Rozdział 1
Lipiec 2023, Wielka Brytania
To była zwyczajna lipcowa sobota na lotnisku East Midlands. Zawsze i wszędzie się spóźniam, ale tego dnia dotarłam na miejsce długo przed czasem. Wchodząc do ogromnej hali, poczułam ulgę. Oznaczało to, że powiódł się pierwszy z etapów misternego planu, który układałam w głowie miliony razy przez ostatnie tygodnie. Było... dobrze. Jeśli w ogóle można tak to określić. Młody niczego się nie domyślił, przynajmniej na razie. Wydawał się zupełnie nieświadomy tego, jak bardzo odmieni się jego życie, i to jeszcze dziś. Szedł tuż obok mnie, taszcząc ze sobą dwie ogromne walizy. Jeszcze parę godzin temu nie miałam pewności, czy w ogóle uda mi się wyciągnąć go z domu. Wystarczyłby jeden fałszywy ruch, a cały plan mógł zostać zrujnowany. Wtedy moją nadzieję na to, że uda mi się wyrwać go z gówna, w które się wpakował, szlag by trafił.
To krótkie poczucie zadowolenia i czegoś na kształt wewnętrznego spokoju zostało brutalnie przerwane przez myśli w rodzaju: "Co z ciebie za matka! Jak można tak bezczelnie oszukiwać dzieciaka. On na pewno ci tego nie wybaczy, stracisz swoje jedyne dziecko! Poza tym to wszystko na bank się nie uda, młody błyskawicznie się skapnie, co się święci, a wtedy co? Będziesz szukać go razem z policją, jak ci spierdzieli w ciemny las?". Znów poczułam, że brakuje mi powietrza, a przed oczami zamajaczyły mi irytujące czarne plamki. O nie, tylko nie teraz! Żadnych dram i omdleń. "Weź się w garść!"
Choć było wcześnie rano, czułam się ogromnie zmęczona. Parę metrów dalej dostrzegłam rząd wolnych krzeseł.
- Usiądziemy na chwilę? - zapytałam.
- Nooo, okej - rzucił Bartek i bez sprzeciwu usiadł obok mnie.
"Jezu, czy on coś podejrzewa? Czy widzi moje zdenerwowanie?" Niespokojne myśli tłukły się po mojej głowie. Miałam nadzieję, że uda mi się w jakiś sposób opanować nerwowe drżenie nóg, ale te zupełnie nie chciały współpracować.
- Auć, cholera no... - syknęłam mimo woli, kiedy moje obolałe od permanentnego stresu mięśnie ud zetknęły się z zimnym metalem krzesła. Od kilku dni dokuczały mi zakwasy tak bolesne, jakbym co najmniej przebiegła maraton.
- Wszystko okej, mamo? - Bartek odwrócił głowę w moją stronę.
- Tak, wszystko w porządku, synku, po prostu nie lubię tych metalowych siedzeń. Mamy jeszcze piętnaście minut do rozpoczęcia odprawy bagażowej. Posiedźmy sobie chwilkę, nie chce mi się stać - odpowiedziałam, wykonując ogromny wysiłek, by brzmieć tak naturalnie, jak to tylko możliwe.
- Dobra, mnie to obojętne - odparł, przeciągając się i opierając łokcie na kolanach.
Nieznośne telepanie rąk i nóg zaczęło mnie już mocno irytować. Sącząc ostatnie łyki zimnego już cappuccino z Costy, obserwowałam ukradkiem szczęśliwe, uśmiechnięte angielskie rodziny wybierające się na wakacje. Hiszpania to zdecydowanie ulubione miejsce ucieczki mieszkańców Wielkiej Brytanii z ich kraju, w którym wiecznie pada i gdzie trudno zaprezentować na sobie najnowszą kolekcję strojów kąpielowych z Primarku. Tatusiowie w crocsach, słomianych kapeluszach i szortach w kwiatki, radosne blond mamy ze starannie wykonanym, koniecznie białym lub french pedicure na paznokciach wystających co najmniej kilka milimetrów z klapków. Klapki. No właśnie... Czy ktoś - oprócz mnie, rzecz jasna - w ogóle zwrócił uwagę, że klapki Anglików są zawsze w stanie nienaruszonym, jakby dopiero co zostały wyciągnięte z pudełka? Białe jest białe, nieskalane żadnym, nawet najmniejszym pyłeczkiem. Spojrzałam na moje polskie laczki kupione zeszłego lata i zrobiło mi się lekko wstyd. Niby czyste, ale jednak nieco zbrukane ziemnym pyłem. Daleko im do perfekcyjnego, lotniskowego kanonu mody. Odruchowo wsunęłam nogi pod siebie.
Nieodzownym elementem angielskich rodzin są też bąbelki, bardziej lub mniej okiełznane, rumiane kaszojady, które w ubraniach jak z żurnala drepczą dzielnie za rodzicami, wykrzykując: "Mummy! Daddy!". Często jeżdżą na walizeczkach w kształcie zwierzątek i znaczą drogę pokruszonymi chrupkami wypadającymi z ich małych, pulchnych, bladych rączek. Na ten widok zalała mnie fala wspomnień. Wróciłam myślami do czasów, kiedy Misiek, teraz już prawie siedemnastoletni chłop, był przesłodkim złotowłosym brzdącem. Kiedy także my chodziliśmy sobie beztrosko po lotnisku, ciesząc się z czekającej nas wyprawy. Poczułam bolesny skurcz w klatce piersiowej. Tak rozpaczliwie pragnęłam powrócić do przeszłości, teleportować się do czasów, kiedy razem oglądaliśmy SpongeBoba, jedliśmy kwaśne żelki i chodziliśmy do kina na Avengersów. Kiedy to ukochane, ciepłe ciałko przychodziło do mnie w nocy się przytulić, a ja czułam absolutną pewność, że jestem w stanie ochronić mojego syna przed całym złem tego świata. Chciałam uciec do tych czasów, kiedy czarna rzeczywistość, z którą teraz musiałam zmierzyć się twarzą w twarz, nie istniała, była daleko poza sferą moich wyobrażeń. "Przecież takie rzeczy przytrafiają się tylko patologii, prawda?" - pomyślałabym jeszcze kilka miesięcy temu.
Dopijając ostatni łyk kawy, spanikowałam. Poczułam na języku znajomy słony smak, wymieszany z goryczą resztek cappuccino, i z przerażeniem odkryłam, że po mojej twarzy płyną mokre strużki, szybko przemieszczając się w dół. O nie, cholera jasna... nie mogę teraz ryczeć. Że też nie potrafię lepiej tego kontrolować! Ze strachem zerknęłam na Miśka... Uff... na szczęście nie patrzył w moją stronę.
Trzęsącymi się jak u alkoholika rękami zaczęłam nerwowo przetrząsać torebkę w poszukiwaniu chusteczek.
"Pamiętam przecież, jak je pakowałam, muszą gdzieś tu, do cholery, być. Na pewno je zabrałam" - mówiłam do siebie w myślach.
Ciepłe strużki sięgały już brody, przez co wpadłam w jeszcze większą panikę. Parszywa torebka! Były w niej dwie czerwone szminki i jeden błyszczyk, lusterko, kilka starych paragonów, nawet gumy do żucia i krem do rąk, czyli rzeczy totalnie teraz bezużyteczne. Nic, co mogłoby mi pomóc. Desperacko szukałam kawałka czegokolwiek, by wytrzeć twarz. Wystarczyłaby przecież sekunda, żeby młody odwrócił głowę, spojrzał na mnie i zapytał, co się dzieje. Zawsze o to pytał, gdy widział, że płaczę. Czułam, że limit kłamstw, którymi musiałam go w ostatnich dniach karmić i które były zaplanowane jeszcze na ten dzień, zaczął osiągać punkt krytyczny. Wiedziałam, że każde kolejne, nawet maleńkie kłamstewko zacznie niebezpiecznie przelewać czarę goryczy, aż w końcu spowoduje, że wybuchnę, spojrzę mu w oczy i powiem: "Chodź, wracamy do domu, synku".
Chusteczki wyparowały. Pamiętam dobrze, że były na liście zakupów, ale - kretynka! - musiałam zostawić je na blacie w kuchni, gdy w popłochu wychodziłam z domu. Podobnie jak parę lat wcześniej, gdy też spiesząc się na lotnisko, wyłączyłam zasilanie elektryczne w całym domu i po powrocie z dwutygodniowej wizyty w Polsce przywitał mnie niemiłosierny smród zepsutego mięsa zostawionego w zamrażarce.
Pomięta serwetka z Costy, znaleziona cudem na dnie torebki, uratowała sytuację. Obiecałam sobie, że ponad wszystko postaram się nie rozkleić i nie płakać. Nie mogłam przecież zdradzić się z tym, co miało za kilka godzin wydarzyć się w Polsce. Bilety kupiłam do Wrocławia, dokąd zawsze latamy, ale do Tego Miejsca trzeba będzie jechać stamtąd jeszcze ponad cztery godziny. Na lotnisku ma czekać na nas moja ukochana ciocia. Ona jedna zgodziła się nam towarzyszyć, kiedy już straciłam nadzieję, że ktokolwiek zechce nam pomóc. Bałam się jechać sama. To było zbyt ryzykowne i nieprzewidywalne. Miałam świadomość, że nie wystarczę, choć tak wiele rzeczy w życiu przychodziło mi dotąd robić w pojedynkę. Potrzebowałam kogoś, kto dosłownie będzie trzymał mnie za rękę; kto będzie bardziej niż ja pewny, że ta najtrudniejsza z decyzji jest dobra. I przekona mnie, że nie jestem potworem. Ciocia - ta ciepła, wspaniała istota, której mogłam powierzyć moje najgłębsze sekrety bez obaw, że zacznie mnie oceniać - choć zmęczona po całym tygodniu pracy w fabryce na nocną zmianę, sama zaproponowała, że z nami pojedzie.
O tym, że nie jestem w tym chorym matriksie przeraźliwe sama, przypominał też rytmicznie wibrujący telefon. Tego dnia musiałam być bardzo ostrożna. Każde, nawet przypadkowe zerknięcie młodego na ekran mojego telefonu mogło skończyć się katastrofą. A za daleko to wszystko zaszło. Nie było powrotu. Mimo że tak bardzo pragnęłam, by zdarzył się cud i żebyśmy nie musieli jechać do Tego Miejsca.
W telefonie cztery nieodebrane połączenia: mama, ciocia, koleżanki - wszyscy bardzo się martwią. Nie mogłam jednak oddzwonić ani odebrać. Przechyliłam ekran pod takim kątem, żeby młody nie był w stanie niczego odczytać, i odpisałam wszystkim, że na razie wszystko jest w porządku.
"W jakim, kurwa, porządku?!" - pomyślałam. W porządku byłoby, gdybyśmy teraz, jak cała reszta ludzi na lotnisku, lecieli na wakacje lub odwiedzić rodzinę. Byłoby w porządku, gdybym nie musiała bezczelnie okłamywać swojego jedynego dziecka!
Spojrzałam na niego. Siedział, opierając łokcie na kolanach, i wpatrywał się w podłogę. Jego długa grzywka w przepięknym odcieniu blond zasłaniała pół twarzy. Jeszcze dziecinnej, gładkiej. Był tak piękny tego dnia. Jednak jego błękitne, mądre oczy pozostawały dziwnie zamglone. Ostatnie koszmarne miesiące przyzwyczaiły mnie do tego widoku. Czarny T-shirt z logo Nike opinał jego wychudzone plecy, na których można było z łatwością policzyć żebra. Był wyraźnie niewyspany i znudzony. W dodatku nie miał telefonu - jego iphone'a ukradła parę tygodni temu na ulicy grupka kolesi w maskach, grożąc mu nożem, a zapasowy telefon zatrzymała policja.
Nagle na dźwięk dziewczęcego, angielskiego szczebiotu podniósł wzrok i chwilę obserwował zza tej swojej bujnej, jasnej czupryny przechodzącą obok nas grupkę nastolatek z krzykliwym makeupem. Każda z nich miała na twarzy podkład o kilka tonów ciemniejszy niż faktyczny kolor ich skóry, a do tego niebotycznie długie doklejone rzęsy i włosy misternie ułożone w zjawiskowe fale niczym z Instagrama. Kąciki moich ust wygięły się na chwilę na kształt czegoś przypominającego uśmiech - na wspomnienie, jak prawie spaliłam sobie włosy, a razem z nimi pół chaty, gdy próbowałam nieudolnie uzyskać podobny efekt. Dziewczęta ubrane były w kuse bluzeczki i opięte legginsy. Krzykliwy wygląd angielskich nastolatek ma według mnie swoje uzasadnienie. Na co dzień opakowane w mundurki rodem z Harry'ego Pottera, jadąc na wakacje, mogą dać upust modowej i makijażowej fantazji. Obserwacja tego kolorowego spektaklu sprawiała mi jakąś dziwną przyjemność. Pozwoliła na kilka sekund przenieść się do istniejącej gdzieś równoległej rzeczywistości, gdzie życie jest proste i przyjemne, a ludzie są szczęśliwi jak w bożonarodzeniowych ckliwych filmach. Rodziny jeżdżą razem na wakacje, by przez tydzień wylegiwać się w słońcu przy basenie, pobyć razem i zwyczajnie cieszyć się życiem. Pozwoliłam sobie w wyobraźni przez krótką chwilę poczuć się częścią tego angielskiego stanu happiness...
Telefon znów zaczął wściekle wibrować. Wykorzystując fakt, że młody powiódł wzrokiem za kolejną grupką nastolatków, tym razem chłopców z dumą prezentujących na sobie ostanie trendy mody sportowej, odczytałam kilka wiadomości na Messengerze.
"Hej, Madzia, jestem z Wami myślami. Udało się dojechać na lotnisko? Błagam, daj znać".
"Boże, tak bardzo się o Was martwię, mam nadzieję, że dacie radę, odezwij się".
To były wiadomości od matek z grupy na Facebooku. Bez ich wsparcia nigdy nie zdecydowałabym się na to, co właśnie stawało się rzeczywistością. Nawet nie chciałam wyobrażać sobie, w jak bardzo czarnej dupie bym była, gdybym niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności nie trafiła na te dzielne, wspaniałe kobiety. Zaskakujące, jak wielu tak zwanych "normalnych" na pierwszy rzut oka ludzi przechodzi przez to samo piekło. Jak łudząco podobne do siebie są ich historie. Nieważne, czy jesteś lekarzem, prawnikiem, nauczycielem akademickim, czy panią na kasie w Biedronce, czy masz pełną rodzinę, czy tak jak ja idziesz przez życie sama. Ten potwór nie patrzy na nic. Atakuje niczym rak, bezlitośnie zmieniając dziecko w zombiaka. Przynosi przerażenie, pustkę i śmiertelny strach o każdy kolejny dzień. Jest jak jazda bez trzymanki i bez hamulców na najszybszym motorze, do tego na ruchliwej autostradzie.
- Otworzyli odprawę - powiedział młody, ziewając. - Idziemy oddać te walizy?
- Dawaj - rzuciłam krótko, bojąc się, że bardziej rozbudowane zdanie mogłoby zdradzić, jak się martwię o ich zawartość.
Bolesne zakwasy na nogach znów dały o sobie znać. Każdy krok był niczym kopniak lub smaganie biczem. Starałam się z całej siły nie zwracać na to uwagi.
Kiedy doszliśmy do stanowiska odprawy bagażowej, moje serce zatrzymało się na kilka sekund. Młody nagle ocknął się z jakiegoś otępienia, w którym znajdował się od rana, co bezsprzecznie pomogło mi przeprowadzić pierwszy, najbardziej ryzykowny etap planu, czyli wyjście z domu. Jego ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy upchałam do walizek, kiedy wysłałam go pod jakimś absurdalnym pretekstem do sklepu. To, że w ogóle dał się na to namówić, potraktowałam jako boską ingerencję. Gdy wrócił ze sklepu, stałam już przed domem ze spakowanymi bagażami i mieliśmy wsiąść do samochodu, w którym czekał na nas znajomy, aby zawieźć nas na lotnisko. I tu pojawiła się pierwsza przeszkoda, przez którą omal nie zemdlałam. Kiedy siedzieliśmy już w samochodzie, a ja drżącymi rękoma zapinałam pasy, młody powiedział, że musi koniecznie wrócić do domu, bo zapomniał zabrać czegoś ze swojego pokoju. Poczułam, jak moja dusza opuszcza ciało.
- No to już po wszystkim, ja pierdolę... Co teraz!? - wycedziłam przez zęby do znajomego, kiedy za synem trzasnęły drzwi pojazdu. - Na bank otworzy swoją szafę i zorientuje się, że niemal wszystkie jego rzeczy zniknęły. Przecież nie jest głupi, wpadnie w szał, jak zobaczy, że nie ma większości jego ubrań. Dlaczego ja tego nie przewidziałam?... Boże!
Byłam pewna, że to już koniec. Te dwie minuty, przez które go nie było, wydawały się wiecznością. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy wyszedł z domu i spokojnie przekręcił klucz w zamku.
Wszystkie moje mięśnie zesztywniały, gdy zapinał pasy na tylnym siedzeniu. "Czy powie, że widział puste półki, czy może gra na zwłokę i zaraz wybuchnie tysiącami pytań? Przecież musiał się zorientować, że z jego pokoju zniknęły najpotrzebniejsze rzeczy".
Mój oddech stał się ciężki jak ołów. Ale wyszliśmy z domu, to było najważniejsze. Po drodze patrzyłam na jego twarzyczkę odbijającą się w lusterku samochodu... Jego błękitne oczy wydawały się tak bardzo nieobecne. Ten widok sprowokował kolejne bolesne ukłucie w moim sercu.
- Po co w ogóle zabieramy aż trzy walizki? Zawsze bierzesz tylko bagaż podręczny, przecież za cztery dni wracamy do domu. Jedziemy tylko na pogrzeb, prawda? - rzucił nagle młody.
Stał blisko mnie i patrzył mi prosto w oczy, a ja kolejny raz skamieniałam.
"No to teraz myśl, idiotko, jak sprzedać mu kolejną bujdę, która będzie na tyle wiarygodna, żeby uśpić jego czujność" - pomyślałam, desperacko próbując odszukać w pamięci listę kłamstw misternie przygotowywanych na wypadek pytania o walizki.
- Eee, no bo... - zaczęłam się jąkać. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jaki miałam wyraz twarzy. - Ciocia poprosiła, żebym kupiła słodycze i kilka ubrań z Primarku dla jej wnuczki, Emilki - palnęłam, czując, że gorszej ściemy nie mogłam wymyślić.