Jak kochać zwierzęta. W świecie człowieka - Henry Mance

-
Proszę czekać

WPRO­WA­DZE­NIE

Miłość jest nie­zwy­kle trud­nym uświa­do­mie­niem sobie, że coś innego niż my jest rze­czy­wi­ste. Miłość [...] to odkry­cie rze­czy­wi­sto­ści. Iris Mur­doch

Aby zacho­wać pozory celo­wego dzia­ła­nia na tym świe­cie, musimy wie­rzyć, że są rze­czy słuszne i nie­słuszne. Joan Didion

Widzia­łem naj­lep­sze umy­sły swo­jego poko­le­nia znisz­czone przez fil­miki z kotami. Zwie­rzaki śli­zga­jące się na lśnią­cych posadz­kach, wska­ku­jące do pudeł, źle obli­cza­jące tra­jek­to­rię potrzebną dla wylą­do­wa­nia na dachu sąsied­niego domu. To była złota era Inter­netu, a potem na scenę wkro­czyli antysz­cze­pion­kowcy oraz anty­an­ty­fa­szy­ści i zepsuli wszystko.

Te fil­miki mówiły coś o nas samych. Uwa­żamy się za miło­śni­ków zwie­rząt. Chło­niemy filmy przy­rod­ni­cze i zabawne opo­wie­ści o zwie­rzę­cych wyczy­nach. Czu­jemy sym­pa­tię do poli­ty­ków, któ­rzy przy­tu­lają zwie­rzęta; ich zwie­rzaki mogłyby być znacz­nie pew­niej­sze wyboru na kolejną kaden­cję niż oni sami.

Ale ta miłość do zwie­rząt jest wąt­pliwa. Wiemy, że nasze spo­łe­czeń­stwo poszło w innym kie­runku. Naci­skani przy­zna­jemy, że więk­szość zwie­rząt hodow­la­nych zapewne wie­dzie kiep­ski żywot i że wiele dzi­kich zwie­rząt traci swoje sie­dli­ska. Wole­li­by­śmy, żeby sytu­acja wyglą­dała ina­czej, ale taka jest cena naszego dostatku.

Tak więc nie myślimy wiele o zwie­rzę­tach. Choć zawdzię­czamy im znaczną część naszej żyw­no­ści i ubrań, choć odpo­wia­dały za roz­kwit oraz upa­dek ludz­kich spo­łe­czeństw i choć praw­do­po­dob­nie prze­trwają na Ziemi dłu­żej niż czło­wiek, nie zasta­na­wiamy się nad ich egzy­sten­cją.

Wydaje się, że żyjemy na pla­ne­cie ludzi. Miesz­ka­jąc w mie­ście, jak więk­szość dzi­siej­szej popu­la­cji świata, przez cały dzień widuję led­wie garstkę zwie­rząt. Mijam gołę­bie, odga­niam muszki owo­cowe, deli­kat­nie usu­wam moją kotkę Crum­ble z rogu gazety, który pró­buję wła­śnie prze­czy­tać - i dalej robię swoje. Zwie­rzęta poja­wiają się w okle­pa­nych meta­fo­rach i ory­gi­nal­nych zna­kach gra­ficz­nych, ale nie jako istoty, które sta­no­wią więk­szość świa­do­mych stwo­rzeń. Jeste­śmy tylko jed­nym spo­śród mniej wię­cej 500 gatun­ków naczel­nych, 6400 gatun­ków ssa­ków i, wedle naj­lep­szych osza­co­wań, 7-8 milio­nów gatun­ków zwie­rząt. Jak czę­sto przyj­mu­jemy to do wia­do­mo­ści?

Kiedy już zda­rza nam się myśleć o zwie­rzę­tach, dzie­limy je na gatunki i grupy: krowy, psy, lisy, sło­nie i tak dalej. Po czym przy­pi­su­jemy im miej­sca w naszym świe­cie: krowy tra­fiają na tale­rze, psy na kanapy, lisy na wysy­pi­ska śmieci, sło­nie do ogro­dów zoo­lo­gicz­nych, a miliony dzi­kich zwie­rząt żyją sobie gdzieś tami przy odro­bi­nie szczę­ścia zoba­czymy je w następ­nym serialu Davida Atten­bo­ro­ugh. Ta umie­jęt­ność szu­flad­ko­wa­nia jest nie­zwy­kle pomocna: pozwala nam się wyży­wić, zna­leźć towa­rzy­stwo i roz­rywkę oraz trzy­mać się z dala od groź­nych zwie­rząt. Spra­wia, że za każ­dym razem, gdy się­gamy po kanapkę, nie wda­jemy się w debatę filo­zo­ficzną. Ratuje nas przed poczu­ciem winy z powodu samego faktu ist­nie­nia.

Jed­nak owe prze­gródki są wątłe. Prawdę mówiąc, roz­sy­pują się na naszych oczach. Nie­mal codzien­nie zaska­kują nas nowe odkry­cia na temat innych miesz­kań­ców naszej pla­nety. Zwie­rzęta, które trak­to­wa­li­śmy jako poży­wie­nie - zwłasz­cza świ­nie i krowy - są dziś postrze­gane jako istoty o zło­żo­nym życiu psy­chicz­nym i spo­łecz­nym. Zwie­rzęta, które przez wieki uwa­ża­li­śmy za zbędne - jak wilki i bobry - oka­zują się waż­nym ele­men­tem przy­rody. Zwie­rzęta, które uwa­żamy za bez­cenne - jak jagu­ary i oran­gu­tany - tracą prze­strzeń życiową z powodu postę­pów ludz­ko­ści.

Prze­gródki te wię­cej mówią o nas samych niż o zwie­rzę­tach. Im bar­dziej bez­in­te­re­sowna jest nasza miłość do zwie­rząt, tym bar­dziej wąt­pliwe stają się te podziały. Na Zacho­dzie uwa­żamy na ogół za nie­wła­ściwe, że w Japo­nii jada się wie­lo­ryby, w Korei Połu­dnio­wej psy, a w Kam­bo­dży szczury. Spró­bujmy jed­nak wyja­śnić, dla­czego można jeść świ­nie i krowy, ale nie wie­lo­ryby i psy, a wpad­niemy w filo­zo­ficzną pułapkę - jak gang­ster w Pulp Fic­tion Quen­tina Taran­tino, który argu­men­tuje, że pies nie może być plu­ga­wym zwie­rzę­ciem, bo "psy mają oso­bo­wość". Świ­nie też mają oso­bo­wość. Dla­czego więc nie prze­szka­dza nam, że tylko w tym roku zabi­tych zosta­nie 1,5 miliarda świń, ale obu­rza nas zarżnię­cie psa? Dla­czego świ­nie można trzy­mać w gołych klat­kach, a psów nie? Dla­czego moralny sprze­ciw budzi zabi­cie kil­ku­na­stu wie­lo­ry­bów, lecz nie uży­wa­nie sieci rybac­kich, w które zaplą­tują się setki del­fi­nów?

Nieco uprasz­cza­jąc, miłość do zwie­rząt, tak jak racjo­nalne myśle­nie, jest jedną z pod­sta­wo­wych war­to­ści zachod­niego spo­łe­czeń­stwa. Lecz to, jak trak­tu­jemy zwie­rzęta, nie przy­staje do żad­nej z nich - rzą­dzi tym tra­dy­cja i bez­wład. Nikt nie gło­so­wałby za maso­wym wymie­ra­niem dzi­kich zwie­rząt; z pew­no­ścią nie same zwie­rzęta. Bóg raczy wie­dzieć, jak wyja­śnimy to następ­nemu poko­le­niu. A jed­nak dzieje się to na naszych oczach. Karol Dar­win stwier­dził, że rumie­niec jest naj­bar­dziej ludz­kim ze wszyst­kich środ­ków eks­pre­sji - i dobrze się składa, gdyż mamy mnó­stwo powo­dów, żeby się rumie­nić.

Przed ata­kiem koro­na­wi­rusa opty­mi­ści czę­sto mówili, że teraz jest naj­lep­szy czas dla ludzi - że gdyby można było wybrać sobie do życia dowolny okres w dzie­jach, wybór powi­nien paść wła­śnie na naszą epokę. Ale co wybra­łyby inne zwie­rzęta? Gdy­by­ście uro­dzili się dziś jako ssaki inne niż ludzie, to bar­dziej praw­do­po­dobne niż kie­dy­kol­wiek, że przy­szli­by­ście na świat w gospo­dar­stwie prze­my­sło­wym, w cia­sno­cie i nie­na­tu­ral­nych warun­kach. Na wiel­kiej fer­mie mlecz­nej krowa wytwa­rza może nawet cztery razy wię­cej mleka niż sto lat temu, ale jej ocze­ki­wana dłu­gość życia spa­dła. Jako dzi­kie zwie­rzę byli­by­ście zapewne bar­dziej niż poprzed­nie poko­le­nia zagro­żeni utratą sie­dli­ska - albo zmianą kli­matu, do któ­rej nie zdo­ła­li­by­ście się przy­sto­so­wać. Wskaź­nik Żyją­cej Pla­nety [Living Pla­net Index] poka­zuje, że od roku 1970 popu­la­cje dzi­kich zwie­rząt skur­czyły się prze­cięt­nie o dwie trze­cie. Z powodu wzro­stu han­dlu zwie­rzętami, zwłasz­cza w Azji, rów­nie wiel­kie byłoby ryzyko, że zosta­nie­cie schwy­tani i będzie­cie trzy­mani w okrut­nych warun­kach. Życie psa w dzi­siej­szej Ame­ryce, wyle­gu­ją­cego się na kana­pie, zaja­da­ją­cego orga­niczne cia­steczka i mają­cego zabawne konto na Insta­gra­mie, może się wyda­wać godne pozaz­drosz­cze­nia, ale gdy­by­śmy mieli losowo odro­dzić się w innej postaci, byłoby dwa­dzie­ścia razy bar­dziej praw­do­po­dobne, że skoń­czymy jako ame­ry­kań­ski kur­czak z hodowli prze­my­sło­wej. Czy jakie­kol­wiek zwie­rzę, mając wolny wybór, chcia­łoby się uro­dzić w dzi­siej­szych cza­sach? Nie sądzę.

Co by się stało, gdy­by­śmy myśleli o zwie­rzę­tach - wszyst­kich zwie­rzę­tach? Czy ina­czej pozy­ski­wa­li­by­śmy żyw­ność, trak­to­wali świat przy­rody i patrzyli na zwie­rzęta w zoo?

Jak wielu ludzi, poko­cha­łem zwie­rzęta, bo uwa­ża­łem, że są piękne. W domu mie­li­śmy psa, a rodzice zabie­rali mnie do zoo. Oglą­da­li­śmy w tele­wi­zji wyścigi Grand Natio­nal i nie mogłem zro­zu­mieć, dla­czego konie bez dżo­ke­jów są dys­kwa­li­fi­ko­wane - czy to nie cie­kawe, że bie­gną szyb­ciej, gdy pozbędą się jeźdźca? Na uni­wer­sy­te­cie z tro­ski o śro­do­wi­sko byłem przez krótki czas wege­ta­ria­ni­nem, dopóki nie klik­ną­łem na nie­wła­ściwą opcję w roz­wi­jal­nym menu i w efek­cie pod­czas dłu­go­dy­stan­so­wego lotu dosta­łem do jedze­nia tylko surową mar­chew. Jako dwu­dzie­sto­la­tek zają­łem się foto­gra­fią. Obse­syj­nie pró­bo­wa­łem oddać na zdję­ciu szyb­kość koli­brów, detale pasi­ko­ni­ków oraz inne cuda zwie­rzę­cego świata. W duchu Geo­rge'a Besta wyda­wa­łem dzie­więć­dzie­siąt pro­cent swo­ich pie­nię­dzy na obiek­tywy do apa­ratu; resztę po pro­stu trwo­ni­łem.

Zwie­rzęta są zna­ko­mi­tymi mode­lami. Kilka srebr­nych rybek poły­sku­ją­cych na nabrzeżu. Oran­gu­tan z Bor­neo huś­ta­jący się non­sza­lancko wśród drzew. Młody hipo­po­tam na kolum­bij­skiej far­mie nale­żą­cej nie­gdyś do barona nar­ko­ty­ko­wego Pabla Esco­bara, który, w odróż­nie­niu ode mnie, uwa­żał surową mar­chew za cał­kiem godziwą strawę. Im bli­żej przy­glą­damy się innym stwo­rze­niom, tym bar­dziej zdu­mie­wa­jące się wydają. Pod­czas powrot­nego rejsu z jed­nej z foto­gra­ficz­nych wypraw, obser­wu­jąc masko­nury zma­ga­jące się z pół­noc­no­mor­skim wia­trem, by wró­cić do swo­ich gniazd, pod­słu­cha­łem małego chłopca szep­czą­cego poważ­nie do rodzi­ców: "Uwiel­biam masko­nury". Ja też uwiel­biam masko­nury, pomy­śla­łem. Ale co wła­ści­wie dla nich zro­bi­łem poza tym, że je foto­gra­fo­wa­łem? Czy mój podziw w czym­kol­wiek popra­wił ich los? Czy odpła­ci­łem przy­jem­ność, jaką mi dały? Byłem miło­śni­kiem zwie­rząt w teo­rii, ale chyba nie w prak­tyce.

W dzi­siej­szych cza­sach swo­bod­nie uży­wamy słowa "kochać", odno­sząc je do wszyst­kiego, od rodzi­ców po ser­wetki. Iris Mur­doch uwa­żała, że miłość jest klu­czo­wym poję­ciem filo­zo­fii moral­nej, siłą, która pozwala nam wykro­czyć poza ego­izm. Miłość, według niej, bie­rze się z umie­jęt­no­ści zwra­ca­nia uwagi na inne istoty. Pro­wa­dzi nas to do dba­nia o ich dobro i spra­wie­dli­wego postę­po­wa­nia wobec nich. Cho­ciaż Mur­doch miała na myśli miłość mię­dzy ludźmi, tę jej kon­cep­cję łatwo prze­nieść na to, jak trak­tu­jemy inne gatunki. Zachęca nas do postrze­ga­nia miło­ści nie jako cze­goś, co wyzna­jemy, ale jako cze­goś, co prak­ty­ku­jemy przez doce­nia­nie indy­wi­du­al­no­ści innych stwo­rzeń i uświa­da­mia­nie sobie wła­snych uprze­dzeń.

Posta­no­wi­łem pod­dać się testowi. Chcia­łem się prze­ko­nać, czy moja miłość do zwie­rząt ma odzwier­cie­dle­nie w moim postę­po­wa­niu, czy też - jak moja miłość do kina autor­skiego - jest głów­nie teo­re­tyczna. Zachwy­ca­nie się cudami zwie­rzę­cego świata na fil­mach przy­rod­ni­czych to jedno; ja chcia­łem coś zro­bić. Chcia­łem spoj­rzeć poza fizyczne piękno zwie­rząt i zro­zu­mieć, jakie jest ich miej­sce w naszym świe­cie. Chcia­łem sta­nąć oko w oko z realiami ferm i rzeźni, ogro­dów i skle­pów zoo­lo­gicz­nych, oce­anów i lasów. Czy trak­to­wa­łem zwie­rzęta spra­wie­dli­wie? Jeśli nie, czy potra­fił­bym zna­leźć lep­szy spo­sób? To był zwie­rzęcy test. Doświad­cze­nie to wypro­wa­dziło mnie poza moją bańkę i pod wie­loma wzglę­dami zmie­niło spo­sób, w jaki żyję. Wie­rzę, że może zmie­nić spo­sób, w jaki żyjemy my wszy­scy.

Ale dla­czego w ogóle powin­ni­śmy spra­wie­dli­wie trak­to­wać zwie­rzęta?

* * *

W pew­nym słyn­nym eks­pe­ry­men­cie psy­cho­lo­gicz­nym bada­cze zosta­wiają dziecko w pokoju z jed­nym cukier­kiem. Mówią mu, że jeśli poczeka i nie zje go od razu, dosta­nie dru­giego. Prze­ciętny przed­szko­lak potrafi się powstrzy­mać przed zje­dze­niem cukierka nie­całe dzie­sięć minut. Eks­pe­ry­ment ten demon­struje typowo ludz­kie doświad­cze­nie - próbę kon­tro­lo­wa­nia swych pra­gnień i pla­no­wa­nie przy­szło­ści.

Ale czy to naprawdę jest typowo ludz­kie? Podobny test obmy­ślono dla szym­pan­sów: poka­zano im nagrody, które miały się pomno­żyć, jeśli cier­pli­wie zacze­kają. Szym­pansy radziły sobie mniej wię­cej tak dobrze jak dzieci - nie­które wstrzy­my­wały się aż dwa­dzie­ścia minut. Wyko­rzy­sty­wały nawet tę samą tak­tykę co dzieci, się­ga­jąc po zabawki, żeby odwró­cić swoją uwagę od sma­ko­łyka. Tym­cza­sem afry­kań­ska papuga żako, któ­rej kazano "zacze­kać" na smacz­niej­szego orze­cha, zdo­łała oprzeć się poku­sie przez pięt­na­ście minut. Takie eks­pe­ry­menty suge­rują, że przy­naj­mniej nie­które zwie­rzęta mają świa­do­mość przy­szło­ści - potra­fią oce­nić różne opcje i zro­bić uży­tek z cze­goś, co u ludzi nazy­wamy wolną wolą.

Przez wieki myśli­ciele od Ary­sto­te­lesa po Karola Marksa pró­bo­wali wska­zać rze­czy, do któ­rych zdolni są tylko ludzie. Byli­śmy nie­gdyś defi­nio­wani jako gatu­nek wytwa­rza­jący narzę­dzia. Potem Jane Goodall zoba­czyła dzi­kiego szym­pansa for­mu­ją­cego patyk, aby łowić ter­mity. Dziś jasne jest, że nie był to jed­no­ra­zowy wyczyn: powstała nawet teo­ria, że kobry wykształ­ciły umie­jęt­ność plu­cia jadem, żeby bro­nić się przed wypo­sa­żo­nymi w narzę­dzia ssa­kami naczel­nymi. Inne zwie­rzęta nie tylko posłu­gują się narzę­dziami, ale także je wyko­nują. W nie­daw­nych eks­pe­ry­men­tach wrony bro­date z Nowej Kale­do­nii mon­to­wały narzę­dzia z wielu czę­ści, by wydo­być poży­wie­nie z pudełka. Wydaje się, że korzy­sta­nie z narzę­dzi spra­wia im frajdę.

Inne zwie­rzęta też są zdolne do pro­ce­sów myślo­wych. Kea, duże papugi żyjące na Nowej Zelan­dii, mają instynk­towne wyczu­cie praw­do­po­do­bień­stwa. Gdy postawi się przed nimi dwa słoje zawie­ra­jące mie­szankę rze­czy jadal­nych i niejadal­nych, ptaki nie wybie­rają słoja z naj­więk­szą ilo­ścią jedze­nia, ale ten, w któ­rym jest naj­wię­cej rze­czy jadal­nych w sto­sunku do niejadal­nych. Kea zauwa­żają też, kiedy badacz wyj­mu­jący przed­mioty ze sło­jów nagina wyniki, zawsze wybie­rając rzecz jadalną. Wiel­kość i budowa pta­sich mózgów są znacz­nie mniej­szym ogra­ni­cze­niem, niż wyda­wało się ludziom. Nie­które papugi i szym­pansy potra­fią posłu­gi­wać się sło­wami: pewien szym­pans nauczony słów "zie­lony" i "banan" wymy­ślił połą­cze­nie "zie­lony banan" na okre­śle­nie ogórka. Nie­świsz­czuki (pie­ski pre­riowe) wydają odmienne okrzyki ostrze­gaw­cze na widok kojota, psa, czło­wieka lub myszo­łowa. Co wię­cej, mając do czy­nie­nia z czymś, czego ni­gdy wcze­śniej nie widziały, nie­za­leż­nie wynaj­dują iden­tyczny okrzyk na jego ozna­cze­nie. Zło­żona komu­ni­ka­cja nie jest wyłączną domeną ssa­ków. Psz­czoły mają spo­sób infor­mo­wa­nia się nawza­jem o loka­li­za­cji nek­taru - swego rodzaju taniec wewnątrz ula zwią­zany z poło­że­niem słońca. Pamię­tają różne loka­li­za­cje przez wiele dni. Eks­pe­ry­men­ta­to­rzy zor­ga­ni­zo­wali nawet rodzaj "psz­cze­lego fut­bolu": w doświad­cze­niu, w któ­rym psz­czoły dostają sło­dzoną wodę za umiesz­cze­nie piłki w dołku, psz­czoła, która ni­gdy wcze­śniej nie wyko­ny­wała tego zada­nia, potrafi zna­leźć bar­dziej efek­tywną drogę do celu. Jest to zada­nie, przed jakim te owady ni­gdy nie sta­nę­łyby w natu­rze. Jed­nak "wydaje się, że w grę wcho­dzi raczej jakiś rodzaj świa­do­mo­ści pożą­da­nego wyniku niż zwy­kłe naśla­dow­nic­two", mówi Lars Chit­tka, pro­fe­sor psy­cho­lo­gii z Queen Mary Uni­ver­sity of Lon­don. Pająki przędą sieci, wyko­rzy­stu­jąc do tego wszyst­kie osiem nóg, ale regu­lar­nie tracą odnóża, a mimo to ich paję­czyny wciąż wyglą­dają podob­nie. Jedna z inter­pre­ta­cji mówi, że mają one men­talny obraz kon­struk­cji, którą two­rzą, i dosto­so­wują swoje dzia­ła­nia do oko­licz­no­ści. Ich mózgi są maleń­kie, ale być może efek­tyw­niej wyko­rzy­stują swój skromny poten­cjał.

Wiemy, z pewną dozą pew­no­ści, że nie­które zwie­rzęta roz­po­znają się w lustrze, co świad­czy o tym, że są świa­dome swego ist­nie­nia, to zaś jest warun­kiem koniecz­nym, aby mogły zro­zu­mieć emo­cje innych stwo­rzeń. Zwie­rzęta potra­fią nauczyć się uży­tecz­nych zacho­wań i prze­ka­zy­wać je dalej: kiedy w Wiel­kiej Bry­ta­nii butelki z mle­kiem zaczęto zamy­kać folio­wym kap­slem, sikory bogatki i modraszki odkryły, że można wydzio­bać w nim otwór, a prak­tyka ta roz­prze­strze­niła się na cały kraj. Dzięki tej for­mie ucze­nia się i naśla­dow­nic­twa jeden gatu­nek może wytwo­rzyć różne kul­tury. Za sprawą śro­do­wi­ska, w jakim żyje, albo po pro­stu eks­pe­ry­men­tów, jedna grupa słoni lub wie­lo­ry­bów może robić pewne rze­czy ina­czej niż inna - na tej samej zasa­dzie, jak jedna ludzka spo­łecz­ność różni się od dru­giej.

Tak więc zwie­rzęta są bystre, ale do jakich odczuć są zdolne? Nie możemy podej­rzeć, co się dzieje w gło­wie goryla, tak jak nie możemy podej­rzeć, co się dzieje w gło­wie dru­giego czło­wieka. Nie możemy dowie­dzieć się od zwie­rząt, co czują. Możemy jedy­nie obser­wo­wać ich zacho­wa­nie i badać ich ciała, nie zakła­da­jąc z góry, że są to istoty ogra­ni­czone. Możemy też pró­bo­wać zgłę­bić motywy sto­jące za ich zacho­wa­niem, na przy­kład wyko­rzy­stu­jąc testy, w któ­rych zwie­rzę musi doko­nać wyboru, ujaw­nia­jąc w ten spo­sób swoje pre­fe­ren­cje. Ludzie doświad­czają bólu dzięki wyspe­cja­li­zo­wa­nym zakoń­cze­niom neu­ro­nów, ośrod­ko­wemu ukła­dowi ner­wo­wemu i korze nowej mózgu. Inne ssaki mają podobne struk­tury. U pta­ków, jak się wydaje, pewna część mózgu pełni ana­lo­giczne funk­cje. Co wię­cej, wiele zwie­rząt pod­da­nych dzia­ła­niu bole­snego bodźca uczy się go uni­kać - albo płaci za moż­li­wość ulże­nia bólowi, tak jak my wle­czemy się do apteki, gdy migrena staje się trudna do znie­sie­nia.

Świa­dec­twa pro­wa­dzą nas dziś do nie­mal nie­unik­nio­nego wnio­sku, że zwie­rzęta doświad­czają emo­cji. Kiedy sło­nie afry­kań­skie spo­ty­kają się po okre­sie roz­łąki, stop­niują powi­ta­nia zależ­nie od tego, kogo witają i jak dobrze go znają. "Nawet w przy­pły­wie naj­więk­szego rygo­ry­zmu nauko­wego nie mam wąt­pli­wo­ści, że sło­nie czują radość, gdy widzą się ponow­nie", pisze Cyn­thia Moss, jedna z pierw­szych bada­czek zacho­wań słoni. "Może ona być nie­po­dobna, a nawet nie­po­rów­ny­walna do ludz­kiej, ale to jest sło­niowa radość i odgrywa bar­dzo ważną rolę w całym ich sys­te­mie spo­łecz­nym".

Jesz­cze w 1987 roku The Oxford Com­pa­nion to Ani­mal Beha­viour stwier­dzał, że zwie­rzęta "wyka­zują tylko kilka pod­sta­wo­wych emo­cji": strach, radość, być może gniew. Mia­łem podob­nie myślą­cych kole­gów na uni­wer­sy­te­cie. Ale jeśli zde­fi­nio­wać żałobę jako odmienne zacho­wa­nie po śmierci krew­nego, to o sło­niach afry­kań­skich można powie­dzieć, że są do niej zdolne. W 2018 roku nowo naro­dzona orka padła u wybrzeży Kolum­bii Bry­tyj­skiej; jej matka raz po raz nur­ko­wała, żeby wydźwi­gnąć ją na powierzch­nię. Musiało być dla niej jasne, że jej dziecko nie żyje, a mimo to holo­wała je co naj­mniej sie­dem­na­ście dni i tysiąc mil. Inne orki i del­finy pły­wały z mar­twymi mło­dymi około tygo­dnia. Nie wiemy, jak powszechne jest takie zacho­wa­nie w świe­cie zwie­rząt, ale instynkt macie­rzyń­ski nie jest wła­ściwy wyłącz­nie ssa­kom: zaob­ser­wo­wano, że nawet nie­które węże strzegą swo­ich mło­dych.

Spra­wie­dli­wość może wyda­wać się rodza­jem zło­żo­nych kal­ku­la­cji, do jakich zdolni są tylko ludzie. Są jed­nak logiczne powody, dla któ­rych inne zwie­rzęta mogły wykształ­cić umie­jęt­ność współ­pracy, zamiast ryzy­ko­wać odtrą­ce­nie przez pobra­tym­ców. Nie­które naczelne i psy zdra­dzają poczu­cie spra­wie­dli­wo­ści - na przy­kład dzie­ląc się poży­wie­niem. Być może nie jeste­śmy nawet jedy­nym gatun­kiem skłon­nym do altru­istycz­nych zacho­wań wobec przed­sta­wi­cieli innych gatun­ków: badaczka Joyce Poole udo­ku­men­to­wała przy­pa­dek sło­nicy, która pil­no­wała paste­rza ze zła­maną nogą. (Trzeba przy­znać, że to wła­śnie ta sło­nica mu ją zła­mała, acz­kol­wiek nie­umyśl­nie).

Czy zwie­rzęta mie­wają huś­tawki nastro­jów? Ludzie reagują ina­czej na obo­jętne bodźce, jeżeli wcze­śniej otrzy­mali bodziec pozy­tywny - to dla­tego, mając dobry dzień, kupu­jemy losy na lote­rię. Podob­nie świ­nie prze­ja­wiają więk­szy opty­mizm - na przy­kład ocho­czo bada­jąc nie­znane obiekty - jeśli miesz­kają w odpo­wied­nich warun­kach, mając pod dostat­kiem słomy i prze­strzeni. Psz­czoły także potra­fią zacho­wy­wać się opty­mi­stycz­nie.

Czy zwie­rzęta są indy­wi­du­al­no­ściami? Każdy wła­ści­ciel zwie­rzaka zna odpo­wiedź. Jeden z moich ulu­bio­nych przy­kła­dów pocho­dzi od chiń­skiego arty­sty Ai Weiweia, który powie­dział o mniej wię­cej czter­dzie­stu kotach w swoim pekiń­skim domu: "Jeden z nich umie otwie­rać drzwi [...], gdy­bym ni­gdy nie spo­tkał tego kota, który potrafi otwo­rzyć drzwi, nie wie­dział­bym, że koty są do tego zdolne". Miesz­ka­łem z kil­koma kotami, z któ­rych tylko jeden lubił się bawić w łapa­nie zwit­ków papieru rzu­ca­nych z dru­giego końca pokoju. Ale wszyst­kie były nie­za­prze­czal­nymi indy­wi­du­al­no­ściami.

W psy­cho­lo­gii czło­wieka oso­bo­wo­ścią nazywa się zespół zacho­wań, który pozo­staje względ­nie nie­zmienny w cza­sie i który można porów­nać ze śred­nią dla danej popu­la­cji. Kil­ka­dzie­siąt lat temu, obser­wu­jąc sikory bogatki w Holan­dii i dzi­kie owce gru­bo­ro­gie w Kana­dzie, bada­cze zaczęli sobie uświa­da­miać, że pewne osob­niki wyka­zują podobne zespoły zacho­wań - są, na przy­kład, śmiałe albo agre­sywne. Samo słowo "oso­bo­wość" zdaje się odno­sić wyłącz­nie do ludzi. W nie­któ­rych naukow­cach idea zwie­rzę­cych oso­bo­wo­ści budzi tak instynk­towny sprze­ciw, że wolą absur­dalne wybiegi w rodzaju "wzor­ców beha­wio­ral­nych". Jed­nak indy­wi­du­alne róż­nice są tym, co umoż­li­wia dzia­ła­nie ewo­lu­cji.

"Uwa­żamy, że ludzie są wyjąt­kowi. Jeśli spoj­rzeć na bio­lo­giczne pod­łoże zacho­wań, nie róż­nimy się od wielu innych ssa­ków, a wiele innych ssa­ków ma pod­sta­wowe układy podobne jak, dajmy na to, ryby", mówi Niels Din­ge­manse, eko­log beha­wio­ralny z Uni­wer­sy­tetu Ludwika i Mak­sy­mi­liana w Mona­chium oraz jeden z pio­nie­rów badań nad oso­bo­wo­ścią u zwie­rząt. "Jeśli widzimy, że ryby mają dokład­nie ten sam mecha­nizm reak­cji na stres, co ludzie, mówimy: To zdu­mie­wa­jące. To jed­nak nie jest zdu­mie­wa­jące. Jeśli ewo­lu­cja zna­la­zła opty­malny spo­sób na robie­nie cze­goś, dla­czego nie miałby się on poja­wić u licz­nych gatun­ków?"

Kolej­nym waż­nym eta­pem zasy­py­wa­nia prze­pa­ści mię­dzy nami a innymi zwie­rzę­tami jest uświa­do­mie­nie sobie, że nie jeste­śmy tak inte­li­gentni, jak się nam wydaje. W kla­sycz­nym bada­niu z 1977 roku osoby robiące zakupy pytano, która z czte­rech par nylo­no­wych raj­stop jest naj­wyż­szej jako­ści. Cho­ciaż wszyst­kie pary były iden­tyczne, klientki naj­czę­ściej wska­zy­wały tę na pra­wym końcu rzędu. Zapy­tane o powód, mówiły o mate­riale raj­stop; żadna nie wspo­mniała o ich pozy­cji w rzę­dzie. My, ludzie, tkwimy w złu­dze­niach co do wła­snych instynk­tów.

Wielu z nas instynk­tow­nie łatwo akcep­tuje podo­bień­stwa pod wzglę­dem inte­li­gen­cji, emo­cji i sto­sun­ków spo­łecz­nych mię­dzy ludźmi a innymi ssa­kami, ale trud­niej jest roz­cią­gnąć tę zasadę na ryby, ptaki i owady, które nie wyglą­dają podob­nie jak my. Jed­nak pewne cechy i zdol­no­ści mogą mieć rodo­wód daw­niej­szy, niż sądzi­li­śmy. W 2016 roku Todd Fein­berg, neu­ro­log, i Jon Mal­latt, bio­log ewo­lu­cyjny, zasu­ge­ro­wali, że świa­dome dozna­nia nie są wła­ściwe wyłącz­nie ludziom, a nawet nie tylko ssa­kom i pta­kom - doty­czą każ­dego zwie­rzę­cia mają­cego krę­go­słup. Świa­do­mość, jak prze­ko­nują, powstała przed co naj­mniej 520 milio­nami lat, na długo zanim wyro­sły lasy i poja­wiły się ssaki. Ist­nieje od cza­sów, gdy pierw­sze podobne do ryb krę­gowce pły­wały w kam­bryj­skich oce­anach.

Świa­do­mość to nader nie­uchwytne poję­cie - próba zde­fi­nio­wa­nia go przy­po­mina ukła­da­nie puz­zli z kawał­ków odwró­co­nych do góry nogami. Tutaj wystar­czy stwier­dzić, że świa­do­mość wiąże się ze zdol­no­ścią do zbie­ra­nia w całość danych dostar­cza­nych przez poszcze­gólne zmy­sły oraz do prze­twa­rza­nia infor­ma­cji o świe­cie i miej­scu, jakie zaj­muje w nim zwie­rzę. Fein­berg i Mal­latt odno­to­wują, że z zapisu kopal­nego wynika, iż wcze­sne krę­gowce miały czułe oczy, z któ­rych obrazy były prze­twa­rzane przez bar­dziej zaawan­so­wany mózg. Potra­fiły two­rzyć sobie wizję świata. Bodź­cem do tego było, jak się wydaje, poja­wie­nie się pierw­szych dra­pież­ni­ków - roba­ków, które zja­dały inne robaki na dnie oce­anu; zapo­cząt­ko­wało to "wyścig zbro­jeń" na polu uspraw­nia­nia zmy­słów i mocy obli­cze­nio­wych. Nie­które bezkrę­gowce - w tym owady, kraby i ośmior­nice - naj­praw­do­po­dob­niej wykształ­ciły świa­do­mość nie­za­leż­nie od krę­gow­ców. Ozna­cza to, że można mówić o postrze­ga­niu świata okiem wrony, dor­sza lub kraba. Kil­ka­dzie­siąt lat temu uznano by to za nie­do­rzecz­ność.

Nie­kiedy spece od mar­ke­tingu orga­ni­zują zawody mię­dzy pły­wa­kiem olim­pij­skim a reki­nem albo mię­dzy sprin­te­rem a gepar­dem. Czło­wiek oczy­wi­ście prze­grywa. Jest mnó­stwo rze­czy, które zwie­rzęta robią lepiej od nas: psy wyczu­wają obec­ność cho­rób, w tym wywo­ły­wa­nych przez koro­na­wi­rusy, a żół­wie mor­skie potra­fią nawi­go­wać na dystan­sie tysięcy mil (acz­kol­wiek czę­sto gubią drogę, jak ludzie korzy­sta­jący z nawi­ga­cji sate­li­tar­nej). Na tym nie koniec. Ptaki, ryby, gady i płazy mają recep­tory ultra­fio­letu. Koli­bry przy­pusz­czal­nie widzą barwy, któ­rych nie potra­fimy sobie nawet wyobra­zić. Czy moż­liwe jest też, że zwie­rzęta mają dozna­nia i emo­cje, któ­rych my nie znamy? Albo czy inten­syw­ność ich doznań może być więk­sza od naszych?

Wyż­szość czło­wieka nie jest tak bez­dy­sku­syjna, jak nie­gdyś sądzi­li­śmy. Mózg sło­nia afry­kań­skiego zawiera znacz­nie wię­cej neu­ro­nów niż nasz, a mózgi innych ssa­ków są zbu­do­wane tak jak nasz. Ryby, ptaki i owady mają mniej neu­ro­nów i brak im kory mózgo­wej, ale ich mózgi naj­wy­raź­niej peł­nią wiele funk­cji ana­lo­gicz­nych do mózgów ssa­czych. Odkąd wiemy, że papugi i ośmior­nice są inte­li­gentne, nie możemy już oce­niać zwie­rząt na pod­sta­wie ich gene­tycz­nego pokre­wień­stwa z ludźmi. Jeśli ludz­kość kie­dyś w przy­szło­ści wygi­nie, inne gatunki - być może potom­ko­wie szczu­rów lub wron - mogą nawet dać począ­tek for­mom, które zdo­mi­nują pla­netę tak, jak my dzi­siaj. Cytu­jąc ame­ry­kań­skiego dzia­ła­cza ochrony przy­rody Aldo Leopolda: ludzie "są tylko towa­rzy­szami podróży innych stwo­rzeń w ewo­lu­cyj­nej ody­sei".

Pamię­tam z dzie­ciń­stwa, jak doro­śli lek­ce­wa­żąco kry­ty­ko­wali filmy Disneya za "antro­po­mor­fi­zo­wa­nie" zwie­rząt. Dla naukow­ców antro­po­mor­fi­zo­wać ozna­cza tyle, co zakła­dać, że jeśli zwie­rzę zacho­wuje się podob­nie jak my, to kie­rują nim te same emo­cje. Jak wszyst­kie zało­że­nia, jest ono pro­ble­ma­tyczne. Ale Frans de Waal, czo­łowy pry­ma­to­log, mówi, że bar­dziej nie­bez­pieczne jest nie antro­po­mor­fi­zo­wać. Jeśli cho­dzi o nasze zdol­no­ści i emo­cje, naj­zu­peł­niej sen­sowne jest loko­wa­nie nas na kon­ti­nuum z innymi zwie­rzę­tami. To, że nie potra­fimy stwier­dzić jed­no­znacz­nie, jakich emo­cji doświad­czają zwie­rzęta, mówi wię­cej o ogra­ni­cze­niach naszych metod nauko­wych niż o ogra­ni­cze­niach ich doznań.

Wciąż można wska­zać kilka cech, które mogą być wła­ściwe wyłącz­nie ludziom. De Waal uważa, że (zło­żony) język jest jedyną "spe­cy­ficz­nie ludzką" zdol­no­ścią. Con Slo­bod­chi­koff, beha­wio­ry­sta, który ziden­ty­fi­ko­wał roz­ma­ite okrzyki nie­świsz­czu­ków, nie zga­dza się z tym. Nie ma jed­nak żad­nych dowo­dów na to, że zwie­rzęta wymie­niają się uwa­gami na temat wyda­rzeń z poprzed­niego dnia. Świa­do­mość śmier­tel­no­ści może także być przy­na­leżna tylko ludziom; z pew­no­ścią nasza samo­świa­do­mość i pla­no­wa­nie przy­szło­ści zdają się znacz­nie prze­wyż­szać te udo­ku­men­to­wane u innych zwie­rząt. Fein­berg i Mal­latt pod­kre­ślają, że świa­do­mość pta­ków, ryb i owa­dów jest uboż­sza od ludz­kiej - praw­do­po­dob­nie nie pozwala im na przy­kład na reflek­sję nad wła­snymi odczu­ciami.

Jed­nak w kate­go­riach moral­nych naj­bar­dziej zna­cząca róż­nica mię­dzy czło­wie­kiem a innymi zwie­rzę­tami jest nastę­pu­jąca: możemy decy­do­wać o losie innych stwo­rzeń. Doświad­cze­nia życiowe miliar­dów zwie­rząt - ssa­ków, pta­ków, ryb, owa­dów i tak dalej - i losy milio­nów gatun­ków są w naszych rękach. Gdzieś w począt­kach XX wieku ludz­kość prze­kro­czyła punkt, w któ­rym wywie­ra­li­śmy zna­czący wpływ na połowę wol­nych od lodu lądów Ziemi. Dziś, poprzez zmiany kli­matu, nisz­cze­nie sie­dlisk i nie­usta­jącą eks­plo­ata­cję surow­ców natu­ral­nych, sta­li­śmy się domi­nu­jącą siłą na pla­ne­cie. Naukowcy nazwali to antro­po­ce­nem, aby odróż­nić ten czas od poprzed­nich epok geo­lo­gicz­nych. W prak­tyce ozna­cza to, że gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, widać nasze ślady: każdy gatu­nek reaguje na naszą obec­ność, nasz ape­tyt na zasoby, pro­du­ko­wane przez nas zanie­czysz­cze­nia, pla­stik i gazy cie­plar­niane. To świat kształ­to­wany przez ludzi. Wraz z wła­dzą przy­cho­dzi odpo­wie­dzial­ność.

Dobre trak­to­wa­nie zwie­rząt jest korzystne dla nas samych. Nasza woda nie byłaby czy­sta, nasz węgiel nie byłby pochła­niany z atmos­fery, nasze wybrzeża nie byłyby chro­nione przed zata­pia­niem - bez eko­sys­te­mów, któ­rych istot­nymi ele­men­tami są inne zwie­rzęta. Wiele z naszych upraw nie wyda­łoby plo­nów bez zapy­la­ją­cych je owa­dów i pta­ków. Karol Dar­win uwa­żał, że żaden gatu­nek "nie ode­grał tak waż­nej roli w dzie­jach świata" jak dżdżow­nice, które umoż­li­wiły rol­nic­two. Wydaje się absur­dem wyli­czać, co dają nam inne zwie­rzęta, ponie­waż bez nich nie mie­li­by­śmy zupeł­nie nic. Każdy, kto myśli, że ludzie mogą zało­żyć samo­wy­star­czalne kolo­nie na Mar­sie, bez żad­nych innych gatun­ków, powi­nien spę­dzić nieco czasu z pod­ręcz­ni­kiem eko­lo­gii - i z kimś, kto ma domo­wego zwie­rzaka.

Jed­nak w naszych sche­ma­tach myślo­wych z tru­dem mie­ści się akcep­ta­cja ist­nie­nia innych świa­do­mych stwo­rzeń. Kiedy stu­dio­wa­łem eko­no­mię, przy­roda wciąż była trak­to­wana jako pod­zbiór gospo­darki, a nie odwrot­nie. Uwa­żano też za oczy­wi­stość, że życie zwie­rząt samo w sobie nie ma żad­nej war­to­ści. Jeśli jeste­śmy gotowi pła­cić za ich ist­nie­nie - bo lubimy obser­wo­wać je przez lor­netkę albo dla­tego, że zapy­lają nasze rośliny uprawne - to w porządku. W prze­ciw­nym razie ich znik­nię­cie i cier­pie­nie nie sta­no­wią same w sobie straty gospo­dar­czej. Nie po raz pierw­szy teo­ria eko­no­miczna nie staje na wyso­ko­ści zada­nia. Jeśli przyj­mu­jemy do wia­do­mo­ści, że nie­które zwie­rzęta są świa­dome, zdolne do odczu­wa­nia bólu i nawią­zy­wa­nia sto­sun­ków spo­łecz­nych, musimy także przy­jąć, że ich życie ma war­tość. Jane Goodall powie­działa kie­dyś w reak­cji na śmierć Flo, dzi­kiej szym­pan­sicy, którą znała od jede­na­stu lat: "Nawet gdy­bym nie wtar­gnęła do samotni dzi­kich lasów Gombe, aby reje­stro­wać jej życie, samo w sobie byłoby ono ważne, celowe, pełne wigoru i rado­ści"1.

Są inne książki mówiące o tym, co zwie­rzęta mogą zro­bić dla nas. Ta mówi o tym, co my możemy zro­bić dla zwie­rząt. Jak możemy wziąć pod uwagę ich doświad­cza­nie świata, gdy nie­ustan­nie roz­wi­jamy wła­sne spo­łe­czeń­stwo.

Czę­sto krę­cimy głową i opo­wia­damy o sprzecz­nych lub nie­ja­snych uczu­ciach wzglę­dem innych zwie­rząt. To wykręt. Bez względu na to, czy inne zwie­rzęta mają poczu­cie spra­wie­dli­wo­ści, my mamy je z pew­no­ścią i możemy potwier­dzać je czy­nem. Jeśli cenimy inne zwie­rzęta - na waka­cjach, na kart­kach uro­dzi­no­wych i w fil­mach przy­rod­ni­czych - nie możemy zamy­kać oczu i uszu na chów prze­my­słowy i wymie­ra­nie gatun­ków.

* * *

W moim wypadku zmiana nastą­piła, gdy na świat przy­szły moje córki. Wkrótce były ze wszyst­kich stron oto­czone zwie­rza­kami. Był tam kró­lik z nie­wia­ry­god­nie obwi­słymi uszami, zro­biona na dru­tach panda tak gruba, że mogła słu­żyć jako sto­per do drzwi, sowa, która śpie­wała, kiedy dmu­chało się jej w szyję, tukan o dzi­wacz­nych kolo­rach, żyrafa z gumo­wymi nogami do gry­zie­nia, pla­sti­kowa ośmior­nica bez ramion, za to z głową będącą zbior­ni­kiem na wodę, i tak dalej. Była to istna arka Noego w wer­sji made in China. Każda rodzina gro­ma­dzi podobną. Nasze zabawki przy­by­wały stop­niowo, przy­no­szone w pre­zen­cie, poży­czane i prze­ka­zy­wane z dru­giej ręki. Nie obo­wią­zy­wały tu natu­ralne hie­rar­chie: bie­dronka była rów­nie duża jak lew, krowa rów­nie egzo­tyczna jak zebra. Dla Elizy i Cleo nie miało to zna­cze­nia. W ich oczach te zwie­rzęta nie robiły nikomu krzywdy ani nie dozna­wały krzywdy od innych; były uczest­ni­kami ludz­kiego życia. Czu­łem się nie­swojo.

Za sprawą Rudy­arda Kiplinga, Beatrix Pot­ter i Walta Disneya dzieci od dzie­siąt­ków lat bom­bar­do­wane są wyide­ali­zo­wa­nymi obra­zami zwie­rząt. Zapew­niam was, że nie jestem jed­nym z tych pedan­tów, któ­rzy zrzę­dzą, że Pio­truś Kró­lik nie nosiłby kurtki, że świnka Peppa byłaby czę­ścią miotu i że gdyby Tygrys naprawdę przy­szedł na her­batkę, w pierw­szej kolej­no­ści zjadłby swoją małą gospo­dy­nię. Oczy­wi­ście ksią­żeczki z obraz­kami fał­szują rze­czy­wi­stość: więk­szość gospo­darstw rol­nych to nie małe, siel­skie zagrody, a wilki i ośmior­nice nie są zło­wro­gimi bestiami. Jed­nak to ni­gdy mnie poważ­nie nie mar­twiło.

Nie dawał mi spo­koju szer­szy obraz. W histo­ryj­kach dla dzieci ludzie i inne zwie­rzęta są sobie równi: Myszka Miki, Kubuś Pucha­tek, miś Pad­ding­ton, świnka Peppa - ci zwie­rzęcy boha­te­ro­wie nie ustę­pują czło­wie­kowi cha­rak­te­rem ani war­to­ścią moralną. Dziecko - ze wszyst­kich tych ksią­żek, fil­mów i zaba­wek - mia­łoby prawo wycią­gnąć wnio­sek, że ludzie rozu­mieją zwie­rzęta. Z pew­no­ścią doro­śli roz­gryźli, jak żyć obok innych zwie­rząt, i w sto­sow­nym cza­sie podzielą się tą wie­dzą. Z pew­no­ścią nie dawa­li­by­śmy malu­chom wciąż rosną­cej liczby gumo­wych żyra­fek Sophie, nie zadbaw­szy o to, by liczba praw­dzi­wych żyraf także rosła. Gdy­byż tak było. W ksią­żecz­kach Elizy i Cleo spo­tka­łem cał­kiem sporo łasic, ale nie jestem pewny, czy kie­dy­kol­wiek widzia­łem łasicę na żywo. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak wyja­śnię cór­kom nasze rela­cje ze zwie­rzętami, i zda­łem sobie sprawę, że wolał­bym tego nie robić.

Po pierw­sze, ludzie znani są z wybi­ja­nia do nogi naj­więk­szych napo­tka­nych stwo­rzeń: kiedy nasz gatu­nek przy­był do Austra­lii, inne zwie­rzęta - takie jak ośmio­me­tro­wej dłu­go­ści jasz­czurki i trzy­stu­ki­lo­gra­mowe kan­gury - zaczęły zni­kać. Sło­nie, żyrafy i noso­rożce są dla nas sym­bo­lami dzi­kiej przy­rody. Ale jeśli prze­szłe pra­wi­dło­wo­ści są jaką­kol­wiek wska­zówką, one i wszel­kie inne zwie­rzęta podob­nych roz­mia­rów mogą znik­nąć w ciągu dwóch stu­leci, tak że naj­więk­szymi ssa­kami lądo­wymi będą krowy. Od 45 milio­nów lat naj­więk­sze stwo­rze­nie na Ziemi nie było tak małe. Gdy patrzy­łem na plu­szowe tygry­ski moich córek, wydało mi się to oso­bliwą per­spek­tywą. Prze­ra­zi­łem się, że pew­nego dnia dziew­czynki zapy­tają, dla­czego gatunki giną. Jesz­cze kilka poko­leń temu nasz sto­su­nek do zwie­rząt można było pod­su­mo­wać jako hie­rar­chię i triumf. Dziś wywo­łuje to poczu­cie winy.

Jeśli cho­dzi o zwie­rzęta, porad­niki dla rodzi­ców mówią, jak zadbać o bez­pie­czeń­stwo dziecka w domu, w któ­rym jest pies czy kot, ale na tym koniec. Z oczy­wi­stych wzglę­dów kon­cen­trują się na innych spra­wach, na przy­kład jak nie zwa­rio­wać, śpiąc cztery godziny na dobę. Książki o zwie­rzętach tym­cza­sem niosą cał­kiem sporo wie­dzy o wycho­wy­wa­niu dzieci. Una­ocz­niają, jak wielki wpływ na dal­sze życie mają te pierw­sze chwile. Łoso­sie wra­cają do stru­mie­nia, w któ­rym przy­szły na świat. Alba­trosy - na lęgi do miejsc, gdzie przed laty same wykluły się z jaj. W opu­bli­ko­wa­nej w 1516 roku Uto­pii Tomasz Morus odno­to­wał, że nowo wyklute kur­częta wydają się uwa­żać ludzi, któ­rzy je kar­mią, za swoje matki. Póź­niej­sze bada­nia wyka­zały, że wiele pta­ków two­rzy emo­cjo­nalną więź z pierw­szym poru­sza­ją­cym się obiek­tem, jaki zoba­czą. Jeśli kaczątko widzi czło­wieka i cho­dzi za nim przez pewien czas, nie będzie już podą­żać za swoją natu­ralną matką. To, czy psy będą przy­ja­zne wobec ludzi, także zależy od ich pierw­szych tygo­dni. Te wcze­sne doświad­cze­nia są oka­zją, kiedy naj­ła­twiej jest nam poko­nać barierę mię­dzy­ga­tun­kową.

Z ludźmi jest ina­czej, ale w pierw­szych latach my także wyzna­czamy normę dla następ­nego poko­le­nia. Jeste­śmy zmu­szeni wyar­ty­ku­ło­wać nasz świat dokład­niej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. "Czy sowy są praw­dziwe czy wymy­ślone?" - zapy­tała mnie kie­dyś Eliza. "Dla­czego dino­zaury prze­stały mieć dzieci?" - zain­te­re­so­wała się kilka dni póź­niej. "Czemu w zoo jest tak dużo zwie­rząt?" - chciała wie­dzieć Cleo. Pró­bo­wa­łem ugła­skać je zdję­ciem orła piku­ją­cego do jeziora. "Czy rybie jest przy­kro, kiedy ptak ją zjada?" - zapy­tała Eliza. Wycho­wy­wa­nie dzieci może być okre­sem prze­miany - porą na zada­nie sobie pyta­nia, kim chcemy być na tej pla­ne­cie. Albo może być okre­sem iner­cji - kiedy, mimo tro­ski o nik­nące w oczach popu­la­cje psz­czół i innych owa­dów, strzy­żemy na jeża traw­nik, żeby zapew­nić schludną prze­strzeń do zabawy dla wła­snego potom­stwa.

Każdy rodzic zauważa, że dzieci chcą pozna­wać zwie­rzęcy świat. Żywe zwie­rzęta są dla nich bar­dziej fascy­nu­jące niż zabawki. Nazwy zwie­rząt należą do pierw­szych słów, jakich uczą się nasze malu­chy. Ich głosy należą do pierw­szych wyda­wa­nych przez nie dźwię­ków. Z cza­sem ludzie zaczęli uwa­żać zazna­ja­mia­nie dzieci ze zwie­rzętami za ele­ment ich edu­ka­cji moral­nej. Nie powie­dział­bym, że główną moty­wa­cją do ucze­nia córek o zwie­rzętach było dla mnie uchro­nie­nie ich przed prze­stęp­czym życiem, ale jasne, byłaby to dodat­kowa korzyść. Czego jed­nak powi­nie­nem uczyć?

* * *

Więk­szość z nas jest skłonna przy­znać, że pew­nych rze­czy nie spo­sób pogo­dzić z miło­ścią do zwie­rząt: walk byków, bicia psów lub trzy­ma­nia niedź­wie­dzi w cia­snych klat­kach, aby pozy­skać ich żółć dla wąt­pli­wych korzy­ści medycz­nych. To hańba dla ludz­ko­ści. W wielu kra­jach nie ma praw zaka­zu­ją­cych takich prak­tyk. Nawet tam, gdzie jest takie prawo, pozba­wione głosu zwie­rzęta ni­gdy nie są prio­ry­te­tem poli­tyki. Jed­nak nie są to dyle­maty moralne i jeśli czy­ta­cie tę książkę, jeste­ście już praw­do­po­dob­nie prze­ko­nani, że testo­wa­nie kosme­ty­ków na mał­pach to kiep­ski pomysł. Nie musimy anga­żo­wać mózgu - musimy zaanga­żo­wać nasze konta ban­kowe i wes­przeć orga­ni­za­cje wal­czące o dobro zwie­rząt.

Podob­nie w Korei Połu­dnio­wej ist­nieje prze­szło 750 tysięcy ferm hodu­ją­cych psy na mięso, gdzie zwie­rzęta są czę­sto trzy­mane poje­dyn­czo w małych meta­lo­wych klat­kach, zanim zostaną uśmier­cone prą­dem. Psy na tych fer­mach - corgi, pudle, labra­dory i inne - żyją w cią­głym stre­sie; ponie­waż nie są ofi­cjal­nie uznane za zwie­rzęta hodow­lane, nie mają nawet takiej ochrony jak kury. Ale więk­szość miesz­kań­ców Korei Połu­dnio­wej nie jada psów i kie­dyś te psie fermy znikną.

Inte­re­so­wały mnie takie kwe­stie, na temat któ­rych nie mamy wyro­bio­nego zda­nia, albo mamy okre­śloną opi­nię, ale upar­cie postę­pu­jemy ina­czej. Od początku uwa­ża­łem, że godziwe trak­to­wa­nie zwie­rząt ozna­cza dwie rze­czy. Nie chcia­łem, żeby zwie­rzęta cier­piały nie­po­trzeb­nie, choć po zasta­no­wie­niu nie byłem pewny, co w tym kon­tek­ście ozna­cza "nie­po­trzeb­nie". Nie chcia­łem też, żeby ich popu­la­cje zni­kały czy choćby się kur­czyły. Punk­tem wyj­ścia było dla mnie stwier­dze­nie, że w tym celu my, ludzie, powin­ni­śmy doko­nać uza­sad­nio­nych, być może dość zna­czą­cych, zmian w swoim życiu.

Sytu­acja od razu zaczęła się kom­pli­ko­wać. Czy powin­ni­śmy zabi­jać szczury, żeby chro­nić rzad­kie ptaki? Czy powin­ni­śmy zabi­jać jele­nie, żeby dać rosnąć lasom? Obrońcy zwie­rząt mówią "nie", obrońcy śro­do­wi­ska mówią "tak". Oka­zuje się, że tro­ska o poszcze­gólne zwie­rzęta i o gatunki jako całość są filo­zo­ficz­nie nie do pogo­dze­nia. "Obrońcy śro­do­wi­ska nie mogą być obroń­cami praw zwie­rząt. Obrońcy praw zwie­rząt nie mogą być obroń­cami śro­do­wi­ska", napi­sał ame­ry­kań­ski filo­zof Mark Sagoff w eseju z 1984 roku. Cho­dziło mu o to, że jedni trosz­czą się o zacho­wa­nie rów­no­wagi eko­lo­gicz­nej, pod­czas gdy dru­dzy wal­czą o zmniej­sze­nie cier­pie­nia zwie­rząt. Obrońcy praw zwie­rząt z kolei nie inte­re­sują się zbyt­nio gatun­kami, ponie­waż gatunki nie mają uczuć - mają je tylko poszcze­gólne zwie­rzęta. Nie można zadać gatun­kowi ciosu pię­ścią albo pozba­wić go kon­tak­tów spo­łecz­nych. Możemy zało­żyć, że kiedy w 2012 roku padł Samotny Geo­rge, ostatni żółw sło­niowy z wyspy Pinta w archi­pe­lagu Gala­pa­gos, nie czuł egzy­sten­cjal­nego smutku z powodu końca swego pod­ga­tunku. Jeśli było ina­czej, jeste­śmy mu winni prze­pro­siny - nie­dawno odkryto kilka mie­szań­ców tego pod­ga­tunku.

Ten roz­ziew mię­dzy obroń­cami śro­do­wi­ska a bojow­ni­kami o prawa zwie­rząt był akcep­to­wany od dzie­siąt­ków lat i ma prak­tyczne kon­se­kwen­cje. Orga­ni­za­cje pro­zwie­rzęce - jak Akcja na rzecz Etycz­nego Trak­to­wa­nia Zwie­rząt (PETA), która liczy 6,5 miliona człon­ków i sym­pa­ty­ków, oraz Kró­lew­skie Towa­rzy­stwo Zapo­bie­ga­nia Okru­cień­stwu wobec Zwie­rząt (RSPCA) - sku­piają się na zwie­rzę­tach będą­cych pod kon­trolą czło­wieka, na far­mach i w labo­ra­to­riach. Orga­ni­za­cje eko­lo­giczne - jak WWF i Gre­en­pe­ace - kon­cen­trują się na zwie­rzę­tach dziko żyją­cych. Dzia­ła­cze jed­nych i dru­gich spie­rają się zwłasz­cza o to, czy dopusz­czalny jest reduk­cyjny odstrzał zwie­rząt dla dobra śro­do­wi­ska. Zwie­rzęta te mogą nale­żeć do gatun­ków inwa­zyj­nych albo ich popu­la­cja mogła gwał­tow­nie wzro­snąć, bo wytę­piono polu­jące na nie dra­pież­niki. Eko­lo­dzy akcep­tują też jawne okru­cień­stwo natury - lwy zja­da­jące gazele i tak dalej - pod­czas gdy akty­wi­ści pro­zwie­rzęcy czę­sto pochwa­lają próby rato­wa­nia poje­dyn­czych dzi­kich zwie­rząt, na przy­kład przez dokar­mia­nie. Roz­dź­więk ten jest szko­dliwy dla obu stron: obrońcy praw zwie­rząt ścią­gają na sie­bie zarzuty, że nie rozu­mieją, jak funk­cjo­nuje przy­roda, eko­lo­dzy zaś ryzy­kują zra­że­nie do sie­bie czę­ści swych natu­ral­nych zwo­len­ni­ków - tych, któ­rzy doce­niają wewnętrzne życie zwie­rząt.

Oma­wiam dokład­niej te spory w dal­szej czę­ści książki. Przede wszyst­kim uwa­żam jed­nak, że podział ten nie ma sensu. Bez tro­ski o śro­do­wi­sko etyka zwie­rzęca jest nie­kom­pletna. Hasło PETA mówi: "Zwie­rzęta nie są po to, żeby­śmy na nich eks­pe­ry­men­to­wali, zja­dali je, ubie­rali się w nie, wyko­rzy­sty­wali je dla roz­rywki albo wyzy­ski­wali w jaki­kol­wiek inny spo­sób". Jest to obraz tego, jak nie powinno wyglą­dać życie zwie­rząt. Jak więc powinno ono wyglą­dać? Oczy­wi­sta odpo­wiedź brzmi, że zwie­rzęta powinny żyć w miej­scach, które są ich natu­ral­nym śro­do­wi­skiem, gdzie w zasa­dzie nie byłyby pod kon­trolą czło­wieka, takich jak popie­rane przez dzia­ła­czy eko­lo­gicz­nych parki naro­dowe. Zwie­rzę­tom na swo­bo­dzie zda­rza się cier­pieć, ale ludzka egzy­sten­cja też bywa cza­sem żało­sna, a mimo to wciąż uwa­żamy, że warto żyć. Jeśli cho­dzi o kon­trolę popu­la­cji, dzia­ła­cze na rzecz ochrony śro­do­wi­ska mogliby się bar­dziej liczyć z życiem zwie­rząt - byłoby lepiej, gdyby na przy­kład bio­lo­dzy podcho­dzili mniej non­sza­lancko do ich uśmier­ca­nia w celu pozy­ska­nia oka­zów - ale nie­wy­klu­czone też, że nie­kiedy eko­sys­tem będzie miał pierw­szeń­stwo przed poszcze­gól­nymi osob­ni­kami. W Parku Naro­do­wym Kościuszki w Nowej Połu­dnio­wej Walii, na któ­rego tere­nie znaj­duje się naj­wy­żej poło­żone mia­sto Austra­lii, poli­tycy nie dopu­ścili do pla­no­wa­nego odstrzału zdzi­cza­łych koni. W rezul­ta­cie prze­wi­duje się, że co roku jedna piąta tam­tej­szych koni pad­nie z głodu. Nie tak powinna prze­ja­wiać się miłość do zwie­rząt. Nie ma mowy o dobro­sta­nie zwie­rząt oraz etycz­nym podej­ściu do nich bez funk­cjo­nu­ją­cego eko­sys­temu i nie ma funk­cjo­nu­ją­cych eko­sys­temów bez obfi­to­ści zwie­rząt.

Ta róż­nica sta­no­wisk mię­dzy akty­wi­zmem pro­zwie­rzę­cym a etyką śro­do­wi­skową nie odzwier­cie­dla spo­sobu myśle­nia ludzi. Więk­szość zna­nych mi miło­śni­ków zwie­rząt chce jak naj­le­piej zarówno dla poje­dyn­czych osob­ni­ków, jak i dla całych popu­la­cji oraz gatun­ków. Uwiel­biamy filmy z kotami i tygry­sami. Obu­rza nas, że małpy zamy­kane są w klat­kach i że tracą swoje lasy. Nie chcemy, żeby orki były trzy­mane w par­kach roz­rywki ani by wygi­nęły. Los zwie­rząt, czy to dzi­kich, czy udo­mo­wio­nych, obcho­dzi nas przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. Koniec koń­ców u pod­staw zarówno etycz­nych zasad postę­po­wa­nia ze zwie­rzę­tami, jak i ruchu na rzecz ochrony śro­do­wi­ska leży ta sama prawda: nie tylko ludzie doświad­czają świata i wypeł­niają go pięk­nem, a życie innych istot także zasłu­guje na to, by się z nim liczyć. Miłość do kon­kret­nego zwie­rzę­cia nie­mal zawsze wiąże się z pra­gnie­niem, by jego gatu­nek prze­trwał. Mimo histo­rycz­nego podziału eko­lo­dzy i obrońcy praw zwie­rząt są zgodni co do więk­szo­ści spraw. Chcą tak daleko idą­cej zmiany, że spory mię­dzy nimi wydają się sprzeczne z inte­re­sem ich obu. Przy­po­mi­nają dwie myszy z histo­ryjki dla dzieci, które tak zawzię­cie się kłócą, jak podzie­lić kawa­łek sera, że nie zauwa­żają, iż porwał go szczur.

Tak więc pisząc tę książkę, posta­wi­łem sobie za cel prze­rzu­ce­nie mostu mię­dzy etycz­nym podej­ściem do zwie­rząt i ochroną śro­do­wi­ska. Cho­dzi w niej o wyeli­mi­no­wa­nie nie­uza­sad­nio­nego cier­pie­nia, jakie spra­wiają zwie­rzę­tom ludzie. A także o zaak­cep­to­wa­nie, że zwie­rzęta żyjące na swo­bo­dzie będą cier­piały - tak jak doświad­czają rado­ści (choć piszę w tej książce o ludziach, któ­rzy sądzą, że możemy w końcu zna­leźć spo­sób na poprawę warun­ków życia dzi­kich zwie­rząt, podob­nie jak popra­wi­li­śmy warunki wła­snej egzy­sten­cji).

Trosz­czyć się o zwie­rzęta to nie to samo co lubić spę­dzać z nimi czas. Te dwie rze­czy czę­sto idą ze sobą w parze. Jed­nak nie zawsze. Joe Exo­tic, eks­cen­tryczny hodowca z Okla­homy, który zało­żył pry­watne zoo i był boha­te­rem serialu Net­fliksa Król tygry­sów, ewi­dent­nie uwiel­bia tarzać się z małymi tygry­sami, ale jego zaan­ga­żo­wa­nie w ich dobro­stan jest dość wąt­pliwe. Peter Sin­ger, austra­lij­ski filo­zof, poświę­cił znaczną część swej kariery na walkę z okru­cień­stwem wobec zwie­rząt, ale ku zdu­mie­niu wielu wiel­bi­cieli nie prze­pada zbyt­nio za ich towa­rzy­stwem. Cho­dzi o róż­nicę mię­dzy patrze­niem na inne zwie­rzęta z naszej per­spek­tywy a próbą zoba­cze­nia nas samych ich oczami.

Kiedy Sin­ger ini­cjo­wał w 1975 roku ruch wyzwo­le­nia zwie­rząt, stwier­dził, że będzie to wyma­gało wię­cej altru­izmu niż któ­re­kol­wiek z poprzed­nich wyzwo­leń: ludzie nie będą wystę­po­wać w obro­nie innych ludzi, ale innych gatun­ków. Mimo to barierę gatun­kową - nasze uprze­dze­nia wzglę­dem innych stwo­rzeń - można obni­żyć. Z pew­no­ścią nie chcemy, żeby ceną naszego dobro­bytu było cier­pie­nie zwie­rząt - tak jak nie chcemy, żeby był nią wyzysk pra­cow­ni­ków i zatrud­nia­nie dzieci.

Spra­wie­dliwe trak­to­wa­nie zwie­rząt powinno przy­cho­dzić natu­ral­nie każ­demu, kto wie­rzy w nasze wspólne pocho­dze­nie. Ale nie zawsze tak jest. Weźmy Karola Dar­wina, który bar­dziej niż kto­kol­wiek inny ukształ­to­wał nasze spoj­rze­nie na zwie­rzęta. Oba­lił on pogląd, że czło­wiek zde­cy­do­wa­nie różni się albo góruje nad innymi gatun­kami. To wła­śnie poszu­ki­wa­nie wspól­nego przodka kazało póź­niej­szym bada­czom stu­dio­wać zacho­wa­nia szym­pan­sów i odkry­wać wciąż nowe podo­bień­stwa emo­cjo­nalne. Dar­win nie­na­wi­dził też okru­cień­stwa wobec zwie­rząt i, jako lokalny sędzia pokoju, karał tych, któ­rzy się go dopusz­czali.

Ni­gdy jed­nak nie sfor­mu­ło­wał etycz­nych reguł współ­ży­cia ze zwie­rzę­tami. "Nie obcho­dzi cię nic poza polo­wa­niem, psami i łapa­niem szczu­rów - będziesz hańbą dla sie­bie i całej rodziny", powie­dział mu ojciec, być może wtedy, gdy w wieku osiem­na­stu lat rzu­cił stu­dia medyczne. Dar­win nie anga­żo­wał się w kry­tykę polo­wań, które uwiel­biał, ani w dzie­więt­na­sto­wieczny ruch wege­ta­riań­ski. Jadał mięso, bez skru­pu­łów raczył się nawet żół­wiami, które napo­tkał na Gala­pa­gos, mimo że sły­szał, iż zostały już nie­mal wytę­pione, a ich smak wcale nie przy­padł mu do gustu. Cie­ka­wość stała dla niego na pierw­szym miej­scu. Wspo­mi­nał, jak na pew­nej wyspie, dziś nale­żą­cej do Chile, dostrzegł lisa bar­dzo rzad­kiego gatunku: "udało mi się, zaszedł­szy go po cichutku od tyłu, ubić go mym geo­lo­gicz­nym młot­kiem. Lis ten [...] stoi teraz wypchany w Muzeum Towa­rzy­stwa Zoo­lo­gicz­nego w Lon­dy­nie"2. Dar­win uśmier­cał też ptaki i jasz­czurki, żeby spraw­dzić, czym się żywią, i bro­nił wiwi­sek­cji - roz­kra­wa­nia żywych zwie­rząt w labo­ra­to­riach - pod warun­kiem, że prze­pro­wa­dzana jest ze słusz­nych powo­dów. Jak wielu z nas, potra­fił odsu­nąć od sie­bie myśl o cier­pie­niu zwie­rząt. "Jest to temat, który napeł­nia mnie zgrozą, nie powiem więc już o tym ani słowa, bo nie zasnął­bym dziś w nocy", napi­sał o wiwi­sek­cji w liście do przy­ja­ciela. Chęt­nie bywał też w lon­dyń­skim zoo - któ­remu ofia­ro­wał swoją kolek­cję pta­ków i ssa­ków - mimo że panu­jące tam wtedy warunki pod wie­loma wzglę­dami były przy­gnę­bia­jące. Młoda oran­gu­ta­nica Jenny, którą Dar­win uwiel­biał obser­wo­wać w zoo w 1838 roku, gdy badał emo­cje u zwie­rząt, padła z powodu cho­roby nie­spełna dwa lata od przy­by­cia; jej krót­kie życie nie było wyjąt­kiem. Dar­win ostro sprze­ci­wiał się nie­wol­nic­twu, ale w kwe­stii dobro­stanu zwie­rząt nie był wizjo­ne­rem.

Dar­wi­nizm w popu­lar­nych wyobra­że­niach został utoż­sa­miony z bru­talną, amo­ralną walką o byt. Jego twórca pozo­sta­wił następ­nym poko­le­niom usta­le­nie, co jego odkry­cia naukowe ozna­czają dla naszych rela­cji z innymi gatun­kami.

Dobra wia­do­mość jest taka, że kiedy ludzie znajdą już czas, żeby pomy­śleć o zwie­rzę­tach, czę­sto zmie­niają swoje postę­po­wa­nie. Jed­nym z naj­słyn­niej­szych bry­tyj­skich dzia­ła­czy na rzecz ochrony śro­do­wi­ska był Peter Scott, syn bada­cza Antark­tydy kapi­tana Roberta Scotta. Uro­dzony w 1909 roku Scott był jed­nym z zało­ży­cieli WWF (to on zapro­jek­to­wał słynne logo z pandą, wybrane po czę­ści dla­tego, że czarno-biały wzór jest łatwiej­szy do repro­du­ko­wa­nia). Był miło­śni­kiem pta­ków, który zain­spi­ro­wał rze­sze obroń­ców śro­do­wi­ska. Jed­nak przez więk­szość życia lubił strze­lać do pta­ków: "polo­wa­nie leży w natu­rze czło­wieka; w natu­rze pta­ków leży być obiek­tem polo­wań", napi­sał. Stwier­dze­nie, że ptaki są z natury przy­sto­so­wane do strzelb myśliw­skich, ni­gdy nie brzmiało wia­ry­god­nie i jako czter­dzie­sto­la­tek, uzmy­sło­wiw­szy sobie, jak łatwe i bru­talne jest strze­la­nie, Scott doko­nał nie­zwy­kłej wolty.

Podob­nie było z Joh­nem Mac­keyem, zało­ży­cie­lem Whole Foods, który przez lata kie­ro­wał tą sie­cią super­mar­ke­tów jako wege­ta­ria­nin, nim przy­szła reflek­sja, czy naprawdę czuje, że jest w porządku, jedząc jajka i mleko, choć wie, w jakich warun­kach żyją zwie­rzęta na kurzych i mlecz­nych fer­mach. Nim został wega­ni­nem, po pro­stu to igno­ro­wał, przy­znał póź­niej. "Myślę, że nie chcia­łem być tego w pełni świa­domy".

Z moich wła­snych doświad­czeń wynika, że zmiana spoj­rze­nia na zwie­rzęta jest - prze­pra­szam za grę słów - kwe­stią ewo­lu­cji. Jest to pro­ces, który zaczyna się od nie­spo­koj­nego sumie­nia. Spo­tka­łem kie­dyś na mie­ście kolegę krótko po tym, jak zabrał swo­jego psa do kastra­cji. "Chyba widzę teraz, w czym pro­blem", powie­dział. "To podła sprawa jak z Opo­wie­ści pod­ręcz­nej". Cho­dzi o nie­miłą świa­do­mość, że mamy wpływ na los innych gatun­ków.

Nim zaczą­łem pisać tę książką, byłem wege­ta­ria­ni­nem dekla­ru­ją­cym bli­żej nie­spre­cy­zo­waną miłość do przy­rody. Teraz jestem wega­ni­nem, który popiera w okre­ślo­nych sytu­acjach polo­wa­nia oraz łowie­nie ryb i uważa, że powin­ni­śmy pozo­sta­wić znaczne obszary pla­nety dla innych gatun­ków. Wy może­cie dojść do innych wnio­sków. Będę w tej książce nie­kiedy stwier­dzał, że "my" myślimy to czy owo. Nie zna­czy to, że według mnie wszy­scy ludzie myślą tak samo. Prawdę mówiąc, nie spo­tka­łem chyba rodziny, w któ­rej pano­wa­łaby pełna jed­no­myśl­ność w kwe­stii zwie­rząt. Ale wszy­scy powin­ni­śmy myśleć o zwie­rzę­tach znacz­nie czę­ściej niż teraz, a wtedy prze­ko­namy się, że jest wiele spraw, co do któ­rych jeste­śmy zgodni.

W następ­nym roz­dziale opi­suję w skró­cie, jak sto­su­nek ludzi do zwie­rząt zmie­niał się w minio­nych stu­le­ciach, aż po wegań­ską falę z ostat­nich lat. Póź­niej przyj­rzymy się dzi­siej­szym uspra­wie­dli­wie­niom dla zabi­ja­nia zwie­rząt: hodowli, rybo­łów­stwu, testo­wa­niu leków i polo­wa­niom. Czego naprawdę potrzeba, żeby wykar­mić ośmio­mi­lio­nową popu­la­cję ludz­kich wszyst­ko­żer­ców? Druga połowa książki poświę­cona jest temu, jak pró­bu­jemy dać wyraz naszej miło­ści do zwie­rząt. Wybie­rzemy się do San Fran­ci­sco, Mon­go­lii, Kolum­bii, Indo­ne­zji oraz na bry­tyj­ską wieś - żeby roz­ma­wiać z wła­ści­cie­lami ogro­dów zoo­lo­gicz­nych, bio­lo­gami pra­cu­ją­cymi na rzecz ochrony przy­rody i ludźmi, któ­rzy mają domowe zwie­rzaki. Na koniec przed­sta­wiam parę prak­tycz­nych suge­stii, jak my, jako jed­nostki i spo­łecz­no­ści, możemy zbu­do­wać świat, który byłby lep­szy nie tylko dla nas, ale i dla innych świa­do­mych istot. Już teraz cenimy nie­które zwie­rzęta. Pora, żeby­śmy uczy­nili następny krok.

Dla mnie jest to opo­wieść o odkry­ciach i nadziei - o stru­my­kach, które mogą się kie­dyś stać wiel­kimi rze­kami. "Umysł jest cha­osem roz­ko­szy, z któ­rego wynu­rzy się cały wszech­świat przy­szłych i bar­dziej spo­koj­nych przy­jem­no­ści"3, napi­sał Dar­win pod­czas swej podróży na Beagle. Nasze umy­sły naj­bar­dziej odróż­niają nas od innych zwie­rząt. To one jed­nak mogą naj­bar­dziej nam pomóc żyć z nimi w har­mo­nii.

Kie­dyś uwa­ża­łem, że więk­szość naszych obec­nych zanie­dbań wynika ze świa­do­mego wyboru - że po pro­stu zbyt mało obcho­dzi nas życie zwie­rząt. Teraz jestem prze­ko­nany, że tak naprawdę jest to brak reflek­sji nad kon­se­kwen­cjami naszych dzia­łań. Możemy żyć tak, by nie kłó­ciło się to z naszą zasad­ni­czą miło­ścią dla innych gatun­ków. Możemy odkryć, co zwie­rzęta mają nam do zaofe­ro­wa­nia i jakie są nasze zobo­wią­za­nia wobec nich. Poświę­ca­jąc zwie­rzę­tom wię­cej myśli, możemy wresz­cie zyskać spo­kój ducha.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jane Goodall, Przez dziurkę od klu­cza. 30 lat obser­wa­cji szym­pan­sów, przeł. Jerzy Pró­szyń­ski, Pró­szyń­ski i S-ka, War­szawa 2019, s. 42. (Jeśli nie zazna­czono ina­czej, wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

Karol Dar­win, Podróż na okrę­cie Beagle, przeł. Kazi­mierz W. Szar­ski, Wydaw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2019, s. 326. [wróć]

Tamże, s. 36. [wróć]