Jak ja nie cierpię świąt - Katarzyna Bester

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Cheryl

Wpa­ro­wu­ję do fir­my nie­mal spóź­nio­na, ale mój ga­lop ha­mu­je sto­ją­ca w holu cho­in­ka. Cze­kaj... Co, do ja­snej cho­le­ry? Na pew­no we­szłam do do­bre­go bu­dyn­ku, bo prze­cież od lat pra­cu­ję w Sul­li­van Says Yes - im­pe­rium mody ślub­nej. Marsz­czę brwi i szyb­ko ana­li­zu­ję, jaki mamy mie­siąc. Coś mnie omi­nę­ło? Zer­kam na te­le­fon. Hmm... Wszyst­ko się zga­dza.

- W paź­dzier­ni­ku? - rzu­cam do uśmie­cha­ją­ce­go się do mnie por­tie­ra.

- Pan Sul­li­van tak wy­my­ślił - od­po­wia­da i wzru­sza ra­mio­na­mi.

No do­brze, sko­ro wu­jek za­pla­no­wał Boże Na­ro­dze­nie jesz­cze przed Hal­lo­we­en, to kim ja je­stem, żeby się z nim kłó­cić. Nie od dziś wia­do­mo, że brat mo­jej mamy jest za­ko­cha­ny w świę­tach, cho­in­kach, pre­zen­tach i in­nych tego typu ak­cjach. Jesz­cze raz po­dejrz­li­wie spo­glą­dam na ogrom­ne drze­wo i ru­szam pro­sto do ga­bi­ne­tu mo­jej ku­zyn­ki, uta­len­to­wa­nej pro­jek­tant­ki, rze­ko­mej pre­ze­ski SSY, a za­ra­zem naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki, El­lie. Wcho­dzę do po­miesz­cze­nia z sze­ro­kim uśmie­chem i ku­szą­cą ofer­tą:

- Na­pi­je­my się kawy?

El­lie pod­no­si na mnie nie­wy­spa­ne spoj­rze­nie i mówi:

- Nie wiem, czy ko­fe­ina jest wska­za­na dla ma­tek kar­mią­cych.

- My­śla­łam, że o cią­ży i wy­cho­wa­niu dziec­ka wiesz wszyst­ko - na­bi­jam się. - Przez ostat­ni rok prze­czy­ta­łaś chy­ba z mi­liard ksią­żek o ma­cie­rzyń­stwie.

- Rze­czy­wi­stość prze­ro­sła moje przy­go­to­wa­nie teo­re­tycz­ne - oznaj­mia, po czym zie­wa. - A niech bę­dzie. Może po jed­nej ka­wie mło­da nie prze­sta­nie sy­piać w ogó­le.

- Zo­sta­wię u sie­bie płaszcz i za­raz wra­cam - obie­cu­ję, a na­stęp­nie bie­gnę do swo­je­go biur­ka. Pięć mi­nut póź­niej znów je­stem u El­lie i włą­czam jej eks­pres, któ­ry ostat­nie mie­sią­ce spę­dził na urlo­pie. - Oby nie za­po­mniał, jak się pra­cu­je - żar­tu­ję. - Za­pro­po­no­wa­ła­bym ci pump­kin spi­ce lat­te, ale po wi­zy­cie w holu prze­czu­wam, że masz na­strój ra­czej na coś pier­ni­ko­we­go.

El­lie chi­cho­cze, a jej gło­wa spo­czy­wa na opar­ciu fo­te­la. Moja ku­zyn­ka ma za­mknię­te oczy i ob­sta­wiam, że tyl­ko w pra­cy może po­zwo­lić so­bie na spo­koj­ną drzem­kę. Nie pod­ka­blu­ję jej, je­śli całą dzi­siej­szą zmia­nę prze­śpi. W domu ma na to nie­wiel­kie szan­se. Mała Hope zde­cy­do­wa­nie nie jest moc­na w spa­niu w nocy. W su­mie w cią­gu dnia też idzie jej kiep­sko.

- Tata wy­my­ślił so­bie od­świe­że­nie wi­ze­run­ku fir­my - wy­ja­śnia spo­koj­nie El­lie, na­wią­zu­jąc do mo­jej szy­de­ry z cho­in­ki. - Chce ude­rzyć z gru­bej rury, jak to ujął, czy­li se­sją zdję­cio­wą w świą­tecz­nym kli­ma­cie. Zdję­cia mu­szą po­wstać te­raz, je­śli chce­my wy­ko­rzy­stać je w grud­niu w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych i pra­sie.

- Ro­zu­miem, że za­mie­nia fir­mę w stu­dio zdję­cio­we - zga­du­ję, a ona przy­ta­ku­je. - Wu­jek ma fio­ła na punk­cie świąt. Zresz­tą odzie­dzi­czy­łaś to po nim.

- Mam na­dzie­ję, że Hope też taka bę­dzie.

- Mo­gła­by już po­czuć kli­mat świąt i dać wam się wy­spać w ra­mach pre­zen­tu gwiazd­ko­we­go.

- Gdy­bym mo­gła po­pro­sić Mi­ko­ła­ja o jed­ną rzecz, by­ło­by to wła­śnie to - przy­zna­je, a ja uśmie­cham się do niej cie­pło, bo na­praw­dę mi jej szko­da.

- Je­śli chcesz, mogę się nią za­jąć w któ­ryś dzień, a ty zgrze­szysz z po­dusz­ką.

- Je­steś moją ulu­bio­ną ku­zyn­ką.

- No ja my­ślę. - Pry­cham. - Masz tu kawę i opo­wiedz o tej se­sji. Kie­dy bę­dzie­cie po­zo­wać?

- Jak ubio­rą cho­in­kę. I nie tyl­ko my, ale wszy­scy. Tata za­pla­no­wał fot­ki w każ­dym dzia­le, że­by­śmy mo­gli póź­niej ko­rzy­stać do woli. Bę­dzie­my fo­to­gra­fo­wa­ni przy pra­cy, pod­czas ze­brań, a po­dob­no też przy de­ko­ro­wa­niu fir­my na Boże Na­ro­dze­nie. Mu­szę zna­leźć swój kar­ton z ozdo­ba­mi - gada do sie­bie i roz­glą­da się po biu­rze, jak­by już wę­szy­ła za tym pu­dłem peł­nym świe­ci­de­łek.

- Czy­li ja też będę mu­sia­ła po­zo­wać? - Krzy­wię się na tę wia­do­mość. - A nie mogę być wte­dy cho­ra?

- Nie wol­no ci cho­ro­wać, bo obie­ca­łaś za­jąć się moim gar­dzą­cym snem dziec­kiem - przy­po­mi­na mi, a na­stęp­nie za­nu­rza usta w ka­wie i prze­cią­gle wzdy­cha. - Tak sma­ku­je nie­bo, je­stem tego pew­na.

- Kie­dy star­tu­je ta nie­koń­czą­ca się se­sja zdję­cio­wa? - kon­ty­nu­uję po­zy­ski­wa­nie da­nych, choć nie je­stem pew­na, czy ku­zyn­ka mnie słu­cha, bo w tej chwi­li uśmie­cha się do kub­ka i chy­ba bez słów wy­zna­je mi­łość ko­fe­inie. - Halo? Zie­mia do El­lie.

- Co?

- Py­ta­łam o ter­min se­sji.

- Za­raz ci po­wiem. - Zry­wa na mo­ment kon­takt z obiek­tem swe­go uwiel­bie­nia i wer­tu­je le­żą­cy na biur­ku ka­len­darz. - Cho­in­ka ma być go­to­wa po­ju­trze, a fo­to­graf przyj­dzie w pią­tek, żeby usta­lić szcze­gó­ły. W po­nie­dzia­łek za­cznie się tu plą­tać z apa­ra­tem, chy­ba że sta­rusz­ka po­nie­sie i każe mu pstry­kać już w pią­tek, za­nim chłop zdą­ży wy­pić her­ba­tę. Bę­dzie miał do­stęp do każ­de­go miej­sca poza dam­ską to­a­le­tą. Tata za­mó­wił mnó­stwo zdjęć.

Wzdry­gam się na wspo­mnie­nie pew­ne­go fo­to­gra­fa, któ­re­go wo­la­ła­bym nie pa­mię­tać. Moja to­wa­rzysz­ka to za­uwa­ża i po­sy­ła mi py­ta­ją­ce spoj­rze­nie. Gło­śno wy­pusz­czam po­wie­trze, a na­stęp­nie tłu­ma­czę:

- Nie mam mi­łych wspo­mnień z fo­to­gra­fa­mi. Je­den był... No cóż, wart grze­chu, ale ni­cze­go wię­cej.

- Prze­le­cia­łaś go i zo­sta­wi­łaś? Żad­na no­wość.

- Nic z tych rze­czy. - Ma­cham dło­nią, pró­bu­jąc od­pę­dzić wi­zje. - Szko­da ga­dać. To był wred­ny typ, więc bez sen­su o nim opo­wia­dać. Jak znam ży­cie, twój tata wy­na­jął ja­kie­goś fa­chow­ca z wyż­szej pół­ki, więc nie spo­dzie­wam się, że wkro­czy tu tam­ten pa­jac.

- Nie mam po­ję­cia, jak ko­leś wy­glą­da, bo to ja­kiś zna­jo­my Mi­le­sa. Robi su­per zdję­cia, więc tata na­tych­miast się zde­cy­do­wał, jak tyl­ko mój mąż po­le­cił tego typa. Jest chy­ba nie­wiel­ka szan­sa, że w tak du­żym mie­ście jak Nowy Jork pa­dło aku­rat na twój nie­do­szły sek­su­al­ny kosz­mar, ale spraw­dzę na­zwi­sko - pro­po­nu­je, znów wle­pia­jąc wzrok w ka­len­darz.

- Los mu­siał­by być ku­ta­sem - mó­wię we­so­ło.

- Dal­las Lan­ca­ster - czy­ta El­lie i pa­trzy na mnie uważ­nie.

Kawa prze­sta­je mi sma­ko­wać i pra­wie się nią dła­wię. Na­tych­miast robi mi się zim­no i go­rą­co jed­no­cze­śnie. Przez mo­ment łu­dzę się, że się prze­sły­sza­łam, ale wiem, że z moim słu­chem wszyst­ko w po­rząd­ku. Dla­cze­go ży­cie po­sta­no­wi­ło tak mi do­srać? Pie­przo­ny Dal­las Lan­ca­ster. Za ja­kie grze­chy?

- O kur­wa - szep­czę. - Chy­ba jed­nak będę wte­dy cho­ra.

Rozdział drugi

Dallas

Prze­glą­dam stro­nę fir­my Sul­li­van Says Yes i je­stem prze­ko­na­ny, że będą za­chwy­ce­ni mo­imi zdję­cia­mi. Ich po­przed­ni fo­to­graf to ja­kiś ama­tor. Cie­szę się, że Mi­les mnie po­le­cił. Nie zna­my się dłu­go, bo le­d­wo rok, ale to po­rząd­ny fa­cet i do­bry spe­cja­li­sta. Wy­pi­li­śmy ra­zem dwa piwa po spo­tka­niu u wspól­ne­go klien­ta i ja­koś tak wy­szło, że zo­sta­li­śmy kum­pla­mi. Ja też po­le­cam jego usłu­gi, gdy ktoś szu­ka do­bre­go gra­fi­ka.

Sku­piam się na zle­ce­niu od Sul­li­va­na i uśmie­cham się sam do sie­bie. Lu­bię świę­ta, więc każ­da bo­żo­na­ro­dze­nio­wa se­sja sta­no­wi dla mnie czy­stą przy­jem­ność. A szcze­gól­nie tak dłu­ga se­sja i tak do­brze płat­na. Nie mogę się do­cze­kać, aż prze­kro­czę próg fir­my i za­cznę pla­no­wać uję­cia.

Z roz­my­ślań o świet­nym zle­ce­niu wy­ry­wa mnie dźwięk te­le­fo­nu. Prze­wra­cam ocza­mi, cze­go roz­mów­czy­ni na szczę­ście nie wi­dzi, a na­stęp­nie od­bie­ram po­łą­cze­nie.

- Dom spo­koj­nej sta­ro­ści - rzu­cam. - Je­śli je­steś za­in­te­re­so­wa­ny ofer­tą, wy­bierz je­den.

- Dal­las, tyle razy cię pro­si­łam, że­byś do­rósł, gdy ze mną roz­ma­wiasz.

Po­wstrzy­mu­ję śmiech, choć jest to trud­ne.

- Co tam u cie­bie, mamo?

- Za­czę­łam pla­no­wać świę­ta, więc dzwo­nię, żeby za­py­tać, czy przy­je­dziesz w koń­cu z ja­kąś uro­czą dziew­czy­ną.

- A mogę przy­wieźć chło­pa­ka?

Milk­nie, a mnie co­raz trud­niej po­ha­mo­wać we­so­łość.

- Je­śli to coś po­waż­ne­go... - za­czy­na, ale prze­ry­wam jej śmie­chem. - Dal­las, bła­gam cię, po­roz­ma­wiaj ze mną po­waż­nie.

- Po­waż­nie? Sama za­czę­łaś z tą uro­czą dziew­czy­ną, więc my­śla­łem, że dzwo­nisz po­żar­to­wać.

War­czy do słu­chaw­ki, a ja da­lej się śmie­ję.

- Two­ja sio­stra przy­la­tu­je już na po­cząt­ku grud­nia - opo­wia­da mama. - Zo­sta­ną aż do No­we­go Roku. Bę­dziesz miał czas dla sio­strzeń­ców?

- Wiesz, że je­stem ich uko­cha­nym wuj­kiem i za­wsze znaj­du­ję dla nich chwi­lę.

- Wiem, wiem. - Wzdy­cha do słu­chaw­ki. - Choć wo­la­ła­bym, że­byś miał już swo­je dzie­ci. Jak two­ja sio­stra i twój brat.

- Mają ra­zem dzie­ci? Fu, to obrzy­dli­we.

- Dal­las!

Wy­obra­żam so­bie, że wła­śnie bez­sil­nie za­ci­ska pięść i tu­pie nogą, a tata ma z niej nie­zły ubaw. Po­czu­cie hu­mo­ru zde­cy­do­wa­nie odzie­dzi­czy­łem po sta­rusz­ku. Moje ro­dzeń­stwo nie do koń­ca ro­zu­mie na­sze żar­ty, a mama to już w ogó­le.

- Dziec­ko, pro­szę cię, ogar­nij się. Za­cho­wu­jesz się jak oj­ciec.

- Czy­li jak?

- Jak­byś miał osiem lat, a nie trzy­dzie­ści trzy.

- Tata ma trzy­dzie­ści trzy lata? To cie­ka­we, bo mie­siąc temu na tor­cie uro­dzi­no­wym miał na­pi­sa­ne "go­rą­cy sześć­dzie­się­cio­la­tek".

Mama po­now­nie wzdy­cha, ale nie wiem, czy cho­dzi o roz­mo­wę ze mną, czy o wspo­mnie­nie tor­tu, któ­ry sam za­ma­wia­łem. Pa­mię­tam, jak go do­star­czo­no. Sio­stra chcia­ła mnie za­bić no­żem, szwa­gier na­gle mu­siał wyjść i gdzieś za­dzwo­nić, brat się śmiał, jego żona spa­li­ła bu­ra­ka, a ma­tu­la tyl­ko krę­ci­ła gło­wą. Za to oj­ciec był za­chwy­co­ny. Moja roz­mów­czy­ni chwi­lę na­rze­ka na nas obu, a po­tem przy­po­mi­na mi, że­bym nie za­po­mniał o ro­dzin­nych świę­tach. Te­mat uro­czej dziew­czy­ny nie wra­ca, ale wiem, że to chwi­lo­we. Ce­lem ży­cia mo­jej mat­ki jest wy­swa­ta­nie mnie i do­pil­no­wa­nie, abym spło­dził po­tom­stwo. To cie­ka­we, że ro­dzi­ce czę­sto mają zu­peł­nie inną wi­zję na­sze­go ży­cia niż my sami.

Koń­czę bez­owoc­ną dys­ku­sję z ro­dzi­ciel­ką i wra­cam do prze­glą­da­nia stro­ny mo­je­go naj­now­sze­go zle­ce­nio­daw­cy. Już w pią­tek udam się do fir­my i zo­ba­czę na żywo tę po­tę­gę ryn­ku mody ślub­nej. Pa­mię­tam, że jak mój brat się że­nił, to jego jesz­cze wte­dy na­rze­czo­na ko­niecz­nie mu­sia­ła mieć suk­nię SSY. Na­wet moja mat­ka, mi­strzy­ni pla­no­wa­nia ży­cia wła­snym dzie­ciom, mia­ła już dość oglą­da­nia ko­lej­nych mo­de­li. Na szczę­ście mnie to nie do­ty­czy­ło i do­ty­czyć ra­czej nie bę­dzie, a na pew­no nie mam za­mia­ru brać ślu­bu przed czter­dziest­ką. Naj­pierw war­to po­znać ży­cie, po­ob­ser­wo­wać inne pary, a do­pie­ro po­tem de­cy­do­wać się na strzał w ko­la­no.

- Go­to­wy? - pyta moja ko­le­żan­ka Jen, za­glą­da­jąc do mo­je­go ma­łe­go biu­ra.

- Ja­sne - za­pew­niam, po czym wkła­dam płaszcz i bio­rę apa­rat. - Mo­że­my je­chać.

Po­zna­łem Jen­ni­fer, gdy wkur­wio­ny wy­sze­dłem od by­łe­go pra­co­daw­cy. Ona aku­rat zmie­rza­ła na roz­mo­wę o pra­cę na moje miej­sce, ale coś ją tknę­ło i za­da­ła mi kil­ka py­tań. Nie oszczę­dzi­łem Ro­ber­ta w swo­jej wy­po­wie­dzi, więc jego po­ten­cjal­na nowa pra­cow­nicz­ka od razu zre­zy­gno­wa­ła z eta­tu u szo­wi­ni­sty z prze­ro­śnię­tym ego i z ten­den­cją do za­po­mi­na­nia o pła­ce­niu za­trud­nio­nym oso­bom. Wte­dy, na par­kin­gu przed fir­mą Jen za­pro­po­no­wa­ła mi otwar­cie wła­sne­go biz­ne­su i wy­na­ję­cie wspól­ne­go stu­dia. By­łem w ta­kim szo­ku, że na to przy­sta­łem. Wkrót­ce miną dwa lata, od­kąd pra­cu­je­my w tym sa­mym bu­dyn­ku i mamy wspól­ną księ­go­wą. Jen spe­cja­li­zu­je się w fo­to­gra­fii ślub­nej, ja wolę se­sje wi­ze­run­ko­we, ale je­śli Jen ła­pie duże zle­ce­nie, czę­sto an­ga­żu­je mnie do po­mo­cy. Ona nie za­po­mi­na pła­cić.

- Spo­ro lu­dzi bę­dzie na tej se­sji na­rze­czeń­skiej - mó­wię, kie­dy wsia­da­my do auta.

- Po­myśl, ile bę­dzie na we­se­lu, sko­ro te­raz za­pra­sza­ją ro­dzi­ców, ro­dzeń­stwo i świad­ków. - Moja ko­le­żan­ka pry­cha. - Nie ro­zu­miem, jak moż­na ro­bić im­pre­zę na trzy­sta osób tyl­ko po to, żeby przy­po­do­bać się ta­tu­sio­wi.

- Ty tego ni­g­dy nie zro­zu­miesz, bo utrzy­mu­jesz się sama, ale ta cała - zer­kam szyb­ko na wy­druk - Ka­ren ni­g­dy nie ode­rwie się od port­fe­la ojca. Opo­wia­da­łaś mi, jak przy­szli za­py­tać o ofer­tę.

- To było kosz­mar­ne - szep­cze Jen. Pro­wa­dzi jak Vin Die­sel w Szyb­kich i wście­kłych. - La­ska ma dwa­dzie­ścia pięć lat, a sie­dzia­ła ojcu na ko­la­nach, py­ta­jąc, ile może wy­dać. Jej ma­rze­niem jest go­to­wa­nie obia­dów dla męża i wy­bie­ra­nie za­słon do sa­lo­nu. Chcia­ło mi się rzy­gać. Cie­szy­łam się, jak już wy­szli.

- Ale przy­ję­łaś zle­ce­nie - za­uwa­żam ze śmie­chem.

- Bo lu­bię for­sę. Też byś przy­jął.

- Oj, chy­ba nie.

- Przy­jął­byś. Na we­se­lu ma być mo­tyw Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

- Przy­jął­bym - po­twier­dzam na­tych­miast, a ona wy­bu­cha śmie­chem. - Masz po­moc­ni­ka na ten bo­żo­na­ro­dze­nio­wy bal?

- Od razu do­ga­da­łam się z Edem.

Ed jest trze­cią oso­bą, któ­ra oku­pu­je stu­dio. Le­d­wo otwo­rzy­li­śmy, a on na­tych­miast do nas tra­fił, żeby za­pro­po­no­wać po­dział kosz­tów. Spe­cja­li­zu­je się w fo­to­gra­fii pro­duk­to­wej, ale lubi wy­sko­czyć na se­sję w tłu­mie, żeby nie zdzi­wa­czeć, a przy­naj­mniej tak twier­dzi.

- Ja i tak chy­ba będę wte­dy u Sul­li­va­na lub będę ob­ra­biać ma­te­riał dla nie­go - przy­po­mi­nam, uda­jąc, że mi przy­kro.

- Nie na­bie­rzesz mnie, że wo­lał­byś pa­trzeć na mło­dą parę, za­miast pstry­kać fot­ki w jed­nej z naj­bar­dziej wy­pa­sio­nych firm w mie­ście.

- Masz ra­cję. Bo­żo­na­ro­dze­nio­we we­se­le na po­cząt­ku grud­nia musi się obyć beze mnie, bo będę wte­dy koń­czył zle­ce­nie, któ­re po­zwo­li mi wy­mie­nić apa­rat na naj­droż­szy mo­del na ryn­ku.

- Szczę­ściarz - stwier­dza Jen. - Ja mu­szę zro­bić trzy we­se­la bo­ga­czy, żeby dojść do ta­kie­go mo­men­tu. Za­cznę do cie­bie mó­wić "pro­szę pana".

- Mogę wspo­mnieć o to­bie u Sul­li­va­na. Prze­cież to bran­ża ślub­na. Może nie mają za­ufa­ne­go eks­per­ta od fo­to­gra­fo­wa­nia ko­biet prze­bra­nych za bezy.

Jen się śmie­je, ale gro­zi pal­cem i oznaj­mia:

- Le­piej nie wy­ska­kuj tam z be­za­mi, bo jesz­cze zre­zy­gnu­ją z two­ich usług i przy­pad­kiem zgło­szą się do mnie.

- Nie zro­bi­ła­byś mi tego.

- Za taki hajs zro­bi­ła­bym to wła­snej mat­ce.

- Mu­szę prze­strzec przed tobą Eda.

- Wiesz, że on śred­nio ogar­nia żar­ty. Jak przez cie­bie zre­zy­gnu­je z bo­żo­na­ro­dze­nio­we­go we­se­la, to urwę ci jaja.

- Moja mat­ka by­ła­by za­ła­ma­na - kwi­tu­ję. - Ode­bra­ła­byś jej na­dzie­ję na wnu­ki.

- Prze­cież ma wnu­ki. Opo­wia­da­łeś o sio­strzeń­cach i bra­tan­ku. Mało jej?

- Może ma­rzy jej się dru­ży­na ko­szy­ków­ki i bra­ku­je jej jed­ne­go za­wod­ni­ka.

- Jest fan­ką? - pyta Jen, a ja za­czy­nam uda­wać głos mo­jej mamy:

- Po co tyle wy­da­li­ście na te bi­le­ty? Żeby zo­ba­czyć, jak dry­bla­sy ko­złu­ją? Nie le­piej było coś za to ku­pić do domu? Mik­ser mi się psu­je.

Moja to­wa­rzysz­ka za­no­si się śmie­chem, prze­mie­rza­jąc bra­wu­ro­wo ko­lej­ne prze­czni­ce. Nie wiem, ja­kim cu­dem za­wsze uda­je jej się omi­nąć kor­ki i do­ci­snąć gaz, ale na­uczy­łem się już nie re­ago­wać na te jej wy­czy­ny. Nie od­zy­wam się i nie każę jej zwol­nić. Jak do­sta­nie kie­dyś man­dat za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści, to przy­naj­mniej nie za­ser­wu­ję jej tego prze­sta­rza­łe­go "a nie mó­wi­łem". Bo nie mó­wię. Mam po pro­stu na­dzie­ję, że tego dnia będę jej pa­sa­że­rem i stwier­dzę gło­śno: "Może nie­po­trzeb­nie tyle wy­pi­łaś do śnia­da­nia". Pew­nie i ona, i po­li­cjant nie będą za­chwy­ce­ni, ale ja uznam to za wspa­nia­ły dzień.

Rozdział trzeci

Cheryl

My­śla­łam, że nowa szmat­ka po­pra­wi mi hu­mor, tym­cza­sem od­kła­dam błę­kit­ny swe­ter na pół­kę i wy­cho­dzę ze skle­pu. To jed­nak nie to. Krą­żę po du­żym cen­trum han­dlo­wym, ale sama nie wiem, na co mam ocho­tę. To zna­czy wiem, ale od dłuż­sze­go cza­su po­zna­wa­ni w klu­bach i przez apli­ka­cję rand­ko­wą męż­czyź­ni nie dają mi sa­tys­fak­cji, a je­dy­nie po­czu­cie bez­na­dziei. Może przy­god­ny seks spra­wia ra­dość je­dy­nie przed trzy­dziest­ką, tyl­ko nikt mnie nie uprze­dził i zmar­no­wa­łam kil­ka nocy na za­ba­wy z fa­ce­ta­mi, któ­rzy nie byli tego war­ci. Chy­ba się sta­rze­ję.

- Żad­nych męż­czyzn do koń­ca roku - szep­czę do sie­bie. - Albo i dłu­żej.

Po pod­ję­ciu tej - jak­że doj­rza­łej - de­cy­zji, po­sta­na­wiam po­le­gać je­dy­nie na wi­bra­to­rze. Jego za­wsze mogę po pro­stu wrzu­cić do szu­fla­dy, je­śli ze­chcę po­być sama. No i nie bę­dzie mi opo­wia­dał o so­bie, za­miast wziąć się do ro­bo­ty. Nie mu­szę się też za­sta­na­wiać, czy umył zęby przed noc­ny­mi igrasz­ka­mi albo czy wie, co to an­ty­per­spi­rant. No i oszczę­dzę na pre­zer­wa­ty­wach. Tak, to ge­nial­ny po­mysł. Z nową ener­gią do­pi­su­ję do li­sty za­ku­pów ba­te­rie do wi­bra­to­ra, po czym kie­ru­ję się w stro­nę su­per­mar­ke­tu. Może za­czę­ła­bym o sie­bie dbać? Ugo­to­wa­ła ja­kąś zupę? Albo zja­dła sa­łat­kę? Cho­le­ra, chy­ba przed­wcze­śnie do­pa­da mnie moc przy­rze­czeń no­wo­rocz­nych. To pew­nie przez tę pie­przo­ną cho­in­kę, któ­ra opa­no­wa­ła fir­mę. No i przez wi­zję po­ja­wie­nia się ko­lej­nych. Mam wra­że­nie, że już gru­dzień.

Za­nim we­zmę do ręki ko­szyk, szyb­ko do­da­ję do li­sty kil­ka wa­rzyw. Ro­bię to z przy­zwy­cza­je­nia. Za­wsze cho­dzę na za­ku­py z li­stą, w prze­ciw­nym ra­zie za­po­mnę ku­pić tego, co jest mi naj­bar­dziej po­trzeb­ne, a w domu wy­ży­ję się na drzwiach lo­dów­ki lub ja­kiejś nie­win­nej szaf­ce. Czy to nie ko­lej­na ozna­ka sta­rze­nia się?

- Sa­ła­ta - ga­dam do sie­bie, prze­glą­da­jąc za­war­tość skle­po­wych pó­łek.

Wy­bie­ra­nie tego, co ma mi za­pew­nić lep­sze zdro­wie, jest za­je­bi­ście mę­czą­ce, dla­te­go do­rzu­cam do ko­szy­ka pacz­kę cia­stek, żeby po­zy­skać nie­zbęd­ną do dzia­ła­nia ener­gię. Spo­glą­dam na mój spis pro­duk­tów, po czym za­trzy­mu­ję się przy skrzyn­kach z owo­ca­mi. Na­chy­lam się, żeby się­gnąć po ba­na­na, a w tym cza­sie tuż za mo­imi ple­ca­mi roz­le­ga się gło­śne par­sk­nię­cie. Od­wra­cam się i za­mie­ram na wi­dok śmie­ją­ce­go się męż­czy­zny.

- Pro­szę wy­ba­czyć - mówi - ale przy­pad­kiem zer­k­ną­łem na li­stę za­ku­pów.

Na­tych­miast łą­czę krop­ki i przy­po­mi­nam so­bie na­ba­zgra­ne wiel­ki­mi li­te­ra­mi "BA­TE­RIE DO WI­BRA­TO­RA". No cóż, jak już wspo­mnia­łam, za­pi­su­ję wszyst­ko.

- Co w niej ta­kie­go za­baw­ne­go? - na­ska­ku­ję na ko­le­sia, krzy­żu­jąc ra­mio­na na pier­si. W dło­ni wciąż dzier­żę ba­na­na. - A w ogó­le to ład­nie tak czy­tać cu­dze no­tat­ki?

- Wi­dzę, że ktoś tu chy­ba ma PMS - stwier­dza na­tych­miast i ze śmie­chem od­cho­dzi.

Na mo­ment za­po­mi­nam ję­zy­ka w gę­bie i za­ci­skam pię­ści, nie­mal uszka­dza­jąc upo­lo­wa­ny owoc. Kie­dy wy­my­ślam ri­po­stę, na któ­rą jest za póź­no, ze zło­ści tu­pię nogą, a mała dziew­czyn­ka po dru­giej stro­nie alej­ki pa­trzy na mnie z cie­ka­wo­ścią i po­wta­rza mój gest. Wrzu­cam ba­na­na do ko­szy­ka i wku­rzo­na idę do pół­ki z ba­te­ria­mi. Ża­den pa­jac nie bę­dzie się na­bi­jał z mo­ich po­trzeb. A tak w ogó­le to co on tu, do chu­ja pana, robi?

W pra­cy od wej­ścia ata­ku­je mnie świą­tecz­ny na­strój. Nie że­bym była fan­ką, ale ogrom­na cho­in­ka, któ­rej szczyt zwień­czo­no wczo­raj wiel­ką gwiaz­dą, na­praw­dę robi wra­że­nie. Nie dzi­wię się, gdy przy drze­wie za­uwa­żam wpa­trzo­ną w po­ły­sku­ją­ce ozdo­by El­lie.

- Pięk­na, praw­da? - za­ga­ja, kie­dy do niej pod­cho­dzę.

- Ja­sne. Ten cały fo­to­graf już przy­szedł?

- Tak. Jest u taty. - El­lie się krzy­wi. - Mogę spró­bo­wać za­ga­dać i może uda mi się od­wieść ojca od fo­tek w wa­szym dzia­le. W koń­cu je­stem pra­wie pre­ze­sem, tyl­ko sta­ru­szek wciąż nie po­tra­fi po­że­gnać się z fir­mą.

- Je­steś ko­cha­na - mó­wię i kła­dę jej dłoń na ra­mie­niu. - Wiesz jed­nak rów­nie do­brze jak ja, że w tym sa­mym dzia­le pra­cu­je twój brat, a on ni­g­dy nie prze­ga­pił­by oka­zji do ro­bie­nia z sie­bie gwiaz­dy przed obiek­ty­wem.

Ku­zyn­ka za­ci­ska usta, ale i tak się chi­chra. Po­twier­dza moje sło­wa kiw­nię­ciem gło­wą, a po­tem za­pra­sza mnie do sie­bie na kawę i plot­ki.

- Ko­fe­ina jed­nak nie za­szko­dzi­ła ma­łej? - do­cie­kam roz­ba­wio­na.

- Wy­obraź so­bie, że wczo­raj przy­je­cha­ła moja mama i stwier­dzi­ła, że mu­szą z tatą w koń­cu od­wa­żyć się na eme­ry­tu­rę, a naj­lep­szym spo­so­bem na to jest od­da­nie się opie­ce nad wnucz­ką. - Szcze­rzy się, uru­cha­mia­jąc eks­pres. - Za­bra­li Hope na dwu­go­dzin­ny spa­cer, a ja chra­pa­łam jak niedź­wiedź.

- Skąd wiesz, że chra­pa­łaś, sko­ro by­łaś po­grą­żo­na we śnie?

Ukła­da usta w dzió­bek, a po­tem od­po­wia­da ci­cho:

- Mi­les mnie na­grał.

Za­czy­nam się śmiać jak opę­ta­na, a El­lie do mnie do­łą­cza. Po chwi­li jed­nak po­da­je mi ku­bek i pyta za­tro­ska­na:

- Z tym ca­łym Dal­la­sem to było coś na po­waż­nie?

- Zde­cy­do­wa­nie nie. Są­dzę też, że on na­wet tego nie pa­mię­ta.

- Skąd ten wnio­sek?

- Spo­tka­łam go wczo­raj w skle­pie i za­cho­wy­wał się, jak­bym była obcą oso­bą.

- Albo ma fa­tal­ną pa­mięć, albo jest zwy­kłym ku­ta­sem - oświad­cza El­lie.

- Ob­sta­wiam obie opcje - in­for­mu­ję, a na­stęp­nie wra­cam na chwi­lę do kiep­skich wspo­mnień zwią­za­nych z Lan­ca­ste­rem i do­da­ję: - Kie­dy się z nim spo­tka­łam po raz pierw­szy, za­cho­wał się jak świ­nia, więc moż­li­we, że te­raz robi to samo. Ale naj­waż­niej­sze, żeby fot­ki były ład­ne.

- Przy­kro mi, że bę­dziesz się mę­czyć w jego to­wa­rzy­stwie, Che­ryl. Może po­proś Jor­da­na, żeby po­zo­wał za was dwo­je? - pro­po­nu­je i pusz­cza do mnie oko.

- On mógł­by po­zo­wać za cały dział - kwi­tu­ję we­so­ło.

Jor­dan na­psuł nam krwi dwa lata temu, kie­dy jako je­dy­ne zwie­trzy­ły­śmy jego plan prze­ję­cia fir­my i sprze­da­nia jej pew­ne­mu pod­łe­mu gno­mo­wi. Oka­za­ło się jed­nak, że war­to wie­rzyć w cuda, bo brat El­lie prze­szedł me­ta­mor­fo­zę oso­bo­wo­ści i dzi­siaj jest przy­zwo­itym czło­wie­kiem, choć na­dal ma par­cie na sła­wę. Wy­ba­cza­my mu to jed­nak, bo na­praw­dę się zmie­nił. No i gdy­by nie jego in­try­gi, moja ku­zyn­ka nie po­zna­ła­by swo­je­go obec­ne­go męża, w któ­re­go jest wpa­trzo­na jak w bo­żysz­cze, zresz­tą z wza­jem­no­ścią.

- Opo­wiesz mi wię­cej o swo­ich do­świad­cze­niach z fo­to­gra­fem? - drą­ży żąd­na plo­tek El­lie.

- Nie te­raz. Nie chcę się de­ner­wo­wać przed spo­tka­niem oko w oko z tym młot­kiem.

- Gdy­bym wie­dzia­ła, że Mi­les ma ta­kich ko­le­gów, za­bro­ni­ła­bym mu się z nimi za­da­wać - pró­bu­je żar­to­wać. - Nie są­dzi­łam, że mój mąż tak cię wko­pie, ale on chy­ba lubi tego Lan­ca­ste­ra.

- Twój mąż lubi wszyst­kich. No do­bra, pra­wie - za­zna­czam, przy­po­mi­na­jąc so­bie byłą dziew­czy­nę Mi­le­sa. - Pa­mię­tasz tego we­te­ry­na­rza, z któ­rym spo­ty­ka­łam się dwa lata temu?

- Dona? Ja­sne. Do dziś ko­rzy­sta­my z jego usług, kie­dy Szam­pon lub Płat­ki tego wy­ma­ga­ją.

- Nie dzi­wi mnie to, bo Mi­les pra­wie pła­kał, kie­dy oznaj­mi­łam, że prze­sta­łam wi­dy­wać się z Do­nem. Mam wra­że­nie, że wy­brał jego ga­bi­net, żeby tyl­ko nie stra­cić kon­tak­tu.

- Mo­żesz mieć ra­cję, bo na­ci­skał, żeby za­wo­zić koty wła­śnie tam, a prze­cież to ka­wał dro­gi - zga­dza się ze mną. - Nic nie po­ra­dzę na to, że wy­szłam za ta­kie­go do­bre­go czło­wie­ka.

- Nie wiem, czy to nie zbyt de­li­kat­ne okre­śle­nie.

- Nie na­zy­waj mo­je­go męża piz­dą - ostrze­ga, ale się śmie­je.

- Ja nic nie po­wie­dzia­łam. - Po­sy­łam jej sze­ro­ki uśmiech. - Ale przy­znaj, że z Do­nem pra­wie je­dli so­bie z dziób­ków.

- Na­dal to ro­bią, gdy trze­ba za­szcze­pić koty - wy­zna­je i za­baw­nie marsz­czy nos. - Ostat­nio uci­na­li so­bie po­ga­węd­kę tak dłu­go, że Płat­ki po­sta­no­wi­ła w koń­cu ugryźć Dona w rękę.

- Przy­naj­mniej ona mnie nie za­wio­dła - oznaj­miam, a w tej chwi­li otwie­ra­ją się drzwi i do biu­ra El­lie wkra­cza jej brat: - Pa­trz­cie, kogo li­cho nie­sie - rzu­cam na po­wi­ta­nie.

- Cie­bie też miło wi­dzieć, Che­ryl. - Jor­dan pro­mie­nie­je. - Zgad­nij­cie, w czy­im dzia­le bę­dzie dzi­siaj ubie­ra­na cho­in­ka i gdzie fo­to­graf zro­bi pierw­szą ge­nial­ną se­sję.

Nie mu­szę zga­dy­wać, bo po jego mi­nie wiem, co mnie dzi­siaj cze­ka. Do­pie­ro te­raz od­kry­wam, że nie je­stem go­to­wa na ob­co­wa­nie z Lan­ca­ste­rem. No i na świę­ta w li­sto­pa­dzie. Ta cała sy­tu­acja wy­da­je się ja­kimś nie­po­ro­zu­mie­niem, po­dob­nie jak wczo­raj­sze za­cho­wa­nie Dal­la­sa. Taki jest cwa­ny? Bę­dzie trak­to­wał mnie tak, jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło? Nie mam za­mia­ru brać udzia­łu w jego szop­ce. Wzdy­cham, po­sy­łam El­lie zna­czą­ce spoj­rze­nie, a po­tem oświad­czam Jor­da­no­wi:

- Mnie chy­ba roz­kła­da prze­zię­bie­nie. Od ju­tra mogę być cho­ra.

Rozdział czwarty

Dallas

Mam wra­że­nie, że je­stem w po­ko­ju dzie­się­cio­lat­ka, a nie w biu­rze do­ro­słe­go fa­ce­ta. Sul­li­van opo­wia­da mi o tym, jak ozdo­bi swój ga­bi­net, pięć razy pyta, co my­ślę o cho­in­ce w holu, a po­tem po­ka­zu­je świą­tecz­ny swe­ter, któ­ry ku­pił so­bie spe­cjal­nie na tę oka­zję. Uśmie­cham się i nie wie­rzę, że tacy lu­dzie na­praw­dę ist­nie­ją. Ten ko­leś po pro­stu ko­cha Boże Na­ro­dze­nie i jest za­fik­so­wa­ny na punk­cie se­sji, któ­rą wy­ko­na­my przy cho­in­ce. Ma po­nad sześć­dzie­siąt lat, a za­cho­wu­je się jak mały chło­piec, któ­ry wła­śnie do­stał od Mi­ko­ła­ja naj­now­sze Lego. Wy­bit­na per­so­na. Chciał­bym go za­to­pić w bursz­ty­nie i no­sić przy so­bie.

- Tak się cie­szę, że Mi­les pana po­le­cił - za­chwy­ca się sta­ru­szek. - Do­brze się zna­cie?

- Z pra­cy, więc nie na­zwał­bym tego przy­jaź­nią, ale kto wie, co przy­nie­sie los.

- Ra­cja, ra­cja. A jak się panu po­do­ba na­sza cho­in­ka?

Ha­mu­ję śmiech, bo od ostat­nie­go py­ta­nia mi­nę­ło za­le­d­wie pięć mi­nut. Za­le­ży mi jed­nak na tym zle­ce­niu, no i po­lu­bi­łem tego po­ciesz­ne­go czło­wie­ka, więc od­po­wia­dam:

- Jest fan­ta­stycz­na.

Pan pre­zes klasz­cze w dło­nie i uśmie­cha się sze­ro­ko. Na­stęp­nie jego wzrok spo­czy­wa na otwie­ra­ją­cych się drzwiach, przez któ­re wcho­dzi zna­na mi z me­diów oso­ba. Por­ta­le plot­kar­skie ko­cha­ją to na­zwi­sko. Pa­mię­tam, jak dwa lata temu Jor­dan Sul­li­van oświad­czył się Am­ber Cage w jed­nej z wy­pa­sio­nych re­stau­ra­cji. Kil­ka mie­się­cy póź­niej w tej sa­mej knaj­pie do­ko­nał swo­je­go co­ming outu i zjadł ko­la­cję z chło­pa­kiem. Cie­ka­wa po­stać. Kie­dy wi­dzę, jak za­ma­szy­stym kro­kiem prze­mie­rza biu­ro swe­go ojca, czu­ję, że oto wła­śnie po­zna­łem gwiaz­dę se­sji zdję­cio­wej dla SSY.

- Jor­dan, mój syn - nie­po­trzeb­nie przed­sta­wia przy­by­łe­go pan Sul­li­van.

Jego la­to­rośl wy­ko­nu­je coś w sty­lu ob­ro­tu, zu­peł­nie jak­by my­ślał, że jest go­spo­da­rzem pro­gra­mu roz­ryw­ko­we­go. Za­po­wia­da się in­te­re­su­ją­co.

- Wresz­cie bę­dzie­my mie­li nowe zdję­cia - stwier­dza ra­do­śnie i po­da­je mi dłoń. - Mów­my so­bie po imie­niu. W koń­cu je­steś ko­le­gą mo­je­go szwa­gra.

- Dal­las, miło mi.

- Wpraw­dzie to moja sio­stra przej­mu­je wła­dzę po ro­dzi­cach - wy­ja­śnia i pusz­cza do mnie oko - ale to od mo­je­go dzia­łu za­cznie­my fo­to­gra­fo­wać świą­tecz­ne przy­go­to­wa­nia w SSY. Go­tów?

- Uro­dzi­łem się go­tów.

- Też tak za­wsze mó­wię, choć nie lu­bię we­ster­nów - rzu­ca i szcze­rzy się do mnie. - Po­ry­wam go, tato. Już wy­cią­gną­łem cho­in­kę i ozdo­by. Nie czu­ję świąt, gdy na scho­dach wszy­scy mają jesz­cze dy­nie, ale na po­trze­by wi­ze­run­ku je­stem w sta­nie na­wet po­sy­pać się bro­ka­tem.

Nie wąt­pię, ale za­cho­wu­ję te prze­my­śle­nia dla sie­bie, co rzad­ko mi się zda­rza. Mu­szę za­py­tać Mi­le­sa, dla­cze­go tak nie­wie­le mówi o fe­no­me­nie swo­je­go szwa­gra. Jak­bym miał ta­kie­go ga­gat­ka w ro­dzi­nie, to każ­de­mu bym o nim opo­wia­dał. Po­dą­żam za mło­dym Sul­li­va­nem i po­dzi­wiam ele­ganc­kie po­miesz­cze­nia, któ­re mi­ja­my. Jest tu do­bre świa­tło, więc fot­ki po­win­ny wy­drzeć wszyst­kich z bu­tów.

- Dłu­go dzia­łasz w bran­ży? - za­ga­ja Jor­dan, prze­ry­wa­jąc mo­ment ci­szy.

- Pra­wie dzie­sięć lat. Od dwóch jako wol­ny strze­lec.

- Su­per. Ro­bisz też ślu­by?

- Cza­sa­mi, ale moja ko­le­żan­ka się w tym spe­cja­li­zu­je, więc mogę ją po­le­cić.

- Przy­da mi się na przy­szłość. - Otwie­ra szkla­ne drzwi i wkra­cza­my w ob­szar pe­łen biu­rek. - Wi­taj w cen­trum fi­nan­so­wym fir­my. Tu do­ko­nu­je­my trans­ak­cji, ne­go­cju­je­my wa­run­ki, ogól­nie dba­my o hajs.

Roz­glą­dam się po twa­rzach obec­nych. Spo­ro osób tu pra­cu­je. Na­gle mój wzrok pada na ko­goś, kto sie­dzi od­wró­co­ny do mnie ple­ca­mi. Po­zna­ję te loki, wi­dzia­łem je wczo­raj, a przy­naj­mniej wy­glą­da­ją bar­dzo zna­jo­mo. Gdy dziew­czy­na zer­ka po­nad ra­mie­niem, nie mam już wąt­pli­wo­ści, że to wła­śnie ona - Pan­na Ba­te­rie do Wi­bra­to­ra. Za­czy­nam się chi­chrać, na co ona prze­wra­ca ocza­mi i po­now­nie kie­ru­je gło­wę w stro­nę ekra­nu kom­pu­te­ra.

- Ko­cha­ni! - woła Jor­dan. - Po­rzu­ca­my pra­cę i idzie­my ubie­rać cho­in­kę. Uśmie­chaj­cie się, na­wet je­śli ma­cie kiep­ski dzień, bo te zdję­cia tra­fią na Fej­sa fir­my i musi bić od nich czy­sta ra­dość.

Wszy­scy po­wo­li ru­sza­ją w stro­nę usta­wio­ne­go w po­bli­żu okna wy­so­kie­go drze­wa. Przy nim po­ukła­da­ne są pu­dła z ozdo­ba­mi. Bę­dzie nie­zła za­ba­wa. Każ­dy po ko­lei po­da­je mi dłoń i się przed­sta­wia. Je­stem świet­ny w za­pa­mię­ty­wa­niu imion, a to po­ma­ga przy pra­cy. Znacz­nie le­piej brzmi, kie­dy mogę po­pro­sić Ke­vi­na, żeby sta­nął bli­żej Mary, za­miast krzy­czeć: "Gru­by w swe­trze, przy­suń się do tej w zie­lo­nym!". Ostat­nia pod­cho­dzi do mnie moja zna­jo­ma ze skle­pu i po­sy­ła mi mor­der­cze spoj­rze­nie. Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, wy­pa­lam:

- Ba­te­rie nie pa­so­wa­ły?

- Co pro­szę? - Marsz­czy czo­ło i gapi się na mnie zdez­o­rien­to­wa­na.

- Wczo­raj mia­łaś so­bie ku­pić ba­te­rie do wi­bra­to­ra - wy­ja­śniam, a za mo­imi ple­ca­mi Jor­dan par­ska śmie­chem. - Po­my­śla­łem, że nic z tego nie wy­szło, sko­ro masz taki kiep­ski hu­mor.

- Czu­bek - war­czy dziew­czy­na.

To chy­ba o mnie.

- Che­ryl, mam ja­kieś ba­te­rie w biur­ku - mówi roz­ra­do­wa­ny Jor­dan.

- Wsadź je so­bie w dupę - od­po­wia­da ona. - A nie, prze­pra­szam, ty to lu­bisz. W ta­kim ra­zie udław się nimi.

Do­łą­cza do po­zo­sta­łych przy cho­in­ce. Przez tę minę wy­glą­da wśród nich jaki Grinch. Sko­ro mamy tu taką kró­lo­wą fo­chów, to bę­dzie we­so­ło.

- Wy­bacz - szep­cze Jor­dan. - Moja ku­zyn­ka ma nie­wy­pa­rzo­ną bu­zię.

- Po­dob­nie jak ja - oznaj­miam. - Do­ga­da­my się.

Za­chę­cam wszyst­kich do swo­bod­ne­go de­ko­ro­wa­nia drze­wa. Każę im nie my­śleć o zdję­ciach, tyl­ko dać się po­nieść chwi­li. Na po­cząt­ku się­ga­ją po bomb­ki nie­co sztyw­no, ale z cza­sem się roz­krę­ca­ją, a ja uzy­sku­ję świet­ne uję­cia. Oczy­wi­ście bry­lu­je Jor­dan, któ­ry uśmie­cha się od ucha do ucha, ile­kroć sta­nę w po­bli­żu, uno­si ozdo­by do obiek­ty­wu, uda­je, że gra na wy­ima­gi­no­wa­nej gi­ta­rze, a w pew­nej chwi­li rze­czy­wi­ście za­czy­na ob­sy­py­wać się bro­ka­tem. Za to Che­ryl cały czas wy­glą­da jak ob­ra­żo­ne dziec­ko.

- Mo­żesz się uśmiech­nąć? - pro­szę ją, na­chy­liw­szy się do jej ucha.

- Sam się śmiej, głup­ku.

- Umów­my się, że ty po­sta­rasz się o ład­ne zdję­cie, a ja ku­pię ci ba­te­rie, okej?

Po­sy­ła mi spoj­rze­nie, któ­re mo­gło­by za­bić, ale nie pod­dam się tak ła­two. Roz­śmie­sza­łem dzie­ci, sta­rusz­ków i inne mru­ki. Nie zre­zy­gnu­ję ze zdję­cia, bo la­ska jest wkur­wio­na na cały świat.

- No, da­waj - po­pę­dzam ją, a sto­ją­cy obok Dar­ren przy­glą­da się jej twa­rzy w ocze­ki­wa­niu na cud. - Je­dziesz, Che­ryl. Po­myśl o czymś mi­łym - za­le­cam i uno­szę apa­rat, szy­ku­jąc się do uję­cia. - Wy­obraź so­bie swo­je ulu­bio­ne za­ję­cie.

- Za­ko­py­wa­nie cię w le­sie?

- Spe­cy­ficz­ne hob­by - oce­niam roz­ba­wio­ny. - Po­myśl o czymś przy­jem­niej­szym. Co spra­wi­ło­by ci te­raz ra­dość?

- Gdy­byś so­bie po­szedł.

- Zro­bię to, jak uśmiech­niesz się do zdję­cia - obie­cu­ję, a ona lek­ko uno­si gór­ną war­gę. - Wy­glą­dasz, jak­by cię bo­la­ły zęby. Po­sta­raj się bar­dziej.

- Za­raz ko­goś za­bi­ję - szep­cze i wy­mow­nie wzdy­cha, ale wresz­cie po­trzą­sa gło­wą i wiem, że nad­cho­dzi ten mo­ment.

- Świet­nie! - wo­łam, uj­rzaw­szy jej wy­mu­szo­ny uśmiech.

- Te­raz mo­żesz so­bie iść - oświad­cza, a na­stęp­nie od­wra­ca się i sku­pia na ubie­ra­niu cho­in­ki.

- Z nią nie wy­grasz - od­zy­wa się do mnie Dar­ren. - Ogól­nie wia­do­mo, że jak ko­bie­ta ma zły hu­mor, to nie wol­no jej za­cze­piać, ale Che­ryl jest jak wer­sja pre­mium. Cza­sem mam wra­że­nie, że by­ła­by w sta­nie ugryźć.

- Może to tyl­ko ta­kie szcze­ka­nie bez kon­se­kwen­cji - su­ge­ru­ję. - Wiesz, jak chi­hu­ahua.

Dar­ren kiwa gło­wą i chi­cho­cze, a Pan­na Ob­ra­żal­ska znów pró­bu­je za­mor­do­wać mnie wzro­kiem. Wzru­szam ra­mio­na­mi, cy­kam jesz­cze kil­ka gru­po­wych fo­tek, na któ­rych wy­róż­nia się ob­sy­pa­ny bro­ka­tem Jor­dan, a na­stęp­nie opusz­czam dział fi­nan­so­wy. Je­stem za­do­wo­lo­ny z efek­tów. Niech pra­cow­ni­cy w spo­ko­ju na­pa­wa­ją się ma­gią świąt na po­cząt­ku li­sto­pa­da, sko­ro już mają bo­żo­na­ro­dze­nio­wy kli­mat za spra­wą wiel­kie­go drze­wa. Usta­lam z bro­ka­to­wym Jor­da­nem ter­min se­sji in­dy­wi­du­al­nych, już bez cho­in­ki, po czym ru­szam po­znać nową pre­zes SSY, a za­ra­zem żonę mo­je­go kum­pla Mi­le­sa.

Rozdział piąty

Cheryl

"Uśmiech­nij się. Po­myśl o czymś przy­jem­nym". Sam so­bie, kur­wa, po­myśl. Na­praw­dę ża­łu­ję, że Jor­dan nie na­brał się na moją sy­mu­lo­wa­ną cho­ro­bę, bo nie mu­sia­ła­bym prze­ży­wać kom­pro­mi­ta­cji przed Dal­la­sem Ku­ta­sem Lan­ca­ste­rem. Ten jego ro­ze­śmia­ny ryj bę­dzie mi się śnił po no­cach.

- Niech go pie­kło po­chło­nie - ga­dam do sie­bie i za­ci­skam pię­ści na wspo­mnie­nie ka­tor­gi, jaką była dla mnie se­sja przy cho­in­ce.

Bio­rę głę­bo­ki wdech i spraw­dzam skrzyn­kę, bo może ja­kiś pil­ny mail po­zwo­li mi się sku­pić na pra­cy, a nie na nie­do­szłym ko­cha­siu.

- Było su­per, no nie? - jara się Jor­dan, pod­cho­dząc do mo­je­go biur­ka.

Jest nie­sa­mo­wi­cie na­krę­co­ny. Jak­by wła­śnie od­krył ist­nie­nie Bo­że­go Na­ro­dze­nia i za­czął prze­ży­wać je jak pię­cio­la­tek.

- Czy ty coś bra­łeś? - py­tam i wy­mow­nie spo­glą­dam na jego ob­sy­pa­ny bro­ka­tem swe­ter. - Masz to na­wet we wło­sach - oznaj­miam, rzu­ciw­szy okiem na czu­pry­nę ku­zy­na.

- Dla ta­kich chwil war­to - stwier­dza we­so­ło. - A Je­re­my na pew­no bę­dzie za­chwy­co­ny. On ko­cha świę­ta.

- Na­stęp­ny na­wie­dzo­ny - szep­czę, ma­jąc na my­śli chło­pa­ka Jor­da­na.

- Idę na prze­rwę - in­for­mu­je mnie ku­zyn. - Zro­bi­łem się głod­ny od tego wszyst­kie­go. Nie są­dzi­łem, że ubie­ra­nie cho­in­ki po­tra­fi być ta­kie wy­ma­ga­ją­ce.

- Do­brze, że nie zła­ma­łeś so­bie pa­znok­cia.

Po­sy­ła mi wred­ny uśmiech i ri­po­stu­je:

- Też zrób so­bie prze­rwę. Może skocz po te ba­te­rie?

Gdy bio­rę za­mach, żeby rzu­cić w Jor­da­na zszy­wa­czem, ten uno­si ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji i spier­da­la w pod­sko­kach, re­cho­cząc przy tym jak hie­na. Czu­ję, że w po­nie­dzia­łek na se­rio nie przyj­dę do fir­my, bo mam taki na­strój, że przed wie­czo­rem ra­czej na pew­no po­peł­nię prze­stęp­stwo.

Idąc za radą Jor­da­na, zgar­niam te­le­fon, wy­ga­szam ekran kom­pu­te­ra i opusz­czam swo­je miej­sce pra­cy, kie­ru­jąc się do mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki i za­ra­zem je­dy­nej oso­by, któ­ra na pew­no zro­zu­mie mój pod­ły hu­mor.

- Ten zła­mas po­wie­dział przy Jor­da­nie, że wi­dział, jak ku­pu­ję ba­te­rie do wi­bra­to­ra - ob­wiesz­czam gło­śno, wkra­cza­jąc do biu­ra ku­zyn­ki, ale na­gle za­mie­ram, gdy wi­dzę jej wy­stra­szo­ną minę. Prze­no­szę wzrok na po­stać sie­dzą­cą na moim ulu­bio­nym fo­te­lu. - Bez jaj. Śle­dzisz mnie?

- Mam cie­kaw­sze za­ję­cia - od­po­wia­da ewi­dent­nie roz­ba­wio­ny Dal­las. - A ty zde­cy­do­wa­nie po­trze­bu­jesz tych ba­te­rii. Je­steś strasz­nie spię­ta - dia­gno­zu­je mnie, nic so­bie nie ro­biąc z obec­no­ści El­lie. - Jak­byś po­zby­ła się tego ci­śnie­nia, na przy­kład z po­mo­cą wi­bra­to­ra, mo­gła­byś roz­sie­wać wo­kół sie­bie do­bro, a nie ne­ga­tyw­ne wi­bra­cje.

- Dzię­ku­ję za po­ra­dy, o któ­re nie pro­si­łam - ce­dzę przez zęby.

- Wiesz co? - Dra­pie się po bro­dzie, jak­by był ja­kimś my­śli­cie­lem, a nie zwy­kłym fiu­tem. - Tak so­bie my­ślę, że ten wi­bra­tor to jed­nak two­ja je­dy­na opcja. Ża­den nor­mal­ny fa­cet nie wy­trzy­mał­by z taką zoł­zą.

Już mam mu przy­po­mnieć, że on wy­trzy­mał bar­dzo krót­ko, ale gry­zę się w ję­zyk i po­sy­łam Dal­la­so­wi fał­szy­wy uśmiech. Po­sta­na­wiam uznać jego wy­po­wiedź za kom­ple­ment. El­lie lek­ko kasz­le i prze­ry­wa na­szą uro­czą dys­ku­sję sło­wa­mi ro­dem z we­ster­nu:

- To biu­ro jest za małe na was dwo­je.

Lan­ca­ster wy­bu­cha śmie­chem, wsta­je, po­da­je El­lie dłoń i mówi:

- Je­stem gen­tle­ma­nem. - Ja­sne. Chy­ba w swo­jej cho­rej gło­wie. - Miło było cię w koń­cu po­znać. Mam na­dzie­ję, że pod­czas se­sji u cie­bie nie będę mu­siał bła­gać o uśmiech.

- Będę grzecz­na - obie­cu­je El­lie, któ­ra nie­ste­ty pa­dła ofia­rą uro­ku tego głą­ba, ale mam za­miar ją ura­to­wać, gdy tyl­ko on stąd wyj­dzie.

Mija mnie bez sło­wa i opusz­cza po­miesz­cze­nie. Pod­cho­dzę do fo­te­la i osten­ta­cyj­nie prze­cie­ram sie­dzi­sko rę­ka­wem swe­tra, na co moja ku­zyn­ka re­agu­je wy­bu­chem we­so­ło­ści.

- Che­ryl, co mię­dzy wami za­szło? To na­praw­dę faj­ny fa­cet.

Spo­glą­dam na nią tak, jak­by mi wła­śnie po­wie­dzia­ła, że nie chce wię­cej świąt. El­lie mo­gła­by mieć świę­ta cały rok. Po­tra­fi go­dzi­na­mi spa­ce­ro­wać i oglą­dać bo­żo­na­ro­dze­nio­we wy­sta­wy. Jak by­ły­śmy dzieć­mi, ja chcia­łam zo­stać nin­ja, a ona żoną Świę­te­go Mi­ko­ła­ja.

- Nie do­bi­jaj mnie - pro­szę i sa­do­wię się na od­zy­ska­nym fo­te­lu.

- Ro­zu­miem, że coś się sta­ło i je­steś cię­ta na Dal­la­sa, ale cho­ler­nie mnie cie­ka­wi, co to ta­kie­go. Nie dasz mu dru­giej szan­sy?

Pry­cham, za­kła­dam nogę na nogę i wy­ja­śniam:

- Gdy­bym po­now­nie we­szła z nim w ja­ką­kol­wiek za­ży­łą re­la­cję, mu­sia­ła­bym przy­znać, że nie mam sza­cun­ku dla sie­bie sa­mej.

- Czy­li było gru­bo - kwi­tu­je El­lie. - No do­bra, po­mę­czę cię in­nym ra­zem, bo wi­dzę, że masz na dziś dość Dal­la­sa.

- Dzię­ku­ję, ła­skaw­co - szy­dzę i pusz­czam do niej oko.

- Ale te­ma­tu ba­te­rii ci nie prze­pusz­czę. Opo­wia­daj na­tych­miast - do­da­je i znów za­czy­na re­cho­tać.

Rozdział szósty

Dallas

So­bot­ni obiad u ro­dzi­ców nie jest tym, o czym ma­rzy­łem, ale za­po­wie­dział się brat z ro­dzi­ną, a mama przy każ­dej jego wi­zy­cie ścią­ga mnie do sie­bie pod­stę­pem. Dzi­siaj pod­stęp na­zy­wa się za­pie­ka­ne ziem­niacz­ki. Zgo­dzi­łem się na­tych­miast. Je­stem ła­twy, wiem.

- Sa­wy­er przy­je­dzie koło po­łu­dnia - po­pę­dza mnie przez te­le­fon moja ro­dzi­ciel­ka. - Nie spóź­nij się.

- Za­czy­nam po­dej­rze­wać, że nie lu­bisz swo­jej sy­no­wej lub, co gor­sza, wnu­ka - drą­żę te­mat. - Po­trze­bu­jesz men­tal­ne­go wspar­cia, za­nim się zja­wią?

Wszy­scy wie­dzą, że moja bra­to­wa to cięż­ki przy­pa­dek, więc mama przez mo­ment mil­czy, czym tyl­ko po­twier­dza moje przy­pusz­cze­nia.

- Mógł­byś mnie wes­przeć psy­chicz­nie - przy­zna­je wresz­cie.

- A oj­ciec?

- Oj­ciec oglą­da te­le­wi­zję.

- Wy­łącz i zo­bacz, co się sta­nie.

- Dal­las, przy­jedź przed po­łu­dniem - po­wta­rza, lek­ce­wa­żąc moje pod­śmie­chuj­ki.

Wzdy­cham i obie­cu­ję:

- Będę.

Za­koń­czyw­szy roz­mo­wę, zwle­kam się z łóż­ka. Sko­ro za dwie go­dzi­ny mam być u sta­rusz­ków, pora się ogar­nąć. Bio­rę prysz­nic, golę się, a po­tem od­naj­du­ję w sza­fie swe­ter, któ­ry do­sta­łem od mamy pod cho­in­kę w ubie­głym roku. Bę­dzie pod­ja­ra­na, bo po­my­śli, że no­szę go re­gu­lar­nie. Może w na­gro­dę prze­sta­nie po­rów­ny­wać mnie do bra­ta, któ­ry jest przy­kład­nym mę­żem i oj­cem. Ko­cham Sa­wy­era, ale cza­sem wkur­wia mnie tym swo­im wzo­ro­wym za­cho­wa­niem. Oże­nił się z dziew­czy­ną z li­ceum, spło­dził syna, wy­bu­do­wał dom i ku­pił psa, o ile oczy­wi­ście roz­sz­cze­ka­ne­go szczu­ra moż­na na­zwać psem. Ja tym­cza­sem pro­wa­dzę ry­zy­kow­ny biz­nes, bo ni­g­dy nie wiem, ile będę miał zle­ceń i czy ja­kiś pa­can nie ze­chce przejść do kon­ku­ren­cji, nie mam - jak to mówi mama - uro­czej dziew­czy­ny i wy­naj­mu­ję ma­lut­kie miesz­ka­nie, któ­re znaj­du­je się przy tej sa­mej uli­cy co klub noc­ny. Już to ostat­nie we­dług przy­ja­ciół­ki mo­jej mamy czy­ni ze mnie łaj­da­ka.

Po je­de­na­stej wska­ku­ję w me­tro i roz­po­czy­nam po­dróż do ro­dzin­ne­go domu w Bro­okly­nie. Ob­ser­wu­ję pa­sa­że­rów i za­uwa­żam, że nie­któ­rzy - po­dob­nie jak Sul­li­van - po­czu­li ma­gię świąt na po­cząt­ku li­sto­pa­da. Ja­kaś ko­bie­ta ma ze sobą nie­wiel­ką cho­in­kę, a dwie na­sto­lat­ki wdzia­ły swe­try w re­ni­fe­ry. Przed nami jesz­cze Świę­to Dzięk­czy­nie­nia, tym­cza­sem część osób już dała się po­nieść du­cho­wi Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Sam lu­bię ten czas w roku, więc uśmie­cham się na wi­dok drzew­ka i świą­tecz­nych swe­trów, po czym wy­cią­gam te­le­fon i od­pa­lam bo­żo­na­ro­dze­nio­wą li­stę pio­se­nek. W słu­chaw­kach roz­brzmie­wa­ją do­brze zna­ne mi nuty.

Gdy do­cie­ram do ro­dzi­ców, drzwi otwie­ra­ją się, za­nim na­ci­snę dzwo­nek. Krę­cę gło­wą i śmie­ję się z nad­gor­li­wo­ści wła­snej mat­ki.

- Nie mo­głaś się do­cze­kać, aż mnie zo­ba­czysz?

- Wchodź, zro­bi­łam kawę.

Zni­ka w kuch­ni, a ja zdej­mu­ję płaszcz i idę do sa­lo­nu, żeby przy­wi­tać się z tatą. Wska­zu­je mi dru­gi fo­tel, więc zaj­mu­ję miej­sce i wle­piam wzrok w te­le­wi­zor. Kie­dy mama wkra­cza do po­ko­ju z trze­ma kub­ka­mi kawy, pry­cha i oznaj­mia:

- Wy­glą­da­cie jak dwaj nu­dzia­rze.

- Sły­sza­łeś coś? - pyta tata i pusz­cza do mnie oko. - Coś jak­by szcze­ka­nie?

- Jak ja ci za­raz szczek­nę - za­po­wia­da mama i bie­rze się pod boki, żeby wy­glą­dać groź­niej. Gdy­by się nie chi­chra­ła, to może i ktoś by się na­brał. - Taki je­steś głu­chy, gdy cię o coś pro­szę, a te­raz na­gle cu­dow­nie od­zy­ska­łeś słuch?

- Zno­wu - szep­cze oj­ciec i roz­glą­da się po po­miesz­cze­niu. - Nic nie sły­szysz, Dal­las?

Do­sta­je w ra­mię ścier­ką, po czym mama idzie na mo­ment do kuch­ni i wra­ca z cze­ko­la­dą. Roz­sia­da się na ka­na­pie, bie­rze łyk kawy, a po­tem otwie­ra opa­ko­wa­nie i mru­czy, prze­żu­wa­jąc kost­kę cze­ko­la­dy.

- Po­dzie­li­ła­byś się - dro­czy się tata.

Mama za­sty­ga, marsz­czy brwi, a po­tem po­ko­nu­je ojca jego wła­sną bro­nią, od­zy­wa­jąc się do mnie:

- Chy­ba kot są­sia­dów miau­czał.

Wy­bu­cham śmie­chem, bo uwiel­biam po­czu­cie hu­mo­ru taty oraz to, jak mama od trzy­dzie­stu ośmiu lat so­bie z nim ra­dzi. Nie było mnie jesz­cze na świe­cie, gdy się za­rę­czy­li, ale wu­jek opo­wia­dał, że oj­ciec pra­wie do­stał za­wa­łu, gdy mama w żar­tach od­mó­wi­ła. Po­dob­no chcia­ła mu się tym od­wdzię­czyć za no­to­rycz­ne szy­der­stwa. Niby się kłó­cą i drwią z sie­bie na­wza­jem, ale wiem, że sko­czy­li­by za sobą w ogień.

Gdy roz­le­ga się dzwo­nek do drzwi, mat­ka zry­wa się jak po­pa­rzo­na i pę­dzi otwo­rzyć. Ra­zem z oj­cem wsta­je­my, bo wia­do­mo, że spo­koj­ne przed­po­łu­dnie do­bie­gło koń­ca. Naj­pierw sły­chać szcze­ka­nie, po­tem do po­ko­ju wbie­ga­ją uszy, a za nimi resz­ta psa. Śla­da­mi pa­pil­lo­na o jak­że za­je­bi­ście pa­su­ją­cym imie­niu Hulk po­dą­ża po­my­sło­daw­ca imie­nia, czy­li mój bra­ta­nek. Jest jesz­cze gło­śniej­szy od swo­je­go psa, kie­dy ma­cha w po­wie­trzu ja­kimś no­wym mo­de­lem sa­mo­lo­tu i wy­da­je dźwię­ki ma­ją­ce chy­ba sy­mu­lo­wać pra­cę sil­ni­ka, ale brzmią, jak­by mło­dy miał gazy.

- Cześć, dziad­ku! - woła sied­mio­let­ni Lan­ce.

Tak, Lan­ce Lan­ca­ster. Ge­nial­ny po­mysł mo­je­go bra­ta. Wi­docz­nie umie­jęt­ność do­bo­ru imion mło­dy ma po ta­tu­siu.

- Cześć, wuj­ku - wita się ze mną. - Zo­bacz, jaki mam sa­mo­lot.

Wzdy­cham, bo ni­g­dy nie zro­zu­miem ro­dzi­ców, któ­rzy ro­bią ze swo­ich dzie­ci pie­przo­nych ma­te­ria­li­stów. Uśmie­cham się tyl­ko zdaw­ko­wo, a po­tem ku­cam i głasz­czę psia­ka. By­dlak jest wiel­ko­ści wa­zo­nu, więc zni­żam się do jego po­zio­mu, żeby po­mi­ziać pu­szy­ste fu­ter­ko. Wi­dzę, że ja­śnie­pan trosz­kę przy­brał. Te­raz imię, któ­re ja sam mu nada­łem, pa­su­je jesz­cze le­piej.

- Ku­pi­łam mu nowy szam­pon - oświad­cza moja bra­to­wa Bren­da, wkra­cza­jąc do po­ko­ju.

- Komu? - py­tam, choć jej spoj­rze­nie su­ge­ru­je, że mowa o psie. - Pie­rzesz Ko­tle­ta?

Bren­da prze­wra­ca ocza­mi i mówi:

- Tyle razy ci po­wta­rza­łam, że to nie Ko­tlet, tyl­ko Hulk.

- Jed­no i dru­gie zu­peł­nie do nie­go nie pa­su­je - wsta­wia się za mną oj­ciec.

- Nie­waż­ne. - Bra­to­wa ma­cha dło­nią. - Jak oce­nia­cie szam­pon?

Ni­g­dy nie uwa­ża­łem wy­bran­ki mo­je­go bra­ta za ge­niu­sza, ale chwi­la­mi po­ko­nu­je samą sie­bie w jed­no­oso­bo­wych za­wo­dach na pu­sta­ka se­zo­nu.

- Nie wiem, jak ty, ale ja na szam­po­nach dla psów zja­dłem zęby - zwra­cam się do ojca.

- Czy­li je­steś eks­per­tem, bo ja na­wet nie wie­dzia­łem, że ona ką­pie tę prze­ro­śnię­tą wie­wiór­kę - szep­cze.

Bio­rę psa na ręce i pre­zen­tu­ję go ta­cie ni­czym to­war na au­kcji dzieł sztu­ki.

- Zo­bacz, czy nie chciał­byś mieć ta­kiej lśnią­cej sier­ści. Może po­ży­czy­my ten szam­pon i ogar­niesz so­bie za­ko­la.

- Sam nie wiem. - Sta­ru­szek uda­je, że się za­sta­na­wia. - A nie szczy­pie w oczy?

- Chy­ba nie. Ko­tlet ma oczy na miej­scu - za­uwa­żam.

- Dziw­nie pach­nie - ko­men­tu­je tata, wcią­ga­jąc po­wie­trze.

Obaj le­d­wo trzy­ma­my fa­son, ale gra­my w tę grę. Kto się za­śmie­je, prze­gry­wa. Tym bar­dziej że Bren­da cze­ka w na­pię­ciu na na­szą re­cen­zję szam­po­nu, o któ­rym nie mamy po­ję­cia. Nie mo­że­my jej za­wieść.

- Ra­cja - zga­dzam się i gło­śno wą­cham psa. - Chry­zan­te­mą mi za­jeż­dża.

- Skąd ty niby wiesz, jak pach­nie chry­zan­te­ma? - obu­rza się Bren­da.

Za nią stoi mój brat i już pra­wie się śmie­je, ale z ca­łej siły za­ci­ska usta.

- Moja dro­ga, ze wzglę­du na moją pra­cę by­łem na tak wie­lu uro­czy­sto­ściach ro­dzin­nych, że w kwia­ciar­ni bym wy­mia­tał.

Marsz­czy czo­ło, za­sta­na­wia się, a po­tem pod­cho­dzi do mnie i wą­cha Ko­tle­ta. Robi minę, jak­by pies śmier­dział.

- Rze­czy­wi­ście tro­chę zbyt kwia­to­wy - oce­nia. - Ju­tro ku­pię mu nowy szam­pon.

Nie dam już rady. Od­da­ję jej pu­pi­la, a kie­dy zni­ka z nim w kuch­ni, za­czy­nam się śmiać jak opę­ta­ny. Oj­ciec mi wtó­ru­je. Lan­ce gapi się na nas, jak­by nie miał za grosz po­czu­cia hu­mo­ru. To nie­ste­ty też - obok ma­te­ria­li­zmu - mógł odzie­dzi­czyć po mat­ce.

- Ni­g­dy nie prze­sta­nie­cie szy­dzić - mówi we­so­ło Sa­wy­er. - Mam na­dzie­ję, że wśród szam­po­nów dla psa, któ­re ona te­raz kupi, znaj­dę swój.

- Tym bym się nie mar­twił - kwi­tu­je tata. - Ja­koś nie brzmi to strasz­nie, na­wet gdy­byś przy­pad­kiem wziął jego grze­bień. Mnie za­wsze prze­ra­ża świa­do­mość, że ktoś, kto ma psa, może po­my­lić kon­ser­wy.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.