Nieznana kobieta z Dublina z jedenastką rodzeństwa, o której czytałam przed laty w jakiejś książce, gdy dorosła i wyszła za mąż, urodziła dwie córki. Dziewczynki "nigdy nie wychodziły same na ulicę i nigdy nie spały w jednym łóżku". Nie opowiedziała o nich dużo więcej, lecz z tego, co zrozumiałam, chciała powiedzieć, że je kocha, a jednocześnie że nie wie, jak je kochać. I że o to właśnie chodzi, o problem miłości. Że próbowała.
Pojechali na wakacje, kobieta, mąż i córki - rodzinna wyprawa samochodem. Wywiązała się kłótnia o jakiś drobiazg, kobieta spojrzała w lusterko i zobaczyła, jak siedząca z tyłu starsza dziewczynka patrzy w przestrzeń. Zauważyła, że jej usta zastygły w jakimś grymasie, i dojrzała "w straszliwej wizji coś, co zepsuje twarz" córki. Tak to ujęła. "Coś zdolnego odrzeć ją z urody - opowiadała - prędko lub nie", może nawet "nim dorośnie". Kobieta pomyślała w duchu: "Muszę zatroszczyć się o to, by była szczęśliwa".
Gdy czytałam o tej kobiecie, sama miałam już małą córkę. Leę. Półtorarocznego berbecia, żywego, gadatliwego i głośnego. Dla jej dziecięcych uszu, i dla uszu jej ojca, nazywałam ją syreną alarmową. Nasza mała syrenka nie przestawała nas zadziwiać. Mówiłam do niej jeszcze dziesiątkami innych imion. Tęskniłam bezustannie, gdy szłam do pracy w studiu, i przytulałam mocno, gdy się spotykałyśmy. Miłość do mojej małej dziewczynki przychodziła mi łatwo. Zakochał się również jej ojciec, rozmawialiśmy o niej każdej nocy, gdy już spała, dziękując sobie za nią. Dawałam jej to, czego mi brakowało, i jeszcze więcej, i ona także mnie kochała.
Wszystko, co z nią związane - ślina spływająca po brodzie i szyi do krawędzi koszulki, pieluchy ciężkie od moczu, ropa przy zapaleniu spojówek i gluty - wszystko to było dobre. Czasem, gdy na nią patrzyłam lub czułam jej zapach, ślina napływała mi do ust. Nachodziła mnie ochota, by wbić w to ciałko zęby. Zjem cię, mówiłam, po prostu cię pożrę. Lea chichotała. Łaskotałam ją, by usłyszeć więcej jej donośnego śmiechu, a gdy ludzie dookoła taksowali nas spojrzeniami, nie zawstydzało mnie to, wręcz przeciwnie.
Gdy Lea skończyła cztery lata, zapragnęłam nowego niemowlaka. Powiedziałam do Meira: Wyobraź sobie, dwie Lee. Wygląda na to, że tymi słowami powiedziałam mu: Nie zgadzaj się. I się nie zgodził. Byłam na niego z tego powodu zła przez wiele miesięcy, aż w końcu zapomniałam o całej sprawie. Meirowi stuknęła pięćdziesiątka, zamieszkaliśmy w większym mieszkaniu, wrośliśmy w nasze miejsca pracy, przesypialiśmy noce, mieliśmy Leę lat cztery, potem pięć i sześć, niczego nam nie brakowało, a córka rosła.