Jak kamień w wodę - Katarzyna Józefek

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (11,77 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Drogi Czytelniku!

Już na samym wstępie pragnę podziękować Ci, że sięgnąłeś akurat po to dzieło. Są to moje pierwsze kroki w tworzeniu książek obyczajowo-kryminalnych, więc z pewnością nie jest ona bezbłędna, a już na pewno nie idealna. Dziękuję Ci jednak, że dałeś mi szansę i poświęcisz czas na zapoznanie się ze stronnicami mojej książki. Ja ze swojej strony daję Ci słowo, że będę doskonalić swój warsztat pisarski. Obiecuję!

Słowa mają magiczną moc, a ich połączenie jest wręcz sztuką, która może w większym lub mniejszym stopniu wpływać na odbiorców. Pisanie jest ekscytującą przygodą, odkrywaniem siebie, potężnym procesem, który zwykle jest bardzo osobisty. To także pewnego rodzaju dziedzictwo słów, które zostanie po człowieku w momencie, gdy go już nie będzie.

Pisanie jest też czymś, co od zawsze było moją pasją. Pamiętam swoje pierwsze wiersze, opowiadania, recenzje, artykuły napisane wiele lat temu. Wszystkie emocje, które zrodziły się we mnie, gdy tworzyłam swoje pierwsze dzieła z zakresu literatury dziecięcej oraz te emocje, które czułam podczas tworzenia tej właśnie książki. Z jednej strony podjęłam trudne wyzwanie, bo powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym to jedna z najtrudniejszych dziedzin literatury. Zaś z drugiej strony starałam się pokazać w niniejszym dziele nie tylko ciekawe postacie, napięcie czy dochodzenie do prawdy, ale również cały wachlarz zagadnień psychologicznych, które tworzą każdego człowieka, bo wszystko zostawia w nas ślad. Czasami niewidoczny, z pozoru błahy. Często tylko z pozoru.

Książka, którą trzymasz właśnie w dłoniach dotyka w dużym stopniu tematu przemocy w rodzinie. Przemocy, która krzywdzi, rani, zadaje ból. Przemocy z którą ze strony własnego męża czy partnera mierzy się spore grono kobiet, a dzieci stają się współofiarami. Nie wszystkie kobiety znajdują w sobie siłę, by przerwać łańcuch cierpień, które ich spotyka. Nie wszystkie potrafią mówić głośno o tym, co dzieje się w ich domach. Niektóre latami, a nawet przez całe życie szukają winy w sobie i usprawiedliwiają swoich oprawców. Zapominają, że za przemoc zawsze odpowiedzialny jest wyłącznie ten, kto ją stosuje.

Niniejsza książka jest hołdem złożonym kobietom, które przeszły przez piekło z rąk kogoś, kto miał dać miłość i poczucie bezpieczeństwa. Jesteście wielkie, wyjątkowe, silne i wspaniałe, a każda forma przemocy - psychiczna, fizyczna, seksualna, ekonomiczna - jest naruszeniem podstawowych praw i wolności człowieka. To nigdy nie jest Wasza wina!

W książce poruszono również wątki dotyczące każdego człowieka - problemów osobistych, poczucia samotności, straty bliskiej osoby, popełniania błędów, poszukiwania miłości. Jest to pewnego rodzaju próba pochylenia się nad tym, co w życiu naprawdę ważne i ukazanie tego z perspektywy innych ludzi. Dziękuję w tym miejscu wszystkim osobom, które stały się inspiracją do stworzenia tego dzieła. Wszystkim którzy podzielili się swoimi historiami i emocjami. Za każdym człowiekiem stoi historia, której nie znamy, a która tak naprawdę bardzo często dotyka i opisuje wielu z nas.

Życzę wszystkim przyjemnej lektury i dużo zdrowia - zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Bądźcie szczęśliwi!

Prolog

"Wiem - powiedział. - To właśnie tego obawiam się najbardziej.

Że jestem potworem.

Nie chcę zabijać, ale nie mogę się powstrzymać."

(Orson Scott Card, "Gra Endera")

Od zawsze odczuwałem mroczne pragnienia kontroli i władzy nad swoim życiem, ale też życiem swoich najbliższych. Skrywałem w sobie biel i czerń, które przeplatały się ze sobą, pozwalając mi naprzemiennie żyć w świetle i ciemności. Borykałem się z koszmarami, targającymi moją duszę i z przejawami dobra, które szeptały cicho w mojej głowie. Czułem się mocny wtedy, gdy mogłem rozpościerać swoje czarne skrzydła, stojąc nad drugim człowiekiem i wskazując mu jego kruchość. Choć próbowałem walczyć z demonami, mieszkającymi w mojej głowie, one nie umierały. Nie udało mi się ich zgładzić, wyeliminować. To moje człowieczeństwo z dnia na dzień było w coraz gorszej agonii.

Stosowanie przemocy i zadawanie rozdzierającego bólu, od najmłodszych lat, dawało mi pewien rodzaj ulgi. Byłem wtedy silny i wszechmocny. Czułem, że ode mnie zależą dalsze koleje czyjegoś losu. Kiedy ogniki wkurwienia przyćmiewały moje oczy, żarzący się blask zanikał w mroku moich czynów. Na początku czułem wyrzuty sumienia, które z czasem zaczęły zanikać. Wiele razy zastanawiałem się nad okrucieństwem, które tkwiło w moim najciemniejszym obliczu i śmiałem się życiu w twarz, że mydlenie ludziom oczu jest tak prozaiczną procedurą. Mało kto potrafił dostrzec ciemność moich źrenic, podając mi na co dzień dłoń i wdając się w rozmowy, w których często górowałem. Byli jak sieroty, łaknące mojej obecności, nie zdając sobie sprawy, że w gruncie rzeczy są tylko nicością. Nie byli mi do niczego potrzebni.

Byłem świadkiem ciemnej strony życia. Praktycznie od zawsze ojciec przelewał na mnie swój gniew, ucząc załatwiania wszystkiego siłą i bezwzględnością. Słyszałem słowa, które wyryły się na zawsze w mojej pamięci. Nie używał mojego imienia. Jakkolwiek mocno żebrałem o jego miłość i uwagę, zawsze byłem w jego oczach jedynie nic niewartym, małym kutasem, którego można poniżać i z którego można szydzić. Byłem atrakcją, gdy naśmiewał się ze mnie wraz ze swoimi pijanymi kolegami, których co drugi dzień sprowadzał do domu. Moje ramiona i plecy skrywały na sobie blizny po przypalaniu papierosami. Jako kilkulatek bywałem okrutny dla zwierząt. Odczuwałem też coraz silniejszą potrzebę niszczenia, a równocześnie chronienia tego, co moje. W ten sposób tworzyłem swoją własną potęgę.

Przez krótki moment myślałem, że zabicie człowieka będzie wymagające. Wydawało mi się, że nie można odbierać komuś życia dla jego dobra. Myliłem się. Stając się aniołem zagłady, fascynowałem się śmiercią, która powoli ją pochłaniała. Nie kontrolowałem wtedy własnych czynów. Demony, tkwiące w mojej głowie podpowiadały mi, że mam zrobić wszystko, by przeprowadzić ją do Krainy Mroku. Iskierka nadziei w jej oczach gasła, przypominając mi wypalającą się na cmentarzu świecę. Została wytypowana na moją ofiarę, gdy przestała pasować do układanki, stworzonej w moim umyśle. Była jak niepasujący puzzel, którego musiałem zmieść z powierzchni ziemi. Unicestwić ją, wyrzucić ze swojego świata. Dlatego zabiłem.

Porywając ją, poczułem się tak, jakbym był wszechmocny. Coś we mnie pękło, sprawiając, że ciemność, która przez lata wypełniała moją głowę, zaczęła wychodzić na światło dzienne. Gdy zacząłem uderzać, raz i drugi, wiedziałem, że jestem potężny i uwolniony od własnych frustracji i kompleksów. Mogłem wszystko. Patrzyłem w jej oczy i zazdrościłem jej tego, że za chwilę zamknie je na wieki. To ja uwolniłem ją od cierpienia życia, wysłałem na drugi świat, ofiarując tym samym przysługę odcięcia jej od niebezpieczeństw życia. Głębokie rany fizyczne, które zadawałem pozwoliły jej zapomnieć o ranach duszy, którymi była pokryta. Życzyłem jej morza dobra, gdy zamykała swoje powieki.

Przez krótki moment byłem przerażony samym sobą. Było to jednak przerażenie, które dodawało mi odwagi. Podniecało mnie, gdy zmuszałem ją, by się mi oddała. W zakrwawionych ubraniach wcale nie wyglądała paskudnie. Pociągała mnie jej delikatność i piękno. Mimo swojego wieku miała oszałamiające ciało, które przez chwilę sprawiło, że żałowałem, że za chwilę uleci z niego życie. Bezpowrotnie.

Wiedziałem, że jej egzystencja uzależniona jest całkowicie ode mnie. Czułem się niczym bóg, który może przerwać jej życie w każdym momencie. Czerpałem satysfakcje z torturowania jej, a dokonywane przeze mnie gwałty dawały perwersyjną przyjemność. Nie miałem pojęcia, co popychało mnie do kolejnych kroków. Był to moment, w którym jakaś inna siła kontrolowała mój umysł, zmuszając do okrucieństwa, które przejawiałem w stosunku do tej kobiety. Jakbym błądził po zupełnie innej planecie, Krainie Śmierci i Zagłady bez umiejętności panowania nad sobą. Robiłem to wszystko, choć z tyłu głowy miałem świadomość, że jest to kompletna degradacja ludzkiego życia i godności. Myślałem tylko o tym, by pozbyć się emocji, które kotłowały się w mojej głowie. Miałem wrażenie, że brutalność stała się paliwem, napędzającym mnie do przodu. Gdy maleńki płomień mojej jasnej strony próbował przebić się przez tragizm moich czynów, byłem przerażony złem, które czaiło się we mnie, lecz trwało to zaledwie ułamek sekundy. Szybko przywoływałem się do swojego ciemnego porządku, czując podniecenie przemocą i destrukcją. Gdy stawałem nad nią w czarnej odzieży, z kominiarką na głowie i spojrzeniem pełnym nienawiści, widziałem w jej oczach strach, co dawało mi przewagę. Kilkukrotnie drżała z przerażenia zanim agresją niszczyłem jej niewinność. To była przewaga, której nigdy wcześniej nie miałem. Przewaga, którą przez całe życie miał nade mną ojciec poniżając mnie, bijąc, przypalając papierosami, wyzywając i maltretując.

Przeżywała niepojęty koszmar, a wcale nie błagała o litość. Życzyła mi tylko śmierci. Podjudzała mnie swoją chęcią do życia i walką, którą toczyła. Nie chciała pokazać słabości mimo otaczającej ją komnaty tortur, do której sprowadziła ją ciemność mojego umysłu. Pchnąłem nóż w jej serce tuż po kolejnym gwałcie. Wtedy już wiedziałem, że demony żyjące we mnie dopiero rozpoczynają swoje dzieło i czułem, że nie będę potrafił przestać.

Rozdział IV. Tak, jestem Twoja

"W pierścionku jest dusza, która się oddaje, a w zamian bierze drugą duszę... I w taką złotą obietnicę wszczepia się wszystko, co w człowieku mówi: chcę, kocham i przyrzekam!"

(Henryk Sienkiewicz, "Rodzina Połanieckich")

Oświadczył się mi dokładnie w pierwszą rocznicę pamiętnego wyjścia do kina z Werką i Karolem. Wybrał tę datę, powtarzając, że to właśnie tamtego dnia odnalazł w moich oczach prawdziwego siebie i zakochał się na zabój. Domyślałam się, że planuje to zrobić, ale nie chciałam psuć niespodzianki, więc przez dłuższy czas udawałam głupa. Żyłam jak w raju, fruwając ponad problemami codzienności. Miałam obok jego. Wydawało mi się więc, że nie potrzebuję do szczęścia niczego i nikogo więcej. Wracałam pamięcią do przeżytego z Wojtkiem minionego roku. Najpiękniejszego roku mojego życia. Miałam wrażenie, że z dnia na dzień dojrzewaliśmy do naszej relacji. Nasza miłość dojrzewała, przeradzając się w coś trwałego, niezniszczalnego. Tak myślałam. Czasami tylko podczas rozmów z mamą nasuwały się pytania, może nawet rodziły jakieś niewielkie wątpliwości, których nie brakuje, gdy ma się te dwadzieścia lat i staje przed ważną decyzją powiedzenia "tak" lub odrzucenia oświadczyn. Błyskawicznie jednak odsuwałam je zawsze na bok, bo bywało przecież pięknie i tych chwil chwytałam się nierozerwalnie.

Kiedy byliśmy obok siebie, nie brakowało nam spontaniczności. Pewnego razu, bez większego zastanowienia wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy nad morze. Wyprawa przez całą Polskę sprawiła, że przegadaliśmy wiele godzin. Miałam wrażenie, że obnażam przed nim swoje serce, a on słuchając tego, co leży mi na duszy, trzymał moją rękę i gładził od czasu do czasu dłonią moje czoło. Zatopiliśmy swoje stopy w piasku i patrzyliśmy na bezkres morza. Oddychałam tym ciepłym, słonym powietrzem, chwytając chwilę, która właśnie trwała i marzyłam o przyszłości.

- Chcę tańczyć razem z Tobą z falami. Chcę oglądać z Tobą zachody słońca. Chcę, by wszystkie nasze troski i zmartwienia rozproszone zostały przez bezmiar wody, na który właśnie patrzymy. - powiedział, obejmując mnie gestem pełnym czułości, a ja nie potrzebowałam wówczas niczego więcej.

Czułam, że nasza znajomość nie jest przypadkiem, chwilowym przystankiem w drodze ku czemuś innemu ani poślizgiem złapanym niespodziewanie. Relacja z Wojtkiem nauczyła mnie odpowiedzialności. Był pierwszą osobą, która pojawiała się w mojej głowie w każdej sytuacji. Czułam, że muszę chronić serce tego mężczyzny i przywoływać uśmiech na jego twarzy. Zrozumiałam, że nie wszystko to, co wydaje się być banałem jest nim, a wielkie, godne uwagi czyny wypełnione są małymi rzeczami. Kochałam go i cieszyłam się, że ta miłość jest taka prosta. W życiu było przecież tak wiele skomplikowanych rzeczy, że chociaż uczucie wypełniające mnie i Wojtka wydawało się proste i bezproblemowe.

Miewaliśmy też zgrzyty. W takich momentach powtarzałam sobie, że związek to ciągła, nieustanna, chwilami bardzo wyczerpująca praca, czasami nawet rezygnacja z części siebie. Nie ma przecież opcji, by spotkać w swoim życiu kogoś identycznego do siebie pod każdym względem, z takim samym spojrzeniem na świat w absolutnie każdym aspekcie, ze sklonowaną osobowością i cechami charakteru. Ludzie są różni, a to rodzi kryzysy. Filozofia związku polega na tym, by umieć te kryzysy pokonywać, by się nie poddawać, nie odpuszczać i nie wypuszczać tej drugiej osoby ze swoich rąk. Wierzyłam, że tak jest nawet wówczas, gdy moja mama kręciła nosem na samą myśl o Wojtku. Nie rozumiałam, dlaczego od samego początku nie przypadł jej do gustu. Nigdy wcześniej nie wyrażała się negatywnie o nikim z moich znajomych, nie krytykowała chłopaków, których przyprowadzałam do domu. Po raz pierwszy nie ukrywała swojego niezadowolenia, a moje serce płakało, że dotyczyło to akurat jego. Tak bardzo chciałam, by to wszystko się nie rozleciało. Pragnęłam czuć to, co czułam i robiłam wszystko, by ta miłość nie pękła jak bańka mydlana.

Dzień, w którym klęknął przede mną ubrany w jasnoszarą marynarkę zapamiętałam bardzo wyraźnie. W końcu nie codziennie przyjmuje się oświadczyny mężczyzny bliskiemu sercu. Stresował się tak cholernie mocno, że słyszałam każde, nawet najmniejsze drżenie jego strun głosowych, gdy zadawał to najważniejsze pytanie i widziałam nadzieję w oczach, gdy czekał na moje "tak". Wypowiedziałam je, a on włożył mi na palec serdeczny najpiękniejszy na świecie pierścionek z niewielkim brylantem na znak swojej miłości do mnie. Wiele razy odtwarzałam później w myślach słowa, które wypowiadał zanim odważył się zapytać, czy zostanę jego żoną. Był taki pocieszny, wręcz uroczy. Miał nieopisaną tremę, a z drugiej strony był niesamowicie podekscytowany chwilą, która trwała. Powiedział, że nigdy nie będzie w stanie zrozumieć kobiet w stu procentach, że nie jest idealny i czasami potrafi skomplikować nawet najprostszą sprawę, ale kocha mnie tak mocno, jak nikt nigdy nie kochał mnie przed nim i jak nikt nigdy kochać nie będzie. W zdrowiu i chorobie. Uwierzyłam mu. Jak każda kobieta pragnęłam czuć się bezpieczna w ramionach mężczyzny, przed którym rozebrałam swoją duszę, serce i ciało.

Wierzyłam, że znalazłam kogoś z podobnym pragnieniem kochania się, okazywania miłości, szacunku, podziwu, radości śmiechu z identyczną intensywnością, napełniania pocałunkami, oglądania filmów na kanapie, trzymania się za ręce, oparcia w trudnych chwilach, wyjść do kina, wycieczek i spacerów przed siebie, kochania szarości dnia codziennego. Dzięki niemu życie nie miało boleć. Jak śpiewała Krystyna Prońko: "Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Jesteś gwiazdą w ciemności. Mistrzem świata w radości. (...) Jesteś alfą, omegą, hymnem, kolędą". Tak właśnie patrzyłam na Wojtka.

Zaręczyny zmieniły jednak nasze życie. Sprawiły, że dostrzegłam różnicę pomiędzy tym, co myślałam o stanie narzeczeństwa, a tym, czym naprawdę był ten stan. Od kiedy byłam małą dziewczynką wydawało mi się, że to taki przedsmak małżeństwa, wyjątkowy z tego względu, że z jednej strony ma się już pewność co do drugiej osoby, która mówi "tak, jestem Twoja", a z drugiej strony to nie gwarancja i przez cały czas trzeba się starać. Bardzo szybko zrozumiałam jednak, że nigdy nie można mieć gwarancji co do drugiego człowieka. Z dnia na dzień zaczynałam czuć się niczym "zaklepana" rzecz, o którą nie warto już zabiegać, ale można rozstawiać po kątach, bo przecież zgodziła się być już moja na zawsze.

Dni, w których tak się czułam przeplatały się na zmianę z chwilami, gdy sięgałam nieba. Pakowaliśmy do koszyków nasze ulubione jedzenie, wsiadaliśmy na rowery i jechaliśmy nad rzekę, by na kraciastym, czerwono-czarnym kocu zrobić piknik. Karmił mnie wtedy rurkami z kremem i ocierał kąciki ust, patrząc w moje oczy swoim wzrokiem, przyprawiającym mnie o dreszcze. Albo robiliśmy ognisko, w czasie którego grał na gitarze i śpiewał piosenki o miłości. Przez wiele dni brzmiało mi w uszach jego wykonanie "Kołysanki dla nieznajomej", choć mocno różniło się od oryginału Perfectu. Którejś nocy kochaliśmy się wiele razy, pozwalając naszym ciałom popłynąć i doświadczać piękna i nieznanej wcześniej, w aż tak wielkiej skali, fali rozkoszy. To były nasze chwile magii.

Mimo to tuż po zaręczynach zaczęło się również ograniczanie mnie. Zamiast cieszyć się z pierścionka na palcu i chwalić przed znajomymi swoją radością, zaczynałam unikać ludzi, by nie musieć tłumaczyć się Wojtkowi z tego gdzie, kiedy i po co byłam. Wszystkie moje koleżanki, łącznie z Weroniką, stały się nagle w jego oczach bezwartościowe, a większość z nich miała mieć na mnie nawet negatywny wpływ. Wysłuchiwałam pretensji o wszystko i o nic. Trzy miesiące po zaręczynach dał mi zakaz na kontaktowanie się ze znajomymi. Wmówił, że nie są mi do niczego potrzebni i to on będzie już zawsze moim najlepszym i jedynym przyjacielem. Znowu mu uwierzyłam i z dnia na dzień zaczęłam oddalać się od wszystkich. Straciłam Weronikę, zostawiając ją pełną niezrozumienia i żalu. Początkowo wcale z tego powodu nie ubolewałam. Po co byli potrzebni mi inni ludzie skoro miałam jego? Moją opokę, wsparcie, zrozumienie, przyjazną duszę, kochanka, spełnienie marzeń w jednym.

Gdy odcięłam się od znajomych nasza relacja poprawiła się. Na krótki moment. Przez ten czas nie było żadnych pretensji, cichych dni, niedopowiedzeń, emocjonalnego wyżywania się na mnie, wybuchów złości i frustracji. Znowu był moim uroczym, wrażliwym Wojtkiem, który nie zapominał przynosić mi róż i całować w czoło na dobranoc. Przeszkadzała mu tylko jedna osoba. Moja mama. Przymykałam oko, powtarzając sobie, że relacje z teściową często bywają trudne. Wpuszczałam jednym uchem i wypuszczałam drugim słowa, które potrafił wypowiadać, obrażając ją czy krytykując. Wszystko robiła źle, nie znała się na niczym. Ironizował z niej i szydził. Początkowo tylko w mojej obecności, później pozwalał sobie na więcej również przy niej. Próbowała mnie chronić, otwierając oczy, ale jej słowa nie docierały do mnie. Broniłam Wojtka i błagałam ją, by nie opowiadała nikomu o jego wybuchach złości czy szyderstwa. Tłumaczyłam to stresem, tym, że ma za dużo na głowie, że potrzebujemy czasu, by się dograć. Kochała mnie bezgranicznie i dotrzymała słowa. Nie opowiadała nikomu o tym, do czego był zdolny. Zabrała tę tajemnicę do grobu, gdy odeszła zanim zdążyliśmy z Wojtkiem wziąć ślub. Może gdyby wciąż żyła, otworzyłyby mi się wkrótce oczy. Tak się jednak nie stało przez długi, długi czas. Nawet moja siostra nie podejrzewała niczego. Był dla niej zawsze miły, serdeczny, lubił zażartować i powiedzieć jakiś komplement. Mawiała czasami, że znalazłam mężczyznę do tańca i do różańca.

Gdy odeszła mama straciłam grunt pod nogami. Wojtek był wtedy przy mnie. Miałam wrażenie, że rozumie moje emocje. Pozwalał mi płakać i przeklinać niesprawiedliwe życie. Jeździł ze mną na cmentarz, na którym paliliśmy razem znicze na jej grobie. Czułam, że to tragiczne dla mnie wydarzenie zbliżyło nas do siebie. Wypełniał pustkę, którą wtedy czułam. Nie przeszło mi nawet przez myśl, że w głębi siebie mógłby cieszyć się z jej braku. Wiele lat później dotarło to do mnie. Śmierć mamy sprawiła, że pozbył się kłopotu. Nie musiał dzielić się mną pomiędzy najbliższych. Mama nie żyła, ojciec nie utrzymywał z nami kontaktu od dłuższego już czasu, a Łucja przeprowadziła się na drugi koniec kraju. Byłam już tylko jego.

Mając dwadzieścia jeden lat nie miałam pojęcia, że zachowania Wojtka były przejawem przemocy. Przemocy? Słowo, które ówcześnie używane było bardzo rzadko. W tamtych czasach był to temat tabu, a mężczyźni traktowani byli o wiele lepiej niż kobiety. Również moje dzieciństwo bez ojca przyczyniło się do tego, że obraz związku i rodziny był dość mocno zaburzony w mojej głowie. Myślałam, że tak musi być. Że zawsze tak jest. Gdy romantyczna wizja miłości, w którą przez chwilę wierzyłam i czułam zniknęła bezpowrotnie, zaczęłam wmawiać sobie, że to kobieta musi dopasować się do mężczyzny.

Wystarczyło kilka miesięcy od zaręczyn, by dostrzec w Wojtku ogromne zmiany. Czasami gubiłam z oczu człowieka, w którym się zakochałam. Łapałam się za to na tym, że nie wiem nic o mężczyźnie, którego żoną zgodziłam się zostać. Bo mój Wojtek był delikatny, wrażliwy i czuły, a Wojtek, którego nie znałam był wiecznie sfrustrowany, zirytowany i zgryźliwy. Mój stary Wojtek był troskliwy i empatyczny, a nowy widział tylko czubek własnego nosa, swoje potrzeby i ambicje, nie ukrywając przy tym swojej zaborczości.