1
Wicehrabia Aleksander Wood siedział w salonie, wpatrywał się w ogień skaczący w kominku. Było już dawno po północy. W komnatach na górze jednak nadal panował gwar i ciągle słychać było kroki, a od czasu do czasu krzyki i jęki. Mężczyzna starał się oddychać spokojnie i nie wsłuchiwać w to całe zamieszanie. Jego wyżeł czuł napięcie zebrane w jego panu i zawył głośno. Wicehrabia podskoczył, upuszczając fajkę, spojrzał na psa ze złością, ale po chwili się uspokoił, pogłaskał jego łeb i powiedział:
- Cicho, Bronko, cicho, piesku.
Pies wywalił wielki jęzor i zamerdał ogonem.
Aleksander usiadł w wielkim fotelu i podpalił fajkę po raz drugi. Ostatnie dwie godziny spędził na spacerowaniu po sali w tę i z powrotem. Wydawało mu się, że zachowuje się spokojnie i opanowanie, ale wtedy usłyszał głos kucharki.
- Panie, z panią wszystko dobrze, niech pan spocznie.
Po tym odetchnął głęboko, czując, jak traci tę odrobinę dumy, którą myślał, że trzyma twardo. Dodawał sobie otuchy, wspominając, jak jego przyjaciele zachowywali się podczas takich momentów, i stwierdził, że jak na mężczyznę, którego żona właśnie rodzi mu dziecko, jest wspaniale opanowany. Pogratulował sobie w duchu.
Miał jednak powody do bycia nerwowym. Cecylia już od jakiegoś czasu źle się czuła, dużo leżała, prawie wcale nie schodziła na dół. Była blada, a jej brzuch olbrzymi. Lekarz mówił, że poród powinien być za półtora miesiąca. Wody odeszły jej przed czteroma godzinami; gdy wpadł do niej do sypialni, była spocona, czerwona, jej twarz wygięła z bólu, lecz uśmiechnęła się do niego. Nina, jej pokojówka i najlepsza przyjaciółka w tym snobistycznym świecie, do którego należeli, była obok, skupiona, przejęta, ale trzeźwa i opanowana. Nie pozwoliły mu zostać, Nina prawie siłą wypchnęła go z komnaty. Zszedł więc na dół, wyszedł na taras, z którego roztaczał się piękny widok na pola i drzewa, noc była jeszcze chłodna, ale w powietrzu wyczuwało się już nadchodzące lato. Rozmyślał o wszystkim, o całym swoim życiu. O tym, jak poznał Cecylię, a raczej jak rodzice ich ze sobą poznali. Był bardzo przeciwny, lecz nigdy by się nie postawił ojcu, miał i tak dużo szczęścia, że jego rodzice byli tacy otwarci i poznali ich przed ślubem, a nie podczas niego, jak to się często działo. Pamiętał, jak ją ujrzał, była piękna. Potem okazało się, że również mądra i dobra. Spędzali ze sobą każdą możliwą chwilę i uczucie między nimi szybko rozkwitło.
Teraz jednak nie mógł przestać myśleć, co mogłoby pójść nie tak, lekarza nie było, wysłał po niego powóz, ale zanim dojedzie, będzie już ranek. Nikt się przecież nie spodziewał, że to będzie dziś. To nie miało tak być.
Z zadumy wyrwał go znowu krzyk żony, dłuższy niż wcześniejsze, i wicehrabia poczuł, jak kropelki potu spływają po jego czole. Nie było już ważne, czy to chłopiec czy dziewczynka. Byle już się skończyło, byle nie musiał już się bać, czuć tej atmosfery, która sprawiała, że robiło mu się słabo. Spojrzał na schody, drzwi się otworzyły i z pomieszczenia wybiegła służąca, trzymała w rękach coś umazanego we krwi, wicehrabia zamarł, patrzył, jak dziewczyna przebiega obok niego, żeby po chwili wrócić z czystymi prześcieradłami. Zupełnie go zignorowała. Bał się odezwać, nie zatrzymał jej. Zanim zamknęła drzwi, znowu usłyszał krzyk żony. Czemu nic nie mówiły, co tam się działo? Myślał, aby pójść i spytać, ale może niewiedza będzie lepsza. Siedział, więc tak przy kominku z fajką, która już dawno zgasła.
Nagle zerwał się, czując dłoń na ramieniu. Służąca stała nad nim, blada, zmęczona, ale spokojna.
- Tak, Bety? - zapytał, oczyściwszy gardło.
- Pani urodziła, prosi pana do siebie.
Aleksander zerwał się i wbiegł na górę, przeskakując po dwa schodki. Wpadł do sypialni. Dopadł do łoża. Cecylia leżała, była blada i spocona, jej włosy były rozrzucone po całej poduszce. Spała. Obrócił się i zobaczył Ninę, stała przy kołysce.
- Daj jej spać - powiedziała do Aleksandra.
Była służącą, lecz wychowywała się bardzo blisko Cecylii; jak były małe, bawiły się wspólnie w ukryciu i bardzo się zżyły. Chciały zostać razem i choć podział społeczny był nieubłagany, Nina przy nich prywatnie była po prostu przyjaciółką, dopiero przy gościach i wymaganej etykiecie stawała się służącą.
- Jak ona się czuje? - spytał, patrząc na zmęczoną twarz żony.
- Wszystko z nią dobrze, potrzebuje snu. Chcesz zobaczyć? - Uśmiechnęła się, wskazując głową kołyskę.
Aleksander zapomniał o powodzie, przez jaki jego żona tak wyglądała. Teraz, gdy już wiedział, co z nią, jego serce przyspieszyło. Podniósł się i powoli ruszył, przejście kilku metrów zajęło mu znacznie więcej czasu, niż przypuszczał. Zajrzał nieśmiało do środka. Zobaczył małą główkę, zupełnie łysą z ustkami szukającymi czegoś do ssania, maleńkie rączki machały na lewo i prawo, oczka były opuchnięte, ale ojciec był pewien, że są niebieskie. Uśmiechnął się i spojrzał na Ninę. Już odważniej odsunął firaneczkę i nagle zamarł, zmrużył oczy. Po przeciwnej stronie leżało drugie maleństwo, identyczne, jakby odbicie pierwszego. Zaskoczone oczy wystrzeliły do Niny.
- Dwa? - zapytał.
- Dwie - odpowiedziała.
- Dziewczynki. - Uśmiechnął się, patrząc powrotem do kołyski. - Są piękne. Cecylia wybrała imiona? - spytał, dotykając stópek jednej, potem drugiej dziewczynki.
- Nie, zostawiła to tobie - wyszeptała Nina, poprawiając kocyk.
- Jak je odróżnimy? - spytał wicehrabia.
- Ta ma małe znamię - powiedziała, pokazując na brzuszek dziewczynki.
- Dobrze, więc - zaczął, wziął małą wstążeczkę i zawiązał na rączce dziewczynki ze znamieniem. - Tej damy na imię Ariel. A tej - powiedział, delikatnie dotykając policzka drugiego dziecka. - Kasandra.
Aleksander Wood był bardzo dumny i szczęśliwy. To była trudna noc, ale już po wszystkim.
Cecylia była zdrowa i szybko dochodziła do siebie, dała mu dwie piękne córki. Czuł, że przyniosą mu dużo radości i dumy.
Życie nabrało nowego rozmachu, pojawiły się nowe wyzwania i doświadczenia. Wicehrabia mógł w końcu odetchnąć z ulgą. Minął już prawie rok. Cecylia czuła się dobrze, a dziewczynki były zdrowe. Choć urodziły się tak maleńkie, szybko przybierały na wadze i po kilku miesiącach wyglądały jak dwa małe różowe pucie. Wstążeczka na ręku Ariel musiała być cały czas zawiązana, dziewczynki były identyczne, a nikt przecież nie chciał za każdym razem sprawdzać brzuszków, aby przekonać się, z kim ma zaszczyt rozmawiać. Służące, zwłaszcza Nina, były zauroczone dziewczynkami, biegały obok nich, jakby były co najmniej księżniczkami. Wszyscy byli szczęśliwi, całe dnie dom tętnił życiem, śmiechem i zabawą.
Gdy dziewczynki miały cztery latka, można było znaleźć pierwsze różnice, ale tylko w ich charakterze. Ich wygląd nadal był identyczny. Matka starała się zakładać odmiennie suknie, ale Ariel zaraz robiła straszną awanturę i kazała się ubierać i czesać identycznie jak siostrę. Cecylia zawsze jej ustępowała i wtedy tylko wstążeczka na jej nadgarstku sprawiała, że człowiek nie czuł się zagubiony. To jednak też zaczęło szybko sprawiać problem, gdyż Ariel nie chciała jej nosić; dopiero, gdy ojciec wpadł na pomysł i powiedział córce, że nosi ją, bo jest wyjątkowa, zgodziła się. To jednak był zły pomysł, gdyż Ariel zrozumiała to na swój sposób i wykorzystywała na każdym kroku, wywyższając się.
Dziewczynki rosły, a ich wygląd się nie zmieniał, charaktery jednak coraz bardziej różniły je od siebie. Wszyscy zaczynali od jakiegoś małego pytania, aby sprawdzić, z którą mają do czynienia, jeśli nie zauważyli tasiemki. Po pierwszej odpowiedzi można było odróżnić od razu, ale wystarczyło, że usiadły, przestały się ruszać i odzywać, człowiek znowu stawał przed dylematem. Ten jednak mieli tylko służba i rodzina, reszta nigdy nie widziała żadnych różnic. Cassie czuła się nieswojo na takie zachowanie ludzi. Ariel traktowała to jak zabawę i często podszywała się pod siostrę.
Kasandra była bardzo spokojna, cierpliwa nawet jako dziecko. Rozumiała, co się do niej mówi, i słuchała się. Lubiła się uczyć, chwytała wszystko w mig. Lubiła pomagać w kuchni i nie brzydziła się sprzątać po innych. Służące ją uwielbiały, wyglądało, jakby wolały ją niż Ariel. Była też pewna siebie i nic ani nikt nie dałby rady sprawić, by przestała w to wierzyć. Nawet gdy Ariel zaczęła obnosić się ze swoją wyjątkowością poprzez noszenie kokardki, na Kasandrze nie zrobiło to większego wrażenia. Ojciec wziął ją raz na stronę, by wytłumaczyć swoje postępowanie. Dziewczynka spojrzała na ojca niebieskimi oczami z uśmiechem, jakby to ona rozmawiała z dzieckiem, i powiedziała:
- Tato, ja rozumiem, naprawdę rozumiem. Dziwię się tylko, że nie widzicie różnic. - Popatrzyła na siostrę z rozbawieniem.
- Tak, przykro mi, kochanie, ale dorośli z natury są ślepi. - Zaśmiał się Aleksander, a córka spojrzała na niego pobłażliwie.
- Ponadto, tatusiu - powiedziała, a diaboliczny uśmieszek przebiegł jej po twarzy. - Ja nie potrzebuję nosić kawałka materiału, żeby wiedzieć, że jestem wyjątkowa. - Uśmiechnęła się znowu i pobiegła z powrotem do zabawy.
Ojciec zaśmiał się głośno i długo patrzył na córki.
Cassie pozwalała Ariel na wiele, czasami na zrzucanie winy na siebie, a czasami zamieniały się i robiła jej przydział obowiązków.
Ariel była często nadąsana, nie lubiła pracować, za to uwielbiała suknie, naszyjniki, kolczyki i różne ozdoby do włosów. Zawsze chciała wyglądać identycznie z siostrą. Jeśli miała ochotę założyć coś więcej, zmuszała wtedy i siostrę do takich samych ozdób. Matka zawsze uważała, że siostra prosi o dwie pary, bo chce dla Cassie, tylko że pobudki były trochę inne, niż matce się wydawało. Cecylia była zapatrzona w obie córki i w ogóle nie widziała ich wad. Nawet wtedy, gdy Ariel w wieku czterech lat potrafiła przez kilka godzin siedzieć i dzwonić dzwoneczkiem po służbę, prosząc o byle co. Fakt, że ktoś zawsze przychodził, ją śmieszył. Matka odbierała to jako zabawę, służba natomiast była zupełnie odmiennego zdania.
Ojciec uważał wybryki Ariel za kaprysy rozpuszczonej dziewuchy, matka zawsze stawała w jej obronie i mężczyzna przegrywał. Starał się tłumaczyć, ale Ariel nie chciała słuchać. Starał się zachęcać, ale Ariel po prostu zaparła się i nic nie mogło zmienić jej nastawienia. Wicehrabia wynajął nauczyciela, który przychodził codziennie, Kasandra chłonęła wiedzę jak gąbka. Ariel przesypiała lekcje. Dopiero gdy zagrożono, że nie dostanie żadnych nowych sukien, póki nie zrobi postępów, Ariel trochę się przyłożyła.
Wicehrabia chciał dla córek jak najlepiej. Wiedział, że nie będzie miał już dziedzica, gdyż za każdym razem, gdy Cecylia zachodziła w ciążę traciła dziecko; próbowali kilka razy, ale w końcu dali za wygraną. Żona przepraszała go prawie codziennie, Aleksander jednak nie przejmował się tym, kochał córki i cieszył się nimi. Skupił się na tym, aby miały one jak najlepsze życie. I postanowił, że postara się, by wyszły za mąż dobrze, a jeśli się da, to z miłości.
Często brał je na polowania i oprowadzał po całej posiadłości. Chciał, aby dobrze poznały teren i rozumiały swoje obowiązki oraz to, co oznacza ich tytuł. Kasandra oczywiście była pełna pytań i ciekawości. Na każde pytania ojca miała dwie wersje odpowiedzi i trzy swoje pytania. Zawsze była podekscytowana, gdy jechali na obchód. Uwielbiała las i świat poza murami domostwa. Ariel zaczynała od awantury i słów: "Co z tobą nie tak, że ciągle nas ciągniesz w tę dzicz?". Bała się zwierząt, robactwa, a w szczególności ubrań, które wkładali na polowanie. Spodni i tych butów, których nazwy nawet nie znała. Powtarzała, że wyjdzie za markiza i nigdy więcej nie będzie musiała znosić czegoś takiego.
Posiadłość była olbrzymia i piękna, otoczona hektarami lasów. Wzgórza rozciągały się po zachodniej stronie, a na wschodzie był ocean. Dom był biały z kolumnami i małymi wieżami po bokach. Miał dwa piętra i olbrzymi balkon. Na tyłach domu był cudowny taras, który prowadził do ogrodu. Było w nim pełno różnokolorowych kwiatów i drzew. Ogrodem zajmowało się czterech ogrodników i robiło wspaniałą robotę.
Latem rodzina prawie cały czas przebywała w ów ogrodzie, ciesząc się zapachem kwiatów i bajkowym otoczeniem.
Na północy posiadłość wicehrabiego sąsiadowała z baronem Shaw, był to człowiek, który zdobył tytuł dzięki umiejętnościom. Przysłużył się Księciu Atolowi jako żołnierz i ten nagrodził mężczyznę tytułem oraz ziemią. Baron Bazyli Shaw był bardzo zdyscyplinowany i zawsze poważny, ale Aleksander go lubił, stali się przyjaciółmi. Pomagali sobie, co sprawiło, że obie posiadłości były silniejsze. Żona barona, Clara, była wesołą kobietą, pełną życia i bardzo energiczną. Małżeństwo miało dwóch synów. Młodszy był trzy lata starszy od dziewczynek. Miał na imię Robert, był jedynym, który potrafił odróżnić dziewczynki.