Wstęp
Wstęp
Telefon się rozdzwonił, a mnie od razu szybciej zabiło serce. Minęło już parę miesięcy, odkąd otworzyłam zakład pogrzebowy, i od tego
czasu każdy telefon wzbudzał we mnie ekscytację. Nie mieliśmy wielu
klientów. Przez głowę przemknęła mi niepokojąca myśl: "Może ktoś umarł?
(Moja droga, przecież prowadzisz dom pogrzebowy. O to chodzi, żeby
ludzie dzwonili do ciebie w sprawie śmierci swoich bliskich)".
Kiedy odebrałam, po drugiej stronie rozległ się głos pielęgniarki z hospicjum. Oświadczyła, że przed dziesięcioma minutami stwierdziła zgon
niejakiej Josephine. Ciało nadal było ciepłe. Między dzwoniącą, która
usiadła przy łóżku zmarłej, a córką Josephine wywiązała się sprzeczka.
Córka, jak się okazało, postanowiła skontaktować się z moim zakładem
pogrzebowym, ponieważ nie chciała, żeby zwłoki matki zostały zabrane,
kiedy tylko wyda ostatnie tchnienie. Zależało jej na tym, żeby ciało
mamy zostało z nią w domu.
- Czy ona w ogóle może domagać się czegoś takiego? - zapytała
pielęgniarka.
- Ależ naturalnie - odparłam. - Prawdę mówiąc, zachęcamy klientów do
takiego rozwiązania.
- To nie będzie wbrew prawu? - dopytywała, nadal nieprzekonana.
- Nie będzie.
- Zwykle wygląda to tak, że kontaktujemy się z zakładem pogrzebowym i w ciągu godziny karawan zabiera zwłoki.
- O tym, co się stanie z ciałem zmarłej, decyduje najbliższa rodzina.
Nie hospicjum ani szpital, ani dom spokojnej starości, a już na pewno
nie zakład pogrzebowy.
- No dobrze, skoro jest pani pewna...
- Jestem - potwierdziłam z naciskiem. - Proszę przekazać córce
Josephine, żeby przedzwoniła do nas dzisiaj wieczorem albo jutro rano,
jeśli woli. Niech się odezwie, kiedy będzie gotowa.
Ciało Josephine odebraliśmy o dwudziestej, sześć godzin po zgonie.
Nazajutrz córka przesłała nam filmik nagrany telefonem. Na
trzydziestosekundowym nagraniu widać było zmarłą, która leżała w swoim
łóżku, ubrana w ulubiony sweter i szal. Na stojącej przy łóżku komódce
płonęły świece. Ciało oprószone zostało płatkami kwiatów.
Mimo że filmik nie był najwyższej jakości, na ziarnistym obrazie widać
było wyraźnie, że podczas swojej ostatniej nocy na ziemi Josephine
prezentowała się olśniewająco. Córkę efekt jej starań napawał dumą.
Zawsze to matka troszczyła się o nią, teraz role się odwróciły.
Nie wszyscy w branży pogrzebowej pochwalają moje metody. Niektórzy są
zdania, że aby można było bezpiecznie przebywać w pobliżu zwłok, należy
je uprzednio poddać zabiegowi balsamowania (to nieprawda), oraz że
zwłokami powinien się zajmować jedynie wykwalifikowany specjalista (to
też nieprawda). W ocenie krytyków młodsi, bardziej postępowi
przedsiębiorcy pogrzebowi "obdzierają nasz zawód z powagi". Starzy
wyjadacze zastanawiają się, czy "określeniem najcelniej opisującym to,
co dzieje się z branżą pogrzebową, nie jest przypadkiem słowo "cyrk"".
Ktoś ujął to w następujący sposób: "Kiedy nową normą stanie się
pozostawianie niezabalsamowanych zwłok w domu, gdzie przez trzy dni będą
odwiedzać je bliscy, będę wiedział, że pora rzucić tę robotę!".
W Stanach Zjednoczonych, gdzie żyję, usługi związane ze śmiercią i pochówkiem stały się dochodowym biznesem na początku XX wieku. Jak się
okazuje, wystarczy sto lat, by ludzie zapomnieli, czym kiedyś były
pogrzeby: wydarzeniami, w których pierwsze skrzypce grały rodzina i miejscowa społeczność. W XIX wieku nikomu nie przyszłoby na myśl
zastanawiać się, czy córka Josephine ma prawo przygotować ciało matki do
pochówku - wręcz dziwiono by się, gdyby tego nie zrobiła. Również żona
obmywająca i ubierająca zwłoki męża czy ojciec niosący zmarłego syna na
miejsce pochówku w trumnie własnej roboty nie wzbudzaliby w nikim
zgorszenia. Tymczasem na przestrzeni minionego wieku amerykańskie usługi
pogrzebowe stały się bardziej kosztowne, a branża przyjęła model
korporacyjny i biurokratyczny w stopniu niespotykanym w żadnym innym
miejscu na ziemi. Gdybyśmy jako Amerykanie koniecznie chcieli przyznać
sobie za coś medal, należałby się nam za stworzenie systemu, który
wyjątkowo skutecznie uniemożliwia pogrążonej w żałobie rodzinie
towarzyszenie zmarłemu.
Przed pięcioma laty, gdy plan otwarcia domu pogrzebowego (i napisania
niniejszej książki) był jeszcze w powijakach, wynajęłam wiejski dom na
lagunie w Belize. Jako że wiodłam wówczas rozpasane życie pracownicy
krematorium i kierowcy karawanu, chatka nie należała do najdroższych. Na
miejscu telefony gubiły zasięg, nie miałam też sieci Wi-Fi. Od
najbliższego miasta dzieliło mnie 14 kilometrów, a do posesji dotrzeć
mógł jedynie pojazd z napędem na cztery koła. Woził mnie w tę i z powrotem dozorca, trzydziestoletni Belizeńczyk Luciano.
Jeślibyś, drogi czytelniku, chciał wyrobić sobie zdanie na tematy
Luciano, wyobraź sobie mężczyznę, któremu wszędzie, gdziekolwiek się
pojawia, towarzyszy stado lojalnych, aczkolwiek dość zaniedbanych psów.
Kiedy moja chata była jeszcze niezamieszkana, Luciano na całe dni
przepadał w miejscowym buszu, przy czym na wyprawy udawał się w klapkach, z maczetą w dłoni i właśnie ze zgrają psów. Polował na
jelenie, tapiry i pancerniki. Kiedy udało mu się schwytać ofiarę,
zabijał ją, obdzierał ze skóry, po czym wykrawał z piersi i zjadał jej
serce.
Na początku naszej znajomości Luciano spytał, czym się zajmuję. Kiedy
wyjaśniłam, że pracuję ze zwłokami, w krematorium, z wrażenia aż usiadł
prosto w hamaku.
- Spalasz je? Robisz grilla z ludzi?
Zastanowiłam się chwilę.
- W piecu panuje wyższa temperatura niż w grillu, osiąga ponad 1000
stopni Celsjusza. Zwłoki nawet nie mają czasu się "zgrillować". Ale
generalnie jest tak, jak mówisz.
W społeczności Luciano, kiedy ktoś umierał, rodzina przynosiła ciało do
domu, gdzie odbywało się całodzienne czuwanie przy zmarłym. Populacja
Belize jest bardzo zróżnicowana i stanowi wypadkową wpływów karaibskich
i latynoamerykańskich, językiem narodowym zaś jest angielski. Luciano
był Metysem, to znaczy potomkiem Majów - rdzennych mieszkańców tych
terenów - i hiszpańskich konkwistadorów.
Dziadek Luciano był w lokalnej społeczności osobą, którą wzywano, by
przygotowała ciało zmarłego do pochówku. Po przybyciu na miejsce
niekiedy zastawał zwłoki w stanie stężenia pośmiertnego, gdy sztywność
mięśni znacznie utrudniała obmycie i ubranie ciała. Luciano twierdził,
że w takiej sytuacji dziadek zaczynał rozmawiać ze zmarłym: "Posłuchaj,
chcesz porządnie prezentować się w Niebie, zgadza się? Jeśli będziesz
taki sztywny, nie zdołam cię ubrać".
- Twierdzisz, że twój dziadek umiał wyperswadować ciału przebywanie w rigor mortis? - dopytałam.
- Cóż, należało też natrzeć ciało rumem, żeby nieco zwiotczało. Ale tak,
dziadek rozmawiał z truposzem.
Kiedy już nakłonił zwłoki, żeby zwiotczały, przewracał je na brzuch, co
pozwalało uwolnić się gazom, jakie mogły zgromadzić się w środku na
skutek procesów pośmiertnych. To trochę jak z niemowlęciem, które po
karmieniu mama poklepuje po plecach, żeby mu się odbiło i nie ulało.
- W Stanach Zjednoczonych też tak robicie? - spytał, wodząc wzrokiem po
lagunie.
Rzecz jasna w większych miastach Belize można było znaleźć zakłady
pogrzebowe działające w modelu zachodnim, czyli naciągające rodziny na
zakup mahoniowych trumien i marmurowych nagrobków. Z takim samym
dążeniem do nowoczesności za wszelką cenę spotykamy się też w belizeńskich szpitalach, z których część może wymagać przeprowadzenia
sekcji zwłok, niezależnie od tego, czy rodzina życzy sobie tego, czy też
nie. Babka Luciano przed śmiercią zapowiedziała, że nie chce, żeby po
zgonie krojono jej ciało.
- Dlatego wykradliśmy jej zwłoki ze szpitala - wyjaśnił.
- Co proszę?
Nie przesłyszałam się: wykradli ciało babki ze szpitala, uprzednio
zawinąwszy je w prześcieradło.
- Cóż mógł nam zrobić szpital?
Opowiedział mi też o swoim przyjacielu, który utopił się podczas kąpieli
w lagunie, na której brzegu teraz staliśmy. Kiedy doszło do tragedii,
Luciano nie zawiadomił żadnych władz.
- Chłopak był martwy. Co im do tego?
Luciano pragnie po śmierci spocząć w prostym grobie. Chciałby, żeby jego
ciało przykryto całunem ze zwierzęcej skóry oraz by ściany grobu
ozdobione były liśćmi. Zamierza nawet osobiście zaprojektować taki
całun.
Wyjaśnił, że z kolegami "bez przerwy" rozmawiają o śmierci. Pytają się
nawzajem: "Hej, co chcesz, żebyśmy zrobili, kiedy umrzesz?".
A potem spytał:
- Tam, skąd pochodzisz, nie prowadzicie takich rozmów?
Niełatwo było mu wytłumaczyć, że w sumie to nie, nie prowadzimy.
Jedno z głównych pytań, które zawsze towarzyszyło mi w pracy, brzmiało:
Dlaczego kultura, która mnie ukształtowała, tak nerwowo reaguje na temat
śmierci? Dlaczego nie chcemy porozmawiać o niej z rodziną i przyjaciółmi
i spytać, jak mamy postąpić z ich ciałami, gdy umrą? Nasza skłonność do
unikania tego trudnego tematu przynosi skutki odwrotne do zamierzonych:
opór przed rozmawianiem o tym, co nas wszystkich nieuchronnie czeka,
drenuje nasze portfele oraz sprawia, że coraz trudniej nam przeżyć
śmierć bliskiej osoby.
Uznałam, że jeśli na własne oczy przekonam się, jakie podejście do
śmierci prezentują inne kultury, będę mogła udowodnić, iż nie ma jednego
właściwego sposobu jej traktowania i rozumienia. Kilka ostatnich lat
upłynęło mi na podróżowaniu po świecie. Odwiedziłam Australię, Anglię,
Niemcy, Hiszpanię, Włochy, Indonezję, Meksyk, Boliwię, Japonię, a także
zjeździłam wzdłuż i wszerz moje ojczyste Stany Zjednoczone i we
wszystkich tych miejscach starałam się poznać lokalne zwyczaje
pogrzebowe. Oczywiście wiele można się dowiedzieć, studiując stosy
pogrzebowe w Indiach czy cudaczne trumny, jakie tworzy się w Ghanie.
Jednakże w miejscach, które postanowiłam odwiedzić, natknęłam się na
równie spektakularne, a znacznie mniej znane tradycje. Liczę, że te
odkrycia okażą się pomocne we wspólnym nadaniu nowego znaczenia naszym
własnym zwyczajom. Szerzenie wiedzy o różnych tradycjach pogrzebowych
jest istotne dla mnie jako właścicielki zakładu pogrzebowego, ale w jeszcze większym stopniu jako córki i przyjaciółki.
?
Jedną z pierwszych wzmianek na temat nieporozumień, jakie mogą zrodzić
się między przedstawicielami odmiennych kultur z powodu różnych
zwyczajów pogrzebowych, zawdzięczamy Herodotowi, greckiemu historykowi,
który pisał na ten temat już ponad dwa tysiące lat temu. Dowiadujemy się
z jego podań, że władca imperium Achemenidów wezwał pewnego razu przed
swoje oblicze grupę Greków. Świadom, że Grecy ciała zmarłych poddają
kremacji, król spytał: "Ile musiałbym wam zapłacić, żebyście zjedli
zwłoki swoich martwych ojców?". Członkowie delegacji greckiej wzdrygnęli
się na taką sugestię, tłumacząc, że nigdy, za żadną cenę, nie zostaną
kanibalami. Władca przyzwał wówczas Kalacjan, którzy słynęli z tego, że
zjadali zwłoki swoich bliskich. Spytał: "Ile musiałbym wam zapłacić,
żebyście spalili ciała swoich ojców?". Kalacjanie błagali, żeby nawet
nie wspominał o "takich okropieństwach!".
Tego rodzaju postawa - odraza, jaką budzą w nas zwyczaje pogrzebowe
innych kultur - przetrwała tysiąclecia. Jeśli kiedykolwiek zdarzy ci się
znaleźć w pobliżu nowoczesnego zakładu pogrzebowego, z pewnością
natkniesz się na poniższy cytat, przypisywany Williamowi Gladstone'owi,
XIX-wiecznemu brytyjskiemu premierowi:
Pokaż mi, jak naród dba o swoich zmarłych, a ja z matematyczną
dokładnością zmierzę tkliwość jego miłosierdzia, lojalność wobec
wyższych ideałów i poszanowanie dla praw swojej ziemi.
Takie motto przedsiębiorcy pogrzebowi nader chętnie umieszczają na
tablicach oraz stronach internetowych. W Stanach często występuje ono
obok animowanego obrazka z powiewającą amerykańską flagą, a w tle
nieodmiennie rozbrzmiewa hymn Amazing Grace. Niestety Gladstone nigdy
nie opatrzył swojej refleksji równaniem, które pozwoliłoby dowieść - "z matematyczną dokładnością" - że jedna metoda postępowania ze zmarłymi
jest, powiedzmy, w 79,9 procentach barbarzyńska, podczas gdy druga w 62,4 procentach godna.
(Niewykluczone zresztą, że Gladstone wcale nie jest autorem tych słów.
Pierwsza udokumentowana wzmianka na ich temat pochodzi z artykułu z 1938
roku Successful Cemetery Advertising (Skuteczne reklamowanie
cmentarzy), opublikowanego na łamach periodyku "The American Cemetery".
Nie potrafię udowodnić, że brytyjski premier wcale nie wypowiedział tych
słów, jednakże pewien wybitny znawca życiorysu polityka stwierdził
wprost, że podczas swoich badań nigdy nie natknął się na taki cytat.
Zarazem przyznał ostrożnie, że słowa te "brzmią tak, jak gdyby mogły
wyjść z ust Gladstone'a").
Nawet jeśli jesteśmy w stanie docenić zalety zwyczajów pogrzebowych
praktykowanych w innych kulturach, często i tak padamy ofiarą swoich
uprzedzeń, które zabarwiają nasz ogląd. W 1636 roku dwa tysiące Indian z plemienia Huronów zgromadziło się wokół wykopanej w ziemi jamy na brzegu
jeziora, obecnie znanego pod nazwą Huron i leżącego na terenie Kanady.
Dół, głęboki na 1,8 metra i szeroki na 7,3 metra, został pomyślany w taki sposób, aby pomieścić szczątki siedmiuset ludzi.
Dla pogrzebanych w środku ciał jama na brzegu jeziora Huron nie była
jednak pierwszym przystankiem po śmierci. Niedługo po zgonie, kiedy
zwłoki były jeszcze świeże, przybierano je w szaty ze skóry bobrów i składano na drewnianym rusztowaniu 3 metry nad ziemią. Mniej więcej raz
na dziesięć lat rozproszone plemiona Huronów urządzały tak zwaną ucztę
zmarłych: przenoszono wówczas szczątki, aby dokonać masowego pochówku. W ramach przygotowań zwłoki ściągano z rusztowań. Następnie członkowie
rodziny, przeważnie kobiety, stawali przed nie lada zadaniem - należało
oskrobać kości z resztek mięsa.
To, jak wiele wysiłku wymagała ta praca, zależało od czasu, jaki upłynął
od śmierci. W przypadku niektórych zwłok proces rozkładu zakończył się i teraz szkielet obleczony był jedynie w wysuszoną, cienką jak papier
skórę. Inne ciała były dobrze zachowane, niemal zmumifikowane, tak że
suchą skórę trzeba było zdzierać płatami z kości i palić. Najwięcej
pracy wymagały ciała osób niedawno zmarłych, w tych bowiem nadal roiło
się od żerujących robaków.
Świadkiem takiego rytualnego oczyszczania zwłok był francuski katolicki
misjonarz Jean de Brébeuf. W jego relacji, wbrew temu, co można by
przypuszczać, nie pobrzmiewała groza, lecz autentyczny podziw dla
intymności, z jaką Huroni pielęgnowali ciała zmarłych. Wspomina on na
przykład o rodzinie, która po rozwinięciu materiału ujrzała szczątki
kogoś bliskiego w zaawansowanym stadium rozkładu. Niezrażeni Huroni
przystąpili do obierania kości z mięsa, po czym przyodziali szkielet w nową szatę z bobrzej skóry. Misjonarz w swoim podaniu pyta wprost, czy
ich postępowania nie należałoby potraktować "jako przykładu szlachetnej
postawy, godnej chrześcijanina". Z nie mniejszym uznaniem przypatrywał
się właściwej ceremonii złożenia szczątków do grobu. Kiedy ciała
przysypano piaskiem i przykryto korą, misjonarz wyznał, że "serce raduje
się na widok takich miłosiernych uczynków".
Nie wątpię, że w tamtej chwili, stojąc nad dołem pogrzebowym, Brébeuf
był naprawdę poruszony rytuałami Huronów. Tyle że emocje te bynajmniej
nie osłabiły jego żarliwej wiary w to, że wszystkie te zwyczaje i ceremonie należy wymazać z historii i zastąpić rytuałami
chrześcijańskimi. Jedynie wówczas, zdaniem duchownego, ludzie ci mieli
uwolnić się od "niemądrych i bezużytecznych" przesądów, a ich ceremonie
mogły stać się "święte".
Należy zaznaczyć, że rdzenni mieszkańcy Kanady z umiarkowanym
entuzjazmem odnosili się do alternatywnych rytuałów, jakie proponował im
katolicki misjonarz. Historyk Erik Seeman podkreśla, że Indianie
kanadyjscy i Europejczycy często wzajemnie posądzali się o "budzące
dreszcz obrzydzenia zepsucie". Cóż bowiem Huroni mogli pomyśleć sobie o francuskich katolikach, którzy otwarcie przyznawali się do kanibalizmu,
chwaląc się, że spożywają ciało i krew (i to nie byle kogo - Boga) w sakramencie nazywanym komunią?
Jako że u źródeł wielu obrzędów pogrzebowych leży religia, krytycy
różnych praktyk odnoszą się właśnie do wyznawanych przez daną grupę
wierzeń. Całkiem niedawno, w 1965 roku, James W. Fraser stwierdzał
dobitnie w książce Cremation: Is It Christian? (Kremacja: Czy to po
chrześcijańsku?) (podpowiedź: nie), że kremacja to "barbarzyński czyn"
i "niemal zbrodnia". Przyzwoitemu chrześcijaninowi, dowodził uczony,
"myśl, iż ciało zmarłego przyjaciela będzie włożone w ogień niczym
pieczeń wołowa, że będzie się z niego wytapiać tłuszcz i skwierczeć będą
różne tkanki, musi się wydać odrażająca".
To uświadomiło mi, że rzekoma wyższość takiego czy innego rytuału
pogrzebowego nad innymi nie wynika z metod matematycznych (na przykład
stwierdzenia, że dany zwyczaj jest w 36,7 procenta "czynem
barbarzyńskim"), lecz bazuje na emocjach, to znaczy na przekonaniu o wyjątkowości i szlachetności kultury, z której wywodzi się oceniający.
Innymi słowy, rytuały pogrzebowe uznajemy za "zabawy dzikusów" tylko
wtedy, gdy różnią się od naszych.
?
Podczas ostatniego dnia mojego pobytu w Belize Luciano zabrał mnie na
cmentarz, gdzie pochowani są jego dziadkowie (między innymi wspomniana
wcześniej wykradziona ze szpitala babka). Nekropolię wypełniały betonowe
groby naziemne. Niektóre z nich były w dobrym stanie, inne bardzo
zaniedbane. Na górnej części jednego z krzyży, leżącego w trawie, jakiś
dowcipniś powiesił damskie figi. Na paru nagrobkach ktoś namazał czarną
farbą w sprayu "Gaza Earth" i "Repent All Man".
Grobowiec dziadków Luciano znajdował się w dalekim rogu cmentarza:
trumny leżały ułożone jedna na drugiej, a całość osłaniały betonowe
mury.
- Moja babka nie życzyła sobie całego tego cementu. Mówiła, że wystarczy
jej zwykły dół w ziemi. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. No,
ale wiesz, jak to jest...
Mówiąc to, Luciano delikatnie zgarnął suche liście z płyty nagrobnej.
Uderzające było dla mnie, że mężczyzna towarzyszył swojej babce na
każdym etapie jej pośmiertnej wędrówki: począwszy od wykradzenia ciała
ze szpitala, przez czuwanie, w trakcie którego członkowie rodziny
raczyli się rumem i grali meksykańską muzykę ranchera (ulubioną
denatki), po - szereg lat później - dbanie o jej grób.
Teraz porównajmy to z praktykami stosowanymi w zachodniej branży
pogrzebowej, gdzie żałobnicy są celowo pozbawiani kontaktu z ciałem
zmarłego. Większość ludzi nie ma pojęcia, jakie chemikalia są wpuszczane
do ciała ich matki w trakcie balsamowania (odpowiedź: mieszanka
formaldehydu, metanolu, etanolu i fenolu) ani czemu właściwie służy
wydatek trzech tysięcy dolarów na zakup obudowy grobu ze stali
nierdzewnej (odpowiedź: chodzi o to, żeby pracownikom cmentarza łatwiej
kosiło się trawę). Przeprowadzone w 2017 roku przez rozgłośnię NPR
śledztwo dziennikarskie wykazało, że "zakłady pogrzebowe stanowią
nieprzenikniony system, który, jak się zdaje, został celowo
zaprojektowany w taki sposób, aby wprowadzać w błąd klienta, zmuszanego
do podejmowania trudnych decyzji finansowych w momencie, gdy doświadcza
osobistej tragedii".
Sektor usług pogrzebowych wymaga pilnej reformy; należy wprowadzić
praktyki, które nie będą aż tak bardzo zorientowane na przynoszenie
zysku i które pozwolą w większym stopniu uwzględniać potrzeby rodziny.
Jednakże nie zdołamy wdrożyć żadnych reform - ani nawet zakwestionować
istniejącego obecnie systemu - dopóki będziemy wzorem Jeana de Brébeufa
wierzyć, że nasze ceremonie pogrzebowe są jedynymi słusznymi, podczas
gdy zwyczaje "innych ludów" to wyraz braku poszanowania dla zmarłych i przesądy.
Z takim lekceważącym podejściem można się spotkać nawet w miejscach, w których byśmy się tego nie spodziewali. Przykładowo Lonely Planet,
największy na świecie wydawca przewodników turystycznych, w publikacji
na temat Bali zamieścił opis idyllicznej nekropolii we wsi Trunyan. Jej
mieszkańcy budują specjalne bambusowe namioty, w których zwłoki ich
bliskich powoli ulegają rozkładowi. Czaszki i kości układane są potem
pośród zielonego, tętniącego życiem krajobrazu. Zamiast wyjaśnić
czytelnikom znaczenie tych starożytnych zwyczajów, autorzy przewodnika
Lonely Planet ograniczyli się do przestrogi, aby odwiedzający "darowali
sobie to makabryczne widowisko".
Zapewne nigdy, drogi czytelniku, nie będziesz chciał, wzorem Kalacjan,
skosztować ciała swojego zmarłego staruszka. Ja zresztą też nie, jestem
wegetarianką (to tylko dowcip, tato). Mimo to błędem jest zakładać,
jakoby zachodnie obrzędy pogrzebowe były jakkolwiek lepsze od praktyk w pozostałych zakątkach świata. Co więcej, z powodu korporatyzacji i komercjalizacji branży usług pogrzebowych w porównaniu z resztą świata
mamy deficyty bliskości i intymności rytuałów funeralnych.
Dobra wiadomość jest taka, że nie jesteśmy skazani na życie w separacji
od śmierci i we wstydzie, jaki w nas budzi. Pierwszy krok, jaki
powinniśmy zrobić na drodze do uzdrowienia tej sytuacji, polega na
angażowaniu się w przygotowania do pochówku. Nawet w nowoczesnych
metropoliach, takich jak Tokio czy Barcelona, nieraz widywałam rodziny,
które przez cały dzień czuwały przy zwłokach bliskiego, a potem były też
świadkami procesu kremacji. W Meksyku byłam świadkiem, jak rodziny
odwiedzały groby bliskich osób, przynosząc poczęstunek. Robiły to wiele
lat po ich śmierci, jak gdyby na dowód, że nikt nie został zapomniany.
W książce tej, drogi czytelniku, odnajdziesz wiele rytuałów pogrzebowych
różniących się znacznie od tych, które znasz. Pozostaje mi wierzyć, że w ich odmienności dojrzysz piękno. Możliwe, że śmierć budzi w tobie
niepokój czy strach, jednak mimo to jesteś tutaj i czytasz te słowa. Pod
tym względem niczym nie różnisz się od ludzi, których za moment poznasz
- ponieważ jesteś obecny.
Kolorado. Crestone
Kolorado
Crestone
Było sierpniowe popołudnie, gdy dostałam e-maila, na którego czekałam.
Caitlin,
dzisiaj wczesnym rankiem zmarła Laura, członkini naszej społeczności.
Chorowała na serce, niedawno skończyła siedemdziesiąt pięć lat. Nie
wiem, gdzie obecnie jesteś, ale liczę, że przyjedziesz.
Stephanie
Nikt się nie spodziewał, że Laura umrze. Jeszcze w niedzielę wieczorem
szalała na miejscowym festiwalu muzycznym, a w poniedziałek rano
znaleziono ją martwą na kuchennej posadzce. W czwartek rano miała
zjechać się rodzina, by skremować jej zwłoki. Ja też zamierzałam
przyjechać.
Początek kremacji przewidziano na 7.00 rano, gdy niebieskawą poświatę
poranka ozłocą pierwsze promienie słońca. Żałobnicy zaczęli gromadzić
się już o 6.30. W pewnym momencie na parking wjechał pick-up z ciałem
Laury. Za kierownicą siedział jej syn. Zwłoki przykryte były całunem w koralowym kolorze. Rozważano sprowadzenie ukochanego konia Laury, Bebe,
ostatecznie jednak rodzina doszła do wniosku, że tłum ludzi i ogień
mogłyby spłoszyć zwierzę. Wydano oświadczenie, że koń "niestety nie
będzie w stanie uczestniczyć w ceremonii".
Członkowie rodziny Laury zdjęli zwłoki z paki samochodu i niosąc je na
płóciennych noszach, ruszyli przez łąkę, którą porastały żółte kwiaty.
Droga lekko się wznosiła, wiodąc ku przygotowanemu na szczycie wzgórza
stosowi pogrzebowemu. Wtem w ciszy rozległ się dźwięk gongu. Opuściłam
parking, by razem z pozostałymi żałobnikami podążyć piaszczystą ścieżką.
Po chwili promiennie uśmiechnięta wolontariuszka wręczyła mi świeżo
ściętą gałązkę jałowca.
Ciało Laury ułożono na metalowej kratownicy, umieszczonej na dwóch
białych betonowych blokach pod błękitnym stropem bezmiaru nieba nad
Kolorado. Wcześniej dwukrotnie odwiedziłam to miejsce, żeby przyjrzeć
się stosowi, jednak dopiero teraz, gdy pojawiło się ciało, jego
przeznaczenie narzucało się nieodwołalnie. Żałobnicy po kolei
podchodzili do niego, by złożyć na ciele Laury gałązkę jałowca. Ponieważ
jako jedyna z zebranych nie znałam Laury za życia, nie byłam pewna, czy
powinnam zrobić to samo. Można powiedzieć, że obleciała mnie pogrzebowa
trema. Jednak jako że dalsze ściskanie gałązki w garści raczej nie
wchodziło w grę (zbytnio rzucałabym się w oczy), podobnie jak schowanie
jej do plecaka (to byłoby niesmaczne), koniec końców, gdy przyszła na
mnie kolej, podeszłam do stosu i położyłam gałązkę na całunie.
Teraz najbliżsi Laury, wśród nich ośmio-, może dziewięcioletni chłopiec,
zaczęli okrążać stos, dokładając kłody sosny z gatunku Pinus
cembroides i świerku, wybrane specjalnie ze względu na to, że bardzo
intensywnie się spalają. Stojący po obu stronach stosu partner Laury
oraz jej dorosły syn trzymali płonące pochodnie. Na sygnał zbliżyli się
i akurat w momencie, gdy nad horyzontem ukazało się słońce, podpalili
zwłoki.
W miarę jak ciało trawił ogień, unosił się znad niego biały dym w formie
maleńkich wirów i przepadał w porannym niebie.
Kiedy teraz rozmyślam o tamtej woni, przychodzi mi na myśl ustęp z Edwarda Abbeya:
Ogień. Prawdę mówiąc, nie znam słodszego aromatu od zapachu płonącego
jałowca. Podejrzewam, że wszystkie kadzielnice, jakie Dante umieścił w swoim raju, nie miałyby szans, stając w szranki z tą wonią. Wystarczy
jeden raz posmakować tego zapachu, by niczym pod wpływem cudownej woni
szałwii po deszczu dokonała się w nas jakaś magiczna przemiana, byśmy
niczym za sprawą określonej muzyki doświadczyli dogłębnie przestrzeni,
świetlistości i niezwykłości amerykańskiego Zachodu. Niechaj płonie
długo.
Parę minut później dymek się rozwiał, a w jego miejsce zjawiły się
roztańczone czerwone płomienie. Stos płonął coraz mocniej, po chwili
ogień sięgał już niemal 2 metrów. Żałobnicy, sto trzydzieści osób, w milczeniu zebrali się wokół stosu. Ciszę mąciły jedynie trzaski
płonącego drewna, zupełnie jak gdyby wspomnienia Laury po kolei obracały
się w nicość.
Kremacja w formie, w jakiej praktykuje się ją w maleńkim miasteczku
Crestone w stanie Kolorado, towarzyszy ludzkości od kilkudziesięciu
tysięcy lat. Już starożytni Grecy, Rzymianie czy Hindusi w ogniu i jego
prostej alchemii dostrzegali moc zdolną strawić ciało i wyzwolić duszę.
Jednakże tradycja kremacji w ogóle sięga jeszcze dalej w przeszłość.
Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku na słabo zaludnionych terenach
środkowej Australii pewien młody geolog natrafił na ślad skremowanych
kości dorosłej kobiety. Wiek kości oszacował na 20 tysięcy lat. Dalsze
badania dowiodły, że szczątki są znacznie starsze: liczyły sobie
czterdzieści dwa tysiące lat, co, nawiasem mówiąc, o 22 tysiące lat
cofało szacowany moment, gdy do Australii przybyli Aborygeni. Kobieta
musiała żyć w świecie pełnym bujnej roślinności i zamieszkanym przez
olbrzymie stworzenia (kangury, wombaty i inne ogromnych rozmiarów
gryzonie). Na jej dietę składały się ryby, nasiona oraz jaja
gigantycznych strusi emu. Po śmierci zwłoki kobiety, nazwanej przez
badaczy Mungo Lady, zostały poddane kremacji przez jej społeczność.
Następnie kości roztrzaskano i spalono raz jeszcze. Tak spreparowane
szczątki posypano ochrą i złożono do ziemi, gdzie przeleżały
czterdzieści dwa tysiące lat.
A propos Australii (wiem, że znowu zmieniam temat, ale nie bez powodu),
mniej więcej dziesięć minut po rozpoczęciu kremacji Laury jedna z kobiet
doglądających ognia wzięła do rąk didgeridoo, aborygeński instrument
dęty. Następnie dała na migi znać mężczyźnie z drewnianym fletem, żeby
do niej dołączył.
Mentalnie przygotowywałam się na najgorsze. Didgeridoo i amerykański
pogrzeb to dość karkołomne połączenie. Szybko jednak się okazało, że
niepotrzebnie się obawiałam: rozlewające się szeroko monotonne brzmienie
didgeridoo w zestawieniu z zawodzeniem fletu dało niesamowity efekt.
Dźwięk przynosił ukojenie zapatrzonym w ogień uczestnikom pogrzebu.
I tak to leci: kolejne amerykańskie miasteczko i kolejny stos, wokół
którego gromadzą się żałobnicy. Tylko że rzeczywistość jest zupełnie
inna. Crestone jest jedynym miejscem w USA, a nawet na całym Zachodzie,
gdzie organizowana jest tradycyjna kremacja na stosie pod gołym
niebem1.
Jednakże kremacje w Crestone nie zawsze wyglądały tak efektownie. Zanim
wzbogaciły się o procesje o świcie, grę na didgeridoo i świetnie
zorganizowane rozdawanie gałązek jałowca, wszystko obracało się wokół
Stephanie, Paula i prowadzonych przez tę parę rytuałów Porta-Pyre (dosł.
"przenośnego stosu").
- To my staliśmy za inicjatywą Porta-Pyre - przyznaje wprost Stephanie
Gaines. Sama o sobie mówi, że jest intensywnie praktykującą buddystką. -
Jestem zodiakalnym baranem, i to zarówno w znaku słonecznym,
księżycowym, jak i ascendencie.
Stephanie, siedemdziesięciodwulatka z blond bobem, zarządza stosem w Crestone z wrodzonym wdziękiem.
Na pierwszym etapie działalności wraz z Paulem Kloppenbergiem, też
obdarzonym nie lada osobowością, mówiącym po angielsku z wyraźnym
holenderskim akcentem, przewozili stos z miejsca na miejsce. Kremacje
przeprowadzane były zawsze na prywatnych posesjach, a po zakończeniu
rytuału para niezwłocznie ruszała dalej, unikając w ten sposób spotkań z urzędnikami hrabstwa. Łącznie przeprowadzili w takim trybie siedem
kremacji.
- Stos ustawialiśmy na końcu podjazdu przy domu osoby, która nas
zamawiała - wyjaśnił Paul podczas naszej rozmowy.
Porta-Pyre bazowało na bardzo pierwotnych rozwiązaniach: kratownicę
kładziono po prostu na paru pustakach. Pod wpływem wysokiej temperatury
krata zniekształcała się po każdej kremacji.
- Trzeba było przejechać po niej furgonetką. Dopiero wtedy wracała do
dawnego kształtu - wspominała Stephanie. - Teraz, z perspektywy czasu,
wydaje się to istnym wariactwem - dodała z rozbawieniem, za to bez
wyrzutów sumienia.
W 2006 roku para zaczęła rozglądać się za stałym miejscem, w którym
mogłaby organizować rytuały kremacji. Crestone wydawało się wymarzone do
tego celu: typowa zabita dechami dziura, oddalona o cztery godziny jazdy
od leżącego na północy Denver, zamieszkana przez sto trzydzieści siedem
osób (wliczając osoby zamieszkujące okoliczne tereny, populacja Crestone
liczy tysiąc czterysta osób). Temu oddaleniu od cywilizacji miasteczko
zawdzięcza swojego libertariańskiego ducha, postawę "wolność Tomku w swoim domku". Marihuana jest tam legalna, podobnie jak domy publiczne
(co prawda żadnego obecnie nie ma, ale teoretycznie mógłby być).
Crestone jest mekką dla wszelkiego rodzaju adeptów duchowości. Ściągają
do niego ludzie z całego świata, między innymi Dalajlama, żeby
medytować. W sklepie z ekologiczną żywnością można znaleźć ulotki
reklamujące zajęcia z instruktorami qigong czy nauczycielami pracy z cieniem, kursy dla dzieci, w których trakcie "obudzą w sobie geniusza",
kursy nauki tradycyjnych tańców Afryki Północnej, a także coś o tajemniczej nazwie "Święta kraina zaczarowanego lasu". Wśród mieszkańców
znajdziemy prawdziwych hippisów i zamożnych pozerów, ale jest również
wielu takich, którzy przez całe życie praktykują wybraną religię:
buddystów, sufitów, a nawet zakonnice karmelitanki. Laura przez
kilkadziesiąt lat była wyznawczynią nauk indyjskiego filozofa Sri
Aurobindo.
Kiedy Paul i Stephanie wybrali miejsce, w którym chcieliby stworzyć
stały stos kremacyjny, ich plany pokrzyżowali sąsiedzi. Jak twierdzili,
na ich posesję nalatywałby dym.
- Ale dym z papierosów, które sami kopcili, już im nie przeszkadzał -
skomentował Paul.
- Obmierzłe typy - dodała Stephanie.
Para próbowała tłumaczyć, że kremacje nie stwarzałyby ryzyka pożarów, po
okolicy nie snułyby się żadne nieprzyjemnie pachnące dymy, nie
istniałoby zagrożenie zatruciem rtęcią ani nie zwiększyłoby się stężenie
pyłów zawieszonych. Wszystko na próżno: sąsiedzi napisali skargę do
zarządu okręgu administracyjnego oraz do Agencji Ochrony Środowiska
(ang. Environmental Protection Agency, w skrócie EPA).
Żeby zwiększyć swoje szanse w sporze, Paul i Stephanie postanowili
zalegalizować działalność Porta-Pyre. Utworzyli organizację non profit o nazwie Crestone End of Life Project. Zasypywali urzędy wnioskami,
zebrali czterysta podpisów entuzjastów projektu (co stanowiło blisko
jedną trzecią liczby mieszkańców miasteczka i okolic) i przy okazji
zgromadzili olbrzymie ilości dokumentów prawnych i artykułów naukowych,
które teraz z trudem mieszczą się w wielkich segregatorach. Odwiedzili
po kolei wszystkich mieszkańców Crestone, żeby poznać ich obawy.
Na początku lokalna społeczność odnosiła się niechętnie do pomysłu
stworzenia stosu kremacyjnego. W obozie krytyków prześmiewczo nazywano
projekt Paula i Stephanie "sąsiedzi podpalający sąsiadów". Kiedy para (w żartach) zaproponowała, że z własnych pieniędzy opłaci jedną z dekoracyjnych platform podczas miejscowej parady, wywołało to gwałtowny
sprzeciw jednej z rodzin. Stwierdzono, że uwzględnienie w paradzie
platformy ozdobionej płomieniami z papier mâché byłoby "wysoce
niestosowne".
- Miejscowi martwili się nawet, że stos spowoduje za duży ruch uliczny w miasteczku - stwierdziła Stephanie. - A trzeba ci wiedzieć, że kiedy w Crestone na drodze jest sześć samochodów, uznaje się to już za duży
ruch.
- Ludzie się bali - wyjaśnił Paul. - "A co z zanieczyszczeniem
powietrza?", "Czy nie będziemy przez to chorować?", "Myśl o śmierci mnie
przeraża". Trzeba wykazać się cierpliwością i wsłuchać się w te głosy.
Nie zważając na przeszkody prawne, Paul i Stephanie dalej robili swoje.
Sił dodawała im świadomość, że pomysł stosu pierwotnie spotkał się z pozytywnym odzewem lokalnej społeczności (nie zapominajmy, że miejscowym
do tego stopnia spodobała się idea palenia zwłok na stosie, że
pozwalali, by Paul i Stephanie budowali pod ich domami grille z pustaków).
- Ilu ludzi zapewnia usługi, które wzbudzają żywe uczucia? - spytała
Stephanie. - Jeśli coś nie znajduje odzewu, nie ma co sobie zawracać tym
głowy. To właśnie ten oddźwięk najbardziej mnie motywował.
Wreszcie odnaleźli dom dla swojego stosu: za miastem, kilkaset metrów od
głównej drogi. Działka była darem Dragon Mountain Temple, lokalnej grupy
praktykującej buddyzm zen. Paul i Stephanie nie próbują ukryć istnienia
stosu przed całym światem. Przy wjeździe do miasta w oczy rzuca się
metalowy szyld z rysunkiem płomienia i napisem "STOS". Znak jest dziełem
miejscowego rolnika uprawiającego ziemniaki (a dorabiającego jako
koroner) i nie sposób go przeoczyć. Sam stos posadowiono na piachu, a otacza go bambusowy płot, wijący się niczym pismo kaligraficzne.
Dotychczas skremowano tu ponad pięćdziesiąt zwłok, między innymi (uwaga,
niespodziewany zwrot akcji) ciało faceta, który wymyślił hasło "sąsiedzi
podpalający sąsiadów", ponieważ tuż przed śmiercią przekonał się do
kontrowersyjnej inicjatywy.
Na trzy dni przed kremacją wolontariusze z Crestone End of Life Project
zjawili się w domu Laury. Przygotowali zwłoki, pomogli przyjaciołom
zmarłej w umyciu ciała, a na koniec ułożyli je na kocu chłodzącym, żeby
spowolnić procesy gnilne. Na strój dla nieboszczyków wybiera się odzież
z naturalnych tkanin - materiały syntetyczne, takie jak poliester,
kiepsko się palą.
Organizacja oferuje też rodzinie zmarłego pomoc w zakresie logistyki
zaraz po stwierdzeniu zgonu, i to za darmo. Zwracając się do Crestone
End of Life, nie trzeba koniecznie być zdecydowanym na kremację na
świeżym powietrzu. Wolontariusze pracujący w organizacji przygotowani są
na wszelkie scenariusze i służą pomocą niezależnie od tego, czy rodzina
życzy sobie konwencjonalnego pogrzebu (z balsamowaniem zwłok), pogrzebu
ekologicznego (bez stalowego pojemnika na trumnę i bez balsamowania),
czy może kremacji w zakładzie pogrzebowym w jednym z okolicznych miast.
To ostatnie rozwiązanie Paul określa mianem "kremacji komercyjnej".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki