Przedmowa
Przedmowa
Gdy pisze się książkę o tym, jak lepiej
myśleć, nasze źródła -?kognitywiści, psychologowie, biolodzy,
neuronaukowcy, filozofowie i inni znawcy tematu -?zdają się niekiedy
przemawiać wprost do nas:
-?Ej ty! Ty, co piszesz tę książkę! -?zaczepiają.
Przekonują, nagabują, zapewniają, debatują, ostrzegają i napominają.
Kiedy przedstawi się ich zalecenia czytelnikom, dopytują się
dociekliwie:
-?A czy ty stosujesz się do własnych rad?
W taką właśnie wymianę zdań wciągnął mnie autor tekstu napisanego ponad
sto trzydzieści lat temu. Uderzyło mnie, jak bliska była mi
przedstawiona przez niego idea pomimo dzielącej nas przepaści czasu i przestrzeni. Chodziło o wyjątkowo onieśmielającego jegomościa:
niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, znanego z surowego
spojrzenia i sumiastego wąsa, którego nie powstydziłby się niejeden
komiksowy złoczyńca.
Nietzsche kąśliwie zauważył: "Och, jak szybko odgadujemy, jak ktoś do
myśli swych doszedł, czy siedząc przed kałamarzem, ze zgniecionym
brzuchem, z głową schyloną nad papierem, och, jak szybko też załatwiamy
się z jego książką! Zgniecione wnętrzności zdradzą się, można iść o zakład, tak samo zdradzi się powietrze pokoju, pułap pokoju, ciasnota
pokoju"K1. Po przeczytaniu tego fragmentu mój pokój nagle wydał
mi się dziwnie ciasny i duszny.
Na słowa Nietzschego natknęłam się, pracując nad rozdziałem o wpływie
ruchu na myślenie. Przytoczony powyżej cytat pojawił się w książce
Filozofia chodzenia autorstwa współczesnego francuskiego filozofa
Frédérica Grosa, który okrasił go garścią własnych przemyśleń. Jego
zdaniem źródeł książek nie należy dopatrywać się wyłącznie w głowach
autorów: "Trzeba wreszcie wspomnieć o ciałach autorów: ich dłoniach,
stopach, ramionach i nogach. Książka jako wyraz fizjologii. W nazbyt
wielu książkach wyczuwa się ciała zgięte, siedzące, wykrzywione,
skurczone"K2. Poruszyłam się nerwowo w fotelu, w którym
spędziłam cały ranek.
Gros przekonuje, że proces twórczy pobudzany jest przez "ciało, które
chodzi" -?które według niego "jest proste i wyprężone jak łuk: otwarte
ku rozległym przestrzeniom jak kwiat ku słońcu"K3. Nietzsche
zalecał, jak przypomina Gros, by: "Jak najmniej siedzieć; nie wierzyć
żadnej myśli, która się nie urodziła na wolnem powietrzu i przy
swobodnym ruchu"K4.
Poczułam się osaczona przez obu filozofów. Wyłączyłam więc laptopa i wybrałam się na spacer. Nie kierowałam się wyłącznie ich zaleceniami -
na tym etapie zbierania materiałów do książki miałam już za sobą lekturę
dziesiątków badań naukowych, potwierdzających pozytywny wpływ aktywności
fizycznej na skupienie, pamięć i kreatywność. Wówczas jednak
doświadczyłam tego na własnej skórze: rozprostowanie kości, nasycenie
oczu mijanymi obrazami i podniesienie sobie tętna wpłynęły na moje
myślenie. Po powrocie do biurka z miejsca zabrałam się za rozwiązywanie
zawiłego problemu konceptualnego, który zaprzątał mi głowę tego ranka
(mogę jedynie wyrazić nadzieję, że moja proza również "zatrzymuje i wyraża energię, fizyczny ruch", jak to określił Gros)K5. Czy mój
mózg poradził sobie samodzielnie z tym zadaniem, czy też niezbędne było
wsparcie ze strony nóg?
Wmawia się nam, że mózg jest jedynym substratem umysłu -?odizolowaną od
otoczenia przestrzenią, w której zachodzą wszystkie procesy poznawcze,
nie tak różną od wewnętrznych mechanizmów zamkniętych w aluminiowej
obudowie mojego laptopa. W tej książce postaram się wykazać, że umysłowi
bliżej jest do wijącego gniazdo ptaka, jak ten wypatrzony przeze mnie na
spacerze, który pracowicie budował swój dom ze wszystkiego, co wpadło mu
w dziób: gałązek, suchych źdźbeł trawy i kawałków sznurka. Do elementów
konstrukcyjnych ludzkiego umysłu zaliczają się przede wszystkim uczucia
i ruchy ciała, fizyczne przestrzenie, w których uczymy się i pracujemy,
oraz inne umysły, z którymi wchodzimy w interakcje: przyjaciele,
współpracownicy, koledzy i koleżanki z klasy oraz nauczyciele. Niekiedy
splot wszystkich trzech elementów daje początek niezwykłym
przedsięwzięciom, jak w przypadku intelektualnego duetu Amosa
Tversky'ego i Daniela Kahnemana. Ci wybitni psychologowie rozwijali
swoje przełomowe koncepcje heurystyk i błędów poznawczych -?skrótów
mentalnych oraz odstępstw od racjonalnego myślenia, którym ulega ludzki
umysł -?podczas przechadzek po tętniących życiem ulicach Jerozolimy i wędrówek po malowniczych wzgórzach kalifornijskiego wybrzeża. "Najlepsze
pomysły w życiu przychodziły mi do głowy w trakcie spokojnych spacerów z Amosem" -?podkreśla KahnemanK6.
Na temat ludzkich zdolności poznawczych napisano niejedną rozprawę,
przeprowadzono niejedno badanie i wysunięto niejedną teorię. Wysiłki te
pozwoliły nam zrozumieć lepiej nas samych. Ogranicza je jednak
założenie, że procesy myślowe zachodzą wyłącznie wewnątrz mózgu.
Znacznie mniej uwagi poświęcono sposobom myślenia z wykorzystaniem tego,
co oferuje ludziom świat -?jak używają do tego gestów, notatników,
zasłyszanych historii czy przekazywania wiedzy innym. Te informacje
"pozaneuronalne" kształtują nasze myślenie, a być może nawet stanowią
jeden z jego warunków koniecznych. Ze świecą szukać jednak przykładów
takiego podejścia do procesów poznawczych. Większość publikacji wychodzi
z założenia, że nasza res cogitans to mózg w słoju -?bezcielesny,
oderwany od kontekstu sytuacyjnego i społecznego narządK7.
Książki historyczne bajają o wybitnych jednostkach, które do swoich
epokowych przemyśleń doszły rzekomo niezależnie od otoczenia. Od zawsze
istniała jednak konkurencyjna narracja -?sekretna historia myślenia poza
mózgiem. Jej bohaterami są naukowcy, artyści, pisarze, liderzy,
wynalazcy i ludzie biznesu, którzy używali świata jako budulca do
wznoszenia potężnych gmachów myśli. Na kartach tej książki wydobędę tę
zapomnianą opowieść na światło dzienne, przywracając jej prawowite
miejsce pośród innych koncepcji niezbędnych do pełnego wyjaśnienia
niesamowitych osiągnięć intelektualnych i artystycznych gatunku
ludzkiego.
Opowiem o tym, jak genetyczka Barbara McClintock dokonała nagrodzonych
Noblem odkryć, wyobrażając sobie, że sama "kurczy się" do wielkości
badanych chromosomów roślin, oraz o tym, jak pionierka psychoterapii i krytyczka społeczna Susie Orbach odczytywała uczucia swoich pacjentów,
skupiając się na wewnętrznych sygnałach wysyłanych przez jej własne
ciało (wykorzystując zdolność interocepcji). Przyjrzymy się temu, jak
biolog James Watson, używając własnoręcznie zrobionych kartonowych
modeli, ustalił, że łańcuchy DNA tworzą strukturę podwójnej helisy, oraz
temu, jak historyk Robert Caro śledzi przebieg życia bohaterów swoich
biografii za pomocą misternej mapy, zajmującej całą ścianę jego
gabinetu. Przekonamy się, jak wirusolog Jonas Salk przełamał impas w opracowywaniu szczepionki przeciw polio, czerpiąc inspirację z wędrówek
po XIII-wiecznym włoskim klasztorze, oraz jak malarz Jackson Pollock
zapoczątkował rewolucję w sztuce, przeprowadzając się z mieszkania w tłocznym centrum nowojorskiego Manhattanu do wiejskiego domku skrytego
pośród zieleni na południowej części wyspy Long Island. Dowiemy się
również, jak reżyser Brad Bird stworzył dla studia Pixar współczesne
klasyki kina animowanego takie jak Ratatuj oraz Iniemamocni, wdając
się w zaciekłe dyskusje ze swoim wieloletnim producentem filmowym, a także jak fizyk i noblista Carl Wieman pojął, że kluczem do zrobienia ze
studentów prawdziwych naukowców jest zachęcanie ich do rozmów między
sobą.
Takie historie zadają kłam powszechnie przyjmowanemu poglądowi, że mózg
potrafi, a nawet musi, robić to wszystko sam; są żywym świadectwem, że
jest wręcz przeciwnie -?że myślimy najsprawniej, kiedy używamy do tego
naszych ciał i wspieramy się na otaczających nas ludziach oraz
przestrzeniach. Podobnie jak w przypadku pochwały chodzenia wygłoszonej
przez Nietzschego skuteczność myślenia poza mózgiem znajduje oparcie w dowodach nie tylko anegdotycznych, ale i empirycznych. Wyniki otrzymane
z trzech powiązanych ze sobą programów badawczych dobitnie pokazują, że
poczesne miejsce pośród procesów poznawczych zajmują zasoby
pozaneuronalne.
Po pierwsze, mamy badania nad poznaniem ucieleśnionym, zgłębiające
rolę odgrywaną przez ciało w myśleniu: na przykład to, jak wykonywanie
gestów zwiększa płynność mowy oraz pogłębia zrozumienie pojęć
abstrakcyjnych. Po drugie, prowadzone są badania nad poznaniem
usytuowanym, które analizują wpływ otoczenia na myślenie: przykładowo
to, jak elementy przestrzenne stwarzające poczucie przynależności lub
kontroli poprawiają funkcjonowanie jednostki. I po trzecie, istnieje też
program badawczy skupiony na poznaniu rozproszonym, który pod lupę
bierze myślenie grupowe. Jego przedstawiciele próbują na przykład
wyjaśnić, jak współpracujące ze sobą osoby koordynują swoje indywidualne
obszary specjalizacji (w procesie zwanym pamięcią transaktywną) i dlaczego efekty pracy grupy są większe niż suma wkładów jej
poszczególnych członków (zjawisko to nazywane jest inteligencją
zbiorową).
Przez ponad dwadzieścia lat pracy jako dziennikarka naukowa
relacjonowałam najnowsze doniesienia z psychologii oraz kognitywistyki,
z rosnącym podekscytowaniem obserwując postępy dokonywane w ramach tych
dyscyplin. Kolejne badania zdawały się sugerować, że źródeł ludzkiej
inteligencji należy szukać poza czaszką. Bez wątpienia była to śmiała
teza, której przyjęcie odmieniłoby nasze postrzeganie szkolnictwa,
środowiska pracy i codziennego życia. Sęk jednak w tym, że ten nowy
kierunek nie miał wspólnych podwalin teoretycznych ani metodologicznych
-?nie istniał żaden paradygmat spajający wyniki zróżnicowanych programów
badawczych. Zaangażowani w nie badacze publikowali wyniki swoich
dociekań w różnych czasopismach naukowych i przedstawiali je na osobnych
konferencjach, a prezentowane wnioski rzadko wychodziły poza obszar
specjalizacji ich autorów. Czy te intrygujące, z pozoru niepowiązane
odkrycia da się zebrać w spójną całość?
Po raz kolejny z pomocą przyszedł mi filozof: tym razem był to Andy
Clark, profesor na Uniwersytecie Sussex w Wielkiej Brytanii. W roku 1998
napisał wspólnie z Davidem Chalmersem, również filozofem, artykuł
zatytułowany The Extended Mind (Umysł rozszerzony), który rozpoczyna
się złudnie prostym pytaniem: "Gdzie kończy się umysł, a zaczyna reszta
świata?". Autorzy zauważają w nim, że umysł zwykło się postrzegać jako
osadzony wewnątrz czaszki. Ich zdaniem jednak "skóra i kość nie okrywają
żadnej świętości". Elementy świata zewnętrznego mogą służyć nam za
mentalne "rozszerzenia", otwierające drogę do sposobów myślenia
niedostępnych dla samego mózguK8.
Clark i Chalmers skupili się na tym, jak umysł może zostać rozszerzony
za pomocą osiągnięć techniki. Z początku wielu myślicieli uznawało to
podejście za wydumane i niedorzeczne. Wystarczyło ledwie kilka lat, by
ich stosunek zmienił się diametralnie: wraz z upowszechnieniem się
smartfonów, ochoczo wykorzystywanych do odciążania własnej pamięci,
techniczne rozszerzenia mentalne stały się oczywistością (filozof Ned
Block lubi podkreślać, że teza Clarka i Chalmersa była fałszywa w momencie jej sformułowania w roku 1998, lecz z czasem stała się
prawdziwaK9. Być może nastąpiło to w roku 2007, kiedy Apple
zaprezentował pierwszego iPhone'a).
Już w swoim pionierskim artykule Clark i Chalmers sugerowali istnienie
także innego rodzaju rozszerzeń: "A co ze społecznie rozszerzonym
poznaniem? Czy na stany mentalne jednostki mogą składać się stany innych
osób z ich otoczenia? Wydaje się to możliwe, przynajmniej w teorii"K10. Przez lata Clark rozwijał swoją koncepcję,
rozbudowując katalog elementów świata zewnętrznego mogących służyć za
rozszerzenia dla umysłu. Zauważył, że gesty i inne ruchy ciała odgrywają
"istotną rolę w rozszerzonym układzie
neuronalno-cielesnym"K11; zwracał uwagę na ludzką
skłonność do otaczania się "przestrzeniami wytworzonymi", projektowanymi
tak, by "ułatwiać naszym mózgom przeprowadzanie obliczeń wymaganych
podczas rozwiązywania złożonych problemów"K12. W wielu
kolejnych artykułach i książkach Clark przeprowadzał przenikliwą krytykę
perspektywy neurocentrycznej -?poglądu głoszącego, że myślenie zachodzi
wyłącznie w mózgu -?zastępując ją koncepcją rozszerzenia, w której
bogate zasoby świata wplecione zostają w osnowę naszych własnych
myśliK13.
Mnie to przekonało. Stałam się neofitką teorii umysłu rozszerzonego; na
dobre zawładnęła ona moją wyobraźnią. Nigdy wcześniej w ciągu wielu lat
mojej dziennikarskiej kariery nie natknęłam się na ideę, która
odcisnęłaby się równie głęboko na moim życiu, zmieniając moje podejście
do pracy, wychowania dzieci i codziennej rutyny. Stało się dla mnie
jasne, że śmiała teza Clarka była czymś więcej niż tylko ezoterycznym
eksperymentem myślowym wysnutym przez filozofa tkwiącego w wieży z kości
słoniowej. Była to przede wszystkim zachęta do usprawnienia własnego
rozumowania. Katalogując dziesiątki potwierdzonych naukowo technik
myślenia poza mózgiem, sama gorliwie wprowadzałam je w życie.
Obejmują one metody trenowania zmysłu interocepcji, pokazujące, jak
kierować się wewnętrznymi sygnałami ciała w podejmowaniu decyzji i zbieraniu myśli, a także wskazówki, jak poprawić pamięć oraz uwagę za
pomocą aktywności fizycznej lub właściwych gestów. W badaniach nad
umysłem rozszerzonym odnajdziemy instrukcje, jak wykorzystać czas
spędzony na obcowaniu z naturą do przywracania skupienia i pobudzania
kreatywności oraz jak projektować przestrzenie do pracy i nauki, by
zwiększały naszą produktywność i wydajność. W kolejnych rozdziałach
omówię badania nad formami zorganizowanych interakcji społecznych, w których zdolności poznawcze innych ludzi wspomagają nasze własne.
Płynące z tych badań wnioski mogą wskazać nam również metody
uzewnętrznienia i dynamicznego rozwijania własnych myśli -?skłaniając
nas do przyjęcia stylu myślenia, który pod względem wydajności
przewyższa ten polegający na robieniu wszystkiego w głowie.
Z czasem zdałam sobie sprawę, że nabywam nowy system wiedzy -?równie
niezbędny, co ten wpojony mi w szkole i na studiach, choć praktycznie
nieobecny w klasach czy na salach wykładowych. Przez wszystkie lata
edukacji nie uczy się nas, jak myśleć poza mózgiem. Nikt nie pokazuje
nam, jak zaprząc do intelektualnych przedsięwzięć swoje ciało i otaczającą je przestrzeń ani jak wesprzeć się na umysłach innych ludzi.
Cel ten jest na wyciągnięcie ręki: wystarczy jedynie wiedzieć, gdzie
szukać drogowskazów, które do niego prowadzą. Nauczycielami będą nam
artyści, naukowcy i pisarze, którzy opracowali na własny użytek metody
takiego myślenia, oraz badacze, którzy po latach w końcu zdecydowali się
uczynić je obiektem swoich analiz.
Jeśli o mnie chodzi, jestem przekonana, że nigdy nie udałoby mi się
ukończyć tej książki, gdyby nie omówione w niej techniki. Nie raz
zdarzało mi się oczywiście wracać do starych nawyków, wtłoczonych mi do
głowy przez kulturę. Zanim tamtego pamiętnego ranka zainterweniował
Nietzsche, włączył się u mnie pełny tryb neurocentryczny: pracowałam z "głową schyloną" nad klawiaturą, dając mojemu mózgowi niezasłużony
wycisk, zamiast poszukać sposobów na rozszerzenie jego zdolności. Jestem
wdzięczna za kierunek, który wskazały mi materiały zebrane do tej
książki. Mam nadzieję, że w podobny sposób uda mi się naprowadzić moich
czytelników na drogę do bardziej produktywnego życia.
Gros, który podsunął mi słowa Nietzschego, uważa, że myśliciele powinni
poruszyć swoje ciała i wyruszyć na poszukiwanie "innego światła". W Filozofii chodzenia zauważa, że "biblioteki są zawsze zbyt mroczne", a dzieła stworzone pośród ich piętrzących się regałów są szare i pozbawione blasku, natomiast "inne książki odbijają ostre górskie
światło albo migotanie morza w słońcu"K14. Mam nadzieję, że ta
publikacja rzuci nowe światło na nasze rozumienie zdolności poznawczych
i wniesie świeży powiew w intelektualne wysiłki, które podejmujemy jako
studenci, pracownicy, rodzice, obywatele, liderzy i twórcy. Nasze
społeczeństwo stoi w obliczu niespotykanych wcześniej wyzwań. Bez
umiejętności sprawnego myślenia szanse, że im podołamy, topnieją.
Dominujący paradygmat neurocentryczny nie wyposaża nas w narzędzia
niezbędne do stawienia czoła nowej rzeczywistości; problemy z pamięcią,
uwagą, motywacją, samozaparciem oraz myśleniem logicznym i abstrakcyjnym
pojawiają się na każdym kroku. Prawdziwie odkrywcze koncepcje czy
innowacje są rzadkością; uczniowie i pracownicy są coraz mniej
zaangażowani w powierzane im zadania, a zespoły nie potrafią skutecznie
współpracować ze sobą.
Sądzę, że trudności te w dużej mierze wynikają z głębokiego
nieporozumienia co do tego, jak i gdzie zachodzi myślenie. Dopóki
będziemy zadowalać się technikami myślenia skupionymi wokół samego
mózgu, dopóty nie wyrwiemy się z niskiej orbity tego narządu,
przyciągającego nas do siebie niczym czarna dziura. Sięgnijmy jednak
poza jego granice, a nasze myślenie ulegnie przeobrażeniu, otwierając
przed nami przestwór nowych możliwości. Nasze umysły staną się tak
prężne jak nasze ciała, tak przewiewne jak nasze przestrzenie, tak żywe
jak nasze relacje z innymi ludźmi -?tak pojemne jak świat długi i szeroki.
Wstęp. Myślenie poza mózgiem
Wstęp
Myślenie poza mózgiem
Rusz głową! Ileż to razy słyszeliśmy
takie napomnienia? Być może nawet sami kogoś tak strofowaliśmy: córkę,
syna, ucznia lub pracownika. Zdarza się nam się też mruczeć takie słowa
do siebie pod nosem niczym zaklęcie, kiedy zmagamy się z wyjątkowo
trudnym problemem lub próbujemy przemówić sobie do rozsądku.
Do ruszania głową jesteśmy zachęcani często i w różnych sytuacjach: w szkole, w pracy oraz w rozmaitych codziennych zmaganiach. Polecenie to,
powtarzane jak refren, odbija się szerokim echem w kulturze zarówno
wysokiej, jak i popularnej: widzimy je w Rodinowskim Myślicielu z podbródkiem w zadumie wspartym na dłoni i niezliczonych rysunkowych
przedstawieniach mózgu, którymi opatruje się wszelkiej maści zabawki
edukacyjne, suplementy diety czy aplikacje do trenowania zdolności
poznawczych. Gdy je wypowiadamy, oczekujemy, że jego adresat sięgnie po
niezgłębiony potencjał drzemiący w tej niezwykłej tkance zamkniętej pod
sklepieniem czaszki -?że wyciśnie z niej coś więcej. Pokładamy w mózgu
wielkie nadzieje; oczekujemy, że upora się z każdym wyzwaniem, jakie
tylko mu rzucimy.
A co, jeśli ślepa wiara w jego moce jest zgubna, a nakłanianie innych do
"ruszania głową" niewłaściwe? Wartkim strumieniem napływają kolejne
badania sugerujące, że nasze podejście do myślenia całkiem dosłownie
stoi na głowie. Zbyt często polegamy wyłącznie na mózgu, utrudniając
sobie rozwiązywanie problemów. Musimy wyprowadzić myślenie poza mózg.
Twory zewnętrzne -?odczucia płynące z ciała i ruchu; fizyczne
przestrzenie, w których pracujemy i uczymy się; a także umysły
otaczających nas ludzi -?muszą stać się częścią naszych własnych
procesów myślowych. Sięgnięcie po zasoby "pozaneuronalne" ułatwi nam
skupienie się, pogłębi nasze zrozumienie istoty wielu problemów i rozwinie naszą kreatywność -?w zasięgu ręki znajdą się idee, na które
nie wpadlibyśmy, po prostu łamiąc sobie nad nimi głowę. To prawda, że
jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o ciałach, przestrzeniach i relacjach między ludźmi. Ale możemy też myśleć za ich pomocą oraz przez
ich pryzmat: w interpretowaniu i wyrażaniu pojęć abstrakcyjnych
wspomagać się gestykulacją; w poszukiwaniach nowych pomysłów zdawać się
na odpowiednio zaprojektowaną przestrzeń; a pamięć oraz intelekt ćwiczyć
poprzez praktyki społeczne, takie jak nauczanie i opowiadanie historii.
Zamiast napominać siebie i innych, by ruszali głową, powinniśmy pełnymi
garściami czerpać z zasobów pozaneuronalnych i śmiało wykraczać z myśleniem poza klaustrofobiczną komnatę naszej czaszki.
Niewykluczone, że w twojej głowie zrodziły się teraz pytania: "Ale po co
to wszystko? Czy mózg nie radzi sobie sam?". Otóż nie. Wpaja się nam, że
ludzki mózg jest uniwersalną, wszechpotężną maszyną myślącą. Zalewają
nas kolejne fale doniesień o jego zdumiewających zdolnościach, zawrotnej
prędkości przekazywania sygnałów i proteuszowej plastyczności. Z każdej
strony słyszymy, że mózg to prawdziwy cud natury, gdyż to "najbardziej
skomplikowana struktura we wszechświecie"K15. Gdy
odfiltrujemy cały ten medialny szum, okaże się jednak, że granice
możliwości tego narządu są wytyczone dość precyzyjnie. Rzadko opowiada
się historię ich odkrycia, mimo że ostatnie kilka dziesięcioleci badań
kognitywistycznych upłynęło pod znakiem rosnącej świadomości ograniczeń
mózgu: jego ograniczonej zdolności do koncentracji uwagi, zapamiętywania
informacji, przetwarzania pojęć abstrakcyjnych czy długotrwałego
zmagania się z zawiłymi problemami.
Co najważniejsze, każdy mózg ma takie limity. To kwestia biologicznej
natury oraz ewolucyjnej historii naszego myślącego narządu, a nie
indywidualnych różnic w poziomie inteligencji. Mózg doskonale radzi
sobie z odbieraniem sygnałów od ciała i poruszaniem nim, orientowaniem
się w przestrzeni oraz nawiązywaniem relacji z innymi ludźmi. Czynności
te jest w stanie wykonywać nadzwyczaj sprawnie i niemal bez wysiłku.
Znacznie gorzej idzie mu z rygorystycznym rozumowaniem logicznym,
odtwarzaniem z pamięci skomplikowanych ciągów informacji i rozumieniem
pojęć abstrakcyjnych sprzecznych z intuicją.
Mamy wobec tego twardy orzech do zgryzienia: jak sprostać rosnącym
wymaganiom rzeczywistości pomimo naszych ograniczeń mentalnych? Żyjemy w niesłychanie skomplikowanym, przeładowanym informacjami świecie
zbudowanym na fundamencie nieintuicyjnych koncepcji i abstrakcyjnych
symboli. Aby odnieść w nim sukces, trzeba wykazać się świetną pamięcią,
umiejętnością przyswajania dużych ilości danych, niesłabnącą motywacją,
rygorem myślenia i biegłością w abstrahowaniu. Z dnia na dzień pogłębia
się przepaść dzieląca możliwości ludzkiego mózgu i wymagania
współczesności. Wraz z nowymi eksperymentami i odkryciami nasze
intuicyjne, "potoczne" rozumienie świata coraz bardziej oddala się od
koncepcji naukowych. Z każdym terabajtem danych wzbiera ocean
cywilizacyjnej wiedzy, w którym nasze przyrodzone zdolności
intelektualne stopniowo się pogrążają. "Goły mózg" przestaje wystarczać
w codziennych zmaganiach z coraz to bardziej zawiłymi problemami.
Naszą odpowiedzią na wyzwania poznawcze XXI wieku jest dalsze brnięcie w perspektywę, którą filozof Andy Clark nazywa myśleniem neurocentrycznym
(ang. brainbound thinking) -?upieranie się przy korzystaniu ze
zdolności, które bez zewnętrznego wsparcia nie spełniają stawianych im
oczekiwań. Zagrzewamy siebie i innych do intensywniejszego myślenia -?do
zebrania sił, zaciśnięcia zębów i przezwyciężenia mentalnego impasu. Ku
własnej frustracji szybko jednak przekonujemy się, że mózg zbudowany
jest ze sztywnej, nieustępliwej materii, a jego plastyczność, tak
żarliwie opiewana przez neuronaukowców, ostatecznie na niewiele się
zdaje. Docierając do granic intelektualnych własnego mózgu, wmawiamy
sobie, że to z nami jest coś nie tak -?że nie jesteśmy wystarczająco
bystrzy albo że brakuje nam zacięcia. Tymczasem problem tkwi w przyjętej
przez nas metodzie radzenia sobie ze swoimi mentalnymi niedostatkami,
które to -?podkreślmy jeszcze raz -?są wadą wrodzoną całego naszego
gatunku. Podejście to dobrze podsumowują słowa irlandzkiego poety
Williama Butlera Yeatsa: nasze starania to wyraz "woli próbującej
spełnić dzieło wyobraźni"K16 (choć cytat ten pojawia się w nieco innym kontekście). Zamiast jeszcze mocniej naciskać na już
udręczony mózg, powinniśmy nauczyć się sięgać poza niego.
W Mieszczaninie szlachcicem, XVII-wiecznej komedii Moliera, Pan
Jourdain, parweniusz uważający się za prawdziwego arystokratę, nie
posiada się z zachwytu, dowiedziawszy się o różnicy pomiędzy wierszem a prozą: "Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą,
nie mając o tym żywnego pojęcia!"K17. Podobnie jak Pan Jourdain,
my również możemy być pod wrażeniem swoich nieujawnionych talentów,
ponieważ z zasobów pozaneuronalnych czerpiemy od dawna -?cały czas
nieświadomie myślimy poza mózgiem.
Oto dobre wieści. Złe natomiast są takie, że często robimy to
przypadkowo, nieumiejętnie i bez zastanowienia. Nic dziwnego, skoro
wysiłki wkładane w nauczanie i szkolenie innych ludzi, a także
przewodzenie grupom oraz zarządzanie projektami zespołowymi pożytkujemy
niemal wyłącznie na promowanie myślenia neurocentrycznego. Już w szkole
podstawowej uczy się nas myśleć intensywnie w ciszy i bezruchu; ten
model aktywności intelektualnej ma nam służyć przez wszystkie późniejsze
lata spędzone w szkole oraz pracy. Wykształcamy w sobie umiejętności i opanowujemy techniki, które skupiają się na samym mózgu: uczenie się na
pamięć, prowadzenie wewnętrznego dialogu, utrzymywanie samodyscypliny
oraz pielęgnowanie motywacji wewnętrznej.
W programach nauczania brakuje punktów poświęconych rozwijaniu zdolności
myślenia poza mózgiem. Nie uczy się nas, jak wsłuchać się w wewnętrzne
sygnały ciała, mogące pomóc nam dokonywać właściwych wyborów. Nie
pokazuje się nam, jak za pomocą gestów oraz innych ruchów ciała ułatwić
sobie pojmowanie wysoce abstrakcyjnych przedmiotów pokroju fizyki czy
matematyki lub tworzenie nowatorskich idei. Ze szkoły nie dowiemy się o odnawianiu nadwyrężonych zasobów koncentracji wskutek obcowania z naturą
ani o projektowaniu przestrzeni tak, by rozszerzały nasz potencjał
intelektualny. Nauczyciele i przełożeni nie poinstruują nas, jak nadawać
abstrakcyjnym koncepcjom materialną formę -?jak zmienić je w przedmioty,
które można później wykorzystywać do rozwiązywania problemów i zdobywania nowej wiedzy. Pracownikom nie mówi się o tym, jak
naśladowanie innych oraz uczenie się na cudzych doświadczeniach może
przyspieszyć osiąganie biegłości. Członków grup zajęciowych i zespołów
pracowniczych nie szkoli się w stosowaniu naukowo potwierdzonych metod
zwiększania ich zbiorowej inteligencji. Nasze zdolności myślenia poza
mózgiem w zasadzie nie są rozwijane.
To rażące przeoczenie jest wynikiem "skrzywienia neurocentrycznego" -
idealizacji, a nawet fetyszyzacji mózgu -?oraz spowodowanej tym ślepoty
na wszelkie sposoby rozszerzania intelektu poza obręb czaszkiK18
(jak trafnie zauważył komik Emo Philips: "Kiedyś myślałem, że mózg to
najwspanialszy narząd w całym ciele. Ale potem zdałem sobie sprawę, kto
mi podsunął tę myśl")K19. Można też spojrzeć na to inaczej: brak
zainteresowania rozszerzaniem umysłu stanowi okazję sprzyjającą do
działania -?do wybudzenia drzemiącego w umyśle potencjału. Do niedawna w spychaniu myślenia pozamózgowego na kulturowy margines uczestniczyła
także nauka. Czasy się jednak zmieniły. Z najnowszych prac psychologów,
kognitywistów i neuronaukowców wyłania się jasny obraz tego, jak
informacje pozaneuronalne kształtują nasze procesy myślowe. Co więcej,
znajdziemy w nich również praktyczne porady na temat wykorzystywania
zewnętrznych zasobów do usprawniania własnego myślenia. Tłem dla tego
nowego podejścia była szeroko zakrojona zmiana w naszym postrzeganiu
umysłu -?a zatem i rozumieniu nas samych.
Aby lepiej rozeznać się w obecnym paradygmacie i wyraźnie dostrzec
kierunek jego zmiany, warto najpierw cofnąć się do czasów, kiedy
koncepcje, które zdominowały dzisiejsze myślenie o mózgu, były dopiero w powijakach.
14 lutego1946 roku w Moore School of Electrical Engineering w Filadelfii
panowało wielkie poruszenie. Tego dnia na uniwersytecie miało wydarzyć
się coś niezwykłego. Wszyscy z zapartym tchem wyczekiwali ujawnienia
drogocennego klejnotu w uczelnianej koronie, którego istnienie
dotychczas utrzymywane było w ścisłej tajemnicy. Z jednej z zamkniętych
sal dochodziło stłumione buczenie Elektronicznego, Numerycznego
Integratora i Komputera (ang. Electronic Numerical Integrator and
Computer, ENIAC) -?pierwszej maszyny potrafiącej w mgnieniu oka
dokonywać skomplikowanych obliczeńK20. Na to ogromne, ważące 30
ton urządzenie składało się około 18 tysięcy lamp próżniowych, 6 tysięcy
przełączników i 1,5 tysiąca przekaźników. Jego budowa wymagała ręcznego
wykonania 0,5 miliona połączeń lutowanych i pochłonęła ponad 200 tysięcy
roboczogodzin.
Projekt ENIAC-a zrodził się w umysłach Johna Mauchly'ego i Johna
Prespera Eckerta -?dwóch młodych naukowców z Uniwersytetu Pensylwanii,
jednostki macierzystej Moore School. Komputer stworzono kilka miesięcy
wcześniej na zamówienie sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych w celu
obliczania trajektorii lotu pocisków dla amerykańskich artylerzystów
walczących w trakcie II wojny światowej na froncie zachodnim.
Sporządzanie tablic balistycznych, niezbędnych do skutecznego
posługiwania się nową bronią, było pracochłonnym procesem, który wymagał
zaangażowania zespołów obliczeniowców1, pracujących w systemie zmianowym 24 godziny na dobę. Maszyna potrafiąca wykonać tę
samą pracę bardziej precyzyjnie i znacznie szybciej dałaby armii
nieocenioną przewagę nad wrogiem.
Sześć miesięcy po Dniu Zwycięstwa (ang. V-Day) wysiłki mobilizacyjne
ustąpiły rozwojowi gospodarki, a Mauchly i Eckert zwołali konferencję
prasową, by zaprezentować światu swój wynalazek. Naukowcy starannie
wyreżyserowali swoje wystąpienie, nie szczędząc efektów specjalnych. Gdy
ENIAC rozpracowywał powierzony mu problem, stale migotało 300 neonowych
lamp podłączonych do tzw. akumulatorów -?jednostek wykonujących proste
obliczenia na liczbach dziesiętnych. John Presper Eckert, znany po
prostu jako "Pres", uznał, że lampki nie zrobią na uczestnikach
odpowiedniego wrażenia. W dniu konferencji prasowej wybrał się więc do
sklepu po piłeczki pingpongowe, poprzecinał je na pół, opisał numerami
od zera do dziewięciu i przykleił do lamp wskaźnikowych na głównej
tablicy. Po przygaszeniu głównego oświetlenia słaby blask neonówek
okrytych półprzezroczystymi kopułami tworzył w pomieszczeniu atmosferę
nabożnego skupienia.
O wyznaczonej godzinie otworzyły się drzwi prowadzące do pomieszczenia z ENIAC-iem i do środka wpuszczono zastępy urzędników, naukowców oraz
dziennikarzy. Powitał ich Arthur Burks, jeden z projektantów maszyny,
stojący przed masywnymi szafami mieszczącymi jej trzewia. Burks starał
się dać wszystkim zebranym do zrozumienia, że są świadkami wiekopomnej
chwili. Wyjaśnił, że ENIAC-a zbudowano do przeprowadzania obliczeń
matematycznych, które, "wykonywane odpowiednio szybko, mogą posłużyć do
rozwiązania niemal dowolnego problemu"K21. Burks obwieścił, że
pokaz możliwości komputera rozpocznie się od dodania liczby 97 367 do
siebie 5 tysięcy razy. "Patrzcie uważnie, bo łatwo to przeoczyć" -
ostrzegł zebranych i wcisnął przycisk. Zanim pochyleni nad notesami
dziennikarze podnieśli wzrok, było już po wszystkim. Burks trzymał w ręku wynik działania zapisany na karcie perforowanej.
Następnie do ENIAC-a wprowadzono problem bardziej zbliżony do tych, do
których został zaprojektowany: komputer miał obliczyć trajektorię
pocisku artyleryjskiego lecącego 30 sekund do celu. Odręczne obliczenie
tego zajęłoby ekspertom trzy dni; ENIAC uporał się z tym w 20 sekund -?w czasie krótszym niż czas lotu samego pocisku. W pokazie brała udział
Jean Bartik, członkini zespołu genialnych inżynierek odpowiedzialnych za
programowanie ENIAC-a. Jak wspomina po latach: "W tamtych czasach
maszyny dokonujące obliczeń z taką prędkością były czymś niespotykanym,
więc nawet wielkich matematyków zdumiało to, co wówczas
ujrzeli"K22.
Następnego dnia gazety na całym świecie rozpisywały się na temat
najnowszego przełomu technologicznego. Jeden z artykułów na pierwszej
stronie "New York Timesa" głosił: "FILADELFIA. Tego wieczoru ujawniono
ściśle tajny projekt wojskowy -?cudowną maszynę, która z prędkością
elektronową rozwiązuje problemy matematyczne dla człowieka zbyt żmudne i zawiłe". Jego autor T. R. Kennedy był pod ogromnym wrażeniem możliwości
ENIAC-a: "To urządzenie tak pomysłowe, że jego twórcy porzucili próby
znalezienia problemów mogących sprawić mu trudność"K23.
Odtajnienie ENIAC-a było nie tylko kamieniem milowym w historii
techniki, ale i punktem zwrotnym w naszym postrzeganiu własnej natury. Z początku wynalazek Mauchly'ego i Eckerta chętnie porównywano do
ludzkiego mózgu i jego wytworówK24. Gazety i czasopisma nazywały
ENIAC-a "potężnym mózgiem elektronowym"K25, "zrobotyzowanym
mózgiem"K26, "automatem myślowym" oraz "myślącą maszyną".
Analogia ta wkrótce uległa jednak odwróceniu: zaczęto powszechnie
przyjmować, że mózg to swego rodzaju komputer. Uznanie ośrodkowego
układu nerwowego za biologiczną maszynę obliczeniową było wszak głównym
założeniem rewolucji kognitywnej, która ogarnęła amerykańskie
uniwersytety w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Jak zauważa profesor
Steven Sloman z Uniwersytetu Browna, pierwsze pokolenie kognitywistów
"poważnie traktowało koncepcję głoszącą, że umysł działa jak komputer".
W ich oczach "myślenie było swego rodzaju algorytmem uruchamianym na
ludzkim mózgu"K27.
Przez wszystkie te lata od zarania epoki cyfrowej metafora "mózg to
komputer" rozpowszechniła się jeszcze bardziej, zapuszczając coraz
głębsze korzenie w wyobraźni nie tylko ludzi nauki, ale i laików. Jest
ona źródłem naszego modelu mentalnego procesów myślowych, choć zwykle
nawet nie zdajemy sobie sprawy z jego istnienia. Zgodnie z tą analogią
mózg jest samowystarczalną maszyną do przetwarzania informacji,
odgrodzoną od świata przez kości czaszki, tak jak ENIAC jest zamknięty
za ścianami pomieszczenia. Skoro mózg jest jak komputer, to zapewne
można opisać go za pomocą parametrów zbliżonych do gigabajtów pamięci
RAM czy gigaherców taktowania procesora, które można łatwo mierzyć i porównywać. A to prowadzi nas do bodaj najbardziej istotnego wniosku:
niektóre mózgi, niczym drogie komputery, są po prostu lepsze od innych,
wyposażone w biologiczny odpowiednik pojemniejszej pamięci, jednostki
centralnej o większej mocy obliczeniowej i ekranu o wyższej
rozdzielczości. Metafora komputerowa po dziś dzień kształtuje nasze
myślenie o aktywności umysłowej. Poza nią istnieją jednak również inne.
Pół wieku po ujawnieniu ENIAC-a popularność zyskała kolejna analogia.
Na szkolnej ławce ląduje stos artykułów. W nagłówku wydrukowanym dużą,
pogrubioną czcionką czytamy: "Nowe badania wykazują, że mózg można
ćwiczyć jak mięsień"K28. Jest rok 2002 i Lisa Blackwell,
doktorantka z Uniwersytetu Columbia pracująca wspólnie z profesor Carol
Dweck, rozdaje kopie tekstu grupce siódmoklasistów ze szkoły publicznej
w Nowym Jorku. Dweck i Blackwell sprawdzają nową teorię, głoszącą, że
uznawany przez nas model pracy mózgu wpływa na nasze myślenie. Zgodnie z przyjętym przez badaczki protokołem eksperymentalnym uczniowie mieli
wziąć udział w ośmiu sesjach informacyjnych; podczas obecnej, trzeciej z kolei, odczytywali na głos fragmenty artykułu.
Pierwszy uczeń zaczął: "Wielu ludzi uważa, że jedni rodzą się bystrzy,
inni przeciętni, a jeszcze inni głupi -?i że nic nie da się z tym
zrobić. Nowe badania wykazały jednak, że mózg bardziej przypomina
mięsień: im więcej go używamy, tym jest silniejszy". Następnie pałeczkę
przejęła jego koleżanka z klasy: "Powszechnie wiadomo, że wskutek
podnoszenia ciężarów nasze mięśnie stają się większe i silniejsze.
Osoby, które przed rozpoczęciem treningu nie potrafią podnieść
dziesięciokilogramowego ciężarka, z czasem nabierają tyle siły, że nawet
pięćdziesięciokilogramowy obciążnik nie stanowi dla nich żadnego
problemu. Dzieje się tak, ponieważ w miarę treningu mięśnie rosną w siłę. Jeśli jednak przestanie się regularnie ćwiczyć, skurczą się i osłabną. Można zatem powiedzieć, że kto na laurach spoczywa, temu krzepy
ubywa!". W sali rozległ się stłumiony chichot. Trzeci uczeń czytał
dalej: "Mało kto wie jednak, że wskutek uczenia się nowych rzeczy
niektóre obszary mózgu zmieniają się i stają większe jak mięśnie po
treningu".
Wysunięta przez Dweck koncepcja, początkowo nazywana wzrostową teorią
inteligencjiK29, ostatecznie przerodziła się w nastawienie na
rozwójK30 -?przekonanie, że wytężony wysiłek umysłowy może uczynić
ludzi bardziej inteligentnymi tak samo, jak wysiłek fizyczny może
sprawić, że staną się silniejsi. W artykule naukowym opisującym jedne z pierwszych badań przeprowadzonych na dzieciach w wieku szkolnym Dweck i jej współpracowniczki stwierdzają: "Główny wniosek był taki, że uczenie
się wpływa na mózg, pobudzając tworzenie nowych połączeń, i że uczniowie
mogą świadomie kontrolować ten proces"K31. Na tym gruncie wyrósł
kulturowy fenomen: Nowa psychologia sukcesuK32, napisana przez
Dweck książka popularnonaukowa, sprzedała się w milionach egzemplarzy, a prezentacje, wykłady oraz warsztaty poświęcone nastawieniu na rozwój
pojawiały się w środowiskach biznesowych, edukacyjnych i akademickich
jak grzyby po deszczu.
Sednem tego wszystkiego była metafora "mózg jest mięśniem". Umysł jawi
się w niej niczym biceps -?namacalny narząd, którego siła jest
indywidualnie zdeterminowana. Takie pojmowanie intelektu stało się
częścią niezwykle popularnej koncepcji uporu, która również ma swoje
źródło w badaniach psychologicznych. Angela Duckworth, psycholożka z Uniwersytetu Pensylwanii, definiuje upór jako "wytrwałość i pasję w dążeniu do realizacji długofalowych celów"K33. W jej książce
Upór, opublikowanej w roku 2016, dosłyszeć można echa teorii Dweck:
"Tak jak często używany mięsień staje się mocniejszy, tak mózg ulega
zmianom, kiedy zmagasz się z nowymi wyzwaniami"K34. Paralela
"mózg to mięsień" stanowi doskonałe uzupełnienie głoszonego w Uporze
poglądu, że chcieć to móc -?że własny potencjał intelektualny można
rozbudzić siłą woli. Zbieżność tych dwóch idei jest jeszcze łatwiej
dostrzegalna na przykładzie przedsiębiorstw oferujących "trening
poznawczy" lub "ćwiczenia dla mózgu". Programy reklamowane pod nazwami
takimi jak CogniFit czy Brain Gym przyciągnęły miliony pełnych nadziei
użytkowników (metafora ta stała się tak wszechobecna, że naukowcy
zaniepokojeni szerzeniem się neuromitów -?powszechnych przesądów na
temat mózgu -?zaczęli podkreślać fakt, że organ ten tak naprawdę nie
jest mięśniem, lecz narządem złożonym z wyspecjalizowanych komórek
nerwowych zwanych neuronami)K35.
U źródeł metaforycznych fraz "mózg to komputer" i "mózg to mięsień" tkwi
pewne wspólne założenie: umysł stanowi odrębny twór, szczelnie zamknięty
w puszcze czaszki, a jego stałe, łatwo mierzalne i porównywalne cechy
determinują możliwości ludzkiego myślenia. Stwierdzenia te brzmią
znajomo, jakby towarzyszyły nam od zawsze. Nic dziwnego zresztą, bo nie
były one szczególnie odkrywcze nawet w momencie, gdy po raz pierwszy je
sformułowano. Przez setki lat mózg porównywano do maszyn wyznaczających
granice rozwoju techniki w danej epoceK36. Wpierw była to pompa
hydrauliczna, a później mechanizm zegara, silnik parowy i telegraf.
Na wykładzie wygłoszonym w roku 1984 filozof John Searle zauważył:
"Ponieważ wciąż niewiele wiemy na temat ludzkiego mózgu, kusi nas, by
próbować wyjaśnić jego działanie za pomocą najnowszego modelu
technologicznego. W czasach mojego dzieciństwa naukowcy zapewniali nas,
że mózg jest centralą telefoniczną"K37. Jak wspomina Searle,
nauczyciele, rodzice i inni dorośli podsuwali dzieciom akurat tę
metaforę mózgu, bo przecież "czymże innym miałby on być?".
Porównywanie mózgu do mięśnia, który można wzmacniać regularnymi
ćwiczeniami, ma niemal równie długą historię. Eksperci od zdrowia
publicznego wygłaszali podobne tezy już na przełomie XIX i XX wieku. W First Book in Physiology and Hygiene (Pierwszy podręcznik fizjologii i higieny), opublikowanej w roku 1888 książce skierowanej do młodszego
czytelnika, doktor John Harvey Kellogg2 wysuwa koncepcję
łudząco przypominającą tę rozwijaną ponad sto lat później przez Dweck:
"Co robimy, gdy chcemy wzmocnić nasze mięśnie? Ćwiczymy w pocie czoła
każdego dnia, nieprawdaż? Dzięki temu stają się duże i silne. Podobnie
jest z mózgiem. Wystarczy przysiąść fałdów i pilnie odrabiać zadania, by
stał się silny, a nauka szła jak z płatka"K38.
Poza fundamentem historycznym metafory te opierają się również na
przyjętych w naszych społeczeństwach normach kulturowych. Uznawanie
mózgu za mięsień bądź komputer wpisuje się w wyznawany przez nas
indywidualizm -?przekonanie, że jesteśmy grupą niezależnych,
samowystarczalnych jednostek wyposażonych w zdolności oraz kompetencje,
z których możemy korzystać bez niczyjej pomocy. Jest to również zgodne z naszą tendencją do dzielenia rzeczy na dobre, lepsze oraz najlepsze.
Paleontolog i popularyzator nauki Stephen Jay Gould na swojej liście
"odwiecznych błędów i problemów trapiących nasze tradycje filozoficzne"
umieścił skłonność do "porządkowania elementów poprzez umieszczanie ich
na szczeblach hierarchii wartości"K39. Skoro komputery dzielą
się na wolne i szybkie, a mięśnie na słabe i silne, to tak samo musi być
w przypadku umysłów.
Przyczyn bezkrytycznej akceptacji tych idei na temat mózgu można
doszukiwać się także we wrodzonych czynnikach psychologicznych.
Przekonanie, że w każdej głowie tkwi mniejszy lub większy zalążek
inteligencji, jest emanacją schematu myślowego nazywanego przez
psychologów esencjalizmem. Sprowadza się on do wiary w istnienie
wewnętrznych esencji, które determinują naturę otaczających nas rzeczy
oraz istot. Jak zauważa Paul Bloom, profesor psychologii z Uniwersytetu
Yale: "W każdym badanym społeczeństwie natknęliśmy się na przejawy
esencjalizmu. Jest to bodaj jeden z najbardziej podstawowych składników
naszej wizji świata"K40. Myślimy w kategoriach trwałych esencji -
zamiast zmieniających się reakcji na czynniki zewnętrze -?ponieważ jest
to łatwiejsze. Taka perspektywa silniej przemawia również do naszych
emocji. Z esencjalistycznego punktu widzenia niektórzy ludzie po prostu
"są" inteligentni -?mają w sobie to "coś".
Czynniki historyczne, kulturowe oraz psychologiczne razem wzięte tworzą
solidne podwaliny pod przyjmowane przez nas założenia na temat umysłu -
że jego cechy są indywidualne, inherentne i mierzalne. Pod ich wpływem
ukształtowało się nasze postrzeganie poczynań intelektualnych oraz
podejście do edukacji i pracy. Istotnie wpłynęły także na to, jak
oceniamy siebie i innych. Tym bardziej niepokoi zatem myśl, że mogą one
być oparte na błędzie poznawczym. Aby zrozumieć jego istotę, musimy
przyjrzeć się kolejnej metaforze.
Dla mieszkańców Seulu, największej metropolii Korei Południowej, 18
kwietnia 2019 roku zaczął się pechowo. Z samego rana wszystkie komputery
wyłączyły się, a światła w biurach i szkołach na obszarze ponad 600
kilometrów kwadratowych zgasły bez ostrzeżenia, pogrążając prawie 10
milionów ludzi w półmroku budzącego się dnia. Bez prądu sygnalizacja
świetlna przestała działać, a pociągi elektryczne utknęły w trasie.
Przyczyna tej poważnej awarii była zupełnie prozaiczna: jej sprawcą były
sroki, pospolite miejskie ptaki o czarno-białym upierzeniu, które jako
miejsca do gniazdowania upodobały sobie słupy wysokiego
napięciaK41. Sroki, należące do rodziny krukowatych tak jak
wrony, kruki i sójki, znane są z tego, że nie wybrzydzają w dobieraniu
materiałów na budowę gniazda. Używają tego, co jest dostępne w ich
najbliższym otoczeniu: nie tylko gałązek, mchu i kawałków sznurka, ale
też nici dentystycznych, żyłki wędkarskiej, sznurowadeł, pałeczek,
plastikowych łyżek, słomek, oprawek okularów, a nawet sztucznej trawy do
stroików wielkanocnych i bramek do krykieta. W okresie tzw. brudnych lat
trzydziestych, gdy susze i wielkie burze pyłowe przetaczające się po
amerykańskich preriach zdławiły wszelką roślinność, ewolucyjni kuzyni
srok wili gniazda z drutu kolczastego.
Na gęsto upakowanych osiedlach miejskich współczesnego Seulu drzewa i krzewy są rzadkością, więc sroki budują gniazda z tego, co uda im się
znaleźć: drucianych wieszaków, anten telewizyjnych i stalowych linek. A jako że przedmioty te przewodzą elektryczność, to ptaki gniazdujące na
słupach wysokiego napięcia często przyczyniają się do powstawania zwarć.
Jak donosi KEPCO, największy zakład energetyczny w Korei Południowej,
każdego roku sroki powodują na terenie tego kraju setki przerw w dostawie prądu. Jego pracownicy usuwają ponad 10 tysięcy gniazd rocznie,
lecz ptaki szybko je odbudowują.
Sroki to urwanie głowy dla zakładów energetycznych, ale nam ich
zachowanie może posłużyć za źródło wyjątkowo przydatnej analogii dla
działania umysłu. Nasze mózgi w pewnym sensie są jak sroki: budują
siedliska myśli z otaczających nas materiałów -?ich wytwory są kolażem
stworzonym ze strzępów tego, co akurat jest pod ręką. Gołym okiem widać,
że mamy do czynienia z analogią zupełnie niepodobną do metafor "mózg to
komputer" i "mózg to mięsień". Analizując procesy poznawcze przez jej
pryzmat, dochodzimy do diametralnie odmiennych wniosków. Po pierwsze,
myślenie zachodzi nie tylko wewnątrz czaszki, ale i na zewnątrz, w świecie; jest dynamicznym procesem tworzenia i przekształcania
reprezentacji mentalnych, wykorzystującym zasoby znajdujące się poza
samym mózgiem. Po drugie, rodzaj materiałów dostępnych do wykorzystania
podczas myślenia wpływa na przebieg tego procesu oraz jakość jego
wytworów. I po trzecie, zdolność sprawnego myślenia, czyli de facto
inteligencja, nie jest stałą cechą jednostki, lecz zmiennym stanem, na
który wpływ mają dostępność zasobów pozaneuronalnych oraz umiejętność
posługiwania się nimi.
Przekonanie się do tego świeżego, radykalnego sposobu myślenia o myśleniu nie przychodzi łatwo; nie wydaje się ono równie intuicyjne, co
inne znane nam metafory. Nauka dostarcza nam jednak kolejnych dowodów na
to, że właśnie ten obraz działania ludzkich zdolności poznawczych jest
bliższy rzeczywistości. Ponadto może on posłużyć za bogate źródło
inspiracji w opracowywaniu nowych metod zwiększania sprawności
intelektualnej. Wpadliśmy na niego w samą porę. Przebudowanie modelu
mentalnego objaśniającego działanie umysłu stało się w ostatnich latach
naglącą potrzebą, ponieważ znaleźliśmy się między młotem a kowadłem:
choć okoliczności zmuszają nas do wychodzenia z myśleniem poza mózg,
wciąż uparcie brniemy w neurocentryzm.
Konieczność myślenia poza mózgiem wynika z rosnących obciążeń
umysłowych, jakim podlegamy. Wielu z nas doświadczyło ich w postaci
szybszego tempa życia i większej złożoności zadań w szkole oraz pracy.
Musimy przyswajać więcej informacji i robić to szybciej, bo te docierają
do nas rwącym strumieniem. Do tego przetwarzane przez nas dane są coraz
częściej wysoce specjalistyczne i abstrakcyjne. Szczególne znaczenie ma
ta ostatnia kwestia. Wiedzę i umiejętności, do których zdobywania nasze
mózgi są biologicznie przystosowane, zastępują kompetencje dużo mniej
intuicyjne i trudniejsze do opanowania. David Geary, profesor
psychologii na Uniwersytecie Missouri, dzieli zdolności na biologicznie
pierwotne i biologicznie wtórne, zauważając, że ludzie mają wrodzone
predyspozycje do opanowywania takich umiejętności jak posługiwanie się
językiem lokalnej społeczności, poruszanie się w znajomym terenie czy
radzenie sobie z wyzwaniami życia w niewielkiej wspólnocieK42.
Nasze mózgi nie wyewoluowały do rozgryzania zawiłości rachunku
różniczkowego, praw fizyki, rynków finansowych ani zawiłości globalnych
zmian klimatycznych. Takie właśnie biologicznie wtórne zdolności są
jednak kluczem do sukcesu, a nawet przetrwania w stworzonym przez nas
świecie. Wymagania związane z funkcjonowaniem we współczesnym
społeczeństwie w końcu przerosły nasz wrodzony potencjał intelektualny.
Przez pewien czas ludzkość dotrzymywała kroku własnemu postępowi
kulturowemu, znajdując sprytne sposoby na zrobienie lepszego użytku z biologicznego mózgu. W odpowiedzi na bardziej wymagające umysłowo
środowisko ludzie rozwijali swoje zdolności poznawcze. Ciągłe
przestrzeganie dyscypliny umysłowej -?w połączeniu z lepszym odżywianiem
i wyższym standardem życia oraz zmniejszonym ryzykiem zapadnięcia na
choroby zakaźne -?sprawiło, że przez blisko sto lat średni iloraz
inteligencji rósł na całym świecie z każdym pokoleniemK43.
Tendencja ta powoli jednak słabnie. W ostatnich latach wyniki na testach
IQ przestały rosnąć, a w niektórych krajach, na przykład w Finlandii,
Norwegii, Danii, Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii, nawet
spadająK44. Niektórzy naukowcy twierdzą, że dotarliśmy do granic
naszych możliwości mentalnych. Być może "nasze mózgi już teraz pracują z wydajnością zbliżoną do optymalnej", jak zauważyli Nicholas Fitz i Peter
Reiner w artykule opublikowanym w "Nature"K45. Ich zdaniem próby
wyciśnięcia z tego narządu czegoś więcej są "skazane na porażkę ze
względu na ścisłe ograniczenia neurobiologiczne".
W ostatnich latach, niejako na znak protestu przeciw tej gorzkiej
prawdzie, coraz większym zainteresowaniem cieszą się metody, których
celem jest pokonanie tych ograniczeń. Komercyjne programy do trenowania
mózgu obiecujące poprawę pamięci i koncentracji, takie jak Cogmed,
Lumosity czy BrainHQ, przyciągnęły wielu chętnych. Sama aplikacja
Lumosity, wedle informacji udostępnionych przez jej twórców, ma 100
milionów zarejestrowanych użytkowników ze 195 różnych krajówK46.
Jednocześnie środki służące do tzw. wzmocnienia poznawczego (ang.
neuroenhancement) -?innowacje pokroju "nootropów" czy zabiegów
elektrostymulacji mózgu, mające rzekomo wspomagać funkcje poznawcze -
znalazły się w centrum uwagi mediów oraz koncernów farmakologicznych i biotechnologicznych.
Jak dotąd metody te są jedynie źródłem rozczarowania i niespełnionych
nadzieiK47. Systematyczny przegląd badań interwencyjnych, na
które powołują się wiodące firmy oferujące programy trenowania mózgu,
wykazał, że ich "skuteczność we wspomaganiu normalnego funkcjonowania
poznawczego nie znajduje dostatecznego poparcia w dowodach"K48.
Regularne trenowanie mózgu poprawia wyniki uczestników, ale jedynie w zadaniach bardzo zbliżonych do tych, na których wcześniej ćwiczyli.
Wszystko wskazuje na to, że efekty programów "treningu mózgu" nie
przekładają się na rzeczywiste aktywności wymagające zaangażowania uwagi
i pamięci. Przeprowadzona w 2019 roku metaanaliza badań nad programem
Cogmed wykazała, że transfer umiejętności nabytych w trakcie treningu
zachodzi "sporadycznie, a możliwe, że nigdy"K49. Naukowcy, którzy w roku 2017 przeprowadzili badania nad skutecznością aplikacji Lumosity,
stwierdzają, że "trening poznawczy zdaje się mieć znikomy wpływ na
zdrowe młode osoby dorosłe"K50; badania z udziałem osób starszych
przyniosły równie marne rezultatyK51. W 2016 roku amerykańska
Federalna Komisja Handlu nałożyła na firmę Lumosity karę w wysokości 2
milionów dolarów za reklamowanie swoich usług w sposób mogący wprowadzać
konsumentów w błądK52. Stosowanie leków nootropowych nie przynosi
dużo lepszych efektówK53. Zgodnie z wynikami badania klinicznego
przeprowadzonego na popularnym wśród pracowników firm technologicznych z Doliny Krzemowej "nootropie" zażycie tej substancji miało mniejszy wpływ
na pamięć i uwagę niż filiżanka kawyK54.
Środki farmakologiczne oraz nowe technologie, które pewnego dnia mogą
pomóc nam rozwinąć naszą inteligencję, są nadal na etapie wczesnych
testów laboratoryjnychK55. Najlepszym -?i tymczasem
jedynym -?sposobem na zwiększenie potencjału intelektualnego jest
myślenie poza mózgiem. Ten rodzaj poznania wciąż jednak okazuje się
niedoceniany i odrzucany -?o ile w ogóle dajemy mu szansę. Choć nasza
wyraźna skłonność do popadania w perspektywę neurocentryczną jest
głęboko zakorzeniona, nie możemy trwać przy niej ani chwili dłużej.
Droga do przyszłości wiedzie przez myślenie pozamózgowe.
Aby lepiej zrozumieć, co przyniesie przyszłość myślenia poza mózgiem,
przyjrzyjmy się okolicznościom powstania tej koncepcji. Pewnego dnia w roku 1997 Andy Clark -?wówczas profesor filozofii na Uniwersytecie
Waszyngtońskim w St. Louis w stanie Missouri -?wysiadając z pociągu,
zapomniał zabrać swojego laptopaK56. Utrata komputera, z którym
praktycznie się nie rozstawał, była dla niego dotkliwym ciosem. W jednej
ze swoich książek przyrównał tę sytuację do "nagłego i niezwykle
uciążliwego (ale na szczęście przemijającego) uszkodzenia mózgu". Był
"oszołomiony, zagubiony i ewidentnie osłabiony umysłowo -?niczym ofiara
lekkiego udaru, tyle że w wersji dla cyborgów"K57. Doświadczenie
to, choć bez wątpienia nieprzyjemne, pozwoliło mu rozwinąć koncepcję,
która od dłuższego czasu zaprzątała mu głowę. Clark zdał sobie sprawę,
że komputer w pewnym sensie stał się częścią jego umysłu, nieodłącznym
elementem zachodzących w nim procesów myślowych. Z jego pomocą mógł
rozszerzać własne zdolności poznawcze, pozwalając swojemu mózgowi wspiąć
się na nowe wyżyny intelektualne -?myśleć bardziej wydajnie i sprawnie
niż bez tego wsparcia technologicznego. Jego mózg i laptop tworzyły
razem umysł rozszerzony.
Dwa lata wcześniej Clark przedstawił to zjawisko w artykule naukowym
napisanym wspólnie z Davidem Chalmersem. Na początku tekstu autorzy
stawiają pozornie proste pytanie: "Gdzie kończy się umysł, a zaczyna
reszta świata?". W kolejnych akapitach proponują jednak
niekonwencjonalną odpowiedź, przekonując, że umysł nie kończy się na
"granicy skóry i kości", lecz rozciąga się, tworząc "rozszerzony system,
będący zespoleniem biologicznego organizmu oraz zasobów zewnętrznych".
Przyjęcie tego faktu do wiadomości, jak przekonują filozofowie, będzie
miało "doniosłe konsekwencje dla filozofii umysłu", a także dla "kwestii
społecznych i moralnych". Clark i Chalmers wiedzieli, że przyjęcie ich
punktu widzenia wymagać będzie całkowitego odrzucenia skostniałych
poglądów na temat mózgu. Według nich jest to niezbędny krok na drodze do
postępu. Autorzy podsumowują swoje przemyślenia słowami: "gdy hegemonia
tkanki i czaszki zostanie obalona, wyraźniej dostrzeżemy nasze miejsce w świecie"K58.
Świat nauki z początku nie był jednak przekonany do tej koncepcji. Zanim
The Extended Mind został przyjęty do druku w "Analysis", odrzuciły go
trzy inne czasopisma naukowe, a po opublikowaniu w roku 1998 spotkał się
z dość chłodną reakcją środowiska akademickiegoK59.
Przedstawiona w nim koncepcja wzbudziła konsternację wśród filozofów i stała się przedmiotem licznych drwin. Dopiero z czasem dostrzeżono jej
prawdziwy potencjał. Choć w momencie publikacji artykułu wydawała się
radykalna i wydumana, to wraz z nadejściem epoki cyfrowej jej
postrzeganie się zmieniło. Wkroczenie komputerów w życie codzienne
dostarczyło niezliczonych przykładów tego, jak ludzie rozszerzają swoje
umysły za pomocą osiągnięć techniki. Z czystych spekulacji umysł
rozszerzony stał się przekonującą, a nawet wizjonerską ideą.
W ciągu nieco ponad dwudziestu lat od publikacji artykułu The Extended
Mind wysunięte w nim koncepcje przybrały kształt fundamentalnej
doktryny, która skupiła wokół siebie różne programy badawcze.
Poszczególne aspekty umysłu rozszerzonego są obecnie przedmiotem
wnikliwych badań prowadzonych w ramach poznania ucieleśnionego, poznania
usytuowanego i poznania rozproszonego. Zaangażowani w nie naukowcy
starają się zrozumieć, jak myślenie rozszerzane jest na nasze ciała,
otaczającą nas przestrzeń oraz interakcje z innymi ludźmi. Badania te
przyniosły nie tylko nowe fakty na temat natury ludzkich zdolności
poznawczych, ale także zestaw sprawdzonych naukowo metod rozszerzania
umysłu.
Po to właśnie powstała ta książka: jej celem jest zoperacjonalizowanie
umysłu rozszerzonego -?przekształcenie go z filozoficznego konceptu w praktyczny styl życia. W rozdziale 1 pojawią się wskazówki, jak
wyostrzyć zmysł interocepcji -?jak uważniej wsłuchać się w sygnały
nadawane przez nasze ciała i wykorzystać je do podejmowania decyzji. W rozdziale 2 pokażę, jak ciało może rozruszać umysł, poprawiając nasze
myślenie. Rozdział 3 omawia rolę gestów we wspomaganiu pamięci. Rozdział
4 poświęcony jest odnawianiu zapasów uwagi podczas przebywania na łonie
natury. W rozdziale 5 opowiem o projektowaniu przestrzeni -?szkół i miejsc pracy -?tak, by pobudzały kreatywność. W rozdziale 6 przedstawię
korzyści, jakie daje wyprowadzanie myślenia z głowy do "przestrzeni
konceptualnej". Rozdział 7 zgłębia sposoby wspomagania własnego myślenia
umysłami ekspertów, a rozdział 8 pokazuje, jak robić to w przypadku
współpracowników. W rozdziale 9 zastanowimy się nad tym, dlaczego
myślenie grupowe daje większe efekty niż suma wkładów poszczególnych
członków zespołu.
Te zróżnicowane przejawy umysłu rozszerzonego łączy kilka motywów
przewodnich. Pierwszy z nich dotyczy pierwotnego źródła inspiracji, z którego czerpał Clark: rozważań nad rolą techniki w rozszerzaniu
myślenia. Choć urządzenia zwykle służą nam do odciążania własnych
zdolności poznawczych, nie zawsze mają na nas pozytywny wpływ. Niekiedy
pogarszają nasze funkcjonowanie intelektualne, o czym przekonał się
każdy, kto dał się wprowadzić w błąd przez źle zaprojektowany system
nawigacji albo zmarnował czas na klikanie w sensacyjne nagłówki na
Facebooku. Ma to związek ze wspomnianą wcześniej metaforą "mózg to
komputer". Twórcom komputerów i smartfonów zbyt często zdarza się
zapominać, że użytkownicy to biologiczne istoty, które zajmują fizyczną
przestrzeń i wchodzą w interakcje z innymi ludźmi. Technika cyfrowa sama
w sobie jest neurocentryczna. Oznacza to, że ją również można rozszerzyć
o te zasoby pozaneuronalne, które w świecie analogowym wzbogacają nasze
myślenie. W kolejnych rozdziałach przedstawię przykłady takich
"rozszerzonych technologii": internetową platformę do nauki języków
obcych, która zachęca użytkowników nie tylko do powtarzania słów, ale i wykonywania gestów; aplikację przypominającą Google Maps, która wyznacza
trasy nieco dłuższe, ale umożliwiające bliższe obcowanie z naturą; oraz
grę wideo, która tworzy doświadczenia grupowe, nakłaniając graczy do
oderwania wzroku od ekranu i synchronizowania własnych ruchów z tymi
wykonywanymi przez innych uczestników.
Drugim motywem, który wyłania się z analizy literatury poświęconej
umysłowi rozszerzonemu, jest odmienne podejście do kwestii biegłości.
Tradycyjne kryteria uznania jednostki za eksperta są przeważająco
neurocentryczne -?skupione na wewnętrznym, indywidualnym wysiłku (czego
najlepszym przykładem jest słynne twierdzenie Andersa Ericssona, że do
osiągnięcia mistrzostwa w dowolnej dziedzinie potrzeba 10 tysięcy godzin
praktyki)K60. Badania na temat umysłu rozszerzonego sugerują
natomiast, że eksperci to osoby, które opanowały umiejętność
wykorzystywania zasobów pozaneuronalnych i właściwego dobierania ich do
określonego problemu. Ten alternatywny punkt widzenia ma niebagatelne
konsekwencje dla pojmowania ponadprzeciętnej biegłości i naszych dążeń
do jej osiągnięcia. Przykładowo, choć zwykle przyjmuje się, że za
sukcesem geniuszy i gwiazd stoi systematyczność, skuteczność oraz
wydajność działania, badania przeprowadzone w duchu umysłu rozszerzonego
wykazały, że eksperci zmieniają swoje podejście i eksperymentują
częściej niż nowicjuszeK61. Chętniej korzystają też z pomocy
własnych ciał, przestrzeni fizycznej oraz innych ludzi. W większości
przypadków eksperci są bardziej skłonni do rozszerzania własnych umysłów
niż "ruszania głową". Wyrobienie sobie takiego nawyku bez wątpienia
pomogłoby nam w doskonaleniu własnych umiejętności.
W badaniach nad umysłem rozszerzonym przewija się jeszcze jeden motyw,
który nazwać można nierównością rozszerzania. Nasze społeczeństwo i jego instytucje, takie jak szkoły oraz miejsca pracy, opierają się na
założeniu, że niektórzy ludzie potrafią myśleć lepiej niż inni.
Przyczyny istnienia tych indywidualnych różnic wydają się nam jasne jak
słońce: to oczywiste, że ludzie dzielą się na mniej i bardziej bystrych
-?w końcu jedni mają w głowach więcej tej esencji, którą zwiemy
inteligencją. Badania nad umysłem rozszerzonym oferują alternatywne
wyjaśnienie takiego stanu rzeczy: pewne osoby zdają się myśleć sprawniej
niż inne, ponieważ potrafią lepiej rozszerzać swoje umysły; być może
dlatego, że mają większą wiedzę na ten temat -?wiedzę, którą książka ta
ma na celu upowszechnić. Nie ulega jednak wątpliwości, że podział
środków niezbędnych do rozszerzania umysłu jest nierówny -?nie każdy ma
taką samą możliwość swobodnego poruszania się, obcowania z naturą,
aranżowania przestrzeni w swojej pracy lub nawiązywania bliskich
kontaktów z ekspertami oraz współpracownikami. W trakcie lektury
kolejnych rozdziałów nie możemy zatem zapominać o tym, jak dostępność
rozszerzeń umysłu wpływa na myślenie naszych uczniów, pracowników,
współpracowników i współobywateli.
Metafory kształtują naszą świadomość, zwłaszcza te, które objaśniają nam
działanie naszych własnych umysłów. Wartość podejścia opisanego na
kartach tej książki tkwi w nowej analogii, którą możemy wykorzystać do
wspomagania się w codziennych wysiłkach umysłowych -?w uczeniu się,
zapamiętywaniu nowych informacji, rozwiązywaniu problemów i uruchamianiu
wyobraźni. W przekraczaniu granic intelektualnych nie pomoże nam ani
podkręcanie mocy obliczeniowej mózgu, jakby był maszyną, ani trenowanie
go, jakby był mięśniem. Zamiast tego musimy zadbać, by w naszym
otoczeniu nie brakowało materiałów dających się wpleść w osnowę własnych
myśli.
1. W oryginale human computers. Przed rozpowszechnieniem się elektronicznych maszyn obliczeniowych angielskie słowo computer odnosiło się do osób dokonujących żmudnych, odręcznych kalkulacji. Zanim jednak termin ten został przeszczepiony na grunt języka polskiego, zdążył przyjąć swój obecny zakres znaczeniowy (przyp. tłum.). [wróć]
2. John Harvey Kellogg (1852-1943), obecnie znany głównie jako twórca kukurydzianych płatków śniadaniowych, był zwolennikiem higienicznego stylu życia oraz wyznawcą zakaźnej teorii chorób. Popierał jednak szowinistyczne programy eugeniczne, w tym sterylizowanie osób niepełnosprawnych umysłowo i cierpiących na choroby psychiczne (przyp. tłum.). [wróć]