Jak dobrze wyglądać po 40-tce - Krzysztof Ibisz

Reflow text when sidebars are open.
W wieku kilkunastu lat, gdy zaobserwowałem różne dziwne zmiany w moim organizmie i gdy pod nosem pojawiło się coś, co optymista uznałby za wąsy, doszedłem do wniosku, że mogę myśleć o sobie jako o mężczyźnie. Sprawnym, niezawodnym, silnym. No, właśnie - silnym.
Jak w każdej szkole, również w mojej były jednostki człekokształtne o wzroku tęskniącym za rozumem i usposobieniu sprawiającym kłopoty. Mówiąc krótko, miałem kilka przepraw ze szkolnymi troglodytami, którzy próbowali dać mi tak zwanego klapsa w uśmiech. Do dziś nie wiem, jakim cudem, ale zawsze udawało mi się uniknąć konfrontacji. Pojąwszy wszakże złożoność i brutalność tego świata, postanowiłem nad sobą popracować. Miałem kolegę, który nauczył nas kilku technik bokserskich i jednej, którą nazywałem "antynabiałową". Stosując ją w późniejszych latach, Andrzej Gołota skutecznie pozbawił się szans na zdobycie pasa mistrzowskiego. Ja nie znalazłem okazji, by skuteczność ciosów poniżej pasa wypróbować w warunkach bojowych. I całe szczęście, bo małpoludy z mojej podstawówki mogłyby mocno ograniczyć moją męską sprawność.
Wtedy też wpadła mi w rękę książka, która - jak mniemałem - była prostym przepisem na zwiększenie mojego potencjału genetycznego. O ile pamiętam, nosiła tytuł "Jak stać się silnym i sprawnym fizycznie". Była niezbyt gruba - miała rozmiary zeszytu szkolnego i opisywała sposoby na uzyskanie wyglądu Herkulesa. Do wykonywania opisanych w niej ćwiczeń dodatkowo zachęcały czarno-białe fotografie amerykańskich kulturystów. Pamiętam nazwiska dwóch z nich - Steve Reeves i Mickey Hargitay. Faktycznie, wyglądali imponująco - mieli większy biust niż moje koleżanki (później te proporcje się odwróciły), a ich brzuchy przypominały tarkę (dla laików: chodzi o tarkę do prania, nie do warzyw). I jeszcze mieli fryzury, do których uformowania potrzebna była prawdopodobnie cysterna żelu. Zwłaszcza te brzuchy z tarką zrobiły na mnie wrażenie. Dzisiaj nazywa się to kaloryferem. Oczywiście, zapragnąłem wyglądać podobnie i - wykorzystując informacje z książki - rozpocząłem "treningi". Udało mi się zdobyć hantle. Ważyły po cztery kilogramy. Robiłem pompki i inne ćwiczenia. No i... Nic.
Nadal byłem dosyć wysokim patyczakiem, a moje bicepsy przypominały popularne bateryjki R-14.
Uznałem, że najwyraźniej sylwetka Herkulesa nie jest mi pisana, zająłem się więc innymi rzeczami. W ogólniaku na szczęście nie było małpoludów (no, może poza kilkoma nauczycielami), więc płeć piękną próbowałem zwabić swoim oczytaniem i wyrytymi na pamięć wierszami Stachury, którego do dziś darzę niesłabnącym uwielbieniem. Czasami z ciekawości czytałem artykuły na temat kulturystyki. Szczególnie dobrze zapamiętałem stałą rubrykę w robiącym piorunujące wrażenie tygodniku "Żołnierz Polski". Jej autor, Stefan Mizieliński, opisywał ćwiczenia rozwijające muskulaturę i czasami prezentował sylwetki najsłynniejszych kulturystów świata. Jednym z nich, wyglądającym jak napompowany atlas anatomiczny w majtkach, był Arnold Schwarzenegger. Nie mieściło mi się w głowie, że można mieć półtora metra obwodu w klacie i bicepsy wielkości nóg mojego najgrubszego kolegi. Tłumaczyłem to sobie jak wiele innych przypadków - wiadomo, Ameryka, tam wszystko jest największe. Wyobraziłem sobie marynarkę Arnolda. Prawdopodobnie w zestawie z dwoma patykami można by ją sprzedawać jako namiot rodzinny. Od jakiegoś kolegi zdobyłem odbity na ksero zestaw pod tytułem "Treningi mistrzów". Obok opisu ćwiczeń podawano tam ciężary, które najsłynniejsi pakerzy zakładali na swoje sztangi. Równie dobrze mogliby wyciskać na ławeczce parowóz i robić przysiady z nocnym autobusem na barkach. Oczywiście, postanowiłem praktycznie wykorzystać tę wiedzę, więc w osiedlowej siłowni zacząłem ćwiczyć i... nic. Albo prawie nic. Mięśnie były twardsze, ale czy większe? W wyniku ćwiczeń co najmniej raz coś sobie nadwyrężyłem i przez tydzień wyglądałem jak spacerujący znak zapytania.
Zastanawiałem się, co ze mną jest nie tak. I wtedy ktoś mi powiedział o proteinach. No, jasne! "Bez białka nie ma ciałka!" - jak mawiał Johnny Bravo. Zatem pierwszy raz w życiu zastosowałem suplementację. Było nią granulowane mleko w proszku - takie dla bobasów. Bobasy - wiadomo - non stop rosną, więc potrzebują budulca. A w białych granulkach było około trzydziestu procent białka! Więc piłem mleko, bo chciałem być wielki. I oczywiście ćwiczyłem z zawziętością japońskiego kamikadze. Prawdopodobnie były jakieś efekty, ale obserwowalne jedynie przez mikroskop. Zamiast klaty i bicepsów rosła we mnie frustracja. Nadzieja pojawiła się, gdy kolega z siłowni przyniósł żółtawy proszek. Przypominał sproszkowaną farbę emulsyjną i tak też smakował. Jednak smak nie był ważny - to były prawdziwe proteiny! Amerykańskie! Pomyślałem, że takie same dostarczano Arnoldowi. Wagonami. Zawartość opakowania spożyłem w dwa miesiące. Codziennie przed treningiem z namaszczeniem odbywałem ceremoniał wsypywania do ust amerykańskich protein. Tu warto dodać, że wsypywałem całą łyżeczkę. Taką do herbaty. No i szedłem ćwiczyć. Od razu były efekty! Milimetr w prawym bicepsie, pół milimetra w lewym. Oczywiście żartuję.
Kiedy trzy lata temu opowiedziałem o tym mojemu trenerowi - dzięki któremu mogła powstać ta książka - to prawie popłakał się ze śmiechu.
Mogło jednak być dużo gorzej i wcale nieśmiesznie - słyszałem o młodym facecie, który postanowił być sprytny. Znalazł "suplement" o poetyckiej nazwie Multi-Warchlak. Specyfik ten - jak się łatwo domyślić - przeznaczony był dla trzody chlewnej i miał wywoływać intensywny przyrost przyszłego schabowego. Młodzieniec pomyślał, że wywoła również przyrost przyszłego Arnolda, więc po treningach opychał się Multi-Warchlakiem. Na efekty nie musiał długo czekać. Obwody rzeczywiście znacząco mu się zwiększyły, ale głównie za sprawą opuchlizny. Na domiar złego na całej powierzchni ciała wyrosły mu setki czerwonych krost. Facet wyglądał jak spacerujący atlas astronomiczny. Jak sądzę, dość szybko uznał, że osoba, która podsunęła mu Multi-Warchlaka, była świnią... No, i łatwo się domyślić, jaką ksywę amator specyfiku nosi do dzisiaj...
Szczerze mówiąc, kulturystyka jako forma aktywności fizycznej odpowiadała mi. Systematyczność, dokładność, pokonywanie własnych ograniczeń, sprawność, siła i - oczywiście - sylwetka. Patrząc na sławnych kulturystów, myślałem sobie:
Oto jak można ukształtować, wręcz wyrzeźbić sylwetkę.
Można być Fidiaszem własnego ciała (to taki rzeźbiarz był).
Zupełnie inne uczucia towarzyszyły mi, gdy przyglądałem się wytrenowanym dziewczynom. Płeć piękna zaczęła masowo odwiedzać siłownie mniej więcej dziesięć lat temu. Dlaczego? Chciała pozostać płcią piękną, ale niekoniecznie płcią słabą. A w każdym razie wyglądającą na słabą. Pojawiły się pierwsze gwiazdy fitness, zwiększyły się nakłady pism, z okładek których uśmiechały się nieco bardziej niż zwykle umięśnione dziewczyny.
Fitnesski prezentowały się znakomicie. Owszem, miały większe i bardziej wyraziste mięśnie, ale były pięknymi, zgrabnymi kobietami. Niektóre z nich wygrywały mistrzostwa Europy, a nawet świata. Być może obiły Ci się o uszy te nazwiska - Aleksandra Kobielak i Kamila Porczyk.
Kulturystki też bywają atrakcyjne, ale... kilka razy byłem na zawodach kulturystycznych, na których zdumione oczy ludzkie zaobserwowały niewiasty wyglądające jak Pudzian w biustonoszu. Nie stanowiły większości, ale patrząc na nie, miałem mieszane uczucia. Pamiętam nawet, że zacząłem się zastanawiać, co się dzieje, gdy taka pani ma chandrę. To, co przychodziło mi do głowy, sprawiało, że szybko przestawałem się zastanawiać.
Mówiąc poważnie, zdaję sobie sprawę, że w okresie między zawodami te panie wyglądają inaczej. Zresztą, wszystko jest kwestią gustu.
Sporty sylwetkowe mają wiele zalet, ale jedną chciałbym tu szczególnie wyeksponować - widać efekty ich uprawiania. Nie ma się wątpliwości, czy treningi są skuteczne, czy nie. W innych aspektach życia nieczęsto się to zdarza, a tu efekty widać i czuć.
Chciałbym od razu zaznaczyć, że nigdy nie pragnąłem się jakoś potwornie napakować, ale trochę - i owszem. Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego młodzi faceci zapuszczali włosy i kupowali gitary elektryczne - żeby podobać się dziewczynom. Dodatkowo - żeby czuć się pewniej w sytuacjach, że tak powiem, kryzysowych.
Teraz dygresja. Miałem okazję rozmawiać z wieloma wybitnymi muzykami, aktorami. I, uwierzcie mi, prawie wszyscy jako główny powód zainteresowania się sceną - teatralną lub muzyczną - podają prosty powód: dziewczyny, kobiety. Jeżeli ktoś gra na gitarze, ze sceny rozśmiesza lub wzrusza, robi to nie dla siebie, tylko dla kobiet.
To nie jest do końca logiczne, ale tak jest. To jest ta pierwsza motywacja. Dopiero później pojawiają się inne - chęć stworzenia niepowtarzalnych dzieł, współtworzenie ważnych wydarzeń, wyrażanie swoich poglądów, emocji, realizacja wizji. Ale dziś, kiedy słyszę osiemnastolatka, który pastwi się nad gitarą i gra rocka wyłącznie dlatego, że chce wnieść swój wkład w światowe dziedzictwo kulturalne, to uśmiecham się od ucha do ucha.
Tak, dziewczyny. Dla was chcemy być wyjątkowi, silni, władczy - atrakcyjni. Szczerze mówiąc, nie widzę w tym nic złego. Zwłaszcza że ćwicząc (żeby się wam podobać), szybko odkrywamy, że również jesteśmy sprawniejsi, silniejsi, zdrowsi i nabieramy pewności. I wiary w siebie. Jeśli bowiem jestem w stanie zmienić siebie, swój wygląd, wpływać na własne życie - to również mogę zmieniać swój świat, osiągać sukcesy, budować swój los według własnego projektu. Amen.
Wróćmy do rzeźbienia sylwetki...
W zasadzie przestałem ją budować, ponieważ pewnego pięknego popołudnia udałem się do kina "Femina". Kino miało dwie atrakcje - pierwszą były niektóre filmy, a drugą wyjątkowo napakowane szczury, które hasały sobie w czasie seansów pomiędzy rzędami. Część widzów lubiła te szczury. Męska część. Przerażone ich widokiem partnerki wtulały się w swoich mężczyzn i w czasie jednego seansu - ku ich uciesze - pokonywały barierę trzech randek. A wiadomo, co się dzieje na trzeciej randce, przynajmniej w podręcznikach... Z tego, co pamiętam, szczury z "Feminy" doprowadziły do co najmniej kilku małżeństw. Kinowe szczury, zamiast deratyzacji, powinny dostać becikowe...
Jednak to nie szczury ani chęć przytulenia dziewczyny przyciągały mnie do tego kina. Sprawił to film. Film, od którego nie oderwałbym wzroku, nawet gdyby wokół hasały szczury wielkości warchlaków.
Tytuł filmu? "Wejście Smoka".
Trwał tylko półtorej godziny, ale sprawił, że prosto z kina - naprawdę - poszedłem... Nie, nie poszedłem - pobiegłem - do najbliższej sekcji karate kyokushinkay. Tak zaczęła się moja przygoda z karate. Chciałem być jak Bruce Lee, więc przykładałem się do treningów i w dalszym ciągu odwiedzałem kino "Femina".
"Wejście Smoka" obejrzałem ze dwadzieścia razy. Szczury też. Odnosiłem wrażenie, że już mnie poznają i na mój widok radośnie popiskują. Popiskiwał również Bruce Lee, demolując przeciwników w nieprawdopodobnie widowiskowy sposób i zachowując przy tym absolutny spokój. A do tego miał kaloryfer na brzuchu. Chudy, ale byk. Zupełnie jak ja - w moich planach. To mi bardzo odpowiadało. Spokojny, skupiony, skromny Krzysiek, który w razie kłopotów w ułamku sekundy kopnie chuligana w czoło... Treningi były mordercze. Byłem jednym z nielicznych, którzy wytrzymali więcej niż pół roku. Żabki, pompki na kostkach, na palcach, zwisanie z drabinek na czas, brzuszki i godziny ćwiczeń postawy. Masakra. Ale wierzcie mi, to daje pewność siebie. Uspokaja. Uczy dyscypliny.
Karate trenowałem ponad dwa lata i dopracowałem się pomarańczowego pasa. Tymczasem kilkakrotnie rozwaliłem sobie głowę, ćwicząc z nunchaku. Znacie to na pewno - taki japoński minicep. Bruce Lee za jego pomocą zredukował liczbę mieszkańców wyspy paskudnego Chana.
Gdy rozpocząłem studia aktorskie, zaczęła się moja czteroletnia przygoda z jujitsu i aikido. Miałem rewelacyjnego trenera. Pasjonata. Prawdziwego mistrza - Macieja Lisowskiego.
Tu pojawia się w tle kolejna gwiazda Hollywood - Steven Segal, wyjątkowo spokojny, wręcz flegmatyczny mistrz aikido - sztuki walki, wymagającej inteligencji i dostosowania się do ruchów przeciwnika. Aikido to umiejętność wykorzystania siły przeciwnika przeciw niemu samemu.
Po trzydziestce, kiedy już pracowałem w telewizji, przyszła pora na kick-boxing. Kiedy byłem we Wrocławiu, trenował mnie Tomek Skrzypek - aktualnie trener kadry narodowej. Na wrocławskich treningach zdarzało mi się stawać na ringu naprzeciwko Władysława Frasyniuka, legendy opozycji, wtedy już posła na Sejm. Twardy gość. I bardzo sympatyczny.
Gdy byłem w Warszawie, przejmował mnie trener Andrzej Parzęcki - też wybitny mistrz i prawdziwy twardziel. Tym, którzy twierdzą, że to prosty sport, radzę, aby spróbowali poćwiczyć trzy minuty ze zwykłą skakanką. Gwarantuję, że już po minucie będą wyglądali, jakby stali godzinę pod wodospadem.
Pewnie zastanawiasz się, czy umiejętności nabyte podczas treningów sztuk walki, przydały mi się kiedykolwiek poza salą treningową. Owszem, nie raz. Na szczęście nie wiązało się to z koniecznością oklepywania się z jakimiś zbirami, chociaż umiejętności być może uratowały mi życie. A na pewno kręgosłup.
Parę lat temu, prowadząc galę wyborów Miss Polski, decyzją reżysera swoje zapowiedzi kończyłem na całkowitym wyciemnieniu sceny i sali. Wówczas rozbrzmiewała głośna muzyka, a z każdej strony sceny, niczym stado antylop, wyskakiwali tancerze.
W czasie jednego z utworów chciałem zrobić miejsce dla wbiegającej grupy tanecznej. Uprzejmie usuwając się, nie zauważyłem, że dotarłem poza krawędź sceny, a za mną jest już tylko bezlitosna, trzymetrowa przepaść. W trakcie lotu w ułamku sekundy przypomniałem sobie wszystko, czego nauczyli mnie trenerzy judo i karate, i - zamiast rozpłaszczyć się na deskach - zrobiłem pad w tył z przewrotem, bezpiecznie lądując. Nikt z widzów tego nie zauważył. Tylko moja asystentka była bardzo zdumiona, jakim cudem jestem za nią, skoro sekundę temu byłem przed. Cóż, Batman się teleportował...
Wieloletnie treningi sztuk walki wyrabiają wiele cennych odruchów, które mogą się przydać w zupełnie niespodziewanych sytuacjach.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Po czterdziestych urodzinach, jak wielu facetów w tym wieku, doszedłem do wniosku, że przestaję się sobie podobać. Nie grałem na perkusji, a miałem bęben, coraz częściej czułem się zmęczony i nie zawsze to zmęczenie było efektem wysiłku. No i ta magiczna czterdziestka, a z nią mieszanina lęku i tęsknoty za odchodzącą młodością.
Co? Moja młodość ma mnie opuścić? Najwyżej metrykalna...
Zawsze byłem aktywny, więc postanowiłem działać. Chciałem schudnąć - pozbyć się tłuszczu - jednocześnie przybierając na wadze, na masie mięśniowej. Zacząłem więc biegać, chodzić do siłowni, ale mimo motywacji i naprawdę dużego wysiłku, po dwóch latach doszedłem do wniosku, że kręcę się w kółko. Efekty były - delikatnie mówiąc - marne. Chciałem, żeby ktoś mi to wyjaśnił, więc zacząłem się rozglądać za fachowcem. W trakcie moich poszukiwań najczęściej pojawiającym się nazwiskiem był Dariusz Brzeziński. Dowiedziałem się, że jest wielokrotnym mistrzem Polski w kulturystyce. To on przygotował Borysa Szyca do roli dresiarza Silnego w "Wojnie polskoruskiej". Pod jego okiem prezesi wielkich korporacji gubili po kilkadziesiąt kilogramów.
Spodziewałem się zatem ujrzeć Terminatora, Conana Barbarzyńcę, a tymczasem zobaczyłem smukłego, dobrze zbudowanego, ale nieprzepakowanego faceta... Który w dodatku miał szyję!
W dżinsach i marynarce nie robił wrażenia tytana sztangi. Robił po prostu... bardzo dobre wrażenie.
Jak się później okazało, wyobrażenia trenera na mój temat też odbiegały od rzeczywistości.
Dariusz Brzeziński
To, że Krzysztof trafił do mnie, jest dowodem na siłę plotki. Dobrej plotki.
Dzięki niej trafia do mnie większość klientów, którzy z kolei swoim znajomym i przyjaciołom przekazują informacje o możliwościach, jakie daje profesjonalnie zaplanowany trening i dieta. I tak trafiają do mnie kolejne osoby.
Krzysztofa, zanim pojawił się u mnie, znałem wyłącznie z telewizji. Uważałem go za mężczyznę szczupłego, jednak nieszczególnie dbającego o swoją sylwetkę i kondycję.
Później dowiedziałem się, w jak wielkim byłem błędzie. Kiedy zadzwonił, umówiliśmy się na pierwsze spotkanie: 4 września 2007 w klubie fitness na Saskiej Kępie w Warszawie.
Trener zafundował mi regularne przesłuchanie. Spodziewałem się pytań w rodzaju - jak trenujesz biceps? Albo - ile bierzesz na klatę w czasie wyciskania? Te, które padły, wywołały u mnie czkawkę.
O której wstajesz?
Co jesz na śniadanie?
Co jesz na drugi, trzeci, czwarty posiłek?
Czwarty??? Eee...
Z czego składa się twój piąty posiłek?
PIĄTY!?
Może to dziwne, ale już miałem dziwne przeczucie, że czeka mnie rewolucja w myśleniu o treningu.
Dariusz Brzeziński
Dość długo rozmawialiśmy o stylu i trybie życia Krzysztofa i jego oczekiwaniach.
Ustaliliśmy nasz cel: poprawa wyglądu i zmiana stylu życia. Zanim przystąpiliśmy do pracy, jak każdy z moich podopiecznych, Krzysztof przeszedł szczegółowe badania. Sprawdziliśmy morfologię, żeby ustalić, czy jest zdrowy. Przeprowadziliśmy też specjalistyczne badania hormonalne, analizę jego potencjału genetycznego, dokonaliśmy pomiaru tkanki tłuszczowej. Przede wszystkim jednak dokładnie przeanalizowaliśmy jego codzienną aktywność - w tym zawodową, dietę i przeszłość... oczywiście treningową.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Po jednym z odcinków ostatniej edycji "Jak Oni Śpiewają" śpieszyłem się na wieczorną galę, którą miałem prowadzić. Ubrany w elegancki smoking - pamiętasz Daniela Craiga w "Casino Royale"? - czułem się wyluzowany i perfekcyjnie przygotowany.
My name is Ibisz.. Krzysztof Ibisz.
Wsiadając do samochodu, usłyszałem coś w rodzaju dziwnego trzasku - był nieco przytłumiony, jakby ktoś strzelał z tłumikiem. Zamiast dociekać źródła owego dźwięku, skupiłem się na czekającym mnie zadaniu. Gdy dotarłem na miejsce, wysiadając z samochodu, poczułem przenikliwe zimno, a po plecach przeszedł dreszcz. Rozejrzałem się, w końcu mój wzrok padł na spodnie, a raczej na to, co z nich zostało. Pokaźna szczelina biegnąca wzdłuż szwu od biodra do kolana stanowiła niepodważalny dowód skuteczności moich treningów. Najwyraźniej moja krawcowa szyła według błędnych danych wywiadowczych.
Na szczęście biuro, a w nim garderoba, były kilka przecznic dalej. Gdy już tam dotarłem, zdziwiłem się, że nie usłyszałem drugiego dziwnego odgłosu. A musiał nastąpić, bowiem w nierównej walce z moją nową sylwetką poległy nie tylko spodnie. Na plecach, dokładnie między łopatkami, widniała dziura, przez którą spokojnie przecisnąłby się spasiony kot. Od tamtej pory wiem, że kiedy się intensywnie trenuje, należy, po pierwsze, systematycznie wymieniać swoją garderobę na większą, po drugie zaś - zawsze mieć zapasowy garnitur w samochodzie.
Coś Ci powiem. To były pierwsze porwane ciuchy, które naprawdę mnie ucieszyły. Byłem wstrząśnięty i zmieszany. Na galę wróciłem w sportowej marynarce, którą kupiłem dzień wcześniej.
Tak, trochę się zmieniłem...
Ibisz ten sam, ale nie taki sam. Zaplanowaną sylwetkę uzyskałem po niespełna trzech latach, ale nie przerywam treningów. Stały się moim dobrym nałogiem. Nie wyobrażam sobie dnia, w którym mógłbym odpuścić. Trening i dieta służą mi znakomicie.
Gdy piszę te słowa, mam 45 lat i - jak się zorientujesz - jestem człowiekiem pracującym 12-14 godzin na dobę, także w dni wolne. Przecież właśnie wtedy ludzie oczekują rozrywki. Mam też rozległe plany na przyszłość.
Szanse na ich realizację będą duże, jeśli zachowam dobre zdrowie i kondycję, bo czyż nie zdrowia sobie życzymy przy różnych okazjach? To jest podstawa i warunek realizacji wszystkich życiowych ambicji i planów.
Dlatego życzę Ci zdrowia, kondycji, wytrwałości i uporu. A wtedy wszystko się uda.
Pewnie znajdą się tacy, którym trudno będzie uwierzyć, że wszystkie efekty osiągnąłem, stosując wyłącznie opisane w tej książce ćwiczenia i dietę. Tak już jest, że niektórym ludziom łatwiej uwierzyć w spisek i tricki niż w ciężką, systematyczną pracę. Tymczasem udało mi się osiągnąć sukces, mimo że ani na chwilę nie przerwałem pracy i nie zrezygnowałem z częstych podróży. Nie stracili też na tym moi synowie ani rodzina.
Chcę to wyraźnie zaznaczyć - nie wspomagałem się chirurgią plastyczną ani żadnymi niedozwolonymi środkami dopingującymi. Treningowy rytm stał się moim nowym stylem życia, a dieta - sposobem odżywiania.
Jeżeli ktoś powie lub napisze, że było inaczej, to - mówiąc delikatnie - mija się z prawdą.
Czasem, kiedy znane osoby dotyka jakieś nieszczęście, ich walka staje się sprawą publiczną, a one same - często wzorem do naśladowania. Stawiają czoło chorobie, angażują się w akcje społeczne.
Ja mam szczęście być zdrowym człowiekiem, ale też chcę coś udowodnić: można w wieku czterdziestu paru lat przeprowadzić w życiu rewolucję i stać się innym człowiekiem - zdrowym, wysportowanym.
Powie ktoś, że napisałem książkę, żeby zarobić. Zapewniam, że mniej pracochłonne byłoby przyjęcie jakiegoś zlecenia komercyjnego... W tej książce dzielę się moją pasją, żeby inni też mogli uzyskać wspaniałe efekty. Chcę podzielić się wiedzą i doświadczeniem, aby również Twoje życie stało się jeszcze lepsze, jeszcze zdrowsze, bez względu na to, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Bez względu na to, czy masz 35, czy może 55 lat.
Nie pierwszy raz zajmuję się promowaniem zdrowego stylu życia. Brałem już udział w wielu akcjach, propagujących aktywność fizyczną. W moim domu - obok Wiktorów i innych nagród - specjalne, wyeksponowane miejsce zajmuje statuetka, którą otrzymałem od księdza prymasa Józefa Glempa. Właśnie za promowanie w mediach zdrowia i aktywnego, sportowego trybu życia.
Traktuję serio siebie i wszystkich ludzi, których spotykam w swoim życiu - od rodziny począwszy, na oglądającym moje programy telewidzu skończywszy. Bardzo poważnie traktuję Ciebie, Czytelniku!
Uważam, że każdym sukcesem należy się dzielić. Mój trening jest moim sukcesem. Głęboko wierzę, że dzięki tej książce stanie się również Twoim udziałem. Nie odpuszczaj sobie, a na pewno się uda. Trzymam za Ciebie kciuki.