Jak nie być buddystą - Dzongsar Jamyang Khyentse

-
Proszę czekać

Pewnego razu, podró­żu­jąc samo­lo­tem przez Atlan­tyk, sie­dzia­łem na środ­ko­wym miej­scu w środ­ko­wym rzę­dzie, obok sym­pa­tycz­nego męż­czy­zny, który naj­wy­raź­niej chciał zawrzeć ze mną zna­jo­mość. Widząc moją ogo­loną głowę i bor­dowe szaty, uznał, że jestem bud­dy­stą. Gdy zaczęto ser­wo­wać posi­łek, męż­czy­zna zapro­po­no­wał uprzej­mie, że zamówi dla mnie zestaw wege­ta­riań­ski. Odgadł traf­nie, że ma do czy­nie­nia z bud­dy­stą, zatem od razu przy­jął, że nie jem mięsa. To był począ­tek naszej roz­mowy. Lot trwał długo, a więc dla zabi­cia nudy zaczę­li­śmy dys­ku­to­wać o bud­dy­zmie.

Z bie­giem lat uświa­do­mi­łem sobie, że ludzie koja­rzą bud­dyzm ze spo­ko­jem, medy­ta­cją i stro­nie­niem od prze­mocy. Wielu naj­wy­raź­niej sądzi, że wystar­czy mieć sza­fra­nowo-bor­dowe szaty, aby być bud­dy­stą. Jestem fana­tycz­nym bud­dy­stą, toteż tak dobra repu­ta­cja nie­uchron­nie wpra­wia mnie w dumę - zwłasz­cza ten brak agre­sji, który sta­nowi nader rzad­kie zja­wi­sko w dzi­siej­szych cza­sach, peł­nych wojen i prze­mocy, szcze­gól­nie prze­mocy na tle reli­gij­nym. Można by sądzić, że od zara­nia dzie­jów reli­gia sze­rzy agre­sję. Obec­nie w donie­sie­niach środ­ków prze­kazu główne miej­sce zaj­muje prze­moc eks­tre­mi­stów reli­gij­nych. A jed­nak zary­zy­kuję twier­dze­nie, że my, bud­dy­ści, dotąd nie zhań­bi­li­śmy się pod tym wzglę­dem. Prze­moc ni­gdy nie była narzę­dziem krze­wie­nia bud­dyzmu. Zara­zem jed­nak, jako zaawan­so­wany bud­dy­sta, odczu­wam pewne nie­za­do­wo­le­nie, gdy bud­dyzm spro­wa­dzany jest tylko do wege­ta­ria­ni­zmu, stro­nie­nia od prze­mocy, spo­koju i medy­ta­cji. Książę Sid­dhar­tha, który wyrzekł się wygód i luk­su­sów pała­co­wego życia i posta­nowił osią­gnąć oświe­ce­nie, z pew­no­ścią poszu­ki­wał cze­goś wię­cej niż oka­zji do bez­czyn­nego sie­dze­nia w zaro­ślach.

Bud­dyzm jest w grun­cie rze­czy bar­dzo pro­sty, a jed­nak nie­ła­two go obja­śnić. Bo to nie­wy­obra­żal­nie zło­żone, roz­le­głe i głę­bo­kie zja­wi­sko. Nie można go uznać za sys­tem reli­gijny ani teistyczny, trudno jed­nak zapre­zen­to­wać go tak, aby nie wyglą­dał jak teo­ria lub reli­gia. Gdy bud­dyzm docie­rał do róż­nych kra­jów, przy­swa­jał sobie ich kul­turę, a to jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wało cały obraz. Teistyczne pułapki - takie jak kadzi­dła, dzwonki, kolo­rowe czapki - przy­cią­gają uwagę, ale zara­zem mogą sta­no­wić prze­szkody. Ludzie zaczy­nają myśleć, że na tym wyczer­puje się istota bud­dyzmu.

Cza­sem - roz­cza­ro­wany, że nauki Sid­dhar­thy nie zyskały aż tak wielu zwo­len­ni­ków, jak bym sobie tego życzył, kiedy indziej zaś powo­do­wany oso­bi­stą ambi­cją - roz­wa­żam dla zabawy pomysł zre­for­mo­wa­nia i uprosz­cze­nia bud­dy­zmu po to, by stał się łatwiej­szy i bar­dziej "pury­tań­ski". Błę­dem jest jed­nak wyobra­ża­nie sobie (co cza­sem robię) bud­dy­zmu jako okro­jo­nego zestawu prak­tyk - takich jak medy­ta­cja trzy razy dzien­nie, okre­ślony ubiór i wyzna­wa­nie prze­ko­nań ide­olo­gicz­nych. Myślimy, że wów­czas nawró­ci­li­by­śmy cały świat. Fak­tycz­nie, gdy­by­śmy mogli zagwa­ran­to­wać, że takie prak­tyki przy­niosą natych­mia­stowe nama­calne efekty, byłoby może wię­cej bud­dy­stów na świe­cie. Ale gdy otrzą­sam się z tych fan­ta­zji (co rzadko mi się zda­rza), mój trzeźwy umysł prze­strzega mnie, że świat pełen ludzi mie­nią­cych się bud­dy­stami nie­ko­niecz­nie byłby świa­tem lep­szym.

Wielu nie­słusz­nie uważa, że Budda jest "bogiem" bud­dy­zmu; nawet w kra­jach powszech­nie uwa­ża­nych za bud­dyj­skie, takich jak Korea, Japo­nia i Bhu­tan, nie­któ­rzy wyka­zują podob­nie teistyczne podej­ście. Dla­tego wła­śnie w książce tej okre­śle­nia Sid­dhar­tha i Budda sto­so­wane są zamien­nie - aby przy­po­mi­nać, że Budda był zwy­kłym czło­wie­kiem, który stał się buddą.

W zasa­dzie to nic dziw­nego, że nie­któ­rzy sądzą, że bud­dy­ści są wyznaw­cami histo­rycz­nej postaci zwa­nej Buddą. A jed­nak sam Budda wska­zy­wał, że nie powin­ni­śmy czcić kon­kret­nej osoby, lecz raczej jej mądrość. Podob­nie uważa się, że rein­kar­na­cja i karma sta­no­wią zasad­ni­cze wie­rze­nia bud­dy­zmu. Poku­tują jesz­cze inne nie­po­ro­zu­mie­nia tego rodzaju. Na przy­kład bud­dyzm tybe­tań­ski czę­sto­kroć okre­ślany jest jako "lama­izm", a w nie­któ­rych przy­pad­kach zen w ogóle nie zali­cza się do bud­dy­zmu. Odro­binę lepiej poin­for­mo­wani ludzie uży­wają słów "pustka" i "nir­wana", choć tak naprawdę nie rozu­mieją ich zna­cze­nia.

Gdy docho­dzi do takiej roz­mowy jak moja poga­wędka ze współ­to­wa­rzy­szem podróży, osoba nie­zo­rien­to­wana może spy­tać: "W takim razie na czym polega bycie bud­dy­stą?". To naj­trud­niej­sze pyta­nie. Jeśli ktoś istot­nie jest zain­te­re­so­wany tą sprawą, wyczer­pu­jąca odpo­wiedź wykra­cza poza ramy zdaw­ko­wej roz­mowy przy posiłku, bo uogól­nie­nia mogą pro­wa­dzić do nie­po­ro­zu­mień. Załóżmy jed­nak, że chcemy udzie­lić wła­ści­wej odpo­wie­dzi - która odwo­łuje się do pod­wa­lin tej ponad dwu­ipół­ty­siąc­let­niej tra­dy­cji.

Czło­wiek jest bud­dy­stą wtedy, gdy przyj­muje cztery nastę­pu­jące prawdy:

Wszyst­kie zja­wi­ska zło­żone są nie­trwałe.

Wszyst­kie emo­cje to ból.

Wszyst­kie rze­czy pozba­wione są esen­cjo­nal­nego ist­nie­nia.

Nir­wana jest poza­kon­cep­cyjna.

Te cztery zda­nia, wypo­wie­dziane przez samego Buddę, zwane są "czte­rema pie­czę­ciami". Tra­dy­cyj­nie pie­częć ozna­cza rodzaj stem­pla, który sta­nowi potwier­dze­nie auten­tycz­no­ści. Dla uprosz­cze­nia i płyn­no­ści powyż­sze cztery zda­nia będziemy nazy­wać "pie­czę­ciami" albo "praw­dami" - któ­rych nie należy jed­nak mylić z bud­dyj­skimi czte­rema szla­chet­nymi praw­dami, doty­czą­cymi wyłącz­nie aspek­tów cier­pie­nia. Choć uważa się, że w czte­rech pie­czę­ciach mie­ści się cała istota bud­dy­zmu, mało kto chce o nich słu­chać. Brzmią przy­gnę­bia­jąco, więc ludzie tracą zain­te­re­so­wa­nie, zanim głę­biej zba­dają sprawę. Zmie­niamy temat roz­mowy i na tym koniec.

Prze­sła­nie kry­jące się w czte­rech pie­czę­ciach należy rozu­mieć dosłow­nie - nie meta­fo­rycz­nie ani mistycz­nie. I należy trak­to­wać je poważ­nie. Jed­nak pie­czę­cie nie są przy­ka­za­niami. Gdy zaczniemy je kon­tem­plo­wać, zoba­czymy, że nie ma w nich nic mora­li­stycz­nego ani reli­gij­nego. Nie wspo­mina się o złym ani dobrym postę­po­wa­niu. Są to bowiem prawdy świec­kie oparte na mądro­ści, a mądrość to główny cel bud­dy­sty. Moral­ność i etyka stoją na dru­gim miej­scu. Kilka sztach­nięć papie­ro­sem albo jakiś wybryk nie ozna­cza, że ktoś nie może być bud­dy­stą. Zara­zem nie powin­ni­śmy sądzić, że mamy cał­ko­wi­cie wolną rękę i możemy postę­po­wać nie­mo­ralne lub nie­go­dzi­wie.

Ogól­nie rzecz ujmu­jąc, mądrość pocho­dzi z umy­słu, który kie­ruje się tym, co bud­dy­ści nazy­wają "wła­ści­wym poglą­dem". Nie trzeba się jed­nak uwa­żać za bud­dy­stę, by mieć wła­ściwy pogląd. Osta­tecz­nie to wła­śnie pogląd deter­mi­nuje naszą moty­wa­cję i dzia­ła­nie. To wła­śnie pogląd pro­wa­dzi nas bud­dyj­ską ścieżką. Jeśli oprócz przyj­mo­wa­nia czte­rech prawd potra­fimy postę­po­wać wła­ści­wie, sta­jemy się jesz­cze lep­szymi bud­dy­stami. Na czym więc polega bycie bud­dy­stą?

Jeśli nie możesz przy­jąć, że wszyst­kie rze­czy zło­żone i kre­owane są nie­trwałe, jeśli uwa­żasz, że ist­nieje jakaś zasad­ni­cza sub­stan­cja lub kon­cep­cja, która jest trwała, wtedy nie jesteś bud­dy­stą.

Jeśli nie możesz przy­jąć, że wszyst­kie emo­cje to ból, jeśli uwa­żasz, że w nie­któ­rych emo­cjach kryje się czy­sta przy­jem­ność, wtedy nie jesteś bud­dy­stą.

Jeśli nie możesz przy­jąć, że wszyst­kie zja­wi­ska są złudne i puste, jeśli wie­rzysz, że nie­które rze­czy ist­nieją esen­cjo­nal­nie, wtedy nie jesteś bud­dy­stą.

I w końcu jeśli uwa­żasz, że oświe­ce­nie ist­nieje w sfe­rze czasu, prze­strzeni i mocy, wtedy nie jesteś bud­dy­stą.

A więc na czym polega bycie bud­dy­stą? Być może nie uro­dzi­łeś się w bud­dyj­skim kraju ani bud­dyj­skiej rodzi­nie, być może nie nosisz szat i nie golisz głowy, być może jesz mięso, a twoim ido­lem jest Emi­nem albo Paris Hil­ton. Nie zna­czy to jed­nak, że nie możesz być bud­dy­stą. Aby nim być, musisz przy­jąć, że wszyst­kie zło­żone zja­wi­ska są nie­trwałe, że wszyst­kie emo­cje to ból, że wszyst­kie rze­czy pozba­wione są wewnętrz­nego ist­nie­nia, a oświe­ce­nie jest poza­kon­cep­cyjne.

Nie trzeba nie­ustan­nie, bez końca pamię­tać o tych czte­rech praw­dach. Jed­nak powinny zako­rze­nić się w naszym umy­śle. Prze­cież nie cho­dzimy po świe­cie, przez cały czas pamię­ta­jąc, jak się nazy­wamy. Ale gdy ktoś nas o to zapyta, natych­miast przy­po­mi­namy sobie swoje nazwi­sko. Bez waha­nia. Możemy uznać, że każdy, kto przyj­muje te cztery prawdy, nawet nie­za­leż­nie od nauk Buddy, nawet jeśli ni­gdy nie sły­szał o Bud­dzie Śakja­mu­nim, kro­czy tą samą ścieżką co on.

Gdy pró­bo­wa­łem wyja­śnić te kwe­stie mojemu współ­to­wa­rzy­szowi podróży, usły­sza­łem ciche chra­pa­nie i uświa­do­mi­łem sobie, że zasnął. Dla niego nasza roz­mowa nie oka­zała się ucieczką od nudy.

Uwiel­biam uogól­niać, dla­tego w tej książce roi się od uogól­nień. Uspra­wie­dli­wiam się jed­nak sam przed sobą twier­dze­niem, że oprócz uogól­nień my, ludzie, nie mamy wielu środ­ków poro­zu­mie­wa­nia się. Oto kolejne uogól­nie­nie.

Nie napi­sa­łem tej książki po to, by nakło­nić ludzi do podą­ża­nia śla­dem Buddy Śakja­mu­niego, do przej­ścia na bud­dyzm i prak­ty­ko­wa­nia dharmy. Celowo nie wspo­mi­nam o żad­nych tech­ni­kach medy­ta­cyj­nych, prak­ty­kach ani man­trach. Przede wszyst­kim zależy mi bowiem na poka­za­niu tej wyjąt­ko­wej czę­ści bud­dyzmu, która odróż­nia go od innych poglą­dów. Co takiego powie­dział indyj­ski książę, że zaskar­bił sobie wielki sza­cu­nek i podziw, nawet u scep­tycz­nie myślą­cych współ­cze­snych naukow­ców pokroju Alberta Ein­ste­ina? Co takiego odkrył, że tysiące piel­grzy­mów wyko­nuje pokłony w dro­dze z Tybetu do Bodh­gai? Co odróż­nia bud­dyzm od świa­to­wych reli­gii? Uwa­żam, że odpo­wie­dzi kryją się wła­śnie w czte­rech pie­czę­ciach, dla­tego posta­no­wi­łem wyja­śnić te nie­ła­twe poję­cia za pomocą jak naj­prost­szych słów.

Sid­dhar­tha chciał przede wszyst­kim dotrzeć do źró­dła pro­blemu. Bud­dyzm prze­kra­cza gra­nice kul­tu­rowe. Jego war­tość nie zamyka się w ramach jed­nego spo­łe­czeń­stwa, nie mie­ści się w żad­nym ustroju czy sys­te­mie poli­tycz­nym. Sid­dhar­tha nie był zain­te­re­so­wany trak­ta­tami aka­de­mic­kimi ani teo­riami, które można udo­wod­nić naukowo. Nie zaj­mo­wał się tym, czy Zie­mia jest pła­ska, czy okrą­gła. Wyka­zy­wał prak­tycz­ność innego rodzaju. Chciał zgłę­bić przy­czyny cier­pie­nia. Mam nadzieję, że uda mi się poka­zać, że jego nauki nie są roz­bu­do­wa­nym sys­te­mem inte­lek­tu­alno-filo­zo­ficz­nym, o któ­rym czy­tamy, a potem odkła­damy go do lamusa, lecz prag­ma­tycz­nym, logicz­nym poglą­dem, który może być prak­ty­ko­wany przez każ­dego czło­wieka. Aby ten cel osią­gnąć, posłu­guję się przy­kła­dami z naj­roz­ma­it­szych dzie­dzin życia - od roman­tycz­nego zauro­cze­nia po naro­dziny naszej cywi­li­za­cji. I choć przy­kłady przy­ta­czane przez Sid­dhar­thę były zupeł­nie inne, jego prze­sła­nie pozo­staje aktu­alne po dziś dzień.

Lecz Sid­dhar­tha mówił rów­nież, że jego słów nie należy przyj­mo­wać na wiarę, bez ich prze­ana­li­zo­wa­nia. Tym bar­dziej nie należy ślepo wie­rzyć w słowa czło­wieka tak prze­cięt­nego jak ja. Dla­tego zachę­cam do roz­wa­żań nad tre­ścią tej książki.

Budda nie był bytem nie­biań­skim, lecz zwy­kłym czło­wie­kiem. Ale nie do końca zwy­kłym, bo uro­dził się jako książę. Nazwany Sid­dhar­tha Gau­tama, wiódł dostat­nie życie - miesz­kał w Kapi­la­wa­stu, w pięk­nym pałacu z buj­nymi ogro­dami peł­nymi pawi, miał kocha­jącą żonę i syna, ubó­stwia­ją­cych go rodzi­ców, wier­nych pod­da­nych i gro­madę nadob­nych kur­ty­zan. Ojciec, Śud­dho­dana, dokła­dał sta­rań, by zaspo­ka­jano wszyst­kie jego potrzeby i zachcianki - ale w obrę­bie pała­co­wych murów. Albo­wiem kiedy Sid­dhar­tha był dziec­kiem, astro­log prze­po­wie­dział, że w póź­niej­szych latach książę wybie­rze życie pustel­nika. Śud­dho­dana nato­miast za wszelką cenę chciał, aby syn odzie­dzi­czył po nim tron. Dni w pałacu upły­wały w luk­su­sie, bez­pie­czeń­stwie i względ­nym spo­koju. Sid­dhar­tha ni­gdy się nie kłó­cił z krew­nymi; trosz­czył się o nich i bar­dzo ich kochał. Wła­ści­wie pozo­sta­wał w zgo­dzie ze wszyst­kimi - oprócz jed­nego kuzyna, z któ­rym mie­wał spię­cia.

W miarę upływu lat zaczął się inte­re­so­wać swoim kra­jem i świa­tem leżą­cym poza jego gra­ni­cami. Speł­nia­jąc prośby syna, król zgo­dził się wypu­ścić go poza mury na wyprawę, ale zara­zem wydał bar­dzo ści­słe instruk­cje woź­nicy rydwanu, Czan­nie: książę powi­nien oglą­dać tylko to, co jest piękne i zdrowe. Sid­dhar­cie bar­dzo spodo­bały się góry i rzeki oraz bujna przy­roda. Lecz w dro­dze powrot­nej zoba­czył chłopa, który jęczał przy dro­dze, wijąc się z bólu z powodu strasz­li­wej cho­roby. Dotąd Sid­dhar­tha żył w oto­cze­niu rosłych straż­ni­ków i powab­nych dwó­rek. Dla­tego poję­ki­wa­nia i widok wynisz­czo­nego cho­robą czło­wieka sta­no­wiły dla niego wstrząs. Ten obraz kru­cho­ści ludz­kiego ciała wywarł na nim ogromne wra­że­nie. Do pałacu książę powró­cił z cięż­kim ser­cem.

Wyglą­dało na to, że z cza­sem otrzą­snął się z szoku, a jed­nak zapra­gnął wybrać się na kolejną wyprawę. Śud­dho­dana znów się zgo­dził, acz nie­chęt­nie. Tym razem Sid­dhar­tha zoba­czył uty­ka­jącą bez­zębną sta­ru­chę. Natych­miast roz­ka­zał woź­nicy zatrzy­mać rydwan.

- Dla­czego ona tak dziw­nie cho­dzi? - spy­tał.

- Bo jest stara, książę - odparł Czanna.

- Co zna­czy "stara"?

- Czę­ści jej ciała zużyły się i zepsuły od dłu­giego życia.

Wstrzą­śnięty Sid­dhar­tha pole­cił woź­nicy wra­cać do pałacu.

Odtąd już nikt nie zdo­łał poha­mo­wać jego roz­bu­dzo­nej cie­ka­wo­ści - co jesz­cze znaj­duje się za pała­co­wymi murami? Książę poje­chał z Czanną na trze­cią wyprawę. Znów roz­ko­szo­wał się pięk­nem swo­jej kra­iny, oglą­dał góry i potoki. Ale w dro­dze powrot­nej do domu natknęli się na czte­rech żałob­ni­ków nio­są­cych umar­łego w palan­ki­nie. Sid­dhar­tha ni­gdy w życiu nie widział nic podob­nego. Czanna wyja­śnił, że kru­che ciało jest w rze­czy­wi­sto­ści mar­twe.

- Czy śmierć przy­cho­dzi też po innych? - spy­tał książę.

- Tak - odrzekł woź­nica. - Przy­cho­dzi po wszyst­kich.

- Po mojego ojca też przyj­dzie? Nawet po mojego syna?

- Tak, po każ­dego. Nie­ważne, bogacz czy bie­dak, czło­wiek wyso­kiego stanu czy niskiego, nikt nie ujdzie śmierci. Taki jest los wszyst­kich, któ­rzy rodzą się na tym świe­cie.

Sły­sząc po raz pierw­szy histo­rię o począt­kach urze­czy­wist­nie­nia Sid­dhar­thy, możemy odnieść wra­że­nie, że był osobą wyjąt­kowo naiwną. Dzi­wimy się, że książę, wycho­wy­wany na następcę tronu, zada­wał tak pro­stac­kie pyta­nia. Ale to my jeste­śmy naiwni. Dziś, w dobie infor­ma­cji, ota­czają nas wize­runki roz­padu i śmierci - widzimy egze­ku­cje, walki byków, krwawe mordy. Ale obrazy te nie przy­po­mi­nają nam o wła­snym losie, lecz służą roz­rywce i czer­pa­niu zysków. Śmierć stała się towa­rem na rynku. Więk­szość z nas nie kon­tem­pluje śmierci na głęb­szym pozio­mie. Nie dopusz­czamy do sie­bie myśli, że nasze ciało i śro­do­wi­sko zbu­do­wane są z nie­trwa­łych ele­men­tów, które mogą się roz­paść za naj­lżej­szym dotknię­ciem. Oczy­wi­ście zda­jemy sobie sprawę, że pew­nego dnia umrzemy. Ale więk­szość uważa, że na razie nie ma się czym mar­twić - chyba że aku­rat zdia­gno­zo­wano u kogoś śmier­telną cho­robę. W tych rzad­kich chwi­lach, gdy przy­po­mi­namy sobie o śmierci, myślimy: "Cie­kawe, ile odzie­dzi­czę w spadku". Albo: "Gdzie krewni roz­sy­pią moje pro­chy?". Dla­tego to my jeste­śmy naiw­nia­kami.

* * *

Po trze­ciej wypra­wie Sid­dhar­tha był auten­tycz­nie przy­gnę­biony, ponie­waż zdał sobie sprawę, że nie potrafi uchro­nić swo­ich pod­da­nych, rodzi­ców, a przede wszyst­kim uko­cha­nej żony Jaśo­dhary i syna Rahuli przed nie­uchronną śmier­cią. Mógł zapo­biec takim nie­szczę­ściom jak ubó­stwo, głód i bez­dom­ność, ale nie potra­fił powstrzy­mać nadej­ścia sta­ro­ści i śmierci. Nękany tymi upo­rczy­wymi myślami, pró­bo­wał poroz­ma­wiać z ojcem o śmier­tel­no­ści. Śud­dho­dana - co zro­zu­miałe - był zanie­po­ko­jony, że syn tak bar­dzo zaj­muje się dyle­ma­tami, które uwa­żał za kwe­stie teo­re­tyczne. Ponadto mar­twił się coraz bar­dziej, że spełni się prze­po­wied­nia astro­loga i Sid­dhar­tha wybie­rze żywot ascety, zamiast odzie­dzi­czyć kró­le­stwo jako pra­wo­wity następca tronu. W tam­tych cza­sach czę­sto się zda­rzało, że zamożni, mający wysoką pozy­cję Hin­dusi zosta­wali asce­tami. Zatem sta­rał się roz­wiać nie­po­koje Sid­dhar­thy, ale wciąż pamię­tał o prze­po­wiedni.

Oka­zało się, że nie są to prze­lotne melan­cho­lijne nastroje. Sid­dhar­tha popadł w istną obse­sję. Aby syn nie pogrą­żył się w coraz głęb­szej depre­sji, Śud­dho­dana zaka­zał mu opusz­czać pałac i pota­jem­nie pole­cił dwo­rza­nom pil­no­wać księ­cia. Jed­no­cze­śnie, jak każdy tro­skliwy ojciec, sta­rał się rato­wać sytu­ację, a więc ukry­wał przed Sid­dhar­thą wszel­kie oznaki roz­padu i śmierci.

DZIE­CIĘCE GRZE­CHOTKI I INNE ZABIEGI

Pod wie­loma wzglę­dami jeste­śmy tacy sami jak Śud­dho­dana. W codzien­nym życiu sta­ramy się odru­chowo ukry­wać prawdę przed sobą i innymi. Napo­mi­namy się, żeby "się nad tym nie roz­wo­dzić", i szu­kamy pozy­tyw­nych potwier­dzeń. Obcho­dząc uro­dziny, zdmu­chu­jemy świeczki na tor­cie - nie dostrze­ga­jąc, że zga­słe pło­myki można rów­nież postrze­gać jako przy­po­mnie­nie, że zbli­ży­li­śmy się do śmierci o kolejny rok. Syl­we­stra świę­tu­jemy petar­dami i szam­pa­nem, nie dopusz­cza­jąc do sie­bie myśli, że stary rok już nie wróci, a nowy to wielka nie­wia­doma - bo prze­cież wszystko może się zda­rzyć.

Gdy dopada nas nie­miła świa­do­mość, że "wszystko może się zda­rzyć", celowo odwra­camy od tego uwagę, jak matka odwra­ca­jąca uwagę dziecka za pomocą grze­chotki albo innej zabawki. Gdy czu­jemy się przy­gnę­bieni, idziemy na zakupy, do restau­ra­cji lub do kina. Snu­jemy różne fan­ta­zje i pla­nu­jemy życiowe osią­gnię­cia - dom na plaży, nagrody i tro­fea, wcze­sna eme­ry­tura, świetny samo­chód, wspa­niali przy­ja­ciele i rodzina, sława, miej­sce w Księ­dze rekor­dów Guin­nessa. Na póź­niej­szym eta­pie życia pra­gniemy mieć wier­nego part­nera, z któ­rym mogli­by­śmy wybrać się na wycieczkę dookoła świata albo hodo­wać rasowe pudle. Cza­so­pi­sma i tele­wi­zja ugrun­to­wują takie wzorce szczę­ścia i suk­cesu, wciąż two­rząc nowe ilu­zje, które nas mamią. Te wyobra­że­nia o suk­ce­sie to wła­śnie "dzie­cięce grze­chotki" dla doro­słych. Każ­dego dnia mamy mnó­stwo zajęć, ale czy cokol­wiek - w naszym myśle­niu lub dzia­ła­niu - wska­zuje, że uświa­da­miamy sobie, jak kru­che jest życie? Tra­cimy czas w kolejce do mul­ti­kina, żeby zoba­czyć kiep­ski film. Albo pędzimy do domu, żeby zdą­żyć na reality show w tele­wi­zji. Sia­damy i oglą­damy reklamy w ocze­ki­wa­niu na pro­gram, a... życie ucieka.

* * *

Prze­lotna odsłona sta­ro­ści i śmierci wystar­czyła, aby Sid­dhar­tha zapra­gnął odkryć całą prawdę o rze­czy­wi­sto­ści. Po trze­ciej wypra­wie kilka razy pró­bo­wał wymknąć się z pałacu na wła­sną rękę, ale bez powo­dze­nia. A potem stało się coś nad­zwy­czaj­nego: pew­nej nocy, po typo­wej uczcie i hulan­kach, tajem­ni­czy urok spadł na pałac, obez­wład­nia­jąc cały dwór oprócz Sid­dhar­thy. Książę obszedł sale i zoba­czył, że wszy­scy, od samego króla po ostat­nich słu­żą­cych, zapa­dli w głę­boki sen. Bud­dy­ści wie­rzą, że ta zbio­rowa sen­ność nastała dzięki zasłu­dze wszyst­kich ludzi, ponie­waż było to zda­rze­nie, które zapo­cząt­ko­wało naro­dziny wyjąt­ko­wej istoty.

Zwol­nione z obo­wiązku przy­po­do­ba­nia się rodzi­nie kró­lew­skiej, kur­ty­zany spały w nie­dba­łych pozach, chra­piąc roz­dzia­wio­nymi ustami, trzy­ma­jąc opier­ście­nione dło­nie w misach z curry. Zbrzy­dły nagle niczym zdep­tane kwiaty. Sid­dhar­tha nie rzu­cił się do zapro­wa­dza­nia porządku - co być może my byśmy zro­bili. Widok ten tylko wzmoc­nił jego deter­mi­na­cję. Prze­brzmiała uroda kobiet była kolejną oznaką nie­trwa­ło­ści. Gdy wszyst­kich zmo­rzył sen, książę mógł wresz­cie nie­zau­wa­że­nie wyjść z pałacu. Spoj­rzał po raz ostatni na Jaśo­dharę i Rahulę, po czym prze­padł w obję­ciach nocy.

* * *

Pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­namy Sid­dhar­thę. Może nie jeste­śmy ary­sto­kra­tami ze sta­dem pawi, ale mamy wła­sne kariery, udo­mo­wione koty i nie­zli­czone obo­wiązki. Mamy swoje pałace - jed­no­po­ko­jowe klitki w slum­sach, dwu­pię­trowe domy na przed­mie­ściach albo apar­ta­menty w Paryżu. Mamy też Jaśo­dhary i Rahule. A jed­nak wszystko idzie przez cały czas na opak. Psują się urzą­dze­nia, wybu­chają kłót­nie z sąsia­dami, prze­cieka dach. Umie­rają ci, któ­rych kochamy. Albo wyglą­dają tru­pio ran­kiem, zanim się obu­dzą - leżąc w nie­dba­łej pozie jak kur­ty­zany w pałacu Sid­dhar­thy. Może cuchną papie­ro­sami lub sosem czosn­ko­wym po pizzy z poprzed­niego wie­czora. Czy­nią nam wyrzuty i prze­żu­wają jedze­nie z otwar­tymi ustami. A jed­nak trwamy przy nich z wła­snej woli, nie pró­bu­jemy ucie­kać. Albo, jeśli mamy już naprawdę dość, zry­wamy zwią­zek tylko po to, żeby zacząć kolejny z drugą osobą. To błędne koło ni­gdy nam się nie znu­dzi, ponie­waż wciąż mamy nadzieję i wiarę, że gdzieś czeka na nas ide­alny part­ner albo raj­ska Szan­gri-la. Gdy zaś odczu­wamy codzienne iry­ta­cje, odru­chowo myślimy, że umiemy nad wszyst­kim zapa­no­wać: to się da napra­wić, powta­rzamy sobie, zro­bimy to bez trudu tak samo, jak myjemy zęby. I znów czu­jemy, że niczego nam nie bra­kuje.

Być może sądzimy, że dzięki doświad­cze­niom życio­wym pew­nego dnia zyskamy pełną doj­rza­łość. Liczymy, że sta­niemy się sta­rymi mędr­cami podob­nymi do Jody. Nie zda­jemy sobie sprawy, że doj­rza­łość to tylko kolejny aspekt roz­padu. Na pod­świa­do­mym pozio­mie łudzimy się nadzieją, że doży­jemy takiego etapu, gdy nie będziemy już musieli niczego napra­wiać. Że przyj­dzie dzień, o któ­rym z per­spek­tywy czasu można będzie powie­dzieć: "Odtąd żyłem długo i szczę­śli­wie". Takie mamy posta­no­wie­nie i świę­cie wie­rzymy w jego reali­za­cję. Jakby wszyst­kie nasze doświad­cze­nia do tej pory - całe nasze życie - były tylko próbą gene­ralną. Uwa­żamy, że nasz wielki występ dopiero nadej­dzie, a więc po co mie­li­by­śmy żyć dniem dzi­siej­szym?

Dla więk­szo­ści ludzi te nie­ustanne regu­la­cje, prze­aran­żo­wy­wa­nie i poprawki są defi­ni­cją "codzien­no­ści". W rze­czy­wi­sto­ści cze­kamy, aby życie dopiero się roz­po­częło. Naga­by­wani przy­zna­jemy, że dążymy do jakie­goś przy­szłego ide­ału - będzie to eme­ry­tura w leśni­czówce z bali w Ken­ne­bunk­port albo w cha­cie gdzieś w Kosta­ryce. Lub marzymy, że ostat­nie lata prze­ży­jemy w jakimś wyide­ali­zo­wa­nym lasku z chiń­skiego malo­wi­dła, będziemy pogod­nie medy­to­wać w pawi­lo­nie her­ba­cia­nym z wido­kiem na wodo­spad i sadzawkę z kar­piami.

Mamy rów­nież skłon­ność do myśle­nia, że kiedy już umrzemy, świat będzie ist­niał na­dal. Będzie świe­ciło to samo słońce, te same pla­nety będą się obra­cać - bo w naszym mnie­ma­niu działo się tak od zara­nia dzie­jów. Nasze dzieci "posiądą zie­mię". To poka­zuje, jak mało wiemy o zmien­no­ści świata i jego zja­wisk. Dzieci cza­sem umie­rają wcze­śniej niż rodzice. I nie zawsze speł­niają ich nadzieje. Być może z naszego słod­kiego boba­ska wyro­śnie ćpa­jący koka­inę ban­dzior, który będzie przy­pro­wa­dzał do domu podej­rzane panienki. Ze skraj­nie pra­wi­co­wych rodzin wywo­dzą się cza­sem naj­bar­dziej osten­ta­cyjni homo­sek­su­ali­ści, podob­nie jak dziecko bez­tro­skich hipi­sów może w życiu doro­słym zostać neo­kon­ser­wa­ty­stą. A jed­nak wciąż lgniemy do arche­typu rodziny i marzymy, że nasza krew, kształt naszej szczęki, nazwi­sko i tra­dy­cja zostaną unie­śmier­tel­nione w potom­stwie.

POSZU­KI­WA­NIE PRAWDY TO BŁĄD?

Należy rozu­mieć, że książę Sid­dhar­tha nie porzu­cił rodzin­nych obo­wiąz­ków; nie uległ poku­sie, żeby przy­łą­czyć się do wspól­noty upra­wia­ją­cej eko­lo­giczną żyw­ność, nie podą­żył za żad­nym roman­tycz­nym marze­niem. Opu­ścił dom jako sumienny mąż i ojciec, który zre­zy­gno­wał z wygód po to, aby zapew­nić naj­bliż­szym to, co naj­waż­niej­sze - choć oni w ten spo­sób chyba tego nie postrze­gali. Możemy sobie tylko wyobra­zić roz­pacz i żal Śud­dho­dany, gdy obu­dził się naza­jutrz. Takie samo roz­cza­ro­wa­nie prze­ży­wają dziś rodzice, któ­rych nasto­let­nie dziecko ucie­kło do Kat­mandu albo na Ibizę w pogoni za jakąś uto­pijną wizją - podob­nie jak robiły to dzieci kwiaty w latach sześć­dzie­sią­tych (wiele pocho­dziło z zamoż­nych, ustat­ko­wa­nych rodzin). Sid­dhar­tha nie nosił dzwo­nów ani kol­czy­ków i nie far­bo­wał wło­sów na różowo. Zamiast tego zrzu­cił ksią­żęcy strój. Zre­zy­gno­wał z atry­bu­tów wyso­kiego sta­tusu i wykształ­ce­nia, odział się w skra­wek tka­niny i stał wędrow­nym mni­chem.

Nasze spo­łe­czeń­stwo, nawy­kłe do oce­nia­nia ludzi na pod­sta­wie tego, co mają, a nie kim są, wola­łoby, żeby Sid­dhar­tha pozo­stał w pałacu, wiódł dalej aksa­mitne życie i utrwa­lał kró­lew­ski ród. Wzo­rem suk­cesu w naszym świe­cie jest Bill Gates. Rzadko kiedy myślimy, że suk­ces odniósł Gan­dhi. W nie­któ­rych spo­łe­czeń­stwach azja­tyc­kich, podob­nie jak na Zacho­dzie, rodzice wywie­rają pre­sję na dzieci, aby bez względu na wszystko odno­siły jak naj­więk­sze suk­cesy w szkole. Dzieci potrze­bują naj­lep­szych stopni, aby się dostać do naj­lep­szych uni­wer­sy­te­tów, a potem potrze­bują naj­lep­szych stopni na uni­wer­sy­te­cie, by dostać naj­lep­szą posadę w banku. A wszystko po to, aby dana rodzina mogła trwać jako "dyna­stia".

Wyobraźmy sobie, że nasz syn nagle porzuca wspa­niałą, popłatną karierę, bo uświa­do­mił sobie nie­uchron­ność sta­ro­ści i śmierci. Nie widzi już sensu w czter­na­sto­go­dzin­nym dniu pracy, pod­li­zy­wa­niu się sze­fowi, wście­kłym zwal­cza­niu kon­ku­ren­cji, nisz­cze­niu śro­do­wi­ska natu­ral­nego, przy­my­ka­niu oka na nie­wol­ni­czy wyzysk dzieci, życiu w nie­ustan­nym napię­ciu - wszystko tylko po to, by raz w roku mieć kilka tygo­dni waka­cji. Mówi, że chce upłyn­nić akcje gieł­dowe, prze­zna­czyć wszyst­kie pie­nią­dze na sie­ro­ci­niec i zostać włó­częgą. Co byśmy zro­bili? Pobło­go­sła­wi­li­by­śmy go i chwa­lili się przed przy­ja­ciółmi, że nasz syn wresz­cie poszedł po rozum go głowy? A może raczej uzna­li­by­śmy, że zacho­wuje się nad­zwy­czaj nie­od­po­wie­dzial­nie i powi­nien iść do psy­chia­try?

Zwy­kły sprze­ciw wobec sta­ro­ści i śmierci nie wystar­czył, by Sid­dhar­tha zerwał z dotych­cza­so­wym życiem w pałacu i wyru­szył w nie­znane. Książę posta­no­wił pod­jąć tak dra­styczne kroki, ponie­waż nie umiał pogo­dzić się z tym, że taki jest los wszyst­kich istot, które kie­dy­kol­wiek przy­szły i przyjdą na świat. Jeśli wszystko, co się naro­dzi, nie­uchron­nie ule­gnie roz­pa­dowi i umrze, wów­czas pawie w ogro­dzie, klej­noty, bal­da­chimy, kadzi­dła, muzyka, złota taca, na któ­rej Sid­dhar­tha kładł domowe pan­to­fle, karafki z obcych stron, więź z Jaśo­dharą i Rahulą, z całą rodziną i kra­jem nie miały zna­cze­nia. Jaki zatem jest sens tego wszyst­kiego? Dla­czego jaki­kol­wiek czło­wiek przy zdro­wych zmy­słach miałby ronić łzy nad czymś lub prze­le­wać krew za coś, co prze­cież i tak pew­nego dnia prze­mi­nie albo będzie musiało zostać porzu­cone? Czy więc Sid­dhar­tha mógł pozo­stać w złud­nej bło­go­ści pała­co­wego życia?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki