Słowo wstępne
Słowo wstępne
Niniejsza książka ma na celu edukację na temat znaczenia dobroci, tak
ważnej i potrzebnej cnoty, która jednak stała się u niektórych czymś
wypaczonym i niepożądanym.
Nic dziwnego, że do tego doszło. Wielu ludzi odczuło na własnej skórze
narzucanie tego, co Xavier Guix nazywa złą dobrocią, i dlatego unika
owej wartości lub ją odrzuca. Przyczyną jest nieprawidłowe lub
zniekształcone znaczenie oraz brak adaptacyjnych przykładów tego, co to
znaczy być dobrym.
Na tym polu zaszło zbyt wiele nieporozumień, którymi należy się zająć,
wyjaśnić je i naprawić. Jeśli tego nie zrobimy, nie uda nam się
wykształcić i rozwinąć koniecznej wartości dobroci. A będzie to miało
naprawdę negatywne konsekwencje zarówno dla naszego życia osobistego,
jak i społecznego.
Niełatwo praktykować dobroć-cnotę w świecie, w którym słowa są
zniekształcane, przekręcane i wypaczane, a nakaz "bycia dobrym" stał się
narzędziem kontroli i władzy nad ludźmi.
Xavier Guix rysuje w tej książce jasną mapę sytuacji. Opowiada nam o "złej dobroci", jej początkach i konsekwencjach. Mówi nam o formach, w których zostaliśmy wymodelowani, wyuczeni i uwięzieni, a także o bólu,
jaki był udziałem wielu osób próbujących się dopasować do owych modeli,
a jakiego można było uniknąć. "Nie jesteśmy już sobą, staliśmy się tym,
czym oczekiwano, że będziemy".
Nie. Dobrze wyglądać, dobrze się zachowywać, nie sprawiać zbyt wielu
kłopotów, być uległym i postępować zgodnie z wytycznymi autorytetu -?to
nie jest równoznaczne z byciem dobrym. Bycie życzliwą osobą to nie to
samo co bycie osobą czyniącą dobro.
Xavier Guix hojnie dzieli się z czytelnikami osobistymi i rodzinnymi
doświadczeniami z dzieciństwa i młodości. Mówi nam, jak wpłynęły na
niego pewne nakazy, jak stał się ich świadomy i jak sobie z nimi radził.
Jesteśmy przekonani, że ta część biograficzna jest jedną z największych
wartości książki. Autor nie tylko pozycjonuje się jako ekspert, ale i z pokorą ukazuje siebie jako jedną z osób dotkniętych "złą dobrocią".
Przeprowadza też autopsję tego zjawiska, bardzo przydatną dla jego
poznania i dezaktywacji.
Na tym właśnie skupia się w drugiej części książki. Mówi, jak ważne jest
uzdrowienie naszych ran, zintegrowanie rozproszonych części naszego
serca i ukierunkowanie się na zmiany. Zalecamy zwrócenie szczególnej
uwagi na wskazówki, które Xavier Guix nam daje, aby przestać praktykować
"złą dobroć".
Zgadzamy się z nim, że życzliwość jest ludzkim potencjałem, który musi
być kształcony i trenowany i który nie może wypływać z nakazu
posłuszeństwa, obowiązku lub narzucania go. Obowiązkiem rodzin,
wychowawców i społeczeństwa jest stworzenie najlepszych warunków do
rozkwitu owego zasianego w naszych wnętrzach ziarna. Takie jest główne
przesłanie tej interesującej książki.
Nie widzimy lepszego sposobu na zakończenie niniejszego prologu niż
podziękowanie autorowi, z którym mamy zaszczyt się przyjaźnić i dzielić
projekty życiowe.
Dziękujemy Ci, Xavier, za założenie z nami Instytutu Dobroci w ramach
Fundacji Ekologii Emocjonalnej. Dziękujemy za przykład spójności między
tym, co myślisz, mówisz, czujesz i robisz. Dziękujemy za Twoje nauki i piękne książki.
Kończymy słowami autora: "Wola jest siłą, która popycha nas do
działania, ale należy skupić się na dobru". Czysta dobroć dobrego
rodzaju. Czysta dobroć w działaniu.
Jaume Soler i Merc? Conangla
Barcelona, grudzień 2023
Wprowadzenie
Wprowadzenie
Kiedy mieszkałem w bliźniaku, mogłem obserwować, szczególnie w okresie
letnim, co się działo w sąsiedztwie. Obok mieszkała rodzina z dwójką
dzieci, sześcioletnim i trzyletnim. Starsze z nich przejawiało
zachowania tak zwanego dobrego dziecka. Umiało się dostosować, było
chętne do pomocy, nigdy nie narzekało i tylko wtedy, gdy sytuacja
obróciła się przeciwko niemu, zamykało się na chwilę w sobie, dopóki
matka nie wyciągnęła go z tego stanu paroma pieszczotami; to
wystarczało, by przywołać je do idealnego posłuszeństwa.
Tymczasem to młodsze było "zarazą" lub "potworem", jak to się czasem
mówi. Wydawało się opętane przez energię skłaniającą do złośliwości -
jeśli przez to rozumiemy dokuczanie bratu, niszczenie rzeczy,
nieposłuszeństwo rodzicom i wszczynanie prawdziwych wojen podczas
rannego wstawania. Jedynym sposobem na powstrzymanie go było skarcenie i ukaranie, co jeszcze bardziej podżegało jego buntowniczość.
W takich przypadkach łatwo się zastanawiać, czy dobroć jest nieodłączną
cechą każdego człowieka, czy też, jak powiedział Hobbes, człowiek jest
wilkiem dla własnego gatunku. Czy rodzimy się dobrzy, czy źli? A jeśli
tak, to czy istnieje zbawienie dla złych i czy nie jest również formą
potępienia to, że zawsze musimy być dobrzy?
Cofnięcie się do dzieciństwa i zadanie sobie pytania, co z niego
wynieśliśmy, by zidentyfikować wzorce dobra, przynosi prostą odpowiedź:
wszystko! Problem polega na tym, że nie pamiętamy wystarczająco dużo z tego doniosłego procesu. Co najwyżej zachowujemy w pamięci niektóre
szczegóły i anegdoty opowiadane podczas oglądania starego albumu ze
zdjęciami, na których pojawiamy się jako śliniące się bobasy, podczas
chrztu, zabawy na plaży czy przyjmowania pierwszej komunii.
Większość ludzi nie pamięta pierwszych lat swego życia, między innymi
dlatego, że ich mózg nie skonsolidował jeszcze wówczas zdolności
zapamiętywania. Z drugiej strony ich ciała były w stanie rejestrować
wrażenia, które pozostają jako wrażliwe wspomnienia w wieku dorosłym.
Trudno nam sobie przypomnieć, jakie były nasze własne skłonności, ale
wiemy, że musieliśmy się dopasować do modeli wychowawczych naszych
rodziców, co oznacza, że oni zrobili nam to, co zrobiono im. Nieważne,
że myśleli, iż poradzą sobie lepiej niż ich rodzice -?kiedy przyszło co
do czego, doszło do głosu to, co sobie nieświadomie przyswoili.
Podobnie musimy dopasować się do wyobrażeń każdej epoki na temat dzieci.
Zdjęcia dzieci z mojego pokolenia pokazują pulchne ciała, które wówczas
były symbolem zdrowia i właściwego odżywiania, a dziś byłyby uważane za
wykroczenie przeciw racjonalnemu żywieniu i zasługiwałyby na naganę od
pediatry za działanie prowadzące do otyłości.
To, co nas interesuje, to trudności, jakie sprawiało nam dopasowanie się
do przyciasnych lub zbyt obszernych form. Do dziś wielu rodziców nie
rozumie, że nie rodzimy się jako czysta karta ani plastelinowe ciało,
które należy dopiero odpowiednio ulepić, i wyobraża sobie, że musi nas
przekształcić w pełnowartościowych i -?oczywiście -?dobrych ludzi.
Z owego procesu dopasowywania się niektórym udaje się wyjść jako
przystosowanym. Inni się buntują. Ale nikt nie dokonuje świadomego
wyboru. Jako dzieci nie potrafiliśmy podejmować decyzji, co nie znaczy,
że nie mieliśmy własnych skłonności, tendencji ani nie napotykaliśmy
zjawisk, które przykuwały naszą uwagę, jak i takich, które nas nudziły.
Innymi słowy, wiedzieliśmy, nie wiedząc. Nie byliśmy świadomi, że
przyszliśmy na ten świat z określonym potencjałem do rozwoju.
Reagowaliśmy na pewne bodźce, a unikaliśmy innych, manifestując w ten
sposób ukryte impulsy. W pewnym sensie byliśmy tym, czym byliśmy -
czystymi istotami manifestującymi się spontanicznie.
Jedyną rzeczą, do której mogliśmy aspirować, było posiadanie ojców i matek wrażliwych na naszą wrażliwość. Aby mieli świadomość, której nam,
dzieciom, brakowało, to znaczy by byli świadomi skłonności i potencjałów, które przejawialiśmy. Jednak większość z nich wolała
dopasować nas do własnego modelu. I owo dopasowanie niosło ze sobą
zarówno koszty, jak i korzyści, o czym przekonasz się, czytając tę
książkę.
Wyobraź sobie przez chwilę kolejne etapy, przez które musi przejść każde
dziecko: najpierw przywiązuje się do osoby opiekuna, zwykle rodzica.
Następnie odkrywa, że dorośli opiekunowie czerpią przyjemność z przebywania z nim. Pożądające ich obecności dziecko samo również jest
obiektem pożądania. Dorośli pragną go, niezależnie od tego, co robi.
Nadchodzi jednak dzień, w którym coś zaczyna się zmieniać: teraz
opiekunowie akceptują dziecko, o ile spełnia ono określone warunki.
Pragną go, ale mogą je też odrzucić. Od tej pory wszystko, co dziecko
robi, będzie należało do kategorii rzeczy pochwalanych lub odrzucanych.
Pojawiły się wymagania, które muszą zostać spełnione.
Co gorsza, pojawiają się inne postacie, które stają się jego rywalami,
ponieważ odbierają mu uwagę opiekuna -?np. tata czy rodzeństwo. Opiekun
nie tylko pragnie lub odrzuca, może także wybierać między nim i kimś
innym. W takiej sytuacji pojawiają się aspekty psychiczne, które będą
miały duże znaczenie w konfiguracji osobowości: preferencje, skłonność
do prokrastynacji, rywalizacji, zazdrości, walki lub potrzeby bycia
wyjątkowym. Ów zestaw programowania nazywamy stylami afektywnymi;
zajmiemy się nimi później.
Style te są obciążone zarówno pragnieniami, jak i ranami, traumami,
ograniczeniami, a także heroicznymi aspiracjami. Straciliśmy połączenie
z esencją naszej istoty, aby stać się postaciami z imieniem, nazwiskiem
i wizerunkiem, z którym można się identyfikować. Nie jesteśmy już
"sobą", lecz stajemy się tym, kim inni oczekują, że będziemy. Albo wręcz
przeciwnie. Jak mawiał Antonio Blay:
To, co zewnętrzne, staje się normą, staje się moim Bogiem, nie
szczerość, nie wewnętrzna wolność, nie to, co głębokie, ale to, co
zewnętrzne. Dziecko jest cenione i oceniane tylko i wyłącznie na
podstawie modelu.
W ten sposób, wraz z ciepłym mlekiem i każdą piosenką, powstawała
kombinacja naszego temperamentu i charakteru, naszego sposobu bycia,
mająca niewiele wspólnego z tym, kim naprawdę byliśmy. Zaczęło się
wówczas odłączanie od naszego naturalnego źródła. Straciliśmy własną
życiową energię, aby przystosować ją do wymagań świata zewnętrznego. A wszystko to było opakowane w zestaw komunikatów mających na celu
przyswojenie tego, czego oczekiwano od nas jako małych ludzi:
Musisz być grzeczny i dobrze się zachowywać. Zamknij się i bądź
posłuszny.
Nawet jeśli coś ci się nie podoba, musisz to znosić.
Cokolwiek by nie mówiono, masz się uśmiechać. Jeśli nie będziesz
grzeczny, przyjdzie ogr. Nie przeszkadzaj.
Gdyby tylko ludzie wiedzieli, co wyprawiasz w domu... Przestań robić z siebie błazna.
Wszyscy robią to lepiej od ciebie.
Jeśli będziesz taki, nikt nie będzie cię kochał. Nic nie będzie z tego
dziecka.
Większość rodziców chce, by ich dzieci dobrze się zachowywały, a przynajmniej nie sprawiały większych kłopotów. Miarą sukcesu ojców i matek jest poziom posłuszeństwa, jaki uzyskują u swojego potomstwa.
Dlatego z satysfakcją chwalą się, że mają dobre dzieci: "nie sprawiają
nam kłopotów, zachowują się bardzo dobrze, są bardzo posłuszne". Tak oto
dobro jest kojarzone z adaptacyjnym, niekonfrontacyjnym i uległym
zachowaniem. Z drugiej strony jego przeciwieństwo jest problemem i sygnałem, że dziecko nie radzi sobie dobrze. Jeśli za dużo płacze, jeśli
jest bardzo wymagające, jeśli wykazuje buntownicze postawy, jeśli jest
zbyt aktywne, jeśli nie przestaje... Wszystko to sprawia, że jest
"niewygodnym" dzieckiem. Nie zachowuje się dobrze, więc jest
krytykowane, karcone, nieakceptowane lub odrzucane. W tym momencie
rozpoczyna się budowa scenariusza jego życia.
Pisanie tego, co nazywamy życiowymi scenariuszami, zaczyna się, gdy mama
i tata, w ogóle rodzina, z najprawdziwszą spontanicznością, wyrażają
opinie, czynią osądzające komentarze i etykietują zachowanie swoich
potomków, nie zdając sobie sprawy, jakie to ma znaczenie dla psychiki
dzieci, pozornie rozproszonych, zajętych odgrywaniem ról lekarzy,
strażaków, policjantów lub nauczycieli.
Kiedy dziś rano piłem herbatę w kawiarni, przy sąsiednim stoliku rodzice
starali się jak mogli, by uspokoić swoją trzyletnią córkę, która
siedziała w wózku. Gdy im się to nie udało, ojciec wstał, mówiąc ze
złością: "Nie możemy nigdzie iść z takim dzieckiem; nie wiem, po co
miałem córkę, skoro ma tak się zachowywać".
Matka również wstała, ale nic nie powiedziała, a płaczące dziecko nagle
zamilkło. Ojciec ciągnął wózek, coś mamrocząc, matka szła z tyłu,
dziecko znów zaczęło płakać. Szczerze mówiąc, ów widok złamał mi serce.
Z takich drobiazgów wypowiadanych wśród żartów, złości i nieistotnych
czynności rodzi się obraz siebie, który dziecko rozwinie w sobie i który
położy podwaliny pod jego poczucie własnej wartości, a także
doświadczenie, które będzie mu towarzyszyć przez całe życie i które
będzie jego udręką: rozproszony strach przed poczuciem zagubienia,
samotności, pustki i porzucenia.
Jak powiedziałby Oscar Wilde, "najlepsze intencje spowodowały najgorsze
katastrofy". Jedną z nich jest bez wątpienia określenie tego, kim możemy
się stać jako ludzie.
Ja również cierpiałem dlatego, że byłem dobrym dzieckiem. Pamiętam
siebie z tamtych lat jako dziecko, które spędzało dużo czasu samotnie -
pierwsza z moich sióstr pojawiła się, dopiero gdy ukończyłem sześć lat.
Ten czas, który spędziłem jako jedynak, niemal bez socjalizacji -?nie
było żłobków ani przedszkoli -?wyostrzył moją wyobraźnię. Żyłem w swoim
własnym świecie.
Gdyby nie psychologia i moje zgłębianie umysłu, myślę, że nadal
funkcjonowałbym tak jak w dzieciństwie. Żyłbym w swoim świecie z dala od
wydarzeń i relacji międzyludzkich. I doprawdy często odczuwam potrzebę,
by choć na chwilę schronić się w swej norze.
Produkty projekcji w moim umyśle napotkały jednak świat, który nie był
taki, jak go sobie wyobrażałem. To, co brało się z mojej
spontaniczności, nie pasowało do kontekstów ani relacji, które
nawiązałem. Często czułem się nie na miejscu, niezręcznie, żartowałem
niecelnie. Nie pasowałem. Świat i ja byliśmy sobie obcy. Tak więc moja
socjalizacja polegała na rozwijaniu osobowości podobnej do kameleona,
pozwalającej idealnie dopasować się do otoczenia.
W domu dwie kobiety stworzyły mi niezłe warunki do trenowania się w sztuce robienia dobrego wrażenia: moja kochana matka oraz kobieta, która
przygarnęła moją matkę w okresie dojrzewania, stała się dla mnie "matką
chrzestną". Miała arystokratyczną urodę i wykonywała zawód krawcowej.
Chciała ukształtować mnie na swój obraz i podobieństwo, zakładając mi
marynarskie ubranka i przekonując, że moje zbawienie polega na tym, bym
"nie był jak mój ojciec".
Kobieta, której udało się poskromić w mojej matce pretensje do bycia
księżniczką i zmienić ją w posłuszną i dobrą osobę, pomocną i uległą,
teraz robiła to samo ze mną. Skoro ojciec jako wzór autorytetu i męskości nie był potrzebny, moja projekcja na świat zewnętrzny polegała
na byciu miłym, pomocnym, uprzejmym i posłusznym. Książątko o dobrym
guście, wyrafinowany chłopiec powołany do bycia "zwycięzcą", aby
zadowolić matkę, która marzyła o tym, by móc chwalić się sławnym synem.
Moje zwierzę skryło się wewnątrz, na zewnątrz lśniłem jak czysta
porcelana. Wewnątrz był walec parowy, na zewnątrz aż nadto grzeczny
chłopiec. Pomiędzy tymi dwoma światami jedyną rzeczą, która wydawała się
prawdziwa, było moje dobre serce, tylko że zacząłem go słuchać za późno,
ponieważ zbyt absorbowały mnie starania, by nie mówić głupich rzeczy,
tylko takie, jakich się po mnie w danej sytuacji spodziewano.
Stałem się wtedy osobą, która robiąc wszystko dla innych, była
jednocześnie sztywna, wymagająca, perfekcjonistyczna, a przede wszystkim
cieszyła się uznaniem w oczach świata -?z racji dość wyjątkowej
zdolności komunikowania się, która mnie ratowała lub usprawiedliwiała
moje dziwactwa. Najwięcej wysiłku wkładałem w to, by postępować zgodnie
ze "zdrowym rozsądkiem", a także by nie ujawniać mych lęków i skrępowania, choć i tak zdradzały mnie emocje, które sprawiały, że przy
lada okazji czerwieniłem się jak pomidor.
Niewątpliwie starałam się być osobą idealną i z charakterem, kosztem
zapominania o sobie. Nie mogło być inaczej, skoro zawsze byłem
porównywany do tych, do których miałem być podobny. Porównanie, jak
zobaczymy, pokazuje nam, co nie jest w nas "odpowiednie", a to
uniemożliwia nam przejęcie odpowiedzialności za własną osobowość. Tak
właśnie spędziłem okres dojrzewania i wczesnej dorosłości. Wspaniały
charakter, który skrywał ranę zwaną "niesprawiedliwością".
Wszystko, co przeczytasz w tej książce, sam przeżyłem, chociaż nie chcę
pisać autobiografii o moich neurozach. Zachowuję to na okazję pisania
opowiadań. Moją intencją jest informacja, a jej celem rozwikłanie wielu
kompleksów ludzi, którym wpojono ów skrypt posłuszeństwa. Bo koniec
końców najważniejsze przesłanie, jakie otrzymujemy, brzmi: bądź dobry!
Czy więc wszyscy ludzie rodzą się wewnętrznie dobrzy, czy może uczymy
się być dobrymi ludźmi? Jedno i drugie jest prawdą. Postawię się na
chwilę w sytuacji stoika. Dla Zenona z Kition i jego uczniów pierwotny
instynkt był skierowany na utrzymanie i rozwój naszej istoty danej nam
przez naturę. Nie tylko postrzegamy rzeczy na zewnątrz, ale także
odnosimy je do naszej własnej esencji i cenimy je zależnie od tego, czy
są dla nas korzystne, czy nie.
Innymi słowy, od najmłodszych lat odróżniamy to, co "pożyteczne" i "dobre", od tego, co szkodliwe i złe. Uczymy się nadawać wartość temu,
co sprzyja utrzymaniu naszej egzystencji, nie tylko w kategoriach
przetrwania czy zmysłowych, ale i w kategoriach tego, co czyni nas
zasadniczo ludźmi.
W ten sposób przechodzimy od pierwszego etapu "naturalnego egoizmu", w którym liczą się tylko nasze potrzeby, do stania się istotami, które
osiągną maksymalne spełnienie, kierując się w życiu wartościami
etycznymi oraz duchowymi.
Innymi słowy, od momentu narodzin nasze naturalne predyspozycje
zmierzają do jednego celu: całkowitego rozwoju. Całe stworzenie -?a my
stanowimy jego część -?jest ciągłą manifestacją owej oczywistości -?że
wszystko dąży do pełnego wyrażenia samego siebie. Dla nas wyrazem naszej
esencji jest areté - cnota i odsłonięcie źródła całego stworzenia.
1. Dwa słowa na temat bytu i obowiązku
1
Dwa słowa na temat bytu i obowiązku
Zanim zaczniemy analizować pokłady złej dobroci, konieczna jest krótka
uwaga, która pozwoli zrozumieć dalszy ciąg. Przypominam sobie wzorcowy
przypadek z mojej praktyki, kobietę, która twierdziła, że nic nie robiła
z chęci, lecz wszystko z obowiązku.
Była jeszcze młoda, więc tym bardziej zaskoczyło mnie jej stwierdzenie.
Potem powiedziała mi, że w domu nauczono ją, że wszystko należy robić z poczucia obowiązku. Żadne inne przesłanie nie było tak często powtarzane
jak to, że masz żyć, robiąc to, co musisz.
To nic nowego -?wiele osób mówiło mi, że ich rodzice byli bardzo surowi,
że kazali im postępować przyzwoicie i że obowiązek oraz posłuszeństwo
ukształtowały ich dzieciństwo. Niektórzy wspominają to z dumą. Dla
kobiety stojącej przede mną w gabinecie był to koszmar, który nawet dziś
nie pozwala jej żyć w spokoju.
Analizując jej przypadek, odkryliśmy, że w rzeczywistości miała takie
same uczucia jak reszta z nas: były rzeczy, które lubiła, i rzeczy,
których nie lubiła. Miała związki z mężczyznami, w których się
zakochiwała, i była wysoce kompetentna w pracy. Ale było coś jeszcze:
wszystkie te "normalne" uczucia były dla niej obowiązkami.
Gdy jej partner cokolwiek jej zarzucił, sądziła, że należy wycofać się
ze związku, nawet jeśli bardzo lubiła tego mężczyznę. Jeśli nie była
wystarczająco doceniana w pracy, uważała, że ma obowiązek z niej
zrezygnować. Działo się tak zazwyczaj, gdyż źle się czuła z powodu
niewykonania swojego obowiązku. Karała się, zamykając się w sobie i odczuwając nienawiść do samej siebie, podczas gdy w tle pojawiał się
wszechobecny obraz jej ojca.
W moim zawodzie miałem do czynienia z wieloma, wieloma ludźmi, którzy
byli wymagający wobec siebie, ale ten przypadek był zaskakujący ze
względu na stopień moralnego obowiązku, który został owej kobiecie
narzucony. Nasze sesje terapeutyczne również podlegały kryzysom,
ponieważ gdy tylko pojawiało się najmniejsze poczucie braku postępu w terapii, pacjentka uważała, że należy ją przerwać. Wszystko mierzyła
bardziej poczuciem moralnym niż ambiwalentnymi emocjami.
Dylemat, z którym musiała się zmagać, polegał na tym, komu być
posłuszną: czy powinna być wierna sobie, czy być posłuszna temu, co
narzucali jej inni, tak jak to było w jej domu rodzinnym, bo to również
był jej obowiązek? Zasugerowałem, aby nie przestrzegała wszystkich
narzuconych sobie obowiązków i zbadała swoje uwięzione emocje. Na
szczęście proces ów okazał się konstruktywny.
Omawiam pokrótce ten przykład, ponieważ problemy z byciem zbyt dobrym,
które nazywam złą dobrocią, są zakorzenione w tożsamości moralnej, która
nie pozwala na żaden inny sposób bycia niż czucie się dobrą osobą.
Innymi słowy, istnienie i moralny obowiązek łączą się, by powstała
osobowość dręczona niemożnością bycia tym, czym jest, i przymusem bycia
tym, czym być powinna.
U większości ludzi sumienie buduje się od dzieciństwa i dostosowuje do
kanonów kulturowych, społecznych i religijnych. Już jako dzieci uczymy
się, co jest dobre, a co złe. Najbardziej udane seriale i filmy często
opierają się na walce dobra ze złem. Nie możemy uciec od tego, co Hume
nazwał uczuciami moralnymi. Pytanie "czy postępuję właściwie" jest stale
w nas obecne.
Jednak życie moralne idzie w parze z różnymi zjawiskami, takimi jak
poczucie winy, wstyd, odrzucenie, orientacja na idealizację i obowiązek
stania się kimś, kto wyróżnia się swoimi cnotami. Wszystko to
szczegółowo przeanalizujemy. Z drugiej strony są ludzie, u których bunt
i niechęć stają się sposobem przeciwstawiania się obowiązkowi bycia
dobrym z nakazu. Nie chodzi o to, że są źli, tylko nie są ulegli. Nie
buntują się przeciwko dobroci, ale przeciwko byciu dobrym, co jest czymś
innym. Chodzi o to, że muszą reagować lub sprzeciwiać się temu, co nie
jest zgodne z ich osobowością.
Kiedy jaźń jest zalana obowiązkami, człowiek przestaje być sobą. Staje
się wykonawcą rozkazów i niewolnikiem obowiązków. Nieświadomość odebrała
mu zdolność decydowania, kierowania się własną wolą, po to, by stał się
przykładem moralności.
Prawdopodobnie odebrała mu również zdolność do cieszenia się otwarcie.
Ten, kto podporządkowuje się obowiązkom, nie może wymknąć się spod
kontroli, nie może stracić głowy ani pozwolić sobie na zbyt wiele
szczęścia. Kiedy jego radość narasta, hamuje ją, by nie uchybić swoim
obowiązkom i nie być postrzeganym jako osoba beztroska. Kiedy zaczyna
się dobrze bawić, sam przywołuje obowiązek, który na niego czeka.
Wypełnianie obowiązków nie czyni jednak człowieka dobrym, lecz jedynie
posłusznym. Aby istniała dobroć, trzeba działać, czyniąc dobro, nawet
kosztem nieposłuszeństwa. A dobro jest nie tylko dla nas samych, ale
zawsze dla większego dobra. Okrucieństwa były popełniane w imię
obowiązku, nim też nadal uzasadnia się wojny i wszelkiego rodzaju
fundamentalizm.
Cała ta struktura opiera się na nieporozumieniu: niezrozumieniu natury
bytu. Dobro i stworzenie to praktycznie to samo. Nazywamy to również
miłością, jednością, źródłem, ostateczną naturą lub Bogiem. Taka jest
nasza wewnętrzna natura i jesteśmy powołani, by jej doświadczać,
ponieważ tym właśnie jesteśmy.
Tymczasem gdy odłączamy się od źródła, gdy ograniczamy tę porządkującą
zasadę istnienia, powstaje pomieszanie między byciem a naszymi
"sposobami" bycia, takimi jak bycie zbyt dobrym. Z tego połączenia rodzi
się tożsamość lub osobowość, którą przeanalizujemy poniżej, wiedząc, że
nie jest tym, czym jesteśmy, ale tym, czym myślimy, że powinniśmy być.
Osobowość ta nie została do tej pory dogłębnie zbadana. Nazywamy ją złą
dobrocią lub złym dobrem; jak powiedział mój przyjaciel Antonio Boliches
w publicznym wystąpieniu: "Czasami dobrzy ludzie mogą reprezentować złą
dobroć". Mój dobry przyjaciel Francesco Miralles również był u mojego
boku podczas tej dyskusji i spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć:
"Masz temat do swojej książki". Porozmawiamy o tym wszystkim później.
2. Cztery zasady złej dobroci
2
Cztery zasady złej dobroci
Oto cztery filary, na których wspiera się zła dobroć.
Zasada posłuszeństwa. Aby być dobrym człowiekiem, musisz spełniać
wszystkie wymagania, jakie stawiają wobec ciebie inni, niezależnie od
tego, czy ci się to podoba. Wszystko opiera się na "obowiązku...".
Nieposłuszeństwo jest niemożliwe, gdyż nie będąc posłusznym, nie byłbyś
dobry. Tym, na co z pewnością kładziono nacisk w twoim dzieciństwie,
było posłuszeństwo.
Nakaz dobrego zachowania. Dobre zachowanie dotyczy manier, widocznej
na zewnątrz postawy, dlatego wszystko musi być wykonane z należytą
starannością, schludnością, przyzwoitością i perfekcją. Dobre zachowanie
jest synonimem dokładania wszelkich starań, aby wszystko wyszło
idealnie, i cierpienia aż do udręki z obawy przed popełnieniem błędu.
Zachowywać się dobrze to być doskonałym dla innych.
Udręka niebycia dobrym. Udręka dobrodusznych osobowości pojawia się
z dwóch powodów. Pierwszym, najgorszym z nieszczęść jest poczucie
odrzucenia, bycia pomijanym za to, że się jest innym, wrażenie, że inni
się z nami nie liczą. Druga udręka polega na złym samopoczuciu z powodu
bycia niewystarczająco dobrym. Pojawia się poczucie winy i strach.
Musimy być stale czujni, by mieć pewność, że jesteśmy wystarczająco
dobrzy.
Hamowany gniew. Jedną z największych konsekwencji praktyk złej
dobroci jest nagromadzenie niewyrażonego gniewu, który nie pozwala nam
być sobą. Niesprawiedliwe traktowanie, którego niekiedy doświadczamy,
wszystko, co znosimy i przełykamy, aby dobrze wypaść, zamienia się w nienawiść do samych siebie, która nas niszczy od wewnątrz, nierzadko
uzewnętrzniając się w postaci chorób psychosomatycznych.
Przyjrzyjmy się teraz bardziej szczegółowo każdemu z tych filarów.
Posłuszeństwo jako zasada porządkująca
Jak sobie radzisz z byciem posłusznym? Większość ludzi twierdzi, że nie
lubi, gdy im się mówi, co mają robić. Ty to lubisz? Ja nie. Jednak
zdecydowana większość, gdy nadejdzie czas, będzie praktykować
posłuszeństwo w różnym stopniu. Jak widzieliśmy wcześniej, dwie
oczekiwane cechy skryptu dobrego dziecka to posłuszeństwo i dobre
zachowanie. Może się wydawać, że są one tożsame, ale tak nie jest i opowiem o tym poniżej.
Na czym polega bycie posłusznym?
Aby zrozumieć znaczenie posłuszeństwa w złej dobroci, musimy rozważyć
implikację ciągłej interakcji między aspektami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Ujmijmy to w ten sposób: osoba żyje z wewnętrznym
obowiązkiem bycia zawsze w pełni dobrym. Aby być w pełni dobrym, musi
być posłuszna dominującym modelom społecznym. Ten aspekt jest kluczowy,
gdyż posłuszeństwo rodzi się nie tylko z zasad i praw, ale także z niemożności nieposłuszeństwa.
Oto, co mi powiedział jeden z pacjentów:
Spędzam cały dzień, obserwując siebie i kontrolując wszystko, aby się
upewnić, że jestem dobry. Ciągle sprawdzam, czy wszystko robię dobrze.
Wiele osób tak ma. Niektórzy nie popadają w aż takie skrajności, ale są
na dobrej drodze. Każdy dobroczyńca czuje się zobowiązany do
przestrzegania i bycia doskonałym realizatorem następujących zasad:
Traktować jako obowiązek wszelkie nakazy wynikające z przywiązania,
autorytetu lub bliskości. Przestrzegać prawa całkowicie. Podporządkować
się wszystkim zasadom moralnym danej społeczności. Wypadać dobrze w oczach innych: odwzajemniać się, zgadzać się z nimi, nie rozczarowywać
ich. Robić to, czego oczekują od nas inni.
Jedynie wówczas, gdy dobrowolnie przyjmujemy jakiś nakaz -?z szacunku
lub z własnej woli -?żyjemy w sposób satysfakcjonujący. Innymi słowy,
tylko wtedy, gdy świadomie podejmujemy decyzję, możemy swobodnie
decydować o naszym postępowaniu.
Jeśli się nad tym zastanowisz, zdasz sobie sprawę, że ludzie, którzy
mają tendencję do buntu, robią dokładnie odwrotnie, niż to przedstawiono
na powyższej liście. Przede wszystkim nie słuchają rozkazów. W życiu
posłusznych ludzi jest inaczej:
1. Prawie wszystko staje się obowiązkiem, ponieważ traktują życzenia i polecenia innych jako obowiązek, na który muszą reagować, zwłaszcza
jeśli są to osoby reprezentujące jakiś rodzaj autorytetu. Im większy
autorytet, tym większy obowiązek.
2. Posłuszni ludzie podporządkowują się każdej osobie, która ma na nich
duży wpływ. Mogą to być rodzice, dzieci, przyjaciele, przełożeni, modni
guru lub Bóg Ojciec. Faktem jest, że cokolwiek ktoś taki powie,
natychmiast staje się to rozkazem do wykonania, obowiązkiem do
spełnienia. Ludzie nauczyli się tak robić, a posłuszeństwo jest częścią
ich osobowości.
3. Posłuszne osoby okazują posłuszeństwo, by pozostać w dobrych
stosunkach z tymi, którzy mogą nawet nie mieć dużego autorytetu, ale
reprezentują jakiś interes, z którym należy się liczyć. Czy to ze
względu na to, "co ludzie powiedzą", czy po to, by "dobrze wypaść", czy
też po to, by nie popsuć własnego wizerunku.
4. Posłuszni ludzie milczą, godzą się lub podporządkowują, byle tylko
nie wywołać konfliktu, który by im zaszkodził. Nie mogą znieść myśli o byciu postrzeganym w złym świetle, ponieważ wtedy nie byliby już dobrzy.
A jeśli nie są dobrzy, to wręcz przeciwnie: są dziwni, nieodpowiedni,
konfliktowi lub samolubni.
Przypadek andrésa
Andrés przyszedł do mojego biura z problemem, który mnie poruszył. Od
kilku lat był członkiem wspólnoty duchowej, w której przechodził proces
samopoznania. Poza godzinami pracy większość czasu poświęcał życiu
wspólnoty; był osobą, do której można się zwrócić o pomoc we wszystkim.
Dobrze dogadywał się z innymi i uważał, że cieszy się sympatią
przywódcy.
Pewnego dnia jego nauczyciel zadzwonił do niego prywatnie, co sprawiło
mu wielką radość, ponieważ poczuł się uprzywilejowany takim zbliżeniem
się do postaci, którą tak podziwiał. To, co wydarzyło się później,
zmroziło go do szpiku kości. Jego ukochany mistrz, leżąc w łóżku,
ogłosił, że jest chory i obawia się, że nie wyzdrowieje. Andrés poczuł
się zarazem przerażony i wzruszony. Zapytał, co może dla niego zrobić. I wtedy nadeszła niespodzianka:
-?Chcę, żebyś zostawił wszystko i zamieszkał we wspólnocie. Wszystkie
swoje pieniądze przeznacz na utrzymanie domu i cokolwiek innego, co może
się przydarzyć. Chcę też, byś wziął Amandę za żonę i zaopiekował się jej
synem. Jest najbardziej oddaną kobietą w społeczności i jeśli mnie nie
będzie, oboje będziecie mogli kontynuować moją pracę. O to cię proszę. I mam nadzieję, że tym razem się zaangażujesz, bo źle się dzieje i nadszedł czas, byś porzucił swą unikową postawę. Tym razem nie
uciekniesz, rozumiesz mnie? Taką mam nadzieję. A teraz zostaw mnie,
muszę odpocząć.
Andrés odszedł zrozpaczony. Nagle świat zawalił mu się na głowę, a droga
do domu stała się piekłem. Nie przyszło mu nawet do głowy, że taka
prośba może być również żartem. Lub jedną z metod mistrza, który
potrafił doprowadzać poszczególne osoby do granic możliwości, aby je
obudzić.
Dla wielu ludzi odrzucenie takiej prośby byłoby oczywiste ze względu na
jej nieproporcjonalność lub dlatego, że daleko odbiegała od zobowiązań,
które byli w stanie podjąć. Dla Andrésa jednak słowa mistrza stały się
obowiązkiem, który musiał na siebie wziąć; była to jego
odpowiedzialność, bez względu na wiążące się z nią obciążenia. Jego
życie zaczęło dryfować w kierunku niepożądanego przeznaczenia.
Po powrocie do domu przez kolejne godziny i dni Andrés czuł się
przygnębiony. Był również zirytowany, nie na nauczyciela, ale na siebie.
Czuł się jak dziecko, które zostało ukarane za to, że starało się być
miłe. Był zły, ponieważ w swojej naiwności posunął się za daleko, a teraz jego nauczyciel dawał mu lekcję, na którą zasłużył.
Wreszcie Andrés przyszedł do mojego gabinetu, gdyż nie mógł już tego
znieść. Był zablokowany. Opowiedział mi o sytuacji, a ja zapytałem go:
"Dlaczego musisz być mu posłuszny?". Wtedy zdał sobie sprawę, że nie
wziął pod uwagę "nieposłuszeństwa", czyli po prostu odmówienia
propozycji lub przedyskutowania jej, na wypadek gdyby była prawdziwa.
Największą rewelacją było dla niego zdanie sobie sprawy, że cały czas
funkcjonował zaprogramowany jako dobre, posłuszne dziecko, niezdolne do
sprzeciwiania się nakazom lub rozumienia ich jako problemu do
rozwiązania. Jego życiem sterowano z centrum dowodzenia, które
wdrukowało mu posłuszeństwo i niemożność sprawienia zawodu, pokazania
się ze złej strony czy zaniedbania obowiązków.
Jeśli ten przypadek wydaje ci się ekstremalny lub nietypowy, podam ci
trzy przykłady z rodzaju tych, z jakimi stykam się co pewien czas w moim
gabinecie. Dotyczą one osób, które pracują w sektorach wymagających
dużej wydajności. Jednym z nich jest bankowość, innym praca dla
międzynarodowej firmy, a ostatnim sektor edukacji.
Wspólną cechą owych trzech osób było to, że pracowały w środowiskach
uważanych za toksyczne, czy to z powodu hierarchii władzy, długotrwałych
wadliwych relacji, czy też przywództwa skoncentrowanego na wynikach, a nie na procesach. Środowiskach, w których na porządku dziennym było złe
traktowanie, żądania, obawy i groźby w rodzaju "uważaj, bo na ulicy jest
zimno". Środowiskach, w których jest mnóstwo zwolnień lekarskich z powodu depresji i lęku, gdzie większość ludzi cierpi na stres i bezsenność oraz musi wspomagać się lekami.
Owe trzy osoby łączyła wewnętrzna potrzeba dopasowania się i dalszego
utrzymywania wysokich standardów zawodowych, pomimo faktu, że niektóre z wymagań, jakie przed nimi stawiano, ocierały się o nielegalność.
Walczyły najlepiej jak potrafiły z nieznośnym poziomem cierpienia,
ponieważ oprócz stresu były narażone na brak szacunku, umniejszanie i diaboliczną strategię sprawiającą, że czuły się niepewne, złe i zbędne.
Interesujące w przypadku, z którym mamy do czynienia, jest to, że żadne
z nich nawet nie pomyślało o nieposłuszeństwie i to nie z poczucia
obowiązku, lecz dlatego, że nie byli w stanie zlekceważyć wewnętrznego
nakazu, aby stale dawać z siebie wszystko, angażować się tak bardzo, jak
to możliwe, i naginać się do sytuacji, nawet jeśli się jej nie rozumie.
Innymi słowy, żadnemu z nich nie przyszło do głowy, by spojrzeć na to
inaczej, wycofać się lub nawet odejść ze stanowiska w sytuacji, gdy ich
zdrowie tak bardzo cierpi.
W kontaktach z nimi zdałem sobie sprawę, że podążali za wzorcem "dobrych
ludzi". Wszystko znosili ze stoickim spokojem, nie przestawali sztywno
od siebie wymagać, unikali konfliktów i żyli w udręce lub strachu przed
tym, co może się wydarzyć. Innymi słowy, nie umieli zmienić swojej
uległej postawy i stawić czoła sytuacji, którą uważali za przegraną i narażającą ich na upokorzenie.
Warto zaznaczyć, że w toksycznych środowiskach tworzonych przez osoby
lub grupy, które wykazują toksyczne zachowania, pierwszymi i preferowanymi ofiarami są dobrzy ludzie, ponieważ psy gończe, które ich
tropią, wiedzą, że ci się im nie przeciwstawią, wręcz przeciwnie -
zrobią wszystko, co w ich mocy, aby być posłusznymi, więc nękają ich aż
do upodlenia.
Nie jest łatwo radzić sobie z takimi przywódcami lub grupami nacisku,
które najpierw grożą, by po chwili cię pozdrowić. Wiemy już, że lepiej
trzymać się jak najdalej od osób prezentujących tego rodzaju zachowania.
Problem polega na tym, że czasami nie można wydostać się z pułapki na
myszy, ponieważ stawka jest zbyt wysoka. Co robić?
Jeśli okoliczności nie mogą się zmienić, zmień siebie. I wszystko się
zmieni.
Pozwól, że wyjaśnię ci ten aspekt, ponieważ czasami nie jest on
poprawnie interpretowany. Mamy tendencję do wierzenia, że jeśli ty się
zmienisz, inni też się zmienią, a to nie do końca jest prawda. Ty możesz
się zmienić, ale inni nie zawsze się zmieniają.
Jeśli się zmieniasz, w pewnym sensie zmuszasz drugą osobę do zmiany
swojego nastawienia do ciebie. Inną rzeczą jest to, że ona to robi na
zasadzie znanego w psychologii efektu "ślepoty na zmiany", czyli
trudności w docenianiu małych zmian, nienadawania im znaczenia, a tym
samym utrzymywania stałego obrazu drugiej osoby.
Co się dzieje, gdy się zmieniasz? Zmienia się perspektywa, z której
postrzegasz siebie, innych i świat. Po zmianie perspektywy nie będziesz
już odnosić się w ten sam sposób do innych lub do wielu sytuacji,
których doświadczasz. I to właśnie sprawia, że wszystko wydaje się
zmieniać, ponieważ naprawdę się zmieniło. Nie jesteś tą samą osobą,
przynajmniej w niektórych aspektach.
Kiedy rozmawiałem o tym z moimi pacjentami, zaczynali rozumieć potrzebę
zmiany perspektywy, ale nie działania. A przecież nie musieli z nikim
walczyć ani się zmagać. Jednak nadal tkwili w miejscu, bo działali pod
wpływem zaskakująco ograniczającego przekonania: "Nie mogli uwierzyć w to, co się z nimi dzieje. Nie mieściło im się to w głowach".
Nie mogło im się to pomieścić w głowach, bo nigdy nie zrobili czegoś
takiego w stosunku do innego człowieka. Dlatego źle odczytywali
sytuację. Ponieważ tego nie rozumieli, nie mogli w to uwierzyć. Byli
ofiarami złej dobroci, wierząc, że czynią dobro.
Jeden z nich powiedział mi: "Ale czy nie lepiej jest pomagać sobie
nawzajem w pracy?". Jak mógłbym z nim dyskutować, miał rację! Jednak
taka godna pochwały zasada zderza się z niezdolnością do zrozumienia -
by nie powiedzieć naiwnością -?że nie wszyscy są tacy sami, nie myślą
ani nie czują w ten sam sposób i nie rozumieją pracy w taki sam sposób.
Kiedy mu to powiedziałem, omal nie spadłem z krzesła, słysząc jego
odpowiedź: "Wiem, że każdy jest inny, doskonale to rozumiem... Ale czy
nie lepiej, żebyśmy pomagali sobie nawzajem w pracy?".
Nie ma wyjścia z impasu, jeśli ludzie, jak to się mówi, "nie mogą sobie
tego wybić z głowy". Ciągle narzucają sobie obowiązek bycia dobrym.
Dlatego pracuję z moimi pacjentami nad zmianą ich przekonań, wspierając
się pewnymi wskazówkami, które stary stoicyzm pozostawił nam w spadku:
Rób to, co jest w twojej gestii, i nie martw się o to, co od ciebie nie
zależy.
Jedynym prawdziwym obszarem kontroli, jaki masz nad sytuacją, jest to,
jak zdecydujesz się ją przeżyć.
Skup się na tym, co dla ciebie naprawdę ważne.
Toksyczna osoba swoim zachowaniem daje świadectwo o sobie, nie bierz
tego do siebie.
Zło nie tkwi w okolicznościach, ale w sposobie, w jaki je postrzegamy.
Te idee nie są kazaniami do zapamiętania, ale postawami do przyjęcia.
Praca polega na powstrzymaniu tych "dobrych chłopców i dziewcząt",
którzy automatycznie pojawiają się w naszej osobowości, byciu świadomym
ich istnienia i dokonywaniu wyborów, takich jak niepoddawanie się
uczuciu strachu, które kształtowało naszą przeszłość.
Jeśli nie możemy uniknąć danej sytuacji, możemy przynajmniej maksymalnie
się z niej wyłączyć, nie wahając się ujawniać naszych ograniczeń, ale
też nie prosząc nikogo o łaskę, bez żądań, ale mając baczenie na to, w jakim stopniu wpływa ona na nasze zdrowie.
I na koniec: wydostań się z niej jak najszybciej, przy najbliższej
okazji. Nie musimy działać odważnie ani być najlepiej przystosowani w systemie, który pozwala nam otrzeć się o ludzką nędzę, dzisiaj bardziej
niż kiedykolwiek.
Jak widać, duża część dyskomfortu, bezsenności lub złości wielu ludzi
wynika z faktu, że nie wiedzą, jak odpowiedzieć na to, czego wymagają od
nich inni. Boli ich porażka lub rozczarowanie innych.
Nie potrafię powiedzieć "nie".
Sprawianie przykrości sprawia mi ból. Ufają mi i nie mogę ich zawieść.
Byli dla mnie bardzo dobrzy. Zawsze się ze mną liczą. Muszę dobrze się
zachować.
Co oni sobie o mnie pomyślą?
Posłuszeństwo może wniknąć w osobowość tak głęboko, że dana osoba
traktuje je jako coś oczywistego, jakby była to cecha, która nie może
być inna. Wiele osób narzeka, wyraża irytację z tego powodu, że robi coś
z musu, ale co ciekawe, nie bierze pod uwagę możliwości odmowy
posłuszeństwa, kwestionowania rozkazu lub wyznaczenia ograniczeń swojej
dostępności.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki