Prolog
Próba generalna
Uniwersytet Emory'ego, Atlanta, stan Georgia
Styczeń 2012
Callie pląsała po laboratorium, biegając
od człowieka do człowieka. Mała, czarna, tryskająca energią kundelka
czuła, że miesiące szkolenia zmierzały ku tej chwili. Jej oczy iskrzyły
się życiem, szczurowatym ogonem wymachiwała tak intensywnie, że aż głowa
odchylała się jej w przeciwną stronę. Była gotowa.
No to zaczynamy!
Podniecenie Callie było zaraźliwe. Wszyscy obecni w laboratorium chcieli
oglądać eksperyment, który mieliśmy za chwilę przeprowadzić, głównie
dlatego, że nikt nie wierzył w jego powodzenie. Czy naprawdę skanując
mózg psa, możemy dowiedzieć się, o czym myśli? Czy znajdziemy dowód na
to, że psy nas kochają?
Dziesięć minut przed wyznaczonym czasem wraz z całym zespołem ruszyliśmy
do szpitala. Oczywiście wprowadzanie psów na kampus uczelni jest
zabronione, dlatego przemarsz Callie przez dziedziniec w otoczeniu grupy
osób był wydarzeniem wyjątkowym. Ja niosłem plecak ze smakołykami i akcesoriami, Andrew taszczył komputer, który miał rejestrować przebieg
eksperymentu, a Mark ciągnął plastikowe schodki, po których suczka miała
wejść do rury skanera MRI - musiała zrobić to z własnej woli. Wszyscy
pozostali otaczali nas, pstrykając zdjęcia i wysyłając esemesy do
znajomych: Projekt Pies wchodził w fazę decydującą.
Studenci, którzy mieli akurat zajęcia, gapili się z okien sal
wykładowych, jak Callie prowadzi nas na spotkanie z wielkim magnesem.
Weszliśmy do pracowni MRI przez boczne drzwi szpitala.
Chociaż Projekt Pies i tak już otaczała na wpół cyrkowa atmosfera,
woleliśmy nie zakłócać spokoju pacjentów, paradując z Callie przez
szpitalne korytarze. Domknąłem masywne drzwi obite miedzianą blachą,
żeby uniknąć przypadkowych zakłóceń elektrycznych. Byliśmy teraz
szczelnie zamknięci, prawie jak w śluzie powietrznej. Mogłem spuścić
Callie ze smyczy.
Z nosem przy podłodze i wysoko zadartym ogonem obiegła kilka razy
skaner. Zaspokoiwszy ciekawość, wyszła z pomieszczenia i sprawdziła z kolei pokój kontrolny. Mimo że to szpital, podłoga była brudna. Kilka
lat wcześniej dozorca próbował posprzątać salę MRI. Wyobraźcie sobie
jego zaskoczenie, kiedy froterka sama oderwała się od ziemi i walnęła w wylot skanera. Od tego czasu personel porządkowy miał zakaz wstępu do
tych pomieszczeń. Nie pozostało to bez wpływu na czystość.
Callie rzecz jasna znalazła każdą drobinę organicznej materii, która
mogła kiedyś nadawać się do jedzenia.
Żebyśmy mogli przystąpić do skanowania mózgu, Callie musiała wejść do
środka magnesu. Normalnie nie zauważamy pól magnetycznych, ale MRI
wytwarza pole sześćdziesiąt tysięcy razy silniejsze od pola Ziemi. To
już zdecydowanie można odczuć. Kiedy znajdziesz się wewnątrz magnesu,
intensywność pola gwałtownie rośnie. Gdy porusza się w tym polu
kawałkiem metalu, powstaje w nim prąd elektryczny. To samo się dzieje,
kiedy w polu magnetycznym porusza się człowiek. Pole indukuje w twoim
ciele słabe prądy, szczególnie dające o sobie znać w uchu wewnętrznym.
Kiedy przesuwasz się ku środkowi magnesu, możesz odczuwać lekkie zawroty
głowy. Niektórzy ludzie doznają nawet mdłości.
Aż do tego momentu nie przychodziło mi do głowy, że psy mogą być
bardziej wrażliwe na pole magnetyczne niż ludzie. Mieliśmy to dopiero
odkryć.
Ustawiłem przenośne schodki przy łożu pacjenta. Callie obwąchała je, ale
nie zdradzała ochoty, by się po nich wspiąć. Nadal kręciła się po
pokoju, zaglądając w każdą szparę i każdy zakątek. Przyszła pora na
parówki.
To ją zainteresowało. Nie mogąc oprzeć się ich zapachowi, wspięła się na
stopnie, ale wzdragała się przed pójściem dalej. Oczywiście mogłem wziąć
ją na ręce i umieścić, gdzie należy, ale zależało mi na dochowaniu
wierności naszej etycznej zasadzie samostanowienia. Callie miała to
zrobić z własnej woli.
Technicy zaczęli się śmiać. Jak mamy przeprowadzić skanowanie, jeśli
obiekt nie znajdzie się wewnątrz urządzenia? Wiedziałem jednak, że
Callie w końcu wejdzie, gdzie należy. Otoczenie jest dla niej nowe i podniecające. Kiedy się uspokoi, skupi się na tym, czego się wcześniej
nauczyła.
Po pięciu minutach wchodzenia na schodki i zeskakiwania z nich Callie z wahaniem położyła jedną łapę na łożu pacjenta. Entuzjastycznie
zachęcałem ją, żeby poszła dalej.
- O to chodzi, Callie! Dobra dziewczynka! Chcesz jeszcze parówkę?
Załapała. Gdy znalazła się na łożu, przekonała się, że niczym to nie
grozi i że czeka na nią kolejna porcja pokarmu. Teraz miała wejść do
rury skanera.
Już wcześniej zamocowałem w cewce odbiorczej skanera piankową podpórkę
dla psiego pyska. Teraz niczym Jaś i Małgosia ułożyłem ścieżkę z kawałków parówki od wejścia do MRI aż do cewki. Nie mrugnąwszy okiem,
Callie powędrowała w głąb rury, chwytając po drodze kolejne kąski.
Moja koleżanka Lisa, która filmowała przebieg wydarzeń, aż z ekscytacji
wstrzymała powietrze na widok psa wchodzącego do MRI.
Szybko okrążyłem skaner, żeby widzieć pysk Callie z drugiego końca rury.
Przyczaiła się w pozycji sfinksa tuż przed cewką odbiorczą. Jej ogon
miotał się na lewo i prawo. Wsunąłem się do środka z kawałkiem parówki w ręku i natychmiast poczułem zawrót głowy.
Callie zobaczyła przysmak i wczołgała się z głową do cewki odbiorczej.
- Dobra dziewczynka! - zawołałem możliwie najwyższym tonem, jaki mogłem
z siebie wydobyć.
Złapała kąsek, po czym cofnęła się nieco, ale nie opuściła rury. Dzięki
stałemu dopływowi parówek szybko oswoiła się z nowym otoczeniem i wkrótce z uszczęśliwioną miną posilała się, nie zabierając głowy z cewki. Nic nie wskazywało na to, by pole magnetyczne ją niepokoiło.
Kiedy Callie przywykła do przebywania w skanerze, osiągnęliśmy pierwszy
cel sesji. To było względnie łatwe, ale teraz mieliśmy się przekonać,
jak zareaguje na prawdziwe skanowanie.
Oprogramowanie skanera stworzono z myślą o ludziach, więc nie mogło
uwzględniać faktu, że pacjent jest psem. Dokładna waga badanego jest
najważniejszą z informacji wprowadzanych do systemu, bo od niej zależy,
jaką moc rozwinie magnes.
Przy zbyt wysokiej mocy Callie mogłaby się ugotować niczym kawałek mięsa
w mikrofalówce.
Za pomocą parówek ponownie zwabiłem Callie do skanera. Gdy już ułożyła
się wygodnie w cewce odbiorczej, uniosłem kciuk. Skaner wydał z siebie
serię trzasków i bzyknięć, po czym ruszył.
Callie przymrużyła oczy.
Teraz skaner zaczął brzęczeć niczym rój rozwścieczonych pszczół. To była
faza wstępna, określana jako kompensacja (shimming). Urządzenie
automatycznie dostosowuje pole magnetyczne, by skompensować jego
zakłócenie spowodowane przez znajdujący się wewnątrz przedmiot. Zwykle
kompensacja trwa parę sekund, ale teraz przeciągała się z Callie w środku. Chociaż suczka miała założone ochraniacze na uszy, nie podobało
jej się to i ruszyła do wyjścia.
Zamachałem rękoma, dając znać technikowi, żeby przerwał skanowanie.
- Skąd ten hałas? - spytałem go.
- Kompensacja - odrzekł.
- Ale dlaczego to trwało tak długo?
- Skaner miał trudności z prawidłową kompensacją. Pewnie dlatego, że
jest nastawiony na człowieka.
O tym nie pomyśleliśmy. Nie nagraliśmy nawet odgłosów kompensacji, by
wykorzystać je przy szkoleniu psa. Zakładaliśmy, że to potrwa parę
sekund, nic wielkiego w porównaniu z dłuższą sesją skanowania
funkcjonalnego, która miała potem nastąpić. Na te nowe dla niej dźwięki
Callie zareagowała jak każdy pies: wystraszyła się.
Próbowaliśmy z dziesięć razy, ale Callie się wymykała, gdy tylko skaner
zaczynał brzęczeć. Próbowaliśmy nawet go uruchamiać, zanim znalazła się
w środku, mając nadzieję, że kiedy przywyknie do hałasu, uda się ją
zwabić do cewki odbiorczej. W końcu, po wielu powtórzeniach, aparat
zdołał ustalić zgrubną kompensację dla jej psich kształtów.
Teraz przyszła pora na skany funkcjonalne. Była to seria skanowań, z których każde obejmowało cały mózg i trwało około dwóch sekund.
Uzyskując te funkcjonalne skany w sposób ciągły, gdy Callie przebywała w MRI, mogliśmy obserwować zmiany w aktywności jej mózgu, a co za tym
idzie, uzyskać wyobrażenie o tym, co myśli. Taki w każdym razie był
plan. Na koniec mieliśmy przeprowadzić skanowanie strukturalne, dające
obraz mózgu w wysokiej rozdzielczości i pozwalające zbadać jego
anatomię.
Dla Callie było to ciężkie przeżycie. Nauszniki wciąż się jej zsuwały,
narażając psie uszy na niczym nietłumiony hałas. Mimo to przy każdej
próbie udawało się jej wytrwać w pożądanej pozycji przez kilka sekund.
Zatrzymaliśmy skaner, kiedy suma wszystkich prób wynosiła trzy minuty.
Sądziliśmy, że to wystarczy do oceny jakości danych.
Postanowiliśmy zrobić jeszcze podejście do obrazu strukturalnego, dopóki
Callie nie była zbyt zmęczona. Zajęło to trzydzieści sekund i suczka
musiała przez cały ten czas pozostawać bez ruchu. Potem wydostała się ze
skanera i łapami ściągnęła sobie nauszniki. Podskoczyła i polizała mnie
po twarzy, a później pobiegła do Lisy, która mocno ją przytuliła.
- Jaka dobra dziewczynka! - wykrzyknęła.
Przeszliśmy wszyscy do pokoju kontrolnego, żeby zobaczyć, jak udały się
obrazy.
Obraz strukturalny wyglądał względnie dobrze. Towarzyszyły mu obrazy
widmowe, które powstają, kiedy obiekt się poruszy, ale można było na nim
rozpoznać mózg psa. Z obrazami funkcjonalnymi było inaczej. Ze stu
dwudziestu obrazów tylko jeden przedstawiał coś, co przypominało mózg.
Pozostałe były w większości plątaniną cyfrowych zanieczyszczeń ze
sporadycznie pojawiającą się w polu widzenia gałką oczną.
Pogłaskałem Callie i powiedziałem: "Jestem z ciebie dumny". Ale w rzeczywistości nie wiedziałem, czy coś z tego wyjdzie.
Następna sesja skanowania - z udziałem Callie, drugiego psa, McKenziego,
i całego pozostałego towarzystwa - przypadała za trzy tygodnie. Miałem
nadzieję, że do tego czasu uda nam się coś wyjaśnić. Gdyby miało być
inaczej, musiałbym zwinąć Projekt Pies i przyjąć do wiadomości, że
krytykanci mieli rację: nie da się skanować mózgu psa, który nie śpi.
1
Dia de los Muertos
Dwa lata wcześniej
Co roku 1 listopada odsuwam na bok
pozostałości halloweenowych słodyczy i ustawiam na stole w jadalni
ołtarzyk.
Zaczynam od wazy, którą kupiliśmy z Kat w Meksyku podczas naszego
miesiąca miodowego. Jest to dość tandetny przedmiot z wymalowaną z boku
stylizowaną sową, który w jakiś sposób przeżył liczne przeprowadzki po
całym kraju. Zacząłem cenić tę wazę nie za piękno, lecz za trwałość.
Dodaje też całemu rytuałowi niezbędnego folklorystycznego posmaku i służy za wygodne wsparcie dla fotografii.
Fotografie przez cały rok leżą w szufladzie i wyciągamy je na światło
dzienne tylko tego dnia. Wraz z Kat rozkładamy je wokół wazy: zdjęcia
członków rodziny, którzy już odeszli. Potem spełniamy ofiarę dla ich
duchów, obsypując je najsłodszymi, najbardziej smakowitymi łakociami.
Nasze dwie córki, Helen i Maddy, nigdy dotąd nie pytały nas, dlaczego to
robimy. Ostatecznie od najwcześniejszego dzieciństwa oswoiły się z tym
rytuałem. Kiedy jednak zaczęły wkraczać w wiek nastoletni, uświadomiły
sobie, że celebrowanie Dia de los Muertos - Dnia Zmarłych - nie jest
czymś zwyczajnym. A w każdym razie nie w taki sposób.
Ponieważ nasza ceremonia obejmuje także psy.
Wychowywałem się z psami, ale do czasu ukończenia studiów medycznych
nigdy nie miałem psa, którego mógłbym z całym przekonaniem nazwać
własnym.
Kat i ja byliśmy już małżeństwem od pięciu lat, ale staranie się o dzieci odkładaliśmy do czasu, aż zyskam pełną samodzielność zawodową. Z okazji ukończenia pierwszego roku mojego stażu medycznego - roku
wypełnionego pracą po sto godzin na tydzień - odpowiedzieliśmy natomiast
na ogłoszenie o szczeniętach do wzięcia. Konkretnie, szczeniętach mopsa.
Podkreślam to szczególnie, gdyż wiele osób uważa, że mops jest
karykaturą prawdziwego psa. Oczywiście ja i Kat nie widzieliśmy tego w taki sposób. Wielka głowa mopsa ze spłaszczonym nosem i dużymi,
okrągłymi oczami jest niemal ludzka - a sam pies wydaje się substytutem
małego dziecka.
Daliśmy naszemu szczeniakowi imię Newton.
Pysk Newtona, jak to u mopsa, miał cechy brachycefaliczne, ale w postaci
skrajnej. Był spłaszczony tak, że nozdrza wyglądały jak szczeliny.
Czaszkę miał okrągłą jak jabłko. Te zniekształcenia sprawiały jednak, że
był dla nas jeszcze bardziej ujmujący, a jego nieustanne sapanie i chrząkanie stało się miłym dźwiękowym tłem naszego życia. Nocą sypiał z nami, wciskając mi się pod pachę.
Newton był bystry i pełen energii - lubił psoty. Potrafił przeżuwać
metki oderwane od naszych ubrań tylko po to, by zwymiotować je godzinę
później. Pewnego razu dobrał się do torebki z ziarnami kawy w czekoladzie: w panice dzwoniliśmy na ostry dyżur weterynaryjny. Ze
słuchawki dobiegł mnie śmiech, zanim lekarz zapewnił początkujących
właścicieli psa, że z ich bezcennym mopsem wszystko będzie w porządku.
Newton (fot. Gregory Berns)
Zanurzyliśmy się w mopsowym środowisku. Nawiązaliśmy kontakty
towarzyskie z innymi właścicielami, którzy pouczyli nas o podobieństwie
między mopsami i czipsami ziemniaczanymi: nie da się poprzestać na
jednym. Nic więc dziwnego, że nie minął rok, a już adoptowaliśmy dwa
następne mopsy. Sześcioletni Simon stanowił przeciwieństwo Newtona: był
prostoduszny, słodki i głupiutki. Dexter doszedł do trzydziestu trzech
funtów żywej wagi, gdyż jego poprzedni właściciel, kierowca ciężarówki,
woził go wszędzie ze sobą i karmił hamburgerami. Kiedy ze swoimi złogami
skóry człapał po domu, przypominał Jabbę z Gwiezdnych wojen.
Najbardziej lubił, żeby go drapać po grzbiecie.
Dexter odszedł pierwszy. Helen miała wtedy trzy lata, a Maddy właśnie
skończyła dwa. To był rok, w którym zaczęliśmy obchodzić Dia de los
Muertos. Początkowo Dexter był jedynym psim duchem. Przyjęliśmy zwyczaj
umieszczania dla niego na ołtarzyku psich przysmaków. Simon poszedł w jego ślady rok później.
Bardzo kochaliśmy Newtona, ale dom wydawał się niekompletny z jednym
tylko psem. Wkrótce dziewczęta, zwłaszcza Helen, zaczęły się upominać o zwierzę dla siebie. Chciały jednak mieć dużego, kudłatego psa, z którym
mogłyby się bawić (mopsy w starszym wieku nie są zbyt chętne do zabawy).
Niedługo po odejściu Simona u cenionego hodowcy z sąsiedztwa pojawił się
miot szczeniąt golden retrievera. Kiedy do niego przyszliśmy, do wzięcia
były jeszcze trzy. Wróciliśmy do domu z jedyną suczką, uroczym kłębkiem
jasnozłocistego futra. Nazwaliśmy ją Lyra na cześć bohaterki cudownej
książki Philipa Pullmana Złoty kompas.
Lyra szybko się u nas zadomowiła. Była uosobieniem przyjacielskości,
cechy, której golden retrievery zawdzięczają swoją popularność. Nigdy
nie protestowała, kiedy ludzkie przyjaciółki właziły jej na grzbiet, nie
wadziła się też z żadnym z psów z sąsiedztwa, nawet z parą krewkich jack
russell terierów z tej samej ulicy. Dzięki swojej układności i ustępliwości, a po części także za sprawą swojej powiewającej złocistej
grzywy stała się w naszej okolicy popularną osobistością. Dzieci
podbiegały, żeby przytulić się do żywego pluszowego misia, a Lyra tylko
wyszczerzała zęby w uśmiechu.
Z czasem smoliście czarna w szczenięctwie facjata Newtona posiwiała,
tylko uszy zachowały nieco ciemnego pigmentu. Większość zębów
spróchniała od ciągłego oddychania pyskiem, a jego wodotrysk energii
zamienił się w wątłą strużkę. W wieku piętnastu lat cierpiał na
stopniowo pogłębiające się zwyrodnienie kręgosłupa. W końcu utracił
władzę w tylnych łapach i potrzebował psiego wózka inwalidzkiego.
Wkrótce przestał również panować nad pęcherzem i kiszkami. Nigdy
wcześniej nie zdarzył mu się wypadek w domu i jego zawstydzone
spojrzenie, gdy usiłował odczołgać się od zrobionego przez siebie
nieporządku, powiedziało nam, że przyszedł jego czas.
Helen, Maddy i Lyra (fot. Gregory Berns)
Gdy składałem Newtona do grobu, wydał ostatnie westchnienie. Wiedziałem,
że to tylko wychodzi z płuc pozostałe w nich powietrze, ale nie mogłem
uwolnić się od myśli, że jego dusza przekracza Tęczowy Most wiodący do
mitycznej krainy, w której ludzie i ich zwierzęta na powrót się połączą.
Choć wtedy nie miałem o tym pojęcia, to Newton zasiał nasiona przyszłego
Projektu Pies. To jego duch nadal sprawował nade mną władzę. Spędziliśmy
razem piętnaście lat, ale nigdy nie dowiedziałem się, co myśli.
Tak naprawdę to chciałem wiedzieć, czy odwzajemniał uczucia, które do
niego żywiłem. Potrzebowałem jakiegoś dekodera psich mózgów, żeby
wyjaśnić, czy naprawdę mnie kochał.
Kilka miesięcy po śmierci Newtona, podczas wiosennych ferii, Kat i dziewczęta postanowiły wybrać się do schroniska dla zwierząt.
Pierwszym sygnałem, że coś się święci, był esemes od Kat. Dołączyła do
niego niewyraźne zdjęcie psa wspartego na jej ramionach. To była długa,
chuda istota o patyczkowatych nogach, tak jednolicie czarna, że trudno
było dopatrzyć się jakichś szczegółów poza czterema białymi łapami.
Głowa przypominała kowadło, jedno ucho sterczało do przodu, drugie
zwisało na policzek.
No to po herbacie. Skoro Kat z dziewczynami dotarły do schroniska, to
nie ma mowy, by wróciły stamtąd bez nowego psa.
Dziewczęta natychmiast zaczęły spisywać listę potencjalnych imion, ale
pierwszego dnia używaliśmy imienia nadanego w schronisku: Panna Piggy.
Panował tam zwyczaj, by co tydzień czerpać imiona nadawane nowo
przybyłym psom z jakiejś nowej dziedziny i trafił się akurat tydzień
Muppetów. Ze względu na losowość tej procedury można by sądzić, że imię
nic nie mówi o psie. Ale Panna Piggy wkrótce pokazała, że jest inaczej.
Nasze dzieci niespecjalnie lubiły Muppety, więc nie podlegało dyskusji,
że schroniskowe imię trzeba będzie zmienić. Poza tym było za długie.
Trudno mi było wyobrazić sobie, że stoję na ganku, nawołując: "Panna
Piggy, do mnie! Panna Piggy, do mnie!".
Nasza nowa lokatorka stanowiła zagadkę. Nie mieliśmy pojęcia, skąd
pochodziła i w jaki sposób trafiła do schroniska. Nie bała się ludzi,
ale wyraźnie wolała zadawać się z Lyrą. Może nie miała wcześniej
bliższych kontaktów z człowiekiem. W schronisku oceniono jej wiek na
dziewięć miesięcy. Większość specjalistów zaleca, by szczenięta zaczęły
oswajać się z ludźmi przed szóstym tygodniem życia. Dla naszej nowej
pupilki było więc cokolwiek za późno, ale brak lęku świadczył, że nawet
jeśli mało obcowała z ludźmi, to w każdym razie nie doznała od nich
krzywdy.
Imię w końcu wymyśliła dla niej Maddy. "Może Calypso?" - spytała. W tym
okresie Maddy pochłaniała wszystko, co udało jej się znaleźć o mitologii
greckiej. Calypso (Kalipso) to była pomniejsza bogini, która więziła
Odyseusza na swojej wyspie, chcąc go skłonić do małżeństwa. Trwało to
siedem lat, zanim interweniowała Atena i heros mógł powrócić do swojej
prawdziwej miłości, Penelopy. Jej imię wywodzi się od greckiego słowa
oznaczającego "chować, ukrywać", więc pasowało to do czarnej sierści
suczki. Tak więc Panna Piggy stała się Calypso.
W skrócie Callie.
Przy wadze nieprzekraczającej dziewięciu kilogramów Callie miała około
trzydziestu centymetrów wzrostu i czterdzieści sześć centymetrów od
czubka nosa do zadu. Jak to u kundla, ogon zawijał się do góry na
kształt litery C. Wyraźnie było jej widać żebra.
Helen zaczęła grzebać w sieci, żeby wyjaśnić, jakiej jest rasy.
- Jack russell terier - stwierdziła, wskazując zdjęcie na ekranie
komputera.
- Kolor się nie zgadza - zaoponowała Maddy - a poza tym Callie jest
wyższa.
- Ale bez wątpienia to jakiś rodzaj teriera - powiedziała Kat.
Zaaferowana Callie (fot. Gregory Berns)
Pomyślałem, że Callie trochę przypomina psa z dawnych reklam RCA,
wpatrującego się w tubę edisonowskiego fonografu. Rasa tego psa, który
nosił imię Nipper z uwagi na upodobanie do łapania gości za nogi2,
nie jest ustalona. Niektórzy twierdzą, że był to jack russell, inni - że
foksterier lub rat terier. Callie najbardziej przypominała mi manchester
teriera. Ale manchestery są zawsze czarne i podpalane, a Callie była
czarno-biała, a więc niezgodna z wzorcem tej rasy. Niektórzy twierdzą,
że manchestery były w dziewiętnastym wieku krzyżowane z whippetami.
Whippety wyglądają jak małe greyhoundy i ta krzyżówka niewątpliwie
zwiększyła prędkość biegu terierów. Jak się wkrótce przekonaliśmy,
prędkość była jedną z cech wyróżniających Callie.
Właściwie była ona najszybszym psem, jakiego w życiu widziałem.
Kiedy po raz pierwszy wypuściliśmy ją na podwórko, ustaliła jego
granice, obiegając je wokół tuż przy ogrodzeniu. Większość terenu była
porośnięta bluszczem, który w ciepłym południowym klimacie utworzył
gąszcz po kolana. Callie pędziła ze wszystkich sił, to przeskakując
przez te zarośla, to nurkując wśród listowia. Gdy osiągnęła płot,
zniknęła pod bluszczem, badając jego podstawę. Teraz widać było tylko
wypukłość poruszającą się z dużą prędkością wśród zieleni, co jakiś czas
eksplodującą radosnym skokiem. Ze sprężającymi się i rozprężającymi
rytmicznie mięśniami grzbietu Callie w biegu przypominała geparda.
Nawet w najszybszym biegu niezawodnie dostrzegała wiewiórki. Jeśli
któraś znalazła się w jej polu widzenia, musiała natychmiast w przerażeniu chronić się na drzewie, podczas gdy jej prześladowczyni ze
szczekaniem drapała pień pazurami. Uganianie się za wiewiórkami nie jest
typową cechą terierów, ale chociaż Callie według wszelkiego
prawdopodobieństwa była mieszańcem, nie mogłem oprzeć się myśli, że
znaleźliśmy w schronisku nierozpoznane zwierzę czystej krwi.
Zamiłowanie do pogoni za wiewiórkami okazało się kluczem do pochodzenia
Callie. Nie urodziłem się w Georgii, więc nie wiedziałem o istnieniu
specyficznie południowej rasy: treeing feistów3. Według
Amerykańskiego Stowarzyszenia Treeing Feist psy te, zwane także górskimi
feistami, występowały w południowych Appalachach na długo przedtem,
zanim do Ameryki przywieziono pierwsze rat teriery. Teriery hodowano do
zwalczania gryzoni, a feisty były psami myśliwskimi. Chociaż główną
zwierzyną były dla nich wiewiórki, chętnie polowały także na szopy,
króliki i ptaki. Dzięki dłuższym niż u teriera nogom potrafiły poruszać
się szybko i cicho. Zadaniem feista było zapędzenie wiewiórki na drzewo,
żeby jego właściciel mógł ją schwytać. Historia tej rasy przeplata się z początkami naszego kraju. Jerzy Waszyngton pisał o feistach w swoich
wspomnieniach, a Abraham Lincoln odwołał się nawet do nich w poemacie.
W ciągu następnych dwóch dni Callie zaczęła ujawniać cechy swojej
osobowości. Chociaż ją przemianowaliśmy, imię nadane w schronisku było w jakiś sposób trafniejsze. Callie kochała jeść.
Przez pierwsze trzy dni, kiedy wracałem z pracy, Callie wpadała do
pokoju, podskakując jak na sprężynie i wściekle wywijając ogonem, z czystą radością w oczach. Ale już na czwarty dzień stwierdziłem, że leży
na dywanie, prawie się nie poruszając.
- Co się dzieje z Callie?! - zawołałem do Kat, która akurat odrabiała z Helen pracę domową.
- A o co ci chodzi?
- Leży tu bez ruchu na podłodze.
Te słowa ściągnęły do pokoju całą rodzinę.
Maddy zakryła usta, w oczach już stały jej łzy.
- Czy coś z nią jest nie w porządku? - spytała Helen.
Callie przewróciła się na drugi bok i zaczęła skomleć.
Przyklęknąłem przy niej, by ją zbadać. Brzuch miała rozdęty ponad
wszelką miarę przy jej smukłej figurze. Kiedy go dotknąłem, szarpnęła
się do tyłu i wydała cichy skowyt.
Natychmiast zaczęliśmy sprawdzać, co takiego mogła zjeść. Po dziesięciu
minutach poszukiwania nadal nic nie odkryliśmy, a wyglądało na to, że
stan Callie się pogarsza. Próbowała wstawać, siadać, kłaść się na
powrót, ale nie mogła znaleźć pozycji, która nie przysparzałaby jej
bólu.
- Znalazłam! - zawołała wreszcie Kat z kuchennej spiżarki.
Trzymaliśmy tam karmę dla psów. W ciągu lat praktyki przekonaliśmy się,
że najtaniej wychodzi, gdy kupujemy ją w dwunastokilogramowych
opakowaniach. Dla wygody przesypywaliśmy zawartość do dużego
plastikowego pojemnika ustawionego na podłodze spiżarki. Jego pokrywa
skutecznie powstrzymywała psy przed próbą samoobsługi. Aż do dzisiaj.
Pokrywa była zrzucona, okruchy karmy walały się wokół. Callie znalazła
jakiś sposób na otworzenie pojemnika i obżarła się do nieprzytomności. W środku zostało jeszcze dużo pokarmu, ale nikt z nas nie pamiętał, ile go
tam było uprzednio. Musiała najeść się do tego stopnia, że nie
pozbierała nawet drobin rozsypanych po podłodze.
- Musimy zaraz zawieźć ją do lekarza! - Helen była bliska paniki.
Spojrzałem na zegar. Po szóstej. Kat pomyślała o tym samym: trzeba
jechać na ostry dyżur weterynaryjny. Zanosiło się na spory wydatek.
Callie była drobnym, szczupłym psem, a brzuch miała jak balon. Trudno
było sobie nawet wyobrazić, jak to wszystko się w niej zmieściło. Czy
zjadła na tyle dużo, by doszło do pęknięcia żołądka? Słyszałem, że takie
rzeczy zdarzają się ludziom, ale nigdy psom.
- Nie wiesz, co się stało z gryzakami? - spytała Kat.
- Jakimi gryzakami?
- Z tą paczką, którą kupiłam wczoraj.
Callie nadal zwijała się z bólu na podłodze i oboje znaliśmy odpowiedź.
Pojechaliśmy na dyżur do kliniki weterynaryjnej. Był to pracujący na
okrągło szpital obsadzony wszelkimi specjalistami i wyposażony w najnowsze urządzenia medyczne. Inaczej jednak niż w szpitalach dla ludzi
wymagano tam opłaty z góry. Na początek dwieście dolarów.
Nie byliśmy do końca pewni, co jeszcze Callie zjadła, więc pierwszą
sprawą było prześwietlenie.
- Widzicie to? - spytała lekarka, wskazując coś, co przypominało
sylwetkę psa wypchanego popcornem. - To wszystko pokarm. To dobra
wiadomość: nie widać żadnych ciał obcych.
- A zła wiadomość?
- W tym stanie nie jest zdolna pić. A jeśli się odwodni, pokarm w żołądku stwardnieje i będzie bardzo trudno się go pozbyć. Powinniśmy
założyć jej kroplówkę, żeby się nawodniła, i potrzymać ją tak całą noc.
Nikt z nas nie miał ochoty zostawiać naszej nowej pupilki na całą noc w szpitalu.
- Tato, ona dopiero co przybyła ze schroniska - zwróciła uwagę Helen. -
Musi być naprawdę przerażona.
- Czy nie można by wywołać u niej wymiotów? - spytałem lekarki. Wyraźnie
jednak nie w tę stronę chciała skierować rozmowę.
- Możemy spróbować - odrzekła z rezygnacją w głosie - ale na tym etapie
to zwykle nie pomaga.
Ponieważ jednak nie wiązało się to z dużym ryzykiem, Callie dostała
zastrzyk apomorfiny, silnego środka wymiotnego. Po pięciu minutach
zaczęły się u niej torsje, ale jak przepowiadała lekarka, nic z niej nie
wyszło. Callie wyglądała na oszołomioną i przerażoną.
Nie mieliśmy wyboru. Tonąc we łzach, powiedzieliśmy Pannie Piggy
"dobranoc" i powlekliśmy się do domu. Chociaż była z nami dopiero kilka
dni, nie mogłem się pozbyć uczucia, że ją zawiedliśmy. Jacy z nas
właściciele psa, jeśli już w pierwszym tygodniu nasza nowa pupilka
ląduje w szpitalu?
Nazajutrz rano zadzwonili ze szpitala z informacją, że procesy życiowe
Callie są stabilne, ale jeszcze nic z niej nie wyszło. Zalecali, by
pozostawić ją u nich przez następną dobę.
- Czy moglibyśmy zabrać ją do domu? - spytałem.
- To nie jest wskazane.
Helen pociągnęła mnie za rękaw, błagając, żebyśmy ją zabrali.
Sądziliśmy z Kat, że jeśli coś złego miało się zdarzyć, to już by się
zdarzyło. Callie była nawadniana kroplówką i mieliśmy nadzieję, że
dzięki temu pokarm w końcu przejdzie przez jej wnętrzności.
W szpitalu musieliśmy podpisać oświadczenie, że zabieramy zwierzę "wbrew
zaleceniom medycznym". Tak, byliśmy bardzo złymi właścicielami. Kiedy
przyjechaliśmy do domu, Callie wbiegła do środka, jakby nic się nie
zdarzyło. Wypiła masę wody, po czym wyszła na zewnątrz pomyszkować w bluszczu.
Ze schroniska mieliśmy ubezpieczenie na pierwsze trzydzieści dni po
adopcji, ale firma ubezpieczeniowa odrzuciła roszczenie. Było tam
napisane drobnym druczkiem, że uwzględniane jest tylko połknięcie ciał
obcych, ale nie chorobliwe obżarstwo.
Mniejsza o pieniądze. Byłem szczęśliwy, że z Callie wszystko jest w porządku. Wkrótce miała odmienić moje życie, pomóc w odpowiedzi na
pytanie, co czuł do mnie Newton, a następnie dostarczyć pierwszych
przesłanek do odpowiedzi na głębsze pytanie: co naprawdę psy myślą?
2
Jak to jest być psem
Koncepcja skanowania psich mózgów nie
przyszła mi do głowy od razu. Jak to bywa z większością osiągnięć
naukowych, zaczęło się od ciągu przypadkowych pomysłów i skojarzeń,
które łącznie doprowadziły do chwili olśnienia. Nasiona zasiała śmierć
Newtona, ale muszę oddać sprawiedliwość wielu ludziom, którzy
przyczynili się do ich wykiełkowania.
W ciągu minionych piętnastu lat moje laboratorium prowadziło z użyciem
techniki skanowania mózgu badania nad układem nagrody u człowieka.
Naszym głównym narzędziem było obrazowanie metodą rezonansu
magnetycznego (magnetic resonance imaging, MRI). Skaner MRI to
urządzenie wielkości samochodu osobowego, którego zasadniczą część
stanowi wielka rura opleciona kilometrami przewodów elektrycznych. Kiedy
przez te przewody przepływa prąd, powstaje silne pole magnetyczne,
dzięki któremu można zajrzeć do wnętrza mózgu osoby badanej. Typowe MRI,
takie, z jakim mogliście mieć do czynienia, jeśli trafiliście do
szpitala, dostarcza obrazy mózgu. Naukowcy wkrótce zauważyli, że jeśli
pobierze się w błyskawicznej sekwencji całą serię takich obrazów, to
można będzie oglądać mózg w działaniu. Ta technika, zwana funkcjonalnym
MRI, w skrócie fMRI, otworzyła dla nas czarną skrzynkę ludzkiego umysłu.
Dzięki niej można mierzyć aktywność mózgu w czasie, gdy badany podejmuje
jakąś aktywność, na przykład czyta, wykonuje obliczenia lub nawet
doznaje takich czy innych emocji. Pozwala to naukowcom badać mechanizmy
funkcjonowania mózgu (stąd słowo "funkcjonalny" w nazwie techniki).
Jednym z moich obowiązków jako kierownika laboratorium badawczego jest
organizowanie dorocznego przyjęcia zakładowego. Moglibyście pomyśleć, że
to akurat przyjemny obowiązek. Ale dla naszej rodziny jest to
nieuchronnie źródło stresu. Obecność psów też nie pomaga.
Muszę przyznać się do winy. Nasze psy, podobnie jak ja, nigdy nie były
oswajane z obecnością dużej liczby osób. Ponieważ rzadko urządzamy
większe imprezy, nie widzieliśmy sensu w uczeniu ich, jak powinny
zachowywać się w takich sytuacjach. Nie da się jednak całkowicie
wyeliminować tego rodzaju towarzyskich przymusów, jak doroczne spotkanie
pracowników laboratorium.
Ignorując moją niechęć, Kat i dziewczęta rzuciły się do przygotowań
przed imprezą. Zebrały wszystkie krzesła z jadalni i ustawiły je w półkole w salonie. Nic szczególnego, skoro wszyscy goście mieli być w pełni sprawnymi dorosłymi, którzy umieją prowadzić konwersację i jednocześnie przy tym jeść oraz pić, nie mając przed sobą stołu do
postawienia naczyń. Nie uwzględniły tylko obecności psów, albo kręcących
pod nogami jak Callie, albo omiatających wszystko wokół puszystymi
ogonami jak Lyra.
Gdyby wszyscy goście byli miłośnikami psów, z przyjęciem nie byłoby
problemu. W ostatnich latach stałem się bardziej wybredny przy
przyjmowaniu nowych pracowników, pytałem ich między innymi, czy lubią
psy lub w ostateczności koty. Ale czy można w pełni zaufać komuś, kto
sam nie ma w domu zwierzęcia? Przy wszystkich staraniach, by zatrudniać
w laboratorium wyłącznie miłośników zwierząt, nie miałem żadnej kontroli
nad ich małżonkami i partnerami.
Kat chciała na czas przyjęcia zamknąć Lyrę i Callie w sypialni. Ale psy
nie były przyzwyczajone do przebywania w zamknięciu, więc postanowiłem
udawać, że o niczym nie wiem, i pozwolić im biegać swobodnie. Kiedy
zaczęli przybywać goście, Callie kwitowała to zdawkowymi szczeknięciami.
Lyra rozdziawiała tylko pysk i do oporu wywijała ogonem.
Mogłem ufać, że laboratoryjni znawcy psów będą mieli na nie oko i nie
pozwolą im podkradać jedzenia, więc wymknąłem się z salonu, żeby pomóc
Kat, która w kuchni rozkładała na półmiskach przekąski i nalewała
napoje. Cały zespół, choć zróżnicowany pod względem pochodzenia,
tworzyli Amerykanie, z wyjątkiem jednego pracownika laboratorium -
Hindusa. Zjawił się ze swoją żoną właśnie wtedy, gdy byłem w kuchni.
Ich wejście oznajmił przeszywający krzyk: "Iiiii! Iiiii! Iiiii!".
Wybiegłem z kuchni. Małżonka mojego kolegi, odziana w urocze sari, na
sam widok psów wycofała się w kąt przedpokoju, piszcząc jak ptak.
Takie zachowanie speszyło Callie, która przestała się interesować nowymi
gośćmi i ruszyła szukać czegoś do zjedzenia. Ale Lyrę te okrzyki jeszcze
bardziej pobudziły. Pobiegła prosto do źródła dźwięku i zaczęła
podskakiwać ze szczekaniem, co w moim odczuciu było zaproszeniem do
zabawy. Wyraz przerażenia na twarzy kobiety świadczył jednak, że na
zabawę nie ma ona ochoty.
Schwytałem Lyrę za obrożę i zaciągnąłem do sypialni.
- Przykro mi, dziewczyno, dziś wieczorem nie będzie figlów.
Ciekawe, jak Lyra zrozumiała krzyki tej kobiety. Gdyby była człowiekiem,
mógłbym ją o to po prostu zapytać. Jak inaczej mógłbym się dowiedzieć,
co się dzieje w jej umyśle?
Żeby naprawdę wiedzieć, co pies myśli, musiałbyś być psem.
To pytanie nawiązuje w istocie do starej metafizycznej debaty, której
dała początek słynna sentencja Kartezjusza: cogito ergo sum - "myślę,
więc jestem". Całe nasze ludzkie doświadczenie istnieje wyłącznie
wewnątrz naszych głów. Fotony mogą sobie uderzać w siatkówkę oka, ale
dopiero dzięki aktywności mózgu doświadczamy widoku tęczy albo
wysublimowanego piękna zachodu słońca nad oceanem. Czy psy też to widzą?
Oczywiście tak. Czy doświadczają tego w taki sam sposób? Zdecydowanie
nie.
Kiedy Lyra podskakiwała i szczekała na kobietę w purpurowej szacie, z czerwoną kropką na czole, na najniższym poziomie doświadczała tego
samego co ja. Purpura. Czerwień. Krzyk. To elementarne doznania
zmysłowe. Ich źródłem były fotony odbijające się od barwników i drgania
powietrza wokół strun głosowych tej kobiety. Ale mój mózg interpretował
owe zdarzenia w określony sposób, a mózg Lyry - w inny.
Obserwacja zachowania Lyry nic nam nie powie o tym, co myślała. Z wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że podskokami i szczekaniem
reaguje na różne sytuacje. Szczeka, kiedy spożywamy posiłek. W tym
kontekście narzuca się przypuszczenie, że robi to, bo też chce jeść. Ale
szczeka również, rzucając mi pod nogi piłeczkę do tenisa. Nie miałem
żadnego punktu odniesienia, by stwierdzić, co ją tamtego wieczoru
przyciągnęło do krzyczącej ze strachu kobiety.
Do kwestii, jak to jest być psem, można podejść z dwóch bardzo
odmiennych punktów widzenia1. Można zadać
proste pytanie: jak pies postrzega fakt, że jest psem? Gdybyśmy
potrafili na nie odpowiedzieć, stałoby się jasne, dlaczego pies
zachowuje się w taki, a nie inny sposób. Problem polega na tym, że będąc
psami, nie dysponowalibyśmy językiem umożliwiającym opisanie tego, co
czujemy. Możemy więc co najwyżej postawić zbliżone, ale zdecydowanie
łatwiejsze pytanie: jak by to było dla nas być psem.
Wyobrażając sobie samych siebie w skórze zwierzęcia, możemy
przetłumaczyć jego zachowania na ich ludzki ekwiwalent. Pytanie o to,
dlaczego Lyra nastraszyła naszego gościa, przyjmuje wtedy postać: gdybym
był Lyrą, to dlaczego szczekałbym na tę kobietę? W takie ramy możemy
ująć wszelkiego rodzaju spekulacje na temat zachowania psów.
Wielu autorów zajmowało się umysłem psa2, a niektórzy próbowali nawet odpowiadać na tego typu pytania. Nie
zapoznałem się z całą tą ogromną literaturą. Muszę jednak wskazać, że
większość formułowanych w niej tez opiera na dwóch potencjalnie
wadliwych założeniach. Oba mają źródło w tym samym paradoksie: próbuje
się zaglądać do umysłu psa, nie będąc psem.
Pierwszy błąd wynika z ludzkiej skłonności do antropomorfizacji, czyli
rzutowania własnych myśli i odczuć na istoty, które nie są nami. Na to
nie ma rady. Nasze mózgi są tak zaprogramowane, żebyśmy rzutowali swoje
myśli na innych ludzi. To zjawisko, zwane mentalizacją, jest kluczowe
dla interakcji międzyludzkich. Ludzie mogą się ze sobą porozumiewać
tylko dlatego, że bezustannie odgadują, co myślą inni. Na przykład
esemesy pozwalające na komunikowanie się za pomocą co najwyżej stu
czterdziestu znaków w jednej wypowiedzi mogą funkcjonować dlatego, że
każdy z nas ma w swoim umyśle model odbiorcy. Rzeczywista lingwistyczna
zawartość większości takich przekazów jest minimalna. Ale żyjemy we
wspólnej kulturze, więc reagujemy na nie w zbliżony sposób. Jeśli na
przykład oglądany film wprawia mnie w przygnębienie, to intuicyjnie
zakładam, że ludzie siedzący wokół mnie czują się podobnie. Mogę nawet
nawiązać z zupełnie obcym człowiekiem rozmowę o tym wspólnym
doświadczeniu, wychodząc od własnych myśli. Ale psy nie są ludźmi i naturalnie nie mają, jak my, wspólnego podłoża kulturowego. Nie
uciekniemy od faktu, że kiedy obserwujemy zachowanie psa, postrzegamy je
przez filtr ludzkiego umysłu. Niestety, znaczna część książek o psach
mówi więcej o ich ludzkich autorach niż o zwierzętach.
Drugim błędem jest interpretowanie zachowań psów na podstawie znajomości
zachowań wilków, co nazwano lupomorfizmem3. Chociaż oba te gatunki rzeczywiście wywodzą
się od wspólnego przodka, nie znaczy to, że psy są potomkami wilków. To
istotna różnica. Ewolucyjne drogi wilków i psów rozeszły się, kiedy
niektóre "wilkopsy" zaczęły towarzyszyć praludziom. Te, które do nich
przylgnęły, stały się psami, a te, które zachowały dystans -
współczesnymi wilkami. Dzisiejsze wilki zachowują się inaczej niż psy i tworzą innego rodzaju struktury społeczne. Różnią się także mózgami.
Postrzeganie zachowania psa przez pryzmat zachowań wilczych jest nawet
czymś gorszym od antropomorfizacji: człowiek antropomorfizuje wilka i tę
swoją zniekształconą wizję traktuje jako analogię do zachowań psa.
Analogie do wilków doprowadziły do powstania wielu błędnych strategii
szkolenia psów, opierających się na przekonaniu, że człowiek musi być
"przywódcą stada" - to podejście jest najczęściej przypisywane Cesarowi
Millanowi. Nie ma jednak żadnych naukowych podstaw, by strukturę
społeczną wilków przenosić na relacje człowieka z psem.
Psy nie potrafią mówić, a my nie możemy wcielić się w psa, by poznać
jego subiektywne doświadczenie. Tam gdzie ja widzę wesoło
podskakującego, szczęśliwego golden retrievera, ktoś inny może dostrzec
głodnego drapieżnika, który zamierza zjeść go na obiad. Co więc możemy
zrobić, by lepiej poznać psi umysł?
Chociaż wtedy, podczas przyjęcia, jeszcze tego nie skojarzyłem, wkrótce
uświadomiłem sobie, że rozwiązanie miałem cały czas tuż przed nosem:
obrazowanie mózgu.
Mózgi wszystkich ssaków są w pewnych fragmentach znacząco do siebie
podobne, więc mapę aktywności mózgu psa można odnieść do jego ludzkiego
odpowiednika. Jeśli na przykład widzimy u psa aktywizację układu
nagrody, można ją interpretować przez analogię do eksperymentów na
ludziach przynoszących podobne rezultaty. U ludzi mamy zwykle niezłe
wyobrażenie o tym, co uruchomiło określoną funkcję mózgu. Wiemy na
przykład, że kora wzrokowa jest aktywna, kiedy fotony uderzają w siatkówkę oka albo kiedy człowiek z zamkniętymi oczami wyobraża sobie
jakąś scenę4. Podobnie więc, jeśli
obserwujemy aktywność we wzrokowej części mózgu psa, mimo że pies na nic
w tym momencie nie patrzy, rozsądnie jest przyjąć, że tworzy sobie jakiś
umysłowy obraz. Psy również mogą mieć wyobraźnię!
Zestawianie ze sobą mózgów różnych gatunków nazywamy funkcjonalną
homologią. Znaczy to, że subiektywne doświadczenie, takie jak tworzenie
umysłowych obrazów, może odbijać się w podobny sposób w mózgu człowieka
i psa. Wzory aktywności w tych dwóch różnych mózgach ilustrują
przełożenie jednego z nich na drugi.
Filozofowie odrzucają pytanie o to, jak to jest być psem, uważając, że
nie da się na nie odpowiedzieć, ale funkcjonalne homologie pomiędzy
ludzkim a psim mózgiem mogą dostarczyć brakującego powiązania.
Obrazowanie mózgu nie powie nam, jak pies czuje to, że jest psem, ale
może nam dać mapę mózgu, która ujawni odpowiedź na pytanie, jak dla
człowieka jest być psem, bez zniekształceń spowodowanych przez ludzką
interpretację. Gdyby to zadziałało, obrazowanie mózgu mogłoby stać się
psim translatorem. Moglibyśmy wyjść poza pytanie, dlaczego Lyra była
taka nieznośna podczas przyjęcia. Gdybyśmy mogli nanieść mapę naszych
myśli i uczuć na mózg psa, sięgnęlibyśmy samego sedna naszych relacji z psami - pytania, czy psy nas kochają.
Wszystko to sprowadza się do wzajemności. Jeśli relacje ludzi z psami są
w przeważającej mierze jednostronne, jeśli człowiek tylko rzutuje swoje
myśli na psa, bezmyślnie wpatrującego się w swojego pana w nadziei, że
dostanie jakiś kąsek, to znaczy, że pies jest czymś niewiele lepszym od
dużego pluszowego misia - ciepłym, miękkim, dającym ukojenie
przedmiotem.
Ale jeśli ta relacja jest wzajemna? Może psy widzą w człowieku coś
więcej niż źródło pokarmu? Jeśli uczucia, jakie żywimy do psów, są przez
nie w jakiś sposób odwzajemniane, choćby w pewnym stopniu, to obraz
całkowicie się zmienia. Znaczyłoby to, że relacje między ludźmi a psami
leżą w tej samej płaszczyźnie co relacje między dwojgiem ludzi.
Na żadne z tych pytań nie da się odpowiedzieć jedynie na podstawie
obserwacji zachowania psów. Sięgają one bowiem w głąb subiektywnego
postrzegania świata przez psa, a w szczególności jego subiektywnego
postrzegania nas, ludzi.
Mój kolega i jego żona nie zabawili u nas długo. Chociaż psy zostały
zamknięte w sypialni, przez gwar przyjęcia wciąż przebijało się
szczekanie Lyry. Nikt się nie zdziwił, kiedy ta para zaczęła się żegnać
pierwsza.
Kiedy wyszli, wypuściłem psy. Lyra obiegła pozostałych gości i w stanie
podniecenia zwymiotowała zieloną pienistą materią. Obecni z niesmakiem
patrzyli, jak Callie z zapałem połyka tę treść.
Okrzyki obrzydzenia świadczyły, że nawet miłośnicy zwierząt byli
zaszokowani zachowaniem naszych psów. Zaczęli się wymykać.
I dlatego nie urządzamy już takich spotkań w naszym domu.
3
Wyprawa na ryby
Kłopotliwy incydent podczas przyjęcia
zakładowego posłużył jako drugi katalizator Projektu Pies (pierwszym
była śmierć Newtona), ostatecznie zaś puściło projekt w ruch wydarzenie
zupełnie nieoczekiwane: śmierć Osamy bin Ladena.
W każdą środę rano członkowie mojej grupy badawczej gromadzą się, by
odprawić nieśmiertelny rytuał każdego laboratorium naukowego: spotkanie
informacyjne. Personel każdej pracowni na każdym uniwersytecie,
niezależnie od przedmiotu badań, zbiera się raz w tygodniu. Jest to
jedyna okazja, by wszyscy pracownicy, od najmłodszego laboranta po
dyrektora, dowiedzieli się, czym się zajmują inni. Na takim spotkaniu
wszystkie karty wykłada się na stół. Słyszymy o nowych odkryciach,
niezrozumiałych danych i fałszywych tropach.
Wszystkie prace mojego laboratorium opierają się na danych MRI. Jesteśmy
"suchym" laboratorium, gdyż nie korzystamy z odczynników chemicznych i nie przeprowadzamy eksperymentów biologicznych wymagających kosztownego
wyposażenia. Laboratoria, które się tym zajmują, zwane "mokrymi", są
wyposażone w specjalną instalację kanalizacyjną i wentylacyjną,
zapobiegającą uwalnianiu się toksycznych wyziewów albo, co gorsza,
mikroorganizmów chorobotwórczych. U nas nie ma nawet umywalki. Nasze
laboratorium to po prostu duże pomieszczenie z terminalami komputerowymi
rozmieszczonymi wzdłuż ścian. Ustawiony pośrodku stół służy tylko do
narad i celów towarzyskich. Wiszący na ścianie kalendarz informuje, kto
jest akurat poza miastem i kiedy mamy wyznaczone skanowanie ludzi w szpitalu. Od razu widać, jak bardzo jesteśmy zapracowani. Bez danych nie
ma nauki. Cieszę się, widząc szybką rotację osób badanych - przynajmniej
czterech na tydzień. Resztę ścian zajmują od podłogi do sufitu białe
ścieralne tablice. Używamy ich do notowania nowych koncepcji. Każdy ich
cal wypełniają diagramy, równania lub grafy. Goście są oszołomieni tą
powodzią naukowego kodu: greckich symboli, tajemniczych statystyk,
wykresów. Pracownicy laboratorium są dosłownie uwięzieni wśród swoich
pomysłów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki