Jak ja (nie) lubię czekać - Krzysztof Nowak

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Co to zno­wu za dur­ny dźwięk? Sie­dzę w pu­stym domu i pa­trzę na lo­dów­kę - ten chro­bo­czą­cy dźwięk, któ­ry wy­da­je z sie­bie, nie wró­ży nic do­bre­go. No, ale jak to mó­wią, jak się coś za­czy­na chrza­nić, to za­wsze idzie to se­rią - od rze­czy wiel­kich i waż­nych, któ­re mają wpływ na na­sze ży­cie, po te zwy­kłe, jak choć­by psu­ją­ca się lo­dów­ka.

Taki wi­dać rok - zresz­tą sam w ze­szłym roku mia­łem chy­ba pro­ro­czą wi­zję - "Ko­cha­nie, mam ta­kie dziw­ne prze­czu­cie, że 2012 bę­dzie ro­kiem prze­ło­mo­wym w na­szym ży­ciu" - i jak zwy­kle, moje prze­czu­cie mnie nie my­li­ło...

No, ale za­cznij­my od po­cząt­ku. Na pew­no też ma­cie ta­kie okre­sy w ży­ciu, że na­gle wszyst­ko za­czy­na się wa­lić i ni cho­le­ry nie wia­do­mo, dla­cze­go. Naj­czę­ściej te złe okre­sy na­stę­pu­ją bez­po­śred­nio po tych do­brych. Na­gle z dnia na dzień wszyst­ko jest nie tak i ja­koś sta­je na gło­wie. A wy sto­icie i przez dłuż­szy czas nie umie­cie od­po­wie­dzieć so­bie, dla­cze­go? Dla­cze­go tak się dzie­je, do ja­snej cho­le­ry?

Dla­cze­go to, co jesz­cze wczo­raj wy­da­wa­ło się oczy­wi­sto­ścią i ja­kąś sta­łą w wa­szym ży­ciu, na­gle pęka jak bań­ka my­dla­na i już tego nie ma. Stoi wte­dy czło­wiek zdez­o­rien­to­wa­ny, taki tro­chę za­gu­bio­ny, i pró­bu­je to wszyst­ko ja­koś po­skła­dać do kupy.

Ja wte­dy my­ślę - co jest nie tak? Może coś ze mną? O co tu cho­dzi? Dla­cze­go zno­wu mam pod gór­kę? Ale te­raz już wiem, że praw­do­po­dob­nie coś jest nie tak nie tyl­ko ze mną, a ra­czej na pew­no ze świa­tem, któ­ry mnie ota­cza. Tro­chę cza­su zaj­mu­je od­po­wie­dze­nie so­bie na te py­ta­nia, a waż­ne jest, żeby po­znać od­po­wie­dzi, bo jesz­cze kie­dyś mogą nam się przy­dać.

Dro­gi czy­tel­ni­ku, za­cznij­my od tego, że pew­nie nie je­stem je­dy­ny na tym świe­cie i jest mnó­stwo ta­kich hi­sto­rii jak moja. Być może one wszyst­kie są pra­wie ta­kie same. Ale ja wam opo­wiem swo­ją i je­śli tyl­ko ma­cie cier­pli­wość i do­trwa­cie do koń­ca, to może...

Może znaj­dzie­cie coś, co was roz­śmie­szy, może za­smu­ci, a kto wie - je­śli je­ste­ście wy­star­cza­ją­co od­waż­ni i go­to­wi na wszyst­ko, to może da wam na­wet coś do my­śle­nia.

Zna­cie te dni, kie­dy nic nie idzie, wszyst­ko jest tak jak­by nie na swo­im miej­scu? I ma­cie to dziw­ne uczu­cie, że to, co dzie­je się wo­ko­ło was, dzie­je się bez wa­sze­go udzia­łu. Je­ste­ście tyl­ko ob­ser­wa­to­ra­mi i nie ma­cie wpły­wu na to, co was do­ty­czy? No, i ja ostat­nio do­świad­czy­łem cze­goś ta­kie­go...

Przez ostat­nie sie­dem lat ba­wi­łem się w domu w "ojca pan­to­fla"... Nie, to złe okre­śle­nie, mo­ment, jak by to po­wie­dzieć... O, już mam - w "per­fek­cyj­ne­go pana domu". Ale cóż, to już na­le­ży do prze­szło­ści, a jak do tego do­szło, opo­wiem wam w dal­szej czę­ści.

No, więc tak, od kil­ku mie­się­cy oglą­dam świat z tro­chę in­nej per­spek­ty­wy. Za­czą­łem wi­dzieć go na nowo, i co naj­lep­sze, do­strze­gam te­raz rze­czy, na któ­re wcze­śniej nie zwra­ca­łem uwa­gi.

Pra­ca. Pra­cu­ję w wiel­kim ma­ga­zy­nie, gdzie so­czew­ki kon­tak­to­we roz­sy­ła­ne są w świat. Przy­zna­ję z ręką na ser­cu, jest to za­je­bi­ście "pa­sjo­nu­ją­ce" za­ję­cie... Co­dzien­nie, a ra­czej co noc, bo je­stem jed­nym z tych szczę­śliw­ców, któ­rzy mogą pra­co­wać w nocy. Czu­ję się tro­chę tak, jak­bym lą­do­wał na in­nej pla­ne­cie, albo jak­by to lu­dzie, któ­rzy mnie ota­cza­ją, byli z in­nej pla­ne­ty. Nie, nie cho­dzi o to, że je­stem uprze­dzo­ny, albo - nie daj Boże - je­stem ra­si­stą, co nie­ste­ty jest czę­stą przy­pa­dło­ścią na­szych ro­da­ków. I jest to nie tyle przy­kre, co nie­zro­zu­mia­łe, że my, przy­jezd­ni z Eu­ro­py Wschod­niej, tak cięż­ko do­świad­cze­ni przez róż­nych Krzy­ża­ków, Sta­li­nów i Hi­tle­rów, tak czę­sto wy­ka­zu­je­my się nie­by­wa­le ogra­ni­czo­nym punk­tem wi­dze­nia i bra­kiem to­le­ran­cji, a sami jed­no­cze­śnie cią­gle wo­ła­my - "Hej, Eu­ro­po, to my Po­la­cy, je­ste­ście nam coś win­ni za 1939, za ko­mu­nizm, wal­czy­li­śmy na wszyst­kich fron­tach w imię wol­no­ści, to my was oca­li­li­śmy...".

Ja od za­wsze dzie­lę lu­dzi na dwie ka­te­go­rie - bez wzglę­du na to, czy są bia­li, czar­ni, fio­le­to­wi, czy czer­wo­ni. Po pro­stu na tych z cza­dem i na tych bez. I tyle. Zo­sta­wiam na ra­zie ten cięż­ki te­mat. Może wró­cę do tego póź­niej, a może nie - zo­ba­czy­my, w któ­rą stro­nę się to na­pi­sze. Te­raz mia­ło być o pra­cy.

Więc pra­ca. Co­dzien­nie wie­czo­rem wle­wam w sie­bie kawę i jadę do pra­cy, do pra­cy, ro­da­cy. Je­stem tam o 22:05. Ups! Jak zwy­kle spóź­nie­nie. Taki już mój urok, a śmia­ło mogę stwier­dzić, że w spra­wie spóź­nień przez ostat­nie 32 lata sta­łem się eks­per­tem. A to ostat­nio sa­mo­lot mi uciekł w dniu mo­ich uro­dzin. Ot, taki pre­zent od losu. Albo go­ni­łem go ja­kiś czas temu po pły­cie lot­ni­ska, bo po­mi­mo na­le­gań mo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la Dzid­ka, ko­niecz­nie mu­sia­łem do­koń­czyć ko­tle­ta z moją ów­cze­sną dziew­czy­ną. Albo... O, to było do­bre.

 

Pew­ne­go razu w tech­ni­kum ho­te­lar­skim, gdzie mia­łem przy­jem­ność po­bie­rać na­uki, po­sta­no­wio­no - ko­cha­ni ucznio­wie, za­bie­ra­my was na wy­ciecz­kę. Trzy­dnio­wą. Wow! Każ­dy, kto cho­dził do szko­ły, wie, co zna­czy trzy­dnio­wa wy­ciecz­ka. Wol­ność i przy­go­dę.

No, ale wra­caj­my do rze­czy. Ja i mo­ich dwóch ko­le­gów po­sta­no­wi­li­śmy zro­bić so­bie wy­ciecz­kę czte­ro­dnio­wą i tak też oświad­czy­li­śmy w do­mach - że za­czy­na się ona w po­nie­dzia­łek, a nie we wto­rek, jak dla ca­łej resz­ty kla­sy. Haaa... my­śle­li­śmy wte­dy: cały świat jest nasz, więc jaz­da.

W po­nie­dzia­łek za­bra­łem ple­cak, po­wie­dzia­łem "że­gnaj­cie ro­dzi­ce", ale za­miast na dwo­rzec, uda­łem się do mo­je­go ko­le­gi Ku­pi­la­sa. Taką miał ksy­wę. A tam u nie­go JAZ­DA - pi­je­my, śmie­chy, opo­wiast­ki i pla­ny, jak się wszy­scy zdzi­wią, gdy my już bę­dzie­my na dwor­cu rano przed nimi... Ale nie­ste­ty, przez brak do­świad­cze­nia lub zbyt­ni opty­mizm nasz plan za­koń­czył się wiel­ką kla­pą.

Pa­mię­tam jak dziś, kie­dy z tru­dem otwo­rzy­łem oko i zo­ba­czy­łem tatę Ku­pi­la­sa w jego wła­snym sa­lo­nie, a obok sie­bie strasz­ny syf, mo­ich dwóch to­wa­rzy­szy nie­do­li oraz kil­ka ma­low­ni­czych pawi. Jego ko­cha­ny ta­tuś pyta się nas: "O któ­rej ma­cie po­ciąg do No­we­go Tar­gu?". Ja mu na to: "O 5:52", a on: "No to że­ście, kur­wa, po­je­cha­li, bo jest wła­śnie 5:50...".

A że nie­ste­ty to nie jest baj­ka i oj­ciec Ku­pi­la­sa nie był za­wia­dow­cą i nie miesz­ka­li na dwor­cu, a te­le­por­ty do­pie­ro zo­sta­ną wy­my­ślo­ne, co się sta­ło? Oczy­wi­ście spóź­ni­li­śmy się na wła­sna wy­ciecz­kę. No, w su­mie moż­na po­wie­dzieć, że już mie­li­śmy za­li­czo­ny pierw­szy dzień wy­ciecz­ki, ale nie mie­li­śmy opcji, co zro­bić z po­zo­sta­ły­mi trze­ma... De­cy­zja zo­sta­ła pod­ję­ta jed­no­myśl­nie i jed­no­gło­śnie. GO­NI­MY ICH!!!!

Przy­go­da, przy­go­da... Jaz­da na dwo­rzec MZK, póź­niej po­cią­giem, PKS-em, na­wet sto­pem, z mapą w ręce i wia­rą, że nam się uda i ich do­go­ni­my. Dzię­ki Bogu pa­mię­ta­łem na­zwę pierw­sze­go noc­le­gu, więc przez śnie­gi, bło­ta i lasy do­tar­li­śmy do schro­ni­ska po po­łu­dniu - wy­czer­pa­ni i go­to­wi na wiel­ki zjeb od na­szej ko­cha­nej wy­cho­waw­czy­ni, ale rów­no­cze­śnie dum­ni, że nam się uda­ło do­trzeć. I tu na­stą­pi­ło na­sze wiel­kie za­sko­cze­nie. KUR­WA, NI­KO­GO TU NIE MA...

Co to ma być? - po­wie­dział Red­kus (dru­gi kom­pan). Jezu, po­my­li­li­śmy schro­ni­ska. Kie­dy już zre­zy­gno­wa­ni, bez pla­nu, sie­dzie­li­śmy na pień­ku przed schro­ni­skiem w to pięk­ne, sło­necz­ne, wio­sen­ne po­po­łu­dnie, na­gle usły­sze­li­śmy ja­kieś zna­jo­me gło­sy i z lasu wy­szła pierw­sza oso­ba z na­szej kla­sy. Kie­dy nas zo­ba­czy­ła, sta­nę­ła jak wry­ta. Po chwi­li na­stęp­na i na­stęp­na, i tak po dzie­się­ciu mi­nu­tach sta­ło tam ze dwa­dzie­ścia pięć osób nic nie mó­wiąc, tyl­ko pa­trząc na na­sze trzy gęby...

Ale naj­gor­sze do­pie­ro nad­cho­dzi­ło. Po­wo­li zza gór­ki za­czę­ło się wy­ła­niać na­sze prze­zna­cze­nie. Szła po­wo­li, jesz­cze nie ma­jąc po­ję­cia, co za­raz zo­ba­czy. My już ją wi­dzie­li­śmy od dłuż­sze­go cza­su, jak idzie w na­szą stro­nę cią­gle - ni­cze­go nie­świa­do­ma, uśmiech­nię­ta, to­czy­ła so­bie roz­mo­wę z jed­nym z opie­ku­nów. Na­sza uko­cha­na wy­cho­waw­czy­ni Wor­wa.

Kie­dy nas zo­ba­czy­ła, za­trzy­ma­ła się z lek­kim nie­do­wie­rza­niem na twa­rzy. Na­gle coś, jak­by lek­ki dym po­szedł jej z uszu, póź­niej z nosa, oczy jej po­czer­wie­nia­ły i wy­ce­dzi­ła do dru­gie­go opie­ku­na: "O któ­rej jest pierw­szy po­ciąg ze Szczaw­ni­cy do Biel­ska?". Opie­kun zro­bił dziw­ną minę, za­my­ślił się... Na to my dla roz­ła­do­wa­nia sy­tu­acji: "Pani pro­fe­sor, w Szczaw­ni­cy nie ma to­rów i po­cią­gi tam nie jeż­dżą - już to spraw­dzi­li­śmy rano...". Jak mo­że­cie się do­my­ślić, ja­koś nam się upie­kło...

Ale na wzmian­kę za­słu­gu­je jesz­cze inna sy­tu­acja z tym zwią­za­na, któ­ra mia­ła miej­sce w moim domu, w tym sa­mym cza­sie, kie­dy my ści­ga­li­śmy na­szą wy­ciecz­kę. Oczy­wi­ście, kie­dy rano nie po­ja­wi­li­śmy się na dwor­cu, Wor­wa za­dzwo­ni­ła do szko­ły i po­in­for­mo­wa­ła o wszyst­kim dy­rek­cję, któ­ra mia­ła za za­da­nie skon­tak­to­wać się z na­szy­mi ro­dzi­ca­mi. I tu wy­obraź­cie so­bie, dy­rek­tor dzwo­ni do mnie do domu, ta­tuś od­bie­ra i sły­szy, że syn nie sta­wił się na wy­ciecz­ce dzi­siaj rano, na co tata do dy­rek­to­ra: "Panu chy­ba się coś po­my­li­ło. Syn po­je­chał na wy­ciecz­kę wczo­raj wie­czo­rem i pro­szę mi nie za­wra­cać gło­wy". Jak wi­dzi­cie, po­goń i spóź­nia­nie się nie są mi obce.