Jak kochać własną córkę - Hila Blum

Kup ebooka

35.90 zł
27.64 zł (23,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poza kadrem wyciskam dla Lei sok z pomarańczy, na zdjęciu już go pije niezdecydowanymi łykami ze swojego różowego plastikowego kubka. Kwaskowatość właśnie do niej dochodzi, co wygląda zabawnie. Witaminy płyną, wchłaniają się i działają w niej, na moich oczach zdrowieje, a przecież wcale nie była chora. Również nocami, gdy śpi, czuję, jak rośnie, pęcznieje niczym w ciepłym piecu (gdy leży w łóżku, wygląda na niemożliwie długą). Z rzadka, kiedy faktycznie dopada ją choroba - przeziębienie, wirus czy jakaś infekcja - pod skórą żarzy się inne usposobienie. Nigdy nie ogarniają jej słabość czy rozbicie, przeciwnie, wysoka gorączka sprawia, że staje się jeszcze bardziej pobudzona, bezświadomie gadatliwa. Myślę, że to mania. Oczy rozbłyskują, buzię zalewa czerwień rumieńca, głos staje się głębszy i chrapliwy. Przeraża mnie. W tych momentach zdaję sobie sprawę, że nie mogę dla niej nic zrobić, że oddala się w ręce losu. Lecz po dniu, najwyżej dwóch, wszystko zawsze się uspokaja. Mama znów dzwoni, by zapytać o jej zdrowie, bardzo się martwi, czterdzieści lat pracy jako pielęgniarka w szpitalu sporo ją nauczyło o kaprysach losu. Wysoka gorączka u małych dzieci wpędza ją w panikę, jak każdy inny rodzaj przesady, opowiadałam już. Z Leą w porządku, zapewniam ją. Temperatura spadła, zasnęła.

Następnego dnia rano Lea już siedzi uradowana w krzesełku. Kupiliśmy nasz pierwszy aparat cyfrowy, teraz mogę ją fotografować do woli, bez ograniczeń. W odpowiednim świetle oczy mojej córki wychodzą na zdjęciu puste od nasycenia błękitem. Ja sama mam brązowe, tak jak jej ojciec. Niebieski kolor oczu Lei to ukryty ładunek naszych ciał, genetyczne spotkanie po dwóch pokoleniach. Moja babcia od strony matki miała takie oczy, podobnie dziadek Meira od strony ojca. To samo światło sprawia też, że włosy Lei wyglądają na bardzo jasne, niemal żółte. Fotografie a la widmo kasuję od razu, a z pozostałych wybieram najładniejsze, by pokazać później mamie. Gdy za godzinę ruszamy do przedszkola, wykurowana Lea chce znów wszystko naciskać. Włącznik światła na klatce. Guzik w windzie. Pilot od samochodu. Również po południu, w drodze powrotnej, rwie się do dotykania klawiszy bankomatu, wyciągania banknotów, wciskania pieniążka do wózka sklepowego, podpisywania kwitków z kart płatniczych. W wieku lat trzech i pół potrafi napisać swoje imię, a do tego ma już podpis, wijący się jak wstążka przy prezentowej kokardce. W domu na kawałkach papieru pisze znów i znów od nowa: Lea, Lea, Lea, Lea. Innych słów nie chce się uczyć.

Nieznana kobieta z Dublina z jedenastką rodzeństwa, o której czytałam przed laty w jakiejś książce, gdy dorosła i wyszła za mąż, urodziła dwie córki. Dziewczynki "nigdy nie wychodziły same na ulicę i nigdy nie spały w jednym łóżku". Nie opowiedziała o nich dużo więcej, lecz z tego, co zrozumiałam, chciała powiedzieć, że je kocha, a jednocześnie że nie wie, jak je kochać. I że o to właśnie chodzi, o problem miłości. Że próbowała.

Pojechali na wakacje, kobieta, mąż i córki - rodzinna wyprawa samochodem. Wywiązała się kłótnia o jakiś drobiazg, kobieta spojrzała w lusterko i zobaczyła, jak siedząca z tyłu starsza dziewczynka patrzy w przestrzeń. Zauważyła, że jej usta zastygły w jakimś grymasie, i dojrzała "w straszliwej wizji coś, co zepsuje twarz" córki. Tak to ujęła. "Coś zdolnego odrzeć ją z urody - opowiadała - prędko lub nie", może nawet "nim dorośnie". Kobieta pomyślała w duchu: "Muszę zatroszczyć się o to, by była szczęśliwa".

Gdy czytałam o tej kobiecie, sama miałam już małą córkę. Leę. Półtorarocznego berbecia, żywego, gadatliwego i głośnego. Dla jej dziecięcych uszu, i dla uszu jej ojca, nazywałam ją syreną alarmową. Nasza mała syrenka nie przestawała nas zadziwiać. Mówiłam do niej jeszcze dziesiątkami innych imion. Tęskniłam bezustannie, gdy szłam do pracy w studiu, i przytulałam mocno, gdy się spotykałyśmy. Miłość do mojej małej dziewczynki przychodziła mi łatwo. Zakochał się również jej ojciec, rozmawialiśmy o niej każdej nocy, gdy już spała, dziękując sobie za nią. Dawałam jej to, czego mi brakowało, i jeszcze więcej, i ona także mnie kochała.

Wszystko, co z nią związane - ślina spływająca po brodzie i szyi do krawędzi koszulki, pieluchy ciężkie od moczu, ropa przy zapaleniu spojówek i gluty - wszystko to było dobre. Czasem, gdy na nią patrzyłam lub czułam jej zapach, ślina napływała mi do ust. Nachodziła mnie ochota, by wbić w to ciałko zęby. Zjem cię, mówiłam, po prostu cię pożrę. Lea chichotała. Łaskotałam ją, by usłyszeć więcej jej donośnego śmiechu, a gdy ludzie dookoła taksowali nas spojrzeniami, nie zawstydzało mnie to, wręcz przeciwnie.

Gdy Lea skończyła cztery lata, zapragnęłam nowego niemowlaka. Powiedziałam do Meira: Wyobraź sobie, dwie Lee. Wygląda na to, że tymi słowami powiedziałam mu: Nie zgadzaj się. I się nie zgodził. Byłam na niego z tego powodu zła przez wiele miesięcy, aż w końcu zapomniałam o całej sprawie. Meirowi stuknęła pięćdziesiątka, zamieszkaliśmy w większym mieszkaniu, wrośliśmy w nasze miejsca pracy, przesypialiśmy noce, mieliśmy Leę lat cztery, potem pięć i sześć, niczego nam nie brakowało, a córka rosła.