Jak mam Cię uratować? - Magdalena Benadda

Kup ebooka

45.00 zł
36.00 zł (33,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TYTUŁ: Jak mam cię uratować?

Autorka: Magdalena Benadda

Redakcja: Ewa Popielarz (www.ewapopielarz.pl)

Korekta: Monika Bancerz (monikabancerz.kontakt@gmail.com)

Książka powstała przy wsparciu eBOOKnij to

Dystrybucja: www.eBOOKnijto.com.pl

Okładka: Kamil Potęga - Studio Składam

Skład i oprawa graficzna: Nomads Media

ISBN: 978-83-973127-0-8

Oleśnica 2024

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Autorka oraz wydawca dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były rzetelne i kompletne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności za ich wykorzystanie ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz wydawca nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Prolog - Psycholog

Drogi Rodzicu

Przed Tobą książka, która powstała z myślą o rodzicach dzieci zmagających się z uzależnieniem. W pełni rozumiemy, że droga, którą teraz kroczysz, jest pełna lęku, bezsilności i pytań, na które trudno znaleźć odpowiedzi. Jako psychologowie i psychoterapeuci uzależnień, każdego dnia pracujemy z rodzinami, które przechodzą przez podobne doświadczenia. Wiemy, jak bolesne jest patrzenie, jak dziecko oddala się w świat ryzykownych zachowań. Wiemy też, że na tym etapie często rodzi się nadzieja na to jedno, kluczowe pytanie: Jak mogę cię uratować?

Uzależnienia wśród dzieci i młodzieży to problem złożony. Przybiera różne formy - od narkotyków i alkoholu, przez urządzenia cyfrowe, aż po zachowania kompulsywne, takie jak zakupy. Każde uzależnienie jest inne, ale wspólna dla wszystkich jest jego destrukcyjna siła - dla dziecka i całej rodziny. Młody człowiek, wchodząc w okres dorastania, staje przed wieloma wyzwaniami. Jego potrzeba odrębności, poszukiwania tożsamości i przynależności bywa tak silna, że łatwo ulega wpływowi rówieśników. W sytuacjach tych uzależnienie często staje się odpowiedzią na trudności, z którymi młoda osoba nie potrafi sobie poradzić.

Rodzina jest jednak wciąż kluczowym miejscem, w którym dziecko szuka wsparcia, nawet jeśli zewnętrznie wydaje się, że odrzuca bliskość i pomoc. Rola rodziców jest tu niezwykle istotna - to Wy, swoim codziennym przykładem, kształtujecie obraz świata dziecka. To, co dziecko obserwuje w Waszym zachowaniu, często odgrywa większą rolę niż słowa. Bywa jednak, że nawet w rodzinach wolnych od uzależnień mogą one pojawić się u dziecka, a wtedy życie rodziny zaczyna koncentrować się wokół kryzysu, który dotyka wszystkich.

W tej książce znajdziecie nie tylko historię, ale wsparcie, które pozwoli zrozumieć, co dzieje się z Twoim dzieckiem. Książka podpowiada, jak działać, a przede wszystkim jak nie tracić nadziei. Bo choć uzależnienie bywa potężnym przeciwnikiem, nie oznacza, że nie można go pokonać. Każdy krok ku zrozumieniu i wsparciu dziecka to krok w stronę jego ratunku. Pamiętaj, wszystko zaczyna się od rozmowy.

Para psychologów

Karolina Flacht i Bartosz Śląski

WSTĘP

Słowo do Ciebie...

Była ciemna, zimna i deszczowa listopadowa noc. Jak co miesiąc przyleciałam z Anglii do Polski, by odwiedzić mojego syna w Tym Miejscu. Tęsknota, ból i wyrzuty sumienia, którymi karmiłam się każdego dnia, powodowały fizyczne cierpienie, którego nie byłam w stanie dłużej znieść.

Prowadząc wypożyczony samochód przez pustą i ponurą, pełną łysych drzew drogę, coraz mocniej wciskałam pedał gazu.

- Przepraszam, że nie umiałam cię ochronić, synku! - przekrzykiwałam głośniki, z których dobiegała radiowa muzyka. - To wszystko moja wina!

Lekarstwo na mój ból było na wyciągnięcie ręki. Przed wduszeniem pedału z całych sił i gwałtownym skręceniem w kierunku jednego z drzew powstrzymywała mnie jedynie wizja traumy, którą swoim odejściem zgotowałabym synowi.

- Muszę być silna, nie mogę się poddać. Ale jak mam cię uratować? Do jakiego świata mam cię zabrać, synu? - mówiłam do siebie, dławiąc się łzami.

Kiedy dojechałam do taniego hotelu nieopodal Tego Miejsca, coś we mnie pękło i nastąpił przełom. Wówczas zapragnęłam przelać na papier wszystko, przez co przeszliśmy. Tak, jakby miało to uleczyć moją duszę.

Drugiego dnia, podczas naszego kilkugodzinnego spotkania, na które tak bardzo czekałam, niepewnie opowiedziałam o tym Bartkowi.

- No jasne! Napisz o tym, to świetny pomysł! - odpowiedział bez wahania.

Siedząc w fotelu samolotu w drodze powrotnej do Anglii, która była wtedy moim domem, napisałam w notatniku telefonu pierwsze zdanie.

Przecież to głupie i bez sensu - pomyślałam po chwili - Ludzie mnie zlinczują. Będą mówić, że co to za ma matka, która chce wydać swoje wypociny o narkotykowych wybrykach dziecka. Kasując napisany tekst, postanowiłam już nigdy nie wracać do tego pomysłu.

- Jak ta książka, mamo? Zaczęłaś już pisać? - zapytał Bartek podczas rozmowy telefonicznej kilka dni po naszym spotkaniu.

- Synu, ty naprawdę chcesz, żebym to napisała? - odparłam z niedowierzaniem.

- Tak, mamo, przecież ta historia może pomóc innym ludziom. Jesteś moją bohaterką. Ratujesz mi życie.

- Dobrze, synku, napiszę ją, obiecuję. Jeśli komukolwiek mogłaby pomóc, a tobie dać siłę, zrobię to. Dla ciebie.

I choć nie było mi łatwo wracać pamięcią do wydarzeń, które sprawiły nam tak dużo cierpienia, postanowiłam dotrzymać słowa.

Książka ta ujrzy światło dzienne zaledwie kilkanaście miesięcy od opisanych w niej wydarzeń. Nasza historia cały czas się toczy, a walka o nowe, lepsze życie trwa. Bartek nie poddaje się; za parę miesięcy nie będzie już szesnastoletnim chłopcem, którego podstępem zwabiłam w To Miejsce, a młodym mężczyzną. Jestem z niego dumna, i wierzę, że demony przeszłości już nigdy do nas nie powrócą.

Wszystkim rodzicom, którzy zastanawiają się nad ratowaniem swoich dzieci ze szpon różnych nałogów, chciałabym powiedzieć, że zawsze warto jest walczyć. Nasza droga była i jest trudna, ale jednocześnie pełna prawdziwych cudów.

Dziś już wiem, że pomimo wszystko było warto nią pójść...

Rozdział 1

Lipiec 2023, Wielka Brytania

To była zwyczajna lipcowa sobota na lotnisku East Midlands. Zawsze i wszędzie się spóźniam, ale tego dnia dotarłam na miejsce długo przed czasem. Wchodząc do ogromnej hali, poczułam ulgę. Oznaczało to, że powiódł się pierwszy z etapów misternego planu, który układałam w głowie miliony razy przez ostatnie tygodnie. Było... dobrze. Jeśli w ogóle można tak to określić. Młody niczego się nie domyślił, przynajmniej na razie. Wydawał się zupełnie nieświadomy tego, jak bardzo odmieni się jego życie, i to jeszcze dziś. Szedł tuż obok mnie, taszcząc ze sobą dwie ogromne walizy. Jeszcze parę godzin temu nie miałam pewności, czy w ogóle uda mi się wyciągnąć go z domu. Wystarczyłby jeden fałszywy ruch, a cały plan mógł zostać zrujnowany. Wtedy moją nadzieję na to, że uda mi się wyrwać go z gówna, w które się wpakował, szlag by trafił.

To krótkie poczucie zadowolenia i czegoś na kształt wewnętrznego spokoju zostało brutalnie przerwane przez myśli w rodzaju: "Co z ciebie za matka! Jak można tak bezczelnie oszukiwać dzieciaka. On na pewno ci tego nie wybaczy, stracisz swoje jedyne dziecko! Poza tym to wszystko na bank się nie uda, młody błyskawicznie się skapnie, co się święci, a wtedy co? Będziesz szukać go razem z policją, jak ci spierdzieli w ciemny las?". Znów poczułam, że brakuje mi powietrza, a przed oczami zamajaczyły mi irytujące czarne plamki. O nie, tylko nie teraz! Żadnych dram i omdleń. "Weź się w garść!"

Choć było wcześnie rano, czułam się ogromnie zmęczona. Parę metrów dalej dostrzegłam rząd wolnych krzeseł.

- Usiądziemy na chwilę? - zapytałam.

- Nooo, okej - rzucił Bartek i bez sprzeciwu usiadł obok mnie.

"Jezu, czy on coś podejrzewa? Czy widzi moje zdenerwowanie?" Niespokojne myśli tłukły się po mojej głowie. Miałam nadzieję, że uda mi się w jakiś sposób opanować nerwowe drżenie nóg, ale te zupełnie nie chciały współpracować.

- Auć, cholera no... - syknęłam mimo woli, kiedy moje obolałe od permanentnego stresu mięśnie ud zetknęły się z zimnym metalem krzesła. Od kilku dni dokuczały mi zakwasy tak bolesne, jakbym co najmniej przebiegła maraton.

- Wszystko okej, mamo? - Bartek odwrócił głowę w moją stronę.

- Tak, wszystko w porządku, synku, po prostu nie lubię tych metalowych siedzeń. Mamy jeszcze piętnaście minut do rozpoczęcia odprawy bagażowej. Posiedźmy sobie chwilkę, nie chce mi się stać - odpowiedziałam, wykonując ogromny wysiłek, by brzmieć tak naturalnie, jak to tylko możliwe.

- Dobra, mnie to obojętne - odparł, przeciągając się i opierając łokcie na kolanach.

Nieznośne telepanie rąk i nóg zaczęło mnie już mocno irytować. Sącząc ostatnie łyki zimnego już cappuccino z Costy, obserwowałam ukradkiem szczęśliwe, uśmiechnięte angielskie rodziny wybierające się na wakacje. Hiszpania to zdecydowanie ulubione miejsce ucieczki mieszkańców Wielkiej Brytanii z ich kraju, w którym wiecznie pada i gdzie trudno zaprezentować na sobie najnowszą kolekcję strojów kąpielowych z Primarku. Tatusiowie w crocsach, słomianych kapeluszach i szortach w kwiatki, radosne blond mamy ze starannie wykonanym, koniecznie białym lub french pedicure na paznokciach wystających co najmniej kilka milimetrów z klapków. Klapki. No właśnie... Czy ktoś - oprócz mnie, rzecz jasna - w ogóle zwrócił uwagę, że klapki Anglików są zawsze w stanie nienaruszonym, jakby dopiero co zostały wyciągnięte z pudełka? Białe jest białe, nieskalane żadnym, nawet najmniejszym pyłeczkiem. Spojrzałam na moje polskie laczki kupione zeszłego lata i zrobiło mi się lekko wstyd. Niby czyste, ale jednak nieco zbrukane ziemnym pyłem. Daleko im do perfekcyjnego, lotniskowego kanonu mody. Odruchowo wsunęłam nogi pod siebie.

Nieodzownym elementem angielskich rodzin są też bąbelki, bardziej lub mniej okiełznane, rumiane kaszojady, które w ubraniach jak z żurnala drepczą dzielnie za rodzicami, wykrzykując: "Mummy! Daddy!". Często jeżdżą na walizeczkach w kształcie zwierzątek i znaczą drogę pokruszonymi chrupkami wypadającymi z ich małych, pulchnych, bladych rączek. Na ten widok zalała mnie fala wspomnień. Wróciłam myślami do czasów, kiedy Misiek, teraz już prawie siedemnastoletni chłop, był przesłodkim złotowłosym brzdącem. Kiedy także my chodziliśmy sobie beztrosko po lotnisku, ciesząc się z czekającej nas wyprawy. Poczułam bolesny skurcz w klatce piersiowej. Tak rozpaczliwie pragnęłam powrócić do przeszłości, teleportować się do czasów, kiedy razem oglądaliśmy SpongeBoba, jedliśmy kwaśne żelki i chodziliśmy do kina na Avengersów. Kiedy to ukochane, ciepłe ciałko przychodziło do mnie w nocy się przytulić, a ja czułam absolutną pewność, że jestem w stanie ochronić mojego syna przed całym złem tego świata. Chciałam uciec do tych czasów, kiedy czarna rzeczywistość, z którą teraz musiałam zmierzyć się twarzą w twarz, nie istniała, była daleko poza sferą moich wyobrażeń. "Przecież takie rzeczy przytrafiają się tylko patologii, prawda?" - pomyślałabym jeszcze kilka miesięcy temu.

Dopijając ostatni łyk kawy, spanikowałam. Poczułam na języku znajomy słony smak, wymieszany z goryczą resztek cappuccino, i z przerażeniem odkryłam, że po mojej twarzy płyną mokre strużki, szybko przemieszczając się w dół. O nie, cholera jasna... nie mogę teraz ryczeć. Że też nie potrafię lepiej tego kontrolować! Ze strachem zerknęłam na Miśka... Uff... na szczęście nie patrzył w moją stronę.

Trzęsącymi się jak u alkoholika rękami zaczęłam nerwowo przetrząsać torebkę w poszukiwaniu chusteczek.

"Pamiętam przecież, jak je pakowałam, muszą gdzieś tu, do cholery, być. Na pewno je zabrałam" - mówiłam do siebie w myślach.

Ciepłe strużki sięgały już brody, przez co wpadłam w jeszcze większą panikę. Parszywa torebka! Były w niej dwie czerwone szminki i jeden błyszczyk, lusterko, kilka starych paragonów, nawet gumy do żucia i krem do rąk, czyli rzeczy totalnie teraz bezużyteczne. Nic, co mogłoby mi pomóc. Desperacko szukałam kawałka czegokolwiek, by wytrzeć twarz. Wystarczyłaby przecież sekunda, żeby młody odwrócił głowę, spojrzał na mnie i zapytał, co się dzieje. Zawsze o to pytał, gdy widział, że płaczę. Czułam, że limit kłamstw, którymi musiałam go w ostatnich dniach karmić i które były zaplanowane jeszcze na ten dzień, zaczął osiągać punkt krytyczny. Wiedziałam, że każde kolejne, nawet maleńkie kłamstewko zacznie niebezpiecznie przelewać czarę goryczy, aż w końcu spowoduje, że wybuchnę, spojrzę mu w oczy i powiem: "Chodź, wracamy do domu, synku".

Chusteczki wyparowały. Pamiętam dobrze, że były na liście zakupów, ale - kretynka! - musiałam zostawić je na blacie w kuchni, gdy w popłochu wychodziłam z domu. Podobnie jak parę lat wcześniej, gdy też spiesząc się na lotnisko, wyłączyłam zasilanie elektryczne w całym domu i po powrocie z dwutygodniowej wizyty w Polsce przywitał mnie niemiłosierny smród zepsutego mięsa zostawionego w zamrażarce.

Pomięta serwetka z Costy, znaleziona cudem na dnie torebki, uratowała sytuację. Obiecałam sobie, że ponad wszystko postaram się nie rozkleić i nie płakać. Nie mogłam przecież zdradzić się z tym, co miało za kilka godzin wydarzyć się w Polsce. Bilety kupiłam do Wrocławia, dokąd zawsze latamy, ale do Tego Miejsca trzeba będzie jechać stamtąd jeszcze ponad cztery godziny. Na lotnisku ma czekać na nas moja ukochana ciocia. Ona jedna zgodziła się nam towarzyszyć, kiedy już straciłam nadzieję, że ktokolwiek zechce nam pomóc. Bałam się jechać sama. To było zbyt ryzykowne i nieprzewidywalne. Miałam świadomość, że nie wystarczę, choć tak wiele rzeczy w życiu przychodziło mi dotąd robić w pojedynkę. Potrzebowałam kogoś, kto dosłownie będzie trzymał mnie za rękę; kto będzie bardziej niż ja pewny, że ta najtrudniejsza z decyzji jest dobra. I przekona mnie, że nie jestem potworem. Ciocia - ta ciepła, wspaniała istota, której mogłam powierzyć moje najgłębsze sekrety bez obaw, że zacznie mnie oceniać - choć zmęczona po całym tygodniu pracy w fabryce na nocną zmianę, sama zaproponowała, że z nami pojedzie.

O tym, że nie jestem w tym chorym matriksie przeraźliwe sama, przypominał też rytmicznie wibrujący telefon. Tego dnia musiałam być bardzo ostrożna. Każde, nawet przypadkowe zerknięcie młodego na ekran mojego telefonu mogło skończyć się katastrofą. A za daleko to wszystko zaszło. Nie było powrotu. Mimo że tak bardzo pragnęłam, by zdarzył się cud i żebyśmy nie musieli jechać do Tego Miejsca.

W telefonie cztery nieodebrane połączenia: mama, ciocia, koleżanki - wszyscy bardzo się martwią. Nie mogłam jednak oddzwonić ani odebrać. Przechyliłam ekran pod takim kątem, żeby młody nie był w stanie niczego odczytać, i odpisałam wszystkim, że na razie wszystko jest w porządku.

"W jakim, kurwa, porządku?!" - pomyślałam. W porządku byłoby, gdybyśmy teraz, jak cała reszta ludzi na lotnisku, lecieli na wakacje lub odwiedzić rodzinę. Byłoby w porządku, gdybym nie musiała bezczelnie okłamywać swojego jedynego dziecka!

Spojrzałam na niego. Siedział, opierając łokcie na kolanach, i wpatrywał się w podłogę. Jego długa grzywka w przepięknym odcieniu blond zasłaniała pół twarzy. Jeszcze dziecinnej, gładkiej. Był tak piękny tego dnia. Jednak jego błękitne, mądre oczy pozostawały dziwnie zamglone. Ostatnie koszmarne miesiące przyzwyczaiły mnie do tego widoku. Czarny T-shirt z logo Nike opinał jego wychudzone plecy, na których można było z łatwością policzyć żebra. Był wyraźnie niewyspany i znudzony. W dodatku nie miał telefonu - jego iphone'a ukradła parę tygodni temu na ulicy grupka kolesi w maskach, grożąc mu nożem, a zapasowy telefon zatrzymała policja.

Nagle na dźwięk dziewczęcego, angielskiego szczebiotu podniósł wzrok i chwilę obserwował zza tej swojej bujnej, jasnej czupryny przechodzącą obok nas grupkę nastolatek z krzykliwym makeupem. Każda z nich miała na twarzy podkład o kilka tonów ciemniejszy niż faktyczny kolor ich skóry, a do tego niebotycznie długie doklejone rzęsy i włosy misternie ułożone w zjawiskowe fale niczym z Instagrama. Kąciki moich ust wygięły się na chwilę na kształt czegoś przypominającego uśmiech - na wspomnienie, jak prawie spaliłam sobie włosy, a razem z nimi pół chaty, gdy próbowałam nieudolnie uzyskać podobny efekt. Dziewczęta ubrane były w kuse bluzeczki i opięte legginsy. Krzykliwy wygląd angielskich nastolatek ma według mnie swoje uzasadnienie. Na co dzień opakowane w mundurki rodem z Harry'ego Pottera, jadąc na wakacje, mogą dać upust modowej i makijażowej fantazji. Obserwacja tego kolorowego spektaklu sprawiała mi jakąś dziwną przyjemność. Pozwoliła na kilka sekund przenieść się do istniejącej gdzieś równoległej rzeczywistości, gdzie życie jest proste i przyjemne, a ludzie są szczęśliwi jak w bożonarodzeniowych ckliwych filmach. Rodziny jeżdżą razem na wakacje, by przez tydzień wylegiwać się w słońcu przy basenie, pobyć razem i zwyczajnie cieszyć się życiem. Pozwoliłam sobie w wyobraźni przez krótką chwilę poczuć się częścią tego angielskiego stanu happiness...

Telefon znów zaczął wściekle wibrować. Wykorzystując fakt, że młody powiódł wzrokiem za kolejną grupką nastolatków, tym razem chłopców z dumą prezentujących na sobie ostanie trendy mody sportowej, odczytałam kilka wiadomości na Messengerze.

"Hej, Madzia, jestem z Wami myślami. Udało się dojechać na lotnisko? Błagam, daj znać".

"Boże, tak bardzo się o Was martwię, mam nadzieję, że dacie radę, odezwij się".

To były wiadomości od matek z grupy na Facebooku. Bez ich wsparcia nigdy nie zdecydowałabym się na to, co właśnie stawało się rzeczywistością. Nawet nie chciałam wyobrażać sobie, w jak bardzo czarnej dupie bym była, gdybym niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności nie trafiła na te dzielne, wspaniałe kobiety. Zaskakujące, jak wielu tak zwanych "normalnych" na pierwszy rzut oka ludzi przechodzi przez to samo piekło. Jak łudząco podobne do siebie są ich historie. Nieważne, czy jesteś lekarzem, prawnikiem, nauczycielem akademickim, czy panią na kasie w Biedronce, czy masz pełną rodzinę, czy tak jak ja idziesz przez życie sama. Ten potwór nie patrzy na nic. Atakuje niczym rak, bezlitośnie zmieniając dziecko w zombiaka. Przynosi przerażenie, pustkę i śmiertelny strach o każdy kolejny dzień. Jest jak jazda bez trzymanki i bez hamulców na najszybszym motorze, do tego na ruchliwej autostradzie.

- Otworzyli odprawę - powiedział młody, ziewając. - Idziemy oddać te walizy?

- Dawaj - rzuciłam krótko, bojąc się, że bardziej rozbudowane zdanie mogłoby zdradzić, jak się martwię o ich zawartość.

Bolesne zakwasy na nogach znów dały o sobie znać. Każdy krok był niczym kopniak lub smaganie biczem. Starałam się z całej siły nie zwracać na to uwagi.

Kiedy doszliśmy do stanowiska odprawy bagażowej, moje serce zatrzymało się na kilka sekund. Młody nagle ocknął się z jakiegoś otępienia, w którym znajdował się od rana, co bezsprzecznie pomogło mi przeprowadzić pierwszy, najbardziej ryzykowny etap planu, czyli wyjście z domu. Jego ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy upchałam do walizek, kiedy wysłałam go pod jakimś absurdalnym pretekstem do sklepu. To, że w ogóle dał się na to namówić, potraktowałam jako boską ingerencję. Gdy wrócił ze sklepu, stałam już przed domem ze spakowanymi bagażami i mieliśmy wsiąść do samochodu, w którym czekał na nas znajomy, aby zawieźć nas na lotnisko. I tu pojawiła się pierwsza przeszkoda, przez którą omal nie zemdlałam. Kiedy siedzieliśmy już w samochodzie, a ja drżącymi rękoma zapinałam pasy, młody powiedział, że musi koniecznie wrócić do domu, bo zapomniał zabrać czegoś ze swojego pokoju. Poczułam, jak moja dusza opuszcza ciało.

- No to już po wszystkim, ja pierdolę... Co teraz!? - wycedziłam przez zęby do znajomego, kiedy za synem trzasnęły drzwi pojazdu. - Na bank otworzy swoją szafę i zorientuje się, że niemal wszystkie jego rzeczy zniknęły. Przecież nie jest głupi, wpadnie w szał, jak zobaczy, że nie ma większości jego ubrań. Dlaczego ja tego nie przewidziałam?... Boże!

Byłam pewna, że to już koniec. Te dwie minuty, przez które go nie było, wydawały się wiecznością. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy wyszedł z domu i spokojnie przekręcił klucz w zamku.

Wszystkie moje mięśnie zesztywniały, gdy zapinał pasy na tylnym siedzeniu. "Czy powie, że widział puste półki, czy może gra na zwłokę i zaraz wybuchnie tysiącami pytań? Przecież musiał się zorientować, że z jego pokoju zniknęły najpotrzebniejsze rzeczy".

Mój oddech stał się ciężki jak ołów. Ale wyszliśmy z domu, to było najważniejsze. Po drodze patrzyłam na jego twarzyczkę odbijającą się w lusterku samochodu... Jego błękitne oczy wydawały się tak bardzo nieobecne. Ten widok sprowokował kolejne bolesne ukłucie w moim sercu.

- Po co w ogóle zabieramy aż trzy walizki? Zawsze bierzesz tylko bagaż podręczny, przecież za cztery dni wracamy do domu. Jedziemy tylko na pogrzeb, prawda? - rzucił nagle młody.

Stał blisko mnie i patrzył mi prosto w oczy, a ja kolejny raz skamieniałam.

"No to teraz myśl, idiotko, jak sprzedać mu kolejną bujdę, która będzie na tyle wiarygodna, żeby uśpić jego czujność" - pomyślałam, desperacko próbując odszukać w pamięci listę kłamstw misternie przygotowywanych na wypadek pytania o walizki.

- Eee, no bo... - zaczęłam się jąkać. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jaki miałam wyraz twarzy. - Ciocia poprosiła, żebym kupiła słodycze i kilka ubrań z Primarku dla jej wnuczki, Emilki - palnęłam, czując, że gorszej ściemy nie mogłam wymyślić.

PODZIĘKOWANIA

Bartku - Twoja siła i chęć zmiany są dla mnie największą inspiracją i motywacją. Jesteś potwierdzeniem, że niemożliwe rzeczy nie istnieją. Dziękuję, że nie pozwoliłeś mi się poddać. Jestem wdzięczna światu, że mam zaszczyt być mamą tak wyjątkowego człowieka.

Mamy Uzależnionych Dzieci, które spotkałam na swojej drodze, a zwłaszcza na jej początku - bez Was nie zrobiłabym pierwszego kroku. Dziękuję za wszelkie wsparcie, za godziny rozmów i za świadectwo waszej walki. Bez Was nic by się nie udało.

Ciociu Ewo - nie jestem w stanie opisać jak bardzo jestem Ci wdzięczna za to, że pomimo własnych problemów i zmęczenia, postanowiłaś wybrać się z nami w daleką i trudną drogę do Tego Miejsca. Nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego towarzysza tej najtrudniejszej podróży mojego życia. Dziękuję, że nie pozwoliłaś mi upaść.

Mamo - dziękuję, że byłaś ze mną w każdym trudnym momencie.

Żaneta - przyjmij jeszcze raz moje najszczersze przeprosiny za wmieszanie Ciebie i Twojej Mamy w naszą intrygę. Na wojnie cel uświęca środki. Dziękuję, że zrozumiałaś i mam nadzieję, że Twoja mama mi wybaczy i wspólnie będziemy śmiać się z tego, gdy już wszyscy będziemy znowu razem po drugiej stronie.

Monika - dziękuję za wsparcie i za to, że drzwi Twojego Domu były dla mnie zawsze otwarte.

Szczególne podziękowania kieruję do wspierających mnie w procesie powstawania książki.

Alicja Gajda - dziękuję za Twoje cenne rady i uwagi. To Ty pokazałaś mi, jak z początkującej blogerki zostać pisarką. Dziękuję za nasze długie pogadanki, dzięki którym stworzyłam w swojej wyobraźni obraz tej książki.

Eliza "eBOOKnij to" - dziękuję za Twoją nieskończoną cierpliwość i wsparcie. Byłaś oazą spokoju, kiedy w mojej głowie szalały sztormy.

Ewa Popielarz - dziękuję za wspaniałą redakcję i ciągły kontakt.

Monika Bancerz - dziękuję za profesjonalną korektę.

Alicja Bęś - dziękuję za wiarę, że to wszystko się uda.

Dziękuję wszystkim patronom medialnym. Los postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi.

Pracownia Lawenda