Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych - Christel Petitcollin


Reflow text when sidebars are open.
Najmilsi czytelnicy!
Po raz pierwszy piszę książkę, która ma charakter listu czy dialogu, przeznaczoną jedynie dla tych spośród was, którzy znają treść poprzedniej, pisali mi o niej i oczekują dalszego ciągu. Temu pisarskiemu eksperymentowi towarzyszy dziwne, pełne entuzjazmu, ale też onieśmielające wrażenie: z jednej strony mam wam do przekazania wiele rzeczy i liczę, że okażą się przydatne, jednak z drugiej wiem, jak wielkie są wasze oczekiwania, jak nienasycona ciekawość i jak daleko idąca dociekliwość. Będziecie skanowali wszystkie rozwiązania, które zaproponuję. Mam nadzieję, że ta nowa książka przede wszystkim zaspokoi waszą potrzebę rozumienia, a w drugiej kolejności wywoła lawinę jeszcze bardziej wnikliwych pytań. Wiem również, że do głosu dojdzie wasza uczuciowość. A to nie lada wyzwanie!
Wydanie drukiem Jak mniej myśleć to była (i wciąż jest) niesamowita przygoda: nigdy wcześniej nie otrzymałam tylu elektronicznych i papierowych listów, postów i SMS-ów dotyczących jakiejkolwiek mojej książki. Od chwili publikacji dostaję przeciętnie dziesięć wiadomości tygodniowo. Wasze odpowiedzi, opinie i pytania już zajmują więcej miejsca niż sam tekst książki! Również za to wyrażam wdzięczność: dziękuję, że poświęciliście tyle czasu, by dzielić się ze mną waszymi odczuciami. Pragnę też przeprosić, że nie odpowiedziałam na tę całą korespondencję. Przyznaję, że przytłoczyła mnie ona: nachodzące maile spychały poprzednie na dalsze strony, coraz to dalej i dalej... Do tej pory nie opracowałam metody optymalnego zarządzania skrzynką odbiorczą. Przepraszam zatem wszystkich, którym nie odpowiedziałam. Napisałam inne książki, które także budzą żywy oddźwięk. Wprawdzie czytam każdy nadchodzący list, jednak nie mogę reagować na tasiemcową korespondencję. Jest to bardzo frustrujące i dla was, i dla mnie!
W swoich listach składaliście mi gorące, żarliwe, także czułe podziękowania: niektórzy zwracali się do mnie "droga Christel", ściskali mnie, całowali... Wielu zwierzało mi się z doznawanych cierpień: "Po tylu latach udręki wreszcie dowiaduję się, kim jestem". Wstrząsnęły mną niektóre maile, zwłaszcza tchnące rozpaczą; ich treść często sprowadzała się do konkluzji: "Ocaliła mnie Pani przed samobójstwem". Dzieliliście się ze mną swoimi życiowymi doświadczeniami, swoimi przypuszczeniami, relacjonowaliście (nieraz na kilku stronach) swoje mentalne wędrówki, wreszcie zasypywaliście mnie pytaniami...
Podczas konsultacji w gabinecie mogliśmy razem znajdować oparcie w treści Jak mniej myśleć i korzystając ze zgromadzonej przez każdego wiedzy o sobie samym, czynić postępy w odkrywaniu waszych psychicznych mechanizmów. Mogliśmy stawiać hipotezy, a następnie potwierdzać je bądź odrzucać. A że wasza kreatywność jest niespożyta, zaskakiwaliście mnie, niekiedy nawet wprawiając w podziw, konstruktywnym sposobem, w jaki czyniliście użytek ze zdobytej wiedzy o waszej osobowości. Krótko mówiąc, muszę wyznać, że praca z wami i dalsze wspólne dociekanie, jak funkcjonują wasze umysły, sprawiają mi ogromną przyjemność!
Niektórzy spośród was pytali, jakie są moje kompetencje do zajmowania się tematem nadwydajności. Spodziewali się, że po przeprowadzeniu wielu sekcji mózgu wyizolowałam neuron, gen czy sekwencję DNA odpowiedzialne za tę cechę. Domagali się niezawodnego testu, który wykazałby bezapelacyjnie, że są nadwydajni. Niekiedy traktowali mnie podejrzliwie: skąd po jednej rozmowie, a nawet po kilku zdaniach, mogę wiedzieć, że nie są normalnie myślący? Niełatwo wyjaśnić, że małpio zwinna myśl, skacząca od jednego pomysłu do drugiego i odbijająca się od nich jak piłeczka pingpongowa, ujawnia się z reguły w pierwszym zdaniu! Często czułam się jak botanik z żołędziem w dłoni, stojący naprzeciw podejrzliwej osoby, której trzeba udowodnić, że spadł on z dębu.
Tak więc: jakie są moje kompetencje do zajmowania się tym tematem? Nie łamcie sobie głowy: żadne! I dzięki temu mogłam podejść do tych spraw w sposób nietuzinkowy. Moja specjalność to komunikacja międzyludzka i rozwój osobisty. Mogłam prowadzić swoje badania tylko w interakcji z wami, bez jakiegokolwiek "patologizowania". W trakcie pracy, jaką wykonuję, w pierwszej kolejności słucha się, obserwuje i dokumentuje, następnie segreguje dane i zestawia je ze sobą, by wreszcie przejść do syntezy. Takie rozmowy, w których gromadzi się informacje, nie sugerując odpowiedzi, socjologowie określają mianem wywiadów jakościowych. Okazuje się, że już od dwudziestu lat całymi dniami robię tylko i wyłącznie wywiady jakościowe! Tak naprawdę to wy napisaliście Jak mniej myśleć i właśnie dlatego w tej książce od pierwszej do ostatniej strony rozpoznawaliście samych siebie.
Tym razem również słuchałam was, obserwowałam, wypytywałam. Na ile to było możliwe, zapoznałam się z waszą jakże obfitą korespondencją, starałam się zrozumieć, co was nurtuje, co niepokoi, i wraz z wami szukałam możliwych rozwiązań. Oczywiście zebrałam obszerną dokumentację. Książka, którą obecnie czytacie, jest w znacznej mierze waszym dziełem, gdyż powstała we współpracy z wami, dzięki waszej aktywności i zapałowi. Wszystkim serdecznie dziękuję za wydatne wzbogacenie tej publikacji.
Paradoksalnie, mimo że składa się ona w zasadzie z dostarczonych przez was treści, mam nadzieję, że nieraz was zaskoczę, przedstawiając nowatorskie sposoby rozumowania. Postanowiłam poprowadzić was ścieżkami innymi niż wskazywane przez autorów znanych mi książek i artykułów o nieprzeciętnych zdolnościach. Oferuję wam eksplorację wielokierunkową: autyzm, utraconego bliźniaka, szamanizm, fizykę kwantową, szympansy... Radzę wam przeczytać książki wymienione w mojej bibliografii: znajdziecie w nich następne wskazówki i pogłębicie wiedzę o proponowanych przeze mnie sposobach postępowania. Ze swojej strony odpowiem na niektóre z zadawanych mi pytań: o hiperemocjonalność, o stosunki ze światem pracy, o miłość... a także na takie, które zapominacie zadać sami sobie: o pieniądze, o nieuniknione obowiązki społeczno-towarzyskie, o wzajemność niezbędną w kontaktach między ludźmi... Zgodnie ze swoim zwyczajem opracowałam, strona po stronie, spójną metodę rozumowania, proszę więc, byście podążali za mną krok po kroku. Choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy z was zdecydują się na wyrywkowe czytanie tych stronic!
Przede wszystkim jednak jeszcze raz chciałabym z całego serca podziękować za okazywane mi zaufanie wszystkim tym, którzy trzymają w rękach tę nową książkę. Tak wiele mam wam do powiedzenia, nie traćmy więc czasu. W drogę!
Rozdział 1
Analiza waszej korespondencji
Szanowna Pani,
pisać do Pani osobiście to dla mnie zaszczyt. Przypuszczałam, że do Pani trudno dotrzeć, ale w trakcie swoich poszukiwań z przyjemnością stwierdziłam, że wcale tak nie jest.
Latem 2012 roku za namową znanej księgarni wysyłkowej zajrzałam do rozprowadzanego przez nią katalogu, gdzie zauważyłam Jak mniej myśleć Pani autorstwa. Mam dwadzieścia cztery lata i już od wczesnego dzieciństwa nieustannie słyszę to zdanie: "Za dużo myślisz"1, które za każdym razem potęguje we mnie poczucie niezrozumienia, a także wątpliwość, czy jestem przy zdrowych zmysłach.
Pani książkę, którą kupiłam raczej dla rozrywki, zaciekawiona jej tematyką, pochłonęłam w tydzień! Dla mnie to była rewelacja... Czytając na kolejnych stronach analizy psychiki Pani pacjentów, stopniowo nabierałam przekonania, że te wszystkie słowa są skierowane do mnie. Nie do wiary. Rozreklamowałam dzieło w swoim otoczeniu, szczęśliwa, że temu "analizowaniu bez końca" można wreszcie przypisać używane przez Panią pojęcie: "nadwydajność mentalna". Moja kampania czytelnicza wśród bliskich odniosła wielki sukces w przypadku osób, których umysł ma skłonność do autoanalizy, czyli uprawiających self thinking, natomiast odpowiedź tych bardziej przyziemnych była z reguły taka sama: "Takie książki są jak horoskopy. Ich treść jest tak sformułowana, żebyś mogła się z nią identyfikować i od razu poczuć zrozumiana. Jesteś pewna, że nie stoi za tym jakaś sekta?". Wyobrażam sobie, jaki uśmiech wywołuje to na Pani twarzy...
Tak więc całymi miesiącami mówiłam sobie, że to jest to. W końcu mogłam jakoś zaszufladkować tę cechę charakteru, którą od pewnego czasu usiłowałam tłumić, zwłaszcza stwierdziwszy znikomą reakcję na moją odmienność tych, z którymi się stykałam. Teraz miałam wrażenie, że naprawdę jestem z innej planety i że właśnie znalazłam bratnią duszę.
Jednak oceniając to z dzisiejszej perspektywy, zastanawiam się, czy trochę nie przebrałam miary. Gdy o tym mówię, niektórzy mi odpowiadają: "Och, tak, ja też bez przerwy myślę. Czasem tak bardzo pragnę, żeby to się skończyło!".
W takich przypadkach skłaniam się ku trzem hipotezom:
- źle wyjaśniłam swoją teorię,
- ci ludzie są rzeczywiście nadwydajni mentalnie (w co jednak wątpię, bo w takim razie byłoby ich na świecie mnóstwo...),
- a może ja wcale nie jestem nadwydajna i tylko wskutek złej interpretacji rozpoznałam siebie w Pani książce...
Chciałabym jeszcze napisać o czymś innym. Odkąd uznałam siebie za nadwydajną mentalnie, najpierw odczułam ulgę, że wreszcie ktoś mnie rozumie i że w tej sytuacji nie jestem sama, a następnie zaczęłam przeceniać swoje zdolności intelektualne, co mnie naraża na niemiłe niespodzianki. I tak, mam lekką skłonność do traktowania ludzi z góry, więc codziennie pracuję nad zmianą tej postawy (choć odkrycie mojej nadwydajności nie skłoniło mnie do większej rozwagi). Niech Pani jednak nie myśli, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. Przeciwnie, jestem osobą hojną, altruistką, troszczącą się (może nawet zbytnio?) o szczęście innych. Ale skoro napomykam o wywyższaniu się, ta wada przejawia się wykluczaniem z mojego życia osób nieinteligentnych. Otaczam się wyłącznie ludźmi o żywym umyśle (niezależnie od poziomu wykształcenia). Podtrzymywanie przyjaźni z pozostałymi to, moim zdaniem, strata czasu, bo oni nigdy nie zrozumieją tego, co chciałabym im przekazać (proszę mi uwierzyć: próbowałam!). Zresztą świat roi się od ludzi interesujących i mających jakąś pasję, jest tyle spraw, którymi można się dzielić...
A moi rozumujący po kartezjańsku bliscy na samo napomknienie, że zamierzam nawiązać z Panią kontakt, stwierdzają: "Ojojoj! Chyba ci odbiło. Pewnie jako nastolatka za dużo imprezowałaś. Ta twoja teoria jest jakaś hipisowska. Aleś się zagalopowała!".
Dziękuję, kochani!
Czyli uznali mnie za wariatkę, a ja powoli zamykałam się jak ostryga, święcie przekonana, że mają rację. Ale tak było, zanim przeczytałam Pani książkę. Teraz czuję, że wyprzedzam zwykłych zjadaczy chleba o kilka długości.
Mówiła Pani, co to znaczy być nadzwyczajnie uzdolnionym, mieć wysokie IQ. Właściwie to chciałabym zrobić sobie ten test. Bo odkąd byłam małą dziewczynką, niektóre osoby mówiły, że jestem "specyficzna", "bardzo inteligentna" i że to się wyczuwa. Zresztą któregoś dnia zajrzałam do kwestionariusza IQ, ale szybko się zniechęciłam: jakbym waliła głową o mur. Byłam pewna, że nie dam sobie z tym rady!
Jak Pani doskonale wie, test składa się z logicznych, kartezjańskich pytań, jak ja to nazywam - z różnych "zadań z matmy"! A na mnie logika, rozumowanie, liczby działają jak płachta na byka, do tego stopnia, że jeszcze dziś mam trudności w życiu codziennym: po prostu nie potrafię liczyć. Widząc, na czym polega ten renomowany test IQ, natychmiast pomyślałam sobie: "A więc to jest definicja człowieka inteligentnego??? No to ja na pewno nim nie jestem...".
Poczułam się sfrustrowana, bo w głębi ducha zawsze wiedziałam, że mam w sobie coś szczególnego.
Za tym, że należę do opisanej przez Panią kategorii ludzi, przemawiają następujące argumenty:
- Naprawdę myślę bez przerwy, za dużo. Jednocześnie zadaję sobie pytania o różnego rodzaju sprawy, od rana do wieczora. Tak, jakbym w tym samym czasie miała otwartych kilka niepowiązanych ze sobą stron internetowych. Bywa, że upajam się tymi myślami.
- Odczuwam głęboką empatię wobec innych. Kiedy ktoś opowiada mi o swoich nieszczęściach, natychmiast czuję ucisk w dołku, jakby to był mój problem. Czasem po powrocie do domu godzinami rozmyślam, jak go rozwiązać. Co gorsza, niekiedy on obchodzi bardziej mnie niż tego, kto się nim ze mną podzielił. Wtedy zyskuję pewność, że ja, i tylko ja, mogę znaleźć rozwiązanie. A jeśli nawet nie spróbuję pomóc tej osobie, wpadnę w zły nastrój, będę miała poczucie winy. Skrajny egocentryzm?
- Gdy pierwszy raz (a często i później) kogoś spotykam, lustruję go od stóp do głów: przechodzę w tryb skanowania i pytam sama siebie o głupstwa, na przykład: "Proszę, choć jest opalona, ma jasną obwódkę wokół palca: gdzie była na wakacjach? Teraz jednak jest marzec, za wcześnie na opalanie! Pewnie może sobie pozwolić na wyjazd do ciepłych krajów... A może ma w firmie operatywną radę zakładową? Poza tym skąd ten ślad po pierścionku? Czemu już go nie nosi? To był pierścionek noszony dla ozdoby czy obrączka? Jeśli to ostatnie, dlaczego się rozwiodła? Zresztą może owdowiała... Ale jeśli nie, to kto porzucił kogo? I dlaczego? Jak ona przeżyła to rozstanie?". I to wszystko trwa minutę, gdy przedstawiając się, uprzejmie ściskam wyciągniętą dłoń.
Rzecz jasna, to jest tylko jeden z wielu przykładów. Czasami te analityczne pytania tak mnie przytłaczają, że mam ochotę krzyknąć do swojego drugiego ja, żeby przestało, że dość już tego, że jestem tym wykończona! Odkąd przeczytałam Pani książkę, poczyniłam spore postępy! Udaje mi się częściowo kanalizować swoje emocje; inaczej całkiem bym zwariowała.
(...)
Szanowna Pani, jestem ogromnie wdzięczna, że przeczytała Pani moją opowieść. Miałam okazję się wywnętrzyć przed kimś, kto potrafi mi pomóc, a to przyniosło mi szaloną ulgę. Życzę powodzenia i jeszcze raz dziękuję za poświęcenie mi czasu.
Serdecznie pozdrawiam Amélie
Ten mail Amélie, reprezentatywny dla całej waszej korespondencji, w zasadzie streszcza wszystko, z czego mi się zwierzacie. Przecież każdy z was mógłby napisać to samo. Także objętość tekstu nie wykracza poza średnią waszych listów. Może teraz zrozumiecie, że trudno mi było nadążyć za nadchodzącą pocztą! Czasem piszecie z całą naiwnością: Zdaje sobie Pani sprawę, że przy tak poważnym temacie nie mogę się ograniczyć do pięciu linijek albo: Zamiast mniej myśleć, więcej mówię... Tysiąckrotnie przepraszam, założyłam sobie, że nie będę się rozpisywać, bo wiem, że i tak musi Pani tyle czytać... więc na tym poprzestanę. Ale zdarzają się maile kilkunastostronicowe i wtedy naprawdę to już lekka przesada, zwłaszcza gdy autor kończy słowami: Nie wiem, czy Pani na ten mail odpowie ani czy go Pani nawet przeczyta, ale tak przyjemnie było ubrać w słowa swoje odczucia.
Niejednokrotnie mnie wkurzaliście: na przykład wtedy, gdy z niepohamowanym zapałem pisaliście do mnie już po przeczytaniu pierwszych stron, zadając mnóstwo pytań, na które odpowiadam w dalszej części książki. Rekord należy tu do Sébastiena: po godzinnej lekturze przysłał mi swoje uwagi i zapowiedział następne na końcowym etapie czytania! Wydaje mi się, że niektórzy przeczytali książkę za szybko, prawdopodobnie na wyrywki, jak to macie w zwyczaju, mimo mojej usilnej prośby o podążanie krok po kroku ścieżką rozumowania, którą dla was wytyczyłam. Może o tym świadczyć choćby niepełne rozumienie pojęcia "nadwydajność". Odkryłam też u niektórych, zwłaszcza przy okazji kontaktów na Facebooku, pewne cechy osobowości paranoicznej. Doszło nawet do zgrzytów, które dziś by mnie rozśmieszyły, gdybym nie wiedziała, jaką przykrość wam sprawiły przy waszej ogromnej wrażliwości. Byli i tacy, którzy najpierw mnie idealizowali, by potem w oszałamiającym tempie znienawidzić! W sumie jednak uważam nasze stosunki za serdeczne i konstruktywne. Jakaż to przyjemność czytać, co piszecie, słuchać was, poznawać was na spotkaniach autorskich! Dziękuję za okazaną mi uprzejmość, hojność, za waszą pogodę ducha i radość życia. To szczęście mieć takich czytelników!
Dobrą syntezę waszych odczuć po przeczytaniu Jak mniej myśleć stanowi poniższy SMS:
Christel, mam nadzieję, że u Pani wszystko w porządku. Chciałabym zacytować SMS, który właśnie otrzymałam: "Bardzo Ci jestem wdzięczny i... jednocześnie na Ciebie wściekły [!] za to, że poradziłaś mi przeczytać Jak mniej myśleć. Właśnie dotarłem do końca; to doświadczenie okazało się zarazem cenne i wstrząsające: przy wielu fragmentach łzy napływały mi do oczu. W sumie bilans jednak jest pozytywny, a więc DZIĘKUJĘ ?". Życzę Pani przyjemnego lata!
Alexandra
Przeważnie trafialiście na moją książkę z dwóch powodów:
- ktoś ją wam polecił bądź podarował w geście przyjaźni;
- wpadła wam w ręce zupełnie przypadkowo, w sytuacji, którą mi potem długo i szczegółowo opisywaliście, a ten dziwny zbieg okoliczności następował akurat wtedy, gdy lektura okazywała się dla was szczególnie pożyteczna. Przepadam za tego rodzaju synchronizacją!
Od pewnego czasu piszecie, że to lekarz lub terapeuta doradził czy nawet polecił wam przeczytanie mojej książki. Chciałabym podziękować tym profesjonalistom za otwartość umysłu i okazane mi zaufanie. Jestem szczęśliwa i dumna z tego, że moje dziełko uważa się za jedno z narzędzi terapeutycznych.
Poza tym, podobnie jak przyjaciel Alexandry, twierdzicie, że książka zrobiła na was ogromne wrażenie. Wszyscy często śmialiście się i płakaliście, cierpienie mieszało się z uczuciem ulgi, a radość z gniewem. Dla wielu ta lektura była wstrząsem, na szczęście pozytywnym; dla niektórych kołem ratunkowym, złapanym w chwili, gdy już mieli iść na dno. Pewne osoby pisały nawet, że uratowałam im życie czy ocaliłam przed popadnięciem w obłęd. Jakie to szczęście, że można w ten sposób komuś pomóc! Wasza wdzięczność wzrusza mnie do głębi. Większość z was rozpoznawała w mojej książce siebie, od pierwszej do ostatniej linijki. Ta prawidłowość jest zaskakująca. Albo to, co piszę, podoba się wam, albo nie. Piszecie, że jeszcze nigdy żaden autor tak was nie zrozumiał, nie scharakteryzował. Niektórych krępowało to, że zostali tak dogłębnie prześwietleni, większość jednak doceniła, że nareszcie ktoś wyszedł im naprzeciw. Czasem jakaś osoba z zażenowaniem przyznaje, że rozpoznała u siebie pewne opisywane cechy, ale nie wszystkie... Wtedy ja, udając zdziwienie, pytam: "Ach tak? A których pan(i) u siebie nie rozpoznał(a)?". Odpowiedź jest zawsze taka sama i niezmiennie mnie bawi: osoba ta rozpoznała u siebie właściwie wszystkie cechy opisane w przeczytanej od deski do deski książce, oprócz inteligencji! Widocznie fragment dotyczący tego tematu stwarza jakiś problem. Będziemy zatem musieli nieco pogłębić ten aspekt nadwydajności.
Wykorzystując przestrzeń swobodnej wymiany myśli, z ogromnym wyczuciem relacjonowaliście swoje doświadczenia ponadzmysłowe. Podobnie jak wielu z was, Carole pisze:
Chciałabym zwrócić uwagę, że na stronie 502 pisze Pani o doświadczeniach mistycznych, zaznaczając, że nie chciałaby zbytnio się na ten temat rozwodzić, ja jednak zapewniam, że jestem tym żywo zainteresowana: jasnowidztwo, jedność z naturą, przeczucia, postrzeganie aury, energetyczność powietrza (przy szarym czy błękitnym niebie), fizyczne odczuwanie czyjejś obecności, wspominanie poprzednich egzystencji (zwłaszcza w związku z Egiptem i mumifikacją). Dziękuję więc za to, że Pani te kwestie przynajmniej poruszyła. Ja w znacznej mierze żyję nimi: składają się na moją rzeczywistość. Pomogły mi osoby mediumiczne, podczas gdy psychologowie i psychiatrzy tłumaczyli, że mam halucynacje albo osobowość narcystyczną. Dla mnie wszystko to jest zależne od funkcjonowania mózgu. (Wcześniej zapoznałam się z treścią prelekcji Jill Bolte Taylor).
Oczywiście zareagowała pani spontanicznie na hiperestezję, opowiadając, jak różnorodnie przejawia się w pani życiu. Dzięki pozytywnemu nastawieniu wspaniale wyraziła pani swoją wrażliwość, zmysłowość, zdolność doznawania przyjemności. Negatywne aspekty hiperestezji przysparzają wam wszystkim stresu i pogarszają samopoczucie, czego nie może zrozumieć otoczenie, które sądzi, że po prostu marudzicie. Opisywaliście mi w poetycki sposób swoją synestezję. Niektórzy mówili o zdolności do wykrywania w powietrzu elektryczności statycznej i o uldze, jaką odczuwają, gdy po deszczu koncentrują się w atmosferze jony ujemne. Kilka osób pytało mnie, czy hiperestezja może być przyczyną nadwrażliwości na pole czy fale elektromagnetyczne, na Wi-Fi albo na telefony komórkowe. Sądzę, że tak, ale nie potrafię tego uzasadnić, używając naukowych argumentów.
W dalszej części książki bardziej szczegółowo zajmiemy się waszym brakiem poczucia własnej wartości, trudnościami, jakie musicie pokonywać w miłości, w pracy, w społeczeństwie. Zadaliście mi wiele pytań, a ja mogę zaproponować odpowiedzi przynajmniej na niektóre.
W waszych reakcjach wśród tylu pozytywów można zauważyć dwa mroczne obszary: odnoszenie się do was normalnie myślących i stosunki z manipulatorami.
Co do tych pierwszych, wielu z was wyraziło zadowolenie, że nareszcie mogą zrozumieć, jak funkcjonują te osoby. To bardzo ułatwiło wam relację z nimi. Niektórzy stwierdzili, że są zaszokowani, bo w sposobie, w jaki przedstawiam normalnie myślących, dopatrzyli się próby ich dyskredytowania. Dziwi mnie to. Nie miałam najmniejszego zamiaru kogokolwiek zdyskredytować. Mianem "normalnie myślących" określam po prostu ludzi, którzy myślą normalnie, a więc standardowo. Takie osoby specjaliści od autyzmu nazywają "neurotypowymi". Jeżeli termin "ludzie normalnie myślący" wydaje się wam pejoratywny, używajcie innego: "ludzie neurotypowi". Dla mnie obydwa określenia się uzupełniają. Dałam wam klucze do zrozumienia samych siebie oraz normalnie myślących. Sądziłam, że i oni ucieszą się z otrzymanego schematu interpretacji ludzi nadwydajnych. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu tak się jednak nie stało.
Amélie pisze: Moja kampania czytelnicza wśród bliskich odniosła wielki sukces w przypadku osób, których umysł ma skłonność do autoanalizy, czyli uprawiających self thinking, natomiast odpowiedź tych bardziej przyziemnych była w zasadzie taka sama: "Nie, takie książki są jak horoskopy. Ich treść jest tak sformułowana, żebyś się mogła z nią identyfikować i od razu poczuć zrozumiana. Jesteś pewna, że nie stoi za tym jakaś sekta?". Wyobrażam sobie, jaki uśmiech wywołuje to na Pani twarzy... Nie, Amélie, nie uśmiechnęłam się! Podobnie jak ta korespondentka, Xavier zauważa, jak bardzo rozczarowało go przyjęcie książki przez normalnie myślących: Od razu wiem, kiedy mam z kimś takim do czynienia. Wystarczy, że coś komuś powiem o Pani książce. Jeśli to nadwydajny, zasypuje mnie pytaniami. Widać, że temat go pasjonuje. Jeśli normalnie myślący, najpierw zapada lodowate milczenie, a potem rozmówca pod byle pretekstem zmienia temat. Niektóre spośród matek i żon, przyznających się do przeczytania książki, w jej treści rozpoznały swoje dzieci lub mężów. Prosiły, abym doradziła, jak z nimi postępować. Lektura sprawiła natomiast przykrość dwom normalnie myślącym mężom zakochanym w swoich nadwydajnych żonach. Każdy, zachwycony aparycją, uprzejmością, żywiołowością i inteligencją swojej małżonki, po stoicku znosił jej wysoką emocjonalność, wątpliwości, wahania nastrojów. Dowiedziawszy się z mojej książki, że osoba nadwydajna naraża się na nudę, żyjąc z normalnie myślącym partnerem, popadli w przygnębienie. Zasmuciło mnie, że moje stwierdzenie okazało się dla nich krzywdzące. Wysiłek, jaki uczynili, czytając Jak mniej myśleć, by lepiej rozumieć swoje nadwydajne panie, dowodzi, że odznaczają się otwartością umysłu. Ich uczucia są jednak tak wysokiej próby, że jak sądzę, ich normalność powinna dla partnerek stanowić raczej źródło stabilizacji i ukojenia, niż wywoływać nudę. Mam nadzieję, że konstruktywna dyskusja po tej lekturze przyczyni się do poprawy relacji, a nie do ich zerwania!
Podsumowując, z waszych opisów reakcji normalnie myślących wynika, że niewielu z nich przeczytało moją książkę. Bardzo nieliczni przyznali, że znaleźli w niej klucz do zrozumienia nadwydajności bliskiej im osoby. Większość jednak okazuje obojętność lub lekceważenie. Horoskop, sekta, demagogia, wreszcie miażdżący argument: moda. Równocześnie coraz częściej stawiane są diagnozy: choroba dwubiegunowa, hiperaktywność, zaburzenia uwagi. Gdy jednak termin "nadwydajność" jest nadużywany, bo odmienia się go przez wszystkie przypadki, może z niego wyparować treść. O ludziach nieprzeciętnie zdolnych, nadwrażliwych, wysoko emocjonalnych mnożą się nafaszerowane banałami artykuły, których autorzy, wyważając otwarte drzwi, wywołują u czytelników przesyt i niesmak.
Temat jest już na tyle niewygodny, że się go dyskredytuje: po prostu byłby przejawem mody. Jeśli chodzi o funkcjonowanie mózgu, podobno neurologicznie niczego nie udowodniono, a pojęcia lewej i prawej półkuli uznaje się za anachroniczne. Tymczasem między osobami "dys-" (np. dyslektykami), autystykami a ludźmi o ponadprzeciętnych zdolnościach nadal istnieje pewne niedookreślone terytorium, a nadwydajni nie mogą uzyskać spójnego obrazu tego, kim są. Przeciwnie: wciąż przybywa określeń patologizujących. Co gorsza, w obszernych pojęciach w rodzaju "ADHD" czy "dwubiegunowość" mieszczą się zarówno niezrozumiani nadwydajni, jak i oportunistyczni manipulatorzy, którzy dzięki zaliczeniu ich do jednej z tych kategorii znajdują nowe pole do bezkarnego uprawiania swojej dręczycielskiej działalności. Tak więc znów stoicie przed popękanym lustrem, w którym widzicie swoje kalejdoskopowe odbicie. Na zwierciadło ukazujące was w całości jeszcze przyjdzie czas! Na tym polega główny problem skrajnej specjalizacji lewej półkuli mózgu w dziedzinach naukowych.
Najbardziej dramatyczny aspekt waszej korespondencji zawiera jeszcze nieprzytoczony fragment listu Amélie:
Wobec powyższego sądzę, że na ten temat można by dyskutować całymi godzinami, tak wiele jest możliwych niuansów i specyficznych cech. Najbardziej wstrząsnęły mną fragmenty książki dotyczące narcystycznych dręczycieli. Uparcie twierdzi Pani i powtarza, że są oni z gruntu źli i nie rokują nadziei na poprawę. Odnoszę wrażenie, że rozpętała Pani istne polowanie na czarownice, nie rozumiem jednak tak gorliwego piętnowania tych ludzi. Wszyscy jesteśmy przecież skonstruowani według tego samego wzoru, a - jak mówi Jill Bolte Taylor - w każdej chwili może w nas zajść jakaś zmiana, radykalnie modyfikująca nasze postrzeganie świata i zwyczaje. Nie pojmuję, dlaczego te osoby miałyby być z natury okrutne i niebezpieczne. Mogłabym zrozumieć, że rozkoszują się poczuciem wszechmocy i że okazywanie wyższości sprawia im radość, ale nie sądzę, by w tym stanie były szczęśliwe czy choćby świadome tego, co robią. Moim zdaniem więc żadna istota nie stała się zła dlatego, że tak sobie postanowiła. Codziennie spotykam ludzi, których postępowanie martwi mnie, przygnębia, frustruje... Ale należałoby uwzględnić tak wiele, wręcz miliardy parametrów (w tym takie, o których nie mamy najmniejszego pojęcia): wykształcenie, kulturę, przeżyte traumy (!!!), genetykę, żywione obawy, percepcję rzeczywistości, relacje z innymi i stosunek do siebie, zakres niewiedzy, odczuwane pragnienia, postrzeganie spraw złożonych i nieznanych, więc nie widzę możliwości takich uogólnień! Mówię z całą odpowiedzialnością: to Pani jest "zła" (daję cudzysłów, bo naprawdę nie mogę w to uwierzyć), skoro sugeruje, że istnieją ludzie aż tak źli; szczególnie trudno mi zrozumieć, jak można tak pochopnie oceniać innych i okazywać im tak mało wyrozumiałości. Używam tu, przyznaję, dość ostrych słów, ale czuję się zupełnie bezradna wobec uproszczeń oraz infantylizującego tonu przybieranego przez Panią choćby w zdaniach: "Nadwydajny byłby ogromnie nieszczęśliwy, gdyby musiał stać się człowiekiem złym, ale nawet będąc bardzo nieszczęśliwym, złym nigdy by nie został. Natomiast manipulatorzy są źli, a nawet okrutni, ale cieszy ich to i wcale nie są z tego powodu nieszczęśliwi"3. Tak więc, rekapitulując, nadwydajni to miłe kruche istotki, które należy chronić przed napadami niegodziwych narcystycznych dręczycieli? Nie podzielam tego sposobu rozumowania, a Pani argumenty zupełnie wytrącają mnie z równowagi. Sama nieraz uważam siebie za "złą", oschłą i opryskliwą. Doskonale potrafię zmierzać po trupach do celu, ale szybko zdaję sobie sprawę ze swojego postępowania i gorzko go żałuję. Dzięki temu zrozumiałam, że to tylko sposób obrony, coś w rodzaju tarczy. Nie wydaje mi się jednak, żeby wszyscy umieli tak jak ja analizować swoje zachowanie...
I to by było na tyle. Niemniej jednak dziękuję Pani za całą pracę, jaką Pani wykonuje.
Serdecznie pozdrawiam...
Jak już napisałam, moją specjalnością jest komunikacja międzyludzka. Dlatego też w odróżnieniu od naukowców, w tym psychologów zajmujących się zazwyczaj poszczególnymi osobami, mogłam badać interakcje między nimi. I właśnie we wzajemnym oddziaływaniu ujawnia się tak wyraźnie profil nadwydajnych, skonfrontowanych z manipulatorami: tyle życzliwości, uprzejmości, chęci zrozumienia, wytrwałości... na takie przymioty nie trafia się często! Ale jeśli przy tych wszystkich cechach umysł wykazuje takie ograniczenia, cóż powiedzieć? Moja korespondentka jest jeszcze młoda: ma dwadzieścia cztery lata i na tyle długie życie przed sobą, by zorientować się, która z nas ma rację. Droga Amélie, jeśli tak "łatwo" potępiam manipulatorów, to dlatego, że od dwudziestu lat (prawie od tylu, ile Pani sobie liczy) pracuję na rzecz ich ofiar. Znam prześladowców jak zły szeląg. I proszę, znów trzymam w ręce żołądź, Amélie zaś twierdzi, że jestem złośliwa, skoro mówię, że spadł z dębu. Nie zareagowałam na to, bo nie wiedziałam, co odpowiedzieć, ale prawdę mówiąc, martwię się o nią. Ma wszelkie dane, by stać się ofiarą jednego z tych drapieżców, jeśli nie kilku naraz.
Na szczęście żadne mankamenty nie przesłonią waszych zalet. Drodzy czytelnicy, wasza radość, uprzejmość i entuzjazm towarzyszyły Jak mniej myśleć od momentu publikacji. Wasze tak liczne maile skłoniły mnie, by kontynuować badania, więc książka, którą trzymacie w rękach, wiele zawdzięcza waszej inteligencji i kreatywności. Dziękuję wam za to, kim jesteście. Przyjrzyjmy się wspólnie rozwiązaniom, które mogę wam zaproponować.
Książka Jak mniej myśleć (przeł. Krystyna Arustowicz, Feeria, Łódź 2019) nosi w oryginale tytuł Je pense trop (Za dużo myślę) (przyp. tłum.). [wróć]
Jak mniej myśleć, s. 50. [wróć]
Tamże, s. 138. [wróć]
Rozdział 2
Pielęgnuj swoją hiperestezję
Zamówiłem Château Figeac rocznik 1971, swojego ulubionego saint-émiliona. Trudnego do znalezienia. Szlachetnego. Czerwonozłotego, jak rzadko który zachód słońca. Głębokiego jak tonacja a-mol w utworze na kontrabas. Upojnego jak orgazm w pełnym słońcu. O smaku dłużej utrzymującym się w ustach, niż trwa finał opery Verdiego. Wina tak doskonałego, że na jego widok sam Bóg nabiera wiary w siebie. Ona dolała do kieliszka wody. Od razu przestałem ją kochać.
Pierre Desproges1
Już w Jak mniej myśleć wspominałam wam na początku o hiperestezji, która jest neurologicznym punktem wyjścia wielu waszych działań - tu chciałabym rozwinąć nieco temat. W mailach w gruncie rzeczy raczej niewiele mówiliście mi o swoich czujnych pięciu zmysłach, które bez przerwy wychwytują wszelkie informacje. Poruszaliście ten temat zazwyczaj jedynie po to, by podkreślić trafność moich słów o waszej nadwrażliwości i podać parę jej przykładów, zresztą bardziej pozytywnych niż negatywnych. Niewielu z was skarżyło się na swoją wysoką wrażliwość. Tylko ludzie odznaczający się bolesną nadwrażliwością na prąd i fale elektromagnetyczne szukają - na próżno - kogoś, kto by ich wysłuchał, a zwłaszcza potrafił rozwiązać ich problem. Chociaż mówiłam wam o uciążliwościach, z jakimi wiąże się tak bardzo rozwinięty układ zmysłowy, często odnosiłam wrażenie, że nie uświadamiacie sobie, do jakiego stopnia może to być dla was źródłem stresu i zmęczenia. Wydaje mi się, że przyczynia się do tego rezygnacja: "Co robić?". I niewątpliwie również podświadomie wdrażacie zachowania unikowe: odruchowo wystrzegacie się sytuacji, które obciążałyby wasz układ sensoryczny. Dzisiaj myślę, że to naprawdę podstawowy aspekt waszej nadwydajności i najważniejsza cecha, jaką należy brać pod uwagę. W poprzedniej książce nie poświęciłam dość miejsca temu zagadnieniu. Każdy zmysłowy bodziec może zamienić się w mikroagresję. Jestem przekonana, że gdy wam "puszczają nerwy", niejednokrotnie wynika to z nie do końca uświadomionego przeciążenia zmysłów.
Jak wiecie, mózg osób neurotypowych automatycznie dokonuje wyboru między istotnymi bodźcami zmysłowymi a takimi, które nie mają znaczenia. Nazywa się to inhibicją ukrytą. Jest to proces okrzesywania (albo zapowania), w którym wyłącza się percepcję przekazów uznawanych za zbędne. Ułatwia on koncentrację uwagi i chroni system sensoryczny. Człowiek normalnie myślący szczerze wam doradzi, abyście "nie słuchali" młota pneumatycznego, i zdziwi się, że ten hałas tak bardzo wam przeszkadza. W waszym umyśle nie funkcjonuje to w taki sposób. Oprócz hiperestezji cierpicie na niedobór inhibicji ukrytej. A to znaczy, że jeśli świadomie nie postaracie się zneutralizować wszystkich bodźców, które was osaczają, będziecie musieli je znosić. Dlatego pragnęłabym, abyście poświęcali więcej uwagi swoim doznaniom zmysłowym i przyzwyczaili się chronić swoje wyostrzone zmysły. Pytacie mnie, co robić, aby nie być tak nadwrażliwym, a zwłaszcza tak emocjonalnym. Myślę, że przede wszystkim powinniście bardziej zadbać o swój układ zmysłowy.
W książce Udawanie normalnej. Życie z zespołem Aspergera2 Liane Holliday Willey opowiada, że w dzieciństwie ledwo zdała testy IQ, ponieważ dostała czarną kredkę zamiast zwykłego ołówka. Tłusty grafit rozmazujący się na kremowej kartce wzbudził w niej głęboki wstręt. Mówi ona również, że od pastelowych kolorów chce jej się rzygać, a meble i przedmioty o zaokrąglonych kształtach wpędzają ją w złe samopoczucie. Lubi zdecydowane barwy i wyraźnie zaznaczone kanty. Z tego powodu wczesne dzieciństwo córek było dla niej wyjątkowo kłopotliwe: wszystkie przedmioty dla niemowląt, takie jak podgrzewacz do pokarmów czy zabawki, są pastelowe i zaokrąglone. Ale największą odrazą napawała ją zastawa dla lalek ze stylizowanego plastiku. Gabriel zaś opowiada mi o podobnych problemach z żywnością: próbuje mi wyjaśnić, że może coś zjeść tylko wtedy, gdy pokarm zachowuje swój oryginalny kształt, kolor i gęstość. Na przykład marchewka nie może być ugotowana ani utarta... Bardzo mu to utrudnia życie. Te przykłady mogą wam się wydać przesadzone. Jednak jestem pewna, że też odczuwacie tego rodzaju dyskomfort, chociaż być może nieświadomie i łagodniej. A więc sporządzimy razem listę kontrolną wszystkiego, co mogłoby wam doskwierać i potęgować waszą hiperemocjonalność.
Znasz swoją zdolność dostrzegania szczegółów. Wiesz, że może cię rozproszyć byle drobiazg, choćby plama na koszuli czy skrawek sałaty na zębie twojego rozmówcy. A zatem sprawdzaj regularnie, czy w twoim otoczeniu nie ma jakiegoś detalu, który będzie przyciągał twoją uwagę. Albo też staraj się oderwać od niego wzrok. Następnie skoncentruj się na świetle lub oświetleniu: wolisz zimne czy ciepłe? Starannie wybieraj lampy w swoim otoczeniu. Jeśli to możliwe, zainstaluj regulatory natężenia światła, aby dostosowywać oświetlenie do swojego aktualnego nastroju. (Jest to coraz trudniejsze ze względu na żarówki nowej generacji!). Poza tym, jak Liane Holliday Willey, sprawdzaj, czy akceptujesz kolory swoich ubrań i te w twoim otoczeniu. Nie katuj się, po stoicku znosząc barwy drażniące twój układ zmysłowy! Podobnie z umeblowaniem: wolisz wnętrza zabałaganione, przytulne czy sterylne? Przyjrzyj się liniom krzywym lub kantom, gabarytom, tworzywom i materiałom, z jakich wykonane są sprzęty, oceń, czy pomieszczenie nie jest za bardzo zagracone, aby się zorientować, jaki rodzaj wystroju będzie ci najbardziej odpowiadał i zapewniał największy komfort wizualny. Wreszcie nie zapomnij starannie dobrać barwy i wzornictwo urządzeń gospodarstwa domowego. Jeśli z reguły, gdy przebywasz na zewnątrz, oślepia cię światło, noś zawsze przy sobie okulary przeciwsłoneczne (wybrane z rozmysłem: soczewki w określonym kolorze, wygodna oprawka...). Unikaj neonówek. Z pewnością będą miały wpływ na twoje samopoczucie. Uważaj na tłum i miejsca zbyt uczęszczane: nieustanny ruch może cię przyprawić o zawrót głowy i rozproszyć twoją uwagę.
Twój układ słuchowy radykalnie się różni od układu słuchowego osób normalnie myślących: lepiej słyszysz dźwięki odległe i niskie niż wysokie i bliskie, a więc na przykład wyraźniej docierają do ciebie hałasy w tle niż same rozmowy. Dlatego skupienie się na tym, co mówi twój rozmówca w gwarnym miejscu, może się stać prawdziwą torturą. Zwykle gdy ktoś coś mówi, słyszymy w następującej kolejności: słowa, które wypowiada, potem tempo wypowiedzi, jej rytm, dźwięk głosu, potem akcent, a na końcu sam głos. W twoim przypadku jest odwrotnie. Najpierw słyszysz głos: jest on niski czy wysoki, ochrypły, piskliwy, aksamitny czy krystalicznie czysty? To pierwszy filtr, który może zablokować twój słuch. Następnie frapuje cię akcent. Niecodzienny sposób wymawiania słów może cię rozbawić lub spowodować zamęt w twoim umyśle. Później słyszysz ton wypowiedzi, który może cię odprężyć albo zestresować. Czy ten ton jest napastliwy i spięty, czy przyjazny i spokojny? Wreszcie zwrócisz uwagę na rytm i szybkość wymawiania słów, zanim dotrze do ciebie treść wypowiedzi i będziesz mógł nadać jej sens. To znaczy, że jeśli twój rozmówca ma nieprzyjemny głos, dziwny akcent i napastliwy ton, z trudem zrozumiesz, co mówi! Z drugiej strony, myślałam, że hiperestetycy potrzebują tylko łagodnej muzyki lub ciszy, aby rozluźnić swój układ słuchowy. Myliłam się. Niektórzy z was mówili mi, że przepadają za dźwiękiem odkurzacza. Przy tej okazji ze zdziwieniem odkryłam, że istnieją "relaksujące" nagrania szumu odkurzacza czy też suszarki do włosów. ("Relaxing hair dryer sound 10 hours" na YouTube!). Co prawda, gdy się dobrze zastanowić, warkot silnika maserati... Mimo wszystko zachęcam cię, abyś sprawdzał, jakie dźwięki cię drażnią, a jakie zachwycają. Lepiej starannie wybrać dźwięk, niski lub wysoki, i liczbę decybeli każdego ze sprzętów AGD, dzwonka przy drzwiach wejściowych, budzika itd. Zrób sobie przyjemność! Podobnie weź pod uwagę akustykę pokoju, jego izolację, skrzypienie parkietu, krzesło, które szoruje po kaflach posadzki, buty, które piszczą... Wiesz, że od skompresowanej muzyki bolą uszy. Nie zadręczaj się nagraniami audio marnej jakości ani tandetnymi słuchawkami. Pomyśl o tym, aby zapewnić sobie momenty prawdziwej ciszy. Czasem wystarczy wyłączyć radio lub telewizję, zamknąć drzwi lub okno... Myślę, że nie potrzebujesz moich rad, sam wiesz, że powinieneś stronić od zbyt hałaśliwych miejsc, takich jak na przykład sklepiki, w których od muzyki dosłownie pękają bębenki. Jak tak można? Biedni sprzedawcy! Co robi inspekcja pracy? Trzymaj zawsze w kieszeni zatyczki do uszu i wkładaj je bez skrępowania, ilekroć czujesz taką potrzebę, w kinie, a zwłaszcza w dyskotece. Niektóre firmy zaczynają wreszcie sobie uświadamiać, że openspejsy są męczące i rozpraszają pracowników. Jest iskierka nadziei! Tak samo zastanawiam się, jak pracownicy mogą się skupić w biurze, gdy któryś z kolegów rozmawia przez telefon w tym samym pomieszczeniu!
Wreszcie chciałabym zdradzić ci pewien sposób na opanowanie złości spowodowanej denerwującymi dźwiękami: zauważ, że informacje sensoryczne wydają ci się bardziej agresywne, gdy uznajesz je za niestosowne i nieuprawnione. Valérie opowiada mi: "Niekiedy wieczorem jacyś ludzie siedzą na ławce przed moim domem i gadają akurat pod oknem mojego pokoju. Nawet jeśli rozmawiają spokojnie, doprowadzają mnie do rozpaczy. A jeśli szepczą, to jeszcze gorzej, bo wtedy nadstawiam ucha! Mówię sobie, że przesiadują tam nie wiadomo po co i powinni wiedzieć, że przeszkadzają mieszkańcom, którzy chcą spać. Otóż wczoraj wieczorem nie było żadnych gaduł, ale głośno, długo i nieregularnie pohukiwała sowa. Uświadomiłam sobie, że ta sowa wcale mi nie przeszkadza. Mogłam oswoić się z tym hałasem i zasnąć, ponieważ uznałam go za uprawniony, nieunikniony i zachwycający".
Tak więc możesz wyrobić w sobie nawyk akceptowania uzasadnionych informacji sensorycznych, które z początku wydają ci się agresywne. Jeśli na przykład dźwięk dmuchawy do liści cię irytuje, bez pośpiechu przyjrzyj się pracy ogrodnika, który pielęgnuje twój ogród, powdychaj zapach opadłych liści, które zbiera. Widząc dokładnie uprzątnięte ścieżki, dojdziesz do wniosku, że hałas jest całkiem znośny.
Podobnie informacje o cieple, zimnie, wilgoci lub suchości, źle wyregulowanej klimatyzacji, ubraniach, które cisną lub drapią, zapaszku stęchlizny czy mdlącym fetorze to miniagresje, których łatwo uniknąć. Jak spać w szorstkiej lub skotłowanej pościeli? Nawet zapach pokoju, samochodu lub człowieka może ci przeszkodzić w skupieniu myśli. Warto usunąć te wszystkie źródła dyskomfortu. Twoja lista kontrolna może obejmować umeblowanie (na przykład wygoda, kształt i rodzaj drewna), ubrania (metki, gumki i tkaniny), lecz także dezodoranty w spreju, kosmetyki i detergenty: konsystencja i zapach żelów do kąpieli, kremów nawilżających, szamponów, proszków do prania, środków zmiękczających i innych. Krótko mówiąc, wychwytuj wszystkie te informacje sensoryczne i nie szczędź czasu, wybierając różne produkty, nawet proszek do prania.
Aspekt kinestetyczny wiąże się również z komfortem ergonomicznym. Wielu z was zapomina o wsłuchiwaniu się w swoje ciało. Zwracaj uwagę na swoją postawę i oddech, nie zapominając o ziewaniu, oddychaniu, ruszaniu się, regularnym przeciąganiu, zwłaszcza wtedy, gdy twój mózg przez dłuższy czas pracował na pełnych obrotach. Obserwuj koty, mistrzów wygody oraz relaksu, i bierz z nich przykład.
Terapeuta Bernard Raquin powiada, że dziecko bardziej przypomina komara niż istotę ludzką. Kiedy mały człowieczek hałaśliwie krąży wokół osoby hiperestetycznej, czasem musi się ona mocno powściągać, aby nie utracić samokontroli. Sam się pewnie o tym przekonałeś: próby ignorowania obecności dziecka pogarszają sytuację po obu stronach. Ono domaga się uwagi dorosłego, bo jej potrzebuje, on zaś usiłuje zamknąć się jak ślimak w skorupie, aby się nie rozpraszać. Przeważnie kończy się to źle. Lepiej zrezygnować ze spokoju, oddać się całkowicie na jakiś czas do dyspozycji malca, aby mógł się nacieszyć naszą uwagą, po czym poinformować go, że nie możemy się nim dłużej zajmować, ponieważ mamy coś do zrobienia. Prosimy go wyraźnie, by sam się pobawił. To bardziej konstruktywne niż próby działania na dwa fronty. Intensywna obecność lepiej zaspokaja u dziecka potrzebę uwagi dorosłych niż trwające dłużej, lecz połowicznie okazywane zainteresowanie. Dzieci powinny też nauczyć się, że dorosłym od czasu do czasu trzeba dać spokój. Łatwiej im to przychodzi, jeśli przedtem poświęciło się im sporo uwagi.
Niewątpliwie masz własne sposoby, najlepiej dostosowane do twojej hiperestezji. Na przykład okulary przeciwsłoneczne i zatyczki do uszu zawsze pod ręką albo uperfumowany szaliczek na szyi, aby wsunąć pod niego nos w razie jakichś ohydnych zapachów wydzielanych chociażby przez niedomytego współpasażera siedzącego obok ciebie w pociągu... Systematycznie w ciągu dnia z największą starannością testuj swój układ zmysłowy: podsumowuj spostrzeżenia i wyciągaj wnioski. Nie wahaj się regularnie odizolowywać. Potrzebujesz kilku chwil samotności i spokoju, aby odzyskać siły. W ten sposób możesz obniżyć poziomu stresu i zmęczenia, poprawić zdolność koncentracji i ograniczyć częstotliwość wybuchów gniewu. Następnie - co doradzałam już w Jak mniej myśleć - pomyśl o regularnym dostarczaniu swoim pięciu zmysłom przyjemnych informacji: zalecam ci jak najczęściej obcować ze sztuką i przyrodą! W przyjemnym otoczeniu będziesz mógł w pełni korzystać ze swojego wyjątkowego układu sensorycznego.
Nathalie pisze: Nasuwa mi się taka drobna refleksja dotycząca hobby osób nadwydajnych: pewne rzeczy postrzegamy inaczej, dlatego zdjęcie, nawet amatorskie, najlepiej ukazuje "nasz sposób" widzenia świata. Indywidualny, szczególnie gdy chodzi o przyrodę. Nie potrzebujemy superaparatu, aby się wyróżnić; wystarczy skierować obiektyw na to, co przyciąga nasz wzrok. Tak, spojrzenie prawopółkulowca jest oryginalne, nowatorskie i wnikliwe. Pozwala robić bardzo poruszające i zaskakujące fotki. To samo odnosi się do wszystkich pięciu zmysłów.
Podobnie jak Nathalie, możesz wykorzystywać swój odmienny i subtelny układ zmysłowy, aby twoje oryginalne postrzeganie świata wzbogacało innych.
Aline przychodzi do mnie po radę, bo znów nękają ją sąsiedzi, tak bardzo, że musi się wyprowadzić. Na razie poprzestają na pogróżkach i obelgach, ale wkrótce posuną się do rękoczynów. Kiedyś już taka sytuacja się zdarzyła, więc ona myśli, że sama ściąga na siebie tego rodzaju kłopoty. Widzi, że inni sąsiedzi dobrze ze sobą żyją. Podczas rozmowy uświadamia sobie ciąg wypadków, który doprowadził do tych okropnych relacji. Aline, odznaczająca się wyjątkową hiperestezją i całkowicie jej nieświadoma, myśli, że wszyscy funkcjonują tak samo jak ona i mają tak dalece rozwinięty układ zmysłowy. Zatem z całą naiwnością, od chwili wprowadzenia się wpaja innym lokatorom zasady dobrego sąsiedztwa, które jej zdaniem są niezbędne do pokojowego współistnienia. Bezwiednie z miejsca wyrabia sobie opinię uciążliwej sąsiadki. Wszyscy wzruszają ramionami i dalej żyją po swojemu. Sądząc, że ją źle zrozumiano, Aline nalega, spodziewając się, że inni docenią wysiłki, na jakie się dla nich zdobywa, i odwzajemnią się tym samym. Niekiedy jednak widzi, że nic nie rozumieją, choćby tego, że szczęk klamerek do wieszania bielizny nie daje jej zasnąć. A przecież wcale nie tak trudno rozwiesić pranie przed godziną dwudziestą drugą! Ale oni postępują odwrotnie; stosunki się pogarszają, sąsiedzi są coraz bardziej nieznośni i coraz bardziej zniecierpliwieni jej utyskiwaniami. Zaczynają jej zarzucać, że ich szpieguje, że nie ma własnego życia, że jest zgorzkniałą starą panną. Obcesowo radzą jej uporać się z tym problemem. Po czym robią, co mogą, aby ją pognębić. Walka o władzę na wspólnym terenie staje się coraz bardziej zacięta. Dyskusja przeradza się w pyskówkę, gdy tylko Aline próbuje nawiązywać do swojej potrzeby spokoju i ciszy. Załamuje się w dniu, w którym uświadamia sobie, że sąsiedzi celowo dniem i nocą nastawiają pralkę na program odwirowywania, bo im powiedziała, że nie znosi jej wibracji. Odkrycie u siebie hiperestezji jest dla niej swego rodzaju objawieniem. Nareszcie pojmuje, że ludzie normalnie myślący mogą ją uważać za postrzeloną sąsiadkę, która skarży się na niskie dźwięki muzyki, szczęk klamerek do bielizny i drgania pralki, i że mają prawo czuć się przez nią dręczeni. Odkrycie swojej nadwydajności mentalnej odmienia życie Aline. Może zrozumieć siebie i pogodzić się ze swoją odmiennością. Kilka tygodni później znajduje wolnostojący domek do wynajęcia pośród winnic i cieszy się na myśl o przeprowadzce.
Natomiast Joëlle znosi bez szemrania rwetes, jaki urządzają sąsiedzi: zbyt głośną muzykę nastawianą przez cały dzień, stukające obcasy pani X o trzeciej nad ranem, kłótnie małżeńskie, dym z papierosa wypalanego przez pana X na balkonie o różnych porach, dźwięk wody spuszczanej w toalecie i trzaskanie drzwiami... Joëlle uśmiecha się blado: chyba żaden z lokatorów się nie skarży. Najwyraźniej te hałasy przeszkadzają tylko jej.
Pisałam już w Jak mniej myśleć, że dobrze ukierunkowana hiperestezja jest wielką szansą. Daje radość życia i dużo przyjemności, ale może też być źródłem stresu i zdenerwowania. Do ciebie należy decyzja, jak ją najlepiej spożytkować. Aline będzie mogła jeść śniadanie w ogrodzie, podziwiając wschód słońca, słuchając śpiewu ptaków, czując wiatr rozwiewający jej włosy i wdychając zapach budzącej się o świcie przyrody... chyba że po winnicy będzie jeździł traktor... No cóż, bądźmy realistami: nie mieszkamy na Księżycu!
Pierre Desproges (1939-1988) - pisarz i humorysta (przyp. tłum.). [wróć]
Patrz bibliografia. [wróć]
Rozdział 3
Poskromić swoją nadwrażliwość
Twoja hiperemocjonalność obejmuje także nadwrażliwość. Czujesz, że rani cię wiele rzeczy, zarówno osobistych, jak i tych, które się dzieją na świecie. Jakieś słowo, czyjaś zła intencja, krytyczna uwaga czy wypowiedź niekiedy po prostu niewłaściwie przez ciebie zinterpretowana, i już jesteś wytrącony z równowagi. Widzę cię piszącego posty na Facebooku: tyle spraw leży ci na wątrobie, tyle rzeczy tobą wstrząsa, oburza cię, rozczula, budzi twoją litość... Wrzucasz informacje, "emocjonalne", a więc nieco fejkowe fotki... (mnie też to się zdarzyło!). A że masz zalety wynikające z twoich wad, okazujesz również entuzjazm dla akcji dobroczynnych, współczucie, zachwyt. Wszystko to jednak podsyca twoją hiperemocjonalność.
W książce Vadima Zelanda Transerfing rzeczywistości1 (którą ci gorąco polecam!) trafiłam na nieprzebraną ilość cennych ciekawostek wywodzących się z fizyki kwantowej. Oto dwie z nich, które mogą ci wydatnie pomóc w poskramianiu nadwrażliwości: wahadła i siły równoważące.
Według Vadima Zelanda "wahadło" to po prostu skupisko jednostek. Na przykład ul czy termitiera jest wahadłem, jak również amatorski klub piłkarski, stowarzyszenie charytatywne lub partia polityczna. Rozejrzyj się: żyjemy otoczeni wahadłami. Z chwilą, gdy wahadło się utworzy, przyświecają mu dwa cele: przyciągnąć jak najwięcej osobników i karmić się ich energią. Amatorski klub piłkarski potrzebuje ochotników, stowarzyszenie charytatywne - darów, partia polityczna - wyborców... Energia może być pozytywna lub negatywna, wszystko jedno. I tak, czy opowiadasz się "za", czy "przeciw", poświęcasz temu wahadłu swój czas i energię. Otóż dla niego ważne jest tylko to, żeby jak najwięcej ludzi o nim mówiło i angażowało się, a więc nawet twój sprzeciw działa na jego korzyść. Aby lepiej dać się poznać, wahadło ustawi na piedestale jednego ze swych członków, który ma szansę zdobyć sławę lub popularność i stać się czymś w rodzaju symbolu. Nie miej złudzeń: nawet prezydent republiki jest tylko banderą swego wahadła. Podobnie słynny aktor staje się ucieleśnieniem przemysłu filmowego. Kino będzie istniało bez niego, ale on może istnieć jedynie dzięki kinu (chyba że podłączy się do innego wahadła, zmieniając kurs). Dla wahadła obojętność tłumu oznacza śmierć. Jeśli już nie jesteś nabywcą, paraliżujesz sprzedawcę. Dlatego też dobrze zorganizowane bojkoty niewątpliwie odnoszą skutek. Zafascynowało mnie to niezwykle trafne pojęcie wahadła. Jakie korzyści przyniesie ci rozgryzienie tych mechanizmów? Rozliczne.
Przede wszystkim uświadom sobie, że ze swoją niestabilnością emocjonalną jesteś pożądanym nabytkiem dla wahadeł! Mnóstwo rzeczy cię oburza i budzi twój entuzjazm. Łatwo wpadasz w zapał, dlatego też łatwo cię skaptować! Przestań szarżować na każdą czerwoną płachtę, jaką podtykają ci pod nos, zdobądź się na dystans i poszukaj ewentualnych ukrytych manipulacji opinii. Dlaczego ta sprawa została wyeksponowana? Kto wyciągnie zysk z twojej hojności lub twojego oburzenia? Jak do tej informacji nastawiona jest opinia publiczna? Komu "zbrodnia" przyniesie korzyści? Krótko mówiąc, systematycznie szukaj tego, co kryje się pod powierzchnią.
Ponadto wahadła przepadają za grami psychologicznymi z podziałem na trzy role: ofiary, kata i wybawcy2, w których ofiarą rzadko jest ten, kogo o to podejrzewamy. Odnoś się z dużą rezerwą do dramatycznych sytuacji. Istnieją sensowne sposoby niesienia pomocy, inne zaś są wykorzystywane jedynie w grze. Zresztą powinieneś zrozumieć, że "walka przeciw", a nawet "walka za" jest jałowa. Zachwyty i odruchy oburzenia to tylko słomiany ogień. Jeśli naprawdę chcesz na dłuższą metę wesprzeć jakąś sprawę, prowadzi do tego jedna droga: cierpliwości, dyplomacji, informacji i pedagogiki. Powiedzą ci to strażacy: aby ugasić ogień, trzeba skierować strumień z gaśnicy na jego źródło. Zastanów się, czy walka jest warta zachodu i jak się do niej ustosunkować.
Na przykład jednym z najbardziej bulwersujących cię zagadnień jest obrona praw zwierząt, i nic dziwnego, ale nie daj się zwariować! Jeśli przestaniesz jeść mięso lub nosić skórzane buty, nie rozwiąże to problemu maltretowania zwierząt. Złe traktowanie przejawia się na różne sposoby: w porzucaniu pupili przez właścicieli w chwili wyjazdu na letnie wakacje; w pokazach delfinów i orek urządzanych w parkach wodnych; w trzymaniu zwierząt w parkach zoologicznych w takich warunkach, które sprawiają, że są one smutne, zestresowane i znerwicowane; w więzieniu osamotnionych koni w ciasnych boksach, chociaż wiadomo, że potrzebują one przestrzeni i ludzkiej obecności; jak również w warunkach hodowli, tuczenia i uśmiercania zwierząt. Wiele też można by powiedzieć o sposobie, w jaki nierozsądni właściciele, nawet w dobrej wierze, traktują swoje zwierzaki, uczłowieczając je, ubierając jak lalki, tucząc łakociami, tak że w końcu stają się otyłe, zagłaskując je na śmierć, aby zaspokoić swoją potrzebę pieszczot, tym większą, że są niezdolni kochać ludzi... Słowem, noszenie plastikowych butów i polarów z włókien syntetycznych nie rozwiąże problemu zwierząt, a przy okazji stworzy inne: jaka jest biodegradowalność kaloszy czy polarowych ubrań? A gdybyś tak spożytkował swoją energię, aby po Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, Deklaracji Praw Dziecka, stworzyć Deklarację Praw Zwierząt, która nadałaby im legalny status i która broniłaby ich godności oraz integralności? To tylko jeden ze sposobów, w jaki można inteligentnie podczepić się pod wahadła: nie tworząc jeszcze jednego!
Z drugiej strony jestem pewna, że już tego doświadczyłeś: manipulator (podobnie jak manipulatorka) stanowi wahadło sam w sobie! Wciąż się o nim rozmawia, również pod jego nieobecność, nawet w gabinetach terapeutycznych. Nie pozwól mu dłużej karmić się twoją energią!
Abyś się wciąż nie czuł dotknięty do żywego i poruszony wszystkim, co widzisz i słyszysz dookoła, musisz sobie uświadomić, że nie możesz działać na każdym froncie ani angażować się w każdą słuszną sprawę. Nie miotaj się na wszystkie strony. Powinieneś w pełni świadomie i z rozeznaniem wybierać wahadła, z którymi chcesz współpracować, a gdy nie realizują wytyczonych celów, bez żalu je porzucić Na przykład możesz przyłączyć się do wahadła bio i/lub medycyny naturalnej i zaangażować w akcję na rzecz szczęśliwego dzieciństwa lub ochrony planety. To wystarczy: to właśnie źródło płomieni. Lepiej zdecydować się na poświęcenie swojej energii starannie wyselekcjonowanym wahadłom, niż dopuścić do tego, by wydarły ci ją i roztrwoniły wszystkie te, które spotyka się na co dzień! Wreszcie, jak się przekonamy w jednym z kolejnych rozdziałów, wybierając swoją życiową misję, poświęcając się temu, co potrafisz robić, poczujesz się użyteczny, na swoim miejscu i wniesiesz swoją cegiełkę do wspólnej budowy. Potrzeba podczepienia się pod wahadła wyraźnie się zmniejszy! Nadwydajność powoli również staje się wahadłem. Potraktuj ją z dużą rezerwą.
Drugie pojęcie w Transerfingu rzeczywistości, które wydaje mi się dla ciebie prawdziwą gratką, to siły równoważące. Wchodzą tu w grę najbardziej podstawowe prawa fizyki: jeśli chcesz stać prosto pośrodku jakiegoś pomieszczenia, nie musisz wiele robić i nie wymaga to od ciebie wielkiego nakładu energii. Wystarczy umieścić swój środek ciężkości pośrodku podstawy utrzymania równowagi (stóp) i pozwolić działać sile przyciągania ziemskiego. Ale jeśli staniesz na krawędzi klifu, sprawy się skomplikują. Pod wpływem siły przyciągania wywieranej przez otchłań skulisz się i wygniesz ciało do tyłu. Ta siła zmusza cię do uruchomienia "sił równoważących", aby nie upaść. Podobnie byłoby, gdybyś szedł po belce zawieszonej nad przepaścią. Nieustannie próbowałbyś złapać równowagę, balansując szeroko rozłożonymi ramionami. Zauważ, że nie chwiałbyś się tak bardzo, gdyby ta sama belka była umieszczona pośrodku twojego salonu.
Przenieśmy tę zasadę na płaszczyznę rozwoju osobistego: ilekroć nadajemy zbyt duże znaczenie jakiemuś wydarzeniu, stajemy z własnej woli na krawędzi klifu (albo na belce zawieszonej na wysokości trzydziestu metrów). Niekiedy, rzec by można, nadwydajni narażają życie przy zwykłej rozmowie przez telefon. I odwrotnie, gdy nie przywiązujemy dostatecznej wagi do różnych rzeczy (pieniędzy, by podać pierwszy z brzegu przykład), również przysparzamy sobie kłopotów. Krótko mówiąc, jeśli nie skoncentrujemy się dostatecznie na krawędzi klifu, narażamy się na upadek.
Z tej koncepcji sił równoważących Vadima Zelanda wyniosłam osobistą filozofię, którą staram się stosować na co dzień:
Uczyć się nadawać sprawom WŁAŚCIWE znaczenie (ani zbyt wielkie, ani zbyt małe) to program na całe życie.
Oto czym możesz zająć swoje rozgałęziające się myśli na dłuższy czas!
Gdy coś nabiera zbyt dużej wagi, zaczynamy się tego bać, a jednocześnie odczuwać strach się, że zdarzy się coś przeciwnego. Na przykład możemy się obawiać równie dobrze sukcesu, jak porażki. Odnosząc sukces, czulibyśmy się przyparci do muru, zmuszeni działać i udowadniać, do czego jesteśmy zdolni, a porażka podkopałaby nieco nasze poczucie własnej wartości, budząc w nas wstyd i zniechęcenie. Tutaj należy uwzględnić inne prawo fizyki, które uzupełnia następującą koncepcję: natura potrzebuje równowagi, a siły równoważące służą jedynie przywróceniu harmonii. Tymczasem, aby to zrobić, łatwiej byłoby zepchnąć mnie w dół z klifu niż podciągnąć ziemię ku mnie o trzydzieści lub sto metrów. Przeniesienie tej zasady na płaszczyznę rozwoju osobistego jest również pouczające: wyjaśnia nasze porażki. Łatwiej ponieść fiasko niż odnieść sukces. Jeśli przywiązuję zbyt duże znaczenie do jakiegoś projektu, powoduję własny upadek, wytwarzając zbyt potężne siły równoważące. To doskonały scenariusz prowadzący do przegranej. Dlatego, chcąc zmniejszyć wagę tematu, trzeba wrócić do rzeczywistości i mieć w zanadrzu plan B. Wystarczy po prostu do kogokolwiek zadzwonić! Albo nawiązać z kimś kontakt! Znajdziesz wokół siebie pełno takich możliwości. Zwróć uwagę na wszelkie inne sprawy, aby umniejszyć znaczenie tej jednej. Twój umysł świetnie sobie z tym poradzi, jeśli go o to poprosisz. Będziemy jeszcze mieli okazję pomówić o Vadimie Zelandzie.
Pozostając w tym samym kręgu idei, co pojęcie sił równoważących, spostrzegłam, że przypisujesz zbyt wielką moc wypowiadanym słowom. Jak twierdzi językoznawca Noam Chomsky: słowo to nie to samo, co rzecz, którą nazywa. Słowo "pies" nie gryzie. To tylko etykietka, którą opatrujemy nasze doświadczenie. Wyobraź sobie pudełko do butów z naklejoną na wierzchu etykietką (słowo) oraz włożone do środka wspomnienia i przedmioty osobiste (nasze przeżycia). Weźmy na przykład określenie "drzewo". Słowo to jest nalepką na pudełku; jego sens bierze się z twoich przeżyć. Może kojarzyć się z platanem, dębem, jabłonią, lasem iglastym lub nawet, niektórym ludziom, z drzewem genealogicznym. I to słowo będzie miało różny ładunek emocjonalny zależnie od tego, czy odbyłeś pod tym drzewem przyjemną sjestę, czy też spadłeś z niego, nabijając sobie siniaków. Im bardziej subiektywne są słowa, tym bardziej każdy wypełnia je swoją treścią i tym bardziej wzrasta ryzyko nieporozumienia. Co dla ciebie znaczy szacunek, lojalność lub zaangażowanie? Musisz sobie uświadomić, że inne osoby mogą te słowa rozumieć zupełnie inaczej. Na przykład czasownik "grać" może mieć dwa znaczenia: ludyczne, w sensie zabawy, i kompetycyjne, w sensie współzawodnictwa podczas gry w szachy lub meczu tenisowego.
Nadając zbyt duże znaczenie wszystkiemu, nadwydajni tym samym napełniają po brzegi pudełka różnymi rzeczami. Niechybnie z tego powodu podejrzliwie studiują wszystkie etykietki. Ludzie normalnie myślący nie przyglądają się tak uważnie nalepkom na pudełkach. Często masz więc wrażenie, że ich wypowiedziom i radom brakuje precyzji. U manipulatorów ta cecha przejawia się jeszcze jaskrawiej. Dla nich słowa nie mają treści i służą tylko do manipulowania. Dosłownie stosują maksymę "obiecanki cacanki, a głupiemu radość". Dlatego cynicznie wciskają ci puste pudełka, które twój mózg z rozkoszą wypełnia. Można od tego oszaleć. Rozdźwięk między czynami a słowami jest u manipulatorów widoczny jak na dłoni. Powinno być dla ciebie oczywiste, że ich pudełka są puste, ale ty kurczowo czepiasz się wypowiedzianych słów.
Powinieneś się nauczyć wykrywać semantycznie pusty język, bardziej potocznie zwany "drętwą gadką". Przyjrzyj się temu zdaniu: "Przedsięweźmiemy wszelkie niezbędne środki, aby rozpatrzyć problem w jak najkrótszym czasie". O czym ono cię informuje? O niczym! Podobnie jest ze wszystkimi wypowiedziami, którym nie da się zaprzeczyć. Truizmami lub komunałami nazywamy zdania, które wyrażają rzeczy oczywiste. "Jesteś tu, stoisz przede mną i słuchasz, co mówię" lub "Zebraliśmy się, aby opracować ten projekt". Można by nawet dowcipnie skomentować: "Bez jaj!".
Aby udowodnić, że zdanie jest pozbawione treści, wystarczy sformułować je w formie zaprzeczonej. Aby lepiej uzmysłowić sobie umowny charakter takich zdań, spróbuj sformułować zaprzeczenie tego zdania: "Opowiadam się przeciw bezrobociu i za zatrudnieniem" albo "Chciałbym, aby udało się ten projekt zrealizować". Podobnie jest w rodzinie; zdania w stylu: "Pragnę dobra swoich dzieci (lub szczęścia swojej małżonki)" nie wnoszą żadnej informacji. Te oświadczenia są nawet tak ewidentne, że podejrzana wydaje się potrzeba ich zwerbalizowania. Przecież nikt nie będzie głośno oznajmiał: "Zatruję życie swojej partnerce i będę szkodził własnym dzieciom". Gdy nie można powiedzieć czegoś odwrotnego niż to, co zostało powiedziane, zdanie nie ma żadnej wartości. To mowa semantycznie próżna. Naucz się wykrywać tego rodzaju wypowiedzi, aby zneutralizować ich wpływ. Następnie wyraźnie odróżniaj informację od komunikatu. "Składniki tego kremu są takie a takie" to informacja. "Wygładzi twoją skórę" to komunikat. Manipulator będzie wygłaszać piękne, puste i oczywiste, a w końcu coraz bardziej kłamliwe przemowy. "Robię wszystko, by ci sprawić przyjemność. Nigdy nie jesteś zadowolony/a". Pudełko ze słowami jest puste albo wypełnione starymi gazetami! Ale jeśli manipulator podaje ci je z pewnością siebie, będziesz wątpić w swoją percepcję. Mówisz mi: "Przecież on tak powiedział!". Odpowiadam: "Owszem, tak powiedział, ale postąpił odwrotnie! Słowa to tylko słowa. Jeśli stwierdzę, że moje fotele są zielone, wcale nie znaczy to, że naprawdę takie są!" (Dzięki François, który opisał wam mój gabinet, wiecie, że są czerwone). Niektórzy z was odpowiadają mi z bladym uśmiechem: "Jeśli pani to powie dość stanowczo, zwątpię w to, co widzę, i pomyślę, że jestem daltonistą". Mówienie, żeby nic nie powiedzieć albo powiedzieć coś przeciwnego, niż się myśli, mija się dla ciebie z celem. Ponieważ sam jesteś bardzo szczery, a twoje pudełka na słowa są wypełnione po brzegi, nie potrafisz sobie wyobrazić, że można strzępić sobie język po próżnicy albo kłamać. Jednak niektórzy żonglują słowami jak kuglarze kolorowymi piłeczkami. Nie pozwalaj się więcej ranić lub hipnotyzować w ten sposób. Nadawaj mniejszą moc swoim słowom. Studia językowe, a zwłaszcza gramatyka generatywno-transformacyjna Noama Chomsky'ego3 pozwoli ci z większą rezerwą odnosić się do słów, a jego odkrycia semantyczne z pewnością cię zafascynują!
W ten sposób, rozpoznając wahadła, nie nadając zbytniej wagi różnym rzeczom i ucząc się słuchać tego, co naprawdę jest mówione, osiągniesz niezbędny dystans i nie będziesz angażował się z zapałem w jakieś "fajerwerki"! Chociaż hiperemocjonalność sprawia ci wiele bólu, już słyszę, jak niektórzy obruszają się na myśl, że mieliby stać się letni, rozlaźli, zobojętniali, mniej spontaniczni. Jeśli stracisz na spontaniczności, zyskasz na autentyczności. Twój słomiany ogień stanie się prawdziwym ogniskiem, podsycanym solidnymi polanami palącymi się niewątpliwie wolniej, lecz o ileż potężniejszym płomieniem!
Patrz bibliografia. [wróć]
Przeczytajcie moją książke Victime, bourreau, sauveur, comment sortir du pi?ge, Éditions Jouvence, Gen?ve 2006. [wróć]
O naturze i języku, patrz bibliografia. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki