Jak ja nie cierpię świąt - Katarzyna Bester

Reflow text when sidebars are open.
Wparowuję do firmy niemal spóźniona, ale mój galop hamuje stojąca w holu choinka. Czekaj... Co, do jasnej cholery? Na pewno weszłam do dobrego budynku, bo przecież od lat pracuję w Sullivan Says Yes - imperium mody ślubnej. Marszczę brwi i szybko analizuję, jaki mamy miesiąc. Coś mnie ominęło? Zerkam na telefon. Hmm... Wszystko się zgadza.
- W październiku? - rzucam do uśmiechającego się do mnie portiera.
- Pan Sullivan tak wymyślił - odpowiada i wzrusza ramionami.
No dobrze, skoro wujek zaplanował Boże Narodzenie jeszcze przed Halloween, to kim ja jestem, żeby się z nim kłócić. Nie od dziś wiadomo, że brat mojej mamy jest zakochany w świętach, choinkach, prezentach i innych tego typu akcjach. Jeszcze raz podejrzliwie spoglądam na ogromne drzewo i ruszam prosto do gabinetu mojej kuzynki, utalentowanej projektantki, rzekomej prezeski SSY, a zarazem najlepszej przyjaciółki, Ellie. Wchodzę do pomieszczenia z szerokim uśmiechem i kuszącą ofertą:
- Napijemy się kawy?
Ellie podnosi na mnie niewyspane spojrzenie i mówi:
- Nie wiem, czy kofeina jest wskazana dla matek karmiących.
- Myślałam, że o ciąży i wychowaniu dziecka wiesz wszystko - nabijam się. - Przez ostatni rok przeczytałaś chyba z miliard książek o macierzyństwie.
- Rzeczywistość przerosła moje przygotowanie teoretyczne - oznajmia, po czym ziewa. - A niech będzie. Może po jednej kawie młoda nie przestanie sypiać w ogóle.
- Zostawię u siebie płaszcz i zaraz wracam - obiecuję, a następnie biegnę do swojego biurka. Pięć minut później znów jestem u Ellie i włączam jej ekspres, który ostatnie miesiące spędził na urlopie. - Oby nie zapomniał, jak się pracuje - żartuję. - Zaproponowałabym ci pumpkin spice latte, ale po wizycie w holu przeczuwam, że masz nastrój raczej na coś piernikowego.
Ellie chichocze, a jej głowa spoczywa na oparciu fotela. Moja kuzynka ma zamknięte oczy i obstawiam, że tylko w pracy może pozwolić sobie na spokojną drzemkę. Nie podkabluję jej, jeśli całą dzisiejszą zmianę prześpi. W domu ma na to niewielkie szanse. Mała Hope zdecydowanie nie jest mocna w spaniu w nocy. W sumie w ciągu dnia też idzie jej kiepsko.
- Tata wymyślił sobie odświeżenie wizerunku firmy - wyjaśnia spokojnie Ellie, nawiązując do mojej szydery z choinki. - Chce uderzyć z grubej rury, jak to ujął, czyli sesją zdjęciową w świątecznym klimacie. Zdjęcia muszą powstać teraz, jeśli chcemy wykorzystać je w grudniu w mediach społecznościowych i prasie.
- Rozumiem, że zamienia firmę w studio zdjęciowe - zgaduję, a ona przytakuje. - Wujek ma fioła na punkcie świąt. Zresztą odziedziczyłaś to po nim.
- Mam nadzieję, że Hope też taka będzie.
- Mogłaby już poczuć klimat świąt i dać wam się wyspać w ramach prezentu gwiazdkowego.
- Gdybym mogła poprosić Mikołaja o jedną rzecz, byłoby to właśnie to - przyznaje, a ja uśmiecham się do niej ciepło, bo naprawdę mi jej szkoda.
- Jeśli chcesz, mogę się nią zająć w któryś dzień, a ty zgrzeszysz z poduszką.
- Jesteś moją ulubioną kuzynką.
- No ja myślę. - Prycham. - Masz tu kawę i opowiedz o tej sesji. Kiedy będziecie pozować?
- Jak ubiorą choinkę. I nie tylko my, ale wszyscy. Tata zaplanował fotki w każdym dziale, żebyśmy mogli później korzystać do woli. Będziemy fotografowani przy pracy, podczas zebrań, a podobno też przy dekorowaniu firmy na Boże Narodzenie. Muszę znaleźć swój karton z ozdobami - gada do siebie i rozgląda się po biurze, jakby już węszyła za tym pudłem pełnym świecidełek.
- Czyli ja też będę musiała pozować? - Krzywię się na tę wiadomość. - A nie mogę być wtedy chora?
- Nie wolno ci chorować, bo obiecałaś zająć się moim gardzącym snem dzieckiem - przypomina mi, a następnie zanurza usta w kawie i przeciągle wzdycha. - Tak smakuje niebo, jestem tego pewna.
- Kiedy startuje ta niekończąca się sesja zdjęciowa? - kontynuuję pozyskiwanie danych, choć nie jestem pewna, czy kuzynka mnie słucha, bo w tej chwili uśmiecha się do kubka i chyba bez słów wyznaje miłość kofeinie. - Halo? Ziemia do Ellie.
- Co?
- Pytałam o termin sesji.
- Zaraz ci powiem. - Zrywa na moment kontakt z obiektem swego uwielbienia i wertuje leżący na biurku kalendarz. - Choinka ma być gotowa pojutrze, a fotograf przyjdzie w piątek, żeby ustalić szczegóły. W poniedziałek zacznie się tu plątać z aparatem, chyba że staruszka poniesie i każe mu pstrykać już w piątek, zanim chłop zdąży wypić herbatę. Będzie miał dostęp do każdego miejsca poza damską toaletą. Tata zamówił mnóstwo zdjęć.
Wzdrygam się na wspomnienie pewnego fotografa, którego wolałabym nie pamiętać. Moja towarzyszka to zauważa i posyła mi pytające spojrzenie. Głośno wypuszczam powietrze, a następnie tłumaczę:
- Nie mam miłych wspomnień z fotografami. Jeden był... No cóż, wart grzechu, ale niczego więcej.
- Przeleciałaś go i zostawiłaś? Żadna nowość.
- Nic z tych rzeczy. - Macham dłonią, próbując odpędzić wizje. - Szkoda gadać. To był wredny typ, więc bez sensu o nim opowiadać. Jak znam życie, twój tata wynajął jakiegoś fachowca z wyższej półki, więc nie spodziewam się, że wkroczy tu tamten pajac.
- Nie mam pojęcia, jak koleś wygląda, bo to jakiś znajomy Milesa. Robi super zdjęcia, więc tata natychmiast się zdecydował, jak tylko mój mąż polecił tego typa. Jest chyba niewielka szansa, że w tak dużym mieście jak Nowy Jork padło akurat na twój niedoszły seksualny koszmar, ale sprawdzę nazwisko - proponuje, znów wlepiając wzrok w kalendarz.
- Los musiałby być kutasem - mówię wesoło.
- Dallas Lancaster - czyta Ellie i patrzy na mnie uważnie.
Kawa przestaje mi smakować i prawie się nią dławię. Natychmiast robi mi się zimno i gorąco jednocześnie. Przez moment łudzę się, że się przesłyszałam, ale wiem, że z moim słuchem wszystko w porządku. Dlaczego życie postanowiło tak mi dosrać? Pieprzony Dallas Lancaster. Za jakie grzechy?
- O kurwa - szepczę. - Chyba jednak będę wtedy chora.
Przeglądam stronę firmy Sullivan Says Yes i jestem przekonany, że będą zachwyceni moimi zdjęciami. Ich poprzedni fotograf to jakiś amator. Cieszę się, że Miles mnie polecił. Nie znamy się długo, bo ledwo rok, ale to porządny facet i dobry specjalista. Wypiliśmy razem dwa piwa po spotkaniu u wspólnego klienta i jakoś tak wyszło, że zostaliśmy kumplami. Ja też polecam jego usługi, gdy ktoś szuka dobrego grafika.
Skupiam się na zleceniu od Sullivana i uśmiecham się sam do siebie. Lubię święta, więc każda bożonarodzeniowa sesja stanowi dla mnie czystą przyjemność. A szczególnie tak długa sesja i tak dobrze płatna. Nie mogę się doczekać, aż przekroczę próg firmy i zacznę planować ujęcia.
Z rozmyślań o świetnym zleceniu wyrywa mnie dźwięk telefonu. Przewracam oczami, czego rozmówczyni na szczęście nie widzi, a następnie odbieram połączenie.
- Dom spokojnej starości - rzucam. - Jeśli jesteś zainteresowany ofertą, wybierz jeden.
- Dallas, tyle razy cię prosiłam, żebyś dorósł, gdy ze mną rozmawiasz.
Powstrzymuję śmiech, choć jest to trudne.
- Co tam u ciebie, mamo?
- Zaczęłam planować święta, więc dzwonię, żeby zapytać, czy przyjedziesz w końcu z jakąś uroczą dziewczyną.
- A mogę przywieźć chłopaka?
Milknie, a mnie coraz trudniej pohamować wesołość.
- Jeśli to coś poważnego... - zaczyna, ale przerywam jej śmiechem. - Dallas, błagam cię, porozmawiaj ze mną poważnie.
- Poważnie? Sama zaczęłaś z tą uroczą dziewczyną, więc myślałem, że dzwonisz pożartować.
Warczy do słuchawki, a ja dalej się śmieję.
- Twoja siostra przylatuje już na początku grudnia - opowiada mama. - Zostaną aż do Nowego Roku. Będziesz miał czas dla siostrzeńców?
- Wiesz, że jestem ich ukochanym wujkiem i zawsze znajduję dla nich chwilę.
- Wiem, wiem. - Wzdycha do słuchawki. - Choć wolałabym, żebyś miał już swoje dzieci. Jak twoja siostra i twój brat.
- Mają razem dzieci? Fu, to obrzydliwe.
- Dallas!
Wyobrażam sobie, że właśnie bezsilnie zaciska pięść i tupie nogą, a tata ma z niej niezły ubaw. Poczucie humoru zdecydowanie odziedziczyłem po staruszku. Moje rodzeństwo nie do końca rozumie nasze żarty, a mama to już w ogóle.
- Dziecko, proszę cię, ogarnij się. Zachowujesz się jak ojciec.
- Czyli jak?
- Jakbyś miał osiem lat, a nie trzydzieści trzy.
- Tata ma trzydzieści trzy lata? To ciekawe, bo miesiąc temu na torcie urodzinowym miał napisane "gorący sześćdziesięciolatek".
Mama ponownie wzdycha, ale nie wiem, czy chodzi o rozmowę ze mną, czy o wspomnienie tortu, który sam zamawiałem. Pamiętam, jak go dostarczono. Siostra chciała mnie zabić nożem, szwagier nagle musiał wyjść i gdzieś zadzwonić, brat się śmiał, jego żona spaliła buraka, a matula tylko kręciła głową. Za to ojciec był zachwycony. Moja rozmówczyni chwilę narzeka na nas obu, a potem przypomina mi, żebym nie zapomniał o rodzinnych świętach. Temat uroczej dziewczyny nie wraca, ale wiem, że to chwilowe. Celem życia mojej matki jest wyswatanie mnie i dopilnowanie, abym spłodził potomstwo. To ciekawe, że rodzice często mają zupełnie inną wizję naszego życia niż my sami.
Kończę bezowocną dyskusję z rodzicielką i wracam do przeglądania strony mojego najnowszego zleceniodawcy. Już w piątek udam się do firmy i zobaczę na żywo tę potęgę rynku mody ślubnej. Pamiętam, że jak mój brat się żenił, to jego jeszcze wtedy narzeczona koniecznie musiała mieć suknię SSY. Nawet moja matka, mistrzyni planowania życia własnym dzieciom, miała już dość oglądania kolejnych modeli. Na szczęście mnie to nie dotyczyło i dotyczyć raczej nie będzie, a na pewno nie mam zamiaru brać ślubu przed czterdziestką. Najpierw warto poznać życie, poobserwować inne pary, a dopiero potem decydować się na strzał w kolano.
- Gotowy? - pyta moja koleżanka Jen, zaglądając do mojego małego biura.
- Jasne - zapewniam, po czym wkładam płaszcz i biorę aparat. - Możemy jechać.
Poznałem Jennifer, gdy wkurwiony wyszedłem od byłego pracodawcy. Ona akurat zmierzała na rozmowę o pracę na moje miejsce, ale coś ją tknęło i zadała mi kilka pytań. Nie oszczędziłem Roberta w swojej wypowiedzi, więc jego potencjalna nowa pracowniczka od razu zrezygnowała z etatu u szowinisty z przerośniętym ego i z tendencją do zapominania o płaceniu zatrudnionym osobom. Wtedy, na parkingu przed firmą Jen zaproponowała mi otwarcie własnego biznesu i wynajęcie wspólnego studia. Byłem w takim szoku, że na to przystałem. Wkrótce miną dwa lata, odkąd pracujemy w tym samym budynku i mamy wspólną księgową. Jen specjalizuje się w fotografii ślubnej, ja wolę sesje wizerunkowe, ale jeśli Jen łapie duże zlecenie, często angażuje mnie do pomocy. Ona nie zapomina płacić.
- Sporo ludzi będzie na tej sesji narzeczeńskiej - mówię, kiedy wsiadamy do auta.
- Pomyśl, ile będzie na weselu, skoro teraz zapraszają rodziców, rodzeństwo i świadków. - Moja koleżanka prycha. - Nie rozumiem, jak można robić imprezę na trzysta osób tylko po to, żeby przypodobać się tatusiowi.
- Ty tego nigdy nie zrozumiesz, bo utrzymujesz się sama, ale ta cała - zerkam szybko na wydruk - Karen nigdy nie oderwie się od portfela ojca. Opowiadałaś mi, jak przyszli zapytać o ofertę.
- To było koszmarne - szepcze Jen. Prowadzi jak Vin Diesel w Szybkich i wściekłych. - Laska ma dwadzieścia pięć lat, a siedziała ojcu na kolanach, pytając, ile może wydać. Jej marzeniem jest gotowanie obiadów dla męża i wybieranie zasłon do salonu. Chciało mi się rzygać. Cieszyłam się, jak już wyszli.
- Ale przyjęłaś zlecenie - zauważam ze śmiechem.
- Bo lubię forsę. Też byś przyjął.
- Oj, chyba nie.
- Przyjąłbyś. Na weselu ma być motyw Bożego Narodzenia.
- Przyjąłbym - potwierdzam natychmiast, a ona wybucha śmiechem. - Masz pomocnika na ten bożonarodzeniowy bal?
- Od razu dogadałam się z Edem.
Ed jest trzecią osobą, która okupuje studio. Ledwo otworzyliśmy, a on natychmiast do nas trafił, żeby zaproponować podział kosztów. Specjalizuje się w fotografii produktowej, ale lubi wyskoczyć na sesję w tłumie, żeby nie zdziwaczeć, a przynajmniej tak twierdzi.
- Ja i tak chyba będę wtedy u Sullivana lub będę obrabiać materiał dla niego - przypominam, udając, że mi przykro.
- Nie nabierzesz mnie, że wolałbyś patrzeć na młodą parę, zamiast pstrykać fotki w jednej z najbardziej wypasionych firm w mieście.
- Masz rację. Bożonarodzeniowe wesele na początku grudnia musi się obyć beze mnie, bo będę wtedy kończył zlecenie, które pozwoli mi wymienić aparat na najdroższy model na rynku.
- Szczęściarz - stwierdza Jen. - Ja muszę zrobić trzy wesela bogaczy, żeby dojść do takiego momentu. Zacznę do ciebie mówić "proszę pana".
- Mogę wspomnieć o tobie u Sullivana. Przecież to branża ślubna. Może nie mają zaufanego eksperta od fotografowania kobiet przebranych za bezy.
Jen się śmieje, ale grozi palcem i oznajmia:
- Lepiej nie wyskakuj tam z bezami, bo jeszcze zrezygnują z twoich usług i przypadkiem zgłoszą się do mnie.
- Nie zrobiłabyś mi tego.
- Za taki hajs zrobiłabym to własnej matce.
- Muszę przestrzec przed tobą Eda.
- Wiesz, że on średnio ogarnia żarty. Jak przez ciebie zrezygnuje z bożonarodzeniowego wesela, to urwę ci jaja.
- Moja matka byłaby załamana - kwituję. - Odebrałabyś jej nadzieję na wnuki.
- Przecież ma wnuki. Opowiadałeś o siostrzeńcach i bratanku. Mało jej?
- Może marzy jej się drużyna koszykówki i brakuje jej jednego zawodnika.
- Jest fanką? - pyta Jen, a ja zaczynam udawać głos mojej mamy:
- Po co tyle wydaliście na te bilety? Żeby zobaczyć, jak dryblasy kozłują? Nie lepiej było coś za to kupić do domu? Mikser mi się psuje.
Moja towarzyszka zanosi się śmiechem, przemierzając brawurowo kolejne przecznice. Nie wiem, jakim cudem zawsze udaje jej się ominąć korki i docisnąć gaz, ale nauczyłem się już nie reagować na te jej wyczyny. Nie odzywam się i nie każę jej zwolnić. Jak dostanie kiedyś mandat za przekroczenie prędkości, to przynajmniej nie zaserwuję jej tego przestarzałego "a nie mówiłem". Bo nie mówię. Mam po prostu nadzieję, że tego dnia będę jej pasażerem i stwierdzę głośno: "Może niepotrzebnie tyle wypiłaś do śniadania". Pewnie i ona, i policjant nie będą zachwyceni, ale ja uznam to za wspaniały dzień.
Myślałam, że nowa szmatka poprawi mi humor, tymczasem odkładam błękitny sweter na półkę i wychodzę ze sklepu. To jednak nie to. Krążę po dużym centrum handlowym, ale sama nie wiem, na co mam ochotę. To znaczy wiem, ale od dłuższego czasu poznawani w klubach i przez aplikację randkową mężczyźni nie dają mi satysfakcji, a jedynie poczucie beznadziei. Może przygodny seks sprawia radość jedynie przed trzydziestką, tylko nikt mnie nie uprzedził i zmarnowałam kilka nocy na zabawy z facetami, którzy nie byli tego warci. Chyba się starzeję.
- Żadnych mężczyzn do końca roku - szepczę do siebie. - Albo i dłużej.
Po podjęciu tej - jakże dojrzałej - decyzji, postanawiam polegać jedynie na wibratorze. Jego zawsze mogę po prostu wrzucić do szuflady, jeśli zechcę pobyć sama. No i nie będzie mi opowiadał o sobie, zamiast wziąć się do roboty. Nie muszę się też zastanawiać, czy umył zęby przed nocnymi igraszkami albo czy wie, co to antyperspirant. No i oszczędzę na prezerwatywach. Tak, to genialny pomysł. Z nową energią dopisuję do listy zakupów baterie do wibratora, po czym kieruję się w stronę supermarketu. Może zaczęłabym o siebie dbać? Ugotowała jakąś zupę? Albo zjadła sałatkę? Cholera, chyba przedwcześnie dopada mnie moc przyrzeczeń noworocznych. To pewnie przez tę pieprzoną choinkę, która opanowała firmę. No i przez wizję pojawienia się kolejnych. Mam wrażenie, że już grudzień.
Zanim wezmę do ręki koszyk, szybko dodaję do listy kilka warzyw. Robię to z przyzwyczajenia. Zawsze chodzę na zakupy z listą, w przeciwnym razie zapomnę kupić tego, co jest mi najbardziej potrzebne, a w domu wyżyję się na drzwiach lodówki lub jakiejś niewinnej szafce. Czy to nie kolejna oznaka starzenia się?
- Sałata - gadam do siebie, przeglądając zawartość sklepowych półek.
Wybieranie tego, co ma mi zapewnić lepsze zdrowie, jest zajebiście męczące, dlatego dorzucam do koszyka paczkę ciastek, żeby pozyskać niezbędną do działania energię. Spoglądam na mój spis produktów, po czym zatrzymuję się przy skrzynkach z owocami. Nachylam się, żeby sięgnąć po banana, a w tym czasie tuż za moimi plecami rozlega się głośne parsknięcie. Odwracam się i zamieram na widok śmiejącego się mężczyzny.
- Proszę wybaczyć - mówi - ale przypadkiem zerknąłem na listę zakupów.
Natychmiast łączę kropki i przypominam sobie nabazgrane wielkimi literami "BATERIE DO WIBRATORA". No cóż, jak już wspomniałam, zapisuję wszystko.
- Co w niej takiego zabawnego? - naskakuję na kolesia, krzyżując ramiona na piersi. W dłoni wciąż dzierżę banana. - A w ogóle to ładnie tak czytać cudze notatki?
- Widzę, że ktoś tu chyba ma PMS - stwierdza natychmiast i ze śmiechem odchodzi.
Na moment zapominam języka w gębie i zaciskam pięści, niemal uszkadzając upolowany owoc. Kiedy wymyślam ripostę, na którą jest za późno, ze złości tupię nogą, a mała dziewczynka po drugiej stronie alejki patrzy na mnie z ciekawością i powtarza mój gest. Wrzucam banana do koszyka i wkurzona idę do półki z bateriami. Żaden pajac nie będzie się nabijał z moich potrzeb. A tak w ogóle to co on tu, do chuja pana, robi?
W pracy od wejścia atakuje mnie świąteczny nastrój. Nie żebym była fanką, ale ogromna choinka, której szczyt zwieńczono wczoraj wielką gwiazdą, naprawdę robi wrażenie. Nie dziwię się, gdy przy drzewie zauważam wpatrzoną w połyskujące ozdoby Ellie.
- Piękna, prawda? - zagaja, kiedy do niej podchodzę.
- Jasne. Ten cały fotograf już przyszedł?
- Tak. Jest u taty. - Ellie się krzywi. - Mogę spróbować zagadać i może uda mi się odwieść ojca od fotek w waszym dziale. W końcu jestem prawie prezesem, tylko staruszek wciąż nie potrafi pożegnać się z firmą.
- Jesteś kochana - mówię i kładę jej dłoń na ramieniu. - Wiesz jednak równie dobrze jak ja, że w tym samym dziale pracuje twój brat, a on nigdy nie przegapiłby okazji do robienia z siebie gwiazdy przed obiektywem.
Kuzynka zaciska usta, ale i tak się chichra. Potwierdza moje słowa kiwnięciem głową, a potem zaprasza mnie do siebie na kawę i plotki.
- Kofeina jednak nie zaszkodziła małej? - dociekam rozbawiona.
- Wyobraź sobie, że wczoraj przyjechała moja mama i stwierdziła, że muszą z tatą w końcu odważyć się na emeryturę, a najlepszym sposobem na to jest oddanie się opiece nad wnuczką. - Szczerzy się, uruchamiając ekspres. - Zabrali Hope na dwugodzinny spacer, a ja chrapałam jak niedźwiedź.
- Skąd wiesz, że chrapałaś, skoro byłaś pogrążona we śnie?
Układa usta w dzióbek, a potem odpowiada cicho:
- Miles mnie nagrał.
Zaczynam się śmiać jak opętana, a Ellie do mnie dołącza. Po chwili jednak podaje mi kubek i pyta zatroskana:
- Z tym całym Dallasem to było coś na poważnie?
- Zdecydowanie nie. Sądzę też, że on nawet tego nie pamięta.
- Skąd ten wniosek?
- Spotkałam go wczoraj w sklepie i zachowywał się, jakbym była obcą osobą.
- Albo ma fatalną pamięć, albo jest zwykłym kutasem - oświadcza Ellie.
- Obstawiam obie opcje - informuję, a następnie wracam na chwilę do kiepskich wspomnień związanych z Lancasterem i dodaję: - Kiedy się z nim spotkałam po raz pierwszy, zachował się jak świnia, więc możliwe, że teraz robi to samo. Ale najważniejsze, żeby fotki były ładne.
- Przykro mi, że będziesz się męczyć w jego towarzystwie, Cheryl. Może poproś Jordana, żeby pozował za was dwoje? - proponuje i puszcza do mnie oko.
- On mógłby pozować za cały dział - kwituję wesoło.
Jordan napsuł nam krwi dwa lata temu, kiedy jako jedyne zwietrzyłyśmy jego plan przejęcia firmy i sprzedania jej pewnemu podłemu gnomowi. Okazało się jednak, że warto wierzyć w cuda, bo brat Ellie przeszedł metamorfozę osobowości i dzisiaj jest przyzwoitym człowiekiem, choć nadal ma parcie na sławę. Wybaczamy mu to jednak, bo naprawdę się zmienił. No i gdyby nie jego intrygi, moja kuzynka nie poznałaby swojego obecnego męża, w którego jest wpatrzona jak w bożyszcze, zresztą z wzajemnością.
- Opowiesz mi więcej o swoich doświadczeniach z fotografem? - drąży żądna plotek Ellie.
- Nie teraz. Nie chcę się denerwować przed spotkaniem oko w oko z tym młotkiem.
- Gdybym wiedziała, że Miles ma takich kolegów, zabroniłabym mu się z nimi zadawać - próbuje żartować. - Nie sądziłam, że mój mąż tak cię wkopie, ale on chyba lubi tego Lancastera.
- Twój mąż lubi wszystkich. No dobra, prawie - zaznaczam, przypominając sobie byłą dziewczynę Milesa. - Pamiętasz tego weterynarza, z którym spotykałam się dwa lata temu?
- Dona? Jasne. Do dziś korzystamy z jego usług, kiedy Szampon lub Płatki tego wymagają.
- Nie dziwi mnie to, bo Miles prawie płakał, kiedy oznajmiłam, że przestałam widywać się z Donem. Mam wrażenie, że wybrał jego gabinet, żeby tylko nie stracić kontaktu.
- Możesz mieć rację, bo naciskał, żeby zawozić koty właśnie tam, a przecież to kawał drogi - zgadza się ze mną. - Nic nie poradzę na to, że wyszłam za takiego dobrego człowieka.
- Nie wiem, czy to nie zbyt delikatne określenie.
- Nie nazywaj mojego męża pizdą - ostrzega, ale się śmieje.
- Ja nic nie powiedziałam. - Posyłam jej szeroki uśmiech. - Ale przyznaj, że z Donem prawie jedli sobie z dzióbków.
- Nadal to robią, gdy trzeba zaszczepić koty - wyznaje i zabawnie marszczy nos. - Ostatnio ucinali sobie pogawędkę tak długo, że Płatki postanowiła w końcu ugryźć Dona w rękę.
- Przynajmniej ona mnie nie zawiodła - oznajmiam, a w tej chwili otwierają się drzwi i do biura Ellie wkracza jej brat: - Patrzcie, kogo licho niesie - rzucam na powitanie.
- Ciebie też miło widzieć, Cheryl. - Jordan promienieje. - Zgadnijcie, w czyim dziale będzie dzisiaj ubierana choinka i gdzie fotograf zrobi pierwszą genialną sesję.
Nie muszę zgadywać, bo po jego minie wiem, co mnie dzisiaj czeka. Dopiero teraz odkrywam, że nie jestem gotowa na obcowanie z Lancasterem. No i na święta w listopadzie. Ta cała sytuacja wydaje się jakimś nieporozumieniem, podobnie jak wczorajsze zachowanie Dallasa. Taki jest cwany? Będzie traktował mnie tak, jakby nic się nie wydarzyło? Nie mam zamiaru brać udziału w jego szopce. Wzdycham, posyłam Ellie znaczące spojrzenie, a potem oświadczam Jordanowi:
- Mnie chyba rozkłada przeziębienie. Od jutra mogę być chora.
Mam wrażenie, że jestem w pokoju dziesięciolatka, a nie w biurze dorosłego faceta. Sullivan opowiada mi o tym, jak ozdobi swój gabinet, pięć razy pyta, co myślę o choince w holu, a potem pokazuje świąteczny sweter, który kupił sobie specjalnie na tę okazję. Uśmiecham się i nie wierzę, że tacy ludzie naprawdę istnieją. Ten koleś po prostu kocha Boże Narodzenie i jest zafiksowany na punkcie sesji, którą wykonamy przy choince. Ma ponad sześćdziesiąt lat, a zachowuje się jak mały chłopiec, który właśnie dostał od Mikołaja najnowsze Lego. Wybitna persona. Chciałbym go zatopić w bursztynie i nosić przy sobie.
- Tak się cieszę, że Miles pana polecił - zachwyca się staruszek. - Dobrze się znacie?
- Z pracy, więc nie nazwałbym tego przyjaźnią, ale kto wie, co przyniesie los.
- Racja, racja. A jak się panu podoba nasza choinka?
Hamuję śmiech, bo od ostatniego pytania minęło zaledwie pięć minut. Zależy mi jednak na tym zleceniu, no i polubiłem tego pociesznego człowieka, więc odpowiadam:
- Jest fantastyczna.
Pan prezes klaszcze w dłonie i uśmiecha się szeroko. Następnie jego wzrok spoczywa na otwierających się drzwiach, przez które wchodzi znana mi z mediów osoba. Portale plotkarskie kochają to nazwisko. Pamiętam, jak dwa lata temu Jordan Sullivan oświadczył się Amber Cage w jednej z wypasionych restauracji. Kilka miesięcy później w tej samej knajpie dokonał swojego coming outu i zjadł kolację z chłopakiem. Ciekawa postać. Kiedy widzę, jak zamaszystym krokiem przemierza biuro swego ojca, czuję, że oto właśnie poznałem gwiazdę sesji zdjęciowej dla SSY.
- Jordan, mój syn - niepotrzebnie przedstawia przybyłego pan Sullivan.
Jego latorośl wykonuje coś w stylu obrotu, zupełnie jakby myślał, że jest gospodarzem programu rozrywkowego. Zapowiada się interesująco.
- Wreszcie będziemy mieli nowe zdjęcia - stwierdza radośnie i podaje mi dłoń. - Mówmy sobie po imieniu. W końcu jesteś kolegą mojego szwagra.
- Dallas, miło mi.
- Wprawdzie to moja siostra przejmuje władzę po rodzicach - wyjaśnia i puszcza do mnie oko - ale to od mojego działu zaczniemy fotografować świąteczne przygotowania w SSY. Gotów?
- Urodziłem się gotów.
- Też tak zawsze mówię, choć nie lubię westernów - rzuca i szczerzy się do mnie. - Porywam go, tato. Już wyciągnąłem choinkę i ozdoby. Nie czuję świąt, gdy na schodach wszyscy mają jeszcze dynie, ale na potrzeby wizerunku jestem w stanie nawet posypać się brokatem.
Nie wątpię, ale zachowuję te przemyślenia dla siebie, co rzadko mi się zdarza. Muszę zapytać Milesa, dlaczego tak niewiele mówi o fenomenie swojego szwagra. Jakbym miał takiego gagatka w rodzinie, to każdemu bym o nim opowiadał. Podążam za młodym Sullivanem i podziwiam eleganckie pomieszczenia, które mijamy. Jest tu dobre światło, więc fotki powinny wydrzeć wszystkich z butów.
- Długo działasz w branży? - zagaja Jordan, przerywając moment ciszy.
- Prawie dziesięć lat. Od dwóch jako wolny strzelec.
- Super. Robisz też śluby?
- Czasami, ale moja koleżanka się w tym specjalizuje, więc mogę ją polecić.
- Przyda mi się na przyszłość. - Otwiera szklane drzwi i wkraczamy w obszar pełen biurek. - Witaj w centrum finansowym firmy. Tu dokonujemy transakcji, negocjujemy warunki, ogólnie dbamy o hajs.
Rozglądam się po twarzach obecnych. Sporo osób tu pracuje. Nagle mój wzrok pada na kogoś, kto siedzi odwrócony do mnie plecami. Poznaję te loki, widziałem je wczoraj, a przynajmniej wyglądają bardzo znajomo. Gdy dziewczyna zerka ponad ramieniem, nie mam już wątpliwości, że to właśnie ona - Panna Baterie do Wibratora. Zaczynam się chichrać, na co ona przewraca oczami i ponownie kieruje głowę w stronę ekranu komputera.
- Kochani! - woła Jordan. - Porzucamy pracę i idziemy ubierać choinkę. Uśmiechajcie się, nawet jeśli macie kiepski dzień, bo te zdjęcia trafią na Fejsa firmy i musi bić od nich czysta radość.
Wszyscy powoli ruszają w stronę ustawionego w pobliżu okna wysokiego drzewa. Przy nim poukładane są pudła z ozdobami. Będzie niezła zabawa. Każdy po kolei podaje mi dłoń i się przedstawia. Jestem świetny w zapamiętywaniu imion, a to pomaga przy pracy. Znacznie lepiej brzmi, kiedy mogę poprosić Kevina, żeby stanął bliżej Mary, zamiast krzyczeć: "Gruby w swetrze, przysuń się do tej w zielonym!". Ostatnia podchodzi do mnie moja znajoma ze sklepu i posyła mi mordercze spojrzenie. Nie zastanawiając się długo, wypalam:
- Baterie nie pasowały?
- Co proszę? - Marszczy czoło i gapi się na mnie zdezorientowana.
- Wczoraj miałaś sobie kupić baterie do wibratora - wyjaśniam, a za moimi plecami Jordan parska śmiechem. - Pomyślałem, że nic z tego nie wyszło, skoro masz taki kiepski humor.
- Czubek - warczy dziewczyna.
To chyba o mnie.
- Cheryl, mam jakieś baterie w biurku - mówi rozradowany Jordan.
- Wsadź je sobie w dupę - odpowiada ona. - A nie, przepraszam, ty to lubisz. W takim razie udław się nimi.
Dołącza do pozostałych przy choince. Przez tę minę wygląda wśród nich jaki Grinch. Skoro mamy tu taką królową fochów, to będzie wesoło.
- Wybacz - szepcze Jordan. - Moja kuzynka ma niewyparzoną buzię.
- Podobnie jak ja - oznajmiam. - Dogadamy się.
Zachęcam wszystkich do swobodnego dekorowania drzewa. Każę im nie myśleć o zdjęciach, tylko dać się ponieść chwili. Na początku sięgają po bombki nieco sztywno, ale z czasem się rozkręcają, a ja uzyskuję świetne ujęcia. Oczywiście bryluje Jordan, który uśmiecha się od ucha do ucha, ilekroć stanę w pobliżu, unosi ozdoby do obiektywu, udaje, że gra na wyimaginowanej gitarze, a w pewnej chwili rzeczywiście zaczyna obsypywać się brokatem. Za to Cheryl cały czas wygląda jak obrażone dziecko.
- Możesz się uśmiechnąć? - proszę ją, nachyliwszy się do jej ucha.
- Sam się śmiej, głupku.
- Umówmy się, że ty postarasz się o ładne zdjęcie, a ja kupię ci baterie, okej?
Posyła mi spojrzenie, które mogłoby zabić, ale nie poddam się tak łatwo. Rozśmieszałem dzieci, staruszków i inne mruki. Nie zrezygnuję ze zdjęcia, bo laska jest wkurwiona na cały świat.
- No, dawaj - popędzam ją, a stojący obok Darren przygląda się jej twarzy w oczekiwaniu na cud. - Jedziesz, Cheryl. Pomyśl o czymś miłym - zalecam i unoszę aparat, szykując się do ujęcia. - Wyobraź sobie swoje ulubione zajęcie.
- Zakopywanie cię w lesie?
- Specyficzne hobby - oceniam rozbawiony. - Pomyśl o czymś przyjemniejszym. Co sprawiłoby ci teraz radość?
- Gdybyś sobie poszedł.
- Zrobię to, jak uśmiechniesz się do zdjęcia - obiecuję, a ona lekko unosi górną wargę. - Wyglądasz, jakby cię bolały zęby. Postaraj się bardziej.
- Zaraz kogoś zabiję - szepcze i wymownie wzdycha, ale wreszcie potrząsa głową i wiem, że nadchodzi ten moment.
- Świetnie! - wołam, ujrzawszy jej wymuszony uśmiech.
- Teraz możesz sobie iść - oświadcza, a następnie odwraca się i skupia na ubieraniu choinki.
- Z nią nie wygrasz - odzywa się do mnie Darren. - Ogólnie wiadomo, że jak kobieta ma zły humor, to nie wolno jej zaczepiać, ale Cheryl jest jak wersja premium. Czasem mam wrażenie, że byłaby w stanie ugryźć.
- Może to tylko takie szczekanie bez konsekwencji - sugeruję. - Wiesz, jak chihuahua.
Darren kiwa głową i chichocze, a Panna Obrażalska znów próbuje zamordować mnie wzrokiem. Wzruszam ramionami, cykam jeszcze kilka grupowych fotek, na których wyróżnia się obsypany brokatem Jordan, a następnie opuszczam dział finansowy. Jestem zadowolony z efektów. Niech pracownicy w spokoju napawają się magią świąt na początku listopada, skoro już mają bożonarodzeniowy klimat za sprawą wielkiego drzewa. Ustalam z brokatowym Jordanem termin sesji indywidualnych, już bez choinki, po czym ruszam poznać nową prezes SSY, a zarazem żonę mojego kumpla Milesa.
"Uśmiechnij się. Pomyśl o czymś przyjemnym". Sam sobie, kurwa, pomyśl. Naprawdę żałuję, że Jordan nie nabrał się na moją symulowaną chorobę, bo nie musiałabym przeżywać kompromitacji przed Dallasem Kutasem Lancasterem. Ten jego roześmiany ryj będzie mi się śnił po nocach.
- Niech go piekło pochłonie - gadam do siebie i zaciskam pięści na wspomnienie katorgi, jaką była dla mnie sesja przy choince.
Biorę głęboki wdech i sprawdzam skrzynkę, bo może jakiś pilny mail pozwoli mi się skupić na pracy, a nie na niedoszłym kochasiu.
- Było super, no nie? - jara się Jordan, podchodząc do mojego biurka.
Jest niesamowicie nakręcony. Jakby właśnie odkrył istnienie Bożego Narodzenia i zaczął przeżywać je jak pięciolatek.
- Czy ty coś brałeś? - pytam i wymownie spoglądam na jego obsypany brokatem sweter. - Masz to nawet we włosach - oznajmiam, rzuciwszy okiem na czuprynę kuzyna.
- Dla takich chwil warto - stwierdza wesoło. - A Jeremy na pewno będzie zachwycony. On kocha święta.
- Następny nawiedzony - szepczę, mając na myśli chłopaka Jordana.
- Idę na przerwę - informuje mnie kuzyn. - Zrobiłem się głodny od tego wszystkiego. Nie sądziłem, że ubieranie choinki potrafi być takie wymagające.
- Dobrze, że nie złamałeś sobie paznokcia.
Posyła mi wredny uśmiech i ripostuje:
- Też zrób sobie przerwę. Może skocz po te baterie?
Gdy biorę zamach, żeby rzucić w Jordana zszywaczem, ten unosi ręce w geście kapitulacji i spierdala w podskokach, rechocząc przy tym jak hiena. Czuję, że w poniedziałek na serio nie przyjdę do firmy, bo mam taki nastrój, że przed wieczorem raczej na pewno popełnię przestępstwo.
Idąc za radą Jordana, zgarniam telefon, wygaszam ekran komputera i opuszczam swoje miejsce pracy, kierując się do mojej najlepszej przyjaciółki i zarazem jedynej osoby, która na pewno zrozumie mój podły humor.
- Ten złamas powiedział przy Jordanie, że widział, jak kupuję baterie do wibratora - obwieszczam głośno, wkraczając do biura kuzynki, ale nagle zamieram, gdy widzę jej wystraszoną minę. Przenoszę wzrok na postać siedzącą na moim ulubionym fotelu. - Bez jaj. Śledzisz mnie?
- Mam ciekawsze zajęcia - odpowiada ewidentnie rozbawiony Dallas. - A ty zdecydowanie potrzebujesz tych baterii. Jesteś strasznie spięta - diagnozuje mnie, nic sobie nie robiąc z obecności Ellie. - Jakbyś pozbyła się tego ciśnienia, na przykład z pomocą wibratora, mogłabyś rozsiewać wokół siebie dobro, a nie negatywne wibracje.
- Dziękuję za porady, o które nie prosiłam - cedzę przez zęby.
- Wiesz co? - Drapie się po brodzie, jakby był jakimś myślicielem, a nie zwykłym fiutem. - Tak sobie myślę, że ten wibrator to jednak twoja jedyna opcja. Żaden normalny facet nie wytrzymałby z taką zołzą.
Już mam mu przypomnieć, że on wytrzymał bardzo krótko, ale gryzę się w język i posyłam Dallasowi fałszywy uśmiech. Postanawiam uznać jego wypowiedź za komplement. Ellie lekko kaszle i przerywa naszą uroczą dyskusję słowami rodem z westernu:
- To biuro jest za małe na was dwoje.
Lancaster wybucha śmiechem, wstaje, podaje Ellie dłoń i mówi:
- Jestem gentlemanem. - Jasne. Chyba w swojej chorej głowie. - Miło było cię w końcu poznać. Mam nadzieję, że podczas sesji u ciebie nie będę musiał błagać o uśmiech.
- Będę grzeczna - obiecuje Ellie, która niestety padła ofiarą uroku tego głąba, ale mam zamiar ją uratować, gdy tylko on stąd wyjdzie.
Mija mnie bez słowa i opuszcza pomieszczenie. Podchodzę do fotela i ostentacyjnie przecieram siedzisko rękawem swetra, na co moja kuzynka reaguje wybuchem wesołości.
- Cheryl, co między wami zaszło? To naprawdę fajny facet.
Spoglądam na nią tak, jakby mi właśnie powiedziała, że nie chce więcej świąt. Ellie mogłaby mieć święta cały rok. Potrafi godzinami spacerować i oglądać bożonarodzeniowe wystawy. Jak byłyśmy dziećmi, ja chciałam zostać ninja, a ona żoną Świętego Mikołaja.
- Nie dobijaj mnie - proszę i sadowię się na odzyskanym fotelu.
- Rozumiem, że coś się stało i jesteś cięta na Dallasa, ale cholernie mnie ciekawi, co to takiego. Nie dasz mu drugiej szansy?
Prycham, zakładam nogę na nogę i wyjaśniam:
- Gdybym ponownie weszła z nim w jakąkolwiek zażyłą relację, musiałabym przyznać, że nie mam szacunku dla siebie samej.
- Czyli było grubo - kwituje Ellie. - No dobra, pomęczę cię innym razem, bo widzę, że masz na dziś dość Dallasa.
- Dziękuję, łaskawco - szydzę i puszczam do niej oko.
- Ale tematu baterii ci nie przepuszczę. Opowiadaj natychmiast - dodaje i znów zaczyna rechotać.
Sobotni obiad u rodziców nie jest tym, o czym marzyłem, ale zapowiedział się brat z rodziną, a mama przy każdej jego wizycie ściąga mnie do siebie podstępem. Dzisiaj podstęp nazywa się zapiekane ziemniaczki. Zgodziłem się natychmiast. Jestem łatwy, wiem.
- Sawyer przyjedzie koło południa - popędza mnie przez telefon moja rodzicielka. - Nie spóźnij się.
- Zaczynam podejrzewać, że nie lubisz swojej synowej lub, co gorsza, wnuka - drążę temat. - Potrzebujesz mentalnego wsparcia, zanim się zjawią?
Wszyscy wiedzą, że moja bratowa to ciężki przypadek, więc mama przez moment milczy, czym tylko potwierdza moje przypuszczenia.
- Mógłbyś mnie wesprzeć psychicznie - przyznaje wreszcie.
- A ojciec?
- Ojciec ogląda telewizję.
- Wyłącz i zobacz, co się stanie.
- Dallas, przyjedź przed południem - powtarza, lekceważąc moje podśmiechujki.
Wzdycham i obiecuję:
- Będę.
Zakończywszy rozmowę, zwlekam się z łóżka. Skoro za dwie godziny mam być u staruszków, pora się ogarnąć. Biorę prysznic, golę się, a potem odnajduję w szafie sweter, który dostałem od mamy pod choinkę w ubiegłym roku. Będzie podjarana, bo pomyśli, że noszę go regularnie. Może w nagrodę przestanie porównywać mnie do brata, który jest przykładnym mężem i ojcem. Kocham Sawyera, ale czasem wkurwia mnie tym swoim wzorowym zachowaniem. Ożenił się z dziewczyną z liceum, spłodził syna, wybudował dom i kupił psa, o ile oczywiście rozszczekanego szczura można nazwać psem. Ja tymczasem prowadzę ryzykowny biznes, bo nigdy nie wiem, ile będę miał zleceń i czy jakiś pacan nie zechce przejść do konkurencji, nie mam - jak to mówi mama - uroczej dziewczyny i wynajmuję malutkie mieszkanie, które znajduje się przy tej samej ulicy co klub nocny. Już to ostatnie według przyjaciółki mojej mamy czyni ze mnie łajdaka.
Po jedenastej wskakuję w metro i rozpoczynam podróż do rodzinnego domu w Brooklynie. Obserwuję pasażerów i zauważam, że niektórzy - podobnie jak Sullivan - poczuli magię świąt na początku listopada. Jakaś kobieta ma ze sobą niewielką choinkę, a dwie nastolatki wdziały swetry w renifery. Przed nami jeszcze Święto Dziękczynienia, tymczasem część osób już dała się ponieść duchowi Bożego Narodzenia. Sam lubię ten czas w roku, więc uśmiecham się na widok drzewka i świątecznych swetrów, po czym wyciągam telefon i odpalam bożonarodzeniową listę piosenek. W słuchawkach rozbrzmiewają dobrze znane mi nuty.
Gdy docieram do rodziców, drzwi otwierają się, zanim nacisnę dzwonek. Kręcę głową i śmieję się z nadgorliwości własnej matki.
- Nie mogłaś się doczekać, aż mnie zobaczysz?
- Wchodź, zrobiłam kawę.
Znika w kuchni, a ja zdejmuję płaszcz i idę do salonu, żeby przywitać się z tatą. Wskazuje mi drugi fotel, więc zajmuję miejsce i wlepiam wzrok w telewizor. Kiedy mama wkracza do pokoju z trzema kubkami kawy, prycha i oznajmia:
- Wyglądacie jak dwaj nudziarze.
- Słyszałeś coś? - pyta tata i puszcza do mnie oko. - Coś jakby szczekanie?
- Jak ja ci zaraz szczeknę - zapowiada mama i bierze się pod boki, żeby wyglądać groźniej. Gdyby się nie chichrała, to może i ktoś by się nabrał. - Taki jesteś głuchy, gdy cię o coś proszę, a teraz nagle cudownie odzyskałeś słuch?
- Znowu - szepcze ojciec i rozgląda się po pomieszczeniu. - Nic nie słyszysz, Dallas?
Dostaje w ramię ścierką, po czym mama idzie na moment do kuchni i wraca z czekoladą. Rozsiada się na kanapie, bierze łyk kawy, a potem otwiera opakowanie i mruczy, przeżuwając kostkę czekolady.
- Podzieliłabyś się - droczy się tata.
Mama zastyga, marszczy brwi, a potem pokonuje ojca jego własną bronią, odzywając się do mnie:
- Chyba kot sąsiadów miauczał.
Wybucham śmiechem, bo uwielbiam poczucie humoru taty oraz to, jak mama od trzydziestu ośmiu lat sobie z nim radzi. Nie było mnie jeszcze na świecie, gdy się zaręczyli, ale wujek opowiadał, że ojciec prawie dostał zawału, gdy mama w żartach odmówiła. Podobno chciała mu się tym odwdzięczyć za notoryczne szyderstwa. Niby się kłócą i drwią z siebie nawzajem, ale wiem, że skoczyliby za sobą w ogień.
Gdy rozlega się dzwonek do drzwi, matka zrywa się jak poparzona i pędzi otworzyć. Razem z ojcem wstajemy, bo wiadomo, że spokojne przedpołudnie dobiegło końca. Najpierw słychać szczekanie, potem do pokoju wbiegają uszy, a za nimi reszta psa. Śladami papillona o jakże zajebiście pasującym imieniu Hulk podąża pomysłodawca imienia, czyli mój bratanek. Jest jeszcze głośniejszy od swojego psa, kiedy macha w powietrzu jakimś nowym modelem samolotu i wydaje dźwięki mające chyba symulować pracę silnika, ale brzmią, jakby młody miał gazy.
- Cześć, dziadku! - woła siedmioletni Lance.
Tak, Lance Lancaster. Genialny pomysł mojego brata. Widocznie umiejętność doboru imion młody ma po tatusiu.
- Cześć, wujku - wita się ze mną. - Zobacz, jaki mam samolot.
Wzdycham, bo nigdy nie zrozumiem rodziców, którzy robią ze swoich dzieci pieprzonych materialistów. Uśmiecham się tylko zdawkowo, a potem kucam i głaszczę psiaka. Bydlak jest wielkości wazonu, więc zniżam się do jego poziomu, żeby pomiziać puszyste futerko. Widzę, że jaśniepan troszkę przybrał. Teraz imię, które ja sam mu nadałem, pasuje jeszcze lepiej.
- Kupiłam mu nowy szampon - oświadcza moja bratowa Brenda, wkraczając do pokoju.
- Komu? - pytam, choć jej spojrzenie sugeruje, że mowa o psie. - Pierzesz Kotleta?
Brenda przewraca oczami i mówi:
- Tyle razy ci powtarzałam, że to nie Kotlet, tylko Hulk.
- Jedno i drugie zupełnie do niego nie pasuje - wstawia się za mną ojciec.
- Nieważne. - Bratowa macha dłonią. - Jak oceniacie szampon?
Nigdy nie uważałem wybranki mojego brata za geniusza, ale chwilami pokonuje samą siebie w jednoosobowych zawodach na pustaka sezonu.
- Nie wiem, jak ty, ale ja na szamponach dla psów zjadłem zęby - zwracam się do ojca.
- Czyli jesteś ekspertem, bo ja nawet nie wiedziałem, że ona kąpie tę przerośniętą wiewiórkę - szepcze.
Biorę psa na ręce i prezentuję go tacie niczym towar na aukcji dzieł sztuki.
- Zobacz, czy nie chciałbyś mieć takiej lśniącej sierści. Może pożyczymy ten szampon i ogarniesz sobie zakola.
- Sam nie wiem. - Staruszek udaje, że się zastanawia. - A nie szczypie w oczy?
- Chyba nie. Kotlet ma oczy na miejscu - zauważam.
- Dziwnie pachnie - komentuje tata, wciągając powietrze.
Obaj ledwo trzymamy fason, ale gramy w tę grę. Kto się zaśmieje, przegrywa. Tym bardziej że Brenda czeka w napięciu na naszą recenzję szamponu, o którym nie mamy pojęcia. Nie możemy jej zawieść.
- Racja - zgadzam się i głośno wącham psa. - Chryzantemą mi zajeżdża.
- Skąd ty niby wiesz, jak pachnie chryzantema? - oburza się Brenda.
Za nią stoi mój brat i już prawie się śmieje, ale z całej siły zaciska usta.
- Moja droga, ze względu na moją pracę byłem na tak wielu uroczystościach rodzinnych, że w kwiaciarni bym wymiatał.
Marszczy czoło, zastanawia się, a potem podchodzi do mnie i wącha Kotleta. Robi minę, jakby pies śmierdział.
- Rzeczywiście trochę zbyt kwiatowy - ocenia. - Jutro kupię mu nowy szampon.
Nie dam już rady. Oddaję jej pupila, a kiedy znika z nim w kuchni, zaczynam się śmiać jak opętany. Ojciec mi wtóruje. Lance gapi się na nas, jakby nie miał za grosz poczucia humoru. To niestety też - obok materializmu - mógł odziedziczyć po matce.
- Nigdy nie przestaniecie szydzić - mówi wesoło Sawyer. - Mam nadzieję, że wśród szamponów dla psa, które ona teraz kupi, znajdę swój.
- Tym bym się nie martwił - kwituje tata. - Jakoś nie brzmi to strasznie, nawet gdybyś przypadkiem wziął jego grzebień. Mnie zawsze przeraża świadomość, że ktoś, kto ma psa, może pomylić konserwy.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.