Rozdział I. Ciesz się wciąż seksem
Rozdział I
Ciesz się wciąż seksem
Opowiadał mi pan, że po każdej z naszych książek przychodziła do pana
specyficzna grupa pacjentów. Na przykład po Sztuce życia trafili do
gabinetu ci, którzy domagali się psychoterapii egzystencjalnej. Po
Wszystko da się naprawić - dostał pan same najtrudniejsze przypadki.
Tak, niektórym nawet udało się pomóc, choć tracili już nadzieję. Ale
może po prostu chcieli mi udowodnić, że rzeczywiście "wszystko da się
naprawić".
Jak pan myśli, kto trafi do pana po książce Jak nie zostać moim
pacjentem? Ja stawiam, że wszyscy.
A ja mam nadzieję, że nikt, że nasza książka spełni swoją rolę. Przecież
de facto chodzi o to, aby tych pacjentów, którzy mogliby sobie
świetnie poradzić beze mnie, było jak najwięcej. Bo i tak tych, którym
trzeba naprawdę pomóc, będzie zawsze dużo. Chciałbym w tej książce dać
praktyczne wskazówki ludziom pozostającym w związkach, ale także
singlom. Uświadomić, co mogą zrobić, aby uniknąć wizyty u specjalisty
poprzez wgląd w siebie, autorefleksję, samoświadomość. Poprzez znajomość
fizjologii płci przeciwnej, wiedzę o mechanizmach psychologicznych w relacji, które potrafią niewielki konflikt czy nieporozumienia
przekształcić w problem wymagający lat terapii. A terapia nie dość, że
jest długotrwała, to także kosztowna.
Proszę mi wierzyć, że niewiedza z zakresu banalnych spraw, takich jak
bycie życzliwym wobec siebie w relacji, ale także stereotypów płciowych
czy utartych przekonań typu: "Po dziecku moja żona całkiem się
zmieniła", prowadzi do dramatycznych często historii ludzi, którzy nigdy
by pewnie nie znaleźli się w moim gabinecie, gdyby nie świadomość.
Chociażby tego, że seks jest relacyjny, budujący intymność, ale
jednocześnie jest także wykładnią naszego dobrostanu i zdrowia, i trzeba
zdjąć z niego wciąż pokutujące piętno czegoś, co jest "wyjątkowe" w negatywnym tego słowa znaczeniu. Poza tym, mam wrażenie, że seks albo
bagatelizujemy jako coś nieważnego, albo nadajemy mu sens, którego ze
sobą nie niesie. Chciałbym, żebyśmy zbliżyli się do traktowania seksu
jako istotnej wartości naszego życia w sensie emocjonalnym, zdrowotnym,
relacyjnym. Żeby był po prostu częścią życia - bez uwznioślania, ale i bez lekceważenia.
Zawsze gdy słyszę od specjalistów i również od pana, panie profesorze,
że seks jest ważny w życiu człowieka, to zastanawiam się, co sobie myślą
samotne kobiety (i samotni mężczyźni), kiedy to słyszą. I wtedy pytam:
"No dobrze, ale skąd wziąć seks w życiu, jak się jest samotną
kobietą/samotnym mężczyzną?".
Odpowiem pani - masturbacja to też jest seks. Może nie taki upragniony,
idealny, w którym się można całkowicie zatracić, spełnić, ale jest to
akceptowalna forma zastępcza. Zresztą z najnowszych badań w Polsce
wynika, że rośnie akceptacja aktywności masturbacyjnej zwłaszcza wśród
kobiet, że zaczynają mówić o tym wprost. I jest to jakieś rozwiązanie.
Samotność seksualna ludzi nie wynika tylko z tego, że ktoś nie ma
partnera/partnerki, że są wdowy/wdowcy, osoby rozwiedzione. Najbardziej
dojmująca samotność jest wtedy, kiedy partner/partnerka mieszka z nami,
ale jest nieaktywny/nieaktywna seksualnie. Przyjrzyjmy się ludziom
samotnym seksualnie, chociaż są w związku. Co im pozostaje? Masturbacja
albo tłumienie potrzeb seksualnych. Tłumienie popędu nigdy się dobrze
nie kończy, bo to jest ograniczenie jednego z najsilniejszych popędów w naszym życiu. To uruchamia demony.
Jakie mianowicie?
Agresję, wrogość wobec ludzi, u mężczyzn - antyfeminizm, u kobiet -
antymęskie nastawienie, rozdrażnienie. To w sferze emocji. Poza tym
wywołuje duże napięcie mięśniowe, napięcie miednicy, a nawet somatyczne
dolegliwości. Rozregulowuje się układ hormonalny. Negatywne następstwa
są spore - i są na to naukowe dowody. Niezaspokojenie takich potrzeb
wpływa na pewną drażliwość w relacjach międzyludzkich, z najbliższymi,
ale nawet na gorszą pracę. Pracodawcom powinno zależeć, żeby ich
pracownicy mieli dobry seks. Jak się tłumi popęd, ludzie to kompensują,
czyli uciekają w czynności zastępcze. Często kobiety nagle stają się
nadaktywne w jakimś działaniu. To prosty mechanizm - jak się człowiek
czymś bardzo zmęczy, to rzeczywiście nie ma ochoty na seks. Jak się od
rana do wieczora bez przerwy pracuje, po powrocie do domu się pada, i myśl o seksie jest ostatnią rzeczą, która przychodzi do głowy. Jest to
jakieś rozwiązanie.
Ale samotna masturbacja, kiedy w domu jest partner/partnerka, to samotna
masturbacja do kwadratu.
Zgadza się. Nie jest to nic radosnego. I co więcej, może się także
skończyć agresją wobec drugiej osoby, z którą można by mieć seks, ale z różnych powodów go nie ma. Można wtedy myśleć: "To przez was, źli
mężczyźni/złe kobiety, muszę się masturbować, uciekać się do takiej
formy zaspokojenia".
I przez Starowicza, który mówi, że seks jest zdrowy.
Tak mówi, bo to potwierdzone naukowo. Oczywiście, człowiek podczas
masturbacji pobudza się, ma orgazm, rozładowuje się, ale niejednokrotnie
towarzyszy temu rozczarowanie, że nie można osiągnąć tego inaczej.
Czy taki orgazm spełnia swoją rolę?
Fizjologicznie tak. Układ oddechowy, mięśniowy, krążeniowy działa tak
samo jak podczas seksu z partnerem. Ale po orgazmie mogą się pojawić
złość i smutek ("Dlaczego sama muszę sobie z tym radzić?"), które raczej
nie występują w sytuacji łóżkowej z drugą osobą.
Nasza psychika jakoś sobie jednak z tym radzi. Po pewnym czasie człowiek
dochodzi do wniosku: "To właściwie bardzo dobrze. Nie zależy mi na
mężczyznach/kobietach, jestem samowystarczalna/samowystarczalny,
samorealizująca się/samorealizujący się i dostarczę sobie nawet większej
przyjemności niż ta, którą można osiągnąć w seksie partnerskim".
Zdrowiej więc jest się masturbować, niż nie mieć seksu w ogóle.
Wciąż mówimy o sytuacji, kiedy nie ma seksu w związku?
Tak. Oczywiście związek bez seksu może mieć wiele wariantów. Jeżeli w związku panuje atmosfera wrogości, bo któreś z partnerów zdradziło i od
tego czasu nie ma seksu, to jest to inna sytuacja niż taka, w której u niego pojawiły się zaburzenia, seks przestał istnieć, a on nic z tym nie
robi. A wcześniej mieli udany seks - taka sytuacja wcale nie należy do
rzadkości. Typowa postawa mężczyzny to nic nie robić ze swoim
zaburzeniem. Kobieta wie, że gdyby ona miała kłopot - szukałaby pomocy
specjalisty i coś na to zaradziła. Ale tutaj mija rok, mijają dwa lata,
czas szybko płynie. W niej narasta agresja do niego, że jest seksualnie
niezaspokojona i musi się masturbować.
Pachnie to niechybną zdradą.
I tu się pani myli. Są oczywiście kobiety, które natychmiast znajdują
sobie kochanka i na przykład wchodzą w romans biurowy. Ale ja nie mówię
o nich. Wiele kobiet - nawet w takiej sytuacji - nie potrafi zdradzić
swoich partnerów. Nie chodzi o względy religijne, one po prostu mają
taką konstrukcję psychiczną, która nie pozwala im zdradzać. Natomiast
ich złość na seksualną abstynencję zawinioną przez niego rośnie. Czują
się przez to upokorzone i bezsilne, zaniedbane, nierozumiane. Pozbawione
afirmacji kobiecości - te cierpienia kobiet są naprawdę dotkliwe.
Straszne, wielkie bóle psychiczne. Ich partnerzy są natomiast absolutnie
ślepi i głusi na wszystkie komunikaty ze strony partnerek.
Wygląda to często tak, że wieczorem długo oglądają telewizję lub gapią
się w ekran komputera prawie do zaśnięcia, byle tylko nie znaleźć się w sytuacji łóżkowej. Mężczyźni myślą: "Niech ona pierwsza pójdzie spać, a ja później przyjdę do łóżka". Udają, że nie widzą jej rozczarowania i rozżalenia. Jego niezręczna taktyka denerwuje ją jeszcze bardziej.
Czasami ona próbuje ją przełamać, on robi uniki. Najczęstsze wymówki:
"Muszę siedzieć długo w pracy, jestem zmęczony, mam bardzo ważne rzeczy
do zrobienia". Albo nic nie mówi. Taki stan trwa i trwa. Potem w moim
gabinecie są dramatyczne sesje tych pacjentek - wyrzucają z siebie cały
żal, zawód, deficyt czułości i zainteresowania. Kiedy widzę ten dramat,
robię oddzielne sesje - najpierw ona, potem on.
Ona się żali. A on?
Szczerze powiedziawszy, zawsze "podziwiam" sztuczki umysłu, ucieczki od
poczucia winy, mechanizmy obronne, które chronią męskie psychiczne "ja".
On bardzo często zdaje sobie sprawę z tego, że wyrządza krzywdę
partnerce, żonie, że zaniedbuje jej potrzeby. Czasami słyszę
autorefleksję zamykającą się w zdaniu: "Wiem, że robiłem bardzo źle, ta
moja męska głupia ambicja, nie potrafiłem jej przemóc". To wtedy, kiedy
on ma kłopoty z erekcją i nic z tym nie robi.
Ale pod sformułowaniem "głupia męska ambicja" kryje się po prostu
nieznajomość swojego ciała.
Ale to nie wszystko. W swojej ucieczce od poczucia winy mężczyźni mają
świetną, od lat sprawdzoną taktykę. Mianowicie przerzucają winę na swoją
partnerkę. Że nie tak zapytała o problem, że jest agresywna i dlatego
jemu się nie udaje. Może się tak zdarzyć, że seks był dwa razy w tygodniu, a nagle przez miesiąc nie było nic. I jeżeli kobieta pyta:
"Słuchaj, co się dzieje?" - on odbiera to jako niegrzeczne ingerujące
zachowanie. I już ma motyw, skąd ten brak erekcji się wziął. Wziął się
mianowicie z "agresywnej baby". Wymagającej, takiej, która nie rozumie,
że on wtedy nie miał chęci. Nakręca wokół tego sprzeczne komunikaty i przychodzi z gotową teorią, która brzmi: "To przez nią mam te problemy.
Gdyby się inaczej zachowywała - takich problemów by nie było".
Bywa, że przerzuca też winę na okoliczności: "Dużo pracowałem. Po prostu
jestem przepracowany". A nieraz specjalnie dokłada sobie tej pracy, żeby
było widać, że poświęca się dla rodziny.
Nie ma się do czego przyczepić. Przecież się nie rozdwoję... A mogliby
nie trafić do pana gabinetu, gdyby w porę mężczyzna zorientował się, że
piłka leży po jego stronie, i poszedł do specjalisty. Po prostu powinien
wiedzieć, że zaburzenia erekcji przeważnie bywają epizodyczne - to jest
wiedza uwalniająca, a mężczyźni w zasadzie w ogóle o tym nie wiedzą.
Gdyby można było cofnąć czas, to co by ich uratowało? Dobra komunikacja?
Gdyby ludzie bez fałszywego wstydu komunikowali sobie nawzajem potrzeby,
smutki, oczekiwania, miałbym o wiele mniej pracy. Moje marzenie jest
takie, żeby w domach, szkołach uczono sensownej komunikacji, jeżeli
chodzi o kwestie intymne i emocjonalne. Ludzie z tego typu treningiem,
kiedy tworzą związek, potrafią powiedzieć wprost, co ich gnębi. Na
przykład on zaczyna mieć zaburzenia erekcji, a ona mówi: "Kochanie, co
się dzieje, może byś poszedł do specjalisty". On na to: "No tak,
rzeczywiście, od dwóch tygodni coś jest ze mną nie tak". A ona na to:
"No chyba nawet trochę dłużej". Prowadzą spokojny i wyważony dialog, bez
fałszywego wstydu i krycia się po kątach albo przemilczania. W rezultacie on idzie do specjalisty i problem jest rozwiązywany. Tak to
powinno wyglądać w świecie idealnym. Może to być epizodyczne zaburzenie
erekcji albo objaw jakiejś choroby, albo faktycznie tak działa
zmęczenie.
Obyłoby się bez nakładania kolejnych warstw wstydu, zaburzonego ego,
obniżonej samooceny...
Dodałbym do tego poczucie winy, ucieczkę od lęku, że "jestem niesprawny
w seksie". Potem trzeba te wszystkie poziomy po kolei rozbrajać i leczyć, bo może się okazać, że przepisanie recepty na jakiś lek nie
załatwia sprawy. Wobec tego model relacji, w którym kłopoty w życiu
intymnym są załatwiane od razu, bez zbędnego dywagowania, pomógłby w uniknięciu długotrwałego leczenia farmakologicznego i terapeutycznego.
Pamiętajmy, co jest bardzo ważne: wiele zaburzeń seksualnych u mężczyzn,
tak jak właśnie zaburzenia erekcji - ma charakter epizodyczny. Na
przykład mężczyzna jest niewyspany, przepracowany przez kilka ostatnich
dni. Ma spory stres w pracy, ale to zwykły epizod. W jego głowie
natomiast rodzi się przekonanie: "To jest początek końca". I zaczyna się
nakręcanie - obserwowanie się, sprawdzanie, skupianie uwagi na swoich
reakcjach. To zaburza funkcje fizjologiczne - i epizod staje się czymś
trwałym.
Podajmy może kryteria, co jest epizodyczne, a co trwałe i należy się tym
mocniej niepokoić.
Kryteria są jasne: jeżeli w ostatnich kilku miesiącach podczas
większości prób współżycia, czyli powyżej siedemdziesięciu procent,
mieliśmy do czynienia z niepowodzeniem, to warto mówić o tym, że to już
nie jest epizod. Ale jeżeli w czasie miesiąca w połowie prób współżycia
coś jest nie tak - prawdopodobnie nie ma tutaj żadnej choroby. Może to
być pewien kryzys, który para po prostu rozwiązuje sama.
W każdym razie edukacja, wiedza na temat seksu, zmniejszyłaby liczbę
moich pacjentów o połowę. Mówię to z pełną odpowiedzialnością.
Niby się dużo o seksie mówi: o technikach, zaburzeniach, manipulacjach,
wynaturzeniach, pornografii. Jesteśmy przeseksualizowani, ale w jakimś
kiepskim wydaniu. Warto chyba też myśleć o seksie jako części
dobrostanu, w którym nie musimy się ścigać ani nic sobie udowadniać,
tylko po prostu korzystać ze swojego ciała i ciała partnerki/partnera w najlepszy i najbardziej czuły sposób. Powinniśmy się też nauczyć
korzystnie nim zarządzać, ponieważ jest on gwarancją naszego dobrego
samopoczucia.
Seksu nie można sprowadzać do poziomu tylko fizjologicznego. Bo seks to
jest panorama zaspokajania różnych potrzeb. Poza typowo fizjologicznymi
w grę wchodzą również samoocena, satysfakcja, męskość, kobiecość,
bliskość, relacja, intymność. Teolodzy islamscy mówią, że to przedsmak
raju - i nawet jeżeli już to kilka razy mówiłem, z lubością będę
powtarzał to sformułowanie. Seks możemy uprawiać przez całe życie -
nieprzerwanie, jeżeli nie ma przeciwwskazań. Dla mnie, jako lekarza,
bardzo ważny w kontakcie z pacjentem jest fakt, w jaki sposób on reaguje
na zmysłowość, seksualność. Jest to oznaka zdrowia i równowagi
psychicznej. Moja siostra ma dziewięćdziesiąt trzy lata. Reaguje na
męską atrakcyjność. Mówi: "Zobacz, jaka piękna twarz, jakie piękne ręce,
jaki męski facet", porusza ją męska energia. Jednocześnie dba o swoją
kobiecość, pielęgnuje ciało, chodzi na spacer w kapeluszu. To jest
zachowanie młodzieńczej duszy, także w kontekście reaktywności na
atrakcyjność męską. A jak się to realizuje w jej życiu? Otóż kiedy
znalazła się w domu rehabilitacyjnym, natychmiast urządziła kawiarnię we
wnęce w długim korytarzu. Żeby panie, panowie mogli sobie tam usiąść,
porozmawiać i napić się kawy. Dwa stoliki, krzesła, serwetki. Żadnych
szklanek, muszą być prawdziwe filiżanki. Pani kucharka podaje
pensjonariuszom na tacy gorącą kawę w filiżankach. I ci ludzie mają
namiastkę luksusowego i normalnego zarazem życia, gdzie kwitną relacje
towarzyskie. Naprawdę - jesteśmy istotami seksualnymi do końca życia.
Mam wrażenie, że myślimy o seksie tylko w kontekście aktów seksualnych,
a nie jako o wartości w jakiś sposób nas konstytuującej. Bo jesteśmy
seksualni nie tylko wtedy, kiedy uprawiamy seks. Siły seksualne
nieustannie nas napędzają w którąś ze stron, a wcale o tym nie myślimy
jako o czymś ważnym, tylko wciąż wstydliwym. Brakuje nam myślenia o sobie: "Jestem istotą seksualną i moje potrzeby (nie tylko zmysłowe) są
ważne". Gdybyśmy myśleli o sobie holistycznie, może nie wstydzilibyśmy
się aż tak bardzo seksualnego kontekstu naszego "ja", częściej i odważniej rozważali go w parze i w rezultacie nie miałby pan aż tylu
niespełnionych pacjentów.
Ma pani całkowitą rację. Uważam, obserwując pary, że bardzo istotny jest
początek związku. Musi być miejsce na rozmowę. I to wcale nie o literaturze, sztuce czy o tym, kto jakie wina lubi. Jasne, że to ważne
tematy. Ale ludzie muszą porozmawiać o seksie, cielesności, o tym, co
lubią, a czego nie - a także o swoich słabych i mocnych stronach. Jeżeli
to stanie się ich codziennością, a nie wstydliwą koniecznością - jest
szansa, że ten poziom zażyłości będzie trwał w czasie całego związku.
Jeżeli jednak zadowolą się milczeniem, wstydem, stereotypami płci (na
przykład mężczyzna zawsze dominuje, kobieta jest bierna w seksie),
fałszywymi kodami, przekonaniem, że nie mówi się wszystkiego, mamy
otwartą drogę do udawanych orgazmów, zaburzeń erekcji itp. Jeżeli nie
mówi się, czego się chce w seksie, to po kilku latach trwania związku
nie da się ot tak tego wprowadzić. Natomiast jeżeli takie otwarte
rozmowy staną się nawykiem - będzie to znacznie zdrowsze dla pary. W zasadzie wszyscy żyjemy, mając stałe nawyki. I w relacjach partnerskich
też działamy w tych nawykach, przyzwyczajeniach, które sobie
wyrobiliśmy.
A co w przypadku, kiedy jedna osoba jest otwarta na seks, a druga - o wiele mniej?
Bardziej otwarta strona musi z dużym wyczuciem zacząć rozmawiać, na
przykład: "Lubię słowo seks, a ty? To chodź, porozmawiamy o seksie".
"Kochanie, jak to słowo pięknie brzmi w twoich ustach!".
I to jest bardzo dobry początek, gwarantuję, że rozmowa potoczy się
dalej w ciekawy sposób. A ponieważ na początku związku zawsze się
mocniej staramy o tę drugą osobę, wobec tego jest szansa, że większa
otwartość stanie się obowiązującą narracją.
Mam takie przekonanie, że powinno się pozwolić na bycie w seksie
obiektem, a nie tylko podmiotem. Ludzie czasami niepotrzebnie traktują
siebie śmiertelnie poważnie.
Owszem. Może być udany związek partnerski funkcjonujący na wysokich
obrotach: miłośnicy filharmonii, muzyki klasycznej, opery, za to w łóżku, hm... partnerzy mogą być bardzo konwencjonalni w sensie podziału
ról. Czyli on bardzo dominujący, a ona - podporządkowana. I mogą to
uważać za optymalne dla siebie rozwiązanie. Ich seks jest niesłychanie
bogaty, chwilami perwersyjny, dający obu stronom satysfakcję.
Zastanawiam się, na ile można być sobą w seksie w kolejnych związkach.
Czy sztuka miłosna powinna być dopasowana do specyfiki związku, w którym
się jest, czy być realizacją ego partnerów?
Uważam, że bez konsensusu i stworzenia wspólnej poetyki miłosnej nie ma
udanego związku. Niekoniecznie można być zachwyconym, jeżeli gra się w związku rolę sobowtóra poprzedniego partnera/poprzedniej partnerki.
Sądzę, że wiele osób nie wytrzymałoby tego, że mają wejść na seksualną
drogę wytyczoną przez poprzednika i powtarzać seksualne scenariusze z przeszłości. Najlepsze rozwiązanie to spontaniczność i dawanie sygnałów,
co się w seksie podoba. Otwartość w robieniu różnych rzeczy i pokazywanie nawzajem, co się nam podoba. Czyli wzmacnianie drugiej osoby
w tym, co nam odpowiada w seksie.
Brzmi dobrze, ale nie zawsze może się udać. Czasami na czymś nam w seksie zależy i trudno nam z tego zrezygnować.
Nie zawsze musimy mieć wszystko. Znam przypadek kobiety, której zależało
na seksie oralnym, a jej partner nigdy się na to nie mógł zdobyć. A mimo
to tworzyli niezłą parę. W dobrze funkcjonującym seksualnie związku
chodzi o to, żeby druga osoba miała poczucie, że poznajemy teraz siebie
nawzajem. Kobiety, które miały za sobą różne doświadczenia seksualne,
wchodząc w nowe związki, mają różne zachowania "inicjacyjne" w nowych
relacjach. Owszem, niektóre powielają ten sam scenariusz z poprzedniego
związku, dokładnie te same pieszczoty, pozycje. Wszystko jest
identycznie z wyjątkiem imienia partnera, bo ono jest nowe. Są też takie
- i to jest bardzo interesująca grupa - które zachowują się prawie tak,
jakby po raz pierwszy uprawiały seks. Bez żadnych uprzedzeń, uwarunkowań
- po prostu czysta karta. Uczucia takiej kobiety przy nowym partnerze
przypominają te, które ma kobieta dopiero wchodząca w świat seksu. Razem
tworzą swój nowy świat. Jakby czytała zupełnie nową książkę. Jest w ten
świat zaangażowana - oczywiście mówimy o wariancie optymistycznym, bo
nie zawsze może się tak zdarzyć.
Czy powiedzenie "Bądź sobą w seksie" jest uniwersalne i zawsze zdaje
egzamin?
Tak powinno być. Bo my w zasadzie w każdej sferze życia możemy być
kreatywni. Także w seksie powinniśmy sobie pozwolić na improwizację,
oczywiście w ramach tego, czy podoba się to drugiej osobie. Czyli: bądź
sobą, uwzględniając partnera/partnerkę.
Miałem w poprzednim tygodniu pacjentkę, która uznała, że seks analny już
jest tak popularny, na pewno mu sprawi frajdę. I niestety się pomyliła -
niemal uciekł z łóżka. Nie spodziewała się tego, bo partner był z rodzaju raczej ludzi innowacyjnych, otwartych. Uprawiali seks w różnych
pozycjach, razem oglądali filmy porno. Ale seks analny nie był ani jego
marzeniem, ani nawet dopuszczalnym eksperymentem.
Jeżeli jednak dana osoba lubi określony rodzaj seksu, specyficzny, i tylko taki daje jej satysfakcję - może wymagać od drugiej strony, żeby
weszła w tę jej seksualną poetykę?
Istota związku partnerskiego polega na tym, że respektujemy też to, co
lubi albo czego nie lubi druga osoba. I w tej przestrzeni powinien
panować konsensus, a nie narzucanie. Chyba że ktoś na przykład uprawia
wyłącznie seks tantryczny czy BDSM, wtedy lepiej, żeby szukał
partnera/partnerki już o określonych preferencjach i na określonych
forach internetowych. W łóżku nie powinno być narzucania i presji.
Ale często jest - przyzna pan.
Tak. Takie męczenie, wymuszanie, żeby w łóżku było to, to i jeszcze to.
Z tego powodu powstają niesnaski. Wszyscy chcą mieć w seksie wszystko.
Ja uważam, że jeżeli nawet nasza jakaś ulubiona forma seksualna nie jest
zaspokojona, to chyba nie ma nieszczęścia. Nie może to przesądzać o wartości związku. Łóżko jest bardzo ważne, ale jednego elementu można
nie mieć. Chyba że to jest priorytet. Bo są ludzie, którzy seks oralny
cenią ponad wszystko, a reszty może nie być.
Z czego wynika to "męczenie"? I kto bardziej wymusza?
Niestety, mężczyźni, którzy stoją na stanowisku, że "moje potrzeby mają
być zaspokojone". Kobiety mają większą skłonność do kompromisu, większą
elastyczność. Niech pani sobie wyobrazi: przychodzi do mnie para, która
wyczytała gdzieś tam, że są poradnie, do których można pójść i się
dowiedzieć, czy ludzie są do siebie dopasowani pod względem seksualnym.
Jest to bardzo łatwe do zrobienia, bo istnieje na przykład skala
reaktywności seksualnej, skala bodźców seksualnych, skala zainteresowań.
Po dwóch godzinach takie kwestionariusze są już wypełnione - ale czy w przypadku pary, która jest na początku drogi, należy te tabelki
wypełniać? Moim zdaniem nie, ponieważ dobrze jest, jeżeli ludzie
najpierw we dwoje porozumiewają się ze sobą, jeżeli chodzi o seks, i sami budują swoje intymne zasady, a nie bazują na dokumentach
wypełnionych w gabinecie u seksuologa. Owszem, w jakimś sensie może być
to rodzaj ułatwienia, bo można im powiedzieć: "Obawiajcie się państwo
niezgody w zakresie częstotliwości seksu", ponieważ ona lubi seks trzy
razy w tygodniu, a on - raz. Ale są także "problemy detaliczne", które
mogą utrudniać współżycie. Jedna z par miała taki kłopot, że on nie
potrafi rozpocząć stosunku, zawsze to jest takie przykre, on jest w tym
bardzo niezręczny. Wie pani, o co poszło? W dwóch poprzednich związkach
tego mężczyzny to kobiety wprowadzały członek do pochwy. Same. Bez
względu na pozycję. W tym związku miało być inaczej, a on nie miał
treningu i robił to rzeczywiście niezręcznie i ją to bolało. Jak
poznałem jego uwarunkowanie, zacząłem delikatnie sondować, czy ona by
nie mogła wprowadzić członka do pochwy. Bo ona lepiej wie, pod jakim
kątem, czy nie za wolno lub nie za szybko.
I co jego partnerka na to?
"To nie moja rola" - powiedziała.
Czyli role sztywno podzielone: na męskie i kobiece.
Taki miała stereotyp mężczyzny w łóżku. Udało się to później
przepracować, ale taka mała rzecz może doprowadzić do dysharmonii
seksualnej.
Ludzie nie rozmawiają ze sobą o swoich potrzebach seksualnych. Jak widać
po przypadku niewprowadzania członka do pochwy, po jakimś czasie są
niezadowoleni z tego, co się dzieje w łóżku. Potrzebują pomocy
specjalisty. Przychodzą do mnie, podaję im kwestionariusze, z których
wynika, że są między nimi diametralne różnice. Dlaczego ich nie
przegadali, nie przerobili w swojej sypialni? Przecież takie rzeczy
można rozwiązać! On po kilku latach trwania związku nie wie, że ona nie
za bardzo lubi pieszczoty piersi - to nie są jej ulubione strefy
erogenne. A on z zapałem je miętosi! I to ja - w dyplomatyczny sposób,
na podstawie wypełnionych kwestionariuszy - mam go o tym poinformować!
Więc nie skarżę się, tylko informuję, chociaż gdyby ich komunikacja
łóżkowa była sprawniejsza - nie musieliby się zjawiać u mnie w gabinecie.
Złości to pana?
Raczej dziwi, ale też pozwala na rozwój. Terapia to też jest sztuka,
nieraz trzeba improwizować. Kiedy pojawia się przede mną para, muszę się
przygotować na to, co powinienem z nimi zrobić. Jaką zastosować metodę?
Bywa, że obok wspomnianego wcześniej kwestionariusza proponuję im, żeby
sporządzili listę rzeczy w seksie, które im się podobają, które - nie, a które są neutralne. Te neutralne mogą być wspólnie przepracowane.
Niektóre rzeczy, które się nie podobają, wynikają z tego, że kobiecie
kojarzą się z pornografią. "Nie rób ze mnie dziwki" - mówi kobieta, bo
widziała to na filmie. Ale, co ciekawe, może też być zupełnie odwrotnie.
Na przykład jeden z aktorów porno bardzo jej się podoba, podoba jej się
to, w jaki sposób pieści swoją partnerkę i jak jest przez nią pobudzany.
I kobieta może chcieć taką fantazję zrealizować u siebie w sypialni.
Gorzej jest w momencie, kiedy do jednego z aktorów budzi się niechęć -
ogarnie ona także wszystkie jego zachowania w łóżku. Kobieta będzie
zniesmaczona tym, że jej partner spróbuje na przykład zastosować wobec
niej takie same pieszczoty jak tamten aktor. Dlatego proponuję szukać
ładnych, estetycznych filmów erotycznych. Pamiętam taki wspaniały
erotyczny obraz o pieszczotach według Kamasutry. Tam najwięcej uwagi
poświęcano pocałunkom i pieszczotom. Pokazywała to przepiękna para
Hindusów, więc wrażenie estetyczne było po prostu wspaniałe. Niektóre
pary, którym zalecałem oglądanie tego filmu, były zachwycone.
Jak jest jednak z upodobaniami spoza "normy"? Jedna z moich znajomych
zaczęła się spotykać z mężczyzną i on zaczął ją wprowadzać w świat BDSM.
Powiedziała, że nie za bardzo jej się to podoba, ale liczy na to, że
kiedy stworzą razem poważniejszy związek, to mu to przejdzie.
Bywa, że w trakcie trwania związku ludzie są zdolni zmienić swoje
upodobania. Ale są też tacy, którzy tkwią niezmiennie w tym samym
schemacie. Jeżeli BDSM wiąże się z osobowością, czyli na przykład z chęcią sprawowania władzy i kontroli, nie ma szans na zmianę. Jeżeli
ogranicza się tylko do sztuki erotycznej i na tym podłożu powstały
uwarunkowania - można je zmienić. Oczywiście wtedy, kiedy jest
motywacja. Uzależnienie jest trudne, o ile w ogóle możliwe, do zmiany.
Fan pornografii może się uwarunkować na pozycję od tyłu i nie ma
potrzeby kontaktu wzrokowego z partnerką - nabrało to u niego charakteru
fetyszu. Trudno to zmienić. Jak rozmawiam z takimi mężczyznami, to
słyszę: "Panie profesorze, jak ona leży na plecach czy w pozycji na
jeźdźca, to jej ciało w tym ujęciu mnie nie podnieca, musi być od tyłu".
No to co można zrobić? Można zrobić pozycję od tyłu na jeźdźca.
Niech mi pan da chwilę, żebym to sobie wyobraziła...
To nie jest takie trudne. Jeżeli jest już pozycja od tyłu na jeźdźca, to
teraz można dalej improwizować, żeby podobało się i jej, i jemu. Na
przykład ona zaczyna siadać bokiem na nim i nawiązuje kontakt wzrokowy.
Tylko trzeba zdobyć się na inwencję, a nie każdy to potrafi. Wystarczy
tylko wyjść sobie naprzeciw i pójść na kompromis, zrezygnować z części
swoich upodobań na rzecz partnera/partnerki. Wiem, nie wszyscy są gotowi
do takiego kompromisu. Miałem pacjenta prowadzącego bogate życie
erotyczne z prostytutkami. Uprawiał seks wyłącznie w pozycji od tyłu, z silnym pochyleniem partnerki - szans na kontakt wzrokowy nie było
żadnych. Miał bardzo silny fetysz pośladków. Jego partnerka początkowo
to zaakceptowała, bo się w nim zakochała, ale nie znosiła tej pozycji,
nie uznawała braku kontaktu wzrokowego. Na początku myślała, że może to
jedna z wielu jego ulubionych pozycji, ale okazało się, że jedyna. On
tylko w tej pozycji mógł dojść do szczytowania. Nie wytrzymała
psychicznie i się rozstali.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki