projektu Mission Innovation. Od lewej do prawej (wymienione funkcje i tytuły oddają stan na 2015 rok, kiedy wydarzenie się odbyło): Wan Gang, minister nauki i technologii (Chiny); Ali Al-Naimi, minister ropy i zasobów mineralnych (Arabia Saudyjska); premierka Erna Solberg (Norwegia); premier Shinzo Abe (Japonia); prezydent Joko Widodo (Indonezja); premier Justin Trudeau (Kanada); Bill Gates; prezydent Barack Obama (USA); prezydent François Hollande (Francja); premier Narendra Modi (Indie); prezydentka Dilma Rousseff (Brazylia); prezydentka Michelle Bachelet (Chile); premier Lars L?kke Rasmussen (Dania); premier Matteo Renzi (Włochy); prezydent Enrique Pe?a Nieto (Meksyk); premier David Cameron (Wielka Brytania); sułtan Al Jaber, minister stanu i specjalny wysłannik do spraw energii i zmian klimatu (ZEA). Zdjęcie: Ian Langsdon/AFP via Getty Images.
ROZDZIAŁ 1. DLACZEGO ZERO?
[4] Te krzywe powinno się znać. Projekt badawczy Coupled Model Intercomparison Project (CMIP5), wyliczenia średnich globalnych anomalii temperaturowych sporządzone przez Królewski Holenderski Instytut Meteorologiczny (KNMI) w projekcie Climate Explorer. Zmiany temperatur mierzone w stopniach Celsjusza.
[5] Emisje dwutlenku węgla rosną, podobnie jak temperatura globu. Dane dotyczące średnich zmian temperatury mierzone w stopniach Celsjusza, w porównaniu ze średnimi z lat 1951-1980, pochodzą z projektu Berkeley Earth, berkeleyearth.org; dane dotyczące CO2 mierzone w tonach pochodzą z raportu Światowego Budżetu Węglowego (Global Carbon Budget 2019) stworzonego przez Andrew Le Quéré i innych, na licencji CC BY 4.0, raport dostępny pod adresem: https://essd.copernicus.org /articles /11 /1783/2019/.
[6] Jak pokazuje jedno z badań, huragan Maria cofnął rozwój infrastruktury w Portoryko, w tym sieci elektrycznej, o dwie dekady. Solomon M. Hsiang and Amir S. Jina, Geography, Depreciation, and Growth, "American Economic Review", V 2015 [Zdjęcie: AFP via Getty Images].
[7] Według danych amerykańskiego rządu za połowę wzrostu pożarów lasów odpowiadają zmiany klimatu, a do połowy naszego stulecia Ameryka będzie najpewniej doświadczać takich kataklizmów i ich skutków dwukrotnie częściej niż dziś. Donald Wuebbles, David Fahey i Kathleen Hibbard, National Climate Assessment 4: Climate Change Impacts in the United States, U.S. Global Change Research Program, 2017.
[8] Według badań cytowanych w raporcie IPCC wzrost temperatury o 2°C zmniejszyłby obszar występowania kręgowców o 8, roślin o 16, a owadów o 18 procent. R. Warren i in., The Projected Effect on Insects, Vertebrates, and Plants of Limiting Global Warming to 1.5°C Rather than 2°C, "Science", May 18, 2018.
[9] Kukurydza jest niezwykle wrażliwa na upał. Strona internetowa projektu "World of Corn" stworzonego przez organizację National Corn Growers Association, worldofcorn.com.
[10] W samym stanie Iowa kukurydzę sieje się na polach o łącznej powierzchni ponad 5 milionów hektarów. Strona internetowa organizacji Iowa Corn Promotion Board: www.iowacorn.org.
[11] Zmiany klimatu spowodowały, że prawdopodobieństwo suszy, jaka dotknęła Syrię w latach 2007-2010, zwiększyło się trzykrotnie. Colin P. Kelley i in., Climate Change in the Fertile Crescent and Implications of the Recent Syrian Drought, "PNAS", March 17, 2015.
[12] Jedno z badań, które analizowało relację pomiędzy ekstremami pogodowymi a wnioskami o azyl złożonymi w Unii Europejskiej, pokazało, że nawet przy umiarkowanym ociepleniu klimatu liczba wniosków może wzrosnąć o 28 procent, do poziomu około 450 tysięcy rocznie przed końcem stulecia. Anouch Missirian i Wolfram Schlenker, Asylum Applications Respond to Temperature Fluctuations, "Science", December 22, 2017.
PRZYPISY
[*1] Liczba ta oparta jest na najnowszych dostępnych danych. Globalne emisje obniżyły się nieco w 2020 roku - prawdopodobnie o blisko 5 procent - z powodu pandemii COVID-19, która dramatycznie spowolniła gospodarkę. Ale ponieważ nie znamy dokładnej liczby dla roku 2020, będę posługiwał się pięćdziesięcioma jeden miliardami jako dostępną wartością. Do tematu pandemii COVID-19 będziemy w tej książce regularnie powracać.
[*2] Hydroenergia - elektryczność wytwarzana poprzez przepływ wody przez tamy - to kolejne odnawialne źródło energii; co więcej, jest to obecnie najważniejsze źródło takiej energii w Stanach Zjednoczonych. Już teraz jednak wykorzystujemy większość dostępnej hydroenergii, więc nie ma tu zbyt wiele przestrzeni na wzrost. Dodatkowa czysta energia, której potrzebujemy, musi pochodzić głównie z innych źródeł.
[*3] TED (ang. Technology, Entertainment and Design) - marka konferencji naukowych organizowanych rokrocznie od 1984 roku przez amerykańską Sapling Foundation. Na trwające około 30 minut prelekcje zapraszani są naukowcy, politycy, artyści, przedsiębiorcy i działacze społeczni. Celem konferencji TED jest poruszanie ważnych tematów w zajmujący sposób. Ogromna popularność tych wydarzeń sprawiła, że mają one swoje lokalne edycje (nazywane TEDx) w wielu krajach na świecie (przypis tłumacza).
[*4] W języku polskim można spotkać się też z alternatywnym tłumaczeniem angielskiego określenia "carbon dioxide equivalents" - "równoważnik dwutlenku węgla" (przypis tłumacza).
[*5] W wielu miejscach tej książki autor stosuje przyjęte w Ameryce sposoby mierzenia: stopnie w skali Fahrenheita dla temperatury, mile, stopy i cale dla długości, akry dla powierzchni i galony dla objętości. Każdorazowo zamieniam je na jednostki bliższe polskim czytelnikom i dokonuję stosownych przeliczeń. Sprawia to jednak, że w niektórych miejscach okrągłe i eleganckie wartości (jak 90 stopni Fahrenheita w tym paragrafie) zmieniają się w liczby mniej eleganckie, jak choćby 32. O ile to nie jest istotne dla treści, dokonuję też zaokrągleń przy przeliczaniu. W przypadku walut zostawiam ceny w dolarach, natomiast jeśli to niezbędne dla zrozumienia argumentu, w przypisie podaję również koszt w złotych (przypis tłumacza).
[*6] Liczby są takie: najnowsze modele wskazują, że koszt zmian klimatycznych w 2030 roku wyniesie od 0,85 do 1,5 procent amerykańskiego PKB rocznie. Tymczasem obecne szacunki kosztów COVID-19 w USA w tym roku wynoszą od 7 do 10 procent amerykańskiego PKB. Jeśli przyjmiemy, że taka nietypowa sytuacja zdarza się raz na dziesięć lat, to jej średni roczny koszt mieści się między 0,7 a 1 procent amerykańskiego PKB - co jest mniej więcej równoważne stratom powodowanym przez zmiany klimatu.

Tytuł oryginału: HOW TO AVOID A CLIMATE DISASTER. The Solutions We Have and the Breakthroughs We Need.

 

Redakcja: Maciej Robert

Korekta: Agata Nastula

Konsultacja merytoryczna: Tomasz Ulanowski

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? 2021 by Bill Gates.

This translation published by arrangement with Doubleday, an imprint of The Knopf Doubleday Group, a division of Penguin Random House, LLC

Copyright ? Agora SA, 2021

Copyright ? for Polish translation by Michał Rogalski

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2021

 

ISBN: 978-83-268-3424-0

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej