Wstęp
WSTĘP
Moi dwaj seryjni zabójcy
Seryjni zabójcy wiedzą, że są niezwyciężeni.
- ROBERT D. KEPPEL, śledczy
Mam problem z kobietami.
- RICHARD COTTINGHAM, zwany Rozpruwaczem Korpusów z Times Square
Żaden ze mnie ekspert w kwestii seryjnych
zabójców; nie jestem kimś, kto odebrał w tej materii wszechstronne
wykształcenie. Nigdy nie pracowałem dla Federalnego Biura Śledczego jako
profiler, nie byłem policjantem, kryminologiem czy psychologiem sądowym.
Nie napisałem rozprawy akademickiej na temat tego typu przestępców i nigdy też nie przeprowadzałem wywiadów z przebywającymi w więzieniu
seryjnymi zabójcami, nie wymieniałem się nawet z nimi korespondencją.
Nie zdarzyło mi się kupić dzieł sztuki ich autorstwa ani zbierać
pamiątek, które po sobie pozostawili. Innymi słowy, przypominam zapewne
was - jestem ciekawskim amatorem. Nie licząc tego, że czytałem na ich
temat i zetknąłem się z nimi w telewizji, jedynym moim przeżyciem
związanym z tym zagadnieniem jest osobisty - ale krótkotrwały - kontakt
z dwoma z nich, i to w czasach, zanim zostali zidentyfikowani i ujęci.
Możecie sobie pomyśleć: "No, to czyni go innym od nas"... ale na waszym
miejscu nie spieszyłbym się z takimi wnioskami.
Podróżując, przypadkowo natknąłem się na dwóch niesławnych mężczyzn,
którzy w anglojęzycznej kulturze dorobili się przydomka Ripper -
Rozpruwacz. Byli to Richard Cottingham, znany jako Times Square Torso
Ripper (Rozpruwacz Korpusów z Times Square), powiązany później z pięcioma przypadkami zabójstw, w których ofiary zostały poćwiartowane,
mającymi miejsce w stanach Nowy Jork i New Jersey, oraz Andriej
Czikatiło, nazywany Red Ripperem (Czerwonym
Rozpruwaczem)1, którego spotkałem w Rosji dosłownie na
kilka dni przed tym, gdy popełnił ostatnie trzy ze swoich ponad
pięćdziesięciu kanibalistycznych mordów na kobietach, młodzieży i dzieciach. W obu przypadkach dopiero dużo później dowiedziałem się, z kim miałem do czynienia. Moje zetknięcie się z Cottinghamem było w równym stopniu dramatyczne, jak spotkanie Czikatiły okazało się banalne
i łatwe do zapomnienia.
Miałem styczność z Richardem Cottinghamem przez jakieś dziesięć sekund
pewnego wczesnego niedzielnego poranka w grudniu 1979 roku w Nowym
Jorku. Pracowałem jako asystent produkcji przy filmie, który kręciliśmy
w Toronto. Moim zadaniem było co parę dni wylatywać do Stanów
Zjednoczonych i osobiście dostarczać szpule z wywołanym filmem do
laboratorium fotograficznego w pobliżu Times Square, gdzie poddawano je
specjalnej obróbce. To była świetna praca: rankiem wylatywałem do Nowego
Jorku, szybko podrzucałem film gdzie trzeba, a potem miałem czas dla
siebie aż do następnego dnia, gdy musiałem się stawić po gotowe szpule.
Zazwyczaj dostawałem do ręki bilet lotniczy oraz kopertę z gotówką;
oczekiwano, że sam zajmę się kwestią noclegu oraz posiłków. Ekipy
filmowe miały w zwyczaju zatrzymywać się w dobrych hotelach klasy
biznesowej - Sheratonach, Hiltonach i tak dalej - a mnie dawano
dostatecznie dużo szmalu, bym mógł nocować i stołować się właśnie w tego
rodzaju przybytkach. Będąc jednak młodym i zbuntowanym człowiekiem
(któremu zdarzyło się już polecieć do Nowego Jorku i nocować na podłodze
w legendarnej kolebce kontrkultury, klubie CBGB na Bowery, żywiąc się
przy tym serem i winem na wernisażach w galeriach sztuki), miałem
głęboko w nosie jakieś tam wysmakowane noclegi. Podczas przewożenia
filmów poprzestawałem na zaklepaniu miejscówki w tanich, turystycznych
hotelikach. Zaoszczędzone pieniądze wydawałem na imprezach w klubach,
kupowałem albumy muzyczne, książki i elektronikę. Ale podczas jednej z tych wycieczek poszedłem o krok za daleko.
Nieoczekiwane opóźnienie wynikłe z problemów technicznych w studiu
fotograficznym zmusiło mnie do pozostania w Nowym Jorku przez cały
weekend. Musiałem tak gospodarować budżetem, by mieć dach nad głową
przez te nieprzewidziane noce, postanowiłem więc w ostatni dzień
zameldować się w wyjątkowo obskurnym punkcie noclegowym. Wczesnego
niedzielnego poranka podszedłem do niczym niewyróżniającego się średniej
wielkości hotelu na Czterdziestej Drugiej Zachodniej Ulicy, jakieś dwie
przecznice od rzeki Hudson, w pobliżu szczątków zawalonej sześć lat
wcześniej West Side Highway2. Hotel oferował noclegi za
wybitnie korzystne stawki, ale za cenę tego, że położony był w bezpośrednim sąsiedztwie z niczym - w pobliżu bowiem nie było żadnej
wygodnej stacji metra, żadnych atrakcji turystycznych czy biurowców.
Budynek tkwił w zrujnowanej dzielnicy w pobliżu Dziesiątej Alei, która
zasłużyła sobie na swoje historyczne miano, Hell's Kitchen, faktycznie
przypominając kuchnię piekła. Hotel był niezbyt atrakcyjnym miejscem
nawet dla osób uzależnionych i parających się prostytucją, których
królestwo przypominające świat rodem z Taksówkarza z Robertem De Niro
mieściło się o kilka przecznic na zachód; była tam tak zwana
"Czterdziestka dwójka", oślizgły i parszywy fragment Czterdziestej
Drugiej Zachodniej wypełniony sklepami z pornografią, pokazami
erotycznymi i sklepami z nożami, ciągnący się od Broadwayu obok
terminalu autobusowego w pobliżu Ósmej i Dziewiątej Alei. Hotel był
wyjątkowo tani, ale jak na tę cenę zdawał się w znośnym stopniu czysty i bezpieczny, a od laboratorium, w którym miałem się stawić wczesnym
rankiem, dzielił mnie krótki spacerek.
Pojawiłem się w hotelu bez rezerwacji i powiedziano mi, że pokój będzie
dla mnie gotowy już wkrótce; miałem poczekać około pół godziny, bo
poprzedni lokatorzy właśnie się wymeldowywali. Postanowiłem, że w międzyczasie udam się na górę i ocenię, jak złe może być to miejsce.
Czekając na windę, lekko się zirytowałem; zauważyłem, że kabina
zatrzymała się na niemal wieczność na najwyższym piętrze. W końcu jednak
ruszyła i gdy drzwi stanęły otworem, wysiadł z windy najprawdopodobniej
właśnie ów dupek odpowiedzialny za przestój. Niemalże mnie stratował,
wlokąc się jak jakiś zombie o zeszklonych oczach; patrzył przeze mnie na
wylot i zepchnął mnie na bok, jakby mnie tam właściwie nie było. Gdy
mnie mijał, kierując się ku lobby, trącił lekko moją nogę torbą, walizką
czy co tam dźwigał. Nie przyjrzałem się temu bagażowi ani też nie byłbym
dziś w stanie opisać odczucia, jakiego doznałem, gdy jego bagaż dotknął
mojej nogi. W pamięć wryło mi się jedynie to, że gość zdawał się niemal
lśnić od pokrywającej go warstewki potu oraz że miał wybitnie
niekorzystną fryzurę na mopa. Sprawiał wrażenie kolesia około
trzydziestki piątki, miał piaskowej barwy włosy i przypominał niskiego
rangą, pobladłego pracownika biurowego - i jak się okazało, właśnie kimś
takim był (choć inni świadkowie mówili raczej, że miał "oliwkową" cerę).
W chwili, gdy drzwi windy zasunęły się za mną, zdążyłem już o nim
zupełnie zapomnieć.
Pojechałem windą na losowo wybrane piętro. Natychmiast wyczułem
delikatny, ale dość jednoznaczny swąd spalenizny; nie widziałem jednak
żadnego dymu i uznałem, że jest to po prostu naturalna woń tego hotelu.
Spacerując po korytarzach, nie wykryłem niczego, co jawiłoby mi się jako
szczególnie paskudne, ale nie uszło mojej uwadze, że ten przykry zapach
przybiera na sile; teraz do bukietu woni dołączyły trudne do pomylenia z czymkolwiek innym nuty spalonego kurzego pierza albo zwierzęcej sierści.
Wtedy tego jeszcze nie wiedziałem, ale była to woń pieczonego ludzkiego
mięsa.
W korytarzu moje spojrzenie przyciągnęło kilka czarnych i tłustawych
smużek jakiejś smolistej substancji, tak małych, że nieomal
nieuchwytnych. Fruwały w powietrzu i wirowały niby czarne płatki śniegu.
Gdy złapałem jedną z nich, zabarwiła moje palce na czarno. Przeszedłem
korytarzem dalej; teraz zrobiło się już jakby mgliście, a zapach
niewątpliwie miał związek z pożarem w budynku - taka mieszanka płonącego
drewna i farby. Usłyszałem dochodzące z kilku różnych miejsc odgłosy
nagłego poruszenia, a także krzyki na klatce schodowej; rozdzwoniły się
alarmy pożarowe. Szybko skierowałem się z powrotem na dół, ku lobby, i opuściłem budynek dokładnie w tej samej chwili, w której wyhamowywał
przed nim wóz strażacki. Całe to doświadczenie sprawiło, że owo miejsce
zaczęło mieć (mówiąc delikatnie) niezbyt sympatyczny klimat, dlatego też
opuściłem je niemal natychmiast, by poszukać nowego hotelu. Nie
odwracałem się za siebie.
Następnego ranka przeczytałem w gazetach, że interweniujący podczas
pożaru hotelu strażacy znaleźli w jednym z pokoi ciała dwóch
zamordowanych kobiet, które ułożono na łóżkach i podpalono. Strażak
wywlókł jedną z nich z zadymionego doszczętnie pokoju i zamierzał
udzielić jej pierwszej pomocy metodą usta-usta, ale dopiero wtedy
zorientował się, że nie miała głowy i dłoni. Z początku myślał, że to
manekin. Weteran z nowojorskiej straży pożarnej z piętnastoletnim
doświadczeniem powiedział, że po tym incydencie poszedł na na terapię
mającą pomóc mu zaleczyć traumę. "Nigdy nie natrafiłem na cokolwiek
podobnego. I mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał"k1 -
powiedział.
Ubrania ofiar odnaleziono starannie poskładane i ułożone na dwóch
schludnych stosikach w wannie; na górze tych stert spoczęły ich buty na
koturnach. Nie licząc materaców, w pokoju próżno było szukać plam krwi;
nie znaleziono też odbitek palców3 ani innych dowodów. Sprawca
zabrał ze sobą narzędzie, którego użył do rozczłonkowania ofiar,
czymkolwiek ono było. Poza okaleczeniami na ciałach odnaleziono ślady
straszliwych tortur: oparzenia od papierosa, stłuczenia od bicia, a także ślady zębów na piersiach.
W tamtym czasie nie łączyłem tego mordu z mężczyzną, z którym się
zderzyłem przy windzie. Nie zapamiętałem go nawet. Tak jakoś wyszło, że
wędrowanie po hotelu wśród latających czarnych płatków, nagłe
uruchomienie alarmu pożarowego i wozy straży stojące pod budynkiem
zupełnie stłamsiły to drobne wspomnienie o dziwnym facecie. Wróciło
dopiero wtedy, gdy Richard Cottingham został aresztowany i postawiony
przed sądem za okaleczanie i zabijanie młodych kobiet, głównie
prostytutek, w Nowym Jorku i New Jersey, wliczając w to dwie ofiary z hotelu. Gdy zobaczyłem zdjęcie w gazecie, natychmiast go rozpoznałem: ta
kiepska fryzura i blade oblicze.
Od tego czasu zawsze zakładałem, że gdy wyszedł z windy i minął mnie
tego niedzielnego poranka, musiał mieć przy sobie ucięte głowy i dłonie
ofiar. Naprawdę nie sądzę, że podjął ryzyko i zostawił na chwilę bez
nadzoru w pokoju hotelowym dwa okaleczone ciała, by pozbyć się głów i dłoni i dopiero potem wrócić, by podpalić pomieszczenie. A choć nie
wiem, w czym przenosił głowy, musiał to być ów bagaż, który otarł mi się
o nogę w chwili, gdy mężczyzna opuszczał windę (inna sprawa, że nie było
wiadomo, czy zabił najpierw jedną kobietę i zostawił jej zwłoki w pokoju, po czym wyprawił się, by odnaleźć drugą, czy też obie były żywe
i przyszło im wspólnie zginąć z jego ręki; Cottingham nigdy tego nie
wyjawił)4.
Richard Francis Cottingham, lat trzydzieści cztery, jak odkryłem, był
żyjącym w separacji z żoną ojcem trójki dzieci, mieszkającym gdzieś na
przedmieściach New Jersey. Sąsiedzi opisywali go zazwyczaj jako
mężczyznę lekko nadętego i skrytego, ale uważali za oddanego ojca, który
zawsze zabierał swoje dzieciaki na halloweenowe polowanie na cukierki.
Był synem wysokiej rangi przedsiębiorcy ubezpieczeniowego i licealnym
sportowcem, ale przy tym samotnikiem. Przez ostatnie szesnaście lat na
wolności miał stabilne zatrudnienie - zajmował się obsługą komputerów w firmie ubezpieczeniowej Empire State Blue Cross-Blue Shield z siedzibą
na Trzeciej Alei na środkowym Manhattanie. Był cenionym pracownikiem i można było na nim polegać. Wybrał dla siebie zmianę od piętnastej do
dwudziestej trzeciej, a zbrodni dokonywał o poranku, w nocy po pracy lub
w weekendy.
Głowy i ręce ofiar z hotelu w pobliżu Times Square nie zostały
odnalezione, choć policja zorganizowała kompleksową akcję poszukiwawczą,
także w pobliskim odcinku rzeki. Jedną z ofiar udało się zidentyfikować
dzięki porównaniu szpitalnych zdjęć rentgenowskich jako urodzoną w Kuwejcie Deedeh Goodarzi, dwudziestotrzyletnią pracownicę seksualną z New Jersey oraz matkę czteromiesięcznego dziecka. Drugiej z ofiar -
wedle szacunków nastolatki - nigdy nie udało się zidentyfikować.
Sześć miesięcy później Cottingham zabił i okaleczył kolejną pracownicę
seksualną z Nowego Jorku, dwudziestopięcioletnią Jean Mary Ann Reyner.
Odnaleziono ją w zabytkowym, ale będącym cieniem dawnej świetności
hotelu Seville na Dwudziestej Dziewiątej w pobliżu Madison Avenue. Tym
razem sprawca odciął piersi ofiary i ułożył je na wezgłowiu łóżka, po
czym podpalił pokój.
Cottingham tak naprawdę preferował dokonywanie zbrodni bliżej swojego
domu w New Jersey. Najczęściej zabierał ofiary z ulic Manhattanu lub z barów, gdzie je spotykał. Tak czy inaczej, kupował im drinki lub obiady;
napoje zawsze po kryjomu zaprawiał pigułką gwałtu. Następnie wyprowadzał
lub zwabiał półprzytomne ofiary do swojego samochodu i przewoził je
przez rzekę do New Jersey, do tanich motelów ciągnących się wzdłuż
licznych autostrad przecinających stan. Wnosił je do motelu przez tylne
drzwi, a potem molestował i torturował przez dłuższy czas. Te, które
miały szczęście, budziły się później ze stuporu wywołanego przez
narkotyk, by odkryć, że zostały zgwałcone, także analnie, i że ich ciała
pokryte były straszliwymi ranami; ofiary te były porzucone bez ubrania
gdzieś na poboczu lub podłodze motelowego pokoiku, z mglistymi
wspomnieniami tego, co im się przytrafiło. Pozostały przy życiu, bo
Cottingham był specyficznego rodzaju seryjnym zabójcą - kategoryzowanym
jako gniewno-ekscytacyjny lub motywowany żądzą sadysta. Cottingham
czerpał przyjemność nie z aktu zabijania, a z torturowania swoich ofiar.
Gdy skończył już się pastwić nad daną kobietą, nie obchodziło go, czy
ona przeżyje, czy też nie; co więcej, jeśli dana osoba zmarła podczas
ataku, zanim Cottingham osiągnął oczekiwany poziom satysfakcji, pastwił
się nad zwłokami do momentu spełnienia. Gdy było już po wszystkim, miał
w zwyczaju porzucać swoje ofiary niczym "odpadki", a to, czy dana
kobieta żyła, czy też nie, było mu obojętne. Niektóre miały szczęście i przeżyły, innym się nie udało.
Ciało dziewiętnastoletniej Valerie Ann Street zostało odnalezione przez
personel Hasbrouck Heights Quality Inn w New Jersey. Sprzątająca pokój
motelowy kobieta usiłowała odkurzyć pod łóżkiem, ale coś blokowało jej
dostęp. Gdy uniosła materac, odkryła wepchnięte tam straszliwie
okaleczone zwłoki. Ręce ofiary były ciasno skute za plecami; całe ciało
pokrywały ślady ugryzień; była bita po goleniach. Valerie Street umarła
z powodu niedotlenienia; na jej ustach znaleziono ślady taśmy
samoprzylepnej. Cottingham dołożył starań, by ostrożnie ją oderwać i zabrać ze sobą po zabiciu dziewczyny. Musiał jednak zgubić kluczyk od
kajdanek, skoro pozostawił je zapięte na nadgarstkach ofiary - i był to
błąd, który okazał się dla niego zgubny, bo policja odnalazła odbitki
jego palców na wewnętrznej części ich zatrzasku.
Jedna z jego ofiar na pewno nie była pracownicą seksualną.
Dwudziestosześcioletnia radiolożka Mary Ann Carr została odnaleziona
porzucona pod płotem z siatki okalającym ten sam hotel w New Jersey dwa
lata wcześniej. Jej klatka piersiowa i nogi były poranione ostrym
narzędziem; została pobita jakimś ciężkim, tępym przedmiotem, a do tego
jej ciało pokrywały siniaki i ugryzienia. Na jej nadgarstkach widniały
ślady po kajdankach, a na ustach znaleziono resztki kleju z taśmy. Była
duszona, ale to właśnie taśma ostatecznie pozbawiła ją życia.
Cottinghama aresztowano dwudziestego drugiego maja 1980 roku, około
sześć miesięcy po tym, gdy na niego wpadłem. Zabrał z ulicy
osiemnastoletnią Leslie Ann O'Dell, która oferowała usługi seksualne na
rogu Lexington Avenue i Dwudziestej Piątej. Przybyła do Nowego Jorku ze
stanu Waszyngton autobusem, a alfonsi czatujący na dworcu autobusowym
szybko nakłonili ją do uprawiania prostytucji. Cottingham kupił jej
drinki i opowiadał jej o swojej pracy oraz domu na przedmieściach aż do
trzeciej nad ranem. Następnie zaproponował jej podwózkę do terminalu
autobusowego w New Jersey, by mogła stamtąd uciec przed nowojorskimi
stręczycielami. Leslie z wdzięcznością przyjęła tę pomoc. Po
przekroczeniu Mostu Waszyngtona i wjechaniu na teren New Jersey kupił
jej steka w całodobowym bistro. Był czarujący, szczodry, pełen
współczucia i skłonny pomóc. W pewnym momencie dziewczyna zgodziła się
uprawiać z nim seks w zamian za sto dolarów. Około świtu zameldowali się
w tym samym nieszczęsnym Hasbrouck Heights Quality Inn, w którym
osiemnaście dni wcześniej zostawił pod łóżkiem okaleczone ciało swojej
ostatniej ofiary. Nikt z obsługi nie rozpoznał Cottinghama.
Po wynajęciu pokoju Cottingham podjechał do niego od tyłu i oboje z Leslie weszli tam tylnym wejściem. Zostawił ją samą w pomieszczeniu,
mówiąc, że wraca do auta, bo chce zaparkować je od frontu. Wrócił z papierową torbą, w której miał flaszkę whisky, a także
walizkę-dyplomatkę. Dochodziła piąta nad ranem.
Cottingham zaproponował zmęczonej dziewczynie masaż, a ona z radością
położyła się na brzuchu. Usiadłszy jej na plecach, wydobył z walizki nóż
i przystawił go jej do gardła, równocześnie zatrzaskując kajdanki na jej
nadgarstkach. Podczas gdy Leslie usiłowała go przekonać, że wszystko to
nie jest konieczne, Cottingham rozpoczął tortury, niemalże odgryzając
jeden z jej sutków. Zeznała później, że powiedział: "Musisz to znieść.
Inne dziewczyny to znosiły, a więc ty także musisz. Jesteś zdzirą i musisz zostać ukarana".
Zarzuty postawione Cottinghamowi w czasie procesu w New Jersey mogą nam
w pewien sposób ukazać, jak dla O'Dell przebiegły kolejne cztery
godziny:
Porwanie, usiłowanie zabójstwa, napaść, napaść z użyciem niebezpiecznej
broni, napaść na tle seksualnym z użyciem broni (gwałt), napaść na tle
seksualnym z użyciem broni (sodomia), napaść na tle seksualnym z użyciem
broni (fellatio), posiadanie broni; posiadanie niebezpiecznych
substancji: sekobarbitalu oraz amobarbitalu, a także posiadanie
niebezpiecznej substancji, diazepamu lub valium.
Między kolejnymi gwałtami waginalnymi, analnymi i oralnymi, gryzieniem,
biciem, nacinaniem nożem i biczowaniem z użyciem skórzanego pasa
Cottingham przerywał, aby delikatnie obetrzeć twarz ofiary za pomocą
chłodnego, wilgotnego ręcznika. A potem powracał do maltretowania.
Stłumione krzyki bólu O'Dell stały się tak głośne, że obsługa motelowa,
dostatecznie wystraszona morderstwem dokonanym osiemnaście dni
wcześniej, wezwała policję, po czym pobiegła do pokoju i zażądała, by
Cottingham otworzył drzwi. Ten zebrał swój przybornik i wybiegł z pokoju, ale jeszcze na korytarzu został pochwycony przez właśnie
przybywających na miejsce policjantów.
I tak nastąpił kres Cottinghama. Za zabójstwa dokonane w New Jersey
otrzymał kilka wyroków, od sześćdziesięciu do dziewięćdziesięciu pięciu
lat więzienia, osobny wyrok dożywocia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po dwudziestu pięciu latach, oraz drugi,
równoległy - w tym wypadku mógł domagać się zwolnienia po trzech
dekadach. A potem został przekazany władzom sądowniczym z Nowego Jorku,
by stanąć przed sądem za "korpusowe" zbrodnie. Nie zobaczymy już
Richarda na wolności.
Cottingham zaprzeczał popełnieniu którejkolwiek ze zbrodni nawet pomimo
faktu, że w jego domu znaleziono kilka przedmiotów należących do
ofiar5. Jedyna jego deklaracja brzmiała: "Mam problem z kobietami".
Moje krótkie spotkanie z Cottinghamem to źródło naprawdę mocnej
opowieści, którą dzieliłem się z ludźmi przez wiele lat, jeszcze długo
po tym, gdy natknąłem się - choć nie byłem tego świadom! - na kolejnego
seryjnego zabójcę, i to takiego z ksiąg rekordów: ukraińskiego kanibala
Andrieja Czikatiłę, który zabił i okaleczył niesamowitą liczbę
pięćdziesięciu trzech ofiar6 w Związku Radzieckim.
W 1990 roku pracowałem przy produkcji filmów dokumentalnych dla
telewizji i w październiku tamtego roku znalazłem się w Moskwie, by
nakręcić film o zmianach zachodzących w tym mieście za rządów
Gorbaczowa. Pewnego dnia nasza ekipa napotkała niesamowite widowisko. Na
trawniku przed hotelem znajdującym się bezpośrednio za placem Czerwonym,
niemal pod kopułami cerkwi Wasyla Błogosławionego, spontanicznie
powstało miasteczko namiotowe liczące około pięciuset mieszkańców.
Ludzie ci zdawali się pochodzić ze wszystkich części kraju; w większości
byli emerytami, którzy pragnęli zaprotestować przeciwko nadużyciom z czasów Stalina. Do swoich namiotów i szałasów przymocowali kuriozalne
miniaturowe transparenty. Niektórzy przykleili sobie do czół skrawki
papieru, na których łamanym i archaicznym angielskim wypisane były
osobliwe slogany, na przykład "Lenin is bonehead" (Lenin jest zakuta
pała). Jeszcze inni trzymali w górze osobliwe afisze, na których
starannie umieszczono dawne dokumenty, listy oraz fotografie stanowiące
dowody na poparcie rozmaitych skarg. Wszedłem w ten tłum wraz ze swoją
ekipą i zacząłem rozmawiać z niektórymi spośród zgromadzonych,
poszukując odpowiednich kandydatów do przeprowadzenia i nagrania
wywiadów. Miało się wrażenie, że niemal wszyscy byli ofiarami traum i cierpieli na rozmaite choroby i zaburzenia psychiczne; zważywszy na to,
przez co przeszli za Stalina, łatwo było domyślić się źródła tych
problemów.
W pewnym momencie zauważyłem niewielki stragan ozdobiony trzema kolorami
dawnej carskiej Rosji - bielą, niebieskim i czerwienią. W 1990 roku
możliwość ujrzenia tych kolorów w ZSRR wciąż była rzadkością. Stragan
należał do wychudłego mężczyzny z siwiejącymi włosami i pokaźnych
rozmiarów okularami. Innych cech jego wyglądu nie potrafię sobie
przypomnieć, nie licząc jeszcze tego, że był gładko ogolony i ubrany w miarę dobrze (jak na Związek Radziecki) - miał półdługą marynarkę,
czystą koszulę oraz starannie zawiązany krawat. Wyglądał na człowieka
tuż przed pięćdziesiątką albo tuż po niej; w schludnym stroju i w trochę
młodszym wieku niż pozostali wyróżniał się z wypełniającego miasteczko
tłumu rosyjskich emerytów noszących niechlujne, gęste brody. Nieznajomy
miał w sobie coś wyrafinowanego - można wręcz rzec, że delikatnego i pedantycznego. Obok niego stała typowa wyświechtana skórzana aktówka z rodzaju tych, które nosili niemal wszyscy radzieccy biurokraci i pracownicy umysłowi.
Przedstawił mi się, ale później zapomniałem, jakie podał imię i skąd
przyjechał. Z początku mówił cicho, spokojnie i w sposób świadczący
niezbicie o odbytej edukacji. Te kilka zdań, które spróbował wygłosić po
angielsku, było wymówione poprawnie i bez błędów gramatycznych.
Mężczyzna kojarzył mi się z bibliotekarzem. Wyjaśnił mi, że posiada
kilka stopni naukowych i "jest inny" niż reszta otaczającego go
"motłochu". Gdy w końcu zaczęła się z niego wylewać opowieść, stopniowo
dawał się ponieść emocjom; oczy napełniły mu się łzami do tego stopnia,
że zaparowały mu okulary. Ale jego narracja była tak absurdalna, że w życiu bym jej nie zapomniał: przybył tu, do Moskwy - wyjaśnił - by
spotkać się z Gorbaczowem i poskarżyć się, że ktoś nielegalnie wznosi
garaż oraz latrynę pod oknami mieszkania jego syna. "To był spisek!" -
zawołał płaczliwie.
Byłem świeżo po wywiadzie ze staruszką czatującą kilka rzędów namiotów
dalej; opowiedziała mi, że umiera na raka, a pięćdziesiąt lat wcześniej
została aresztowana i zamknięta w gułagu, podczas gdy jej dzieci wysłano
do państwowego zakładu. Nie widziała ich od tego czasu i desperacko
pragnęła ujrzeć je przed śmiercią, lecz władze jej w tym nie pomagały. W porównaniu z jej tragedią to nabzdyczone marudzenie wymuskanego
jegomościa dotyczące jakiegoś tam garażu jawiło mi się jako małostkowe i głupie... i, co gorsza, przypominało nudną scenkę z telewizji. Poszukując
kogoś innego, z kim mógłbym przeprowadzić wywiad, odsunąłem się od tego
elegancika przy wtórze komunałów, najuprzejmiej jak tylko byłem w stanie; nie słuchałem już ostatnich fragmentów jego utyskiwania i wkrótce zupełnie o nim zapomniałem. I w ten sposób przegapiłem okazję na
nagranie wywiadu z Andriejem Romanowiczem Czikatiłą - Rzeźnikiem z Rostowa lub Obywatelem X - na trzy tygodnie przed jego zatrzymaniem. Był
to jeden z najbardziej "pracowitych" seryjnych zabójców we współczesnej
historii.
Cottinghama całkiem dobrze zapamiętałem, ale w przypadku Czikatiły z głowy wyleciało mi wszystko, nie licząc jego schludnego odzienia oraz
tego, jak banalna kwestia skłoniła go do przybycia do Moskwy w celu
przedstawienia swoich skarg. Nie pamiętam jego oczu poza tym, że
zgromadziły się w nich łzy, oraz że osłaniające je okulary zaszły
mgiełką; nie zapisała mi się w głowie żadna cecha jego twarzy, jedynie
to, że był gładko ogolony. Pozostaje w moich wspomnieniach postacią o łagodnym głosie, kryjącą się w półcieniu zapomnienia - ale w koszmarach
wciąż przychodzi do mnie jako monstrualny byt w typie kujona chlustający
na mnie łzami z pustych oczodołów.
W ciągu kilku dni od naszej przelotnej rozmowy w Moskwie wrócił do
Rostowa w Ukrainie, by zabić swoją pięćdziesiątą pierwszą znaną ofiarę.
Podczas przejazdu lokalnym pociągiem przekonał szesnastoletniego,
niepełnosprawnego intelektualnie chłopca do wspólnego wypadu do jego
"daczy", sugerując, że będą tam czekać na nich dziewczęta. Obaj wysiedli
z pociągu i Czikatiło zaprowadził chłopaka do gęstego lasu, gdzie nagle
powalił go na ziemię i zdarł z niego spodnie. Związał ofiarę liną, którą
nosił ze sobą w aktówce (czyżby tej samej, którą widziałem w Moskwie?)
na wypadek takiej właśnie okazji, po czym obrócił go na plecy i rozebrał
do końca. Molestował go, a następnie odgryzł chłopcu czubek języka i dźgał go nożem w głowę oraz brzuch. Potem odciął genitalia ofiary i cisnął nimi w pobliskie krzaki. Po zawleczeniu ciała w gęste zarośla
odzyskał swoją linę i otarł starannie z krwi siebie samego oraz swój
nóż, używając do tego ubrań chłopca. Poprawił swoje ubranie (czyżby
składające się z tej samej koszuli i krawatu, w których go widziałem?),
po czym spokojnie wrócił na pobliską stację kolejową i złapał pociąg do
domu.
Dziesięć dni później, na innej stacji, Czikatiło zabił kolejnego
szesnastolatka, okaleczając go w podobny sposób - była to jego
pięćdziesiąta druga ofiara. Po kolejnym tygodniu, za stacją, gdzie
wysiadł z pociągu z niepełnosprawnym intelektualnie chłopcem, zabił
swoją pięćdziesiątą trzecią i ostatnią ofiarę, dwudziestodwulatkę.
Odciął jej czubek języka oraz oba sutki po tym, jak okaleczył jej
genitalia. Po wyjściu z zarośli był cały umazany krwią, więc zaczął się
obmywać przy stacyjnym kranie z wodą. Milicjant zajmujący się tropieniem
zabójcy podszedł do niego i przepytał go, zapisując przy okazji jego
dane. Funkcjonariusz pozwolił Czikatile udać się w dalszą drogę -
stwierdził później, że nie miał możliwości zweryfikować, czy substancja
pokrywająca twarz mężczyzny była krwią. Nowe regulacje wprowadzone przez
Gorbaczowa mocno kontrolowały sposób postępowania milicji wobec
obywateli; od teraz wszystko miało się odbywać zgodnie z regulaminem.
Tak więc milicjant pozwolił zabójcy odejść, ale przez następne kilka dni
Czikatiło znajdował się pod obserwacją. Gdy tuż obok stacji, na której
był przepytywany przez funkcjonariusza, znaleziono ciało kobiety,
Czikatiłę natychmiast wytypowano jako podejrzanego i zatrzymano.
W ciągu następnego roku oglądałem w rosyjskiej telewizji transmisje z procesu Czikatiły, widziałem też jego fotografie. Zabijał kobiety i dziewczynki, chłopców oraz młodzieńców - nie robiło mu to różnicy.
Niemal zawsze wabił swoje ofiary albo do szopy znajdującej się w obskurnej części miasta, albo do jakiegoś odizolowanego miejsca gdzieś
na polach lub w lesie. Wykorzystywał swoją wiedzę i erudycję, by ofiary
mu zaufały. Często wybierał osoby ubogie, niepełnosprawne
intelektualnie, zagubione i młode, oferując im jedzenie, seks,
schronienie lub po prostu obiecując pokazać im drogę. Skłaniał w ten
sposób ofiary, by poszły za nim, wprost ku swej śmierci. Gdy już znalazł
się z nimi na uboczu, brutalnie atakował, korzystając ze swojego
"zabójczego przybornika" - licznych noży i innych ostrych narzędzi,
które nosił ze sobą w aktówce.
Przed rozpoczęciem procesu Czikatiło został już ostrzyżony na łyso,
sprawiał też wrażenie osoby zaburzonej, wył ku zgromadzonym na sali
sądowej widzom z wnętrza specjalnie zbudowanej dla niego klatki. Ale
nawet gdy oglądałem jego wcześniejsze fotografie w gazecie, nigdy nie
rozpoznałem w nim mężczyzny, którego spotkałem tamtego dnia w miasteczku
namiotowym w Moskwie. Na tamtym etapie wciąż od czasu do czasu
opowiadałem swoją historyjkę o Richardzie Cottinghamie, nie zdając sobie
zupełnie sprawy z jej nowej, powstałej w międzyczasie puenty. Dopiero
wiele lat później natrafiłem na zapis milicyjnego raportu z przesłuchania Czikatiły, w którym zabójca skarżył się na spisek mający
na celu wzniesienie garażu i wychodka za mieszkaniem jego syna, a także
deklarował, że wybrał się do Moskwy, by porozmawiać o sprawie z Gorbaczowem. Z przerażenia aż skamieniałem - czy to naprawdę mógł być
ten sam facet? Musiał nim być - przecież ta historyjka była zbyt
ekscentryczna, a do tego nawet raport milicji wspominał o tym, jak
zmieniał się stan emocjonalny Czikatiły, ilekroć wspominał on o tym
nieszczęsnym garażu. I faktycznie, badając dokumenty, natknąłem się na
zapis wzmiankujący o wizycie Rzeźnika z Rostowa w Moskwie w październiku
1990 roku, tuż przed popełnieniem przez niego ostatnich trzech
mordówk2.
Na tym etapie zdałem sobie sprawę, że w swoim życiu spotkałem nie
jednego, ale aż dwóch seryjnych zabójców - podówczas nadal
niezidentyfikowanych i zabijających - i przez bardzo długi czas nawet
sobie z tego nie zdawałem sprawy. Ilu więcej mogło ich się czaić na
mojej ścieżce? I skąd się oni, do diabła, brali?
Sporo namieszało mi w głowie to, jak banalne życie wiedli dwaj zabójcy -
obaj byli rodzinnymi facetami posiadającymi zatrudnienie zapewniające
przyzwoite dochody: Cottingham, komputerowiec z Nowego Jorku, miał dom
na przedmieściach i trójkę dzieci; Czikatiło, wyedukowany na
uniwersytecie nauczyciel akademicki, był ojcem dwójki dzieci, autorem
politycznych esejów publikowanych za czasów Związku Radzieckiego oraz
później specjalistą od nabywania materiałów dla fabryk. Ci dwaj nie byli
wcale rozczochranymi ani zaniedbanymi włóczęgami o zamglonym spojrzeniu
czy odludkami targanymi nerwowymi tikami - czyli stereotypowymi wzorami
kojarzonymi przez nas jako "seryjniacy". To byli zwykli goście.
Najbardziej fascynowała mnie ich niewidzialność - to, jak łatwo było ich
zapomnieć. Tropili swoje ofiary i zasadzali się na nie niczym złowrogie
i zupełnie przeźroczyste zjawy. Przecież wpadłem na Cottinghama -
prawdopodobnie taszczącego ze sobą dwie ucięte dłonie zaraz po
podpaleniu hotelu, w którym właśnie się meldowałem - a zapomniałem o nim
w ciągu kilku sekund. Cottingham tak łatwo wymykał się ludziom z pamięci, że był w stanie spokojnie wynająć pokoik w tym samym motelu, w którym osiemnaście dni wcześniej zostawił pod łóżkiem okaleczone zwłoki.
I nikt go nie rozpoznał.
Czikatiło natomiast zupełnie nie zapisał się w moich wspomnieniach -
została ze mną tylko ta jego niedorzeczna historyjka oraz kilka
fragmentarycznych detali charakteryzujących tego potwora: okulary, węzeł
krawata, gładko ogolony policzek, aktówka na trawie u jego stóp... ale
jeśli chodzi o niego samego - nic. Owa niewidzialność pozwoliła mu
uśmiercić pięćdziesiąt trzy osoby i bez problemu ujść z miejsca zbrodni,
pomimo krwi na twarzy podczas rozmowy oko w oko z milicjantem. Jakimiż
to odrażającymi, parszywymi kreaturami musieli być ci dwaj?
To sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, jak narodzili się Cottingham i Czikatiło7 - skąd się wzięli i jakimi ścieżkami musieli
chadzać, że ja - tak przypadkowo - wpadłem na te dwa skłonne mordować
bliźnich potwory spacerujące sobie po świecie.
Próbując dogrzebać się do owej przedwiecznej substancji, z której
wypłynęli ci dwaj zbrodniarze, dorobiłem się tej oto książki, przy
okazji również mapując substancję tworzącą mnie samego - czy było we
mnie coś, co wymusiło przecięcie się ścieżki mojego życia z ich
ścieżkami? Odkryłem, że wiele ofiar seryjnych zabójców poniekąd
"ułatwiło" sobie znalezienie się na drodze ku własnej śmierci,
wybierając określony styl życia lub zachowując się w konkretny sposób:
podróżowały autostopem, uciekały z domu czy parały się pracą seksualną.
Choć sam nie byłem ofiarą, być może także "ułatwiłem" sobie znalezienie
się na ścieżce, która powiodła mnie ku Cottinghamowi, wybierając hotel w pobliżu wybiegu dla prostytutek. Zapuściłem się na tereny łowieckie
seryjnego zabójcy i zostałem dosłownie trącony przez potwora.
Choć moje spotkanie z Cottinghamem było jednym z tych doświadczeń, które
bez problemu można określić mianem zbiegu okoliczności, to natknięcie
się na drugiego seryjnego zabójcę sprawiło, że zacząłem się poważniej
nad tym wszystkim zastanawiać. Za pomocą matematyki usiłowałem udowodnić
sobie, jak niskie jest prawdopodobieństwo spotkania dwóch tego typu
zabójców. Jednego jeszcze da się zrozumieć, ale dwóch? Ta kwestia
kazała mi zadać sobie ważkie pytanie: ilu jeszcze zabójców mogłem
spotkać, nawet o tym nie wiedząc? Dumałem nad tym, jakie są szanse, że
minę seryjnego zabójcę i nigdy się o tym nie dowiem - na ulicy, w kolejce po burgera, podczas przegrzebywania księgarnianego regału z gatunkiem true crime albo siadając obok kogoś w pociągu lub autobusie.
Aż się wzdrygnąłem, słysząc stwierdzenie, że seryjni zabójcy mogą być
kimś obcym - ale oni są obcymi jedynie dla ciebie. Bo gdy obiorą cię
jako cel, zaznajamiają się z tobą bardzo dobrze. I nagle przestajesz być
dla nich osobą nieznajomą.
Przyszło mi na myśl, że miliony ludzi żyją sobie swoim codziennym życiem
i nigdy nie spotykają przy okazji seryjnego zabójcy - albo przynajmniej
nie odkrywają, że kogoś takiego spotkali. I może właśnie to czyni
mnie postacią odmienną od was - odkryłem owe przezroczyste potwory,
które minęły mnie na drodze życia... moich osobistych seryjnych zabójców
- podczas gdy wy najprawdopodobniej nie zidentyfikowaliście waszych. I modlę się, by tak pozostało.
Rozdział pierwszy. Postnowoczesna epoka seryjnego zabójstwa, 1970-2000
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Postnowoczesna epoka seryjnego zabójstwa, 1970-2000
Milczenie "tych mniej martwych"
Wszystkie stworzenia zabijają - zda się, że nie ma od tego
odstępstwa.
Ale z całej tej listy jedynie człowiek zabija dla zabawy...
- MARK TWAIN
Każde społeczeństwo otrzymuje taki rodzaj kryminalisty, na jaki
zasługuje.
- ROBERT F. KENNEDYk3
Postnowoczesny seryjny zabójca
Był przystojnym, atletycznym i elokwentnym młodym człowiekiem. Sprawiał
wrażenie osoby troskliwej i kurtuazyjnej, a jego grzeczne zachowanie
zjednywało mu sympatię. Był wykształcony, taktowny, wręcz szarmancki,
ukończył psychologię na uniwersytecie. Miał licznych przyjaciół w rozmaitym wieku i nawiązywał romantyczne więzi z kobietami. Wiele dam
uważało go za godnego zaufania kompana, kogoś, komu można było się
zwierzyć. Starsza pani, z którą nawiązał serdeczną relację, nazywała go
"niedającym się nie kochać łobuzem". Inna - dawna policjantka (a później
jedna z najpopularniejszych autorek książek true crime w Ameryce),
która przez czysty zbieg okoliczności znała tego mężczyznę - opisywała
go jako kogoś o "staroświeckiej rycerskości". Pracował jako konsultant
telefoniczny w infolinii dla osób z myślami samobójczymi, a także
znalazł się na liście studentów szkoły prawniczej w Seattle. Rząd
stanowy zatrudnił go jako konsultanta w sprawach kontroli
przestępczości. On sam zaś napisał podręcznik uczący kobiety, jak unikać
gwałtu. Ochotniczo - i bardzo ciężko - pracował dla Partii
Republikańskiej, bywał często zapraszany na obiady oraz randki, a ludzie
starsi od niego uważali go za kogoś, kogo warto byłoby trochę urobić, by
w przyszłości stał się odpowiednim kandydatem na fotel gubernatora
stanu... a może i prezydenta. Był również nekrofilem, który na przestrzeni
szesnastu miesięcy porwał, zamordował, zgwałcił i okaleczył - w tej
właśnie kolejności - dwadzieścia młodych studentek. W pewnym momencie
trzymał w swoim mieszkaniu głowy aż czterech z nich. Głowę innej
zagrzebał w palenisku w domu swojej dziewczynyk4. Nazywał się
Theodore "Ted" Bundy.
Mawia się z goryczą, że Bundy stał się naszym pierwszym
"postnowoczesnym" seryjnym zabójcą. Pojawił się na scenie akurat w samą
porę, by zasłużyć na to miano - po raz pierwszy usłyszeliśmy o jego
wyczynach pod koniec lat siedemdziesiątych. W tamtych czasach my, opinia
publiczna, nie używaliśmy jeszcze terminu "seryjny zabójca", a w naszych
umysłach nie istniało nawet takie zjawisko, i to pomimo faktu, że
zaczynało się już ono szerzyć, budząc zdumienie ekspertów i policji.
Owszem, wiedzieliśmy, że zabijanych jest coraz więcej ludzi.
Odczuwaliśmy to od tamtego piątkowego popołudnia w listopadzie 1963
roku, gdy w Dallas zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. Ci z nas,
którzy byli wtedy dziećmi, dobrze pamiętają, jak zdjęto z anteny
wszystkie kreskówki; nie wracały aż do następnego tygodnia. W tamtych
dniach jedyne, co można było zobaczyć w telewizji, to ludzkie masy,
wstrząśnięte i przerażone. Trzeciego dnia w końcu pokazali, jak przed
kamerami zostaje zastrzelony człowiek. A potem nadawali to w kółko,
ciągle i ciągle. Jeśli żółw Bert (nakazujący nam, dzieciom, "kucać i się
kryć" w razie spadającej bomby) nie zdołał dotąd zaszczepić w naszej
podświadomości lęku, to teraz, po zabójstwie Kennedy'ego, świat z całą
pewnością już po wsze czasy stał się dla nas strasznym miejscem. Śmierć
JFK była dla nas, Amerykanów, w czasach pomiędzy atakiem na Pearl Harbor
a zamachami z jedenastego września, punktem definiującym naszą tożsamość
- to były te trzy momenty, gdy złe rzeczy przestały się rozgrywać "tam,
gdzieś", a zaczęły mieć miejsce "tu, u nas".
Statystyki może i dowodziły czegoś innego, ale to właśnie wtedy
zaczęliśmy czuć się źle: w listopadzie 1963 roku. I to dokładnie w tamtym czasie, bo ledwie dwa dni po zamachu, Dusiciel z Bostonu ogłosił
nastanie nowej ery, gwałcąc i zabijając swoją dwunastą ofiarę,
dwudziestotrzyletnią nauczycielkę szkółki niedzielnej. Dwunastka to
sporo nawet jak na dzisiejsze standardy - akademicy zajmujący się
zagadnieniem seryjnych zabójstw określają każdy przypadek, gdy ofiar
jest więcej niż osiem, jako "ekstremalny" (Skąd wzięła im się ta ósemka?
Dlaczego nie siódemka lub dziewiątka?).
A sprawy miały się tylko pogorszyć, i to szybko. Czasy, które podówczas
nastały, były nad wyraz brutalne. Ludzie byli zabijani właściwie
wszędzie: w domach, w kościele, w pracy, na ulicach, w prowadzonych za
granicą wojnach, na tarasach ryżowych i na uniwersyteckich kampusach, na
mokradłach dawnego bawełnianego pasa Stanów Zjednoczonych, w centrach
handlowych i podczas zamieszek. To wszystko nas konfundowało. Napierało
ze wszystkich stron równocześnie, a spomiędzy tych licznych okropieństw
od czasu do czasu wyskakiwały epizody szczególnie potworne: w 1966 roku
usłyszeliśmy, że w Chicago uzależniony od alkoholu włóczęga zamordował
osiem studentek pielęgniarstwa, wpadając w trwający ledwie jedną noc
napędzany amfetaminą ciąg wiązania, duszenia i dźgania. Trzy tygodnie
później zaburzony chłopiec z college'u w Teksasie wdrapał się na wieżę
zegarową z wysokokalibrowym karabinem i zaczął strzelać do ludzi; trafił
czterdzieści osiem osób, z których szesnaście zmarło. A potem, na
przestrzeni kilku miesięcy, zastrzelono Martina Luthera Kinga i Roberta
Kennedy'ego; pomiędzy tym mieliśmy jeszcze jedną falę zamieszek
ulicznych. A gdy nasze chłopaki wróciły z My Lai z odium morderców
dzieci, a Sharon Tate została zarąbana na śmierć przez obłąkanych
hippisów, myśl, że może być jeszcze gorzej, nie mieściła nam się w głowach. Ale dopiero nadchodziły lata siedemdziesiąte.
Pierwsza w tamtej dekadzie wielka sprawa przyciągająca uwagę opinii
publicznej rozegrała się w maju 1971 roku. Raz jeszcze - nawet jak na
współczesne standardy - liczba ofiar była ogromna; w kalifornijskim
sadzie brzoskwiniowym policjanci wykopali dwadzieścia sześć ciał
wędrownych robotników rolnych. O popełnienie tych zabójstw oskarżony
został Juan Corona, pracownik sezonowy i ojciec czwórki dzieci. Nie
potrafiliśmy tego pojąć: jak ktoś może zamordować tak wiele osób, by
nikt tego nie zauważył? To, że ci ludzie ginęli w ciągu wielu lat,
zwyczajnie nie miało dla nas sensu. Podobnie jak sposób, w jaki
potraktowała tę sprawę prasa: wyglądało na to, że Corona był zwyczajnie
"szalony", a do tego - zdaniem pismaków - kimś w rodzaju ukrytego
homoseksualisty dewianta. No a wszystkie jego ofiary to sezonowi
robotnicy rolni, Meksykanie ledwie warci naszych łez.
Podobnie było dwa lata później, gdy pojawiły się wzmianki o dokonanych
przez Deana Corlla morderstwach dwudziestu siedmiu młodych mężczyzn
prowadzących włóczęgowski tryb życia. Także i one "ulotniły się" szybko,
skoro sprawca był, jak mówiono, "białym homośmieciem", a do tego już nie
żył, podobnie jak jego niesforne ofiary, uciekinierzy z domów. Nie
doczekaliśmy się procesu, nie dało się więc z tego zrobić ciekawej
historii i nikogo to nie obeszło. Wielka fala miała dopiero nadejść.
Niedawne studium dotyczące seryjnych zabójstw w Stanach Zjednoczonych
dokonywanych na przestrzeni lat 1800-1995 dowiodło, że 45% znanych
zbrodni tego typu miało miejsce u schyłku badanego okresu - w dwudziestoleciu między 1975 a 1995 rokiemk5.
W latach 1976-1977 David Berkowitz systematycznie strzelał do kobiet w Queensie w Nowym Jorku i wysyłał do prasy i policji kpiarskie listy w stylu Kuby Rozpruwacza, podpisując się jako Syn Sama. Tym razem wszyscy
zauważyli sprawę - teraz ginęły dziewczęta z college'ów wracające do
domu z zajęć lub randek. Nowy Jork ogarnęła panika. Gdy Berkowitz został
schwytany, wszystkich nas zaskoczyło, że był dobrze ułożonym, łagodnym i kluchowatym mężczyzną. Raz jeszcze ujrzeliśmy jednak człowieka
sprawiającego wrażenie kompletnie obłąkanego, skoro twierdził, że
rozkazy otrzymywał od czarnego psa. Tak, tyle nam wystarczyło.
Cała ta "seryjno-sekwencyjna" struktura wspomnianych mordów z jakiegoś
powodu nam umknęła. Te zbrodnie uważano za niewytłumaczalne, traktowano
jako nagłe wybuchy niepoczytalnych potworów - była to percepcja
ugruntowana już w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku po
wyczynach Kuby Rozpruwacza. W czasach pomiędzy Rozpruwaczem a bostońskim
Dusicielem pojawiło się wiele rozmaitych spraw noszących podobne
znamiona, ale rzadko kiedy towarzyszyły im próby zrozumienia, o co tak
właściwie w tym wszystkim chodzi. Te zabójstwa odbierano jako
odizolowane akty zwierzęcej deprawacji, czasem nazywano je "mordami z żądzy" - syndrom nowoczesnego, zindustrializowanego świata, jak
sądziliśmy.
Ale to Ted Bundy stanie się dla nas "modelem wzorcowym" nowego,
postnowoczesnego seryjnego zabójcy. Jego historia najpierw powoli
zaczęła docierać do ludzi w Kolorado w 1977 roku, gdy powiązano go z zabójstwami siedemnastu młodych kobiet, a przemieniła się w prawdziwy
sztorm po tym, gdy dwukrotnie zbiegł i popełnił trzy kolejne morderstwa.
Wiele jego ofiar było, według powszechnej opinii, szanowanymi
studentkami college'ów - no i on sam również cieszył się poważaniem. Gdy
odbywający się na Florydzie proces Bundy'ego transmitowano na żywo, a ludzie zaczęli wreszcie pojmować, jak szeroki zakres miało jego sekretne
życie, koncepcja szczególnego typu wielokrotnego zabójcy, który popełnia
zbrodnie w serii, w końcu zaczęła krystalizować się w kulturze.
Klasyczna dziś opowieść o Bundym autorstwa Ann Rule, The Stranger
Beside Me8, była pozycją pionierską dla odrodzenia literatury
true crime. Ukazała szerokiej publiczności koncepcję "seryjnego
morderstwa", choć termin ten ani razu nie pojawił się w tym wydaniu z 1980 roku.
Kubę Rozpruwacza zawsze wyobrażano sobie jako arystokratę w cylindrze -
chlubę naszego społeczeństwa, która przeobraziła się w jego zakałę.
Seryjni zabójcy, którzy pojawili się po nim, ukazywani byli jako
zdeprawowane bestie, wybryki natury, wyrzutki i włóczędzy, których
deprawację winniśmy od razu rozpoznać już po wyglądzie, wyraźnie
świadczącym o przestępczych intencjach. Ale nie Bundy - on przypominał
tak wielu z nas: cieszący oko student szkoły wyższej posiadający typowe
dla swojego pokolenia ambicje i jeżdżący uroczym garbusem. Stał się
odświeżoną, egalitarną wersją Kuby Rozpruwacza: zabójcą o doskonałych
zdolnościach społecznych, które przypisywało się wszystkim pochodzącym z klasy średniej młodym, dążącym do podniesienia swojego statusu
zawodowcom, którzy wiedli prym w Ameryce. Innymi słowy, w przeciwieństwie do seryjnych zabójców z przeszłości, Bundy nie był
jednym z "nich". Nie, on był jednym z "nas".
Po Bundym nagle uzyskaliśmy nową perspektywę na zbrodnie Corony, Corlla
czy Syna Sama; gdy cofnięto się w czasie, by je przeanalizować, odkryto,
że miało miejsce więcej seryjnych mordów, niż dotąd zdawaliśmy sobie
sprawę. W okolicy, gdzie Bundy zaczął po raz pierwszy zbierać swoje
krwawe żniwo, fetyszysta butów Jerry Brudos zabił w latach 1968-1969
cztery kobiety, a potem odciął im stopy; w Michigan John Norman Collins
uśmiercił między 1967 a 1969 rokiem siedem młodych kobiet. Co więcej,
pojawili się liczni inni zbrodniarze, którzy przyznali się do podobnych
zabójstw, a do tego było wielu, którzy nigdy nie zostali nawet poddani
procesowi z powodu uznania za osoby niepoczytalne - o nich nie
usłyszeliśmy niemal nic. W Santa Cruz w Kalifornii John Frazier zabił w 1970 roku pięć osób, podczas gdy Edmund Kemper z tego samego miasta
zabił osiem kobiet między 1972 a 1973 rokiem; mniej więcej w tym samym
czasie, również tam, Herbert Mullin pozbawił życia trzynaście osób. A więc już to jedno relatywnie niewielkie kalifornijskie miasto mogło
poszczycić się sporą liczbą osób, które przedwcześnie odeszły z tego
świata z winy seryjnych zabójców.
Do końca lat siedemdziesiątych Kenneth Bianchi i Angelo Buono zdążyli
porzucić ciała swoich dziesięciu ofiar na wzgórzach wznoszących się nad
Hollywood, Wayne Williams wrzucił już do rzeki w Atlancie ostatnią
piątkę z dwudziestu dwóch zabitych przez siebie osób, podczas gdy
Richard Cottingham poucinał swoim ofiarom głowy oraz dłonie, a potem
podpalił ich korpusy w zapchlonych hotelach Nowego Jorku. Na tym etapie
wszyscy już wiedzieli, z czym mamy do czynienia. Wtedy już Federalne
Biuro Śledcze (Federal Bureau of Investigation, FBI) zakasało rękawy,
próbując rozgryźć sprawy i poznać motywację sprawców - jego agenci
zapytali zabójców, co oni sami sądzą o dokonanych przez siebie
czynach. Z tych wywiadów narodził się nowy system profilowania
kryminalnego. W międzyczasie jednak nadchodziły coraz to nowe raporty, a ich częstotliwość rosła.
W Chicago pewien mężczyzna w średnim wieku żył sobie jako odnoszący
sukcesy najemny spec od budowlanki oraz ceniony członek lokalnej
społeczności. Prowadził coroczną paradę trzeciomajową amerykańskiej
Polonii, a w wolnych chwilach dobrowolnie spędzał czas z dziećmi w lokalnych szpitalach, zapewniając im uśmiech i rozrywkę jako Klaun Pogo.
Był przewodniczącym lokalnego oddziału Partii Demokratycznej, a gdy żona
ówczesnego prezydenta, Rosalynn Carter, przybyła do Chicago z wizytą,
należał do grupy jej opiekunów. W jego domu policja odnalazła szczątki
dwudziestu ośmiu chłopców i młodych mężczyzn, związane i upchnięte w przestrzeni pod podłogą piwnicy. Johna Wayne'a Gacy'ego skazano za
zabicie trzydziestu trzech ofiar, i to pomimo tego, że stwierdził w pewnym momencie, iż "klaunom mord ujdzie na sucho".
W wiejskim obszarze Missouri mężczyzna pracujący dla przyjaznego
siedemdziesięciopięcioletniego farmera i jego przemiłej
sześćdziesięciodziewięcioletniej siwowłosej żony odkrył czaszkę, orząc
pługiem pole należące do małżonków. Zgłosił więc to odkrycie policji, a późniejsze przeszukanie posesji ujawniło obecność ciał pięciu mężczyzn,
wszystkich zastrzelonych z karabinu kalibru .22. W domu tymczasem
odnaleziono skoroszyt zawierający listę doraźnych pracowników
zatrudnionych niegdyś na farmie; niektóre nazwiska opatrzono złowieszczą
literką X. Na piętrze, w małżeńskiej sypialni, policja odkryła kocyk
wykonany ze skrawków tkanin; zrobiła go żona, wykorzystując fragmenty
ubrań zakopanych na polu ofiar. Małżeństwo, Ray oraz Faye Copelandowie,
dorobiło się rangi najstarszych skazańców w celi śmierci w historii
Ameryki9.
Salowy ze szpitala w Cincinnati, Donald Harvey, przyznał się do zabicia
trzydzieściorga czworga pacjentów w podeszłym wieku; niektórych z nich
udusił poduszką lub plastikowym workiem, innych - odcinając im dopływ
tlenu z respiratora. Kolejne osoby zabił za pomocą arszeniku, trutki na
szczury, cyjanku, środka czyszczącego sprzęt stomijny lub płynu do
usuwania naklejek. Wyjaśnił: "Uważałem, że to, co robię, było słuszne.
Skracałem ludziom ich cierpienia... wyświadczałem im przysługę". Po
skazaniu w Ohio Harvey został poddany ekstradycji do Kentucky, gdzie
przyznał się do popełnienia kolejnych dziewięciu zabójstw. Następnie
wrócił do Ohio, by stanąć przed sądem za zamordowanie sąsiada.
Ostatecznie przyznał się do pięćdziesięciu ośmiu morderstw. Do czasu
zawarcia przez Gary'ego Ridgwaya umowy z sądem w listopadzie 2003 roku
podczas procesu dotyczącego czterdziestu ośmiu zabójstw pracownic
seksualnych w okolicy Green River w stanie Waszyngton Harvey był
rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę ofiar, za które amerykański seryjny
zabójca otrzymał wyrok - było ich trzydzieści siedem10.
KIM SĄ SERYJNI ZABÓJCY?
Gdy patrzy się na sprawę z punktu widzenia statystyki, rozpoznani
seryjni zabójcy okazują się białymi mężczyznami11 o ponadprzeciętnej inteligencji, którzy rozpoczynają zabijanie po
dwudziestce lub trzydziestce, choć niektórym zdarzało się odebrać komuś
życie już w wieku dziesięciu lat. Carroll Edward Cole ze Stanów
Zjednoczonych miał osiem lat12, gdy celowo utopił chłopca; w dorosłym życiu popełnił co najmniej piętnaście kolejnych morderstw - ale
wtedy zabijał już dorosłe kobiety. W Anglii Mary Bell zabiła i okaleczyła dwóch chłopców, mając ledwie jedenaście lat, co czyni ją
najprawdopodobniej najmłodszą znaną w historii seryjną morderczynią,
jeśli za definicję przyjąć więcej niż jeden mord przy osobnych okazjach.
Jürgen Bartsch miał piętnaście lat, gdy pozbawił życia pierwszego z pięciu chłopców zabitych między 1962 a 1966 rokiem; w tym samym wieku
był również Edmund Kemper, gdy w 1963 roku zastrzelił swoich dziadków.
Będąc już dorosłym, Kemper zabił sześć młodych kobiet, własną matkę oraz
jej najlepszą przyjaciółkę. Niektórzy seryjni zabójcy mogą uśmiercać w wieku nawet siedemdziesięciu pięciu lat (jak wspomniany wcześniej farmer
Ray Copeland skazany wraz z żoną na śmierć w Missouri za pięć zabójstw).
Czasami seryjni zabójcy działali w parach; niekiedy były to pary "mąż i żona" lub "chłopak i dziewczyna". Istnieje również kilka przypadków grup
powyżej dwóch osób dokonujących seryjnych morderstw.
W Stanach Zjednoczonych seryjni zabójcy to najczęściej działający w pojedynkę biali mężczyźni, choć zdarzali się także Afroamerykanie,
Latynosi, rdzenni Amerykanie, a nawet Inuici. Przypadki występowania
seryjnych zabójstw, których sprawcami są Afroamerykanie, wzrosły
dramatycznie - od 10%, jeśli chodzi o sumę wszystkich zabójstw sprzed
1975 roku, do 21% obecniek6. Często, choć nie zawsze, do
seryjnych zabójstw dochodzi między przedstawicielami tej samej rasy -
biali zabójcy uśmiercają białe ofiary, czarnoskórzy - czarne.
W badaniach z początku pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku
zidentyfikowano trzystu dziewięćdziesięciu dziewięciu seryjnych zabójców
ze Stanów Zjednoczonych działających między 1800 a 1995 rokiem i odpowiedzialnych za liczbę ofiar wahającą się między dwoma tysiącami
pięciuset dwudziestoma sześcioma a trzema tysiącami ośmiuset
sześćdziesięciomak7. Sześćdziesiąt dwie kobiety
reprezentowały 16% seryjnych zabójców z tamtego przedziału czasowego;
zamordowały one mniej więcej od czterystu do sześciuset osób. 75%
znanych seryjnych zabójczyń pojawiło się po 1950 roku. Jedna trzecia
wszystkich zabójczyń popełniała zbrodnie z pomocą drugiej osoby; często
był nią mężczyznak8.
Choć ofiary seryjnych zabójstw często zostają okradzione, zwykle motywem
powodującym sprawcami jest seksualna kontrola i dominacja. Wiele ofiar
jest gwałconych przed odebraniem im życia lub po zabiciu, a wiązanie,
tortury, rozczłonkowywanie oraz kanibalizm nie są wcale rzadkimi
elementami seryjnego zabójstwa. Inne motywy takiej zbrodni to zysk
finansowy, rozmaitego rodzaju imperatyw (w tym rytualny, polityczny,
społeczny lub moralny w wypadku zabójców w typie misjonarza), potrzeba
uwagi (najczęściej w wypadku dzieciobójstwa) lub uzyskania współczucia
(częsta w wypadku zabójstw medycznych).
WPROWADZENIE DO KWESTII NATURY SERYJNYCH ZABÓJCÓW I ICH OFIAR
W wielu przypadkach sprawca i ofiara nie znali się lub ledwie się
poznali. Większość ofiar nie została pozbawiona życia podczas rabunku,
kłótni lub sporu ze swoim zabójcą - nie miała żadnych osobistych ani
biznesowych relacji z tym, kto pozbawił je życia. Ofiary były obcymi,
którzy zostali uśmierceni dlatego, że ktoś chciał je uśmiercić.
Perwersyjna przyjemność płynąca z tego aktu stanowiła główny motyw,
który doprowadził do ich przedwczesnej śmierci. Badanie dotyczące
trzystu dwudziestu sześciu seryjnych morderców pochodzących ze Stanów
Zjednoczonych i prowadzących swoją "działalność" między 1800 a 1995
rokiem dowiodło, że 87% miało na liście swoich ofiar przynajmniej
jednego nieznajomego, a 70% brało na cel jedynie
nieznajomychk9. W każdym z tych przypadków sprawca
ostrożnie zacierał ślady po dokonaniu zbrodni, utrzymując konkretną,
sprawiającą wrażenie normalności fasadę: był farmerem, lekarzem,
biznesmenem, nieszkodliwym włóczęgą, nauczycielem, studentem szkoły
prawniczej, zastępcą szeryfa, menedżerem biura... Po pierwszym zabójstwie
sprawca odpoczywał przez kilka dni, tygodni lub miesięcy, po czym
wyszukiwał nową ofiarę i uderzał ponownie... i ponownie, i ponownie.
Seryjni zabójcy, choć często opisywani jako "potwory", rzadko sprawiali
wrażenie kreatur, którym z kłów cieknie posoka, czy też rozszalałych
psychopatów, którzy mamroczą pod nosem formułki rodem z popkulturowych
satanistycznych rytuałów. Choć kilku faktycznie wpisywało się w ten
obraz, większość na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie zdrowych,
zwyczajnych, a nawet atrakcyjnych ludzi. I w tym właśnie tkwi sedno
problemu - gdy ofiara styka się z seryjnym zabójcą, rzadko kiedy ma
szansę na drugie spojrzenie, które ukaże jej prawdę. Niektórzy z tych
morderców najzwyczajniej w świecie w żaden sposób nie motywują ludzi do
tego, by ich zapamiętywali czy choćby zauważali - przez to stają się
niewidzialni do czasu, gdy ktoś przyłapie ich podczas aktu uśmiercania
bliźnich.
Policjanci powiedzieliby wam, że większość zabójców w trakcie odbierania
innym życia nie wiedziała nawet, że zaraz zabije. Zadawali śmierć
rozgorączkowani kłótnią, ogarnięci zazdrosnym szałem lub robili to
niechcący, podczas popełniania innych przestępstw. Gliniarze dodadzą
też, że gdybyście mieli zostać zamordowani, statystyki pokazują, że
sprawcą będzie ktoś, kogo już znacie. I to całkiem dobrze. Mąż lub żona,
rodzic lub dziecko, przyjaciel lub kochanek, krewny lub ktoś, z kim
pracujecie - oto kto jest waszym dużo bardziej prawdopodobnym
potencjalnym zabójcą. Uśmiercanie jest zdarzeniem o charakterze dość
intymnym, na ogół rozgrywającym się między osobami, które na co dzień są
wobec siebie serdeczne. Często też poczucie winy lub przerażenia
opanowuje tych, którzy przed chwilą dokonali zabójstwa. Tacy ludzie po
cichu poddają się policji i szybko wyznają prawdę; większość nie zabije
już ponownie, niezależnie od tego, czy trafi za kratki, czy też nie.
Choć nawet dziś większość morderstw ma miejsce między ludźmi, którzy
znają się wzajemnie, proporcje te zaczynają się zmieniać -
prawdopodobieństwo, że zostaniemy zamordowani przez obcego, wzrosło w stopniu wręcz dramatycznym w ciągu kilku ostatnich dekad dwudziestego
wieku.
Seryjni zabójcy celowo i bezlitośnie polują na swoje ofiary, a przyświeca im jedna intencja: chcą z zimną krwią kogoś zamordować.
Motywacja kierująca seryjnym zabójcą nie wynika z jego relacji z konkretną ofiarą - zazwyczaj nie ma między nimi związku. Sprawca na ogół
poluje na nieznajomych z powodu złożonych, znanych jedynie jemu
przyczyn. Dodatkowo preferowanie obcych wynika z faktu, że trudniej jest
go powiązać z ofiarą. To faktycznie czyni go trudniejszym do schwytania,
a ponadto anonimowy cel jest łatwiejszy do dręczenia i zabicia. Były
czasy, gdy w Stanach Zjednoczonych zwykło się nazywać seryjne zabójstwa
mianem zabójstw "nieznajomy nieznajomego", ale z racji licznych wyjątków
od tej reguły (sprawcy, gdy zachodziła taka potrzeba, zwracali się
przeciwko swoim bliskim), wprowadzono nowe terminy: "zabójstwa
bezmotywowe", "uśmiercenia rekreacyjne", "morderstwa dla dreszczyku
emocji" czy wreszcie - "seryjne mordy".
Seryjni zabójcy robią wszystko, co w ich mocy, by nie zostać schwytani
przez policję; pragną być wolni, by móc dalej zabijać. Choć można się
spierać - przecież profesjonalni zabójcy, na przykład cyngle mafii,
także unikają aresztowania przez policję i pozbawiają życia wiele ofiar,
a ich specyficzną motywacją pozostają pieniądze, cele zostają jednak
wybrane za nich przez zleceniodawców, nie robi tego sprawca we własnej
osobie. Tymczasem ludzie, których dotyczy niniejsze opracowanie,
zabijają dlatego, że czerpią z tego osobistą przyjemność, a poza tym
starannie selekcjonują swoje ofiary na bazie własnych pobudek. Ich mordy
często mają podłoże seksualne, rzadko przynosząc im przy tym zysk natury
finansowej.
Na pewnym etapie seryjnych zabójców nazywano też "masowymi mordercami",
ale dziś ten termin pozostaje zarezerwowany dla osobników, którzy
raptownie wpadają w morderczy szał i zabijają dużą liczbę ludzi podczas
pojedynczego epizodu, który ma zwykle charakter samobójczy. Masowi
mordercy to osoby zupełnie niedające się opanować i kompletnie
niepoczytalne; szybko zostają pochwycone lub zastrzelone przez policję;
czasem popełniają też samobójstwo w momencie, gdy zaczyna im się kończyć
amunicja. Seryjni zabójcy natomiast powracają między zbrodniczymi aktami
do swojej codzienności. Mają nad sobą kontrolę, są świadomi własnych
czynów, a do tego starannie unikają aresztu. Wielu skrupulatnie
zaczytuje się w poradnikach dotyczących policyjnych metod śledczych i zaznajamia się z policyjnymi procedurami. To, a także fakt, że tacy
mordercy tak często obierają sobie za ofiary nieznajomych, sprawia, że
stają się wyjątkowo trudni do zidentyfikowania i schwytania. Mało tego,
mniej więcej co trzeci seryjny zabójca wykazuje się wysoką mobilnością i jest w stanie przebyć w ciągu roku tysiące kilometrów, przekraczając
granice kolejnych policyjnych jurysdykcji w trakcie zabijania ofiar, co
jeszcze bardziej utrudnia śledztwo.
Eksperci spierają się o to, jak wiele ofiar definiuje seryjnego
zabójcę. Niektórzy, na przykład FBI, obstają przy liczbie minimum
trzech. Większość zgadza się, że seryjne zabójstwo ma miejsce wtedy, gdy
poszczególne osoby zabijane są przy osobnych okazjach, między którymi
następuje okres "wyciszenia". Inni - i ja należę do tej szkoły -
uważają, że już dwa takie zabójstwa wystarczą, by móc stwierdzić, iż ma
się do czynienia z seryjnym zabójcą (w moim skromnym odczuciu już jedno
morderstwo jest dostatecznie przerażające; każda kolejna ofiara czyni
sprawę w tragiczny sposób niemożliwą do objęcia rozumem).
Jak i dlaczego seryjni mordercy przystępują do kolejnych i kolejnych
zabójstw? Popełnianie seryjnych morderstw staje się uzależnieniem -
tak twierdzą niektórzy eksperci. Mówiąc prosto, gdy dany osobnik zacznie
zabijać (a czasem zdarza się, że pierwszego takiego aktu dokonuje
przypadkiem), nagle staje się uzależniony od odbierania innym życia.
Wytwarza się intensywny cykl; jego inicjacją są mordercze fantazje o podtekście seksualnym, które stają się zarzewiem dla desperackiego
poszukiwania ofiar. Te prowadzą do brutalnego zabójstwa, po którym
następuje okres wyciszenia i powrót do szarej codzienności. Okres ten -
przepełniony w sposób nieunikniony nieznośnym stresem, rozczarowaniami i poczuciem krzywdy - w konsekwencji prowadzi do odrodzenia się potrzeby
fantazjowania na temat zabijania. Gdy już morderczy cykl zostanie
uruchomiony, rzadko się zdarza, by dało się go przerwać. Najgorszym
aspektem tego fenomenu jest to, że owe ciągoty częstokroć są jedynym
źródłem komfortu i pocieszenia dla rodzącego się seryjnego zabójcy. A gdy już przekroczy on granicę bez powrotu i zrealizuje swoją fantazję,
odkrywa, że prawdziwy akt odebrania komuś życia nie jest równie
satysfakcjonujący, jak sobie to roił w wyobraźni, co wpędza go w jeszcze
głębszą depresję i doprowadza do większej rozpaczy, konsekwencją której
są intensywniejsze jeszcze pragnienia, które popychają go ku kolejnym
zabójstwom w daremnej próbie zrealizowania tego, co w głowie jawiło mu
się jako ogromnie satysfakcjonujące. Uwięzieni w tym uzależniającym
cyklu sprawcy z czasem wpadają w coraz większy szał, a częstotliwość
morderstw oraz towarzyszące im okrucieństwo przybierają na sile w stopniu wręcz wykładniczym, co ostatecznie prowadzi do schwytania tychże
sprawców. Czasem ma też miejsce "wypalenie" - na tym etapie sprawcy
docierają do punktu, w którym zabijanie w ogóle nie dostarcza im
satysfakcji, przerywają więc z własnego wyboru, nawet jeśli nic innego
nie zakłóca im "kariery" (stąd wynika istnienie wielu tych
nierozwiązanych spraw - ciąg zabójstw raptownie ustał, choć nie udało
się zidentyfikować sprawcy, bo nie został ujęty w trakcie cyklu
zabijania). Niektórzy popełniają samobójstwo, przerzucają się na innego
rodzaju przestępczą działalność albo też oddają się w ręce policji.
"Typowy seryjniak": Gary Leon Ridgway - Zabójca znad Green River
Gdy w listopadzie 2003 roku pięćdziesięcioczteroletni Gary Ridgway
przyznał się do zarzucanych mu czynów - zabójstwa czterdziestu ośmiu
pracownic seksualnych na terenie stanu Waszyngton w latach
osiemdziesiątych - i w ramach ugody darowano mu kary śmierci, media
lamentowały, że z historii tego mężczyzny nie można się dowiedzieć
niczego nowego o seryjnych zabójcachk10. Mimo tego, że w 2004
roku pozostawał on rekordzistą Stanów Zjednoczonych, jeśli chodzi o liczbę potwierdzonych ofiar - a także, być może, jeśli chodzi o czas,
przez jaki był w stanie unikać odpowiedzialności13 -
Ridgway sprawia wrażenie kogoś, kto wymknął się tym wszystkim
rozgorączkowanym opisom w prasie, które są tak typowe dla zabójstw o charakterze seryjnym. Ridgway był tak zwyczajny, jego ofiary zaś tak
mało szanowane w społeczeństwie, że nawet niezwykła liczba uśmierceń nie
skłoniła prasy poza stanem Waszyngton do napisania czegokolwiek ponad
rutynowe wzmianki.
W rzeczy samej Ridgway reprezentuje wszystkie cechy typowe dla seryjnego
zabójcy. Urodzony w 1949 roku, jest środkowym z trzech synów, którzy
wychowali się w robotniczym sąsiedztwie na południe od Seattle. Jego
matka podobno była kobietą bardzo dominującą; pod obcasem trzymała nie
tylko synów, ale i męża. Zdarzyło jej się, jak wyznała jedna z byłych
żon zabójcy, rozbić talerz obiadowy na głowie małżonkak11.
Jako dziecko Ridgway uczył się powoli, dwukrotnie nie przeszedł do
następnej klasy. Dokonywał podpaleń, udusił kota i zapłacił dziewczynce,
by pozwoliła mu się molestować, a jako nastolatek bez przyczyny nieomal
zadźgał na śmierć sześcioletniego chłopca.
Był trzykrotnie żonaty. Pierwsza żona twierdzi, że ich małżeństwo się
rozpadło, bo Ridgway został zdominowany przez swoją matkę. Jednocześnie
jednak opisuje byłego męża jako osobę normatywną, zarówno jeśli chodzi o zachowania społeczne, jak i seksualne.
W dniu zatrzymania Ridgway miał stabilne zatrudnienie; malował
ciężarówki za dwadzieścia jeden dolarów na godzinę, w tej samej firmie,
w której zdobył pracę trzydzieści dwa lata wcześniej, zaraz po
ukończeniu liceum. Koledzy z pracy zapamiętali go jako towarzyskiego i przyjemnego w obyciu osobnika, z którym chętnie spędzali czas po pracy.
Niektóre z nadzorowanych przez niego kobiet wspominały, że był
cierpliwym instruktorem, który nigdy nie podniósł na nie głosu.
Ridgway był właścicielem wartego dwieście tysięcy dolarów domu, miał
syna, wyprowadzał psa na spacer, zachowywał się przyjaźnie wobec
sąsiadów, chodził do kościoła, organizował wyprzedaże garażowe,
sprzedawał produkty firmy Amway, miał przyjaciół i gorliwie czytywał
Biblię; przez jakiś czas nawracał nawet ludzi, chodząc od drzwi do drzwi
i namawiając sąsiadów, by zbliżyli się do Boga. A ponadto udusił co
najmniej czterdzieści dziewięć pracownic seksualnych, porzucał ich ciała
w zalesionych obszarach, które sam nazywał "klastrami", a także często
uprawiał seks z ich rozkładającymi się zwłokami.
Jego druga żona zapamiętała go jako samotnika, który miał obsesję na
punkcie seksu analnego i oralnego. Ona, a także trzecia małżonka
przyznają, że lubił uprawiać seks w plenerze. Dopiero gdy został
zatrzymany, zrozumiały, że wybierane przez niego lokalizacje były
dokładnie tymi, w których porzucił niektóre ciała, albo też znajdowały
się bardzo blisko tych miejsc.
Większość swoich ofiar Ridgway zabił w przeciągu dwóch lat, między 1982
a 1984 rokiem. W celu zmylenia policji starannie rozmieszczał w pobliżu
miejsc zbrodni oraz porzuconych ciał papierosowe pety oraz przeżute gumy
należące do innych osób (sam nie palił i nie miał w zwyczaju żuć gumy).
Dokładnie przycinał paznokcie ofiar, na wypadek gdyby znalazły się pod
nimi próbki jego tkanek. Rozrzucił ulotki reklamowe przy ciele jednej z kobiet, także licząc na to, że wyprowadzi śledczych w pole; szkielety
dwóch innych ofiar wywiózł w bagażniku poza granice stanu podczas
wycieczki z synem. Przyznał się też do umieszczenia pęta kiełbasy,
porcji pstrąga oraz butelki wina na innych zwłokach, by stworzyć scenkę
"Ostatniej Wieczerzy" i naprowadzić policjantów na błędny trop. W policyjnej terminologii takie nadawanie fałszywego znaczenia miejscu
zbrodni nazywa się inscenizowaniem.
Ridgway stał się podejrzanym w 1984 roku, gdy mundurowi przyłapali go na
nagabywaniu pracownic seksualnych; nawet jego koledzy z pracy często
żartowali sobie z niego za jego plecami, nazywając go Garym znad Green
River - ich wesołość wzbudzał fakt, że jego inicjały pasowały do nazwy
miejsca morderstw. Gdy tylko Ridgway znalazł się pod lupą policji,
niemal przestał zabijać. Zamordował jeszcze w 1986 roku, raz w 1988, a potem - dziesięć lat później. Policja podejrzewa jednak, że w tym czasie
mógł dokonać kolejnych dwudziestu zabójstw na terenach pod inną
jurysdykcją. Jedynie dzięki postępom w analizie DNA doprowadzono do
aresztowania Ridgwaya w 2001 roku, niemal dwie dekady po największej
fali jego zbrodni.
Mężczyzna wyjaśnił policji, że obrał sobie za cel pracownice seksualne,
ponieważ nikt by za nimi nie tęsknił: "Prostytutki były najłatwiejszym
celem. Po prostu przeszedłem od uprawiania z nimi seksu do zabijania
ich... Te młodsze wyróżniały się, bo zaczynały gadać podczas umierania".
W zeznaniu złożonym po podpisaniu ugody z sądem stwierdził: "Wybierałem
na ofiary prostytutki, bo większości prostytutek nienawidzę, no i nie
chciałem im płacić za seks. Poza tym wybierałem je dlatego, że łatwo
jest je zabrać ze sobą bez zwracania na siebie większej uwagi.
Wiedziałem, że nikt nie zgłosi ich zaginięcia tak od razu, a może i w ogóle. Wybierałem prostytutki, bo myślałem, że będę mógł ich zabić tak
wiele, jak tylko tego zapragnę, i nigdy nie zostanę złapany".
Dziś Ridgway jest niemal nie do odróżnienia od innych seryjnych zabójców
"specjalizujących się" w uśmiercaniu pracownic seksualnych. Podobnie jak
Richard Cottingham, miał stabilną pracę oraz żonę, dom oraz potomstwo
(tak samo było też z pięćdziesięcioletnim Robertem Yatesem, który
posiadał piątkę dzieci, żonę, dom i hipotekę. Yates, jak Ridgway,
cytował Biblię, mordując trzynaście kobiet w rejonie Spokane). Choć
wielu seryjnych zabójców miało nieudane związki, ich porażki na tym polu
na ogół nie były niczym bardziej spektakularnym od typowego rozwodu.
Cottingham na przykład żył w separacji z żoną, ale aż do dnia
zatrzymania był w nieformalnym związku. Jego partnerka opisała go jako
osobę "normalną", choć kilkakrotnie zabrał ją do Quality Inn - tego
samego motelu w New Jersey, w którym zamordował dwie swoje ofiary i został aresztowany podczas pastwienia się nad ostatnią. William Lester
Suff (zabójca trzynastu pracownic seksualnych) oraz Arthur Shawcross (z jedenastoma ofiarami) w czasie popełniania swoich zbrodni pozostawali w długotrwałych związkach.
Ridgway reprezentuje sobą wszystko, co wiemy dziś o seryjnych zabójcach
- wszystko, a zarazem nic - ponieważ wciąż umyka nam odpowiedź na
najważniejsze pytanie: "dlaczego?".
Epidemia seryjnych zabójstw: statystyki morderstwa
Do jak wielu seryjnych zabójstw dochodzi? W trakcie pisania tej książki
niemal każdego miesiąca gdzieś na świecie policja meldowała o pojawieniu
się nowej sprawy dotyczącej takiego właśnie typu morderstw; poza
Antarktydą nie upiekło się żadnemu kontynentowi. Od Alaski po Nową
Zelandię, od Republiki Południowej Afryki aż do Chin częstotliwość
przypadków zdawała się przybierać na sile - wolniej w tak zwanym Trzecim
Świecie, ale alarmująco szybko w krajach zindustrializowanych. Każdy
mógł i może stać się potencjalną ofiarą seryjnego zabójcy: mężczyzna,
kobieta, dziecko, osoba w podeszłym wieku, ktoś bogaty, ktoś biedny,
żyjący na uboczu społeczeństwa czy też w sławie - nic nie zabezpiecza
przed atakiem, czego dowiodło zabójstwo Gianniego Versace. I gdyby ktoś
zechciał podsunąć oczywistą myśl - tak, istnieje nawet przypadek
seryjnego zabójcy zabitego przez innego seryjnego zabójcę (w sierpniu
1970 roku Dean Corrl, sprawca co najmniej dwudziestu siedmiu mordów na
młodych mężczyznach, został zabity przez Elmera Wayne'a Henleya, jednego
ze swoich partnerów w zbrodni)14.
Jak zostało już wspomniane, choć nie wszystkie seryjne zabójstwa
dokonywane są na nieznajomych, wiele z nich ma właśnie taki charakter.
Statystyki tego rodzaju przestępstw często zagrzebane zostają gdzieś pod
rosnącą liczbą zabójstw pozbawionych motywu i takich, przy których nie
dowiedziono relacji między sprawcą a ofiarą - zjawiskami, których
częstotliwość występowania wzrosła od lat siedemdziesiątych w dramatycznym, wręcz zapierającym dech w piersiach stopniu. W raportach
FBI widnieją dane mówiące o tym, że spośród wszystkich zabójstw
dokonanych w 1976 roku 8,5% to zbrodnie bez motywu; w 1981 roku było to
już 17,8%, a w 1986 roku - 22,5%k12. Seryjne zabójstwa były w tym
wypadku uznawane za pozbawione motywu, więc doliczono je do tej
kategorii (dziś jednak, ze względu na seksualny podtekst, często
klasyfikowane są w Stanach Zjednoczonych jako powiązane z innym
przestępstwem).
Do 1995 roku, gdy zsumowana liczba wszystkich zabójstw w Stanach
Zjednoczonych osiągnęła swój szczyt, znaczącą część ofiar, bo aż 55% z nich, została pozbawiona życia przez nieznajomych oraz nieznanych
sprawców - łącznie aż jedenaście tysięcy osiemset osób!k13 Zanim
jednak pójdziemy z tymi danymi dalej, jedna rzecz musi zostać
doprecyzowana: termin "nieznajomi" oznacza, że śledztwo dowiodło
definitywnie, iż ofiara nie znała swojego oprawcy. Wliczyć w to należy
nie tylko losowo obrane przez seryjnych zabójców ofiary, ale i na
przykład kasjerów zastrzelonych przez obcego im człowieka z bronią
podczas napadu rabunkowego. "Nieznani sprawcy" natomiast oznaczają
dokładnie to, co przychodzi na myśl po usłyszeniu tego terminu: śledczy
nie byli w stanie w ogóle ustalić, czy ofiara znała sprawcę;
niekoniecznie musiało być tak, że zabójca był dla niej osobą nieznajomą
- oznacza to jedynie, że związek między tymi dwiema postaciami dramatu
nie został ustalony lub nie trafił do raportu uzupełniającego (na
podstawie którego oparto te statystyki). W przeszłości, zwłaszcza w wypadku mediów, pojawiała się tendencja do traktowania słów "nieznajomy"
oraz "nieznany" jako synonimów, przez co tworzono panikarskie zgoła
raporty mówiące, że seryjne zabójstwa w wykonaniu nieznajomych zbliżają
się do 50% wszystkich przypadków morderstw - nie zwracano przy tym w żaden sposób uwagi odbiorców na to, że dwie wspomniane powyżej kategorie
różnią się od siebie. Co więcej, FBI z powodów politycznych
niespecjalnie przykładało wagę do zniechęcania dziennikarzy do
stosowania tej praktyki, o czym przeczytamy późniejk14. Niemniej
jednak faktem pozostaje to, że suma ofiar seryjnych zabójców zalicza się
właśnie do tych dwóch kategorii - "nieznajomy" oraz "nieznany" - i zjawisko to proporcjonalnie wzrasta.
W latach dziewięćdziesiątych współczynnik zabójstw w Stanach
Zjednoczonych (w przeciwieństwie do zsumowanej liczby morderstw)
znacznie spadał - od 9,8 osoby na 100 000 mieszkańców w 1991 roku do
rekordowo niskiej liczby 4,1 osoby w 2000 rokuk15. Ale od 2001 roku
współczynnik ten znów zaczął pełznąć w górę i to bez wliczenia ofiar
zamachów terrorystycznych z 11 września. Co więcej, współczynnik
zabójstw dokonywanych przez nieznajomych i osoby nieznane rósł
nieustannie, by w 2001 roku osiągnąć poziom 57,7%k16. Z tej liczby
13,1% stanowią zabójstwa dokonane przez nieznajomych, a w wypadku
pozostałych 44,6% związku między sprawcą a ofiarą po prostu nie udało
się ustalić. Nie istnieją dokładne dane pozwalające określić, jak wiele
z tych zbrodni zostało popełnionych przez seryjnych zabójców. Nie wróży
to dobrze, gdy zestawić tę informację z faktem, że w 2001 roku jedynie
62,4% spraw związanych z zabójstwem zostało rozwiązanych - ta statystyka
"psuła się" nieustannie od 1961 roku, kiedy 94% z ośmiu tysięcy
pięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu spraw dotyczących zabójstw
dokonanych na terenie USA udało się wyjaśnićk17. Na przełomie
wieków szanse sprawcy na dokonanie "perfekcyjnego morderstwa", które
ujdzie mu na sucho, były już niemal pół na pół.
Jak wielu niezidentyfikowanych seryjnych zabójców wciąż krąży po
świecie? Tacy mordercy przestają zabijać, ponieważ przenoszą się na inny
obszar, zostają aresztowani za inne przestępstwo, umierają lub zostają
zabici, popełniają samobójstwo albo po prostu osiągają jakiś wiek,
dojrzewają, stają się znudzeni albo czują wypalenie - zgodnie z wcześniej opisanym procesem - jeśli o ich mordercze fantazje chodzi.
Wielu niezidentyfikowanych seryjnych zabójców zdaje się porzucać swoje
krwawe dzieło z niejasnego powodu, jak choćby niesławny Zodiak, który
zabił od sześciu do trzydziestu siedmiu ofiar w San Francisco między
1968 a 1969 rokiem, działający w Los Angeles sprawca15 śmierci
dwunastu czarnoskórych kobiet nazywany Southside Slayerem (Skrytobójcą z Southside), który dokonywał zbrodni od 1984 roku, oraz zabójca
czternastu gejów grasujący w połowie lat siedemdziesiątych w San
Francisco, na którego mówiono Black Doodler16. A zabójstwa znad
Green River nie tylko w tajemniczy sposób ustały w 1984 roku, ale i pozostały niewyjaśnioną zagadką aż do roku 2001.
Seryjni zabójcy czasem odczuwają wypalenie i zależnie od osobowości albo
dają się złapać, albo też popełniają samobójstwo lub po prostu przestają
zabijać i powoli wracają do dawnego życia sprzed mordów. Niektórzy
zostają zatrzymani z zupełnie innych powodów długo po zakończeniu swoich
krwawych rządów, ale nagle zaczynają się przyznawać do uśmiercania
ludzi, jak na przykład Albert DeSalvo (Boston Strangler - Dusiciel z Bostonu) czy Danny Rolling (Gainesville Ripper - Rozpruwacz z Gainesville). Oczywiście nie istnieje ustalona liczba ofiar, po której
seryjny zabójca porzuca swoje "rzemiosło": Edmund Kemper zabił dziesięć
kobiet, a na koniec uśmiercił własną matkę; następnie spokojnie oddał
się w ręce policji. Henry Lee Lucas natomiast zaczął od zabicia matki,
po czym zabijał przez lata, by na koniec zamordować jedyną osobę, którą,
jak twierdził, naprawdę kochał: swoją nieletnią nieformalną żonę17,
która, zdaniem Lucasa, była jego trzysta sześćdziesiątą ofiarą (co jest
kontrowersyjną liczbą)18.
Nic jednak poza zatrzymaniem przez władze nie powstrzyma seryjnego
zabójcy, który znajduje się właśnie w środku swojego cyklu. Arthur
Shawcross najpierw zabił dwoje dzieci na północy stanu Nowy Jork, został
szybko aresztowany i spędził czternaście lat w więzieniu, by zostać
wypuszczonym w 1987 roku. Nie czekał długo z powrotem do zabijania i uśmiercił w przeciągu dwudziestu jeden miesięcy jedenaście kobiet w Rochester w stanie Nowy Jork, zanim został zatrzymany ponownie.
W New Jersey w 1958 roku Richard Biegenwald został aresztowany po
popełnieniu pierwszego zabójstwa i spędził za kratkami siedemnaście lat,
by wyjść na wolność w 1975 roku. Gdy aresztowano go raz jeszcze w 1983
roku, zdążył zabić co najmniej siedem kolejnych ofiar.
W Toronto siedemnastoletni Peter Woodcock zabił dwóch chłopców i dziewczynkę pomiędzy wrześniem 1956 roku a styczniem 1957 roku. Został
uznany za niewinnego ze względu na niepoczytalność i zamknięty w stosownym zakładzie. Leczono go przez trzydzieści pięć lat, aż wreszcie
zaczęto go przystosowywać do stopniowego powrotu do społeczeństwa. 13
lipca 1991 roku pięćdziesięciodwuletni Woodcock otrzymał swoją pierwszą
trzygodzinną przepustkę; pozwolono mu wyjść poza mury placówki, przejść
się po pobliskim mieście i kupić pizzę, którą miał przynieść do
szpitala. Zanim Woodcock zdążył opuścić jego teren, w porośniętym
zaroślami zakątku w przyszpitalnych ogrodach pobił, pociął i zadźgał
innego osadzonego, a potem zgwałcił zwłoki. Korzystając z przepustki,
wyszedł, przemierzył trzy kilometry, by na posterunku policji przyznać
się do nowej zbrodni.
Bycie seryjnym zabójcą zdaje się nieuleczalne: upływ czasu, czy to za
kratami, czy nie, nie pozbawia morderców apetytu na uśmiercanie - ten
zaspokaja jedynie faktyczne odbieranie innym życia.
Nie da się precyzyjnie określić przybliżonej liczby seryjnych zabójców
ani ich ofiar. W 1987 roku Departament Sprawiedliwości Stanów
Zjednoczonych oszacował, że tego typu sprawcy zabili tego roku od
tysiąca do dwóch i pół tysiąca osóbk18. Inne źródła podawały liczby
sięgające nawet sześciu tysięcy osób roczniek19. W samym tylko
rejonie Green River w stanie Waszyngton Gary Ridgway zamordował
czterdzieści dziewięć osób w przeciągu dwudziestu miesięcy w latach
1982-1984.
Co godne wzmianki, ze względu na liczne nieścisłości i rozbieżności
między źródłami nie wiadomo dokładnie, do ilu zabójstw dochodzi rocznie
w Stanach Zjednoczonych. Panuje przekonanie, że do czasu spadku liczby
zabójstw, mającego miejsce na przełomie wieków, każdego roku w USA
dochodziło do od dwudziestu tysięcy do dwudziestu dwóch tysięcy
zabójstw, ale niektóre źródła szacują, że ze względu na różnice w procedurach raportowania przestępstw liczba ta mogła wynosić nawet
czterdzieści tysięcyk20 (do 2000 roku liczba morderstw spadła do
piętnastu tysięcy pięciuset osiemdziesięciu sześciu, ale w 2001 roku
wzrosła do piętnastu tysięcy dziewięciuset osiemdziesięciu, nie
wliczając w to ofiar zamachów z 11 września - był to więc wzrost rzędu
2,5%. Szacunkowe statystyki sporządzone na 2002 rok sugerowały dalszy
wzrost o 0,8%. Ten współczynnik jest dziwacznie rozłożony między
regionami Stanów Zjednoczonych: na północnym wschodzie nastąpił spadek o 4,8%, ale na zachodzie liczba ta wzrosła o 5,2%. Miasta o populacji
liczniejszej niż milion mieszkańców cieszą się spadkiem o 4%, podczas
gdy miejscowości mające między pięćdziesięcioma tysiącami a stoma
tysiącami mieszkańców dorobiły się w 2002 roku alarmującego wzrostu
liczby zabójstw o 6,7%. Hrabstwa podmiejskie zgłosiły niesamowity wzrost
liczby zabójstw, bo aż o 12,4%)k21.
W tych statystykach nie uwzględniono jeszcze ludzi, którzy zniknęli w tajemniczych okolicznościach. W często cytowanym raporcie Departamentu
Zdrowia z 1984 roku oszacowano, że każdego roku z domów znika milion
osiemset tysięcy dzieci. Z tej liczby 95% zostaje sklasyfikowanych jako
"uciekinierzy"; 90% z nich wraca do domu w przeciągu dwóch tygodni. To
zaś oznacza, że sto siedemdziesiąt jeden tysięcy uciekinierów gdzieś po
prostu przepada! Pozostałe 5% z tej zaginionej grupy to ofiary porwań;
siedemdziesiąt dwa tysiące z nich porwali rodzice spierający się o prawa
do opieki. Pozostałe osiemnaście tysięcy dzieci i nastolatków według
statystyki po prostu zniknęło bez wyjaśnieniak22.
Los zaginionych dorosłych jest jeszcze trudniejszy do ustalenia - o ile
w ogóle ktoś zorientuje się, że przepadli. W 1971 roku, gdy Juan Corona
zainicjował erę seryjnych zabójstw z dużą liczbą ofiar, żadnej z jego
dwudziestu sześciu pracujących dorywczo ofiar nie zgłoszono jako
zaginionych do momentu odkrycia ich grobów. Pięć pozostaje bezimiennych
aż do dziś. Pewne ofiary, za których uśmiercenie skazano Henry'ego Lee
Lucasa, także pozostają niezidentyfikowane. W czasie procesu otrzymywały
kryptonimy - nazywano je od elementów ubrań, które miały na sobie.
Najsłynniejsza z nich, młoda autostopowiczka uprowadzona przez niego w Oklahoma City, została znaleziona martwa w przepuście pod drogą. Miała
na sobie jedynie skarpety. Pozostała znana policji, sądom i publice
jedynie jako Pomarańczowe Skarpetki19. Pozbawiona głowy
nastoletnia ofiara Richarda Cottinghama odnaleziona w hotelu w pobliżu
Times Square także nie została zidentyfikowana. Niektóre ciała wykopane
spod domu Johna Wayne'a Gacy'ego pozostają anonimowe.
Choć seryjne zabójstwo nie jest zjawiskiem nowym, dramatyczny wzrost
liczby takich morderstw od lat siedemdziesiątych stanowi precedens. Na
podstawie danych z 1995 roku można stwierdzić, że 80% wszystkich znanych
seryjnych zabójców płci męskiej w Stanach Zjednoczonych pojawiło się w latach 1950-1995. Seryjni zabójcy między 1975 a 1995 rokiem stanowili
45% ogólnej sumy amerykańskich przestępców tego typu dowolnej płci w latach 1800-1995k23. Między 1960 a 1990 rokiem liczba
potwierdzonych seryjnych zabójstw wzrosła o 940%k24. Na początku 1980
roku szybki wzrost liczby tego typu aktów wywołał panikę, która ogarnęła
cały naród. Najbardziej przerażały statystyki zaczynające docierać z godnych zaufania źródeł, które twierdziły, że seryjni zabójcy dokonują
porwań dużej liczby dzieci. Kongres zainteresował się tą sprawą i zadeklarował, że naród stoi przed "epidemią zabójstwa seryjnego". Nawet
Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (Center for Disease Control and
Prevention) z siedzibą w Atlancie stało się częścią tej kontrowersji po
tym, gdy oceniło, że seryjne zabójstwa są coraz częstszą przyczyną
śmierci w Ameryce.
W latach dziewięćdziesiątych w kulturze zaczęły pojawiać się rozmaite
opowieści związane z zagadnieniem seryjnego zabójstwa. Najpierw był to
film Milczenie owiec, który wprowadził do zbiorowej świadomości postać
profilera FBI oraz kultową postać Hannibala Lectera, seryjnego zabójcy.
Kontrowersje wynikające z publikacji książki Breta Eastona Ellisa pod
tytułem American Psycho, marketing kolekcjonerskich kart z seryjnymi
zabójcami, AOL zamykający założoną przez Sondrę London20 stronę
internetową o zabójcach, nagły popyt na dzieła sztuki wytworzone przez
morderców oraz aukcje online, gdzie sprzedawane były rozmaite związane z nimi artefakty - wszystko to przyczyniło się do wytworzenia osobliwej
subkultury skupionej wokół seryjnych zabójców.
Lata dziewięćdziesiąte to też czas, kiedy kolejne seryjne zabójstwa
stały się tematem nieustannie obecnym w mediach. Wozy satelitarne stacji
telewizyjnych pędziły do Gainesville na Florydzie, by właściwie na żywo
przekazywać wiadomości o budzących przerażenie okaleczeniach i zabójstwach uczennic, do których doszło w sierpniu 1990 roku. W lipcu
1991 roku dziennikarze w liczbie szacowanej na czterysta pięćdziesiąt
osób relacjonowali proces Jeffreya Dahmera, którego oskarżono o zamordowanie i dokonanie aktów kanibalizmu na siedemnastu ofiarach w Wisconsin i Ohio. Aresztowanie w połowie lat dziewięćdziesiątych
seryjnego pirotechnika-terrorysty Teda Kaczynskiego - znanego szerzej
jako Unabomber - po dwudziestu latach wysyłania przez niego bomb
zdominowało prasowe nagłówki, a koncerny medialne płaciły sześć i pół
tysiąca dolarów za przywilej dostępu do jego procesu. Zabójstwo
włoskiego giganta branży modowej Gianniego Versace w Miami w 1997 roku
sprawiło, że w gazetach zaczęto rozprawiać o fenomenie zabójstwa w ciągu21. W 2001 roku nastąpiło aresztowanie Gary'ego Ridgwaya,
podejrzanego w sprawie zabójstw znad Green River, sprawy nierozwiązanej
przez dwie dekady.
I zjawisko to nie ustawało. Jesienią 2002 roku morderstwa dokonane przez
tak zwanego Snajpera z Obwodnicy omawiano w telewizji na żywo, podczas
gdy padały kolejne strzały - oto następny przypadek zabójstwa w ciągu. W maju 2003 roku policja zatrzymała mężczyznę podejrzewanego o serię
siedmiu gwałtów i zabójstw w rejonie Baton Rouge w Luizjanie, a później
w tym samym roku policjanci w stanie Waszyngton ogłosili, że Gary
Ridgway - w ramach ugody ocalającej go od kary śmierci - przyznał się do
oszałamiającej liczby czterdziestu ośmiu zabójstw. W lutym 2004 roku
stróże prawa z Arkansas i Missisipi połączyli siły z tymi z Teksasu,
Oklahomy i Tennessee, by poszukiwać zabójcy, który - jak uznały władze -
był kierowcą ciężarówki przewożącej ładunki na dalekich dystansach,
polującym na kobiety przebywające w pobliżu punktów
postojowych22. Ciała dziesięciu ofiar, z których wiele było
pracownicami seksualnymi, odnajdywano potem porzucone w pobliżu rzek,
strumieni lub mostów na terenie czterech stanów między 1999 a 2004
rokiemk25.
Gdy ta książka szła do druku wiosną 2004 roku, Kansas raptownie stało
się amerykańskim centrum seryjnego zabójstwa. W Wichicie, po
dwudziestopięcioletnim okresie milczenia, niezidentyfikowany seryjny
zabójca znany jako BTK (Bind, Torture, Kill - dosł. "Skrępować,
Torturować, Zabić") nagle skontaktował się z władzami, wysyłając im dane
pozwalające zidentyfikować jedną ze swoich ofiar i fotografie jej zwłok.
Zabójca pozbawił życia co najmniej osiem osób między 1974 a 1986 rokiem,
wliczając w to czteroosobową rodzinę, jednocześnie podjudzając policję
listami i telefonami. Często dostawał się do domów swoich ofiar - czasem
w trakcie dnia - po czym przecinał linie telefoniczne i zaczynał
torturować i dusić mieszkańców. W jednym z listów napisał nieskładnie:
Nie moge przestac wiec potwor zyje dalej, krzywdzonc mnie i spoleczenstwo. Spoleczenstwo moze byc wdzięczne ze istnieja sposoby dla
ludzi jak ja na ulzenie sobie dzieki snom na jawie o niektorych ofiarach
jak sa drenczone i staja sie moje. To duza skomplikowana gra moj
przyjacielu polega na zabawie potwora spisac numer ofiary, isc za nimi,
przygladac im się czekajac w ciemnosci, czekajac, czekajac [...],
napiecie jest wielkie i on czasem rozgrywa gre tak jak lubi. Moze dacie
rade go powstrzymac. Ja nie moge. Juz teras wybral nastepna ofiare czy
ofiary. Ja nie wiem kim one sa. Dzien pozniej jak bede czytac gazete,
dowiem sie, ale juz za pozno. Powodzenia w lowach. PS. skoro przestepcy
seksualni nie zmieniają swojego MO23 albo i z racji swej natury nie
potrafia nie zmienie tez swojego. Moim kryptonimem będzie [...]. Zwiaz
ich, toturuj ich, zabij ich. B.T.K., znow go zobaczycie jak robi swoje.
Znajda sie na nastepnej ofierze.
I nagle w 1979 roku BTK zerwał kontakt i, nie licząc zabójstwa Vicki
Wegerle z 1986 roku, którego z początku w ogóle z nim nie powiązano,
można było odnieść wrażenie, że przestał zabijać. Do 1987 roku
rozwiązano nawet specjalną jednostkę zadaniową mającą go wytropić i zidentyfikować.
W styczniu 2004 roku gazety z Kansas wspomniały o trzydziestej rocznicy
pierwszego, zbiorowego zabójstwa BTK - uduszenia rodziny Otero. Sześć
tygodni później policja ogłosiła, że do gazety w Wichicie wysłane
zostały zdjęcia ciała Vicki Wegerle zrobione przez zabójcę. Policja od
razu zaczęła przeczesywać kartoteki więzienne z nadzieją, że być może
BTK został umieszczony w więzieniu z powodu innych zarzutów w przeciągu
uprzednich dwóch dekad i może zostać zidentyfikowany24.
Tymczasem w kwietniu w Kansas City policja ogłosiła, że postawiła w stan
oskarżenia podejrzanego w sprawie serii dwunastu połączonych z gwałtem
morderstw kobiet - dziewięciu białych i czterech czarnoskórych, w wieku
od piętnastu do trzydziestu sześciu lat - dokonanych przez uduszenie, do
których doszło tam pomiędzy 1977 a 1993 rokiem. Oskarżonym był
czterdziestotrzyletni żonaty nadzorca z firmy zajmującej się zbieraniem
odpadów; powiązano go z ofiarami dzięki śladom DNA. Jedenaście z nich
było pracownicami seksualnymi, a dwunasta cierpiała na chorobę
psychiczną; miała w zwyczaju włóczyć się po ulicach i wsiadać z nieznajomymi do ich samochodów25.
W Kanadzie policja wydała dwadzieścia pięć milionów dolarów (dane z 2004
roku) na badanie farmera Roberta Picktona, którego podejrzewano o związek z zaginięciem około sześćdziesięciu kobiet z Vancouver, w większości pechowych pracownic seksualnych zmagających się z uzależnieniem od narkotyków. Śledczy przeczesali ziemię na terenie jego
świńskiej farmy i do 2004 roku odnaleźli pozostałości dwudziestu dwóch
ciał; za pomocą badań DNA połączono je z niektórymi z zaginionych.
Wcześniej Picktona oskarżono o piętnaście zabójstw pierwszego stopnia,
ale w styczniu 2004 roku policja ogłosiła, że znaleziono na farmie ciała
kolejnych dziewięciu kobiet. Sześć z nich zostało zidentyfikowanych
dzięki badaniom DNA; prokuratura zapowiedziała aktualizację aktu
oskarżenia o dodatkowe zabójstwa26, a proces Picktona miał
zacząć się w 2005 rokuk26.
W Chinach w kwietniu 2004 roku policja wykopała kolejne ciała na posesji
należącej do Huanga Yonga, dwudziestodziewięcioletniego syna hodowcy
świń. Już na tym etapie mężczyzna przyznał się do zabicia siedemnastu
chłopców w wieku licealnym, których wywabił z kafejek internetowych i salonów gier. Przywiązywał swoje ofiary do stołu, torturował je i ćwiartował, ponieważ - jak sam wyjaśnił - lubił "doświadczać uczuć
towarzyszących zabijaniu". Yong został poddany egzekucji w grudniu 2003
roku, ale nawet po jego śmierci nie zaprzestano czynności związanych z przeszukiwaniem jego farmy27.
W Chinach miała zresztą miejsce w tamtym okresie plaga seryjnych
zabójstw. Xu Ming, dwudziestosześciolatek z prowincji Hebei, zgwałcił co
najmniej trzydzieści siedem kobiet w wieku od siedemdziesięciu jeden do
dziewięćdziesięciu trzech lat. Starsze kobiety było mu, jak przyznał
policji, "łatwiej kontrolować". Yang Xinhai, najgorszy seryjny zabójca
Chin, zamordował sześćdziesiąt siedem osób i zgwałcił dwadzieścia trzy
kobiety. W położonym na południu kraju mieście Shenzhen pewna para
zabiła siedemnaście młodych osób poszukujących pracy. W Pekinie
taksówkarz wraz z żoną uśmiercili siedem osób, wliczając w to cztery
pracownice seksualne, których ciała porąbali na kawałki i częściowo
zjedli. W Nanjing właściciel sklepu z przekąskami tak martwił się
konkurencją, że dodał trutki na szczury do produktów rywala, co
doprowadziło do śmierci trzydziestu ośmiu ludzi.
Tymczasem na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, niedaleko miejsca,
gdzie Gary Ridgway uśmiercił swoje czterdzieści dziewięć ofiar,
małżonkowie David i Michelle Knotekowie stanęli przed sądem oskarżeni o torturowanie i zabicie co najmniej czworga ludzi na terenie swojego
otoczonego białym płotkiem i ozdobionego uśmiechniętymi buziami domku na
farmie. W chwili pisania tej książki czekali na proces28.
Tymczasem na południu, w Kalifornii, Scott Peterson stanął przed sądem
za zabójstwo swojej ciężarnej żony, Laci, ale jego obrona sugerowała, że
został wrobiony przez seryjnego zabójcę, który był prawdziwym winnym
zbrodni29.
Jak już napisałem, w połowie pierwszej dekady dwudziestego pierwszego
wieku nie dało się włączyć telewizora, by nie natrafić na program
publicystyczny większych stacji telewizyjnych, na przykład Dateline
albo 20/20, w którym nie odtwarzano by właśnie wcześniejszych
materiałów, w starej lub odświeżonej formie, dotyczących jakiegoś
seryjnego zabójcy. Kanał Discovery oferował programy dotyczące, jak
deklarowano, "nauki towarzyszącej zatrzymywaniu seryjnych zabójców". PBS
prezentowało The Mind of a Serial Killer [Umysł seryjnego zabójcy],
podczas gdy Biography Channel, kanał zajmujący się, jak sama nazwa
wskazuje, życiorysami... cóż, chyba sami zgadniecie. Jedynie skupiony na
tematyce artykułów spożywczych Food Network oparł się pokusie
publikowania kanibalistycznych przepisów wprost z notatników seryjnych
zabójców.
Nic dziwnego, że tamtą epokę zwykło się określać "epoką seryjnej
rzeźni"; miało się poczucie, że świat doprawdy dotknęła prawdziwa i nieustająca epidemia zabójstw dokonywanych przez skrajnie
niepoczytalnych sprawców.
Za kulisami "epidemii seryjnych zabójstw"
Jeśli do tego momentu wykonywałem swoją pisarską pracę jak należy,
czytelnik w okolicy 2004 roku powinien być już na etapie zaniepokojenia
graniczącego z bezdechem, bo uświadomił sobie, że miał do czynienia z niespodziewanym i narastającym od trzech dekad szturmem obłąkanych
zabójców, którzy zagrażali ludziom we wszystkich zakamarkach świata. To
odczuwane przez niego poczucie zagrożenia napędzało i nadal po części
napędza sprzedaż książek, magazynów oraz czasu reklamowego w telewizji.
Historyk we mnie pragnie jednak wiedzieć, co tak w istocie się
wydarzyło - nawet jeśli prawda jest znacznie bardziej prozaiczna od
mitu. Owo tsunami seryjnych zabójców nie było tak prostą opowiastką, jak
zdają się sugerować liczne pozycje z gatunku true crime, władze czy
media.
Po pierwsze, owszem, miało się poczucie, że epidemia seryjnych
zabójstw zaczęła się w latach siedemdziesiątych właśnie w taki sposób, w jaki to opisałem, ale najpierw musimy zwrócić uwagę choćby na to, że
populacja znacząco wzrosła w ciągu połowy stulecia po drugiej wojnie
światowej. Więcej ludzi oznacza więcej ofiar, ale i większą liczbę
seryjnych zabójców.
Po drugie, we wcześniejszej części minionego wieku telewizja przecież
nie istniała, gazety zaś nie były połączone z usługami zdalnymi i nie
gromadzono ani nie udostępniano informacji w takim stopniu jak dziś.
Sprawozdania medialne dotyczące seryjnych zabójstw często nie
przekraczały granic konkretnych regionów, których sprawa dotyczyła,
przez co historycy mogą mieć trudność z identyfikacją poszczególnych
przypadków z przeszłości i dokonywaniem porównań z nowszymi. W latach
sześćdziesiątych przekazywanie newsów stało się głęboko scentralizowane
z racji istnienia usług telegraficznych, innych nowocześniejszych
środków komunikacji oraz z uwagi na fuzje korporacyjne, dzięki czemu
historie seryjnych zabójstw - nawet tych, do których dochodziło w odległych regionach - miały dużo większą szansę na dotarcie do szerokiej
rzeszy czytelników w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych; to
mogło wytworzyć w nas poczucie nagłej i niemającej precedensu epidemii
seryjnych mordów. Wieści o niemal każdym takim wydarzeniu stawały się
ważnym newsem, który szybko rozprzestrzeniał się po całym kraju.
Wreszcie, nasza "epidemia zabójstw seryjnych" może zostać przypisana
faktowi, że liczne przerażające statystyki dotyczące zbrodni ukazywane
szerokiej publiczności we wczesnych latach osiemdziesiątych pochodziły
od Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych, rozmaitych wrogich
przestępczości grup nacisku oraz organizacji wstawiających się za
ofiarami zbrodni. To właśnie wtedy FBI zabrało się za lobbowanie w rządzie, by zdobyć fundusze na nowe programy. Federalne Biuro Śledcze
zdało sobie sprawę, że niektóre z popełnianych zabójstw nie były
rozpoznawane jako dzieła jednej i tej samej osoby z powodu rozbieżności
jurysdykcyjnej (owo ponure zjawisko nazywano "linkage blindness", czyli
dosłownie "ślepotą na powiązania"), i wzywało do utworzenia systemu,
którego kluczowym elementem będzie ogromna baza danych; taki system
byłby w stanie usunąć wspomniany problem.
Będąca częścią FBI Jednostka Nauk Behawioralnych (Behavioral Sciences
Unit, BSU) w Quantico w stanie Wirginia (sławna dzięki Milczeniu
owiec), która powstała w pierwszej kolejności jako grupa do
przeprowadzania studiów psychologicznych przestępców biorących
zakładników, zaczęła badać psychikę oraz techniki stosowane przez
seryjnych zabójców, starając się stworzyć modele wzorców ich zachowań.
Między 1979 a 1983 rokiem agenci BSU przeprowadzili w więzieniach
intymne i szczegółowe wywiady z trzydziestoma sześcioma skazanymi
zabójcami motywowanymi seksualnie, z których dwudziestu dziewięciu było
seryjnymi mordercamik27. Pytano ich właściwie o wszystko, od
najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa aż po najbardziej przerażające
detale związane z ich zbrodniami oraz motywy. Rodziny, przyjaciele i znajomi zabójców także zostali kompleksowo przepytani; tak samo ofiary,
które przeżyły. BSU dokonało również szczegółowego studium stu
osiemnastu ofiar zabitych przez badanych przez nich przestępców:
sprawdzono, jakie uprawiali zawody i jaki styl życia wiedli, poddano
analizie kluczowe statystyki, a także to, gdzie konkretnie zabici
natknęli się na swoich zabójców. Agenci zbadali też raporty z autopsji
oraz stan, w jakim odnaleziono ciała ofiar. Wszystkie te dane posłużyły
jako podstawa dla systemu profilowania tworzonego przez FBI.
Aby ów system mógł być wykorzystywany w prawidłowy i użyteczny sposób
podczas śledztw w sprawach seryjnych zbrodni, do których dochodziło w różnych częściach Stanów Zjednoczonych, należało stworzyć jakąś
formalną, scentralizowaną organizację oraz system zbierania złożonych
danych o przestępczości, przechowywania tychże, a także udostępniania
ich do analizy. Aby powstała taka struktura, potrzebne były ogromne sumy
pieniędzy.
Dokładnie w tym samym czasie (a więc w latach 1981-1983) trzy duże
komitety działające na Kapitolu zajmowały się badaniem kwestii
narastającej przemocy, ślepoty na powiązania, porwań dzieci, tworzenia
materiałów pornograficznych z wykorzystaniem dzieci oraz kwestii
seryjnych zabójców - były to Attorney General's Task Force on Violent
Crime (Grupa Zadaniowa Prokuratora Generalnego ds. Brutalnej
Przestępczości), House Committee on Civil and Constitutional Rights
(Komitet Izby Reprezentantów Senatu ds. Praw Obywatelskich i Konstytucyjnych) oraz Senator Specter's Juvenile Justice Subcommittee of
the Judiciary Committee of the U.S. Senate (Podkomisja Senatora Spectera
ds. Sprawiedliwości dla Nieletnich przy Senackiej Komisji
Sprawiedliwości).
W tle posiedzeń w 1981 roku miało miejsce kilka nader dramatycznych
przypadków zabójstw na dzieciach. Wayne Williams został aresztowany w Atlancie za serię zabójstw dokonanych na młodszych i starszych
chłopcach; Etan Patz zaginął w Nowym Jorku w drodze do szkoły30;
sześcioletni Adam Walsh zniknął z pasażu handlowego na Florydzie, gdy
jego matka zostawiła go na moment samego. Pozbawione głowy szczątki
chłopca odnaleziono w pobliskim kanale. Ze zbrodnią powiązano samochód
pochodzący spoza stanu, lecz sprawcy nigdy nie zidentyfikowano. Później
doszło do kontrowersji, gdy o zabójstwo zaczęto podejrzewać Otisa
Elwooda Toole'a, partnera Henry'ego Lee Lucasa (obaj twierdzili, że
zabili łącznie trzysta sześćdziesiąt osób podczas swoich wędrówek po
autostradach)31. Adam był synem Johna Walsha, który z czasem stał się ważnym głosem w sprawie uśmierconych i zaginionych
dzieci, a także prowadzącym program America's Most Wanted32.
Rok po tym, jak jego syn został zamordowany, John Walsh - postać
tragiczna - zeznawał przed senacką komisją, opisując mające miejsce
niewiele wcześniej przypadki seryjnych zabójstw i sugerując, że
zaginione dzieci często padają ofiarą morderców seryjnych. Problemem,
zdaniem Walsha, była ślepota na powiązania oraz liczne niepowodzenia
stróżów prawa w zakresie koordynacji przepływu informacji i danych
między różnymi jurysdykcjami. Z powodu tejże słabości, sugerował, bez
śladu znikali młodzi ludzie; odnajdowano ich później w masowych grobach.
Korzystając z kontrowersyjnych danych podsuwanych przez Departament
Zdrowia - mówiących o milionie ośmiuset tysiącach znikających rocznie
dzieci - Walsh zeznał, że każdej godziny przepada dwieście pięcioro
nieletnich, z których wiele, jak dodał, zostanie później odnalezionych
jako ofiary mordów. Nie wspomniał przy tym, że 95% z tych zaginionych
dzieci to zweryfikowani uciekinierzy z domów i 95% z nich wróci w ciągu
czternastu dnik28. W rezultacie nagłówki krzyczały później: "205
DZIECI ZNIKA CO GODZINĘ!".
"Pięćdziesiąt tysięcy dzieci znika rocznie, porwanych z powodu czyichś
przestępczych działań, co jest niesamowitą i trudną do objęcia rozumem
liczbą", twierdził Walsh, zeznająck29. "Ten kraj jest wypełniony
okaleczonymi, pozbawionymi głowy, zgwałconymi i uduszonymi dziećmi!",
ostrzegałk30.
3 lutego 1984 roku w swoim rozpowszechnionym w krajowej prasie
felietonie Ann Landers opublikowała list napisany przez dyrektora
wykonawczego Adam Walsh Center. Zaczynał się on od słów: "Droga Ann,
rozważ te mrożące krew w żyłach statystyki: co godzinę zgłaszane jest
zaginięcie dwustu pięciorga amerykańskich dzieci. To oznacza cztery
tysiące dziewięćset dwadzieścioro dzieci dziennie i milion osiemset
tysięcy rocznie"k31.
Takie informacje brzmiały przerażająco i spowodowały, że matki w całym
kraju zamknęły drzwi na cztery spusty i nie wypuszczały na dwór swoich
pociech. Ale skąd właściwie wzięła się owa liczba pięćdziesięciu
tysięcy, o której mówił Walsh? Według badań wykonanych wiele lat później
przez Johna Gilla to senator Cliaborne Pell, demokrata z Rhode Island, w 1981 roku był pierwszą publiczną figurą, która formalnie ogłosiła, że
według Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej każdego roku znika
pięćdziesiąt tysięcy dzieci. Oficjele z owego departamentu zaprzeczyli,
jakoby kiedykolwiek stworzyli tę estymację; sztab Pella nie pamiętał, od
kogo konkretnie ją uzyskanok32.
Wraz z upływem czasu na posiedzeniach zaczęły pojawiać się - i być
rejestrowane - rozmaite twierdzenia pełne spekulacji. Trafiały one
później na konferencje prasowe. Trendem, który stał się
najpowszechniejszy, było łączenie stworzonych przez FBI
zuniformizowanych raportów o przestępczości z kategorii "nieznany" oraz
"nieznajomy" i tworzenie z ich sumy pojedynczej wartości pompującej
odsetek zabójstw, które sprawiały wrażenie morderstw pozbawionych motywu
dokonanych przez tajemniczych sprawców, a więc najpewniej snujących się
po kraju seryjnych zabójców. Dzięki tego rodzaju "rozmytej matematyce"
można było stwierdzić, że niemal co czwarte zabójstwo - czyli od
czterech do pięciu tysięcy uśmierceń rocznie - mogło być przypisane
seryjnemu zabójcy. W takiej sytuacji ocalić Amerykanów mógł jedynie
zastrzyk gotówki z Kongresu.
Prasa i autorzy książek true crime z radością podchwycili temat. Nawet
w poważnych akademickich badaniach nad kwestią seryjnych zabójstw dano
się nabrać na tę zawyżoną liczbę. Na przykład w często cytowanej pracy
Holmesa i De Burgera z 1988 roku można przeczytać:
[po]między 3500 a 5000 osób zostaje zgładzonych każdego roku w tym
kraju przez seryjnych zabójców. Podkreślamy, że jest to estymacja, lecz
wierzymy, że ze względu na dostępne dane i statystyki zapewnione przez
rozmaitych ekspertów zaangażowanych w wysiłki mające na celu poradzenie
sobie z tym problemem, reprezentuje ona godne zaufania
przybliżeniek33 (kursywa zgodnie z oryginałem).
Tą liczbą rzucało się w nas także i w 2004 roku. Tył okładki
opublikowanej w tamtym okresie książki Michaela Newtona Encyclopedia of
Serial Killers (Encyklopedia seryjnych morderców) zawiera wyraźnie
zaznaczoną ramkę, w której znajduje się tekst promujący tę pozycję:
"Punktem wyjścia dla każdego poważnego badania nad zagadnieniem zabójców
seryjnych lub uzależnionych od uśmiercania, którzy każdego roku zbierają
krwawe żniwo szacowane na 3500 osób, a potem unikają
wykrycia..."k34.
Ale te liczby nigdy nie były realistyczne i na tym etapie wszyscy
powinni mieć już tego świadomość. Zsumowana maksymalna liczba wszystkich
znanych ofiar seryjnych zabójców w Stanach Zjednoczonych w okresie od
1800 do 1995 roku szacowana jest na trzy tysiące osiemset
sześćdziesiątk35. Z tej sumy maksimum tysiąc trzysta
dziewięćdziesiąt osiem ofiar poniosło śmierć w ostatniej dekadzie
wzmiankowanego okresu, co oznacza średnio siedemdziesiąt ofiar rocznie.
Nawet gdy doliczymy nieznane ofiary, nijak nie zbliżamy się do tak
często powtarzanej sumy trzech i pół tysiąca osób rocznie. Ale trzy i pół tysiąca sprzedaje się lepiej od siedemdziesięciu. Jak to ujął w swojej analizie statystyk porwań dzieci z lat osiemdziesiątych autor
Joel Best: "Trzy reguły zdają się jasne: wielkie liczby są lepsze od
liczb małych; oficjalne liczby są lepsze od liczb nieoficjalnych;
wielkie oficjalne liczby są w ogóle najlepsze"k36.
Dla jasności, badanie tysiąca czterystu dziewięćdziesięciu ośmiu
zabójstw dzieci w Kalifornii między 1981 a 1990 rokiem wykazało, że to
nie nieznajomi seryjni zabójcy - jak sugerował John Walsh - ale krewni,
zwykle rodzice, są najczęstszymi zabójcami dzieci do lat dziewięciu.
Nieznajomi byli zamieszani w ledwie 14,6% zabójstw dzieci w wieku od
pięciu do dziewięciu lat oraz w 28,7% w wypadku dzieci między dziesiątym
a czternastym rokiem życia. Związek między ofiarą a sprawcą nie był
znany w, odpowiednio, 10,4% i 20,1% przypadków. Znajomi zabili 30,2% i 39,2% ofiar z tych grup, a kobiety stanowiły 36,4% i 18,7% sprawców;
krewni, w tym rodzice, zabili, odpowiednio, 44,8% i 11,9%
ofiark37. W wypadku dzieci w wieku między dziesiątym a czternastym
rokiem życia motywem w 60,9% przypadków był spór, w 64,2% przypadków
użyto broni palnej, a publiczna lokalizacja stanowiła miejsce zbrodni w 51,5% przypadków. Podsumowując, młodsze dzieci są zabijane w domu, przez
krewnych, podczas gdy bardziej ruchliwe i niezależne dzieci starsze
częściej stają się ofiarami znajomych, a potem nieznajomych, a do
odebrania życia dochodzi w miejscach publicznych.
Tak często cytowane niesamowite liczby porwań dzieci - od trzydziestu do
czterdziestu pięciu tysięcy - zaczęto podawać w wątpliwość już w schyłkowych latach osiemdziesiątych. Zaczęto się zastanawiać: gdzie
dochodzi do tych porwań? Dlaczego nie są udokumentowane? Skąd pochodzą
te niepotwierdzone zeznania? Kim byli seryjni zabójcy, którzy
dopuszczali się tych porwań? W końcu Kongres zaczął sponsorować program,
którego celem było ustalenie dokładnych danych statystycznych
dotyczących takich dzieci - nazwano go Narodowymi Studiami nad
Występowaniem Zaginięć, Porwań, Ucieczek i Wyrzuceń Dzieci (National
Incidence Studies of Missing, Abducted, Runaway, and Thrownaway
Children, NISMART).
Studium to dowiodło, że istniały dwie definicje "uprowadzenia": ta
prawna oraz ta stereotypowa, powtarzana przez opinię publiczną. W społecznym odczuciu do uprowadzenia dziecka dochodzi wtedy, gdy ofiara
zostaje porwana przez nieznajomego i zabrana gdzieś daleko, jest
przetrzymywana dla okupu przez noc lub dłużej albo też jest uśmiercana.
Przestępstwa takie jak porwanie i zabójstwo Polly Klaas w 1993
roku33 lub mające miejsce w 2002 roku porwanie Elizabeth
Smart34 pasowały do publicznej percepcji zagrożenia, jakie mieli
stanowić nieznajomi dla dzieci. Ale prawo posiada definicje szersze od
powszechnych opinii i wniosków. Kalifornijskie sądy na przykład
definiują uprowadzenie jako sytuację, w której ofiara zostaje zwabiona
lub przemocą przemieszczona dalej niż na odległość dwudziestu stóp -
sześciu metrów - lub jest przetrzymywana dłużej niż pół godziny, jeśli
do przemieszczenia nie doszłok38. Dlatego też, gdy w latach
osiemdziesiątych FBI ogłosiło, że średnia roczna liczba gwałtów wynosi
dziewięćdziesiąt tysięcy przypadków - a ofiarami co trzeciej takiej
zbrodni były nastoletnie dziewczynki, a więc wciąż dzieci - okoliczności
wielu z takich przestępstw wpasowywały się bez większego trudu w prawną
definicję "uprowadzenia dziecka". Stąd też łatwo o wniosek, że liczba
"uprowadzonych dzieci" wahająca się od trzydziestu do czterdziestu
pięciu tysięcy wynikła właśnie z faktu istnienia podobnych definicji.
Ale nie o czymś takim myślała opinia publiczna, gdy drżała ze strachu z powodu "uprowadzeń dzieci".
W badaniu przeprowadzonym przez NISMART ponownie przeliczono statystyki
uprowadzeń nieletnich na bazie stereotypowej percepcji "uprowadzenia" i dowiedziono, że w dwunastoletnim okresie między 1976 a 1988 rokiem
ofiarami tego rodzaju przestępstwa padło co najmniej czterdzieścioro
troje, a maksymalnie - sto czterdzieścioro siedmioro dzieci. A to
przybliża statystyki do wyjątkowo rzadkich prasowych doniesień o nieznajomych porywaczach dzieci, o których słyszy się zazwyczaj.
Rzeczywistość bowiem jest taka, że uprowadzenie i zabójstwo dzieci przez
nieznajomych jest przestępstwem niezwykle rzadkim. Stopień wytworzonego
we wczesnych latach osiemdziesiątych strachu i niepokoju będących
rezultatem "statystyk" pełnych przesady, w których wykorzystano źle
odczytane dane, zdecydowanie przerósł realne zagrożenie. Ale strach ów
utrzymywał się dalej na początku dwudziestego pierwszego wieku, choć
prawdopodobieństwo podobnych niebezpieczeństw pozostawało ekstremalnie
niskie. Oczywiście ów fakt był marną pociechą dla rodziców tych
czterdzieściorga trojga do stu czterdzieściorga siedmiorga dzieci
porywanych każdego roku przez obcych ludzi.
W latach 1981-1983, w czasie, gdy trwały prace komitetu w Waszyngtonie,
prasa rzuciła się jak ławica wygłodniałych ryb na posiedzenia senackie
oraz rozmaite konferencje prasowe. Artykuły w magazynach o szerokim
obiegu takich jak "Time", "Newsweek", "Life", "Omni", "Psychology
Today", "Playboy" czy "Penthouse" malowały obraz Stanów Zjednoczonych
jako kraju, w którym rozpleniła się "epidemia" bezmyślnych i bezsensownych, dokonywanych losowo zabójstw, które popełniały włóczące
się po kraju anonimowe bestie, często krzywdzące "nasze dzieci".
Wszystkie te pełne lęku i chyba przesadne okrzyki w końcu wydały owoce.
W 1982 roku Kongres przegłosował Ustawę o zaginionych dzieciach (Missing
Children's Act), a w 1984 - Ustawę o pomocy zaginionym dzieciom (Missing
Children's Assistance Act). Prezydent Ronald Reagan osobiście ogłosił
powołanie Narodowego Centrum Analizy Brutalnych Przestępstw (National
Center for the Analysis of Violent Crime, NCAVC), którego siedzibę
ustanowiono w bazie GSU w Quantico w stanie Wirginia. Dane zebrane
dzięki badaniu dotyczącemu zabójców seksualnych przeprowadzonemu przez
BSU zaczęto wykorzystywać później w programie nazywanym Programem
zatrzymywania brutalnych przestępców (Violent Criminal Apprehension
Program, VICAP). Gdy policja podejrzewa, że na terenie jej jurysdykcji
pojawił się recydywista, może wypełnić standardowy kwestionariusz VICAP
zawierający sto osiemdziesiąt osiem pytań dotyczących jej konkretnej
sprawy związanej z zabójstwem, a potem przekazać go Jednostce Wsparcia
Śledczego, prosząc o profil nieznanego sprawcy (profilowaniu i stojącym
przed nim problemom przyjrzymy się dokładniej w rozdziale dziewiątym).
Pytania otwarte w formularzu dotyczą rozmaitych elementów, od opisu
miejsca, w którym odnaleziono ciało ofiary, aż do szczegółów związanych
z rodzajem napaści i typem okaleczeń, stanu samochodu podejrzanego czy
jego metody zbliżania się do ofiary, jeśli ta jest znana.
Raport przestępczy VICAP przynosi efekty na dwóch etapach. Najpierw
przeprowadzana jest komputerowa analiza odpowiedzi udzielonych przez
śledczych, która może pomóc w rozpoznaniu wzorców - te zaś czasem
doprowadzają do sprawców innych przestępstw popełnionych gdziekolwiek w Ameryce Północnej. Każdy seryjny zabójca znany jest ze swojego
osobistego "podpisu", z którego sam często nie zdaje sobie sprawy, a dzięki prawidłowo wypełnionemu kwestionariuszowi VICAP można ów podpis
rozpoznać; komputer jest w stanie dopasować go do innych zdarzeń.
Drugą częścią procesu jest wykorzystanie danych dostarczonych dzięki
raportowi VICAP przez analityków, którzy mogą stworzyć profil zabójcy -
jest to działalność, którą FBI zdołało rozwinąć i przekształcić w całkiem skuteczną, choć nie do końca idealną technikę. Dzięki analizie
danych zawartych w raporcie często można zidentyfikować (z wysokim
stopniem prawdopodobieństwa) takie cechy zabójcy jak rasa, wiek, status
społeczny, stan i miejsce zatrudnienia, inteligencja oraz preferencje
seksualne; można ustalić, jak się on ubiera, a nawet jakim samochodem
jeździ. Zakończone sukcesem profilowanie potrafi w znaczącym stopniu
zawęzić zakres podejrzanych.
To zaś oznacza, że istnieje dająca się zidentyfikować metoda obłędu,
którego sprawcami są seryjni zabójcy. Na podstawie badania BSU
dowiedziano się wiele na temat tego, jak i dlaczego seryjni zabójcy w ogóle się pojawili i dają upust swojemu uzależnieniu od uśmiercania
bliźnich.
Poprzednie "epidemie" seryjnych zabójstw
Wróćmy raz jeszcze do kwestii narastającej fali seryjnych zabójstw w ciągu ostatnich trzech dekad dwudziestego wieku. Czy jest to zjawisko
realne, a może przejaw przesadnego medialnego szumu, za którym stoją
polityczne przesłanki lub większa sprzedaż gazet? Philip Jenkins,
profesor Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii, pozostaje prawdopodobnie
najsłynniejszym demaskatorem fałszywych statystyk dotyczących seryjnych
zabójstw. Cytuje on na przykład stworzone przez Departament
Sprawiedliwości listy robocze wszystkich znanych seryjnych zabójców,
które wykorzystuje potem BSU. Zauważa przy tym, że w 1992 roku
sporządzona przez FBI lista seryjnych zabójców w Stanach Zjednoczonych z lat 1900-1970 zawierała czterysta czterdzieści siedem nazwisk, a także
dodatkowe trzysta sześćdziesiąt pięć nazwisk w latach 1970-1992; ci
ludzie powiązani byli ze znanymi dwoma tysiącami sześciuset
trzydziestoma sześcioma ofiarami i podejrzewano ich o związek z kolejnym
tysiącem ośmiuset trzydziestoma dziewięcioma. Ale w przeczesywanych
listach Jenkins spostrzegł ogromną liczbę duplikatów - na przykład
wszystkim skazanym zabójcom z Rodziny Mansona przypisano tę samą listę
uśmierconych osób, przez co zsumowana liczba ofiar morderczego ciągu z 1969 roku była za duża - i to trzykrotniek39. Jenkins
odkrywał kolejne sprawy, w których dochodziło do podobnego
zwielokrotnienia ofiar ze względu na użycie przy nich kategorii
"podejrzewana o bycie ofiarą", a także zeznania, które zostały
zdyskredytowane, jak na przykład deklaracja Henry'ego Lee Lucasa
twierdzącego, że ma na koncie kilkaset ofiar. Stąd dobre wieści -
istniało mniej seryjnych zabójców oraz ich ofiar, niż FBI oficjalnie
twierdziło.
Złe wieści, zdaniem Jenkinsa, były jednak takie, że widoczny wzrost
liczby seryjnych zabójstw we wspomnianym trzydziestoleciu, choć nie tak
wielki, jak wcześniej uważano, był jednak faktem - i, co gorsza, nie
jest to pierwszy taki wzrost w historii. Jest on ledwie kolejną z występujących w dwudziestym wieku epidemii tego typu zbrodni. Każda
kolejna taka fala była większa od poprzedniej. Jenkins zidentyfikował
dwa poprzednie okresy, w których pojawiła się zwiększona liczba zabójstw
seryjnych: lata 1911-1915 oraz 1935-1941. Odkrył, że na liście FBI, choć
duplikowano niektóre nowsze przypadki, zupełnie przeoczono istnienie
poprzednichk40.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki