Jak człowiek zmienia się w seryjnego mordercę - Peter Vronsky

Kup ebooka

64.90 zł
50.62 zł (49,97 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP

Moi dwaj seryjni zabójcy

Seryjni zabójcy wie­dzą, że są nie­zwy­cię­żeni.

- ROBERT D. KEP­PEL, śled­czy

Mam pro­blem z kobie­tami.

- RICHARD COT­TIN­GHAM, zwany Roz­pru­wa­czem Kor­pu­sów z Times Squ­are

Żaden ze mnie eks­pert w kwe­stii seryj­nych zabój­ców; nie jestem kimś, kto ode­brał w tej mate­rii wszech­stronne wykształ­ce­nie. Ni­gdy nie pra­co­wa­łem dla Fede­ral­nego Biura Śled­czego jako pro­fi­ler, nie byłem poli­cjan­tem, kry­mi­no­lo­giem czy psy­cho­lo­giem sądo­wym. Nie napi­sa­łem roz­prawy aka­de­mic­kiej na temat tego typu prze­stęp­ców i ni­gdy też nie prze­pro­wa­dza­łem wywia­dów z prze­by­wa­ją­cymi w wię­zie­niu seryj­nymi zabój­cami, nie wymie­nia­łem się nawet z nimi kore­spon­den­cją. Nie zda­rzyło mi się kupić dzieł sztuki ich autor­stwa ani zbie­rać pamią­tek, które po sobie pozo­sta­wili. Innymi słowy, przy­po­mi­nam zapewne was - jestem cie­kaw­skim ama­to­rem. Nie licząc tego, że czy­ta­łem na ich temat i zetkną­łem się z nimi w tele­wi­zji, jedy­nym moim prze­ży­ciem zwią­za­nym z tym zagad­nie­niem jest oso­bi­sty - ale krót­ko­trwały - kon­takt z dwoma z nich, i to w cza­sach, zanim zostali ziden­ty­fi­ko­wani i ujęci. Może­cie sobie pomy­śleć: "No, to czyni go innym od nas"... ale na waszym miej­scu nie spie­szył­bym się z takimi wnio­skami.

Podró­żu­jąc, przy­pad­kowo natkną­łem się na dwóch nie­sław­nych męż­czyzn, któ­rzy w anglo­ję­zycz­nej kul­tu­rze doro­bili się przy­domka Rip­per - Roz­pru­wacz. Byli to Richard Cot­tin­gham, znany jako Times Squ­are Torso Rip­per (Roz­pru­wacz Kor­pu­sów z Times Squ­are), powią­zany póź­niej z pię­cioma przy­pad­kami zabójstw, w któ­rych ofiary zostały poćwiar­to­wane, mają­cymi miej­sce w sta­nach Nowy Jork i New Jer­sey, oraz Andriej Czi­ka­tiło, nazy­wany Red Rip­perem (Czer­wo­nym Roz­pru­waczem)1, któ­rego spo­tka­łem w Rosji dosłow­nie na kilka dni przed tym, gdy popeł­nił ostat­nie trzy ze swo­ich ponad pięć­dzie­się­ciu kani­ba­li­stycz­nych mor­dów na kobie­tach, mło­dzieży i dzie­ciach. W obu przy­pad­kach dopiero dużo póź­niej dowie­dzia­łem się, z kim mia­łem do czy­nie­nia. Moje zetknię­cie się z Cot­tin­gha­mem było w rów­nym stop­niu dra­ma­tyczne, jak spo­tka­nie Czi­ka­tiły oka­zało się banalne i łatwe do zapo­mnie­nia.

Mia­łem stycz­ność z Richar­dem Cot­tin­gha­mem przez jakieś dzie­sięć sekund pew­nego wcze­snego nie­dziel­nego poranka w grud­niu 1979 roku w Nowym Jorku. Pra­co­wa­łem jako asy­stent pro­duk­cji przy fil­mie, który krę­ci­li­śmy w Toronto. Moim zada­niem było co parę dni wyla­ty­wać do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i oso­bi­ście dostar­czać szpule z wywo­ła­nym fil­mem do labo­ra­to­rium foto­gra­ficz­nego w pobliżu Times Squ­are, gdzie pod­da­wano je spe­cjal­nej obróbce. To była świetna praca: ran­kiem wyla­ty­wa­łem do Nowego Jorku, szybko pod­rzu­ca­łem film gdzie trzeba, a potem mia­łem czas dla sie­bie aż do następ­nego dnia, gdy musia­łem się sta­wić po gotowe szpule.

Zazwy­czaj dosta­wa­łem do ręki bilet lot­ni­czy oraz kopertę z gotówką; ocze­ki­wano, że sam zajmę się kwe­stią noc­legu oraz posił­ków. Ekipy fil­mowe miały w zwy­czaju zatrzy­my­wać się w dobrych hote­lach klasy biz­ne­so­wej - She­ra­to­nach, Hil­to­nach i tak dalej - a mnie dawano dosta­tecz­nie dużo szmalu, bym mógł noco­wać i sto­ło­wać się wła­śnie w tego rodzaju przy­byt­kach. Będąc jed­nak mło­dym i zbun­to­wa­nym czło­wie­kiem (któ­remu zda­rzyło się już pole­cieć do Nowego Jorku i noco­wać na pod­ło­dze w legen­dar­nej kolebce kontr­kul­tury, klu­bie CBGB na Bowery, żywiąc się przy tym serem i winem na wer­ni­sa­żach w gale­riach sztuki), mia­łem głę­boko w nosie jakieś tam wysma­ko­wane noc­legi. Pod­czas prze­wo­że­nia fil­mów poprze­sta­wa­łem na zakle­pa­niu miej­scówki w tanich, tury­stycz­nych hote­li­kach. Zaosz­czę­dzone pie­nią­dze wyda­wa­łem na impre­zach w klu­bach, kupo­wa­łem albumy muzyczne, książki i elek­tro­nikę. Ale pod­czas jed­nej z tych wycie­czek posze­dłem o krok za daleko.

Nie­ocze­ki­wane opóź­nie­nie wyni­kłe z pro­ble­mów tech­nicz­nych w stu­diu foto­gra­ficz­nym zmu­siło mnie do pozo­sta­nia w Nowym Jorku przez cały week­end. Musia­łem tak gospo­da­ro­wać budże­tem, by mieć dach nad głową przez te nie­prze­wi­dziane noce, posta­no­wi­łem więc w ostatni dzień zamel­do­wać się w wyjąt­kowo obskur­nym punk­cie noc­le­go­wym. Wcze­snego nie­dziel­nego poranka pod­sze­dłem do niczym nie­wy­róż­nia­ją­cego się śred­niej wiel­ko­ści hotelu na Czter­dzie­stej Dru­giej Zachod­niej Ulicy, jakieś dwie prze­cznice od rzeki Hud­son, w pobliżu szcząt­ków zawa­lo­nej sześć lat wcze­śniej West Side High­way2. Hotel ofe­ro­wał noc­legi za wybit­nie korzystne stawki, ale za cenę tego, że poło­żony był w bez­po­śred­nim sąsiedz­twie z niczym - w pobliżu bowiem nie było żad­nej wygod­nej sta­cji metra, żad­nych atrak­cji tury­stycz­nych czy biu­row­ców. Budy­nek tkwił w zruj­no­wa­nej dziel­nicy w pobliżu Dzie­sią­tej Alei, która zasłu­żyła sobie na swoje histo­ryczne miano, Hell's Kit­chen, fak­tycz­nie przy­po­mi­na­jąc kuch­nię pie­kła. Hotel był nie­zbyt atrak­cyj­nym miej­scem nawet dla osób uza­leż­nio­nych i para­ją­cych się pro­sty­tu­cją, któ­rych kró­le­stwo przy­po­mi­na­jące świat rodem z Tak­sów­ka­rza z Rober­tem De Niro mie­ściło się o kilka prze­cznic na zachód; była tam tak zwana "Czter­dziestka dwójka", ośli­zgły i par­szywy frag­ment Czter­dzie­stej Dru­giej Zachod­niej wypeł­niony skle­pami z por­no­gra­fią, poka­zami ero­tycz­nymi i skle­pami z nożami, cią­gnący się od Broad­wayu obok ter­mi­nalu auto­bu­so­wego w pobliżu Ósmej i Dzie­wią­tej Alei. Hotel był wyjąt­kowo tani, ale jak na tę cenę zda­wał się w zno­śnym stop­niu czy­sty i bez­pieczny, a od labo­ra­to­rium, w któ­rym mia­łem się sta­wić wcze­snym ran­kiem, dzie­lił mnie krótki spa­ce­rek.

Poja­wi­łem się w hotelu bez rezer­wa­cji i powie­dziano mi, że pokój będzie dla mnie gotowy już wkrótce; mia­łem pocze­kać około pół godziny, bo poprzedni loka­to­rzy wła­śnie się wymel­do­wy­wali. Posta­no­wi­łem, że w mię­dzy­cza­sie udam się na górę i oce­nię, jak złe może być to miej­sce. Cze­ka­jąc na windę, lekko się ziry­to­wa­łem; zauwa­ży­łem, że kabina zatrzy­mała się na nie­mal wiecz­ność na naj­wyż­szym pię­trze. W końcu jed­nak ruszyła i gdy drzwi sta­nęły otwo­rem, wysiadł z windy naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie ów dupek odpo­wie­dzialny za prze­stój. Nie­malże mnie stra­to­wał, wlo­kąc się jak jakiś zom­bie o zeszklo­nych oczach; patrzył przeze mnie na wylot i zepchnął mnie na bok, jakby mnie tam wła­ści­wie nie było. Gdy mnie mijał, kie­ru­jąc się ku lobby, trą­cił lekko moją nogę torbą, walizką czy co tam dźwi­gał. Nie przyj­rza­łem się temu baga­żowi ani też nie był­bym dziś w sta­nie opi­sać odczu­cia, jakiego dozna­łem, gdy jego bagaż dotknął mojej nogi. W pamięć wryło mi się jedy­nie to, że gość zda­wał się nie­mal lśnić od pokry­wa­ją­cej go war­stewki potu oraz że miał wybit­nie nie­ko­rzystną fry­zurę na mopa. Spra­wiał wra­że­nie kole­sia około trzy­dziestki piątki, miał pia­sko­wej barwy włosy i przy­po­mi­nał niskiego rangą, pobla­dłego pra­cow­nika biu­ro­wego - i jak się oka­zało, wła­śnie kimś takim był (choć inni świad­ko­wie mówili raczej, że miał "oliw­kową" cerę). W chwili, gdy drzwi windy zasu­nęły się za mną, zdą­ży­łem już o nim zupeł­nie zapo­mnieć.

Poje­cha­łem windą na losowo wybrane pię­tro. Natych­miast wyczu­łem deli­katny, ale dość jed­no­znaczny swąd spa­le­ni­zny; nie widzia­łem jed­nak żad­nego dymu i uzna­łem, że jest to po pro­stu natu­ralna woń tego hotelu. Spa­ce­ru­jąc po kory­ta­rzach, nie wykry­łem niczego, co jawi­łoby mi się jako szcze­gól­nie paskudne, ale nie uszło mojej uwa­dze, że ten przy­kry zapach przy­biera na sile; teraz do bukietu woni dołą­czyły trudne do pomy­le­nia z czym­kol­wiek innym nuty spa­lo­nego kurzego pie­rza albo zwie­rzę­cej sier­ści. Wtedy tego jesz­cze nie wie­dzia­łem, ale była to woń pie­czo­nego ludz­kiego mięsa.

W kory­ta­rzu moje spoj­rze­nie przy­cią­gnęło kilka czar­nych i tłu­sta­wych smu­żek jakiejś smo­li­stej sub­stan­cji, tak małych, że nie­omal nie­uchwyt­nych. Fru­wały w powie­trzu i wiro­wały niby czarne płatki śniegu. Gdy zła­pa­łem jedną z nich, zabar­wiła moje palce na czarno. Prze­sze­dłem kory­ta­rzem dalej; teraz zro­biło się już jakby mgli­ście, a zapach nie­wąt­pli­wie miał zwią­zek z poża­rem w budynku - taka mie­szanka pło­ną­cego drewna i farby. Usły­sza­łem docho­dzące z kilku róż­nych miejsc odgłosy nagłego poru­sze­nia, a także krzyki na klatce scho­do­wej; roz­dzwo­niły się alarmy poża­rowe. Szybko skie­ro­wa­łem się z powro­tem na dół, ku lobby, i opu­ści­łem budy­nek dokład­nie w tej samej chwili, w któ­rej wyha­mo­wy­wał przed nim wóz stra­żacki. Całe to doświad­cze­nie spra­wiło, że owo miej­sce zaczęło mieć (mówiąc deli­kat­nie) nie­zbyt sym­pa­tyczny kli­mat, dla­tego też opu­ści­łem je nie­mal natych­miast, by poszu­kać nowego hotelu. Nie odwra­ca­łem się za sie­bie.

Następ­nego ranka prze­czy­ta­łem w gaze­tach, że inter­we­niu­jący pod­czas pożaru hotelu stra­żacy zna­leźli w jed­nym z pokoi ciała dwóch zamor­do­wa­nych kobiet, które uło­żono na łóż­kach i pod­pa­lono. Stra­żak wywlókł jedną z nich z zady­mio­nego doszczęt­nie pokoju i zamie­rzał udzie­lić jej pierw­szej pomocy metodą usta-usta, ale dopiero wtedy zorien­to­wał się, że nie miała głowy i dłoni. Z początku myślał, że to mane­kin. Wete­ran z nowo­jor­skiej straży pożar­nej z pięt­na­sto­let­nim doświad­cze­niem powie­dział, że po tym incy­den­cie poszedł na na tera­pię mającą pomóc mu zale­czyć traumę. "Ni­gdy nie natra­fi­łem na cokol­wiek podob­nego. I mam nadzieję, że ni­gdy nie będę musiał"k1 - powie­dział.

Ubra­nia ofiar odna­le­ziono sta­ran­nie poskła­dane i uło­żone na dwóch schlud­nych sto­si­kach w wan­nie; na górze tych stert spo­częły ich buty na kotur­nach. Nie licząc mate­ra­ców, w pokoju próżno było szu­kać plam krwi; nie zna­le­ziono też odbi­tek pal­ców3 ani innych dowo­dów. Sprawca zabrał ze sobą narzę­dzie, któ­rego użył do roz­człon­ko­wa­nia ofiar, czym­kol­wiek ono było. Poza oka­le­cze­niami na cia­łach odna­le­ziono ślady strasz­li­wych tor­tur: opa­rze­nia od papie­rosa, stłu­cze­nia od bicia, a także ślady zębów na pier­siach.

W tam­tym cza­sie nie łączy­łem tego mordu z męż­czy­zną, z któ­rym się zde­rzy­łem przy win­dzie. Nie zapa­mię­ta­łem go nawet. Tak jakoś wyszło, że wędro­wa­nie po hotelu wśród lata­ją­cych czar­nych płat­ków, nagłe uru­cho­mie­nie alarmu poża­ro­wego i wozy straży sto­jące pod budyn­kiem zupeł­nie stłam­siły to drobne wspo­mnie­nie o dziw­nym face­cie. Wró­ciło dopiero wtedy, gdy Richard Cot­tin­gham został aresz­to­wany i posta­wiony przed sądem za oka­le­cza­nie i zabi­ja­nie mło­dych kobiet, głów­nie pro­sty­tu­tek, w Nowym Jorku i New Jer­sey, wli­cza­jąc w to dwie ofiary z hotelu. Gdy zoba­czy­łem zdję­cie w gaze­cie, natych­miast go roz­po­zna­łem: ta kiep­ska fry­zura i blade obli­cze.

Od tego czasu zawsze zakła­da­łem, że gdy wyszedł z windy i minął mnie tego nie­dziel­nego poranka, musiał mieć przy sobie ucięte głowy i dło­nie ofiar. Naprawdę nie sądzę, że pod­jął ryzyko i zosta­wił na chwilę bez nad­zoru w pokoju hote­lo­wym dwa oka­le­czone ciała, by pozbyć się głów i dłoni i dopiero potem wró­cić, by pod­pa­lić pomiesz­cze­nie. A choć nie wiem, w czym prze­no­sił głowy, musiał to być ów bagaż, który otarł mi się o nogę w chwili, gdy męż­czy­zna opusz­czał windę (inna sprawa, że nie było wia­domo, czy zabił naj­pierw jedną kobietę i zosta­wił jej zwłoki w pokoju, po czym wypra­wił się, by odna­leźć drugą, czy też obie były żywe i przy­szło im wspól­nie zgi­nąć z jego ręki; Cot­tin­gham ni­gdy tego nie wyja­wił)4.

Richard Fran­cis Cot­tin­gham, lat trzy­dzie­ści cztery, jak odkry­łem, był żyją­cym w sepa­ra­cji z żoną ojcem trójki dzieci, miesz­ka­ją­cym gdzieś na przed­mie­ściach New Jer­sey. Sąsie­dzi opi­sy­wali go zazwy­czaj jako męż­czy­znę lekko nadę­tego i skry­tego, ale uwa­żali za odda­nego ojca, który zawsze zabie­rał swoje dzie­ciaki na hal­lo­we­enowe polo­wa­nie na cukierki. Był synem wyso­kiej rangi przed­się­biorcy ubez­pie­cze­nio­wego i lice­al­nym spor­tow­cem, ale przy tym samot­ni­kiem. Przez ostat­nie szes­na­ście lat na wol­no­ści miał sta­bilne zatrud­nie­nie - zaj­mo­wał się obsługą kom­pu­te­rów w fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej Empire State Blue Cross-Blue Shield z sie­dzibą na Trze­ciej Alei na środ­ko­wym Man­hat­ta­nie. Był cenio­nym pra­cow­ni­kiem i można było na nim pole­gać. Wybrał dla sie­bie zmianę od pięt­na­stej do dwu­dzie­stej trze­ciej, a zbrodni doko­ny­wał o poranku, w nocy po pracy lub w week­endy.

Głowy i ręce ofiar z hotelu w pobliżu Times Squ­are nie zostały odna­le­zione, choć poli­cja zor­ga­ni­zo­wała kom­plek­sową akcję poszu­ki­waw­czą, także w pobli­skim odcinku rzeki. Jedną z ofiar udało się ziden­ty­fi­ko­wać dzięki porów­na­niu szpi­tal­nych zdjęć rent­ge­now­skich jako uro­dzoną w Kuwej­cie Deedeh Gooda­rzi, dwu­dzie­sto­trzy­let­nią pra­cow­nicę sek­su­alną z New Jer­sey oraz matkę czte­ro­mie­sięcz­nego dziecka. Dru­giej z ofiar - wedle sza­cun­ków nasto­latki - ni­gdy nie udało się ziden­ty­fi­ko­wać.

Sześć mie­sięcy póź­niej Cot­tin­gham zabił i oka­le­czył kolejną pra­cow­nicę sek­su­alną z Nowego Jorku, dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nią Jean Mary Ann Rey­ner. Odna­le­ziono ją w zabyt­ko­wym, ale będą­cym cie­niem daw­nej świet­no­ści hotelu Seville na Dwu­dzie­stej Dzie­wią­tej w pobliżu Madi­son Ave­nue. Tym razem sprawca odciął piersi ofiary i uło­żył je na wez­gło­wiu łóżka, po czym pod­pa­lił pokój.

Cot­tin­gham tak naprawdę pre­fe­ro­wał doko­ny­wa­nie zbrodni bli­żej swo­jego domu w New Jer­sey. Naj­czę­ściej zabie­rał ofiary z ulic Man­hat­tanu lub z barów, gdzie je spo­ty­kał. Tak czy ina­czej, kupo­wał im drinki lub obiady; napoje zawsze po kry­jomu zapra­wiał pigułką gwałtu. Następ­nie wypro­wa­dzał lub zwa­biał pół­przy­tomne ofiary do swo­jego samo­chodu i prze­wo­ził je przez rzekę do New Jer­sey, do tanich mote­lów cią­gną­cych się wzdłuż licz­nych auto­strad prze­ci­na­ją­cych stan. Wno­sił je do motelu przez tylne drzwi, a potem mole­sto­wał i tor­tu­ro­wał przez dłuż­szy czas. Te, które miały szczę­ście, budziły się póź­niej ze stu­poru wywo­ła­nego przez nar­ko­tyk, by odkryć, że zostały zgwał­cone, także anal­nie, i że ich ciała pokryte były strasz­li­wymi ranami; ofiary te były porzu­cone bez ubra­nia gdzieś na pobo­czu lub pod­ło­dze mote­lo­wego poko­iku, z mgli­stymi wspo­mnie­niami tego, co im się przy­tra­fiło. Pozo­stały przy życiu, bo Cot­tin­gham był spe­cy­ficz­nego rodzaju seryj­nym zabójcą - kate­go­ry­zo­wa­nym jako gniewno-eks­cy­ta­cyjny lub moty­wo­wany żądzą sady­sta. Cot­tin­gham czer­pał przy­jem­ność nie z aktu zabi­ja­nia, a z tor­tu­ro­wa­nia swo­ich ofiar. Gdy skoń­czył już się pastwić nad daną kobietą, nie obcho­dziło go, czy ona prze­żyje, czy też nie; co wię­cej, jeśli dana osoba zmarła pod­czas ataku, zanim Cot­tin­gham osią­gnął ocze­ki­wany poziom satys­fak­cji, pastwił się nad zwło­kami do momentu speł­nie­nia. Gdy było już po wszyst­kim, miał w zwy­czaju porzu­cać swoje ofiary niczym "odpadki", a to, czy dana kobieta żyła, czy też nie, było mu obo­jętne. Nie­które miały szczę­ście i prze­żyły, innym się nie udało.

Ciało dzie­więt­na­sto­let­niej Vale­rie Ann Street zostało odna­le­zione przez per­so­nel Has­bro­uck Heights Quality Inn w New Jer­sey. Sprzą­ta­jąca pokój mote­lowy kobieta usi­ło­wała odku­rzyć pod łóż­kiem, ale coś blo­ko­wało jej dostęp. Gdy unio­sła mate­rac, odkryła wepchnięte tam strasz­li­wie oka­le­czone zwłoki. Ręce ofiary były cia­sno skute za ple­cami; całe ciało pokry­wały ślady ugry­zień; była bita po gole­niach. Vale­rie Street umarła z powodu nie­do­tle­nie­nia; na jej ustach zna­le­ziono ślady taśmy samo­przy­lep­nej. Cot­tin­gham doło­żył sta­rań, by ostroż­nie ją ode­rwać i zabrać ze sobą po zabi­ciu dziew­czyny. Musiał jed­nak zgu­bić klu­czyk od kaj­da­nek, skoro pozo­sta­wił je zapięte na nad­garst­kach ofiary - i był to błąd, który oka­zał się dla niego zgubny, bo poli­cja odna­la­zła odbitki jego pal­ców na wewnętrz­nej czę­ści ich zatrza­sku.

Jedna z jego ofiar na pewno nie była pra­cow­nicą sek­su­alną. Dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia radio­lożka Mary Ann Carr została odna­le­ziona porzu­cona pod pło­tem z siatki oka­la­ją­cym ten sam hotel w New Jer­sey dwa lata wcze­śniej. Jej klatka pier­siowa i nogi były pora­nione ostrym narzę­dziem; została pobita jakimś cięż­kim, tępym przed­mio­tem, a do tego jej ciało pokry­wały siniaki i ugry­zie­nia. Na jej nad­garst­kach wid­niały ślady po kaj­dan­kach, a na ustach zna­le­ziono resztki kleju z taśmy. Była duszona, ale to wła­śnie taśma osta­tecz­nie pozba­wiła ją życia.

Cot­tin­ghama aresz­to­wano dwu­dzie­stego dru­giego maja 1980 roku, około sześć mie­sięcy po tym, gdy na niego wpa­dłem. Zabrał z ulicy osiem­na­sto­let­nią Leslie Ann O'Dell, która ofe­ro­wała usługi sek­su­alne na rogu Lexing­ton Ave­nue i Dwu­dzie­stej Pią­tej. Przy­była do Nowego Jorku ze stanu Waszyng­ton auto­bu­sem, a alfonsi cza­tu­jący na dworcu auto­bu­so­wym szybko nakło­nili ją do upra­wia­nia pro­sty­tu­cji. Cot­tin­gham kupił jej drinki i opo­wia­dał jej o swo­jej pracy oraz domu na przed­mie­ściach aż do trze­ciej nad ranem. Następ­nie zapro­po­no­wał jej pod­wózkę do ter­mi­nalu auto­bu­so­wego w New Jer­sey, by mogła stam­tąd uciec przed nowo­jor­skimi strę­czy­cie­lami. Leslie z wdzięcz­no­ścią przy­jęła tę pomoc. Po prze­kro­cze­niu Mostu Waszyng­tona i wje­cha­niu na teren New Jer­sey kupił jej steka w cało­do­bo­wym bistro. Był cza­ru­jący, szczo­dry, pełen współ­czu­cia i skłonny pomóc. W pew­nym momen­cie dziew­czyna zgo­dziła się upra­wiać z nim seks w zamian za sto dola­rów. Około świtu zamel­do­wali się w tym samym nie­szczę­snym Has­bro­uck Heights Quality Inn, w któ­rym osiem­na­ście dni wcze­śniej zosta­wił pod łóż­kiem oka­le­czone ciało swo­jej ostat­niej ofiary. Nikt z obsługi nie roz­po­znał Cot­tin­ghama.

Po wyna­ję­ciu pokoju Cot­tin­gham pod­je­chał do niego od tyłu i oboje z Leslie weszli tam tyl­nym wej­ściem. Zosta­wił ją samą w pomiesz­cze­niu, mówiąc, że wraca do auta, bo chce zapar­ko­wać je od frontu. Wró­cił z papie­rową torbą, w któ­rej miał flaszkę whi­sky, a także walizkę-dyplo­matkę. Docho­dziła piąta nad ranem.

Cot­tin­gham zapro­po­no­wał zmę­czo­nej dziew­czy­nie masaż, a ona z rado­ścią poło­żyła się na brzu­chu. Usiadł­szy jej na ple­cach, wydo­był z walizki nóż i przy­sta­wił go jej do gar­dła, rów­no­cze­śnie zatrza­sku­jąc kaj­danki na jej nad­garst­kach. Pod­czas gdy Leslie usi­ło­wała go prze­ko­nać, że wszystko to nie jest konieczne, Cot­tin­gham roz­po­czął tor­tury, nie­malże odgry­za­jąc jeden z jej sut­ków. Zeznała póź­niej, że powie­dział: "Musisz to znieść. Inne dziew­czyny to zno­siły, a więc ty także musisz. Jesteś zdzirą i musisz zostać uka­rana".

Zarzuty posta­wione Cot­tin­gha­mowi w cza­sie pro­cesu w New Jer­sey mogą nam w pewien spo­sób uka­zać, jak dla O'Dell prze­bie­gły kolejne cztery godziny:

Porwa­nie, usi­ło­wa­nie zabój­stwa, napaść, napaść z uży­ciem nie­bez­piecz­nej broni, napaść na tle sek­su­al­nym z uży­ciem broni (gwałt), napaść na tle sek­su­al­nym z uży­ciem broni (sodo­mia), napaść na tle sek­su­al­nym z uży­ciem broni (fel­la­tio), posia­da­nie broni; posia­da­nie nie­bez­piecz­nych sub­stan­cji: seko­bar­bi­talu oraz amo­bar­bi­talu, a także posia­da­nie nie­bez­piecz­nej sub­stan­cji, dia­ze­pamu lub valium.

Mię­dzy kolej­nymi gwał­tami wagi­nal­nymi, anal­nymi i oral­nymi, gry­zie­niem, biciem, naci­na­niem nożem i biczo­wa­niem z uży­ciem skó­rza­nego pasa Cot­tin­gham prze­ry­wał, aby deli­kat­nie obe­trzeć twarz ofiary za pomocą chłod­nego, wil­got­nego ręcz­nika. A potem powra­cał do mal­tre­to­wa­nia. Stłu­mione krzyki bólu O'Dell stały się tak gło­śne, że obsługa mote­lowa, dosta­tecz­nie wystra­szona mor­der­stwem doko­na­nym osiem­na­ście dni wcze­śniej, wezwała poli­cję, po czym pobie­gła do pokoju i zażą­dała, by Cot­tin­gham otwo­rzył drzwi. Ten zebrał swój przy­bor­nik i wybiegł z pokoju, ale jesz­cze na kory­ta­rzu został pochwy­cony przez wła­śnie przy­by­wa­ją­cych na miej­sce poli­cjan­tów.

I tak nastą­pił kres Cot­tin­ghama. Za zabój­stwa doko­nane w New Jer­sey otrzy­mał kilka wyro­ków, od sześć­dzie­się­ciu do dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu lat wię­zie­nia, osobny wyrok doży­wo­cia z moż­li­wo­ścią ubie­ga­nia się o przed­ter­mi­nowe zwol­nie­nie po dwu­dzie­stu pię­ciu latach, oraz drugi, rów­no­le­gły - w tym wypadku mógł doma­gać się zwol­nie­nia po trzech deka­dach. A potem został prze­ka­zany wła­dzom sądow­ni­czym z Nowego Jorku, by sta­nąć przed sądem za "kor­pu­sowe" zbrod­nie. Nie zoba­czymy już Richarda na wol­no­ści.

Cot­tin­gham zaprze­czał popeł­nie­niu któ­rej­kol­wiek ze zbrodni nawet pomimo faktu, że w jego domu zna­le­ziono kilka przed­mio­tów nale­żą­cych do ofiar5. Jedyna jego dekla­ra­cja brzmiała: "Mam pro­blem z kobie­tami".

Moje krót­kie spo­tka­nie z Cot­tin­gha­mem to źró­dło naprawdę moc­nej opo­wie­ści, którą dzie­li­łem się z ludźmi przez wiele lat, jesz­cze długo po tym, gdy natkną­łem się - choć nie byłem tego świa­dom! - na kolej­nego seryj­nego zabójcę, i to takiego z ksiąg rekor­dów: ukra­iń­skiego kani­bala Andrieja Czi­ka­tiłę, który zabił i oka­le­czył nie­sa­mo­witą liczbę pięć­dzie­się­ciu trzech ofiar6 w Związku Radziec­kim.

W 1990 roku pra­co­wa­łem przy pro­duk­cji fil­mów doku­men­tal­nych dla tele­wi­zji i w paź­dzier­niku tam­tego roku zna­la­złem się w Moskwie, by nakrę­cić film o zmia­nach zacho­dzą­cych w tym mie­ście za rzą­dów Gor­ba­czowa. Pew­nego dnia nasza ekipa napo­tkała nie­sa­mo­wite wido­wi­sko. Na traw­niku przed hote­lem znaj­du­ją­cym się bez­po­śred­nio za pla­cem Czer­wo­nym, nie­mal pod kopu­łami cer­kwi Wasyla Bło­go­sła­wio­nego, spon­ta­nicz­nie powstało mia­steczko namio­towe liczące około pię­ciu­set miesz­kań­ców. Ludzie ci zda­wali się pocho­dzić ze wszyst­kich czę­ści kraju; w więk­szo­ści byli eme­ry­tami, któ­rzy pra­gnęli zapro­te­sto­wać prze­ciwko nad­uży­ciom z cza­sów Sta­lina. Do swo­ich namio­tów i sza­ła­sów przy­mo­co­wali kurio­zalne minia­tu­rowe trans­pa­renty. Niektó­rzy przy­kle­ili sobie do czół skrawki papieru, na któ­rych łama­nym i archa­icz­nym angiel­skim wypi­sane były oso­bliwe slo­gany, na przy­kład "Lenin is bone­head" (Lenin jest zakuta pała). Jesz­cze inni trzy­mali w górze oso­bliwe afi­sze, na któ­rych sta­ran­nie umiesz­czono dawne doku­menty, listy oraz foto­gra­fie sta­no­wiące dowody na popar­cie roz­ma­itych skarg. Wsze­dłem w ten tłum wraz ze swoją ekipą i zaczą­łem roz­ma­wiać z nie­któ­rymi spo­śród zgro­ma­dzo­nych, poszu­ku­jąc odpo­wied­nich kan­dy­da­tów do prze­pro­wa­dze­nia i nagra­nia wywia­dów. Miało się wra­że­nie, że nie­mal wszy­scy byli ofia­rami traum i cier­pieli na roz­ma­ite cho­roby i zabu­rze­nia psy­chiczne; zwa­żyw­szy na to, przez co prze­szli za Sta­lina, łatwo było domy­ślić się źró­dła tych pro­ble­mów.

W pew­nym momen­cie zauwa­ży­łem nie­wielki stra­gan ozdo­biony trzema kolo­rami daw­nej car­skiej Rosji - bielą, nie­bie­skim i czer­wie­nią. W 1990 roku moż­li­wość ujrze­nia tych kolo­rów w ZSRR wciąż była rzad­ko­ścią. Stra­gan nale­żał do wychu­dłego męż­czy­zny z siwie­ją­cymi wło­sami i pokaź­nych roz­mia­rów oku­la­rami. Innych cech jego wyglądu nie potra­fię sobie przy­po­mnieć, nie licząc jesz­cze tego, że był gładko ogo­lony i ubrany w miarę dobrze (jak na Zwią­zek Radziecki) - miał pół­długą mary­narkę, czy­stą koszulę oraz sta­ran­nie zawią­zany kra­wat. Wyglą­dał na czło­wieka tuż przed pięć­dzie­siątką albo tuż po niej; w schlud­nym stroju i w tro­chę młod­szym wieku niż pozo­stali wyróż­niał się z wypeł­nia­ją­cego mia­steczko tłumu rosyj­skich eme­ry­tów noszą­cych nie­chlujne, gęste brody. Nie­zna­jomy miał w sobie coś wyra­fi­no­wa­nego - można wręcz rzec, że deli­kat­nego i pedan­tycz­nego. Obok niego stała typowa wyświech­tana skó­rzana aktówka z rodzaju tych, które nosili nie­mal wszy­scy radzieccy biu­ro­kraci i pra­cow­nicy umy­słowi.

Przed­sta­wił mi się, ale póź­niej zapo­mnia­łem, jakie podał imię i skąd przy­je­chał. Z początku mówił cicho, spo­koj­nie i w spo­sób świad­czący nie­zbi­cie o odby­tej edu­ka­cji. Te kilka zdań, które spró­bo­wał wygło­sić po angiel­sku, było wymó­wione popraw­nie i bez błę­dów gra­ma­tycz­nych. Męż­czy­zna koja­rzył mi się z biblio­te­ka­rzem. Wyja­śnił mi, że posiada kilka stopni nauko­wych i "jest inny" niż reszta ota­cza­ją­cego go "motło­chu". Gdy w końcu zaczęła się z niego wyle­wać opo­wieść, stop­niowo dawał się ponieść emo­cjom; oczy napeł­niły mu się łzami do tego stop­nia, że zapa­ro­wały mu oku­lary. Ale jego nar­ra­cja była tak absur­dalna, że w życiu bym jej nie zapo­mniał: przy­był tu, do Moskwy - wyja­śnił - by spo­tkać się z Gor­ba­czo­wem i poskar­żyć się, że ktoś nie­le­gal­nie wznosi garaż oraz latrynę pod oknami miesz­ka­nia jego syna. "To był spi­sek!" - zawo­łał płacz­li­wie.

Byłem świeżo po wywia­dzie ze sta­ruszką cza­tu­jącą kilka rzę­dów namio­tów dalej; opo­wie­działa mi, że umiera na raka, a pięć­dzie­siąt lat wcze­śniej została aresz­to­wana i zamknięta w gułagu, pod­czas gdy jej dzieci wysłano do pań­stwo­wego zakładu. Nie widziała ich od tego czasu i despe­racko pra­gnęła ujrzeć je przed śmier­cią, lecz wła­dze jej w tym nie poma­gały. W porów­na­niu z jej tra­ge­dią to nabz­dy­czone maru­dze­nie wymu­ska­nego jego­mo­ścia doty­czące jakie­goś tam garażu jawiło mi się jako małost­kowe i głu­pie... i, co gor­sza, przy­po­mi­nało nudną scenkę z tele­wi­zji. Poszu­ku­jąc kogoś innego, z kim mógł­bym prze­pro­wa­dzić wywiad, odsu­ną­łem się od tego ele­gan­cika przy wtó­rze komu­na­łów, naj­uprzej­miej jak tylko byłem w sta­nie; nie słu­cha­łem już ostat­nich frag­men­tów jego uty­ski­wa­nia i wkrótce zupeł­nie o nim zapo­mnia­łem. I w ten spo­sób prze­ga­pi­łem oka­zję na nagra­nie wywiadu z Andrie­jem Roma­no­wi­czem Czi­ka­tiłą - Rzeź­ni­kiem z Rostowa lub Oby­wa­te­lem X - na trzy tygo­dnie przed jego zatrzy­ma­niem. Był to jeden z naj­bar­dziej "pra­co­wi­tych" seryj­nych zabój­ców we współ­cze­snej histo­rii.

Cot­tin­ghama cał­kiem dobrze zapa­mię­ta­łem, ale w przy­padku Czi­ka­tiły z głowy wyle­ciało mi wszystko, nie licząc jego schlud­nego odzie­nia oraz tego, jak banalna kwe­stia skło­niła go do przy­by­cia do Moskwy w celu przed­sta­wie­nia swo­ich skarg. Nie pamię­tam jego oczu poza tym, że zgro­ma­dziły się w nich łzy, oraz że osła­nia­jące je oku­lary zaszły mgiełką; nie zapi­sała mi się w gło­wie żadna cecha jego twa­rzy, jedy­nie to, że był gładko ogo­lony. Pozo­staje w moich wspo­mnie­niach posta­cią o łagod­nym gło­sie, kry­jącą się w pół­cie­niu zapo­mnie­nia - ale w kosz­ma­rach wciąż przy­cho­dzi do mnie jako mon­stru­alny byt w typie kujona chlu­sta­jący na mnie łzami z pustych oczo­do­łów.

W ciągu kilku dni od naszej prze­lot­nej roz­mowy w Moskwie wró­cił do Rostowa w Ukra­inie, by zabić swoją pięć­dzie­siątą pierw­szą znaną ofiarę. Pod­czas prze­jazdu lokal­nym pocią­giem prze­ko­nał szes­na­sto­let­niego, nie­peł­no­spraw­nego inte­lek­tu­al­nie chłopca do wspól­nego wypadu do jego "daczy", suge­ru­jąc, że będą tam cze­kać na nich dziew­częta. Obaj wysie­dli z pociągu i Czi­ka­tiło zapro­wa­dził chło­paka do gęstego lasu, gdzie nagle powa­lił go na zie­mię i zdarł z niego spodnie. Zwią­zał ofiarę liną, którą nosił ze sobą w aktówce (czyżby tej samej, którą widzia­łem w Moskwie?) na wypa­dek takiej wła­śnie oka­zji, po czym obró­cił go na plecy i roze­brał do końca. Mole­sto­wał go, a następ­nie odgryzł chłopcu czu­bek języka i dźgał go nożem w głowę oraz brzuch. Potem odciął geni­ta­lia ofiary i cisnął nimi w pobli­skie krzaki. Po zawle­cze­niu ciała w gęste zaro­śla odzy­skał swoją linę i otarł sta­ran­nie z krwi sie­bie samego oraz swój nóż, uży­wa­jąc do tego ubrań chłopca. Popra­wił swoje ubra­nie (czyżby skła­da­jące się z tej samej koszuli i kra­watu, w któ­rych go widzia­łem?), po czym spo­koj­nie wró­cił na pobli­ską sta­cję kole­jową i zła­pał pociąg do domu.

Dzie­sięć dni póź­niej, na innej sta­cji, Czi­ka­tiło zabił kolej­nego szes­na­sto­latka, oka­le­cza­jąc go w podobny spo­sób - była to jego pięć­dzie­siąta druga ofiara. Po kolej­nym tygo­dniu, za sta­cją, gdzie wysiadł z pociągu z nie­peł­no­spraw­nym inte­lek­tu­al­nie chłop­cem, zabił swoją pięć­dzie­siątą trze­cią i ostat­nią ofiarę, dwu­dzie­sto­dwu­latkę. Odciął jej czu­bek języka oraz oba sutki po tym, jak oka­le­czył jej geni­ta­lia. Po wyj­ściu z zaro­śli był cały uma­zany krwią, więc zaczął się obmy­wać przy sta­cyj­nym kra­nie z wodą. Mili­cjant zaj­mu­jący się tro­pie­niem zabójcy pod­szedł do niego i prze­py­tał go, zapi­su­jąc przy oka­zji jego dane. Funk­cjo­na­riusz pozwo­lił Czi­ka­tile udać się w dal­szą drogę - stwier­dził póź­niej, że nie miał moż­li­wo­ści zwe­ry­fi­ko­wać, czy sub­stan­cja pokry­wa­jąca twarz męż­czy­zny była krwią. Nowe regu­la­cje wpro­wa­dzone przez Gor­ba­czowa mocno kon­tro­lo­wały spo­sób postę­po­wa­nia mili­cji wobec oby­wa­teli; od teraz wszystko miało się odby­wać zgod­nie z regu­la­mi­nem. Tak więc mili­cjant pozwo­lił zabójcy odejść, ale przez następne kilka dni Czi­ka­tiło znaj­do­wał się pod obser­wa­cją. Gdy tuż obok sta­cji, na któ­rej był prze­py­ty­wany przez funk­cjo­na­riu­sza, zna­le­ziono ciało kobiety, Czi­ka­tiłę natych­miast wyty­po­wano jako podej­rza­nego i zatrzy­mano.

W ciągu następ­nego roku oglą­da­łem w rosyj­skiej tele­wi­zji trans­mi­sje z pro­cesu Czi­ka­tiły, widzia­łem też jego foto­gra­fie. Zabi­jał kobiety i dziew­czynki, chłop­ców oraz mło­dzień­ców - nie robiło mu to róż­nicy. Nie­mal zawsze wabił swoje ofiary albo do szopy znaj­du­ją­cej się w obskur­nej czę­ści mia­sta, albo do jakie­goś odizo­lo­wa­nego miej­sca gdzieś na polach lub w lesie. Wyko­rzy­sty­wał swoją wie­dzę i eru­dy­cję, by ofiary mu zaufały. Czę­sto wybie­rał osoby ubo­gie, nie­peł­no­sprawne inte­lek­tu­al­nie, zagu­bione i młode, ofe­ru­jąc im jedze­nie, seks, schro­nie­nie lub po pro­stu obie­cu­jąc poka­zać im drogę. Skła­niał w ten spo­sób ofiary, by poszły za nim, wprost ku swej śmierci. Gdy już zna­lazł się z nimi na ubo­czu, bru­tal­nie ata­ko­wał, korzy­sta­jąc ze swo­jego "zabój­czego przy­bor­nika" - licz­nych noży i innych ostrych narzę­dzi, które nosił ze sobą w aktówce.

Przed roz­po­czę­ciem pro­cesu Czi­ka­tiło został już ostrzy­żony na łyso, spra­wiał też wra­że­nie osoby zabu­rzo­nej, wył ku zgro­ma­dzo­nym na sali sądo­wej widzom z wnę­trza spe­cjal­nie zbu­do­wa­nej dla niego klatki. Ale nawet gdy oglą­da­łem jego wcze­śniej­sze foto­gra­fie w gaze­cie, ni­gdy nie roz­po­zna­łem w nim męż­czy­zny, któ­rego spo­tka­łem tam­tego dnia w mia­steczku namio­to­wym w Moskwie. Na tam­tym eta­pie wciąż od czasu do czasu opo­wia­da­łem swoją histo­ryjkę o Richar­dzie Cot­tin­gha­mie, nie zda­jąc sobie zupeł­nie sprawy z jej nowej, powsta­łej w mię­dzy­cza­sie puenty. Dopiero wiele lat póź­niej natra­fi­łem na zapis mili­cyj­nego raportu z prze­słu­cha­nia Czi­ka­tiły, w któ­rym zabójca skar­żył się na spi­sek mający na celu wznie­sie­nie garażu i wychodka za miesz­ka­niem jego syna, a także dekla­ro­wał, że wybrał się do Moskwy, by poroz­ma­wiać o spra­wie z Gor­ba­czo­wem. Z prze­ra­że­nia aż ska­mie­nia­łem - czy to naprawdę mógł być ten sam facet? Musiał nim być - prze­cież ta histo­ryjka była zbyt eks­cen­tryczna, a do tego nawet raport mili­cji wspo­mi­nał o tym, jak zmie­niał się stan emo­cjo­nalny Czi­ka­tiły, ile­kroć wspo­mi­nał on o tym nie­szczę­snym garażu. I fak­tycz­nie, bada­jąc doku­menty, natkną­łem się na zapis wzmian­ku­jący o wizy­cie Rzeź­nika z Rostowa w Moskwie w paź­dzier­niku 1990 roku, tuż przed popeł­nie­niem przez niego ostat­nich trzech mor­dówk2.

Na tym eta­pie zda­łem sobie sprawę, że w swoim życiu spo­tka­łem nie jed­nego, ale aż dwóch seryj­nych zabój­ców - pod­ów­czas na­dal nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych i zabi­ja­ją­cych - i przez bar­dzo długi czas nawet sobie z tego nie zda­wa­łem sprawy. Ilu wię­cej mogło ich się czaić na mojej ścieżce? I skąd się oni, do dia­bła, brali?

Sporo namie­szało mi w gło­wie to, jak banalne życie wie­dli dwaj zabójcy - obaj byli rodzin­nymi face­tami posia­da­ją­cymi zatrud­nie­nie zapew­nia­jące przy­zwo­ite dochody: Cot­tin­gham, kom­pu­te­ro­wiec z Nowego Jorku, miał dom na przed­mie­ściach i trójkę dzieci; Czi­ka­tiło, wyedu­ko­wany na uni­wer­sy­te­cie nauczy­ciel aka­de­micki, był ojcem dwójki dzieci, auto­rem poli­tycz­nych ese­jów publi­ko­wa­nych za cza­sów Związku Radziec­kiego oraz póź­niej spe­cja­li­stą od naby­wa­nia mate­ria­łów dla fabryk. Ci dwaj nie byli wcale roz­czo­chra­nymi ani zanie­dba­nymi włó­czę­gami o zamglo­nym spoj­rze­niu czy odlud­kami tar­ga­nymi ner­wo­wymi tikami - czyli ste­reo­ty­po­wymi wzo­rami koja­rzo­nymi przez nas jako "seryj­niacy". To byli zwy­kli goście.

Naj­bar­dziej fascy­no­wała mnie ich nie­wi­dzial­ność - to, jak łatwo było ich zapo­mnieć. Tro­pili swoje ofiary i zasa­dzali się na nie niczym zło­wro­gie i zupeł­nie prze­źro­czy­ste zjawy. Prze­cież wpa­dłem na Cot­tin­ghama - praw­do­po­dob­nie tasz­czą­cego ze sobą dwie ucięte dło­nie zaraz po pod­pa­le­niu hotelu, w któ­rym wła­śnie się mel­do­wa­łem - a zapo­mnia­łem o nim w ciągu kilku sekund. Cot­tin­gham tak łatwo wymy­kał się ludziom z pamięci, że był w sta­nie spo­koj­nie wyna­jąć pokoik w tym samym motelu, w któ­rym osiem­na­ście dni wcze­śniej zosta­wił pod łóż­kiem oka­le­czone zwłoki. I nikt go nie roz­po­znał.

Czi­ka­tiło nato­miast zupeł­nie nie zapi­sał się w moich wspo­mnie­niach - została ze mną tylko ta jego nie­do­rzeczna histo­ryjka oraz kilka frag­men­ta­rycz­nych detali cha­rak­te­ry­zu­ją­cych tego potwora: oku­lary, węzeł kra­wata, gładko ogo­lony poli­czek, aktówka na tra­wie u jego stóp... ale jeśli cho­dzi o niego samego - nic. Owa nie­wi­dzial­ność pozwo­liła mu uśmier­cić pięć­dzie­siąt trzy osoby i bez pro­blemu ujść z miej­sca zbrodni, pomimo krwi na twa­rzy pod­czas roz­mowy oko w oko z mili­cjan­tem. Jaki­miż to odra­ża­ją­cymi, par­szy­wymi kre­atu­rami musieli być ci dwaj?

To spra­wiło, że zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak naro­dzili się Cot­tin­gham i Czi­ka­tiło7 - skąd się wzięli i jakimi ścież­kami musieli cha­dzać, że ja - tak przy­pad­kowo - wpa­dłem na te dwa skłonne mor­do­wać bliź­nich potwory spa­ce­ru­jące sobie po świe­cie.

Pró­bu­jąc dogrze­bać się do owej przed­wiecz­nej sub­stan­cji, z któ­rej wypły­nęli ci dwaj zbrod­nia­rze, doro­bi­łem się tej oto książki, przy oka­zji rów­nież mapu­jąc sub­stan­cję two­rzącą mnie samego - czy było we mnie coś, co wymu­siło prze­cię­cie się ścieżki mojego życia z ich ścież­kami? Odkry­łem, że wiele ofiar seryj­nych zabój­ców ponie­kąd "uła­twiło" sobie zna­le­zie­nie się na dro­dze ku wła­snej śmierci, wybie­ra­jąc okre­ślony styl życia lub zacho­wu­jąc się w kon­kretny spo­sób: podró­żo­wały auto­sto­pem, ucie­kały z domu czy parały się pracą sek­su­alną. Choć sam nie byłem ofiarą, być może także "uła­twi­łem" sobie zna­le­zie­nie się na ścieżce, która powio­dła mnie ku Cot­tin­gha­mowi, wybie­ra­jąc hotel w pobliżu wybiegu dla pro­sty­tu­tek. Zapu­ści­łem się na tereny łowiec­kie seryj­nego zabójcy i zosta­łem dosłow­nie trą­cony przez potwora.

Choć moje spo­tka­nie z Cot­tin­gha­mem było jed­nym z tych doświad­czeń, które bez pro­blemu można okre­ślić mia­nem zbiegu oko­licz­no­ści, to natknię­cie się na dru­giego seryj­nego zabójcę spra­wiło, że zaczą­łem się poważ­niej nad tym wszyst­kim zasta­na­wiać. Za pomocą mate­ma­tyki usi­ło­wa­łem udo­wod­nić sobie, jak niskie jest praw­do­po­do­bień­stwo spo­tka­nia dwóch tego typu zabój­ców. Jed­nego jesz­cze da się zro­zu­mieć, ale dwóch? Ta kwe­stia kazała mi zadać sobie waż­kie pyta­nie: ilu jesz­cze zabój­ców mogłem spo­tkać, nawet o tym nie wie­dząc? Duma­łem nad tym, jakie są szanse, że minę seryj­nego zabójcę i ni­gdy się o tym nie dowiem - na ulicy, w kolejce po bur­gera, pod­czas prze­grze­by­wa­nia księ­gar­nia­nego regału z gatun­kiem true crime albo sia­da­jąc obok kogoś w pociągu lub auto­bu­sie. Aż się wzdry­gną­łem, sły­sząc stwier­dze­nie, że seryjni zabójcy mogą być kimś obcym - ale oni są obcymi jedy­nie dla cie­bie. Bo gdy obiorą cię jako cel, zazna­ja­miają się z tobą bar­dzo dobrze. I nagle prze­sta­jesz być dla nich osobą nie­zna­jomą.

Przy­szło mi na myśl, że miliony ludzi żyją sobie swoim codzien­nym życiem i ni­gdy nie spo­ty­kają przy oka­zji seryj­nego zabójcy - albo przy­naj­mniej nie odkry­wają, że kogoś takiego spo­tkali. I może wła­śnie to czyni mnie posta­cią odmienną od was - odkry­łem owe prze­zro­czy­ste potwory, które minęły mnie na dro­dze życia... moich oso­bi­stych seryj­nych zabój­ców - pod­czas gdy wy naj­praw­do­po­dob­niej nie ziden­ty­fi­ko­wa­li­ście waszych. I modlę się, by tak pozo­stało.

Rozdział pierwszy. Postnowoczesna epoka seryjnego zabójstwa, 1970-2000

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Post­no­wo­cze­sna epoka seryj­nego zabój­stwa, 1970-2000

Mil­cze­nie "tych mniej mar­twych"

Wszyst­kie stwo­rze­nia zabi­jają - zda się, że nie ma od tego odstęp­stwa. Ale z całej tej listy jedy­nie czło­wiek zabija dla zabawy...

- MARK TWAIN

Każde spo­łe­czeń­stwo otrzy­muje taki rodzaj kry­mi­na­li­sty, na jaki zasłu­guje.

- ROBERT F. KEN­NEDYk3

Postnowoczesny seryjny zabójca

Był przy­stoj­nym, atle­tycz­nym i elo­kwent­nym mło­dym czło­wie­kiem. Spra­wiał wra­że­nie osoby tro­skli­wej i kur­tu­azyj­nej, a jego grzeczne zacho­wa­nie zjed­ny­wało mu sym­pa­tię. Był wykształ­cony, tak­towny, wręcz szar­mancki, ukoń­czył psy­cho­lo­gię na uni­wer­sy­te­cie. Miał licz­nych przy­ja­ciół w roz­ma­itym wieku i nawią­zy­wał roman­tyczne więzi z kobie­tami. Wiele dam uwa­żało go za god­nego zaufa­nia kom­pana, kogoś, komu można było się zwie­rzyć. Star­sza pani, z którą nawią­zał ser­deczną rela­cję, nazy­wała go "nie­da­ją­cym się nie kochać łobu­zem". Inna - dawna poli­cjantka (a póź­niej jedna z naj­po­pu­lar­niej­szych auto­rek ksią­żek true crime w Ame­ryce), która przez czy­sty zbieg oko­licz­no­ści znała tego męż­czy­znę - opi­sy­wała go jako kogoś o "sta­ro­świec­kiej rycer­sko­ści". Pra­co­wał jako kon­sul­tant tele­fo­niczny w info­li­nii dla osób z myślami samo­bój­czymi, a także zna­lazł się na liście stu­den­tów szkoły praw­ni­czej w Seat­tle. Rząd sta­nowy zatrud­nił go jako kon­sul­tanta w spra­wach kon­troli prze­stęp­czo­ści. On sam zaś napi­sał pod­ręcz­nik uczący kobiety, jak uni­kać gwałtu. Ochot­ni­czo - i bar­dzo ciężko - pra­co­wał dla Par­tii Repu­bli­kań­skiej, bywał czę­sto zapra­szany na obiady oraz randki, a ludzie starsi od niego uwa­żali go za kogoś, kogo warto byłoby tro­chę uro­bić, by w przy­szło­ści stał się odpo­wied­nim kan­dy­da­tem na fotel guber­na­tora stanu... a może i pre­zy­denta. Był rów­nież nekro­fi­lem, który na prze­strzeni szes­na­stu mie­sięcy porwał, zamor­do­wał, zgwał­cił i oka­le­czył - w tej wła­śnie kolej­no­ści - dwa­dzie­ścia mło­dych stu­den­tek. W pew­nym momen­cie trzy­mał w swoim miesz­ka­niu głowy aż czte­rech z nich. Głowę innej zagrze­bał w pale­ni­sku w domu swo­jej dziew­czynyk4. Nazy­wał się The­odore "Ted" Bundy.

Mawia się z gory­czą, że Bundy stał się naszym pierw­szym "post­no­wo­cze­snym" seryj­nym zabójcą. Poja­wił się na sce­nie aku­rat w samą porę, by zasłu­żyć na to miano - po raz pierw­szy usły­sze­li­śmy o jego wyczy­nach pod koniec lat sie­dem­dzie­sią­tych. W tam­tych cza­sach my, opi­nia publiczna, nie uży­wa­li­śmy jesz­cze ter­minu "seryjny zabójca", a w naszych umy­słach nie ist­niało nawet takie zja­wi­sko, i to pomimo faktu, że zaczy­nało się już ono sze­rzyć, budząc zdu­mie­nie eks­per­tów i poli­cji.

Ow­szem, wie­dzie­li­śmy, że zabi­ja­nych jest coraz wię­cej ludzi. Odczu­wa­li­śmy to od tam­tego piąt­ko­wego popo­łu­dnia w listo­pa­dzie 1963 roku, gdy w Dal­las zamor­do­wano Johna Fit­zge­ralda Ken­nedy'ego. Ci z nas, któ­rzy byli wtedy dziećmi, dobrze pamię­tają, jak zdjęto z anteny wszyst­kie kre­skówki; nie wra­cały aż do następ­nego tygo­dnia. W tam­tych dniach jedyne, co można było zoba­czyć w tele­wi­zji, to ludz­kie masy, wstrzą­śnięte i prze­ra­żone. Trze­ciego dnia w końcu poka­zali, jak przed kame­rami zostaje zastrze­lony czło­wiek. A potem nada­wali to w kółko, cią­gle i cią­gle. Jeśli żółw Bert (naka­zu­jący nam, dzie­ciom, "kucać i się kryć" w razie spa­da­ją­cej bomby) nie zdo­łał dotąd zaszcze­pić w naszej pod­świa­do­mo­ści lęku, to teraz, po zabój­stwie Ken­nedy'ego, świat z całą pew­no­ścią już po wsze czasy stał się dla nas strasz­nym miej­scem. Śmierć JFK była dla nas, Ame­ry­ka­nów, w cza­sach pomię­dzy ata­kiem na Pearl Har­bor a zama­chami z jede­na­stego wrze­śnia, punk­tem defi­niu­ją­cym naszą toż­sa­mość - to były te trzy momenty, gdy złe rze­czy prze­stały się roz­gry­wać "tam, gdzieś", a zaczęły mieć miej­sce "tu, u nas".

Sta­ty­styki może i dowo­dziły cze­goś innego, ale to wła­śnie wtedy zaczę­li­śmy czuć się źle: w listo­pa­dzie 1963 roku. I to dokład­nie w tam­tym cza­sie, bo led­wie dwa dni po zama­chu, Dusi­ciel z Bostonu ogło­sił nasta­nie nowej ery, gwał­cąc i zabi­ja­jąc swoją dwu­na­stą ofiarę, dwu­dzie­sto­trzy­let­nią nauczy­cielkę szkółki nie­dziel­nej. Dwu­nastka to sporo nawet jak na dzi­siej­sze stan­dardy - aka­de­micy zaj­mu­jący się zagad­nie­niem seryj­nych zabójstw okre­ślają każdy przy­pa­dek, gdy ofiar jest wię­cej niż osiem, jako "eks­tre­malny" (Skąd wzięła im się ta ósemka? Dla­czego nie sió­demka lub dzie­wiątka?).

A sprawy miały się tylko pogor­szyć, i to szybko. Czasy, które pod­ów­czas nastały, były nad wyraz bru­talne. Ludzie byli zabi­jani wła­ści­wie wszę­dzie: w domach, w kościele, w pracy, na uli­cach, w pro­wa­dzo­nych za gra­nicą woj­nach, na tara­sach ryżo­wych i na uni­wer­sy­tec­kich kam­pu­sach, na mokra­dłach daw­nego baweł­nia­nego pasa Sta­nów Zjed­no­czo­nych, w cen­trach han­dlo­wych i pod­czas zamie­szek. To wszystko nas kon­fun­do­wało. Napie­rało ze wszyst­kich stron rów­no­cze­śnie, a spo­mię­dzy tych licz­nych okro­pieństw od czasu do czasu wyska­ki­wały epi­zody szcze­gól­nie potworne: w 1966 roku usły­sze­li­śmy, że w Chi­cago uza­leż­niony od alko­holu włó­częga zamor­do­wał osiem stu­den­tek pie­lę­gniar­stwa, wpa­da­jąc w trwa­jący led­wie jedną noc napę­dzany amfe­ta­miną ciąg wią­za­nia, dusze­nia i dźga­nia. Trzy tygo­dnie póź­niej zabu­rzony chło­piec z col­lege'u w Tek­sa­sie wdra­pał się na wieżę zega­rową z wyso­ko­ka­li­bro­wym kara­bi­nem i zaczął strze­lać do ludzi; tra­fił czter­dzie­ści osiem osób, z któ­rych szes­na­ście zmarło. A potem, na prze­strzeni kilku mie­sięcy, zastrze­lono Mar­tina Luthera Kinga i Roberta Ken­nedy'ego; pomię­dzy tym mie­li­śmy jesz­cze jedną falę zamie­szek ulicz­nych. A gdy nasze chło­paki wró­ciły z My Lai z odium mor­der­ców dzieci, a Sha­ron Tate została zarą­bana na śmierć przez obłą­ka­nych hip­pi­sów, myśl, że może być jesz­cze gorzej, nie mie­ściła nam się w gło­wach. Ale dopiero nad­cho­dziły lata sie­dem­dzie­siąte.

Pierw­sza w tam­tej deka­dzie wielka sprawa przy­cią­ga­jąca uwagę opi­nii publicz­nej roze­grała się w maju 1971 roku. Raz jesz­cze - nawet jak na współ­cze­sne stan­dardy - liczba ofiar była ogromna; w kali­for­nij­skim sadzie brzo­skwi­nio­wym poli­cjanci wyko­pali dwa­dzie­ścia sześć ciał wędrow­nych robot­ni­ków rol­nych. O popeł­nie­nie tych zabójstw oskar­żony został Juan Corona, pra­cow­nik sezo­nowy i ojciec czwórki dzieci. Nie potra­fi­li­śmy tego pojąć: jak ktoś może zamor­do­wać tak wiele osób, by nikt tego nie zauwa­żył? To, że ci ludzie ginęli w ciągu wielu lat, zwy­czaj­nie nie miało dla nas sensu. Podob­nie jak spo­sób, w jaki potrak­to­wała tę sprawę prasa: wyglą­dało na to, że Corona był zwy­czaj­nie "sza­lony", a do tego - zda­niem pisma­ków - kimś w rodzaju ukry­tego homo­sek­su­ali­sty dewianta. No a wszyst­kie jego ofiary to sezo­nowi robot­nicy rolni, Mek­sy­ka­nie led­wie warci naszych łez.

Podob­nie było dwa lata póź­niej, gdy poja­wiły się wzmianki o doko­na­nych przez Deana Corlla mor­der­stwach dwu­dzie­stu sied­miu mło­dych męż­czyzn pro­wa­dzą­cych włó­czę­gow­ski tryb życia. Także i one "ulot­niły się" szybko, skoro sprawca był, jak mówiono, "bia­łym homo­śmie­ciem", a do tego już nie żył, podob­nie jak jego nie­sforne ofiary, ucie­ki­nie­rzy z domów. Nie docze­ka­li­śmy się pro­cesu, nie dało się więc z tego zro­bić cie­ka­wej histo­rii i nikogo to nie obe­szło. Wielka fala miała dopiero nadejść. Nie­dawne stu­dium doty­czące seryj­nych zabójstw w Sta­nach Zjed­no­czo­nych doko­ny­wa­nych na prze­strzeni lat 1800-1995 dowio­dło, że 45% zna­nych zbrodni tego typu miało miej­sce u schyłku bada­nego okresu - w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy 1975 a 1995 rokiemk5.

W latach 1976-1977 David Ber­ko­witz sys­te­ma­tycz­nie strze­lał do kobiet w Queen­sie w Nowym Jorku i wysy­łał do prasy i poli­cji kpiar­skie listy w stylu Kuby Roz­pru­wa­cza, pod­pi­su­jąc się jako Syn Sama. Tym razem wszy­scy zauwa­żyli sprawę - teraz ginęły dziew­częta z col­lege'ów wra­ca­jące do domu z zajęć lub ran­dek. Nowy Jork ogar­nęła panika. Gdy Ber­ko­witz został schwy­tany, wszyst­kich nas zasko­czyło, że był dobrze uło­żo­nym, łagod­nym i klu­cho­wa­tym męż­czy­zną. Raz jesz­cze ujrze­li­śmy jed­nak czło­wieka spra­wia­ją­cego wra­że­nie kom­plet­nie obłą­ka­nego, skoro twier­dził, że roz­kazy otrzy­my­wał od czar­nego psa. Tak, tyle nam wystar­czyło.

Cała ta "seryjno-sekwen­cyjna" struk­tura wspo­mnia­nych mor­dów z jakie­goś powodu nam umknęła. Te zbrod­nie uwa­żano za nie­wy­tłu­ma­czalne, trak­to­wano jako nagłe wybu­chy nie­po­czy­tal­nych potwo­rów - była to per­cep­cja ugrun­to­wana już w latach osiem­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku po wyczy­nach Kuby Roz­pru­wa­cza. W cza­sach pomię­dzy Roz­pru­wa­czem a bostoń­skim Dusi­cie­lem poja­wiło się wiele roz­ma­itych spraw noszą­cych podobne zna­miona, ale rzadko kiedy towa­rzy­szyły im próby zro­zu­mie­nia, o co tak wła­ści­wie w tym wszyst­kim cho­dzi. Te zabój­stwa odbie­rano jako odizo­lo­wane akty zwie­rzę­cej depra­wa­cji, cza­sem nazy­wano je "mor­dami z żądzy" - syn­drom nowo­cze­snego, zin­du­stria­li­zo­wa­nego świata, jak sądzi­li­śmy.

Ale to Ted Bundy sta­nie się dla nas "mode­lem wzor­co­wym" nowego, post­no­wo­cze­snego seryj­nego zabójcy. Jego histo­ria naj­pierw powoli zaczęła docie­rać do ludzi w Kolo­rado w 1977 roku, gdy powią­zano go z zabój­stwami sie­dem­na­stu mło­dych kobiet, a prze­mie­niła się w praw­dziwy sztorm po tym, gdy dwu­krot­nie zbiegł i popeł­nił trzy kolejne mor­der­stwa. Wiele jego ofiar było, według powszech­nej opi­nii, sza­no­wa­nymi stu­dent­kami col­lege'ów - no i on sam rów­nież cie­szył się powa­ża­niem. Gdy odby­wa­jący się na Flo­ry­dzie pro­ces Bundy'ego trans­mi­to­wano na żywo, a ludzie zaczęli wresz­cie poj­mo­wać, jak sze­roki zakres miało jego sekretne życie, kon­cep­cja szcze­gól­nego typu wie­lo­krot­nego zabójcy, który popeł­nia zbrod­nie w serii, w końcu zaczęła kry­sta­li­zo­wać się w kul­tu­rze. Kla­syczna dziś opo­wieść o Bun­dym autor­stwa Ann Rule, The Stran­ger Beside Me8, była pozy­cją pio­nier­ską dla odro­dze­nia lite­ra­tury true crime. Uka­zała sze­ro­kiej publicz­no­ści kon­cep­cję "seryj­nego mor­der­stwa", choć ter­min ten ani razu nie poja­wił się w tym wyda­niu z 1980 roku.

Kubę Roz­pru­wa­cza zawsze wyobra­żano sobie jako ary­sto­kratę w cylin­drze - chlubę naszego spo­łe­czeń­stwa, która prze­obra­ziła się w jego zakałę. Seryjni zabójcy, któ­rzy poja­wili się po nim, uka­zy­wani byli jako zde­pra­wo­wane bestie, wybryki natury, wyrzutki i włó­czę­dzy, któ­rych depra­wa­cję win­ni­śmy od razu roz­po­znać już po wyglą­dzie, wyraź­nie świad­czą­cym o prze­stęp­czych inten­cjach. Ale nie Bundy - on przy­po­mi­nał tak wielu z nas: cie­szący oko stu­dent szkoły wyż­szej posia­da­jący typowe dla swo­jego poko­le­nia ambi­cje i jeż­dżący uro­czym gar­bu­sem. Stał się odświe­żoną, ega­li­tarną wer­sją Kuby Roz­pru­wa­cza: zabójcą o dosko­na­łych zdol­no­ściach spo­łecz­nych, które przy­pi­sy­wało się wszyst­kim pocho­dzą­cym z klasy śred­niej mło­dym, dążą­cym do pod­nie­sie­nia swo­jego sta­tusu zawo­dow­com, któ­rzy wie­dli prym w Ame­ryce. Innymi słowy, w prze­ci­wień­stwie do seryj­nych zabój­ców z prze­szło­ści, Bundy nie był jed­nym z "nich". Nie, on był jed­nym z "nas".

Po Bun­dym nagle uzy­ska­li­śmy nową per­spek­tywę na zbrod­nie Corony, Corlla czy Syna Sama; gdy cof­nięto się w cza­sie, by je prze­ana­li­zo­wać, odkryto, że miało miej­sce wię­cej seryj­nych mor­dów, niż dotąd zda­wa­li­śmy sobie sprawę. W oko­licy, gdzie Bundy zaczął po raz pierw­szy zbie­rać swoje krwawe żniwo, fety­szy­sta butów Jerry Bru­dos zabił w latach 1968-1969 cztery kobiety, a potem odciął im stopy; w Michi­gan John Nor­man Col­lins uśmier­cił mię­dzy 1967 a 1969 rokiem sie­dem mło­dych kobiet. Co wię­cej, poja­wili się liczni inni zbrod­nia­rze, któ­rzy przy­znali się do podob­nych zabójstw, a do tego było wielu, któ­rzy ni­gdy nie zostali nawet pod­dani pro­ce­sowi z powodu uzna­nia za osoby nie­po­czy­talne - o nich nie usły­sze­li­śmy nie­mal nic. W Santa Cruz w Kali­for­nii John Fra­zier zabił w 1970 roku pięć osób, pod­czas gdy Edmund Kem­per z tego samego mia­sta zabił osiem kobiet mię­dzy 1972 a 1973 rokiem; mniej wię­cej w tym samym cza­sie, rów­nież tam, Her­bert Mul­lin pozba­wił życia trzy­na­ście osób. A więc już to jedno rela­tyw­nie nie­wiel­kie kali­for­nij­skie mia­sto mogło poszczy­cić się sporą liczbą osób, które przed­wcze­śnie ode­szły z tego świata z winy seryj­nych zabój­ców.

Do końca lat sie­dem­dzie­sią­tych Ken­neth Bian­chi i Angelo Buono zdą­żyli porzu­cić ciała swo­ich dzie­się­ciu ofiar na wzgó­rzach wzno­szą­cych się nad Hol­ly­wood, Wayne Wil­liams wrzu­cił już do rzeki w Atlan­cie ostat­nią piątkę z dwu­dzie­stu dwóch zabi­tych przez sie­bie osób, pod­czas gdy Richard Cot­tin­gham pouci­nał swoim ofia­rom głowy oraz dło­nie, a potem pod­pa­lił ich kor­pusy w zapchlo­nych hote­lach Nowego Jorku. Na tym eta­pie wszy­scy już wie­dzieli, z czym mamy do czy­nie­nia. Wtedy już Fede­ralne Biuro Śled­cze (Fede­ral Bureau of Inve­sti­ga­tion, FBI) zaka­sało rękawy, pró­bu­jąc roz­gryźć sprawy i poznać moty­wa­cję spraw­ców - jego agenci zapy­tali zabój­ców, co oni sami sądzą o doko­na­nych przez sie­bie czy­nach. Z tych wywia­dów naro­dził się nowy sys­tem pro­fi­lo­wa­nia kry­mi­nal­nego. W mię­dzy­cza­sie jed­nak nad­cho­dziły coraz to nowe raporty, a ich czę­sto­tli­wość rosła.

W Chi­cago pewien męż­czy­zna w śred­nim wieku żył sobie jako odno­szący suk­cesy najemny spec od budow­lanki oraz ceniony czło­nek lokal­nej spo­łecz­no­ści. Pro­wa­dził coroczną paradę trze­cio­ma­jową ame­ry­kań­skiej Polo­nii, a w wol­nych chwi­lach dobro­wol­nie spę­dzał czas z dziećmi w lokal­nych szpi­ta­lach, zapew­nia­jąc im uśmiech i roz­rywkę jako Klaun Pogo. Był prze­wod­ni­czą­cym lokal­nego oddziału Par­tii Demo­kra­tycz­nej, a gdy żona ówcze­snego pre­zy­denta, Rosa­lynn Car­ter, przy­była do Chi­cago z wizytą, nale­żał do grupy jej opie­ku­nów. W jego domu poli­cja odna­la­zła szczątki dwu­dzie­stu ośmiu chłop­ców i mło­dych męż­czyzn, zwią­zane i upchnięte w prze­strzeni pod pod­łogą piw­nicy. Johna Wayne'a Gacy'ego ska­zano za zabi­cie trzy­dzie­stu trzech ofiar, i to pomimo tego, że stwier­dził w pew­nym momen­cie, iż "klau­nom mord ujdzie na sucho".

W wiej­skim obsza­rze Mis­so­uri męż­czy­zna pra­cu­jący dla przy­ja­znego sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­let­niego far­mera i jego prze­mi­łej sześć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­niej siwo­wło­sej żony odkrył czaszkę, orząc płu­giem pole nale­żące do mał­żon­ków. Zgło­sił więc to odkry­cie poli­cji, a póź­niej­sze prze­szu­ka­nie pose­sji ujaw­niło obec­ność ciał pię­ciu męż­czyzn, wszyst­kich zastrze­lo­nych z kara­binu kali­bru .22. W domu tym­cza­sem odna­le­ziono sko­ro­szyt zawie­ra­jący listę doraź­nych pra­cow­ni­ków zatrud­nio­nych nie­gdyś na far­mie; nie­które nazwi­ska opa­trzono zło­wiesz­czą literką X. Na pię­trze, w mał­żeń­skiej sypialni, poli­cja odkryła kocyk wyko­nany ze skraw­ków tka­nin; zro­biła go żona, wyko­rzy­stu­jąc frag­menty ubrań zako­pa­nych na polu ofiar. Mał­żeń­stwo, Ray oraz Faye Cope­lan­do­wie, doro­biło się rangi naj­star­szych ska­zań­ców w celi śmierci w histo­rii Ame­ryki9.

Salowy ze szpi­tala w Cin­cin­nati, Donald Harvey, przy­znał się do zabi­cia trzy­dzie­ściorga czworga pacjen­tów w pode­szłym wieku; nie­któ­rych z nich udu­sił poduszką lub pla­sti­ko­wym wor­kiem, innych - odci­na­jąc im dopływ tlenu z respi­ra­tora. Kolejne osoby zabił za pomocą arsze­niku, trutki na szczury, cyjanku, środka czysz­czą­cego sprzęt sto­mijny lub płynu do usu­wa­nia nakle­jek. Wyja­śnił: "Uwa­ża­łem, że to, co robię, było słuszne. Skra­ca­łem ludziom ich cier­pie­nia... wyświad­cza­łem im przy­sługę". Po ska­za­niu w Ohio Harvey został pod­dany eks­tra­dy­cji do Ken­tucky, gdzie przy­znał się do popeł­nie­nia kolej­nych dzie­wię­ciu zabójstw. Następ­nie wró­cił do Ohio, by sta­nąć przed sądem za zamor­do­wa­nie sąsiada. Osta­tecz­nie przy­znał się do pięć­dzie­się­ciu ośmiu mor­derstw. Do czasu zawar­cia przez Gary'ego Rid­gwaya umowy z sądem w listo­pa­dzie 2003 roku pod­czas pro­cesu doty­czą­cego czter­dzie­stu ośmiu zabójstw pra­cow­nic sek­su­al­nych w oko­licy Green River w sta­nie Waszyng­ton Harvey był rekor­dzi­stą, jeśli cho­dzi o liczbę ofiar, za które ame­ry­kań­ski seryjny zabójca otrzy­mał wyrok - było ich trzy­dzie­ści sie­dem10.

KIM SĄ SERYJNI ZABÓJCY?

Gdy patrzy się na sprawę z punktu widze­nia sta­ty­styki, roz­po­znani seryjni zabójcy oka­zują się bia­łymi męż­czy­znami11 o ponad­prze­cięt­nej inte­li­gen­cji, któ­rzy roz­po­czy­nają zabi­ja­nie po dwu­dzie­stce lub trzy­dzie­stce, choć nie­któ­rym zda­rzało się ode­brać komuś życie już w wieku dzie­się­ciu lat. Car­roll Edward Cole ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych miał osiem lat12, gdy celowo uto­pił chłopca; w doro­słym życiu popeł­nił co naj­mniej pięt­na­ście kolej­nych mor­derstw - ale wtedy zabi­jał już doro­słe kobiety. W Anglii Mary Bell zabiła i oka­le­czyła dwóch chłop­ców, mając led­wie jede­na­ście lat, co czyni ją naj­praw­do­po­dob­niej naj­młod­szą znaną w histo­rii seryjną mor­der­czy­nią, jeśli za defi­ni­cję przy­jąć wię­cej niż jeden mord przy osob­nych oka­zjach. Jürgen Bartsch miał pięt­na­ście lat, gdy pozba­wił życia pierw­szego z pię­ciu chłop­ców zabi­tych mię­dzy 1962 a 1966 rokiem; w tym samym wieku był rów­nież Edmund Kem­per, gdy w 1963 roku zastrze­lił swo­ich dziad­ków. Będąc już doro­słym, Kem­per zabił sześć mło­dych kobiet, wła­sną matkę oraz jej naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Nie­któ­rzy seryjni zabójcy mogą uśmier­cać w wieku nawet sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu lat (jak wspo­mniany wcze­śniej far­mer Ray Cope­land ska­zany wraz z żoną na śmierć w Mis­so­uri za pięć zabójstw).

Cza­sami seryjni zabójcy dzia­łali w parach; nie­kiedy były to pary "mąż i żona" lub "chło­pak i dziew­czyna". Ist­nieje rów­nież kilka przy­pad­ków grup powy­żej dwóch osób doko­nu­ją­cych seryj­nych mor­derstw.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych seryjni zabójcy to naj­czę­ściej dzia­ła­jący w poje­dynkę biali męż­czyźni, choć zda­rzali się także Afro­ame­ry­ka­nie, Laty­nosi, rdzenni Ame­ry­ka­nie, a nawet Inu­ici. Przy­padki wystę­po­wa­nia seryj­nych zabójstw, któ­rych spraw­cami są Afro­ame­ry­ka­nie, wzro­sły dra­ma­tycz­nie - od 10%, jeśli cho­dzi o sumę wszyst­kich zabójstw sprzed 1975 roku, do 21% obec­niek6. Czę­sto, choć nie zawsze, do seryj­nych zabójstw docho­dzi mię­dzy przed­sta­wi­cie­lami tej samej rasy - biali zabójcy uśmier­cają białe ofiary, czar­no­skó­rzy - czarne.

W bada­niach z początku pierw­szej dekady dwu­dzie­stego pierw­szego wieku ziden­ty­fi­ko­wano trzy­stu dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu seryj­nych zabój­ców ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych dzia­ła­ją­cych mię­dzy 1800 a 1995 rokiem i odpo­wie­dzial­nych za liczbę ofiar waha­jącą się mię­dzy dwoma tysią­cami pię­ciu­set dwu­dzie­stoma sze­ścioma a trzema tysią­cami ośmiu­set sześć­dzie­się­ciomak7. Sześć­dzie­siąt dwie kobiety repre­zen­to­wały 16% seryj­nych zabój­ców z tam­tego prze­działu cza­so­wego; zamor­do­wały one mniej wię­cej od czte­ry­stu do sze­ściu­set osób. 75% zna­nych seryj­nych zabój­czyń poja­wiło się po 1950 roku. Jedna trze­cia wszyst­kich zabój­czyń popeł­niała zbrod­nie z pomocą dru­giej osoby; czę­sto był nią męż­czy­znak8.

Choć ofiary seryj­nych zabójstw czę­sto zostają okra­dzione, zwy­kle moty­wem powo­du­ją­cym spraw­cami jest sek­su­alna kon­trola i domi­na­cja. Wiele ofiar jest gwał­co­nych przed ode­bra­niem im życia lub po zabi­ciu, a wią­za­nie, tor­tury, roz­człon­ko­wy­wa­nie oraz kani­ba­lizm nie są wcale rzad­kimi ele­men­tami seryj­nego zabój­stwa. Inne motywy takiej zbrodni to zysk finan­sowy, roz­ma­itego rodzaju impe­ra­tyw (w tym rytu­alny, poli­tyczny, spo­łeczny lub moralny w wypadku zabój­ców w typie misjo­na­rza), potrzeba uwagi (naj­czę­ściej w wypadku dzie­cio­bój­stwa) lub uzy­ska­nia współ­czu­cia (czę­sta w wypadku zabójstw medycz­nych).

WPROWADZENIE DO KWESTII NATURY SERYJNYCH ZABÓJCÓW I ICH OFIAR

W wielu przy­pad­kach sprawca i ofiara nie znali się lub led­wie się poznali. Więk­szość ofiar nie została pozba­wiona życia pod­czas rabunku, kłótni lub sporu ze swoim zabójcą - nie miała żad­nych oso­bi­stych ani biz­ne­so­wych rela­cji z tym, kto pozba­wił je życia. Ofiary były obcymi, któ­rzy zostali uśmier­ceni dla­tego, że ktoś chciał je uśmier­cić. Per­wer­syjna przy­jem­ność pły­nąca z tego aktu sta­no­wiła główny motyw, który dopro­wa­dził do ich przed­wcze­snej śmierci. Bada­nie doty­czące trzy­stu dwu­dzie­stu sze­ściu seryj­nych mor­der­ców pocho­dzą­cych ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych i pro­wa­dzą­cych swoją "dzia­łal­ność" mię­dzy 1800 a 1995 rokiem dowio­dło, że 87% miało na liście swo­ich ofiar przy­naj­mniej jed­nego nie­zna­jo­mego, a 70% brało na cel jedy­nie nie­zna­jo­mychk9. W każ­dym z tych przy­pad­ków sprawca ostroż­nie zacie­rał ślady po doko­na­niu zbrodni, utrzy­mu­jąc kon­kretną, spra­wia­jącą wra­że­nie nor­mal­no­ści fasadę: był far­me­rem, leka­rzem, biz­nes­me­nem, nie­szko­dli­wym włó­częgą, nauczy­cie­lem, stu­den­tem szkoły praw­ni­czej, zastępcą sze­ryfa, mene­dże­rem biura... Po pierw­szym zabój­stwie sprawca odpo­czy­wał przez kilka dni, tygo­dni lub mie­sięcy, po czym wyszu­ki­wał nową ofiarę i ude­rzał ponow­nie... i ponow­nie, i ponow­nie.

Seryjni zabójcy, choć czę­sto opi­sy­wani jako "potwory", rzadko spra­wiali wra­że­nie kre­atur, któ­rym z kłów ciek­nie posoka, czy też roz­sza­la­łych psy­cho­pa­tów, któ­rzy mam­ro­czą pod nosem for­mułki rodem z popkul­tu­ro­wych sata­ni­stycz­nych rytu­ałów. Choć kilku fak­tycz­nie wpi­sy­wało się w ten obraz, więk­szość na pierw­szy rzut oka spra­wiała wra­że­nie zdro­wych, zwy­czaj­nych, a nawet atrak­cyj­nych ludzi. I w tym wła­śnie tkwi sedno pro­blemu - gdy ofiara styka się z seryj­nym zabójcą, rzadko kiedy ma szansę na dru­gie spoj­rze­nie, które ukaże jej prawdę. Niektó­rzy z tych mor­der­ców naj­zwy­czaj­niej w świe­cie w żaden spo­sób nie moty­wują ludzi do tego, by ich zapa­mię­ty­wali czy choćby zauwa­żali - przez to stają się nie­wi­dzialni do czasu, gdy ktoś przy­ła­pie ich pod­czas aktu uśmier­ca­nia bliź­nich.

Poli­cjanci powie­dzie­liby wam, że więk­szość zabój­ców w trak­cie odbie­ra­nia innym życia nie wie­działa nawet, że zaraz zabije. Zada­wali śmierć roz­go­rącz­ko­wani kłót­nią, ogar­nięci zazdro­snym sza­łem lub robili to nie­chcący, pod­czas popeł­nia­nia innych prze­stępstw. Gli­nia­rze doda­dzą też, że gdy­by­ście mieli zostać zamor­do­wani, sta­ty­styki poka­zują, że sprawcą będzie ktoś, kogo już zna­cie. I to cał­kiem dobrze. Mąż lub żona, rodzic lub dziecko, przy­ja­ciel lub kocha­nek, krewny lub ktoś, z kim pra­cu­je­cie - oto kto jest waszym dużo bar­dziej praw­do­po­dob­nym poten­cjal­nym zabójcą. Uśmier­ca­nie jest zda­rze­niem o cha­rak­te­rze dość intym­nym, na ogół roz­gry­wa­ją­cym się mię­dzy oso­bami, które na co dzień są wobec sie­bie ser­deczne. Czę­sto też poczu­cie winy lub prze­ra­że­nia opa­no­wuje tych, któ­rzy przed chwilą doko­nali zabój­stwa. Tacy ludzie po cichu pod­dają się poli­cji i szybko wyznają prawdę; więk­szość nie zabije już ponow­nie, nie­za­leż­nie od tego, czy trafi za kratki, czy też nie. Choć nawet dziś więk­szość mor­derstw ma miej­sce mię­dzy ludźmi, któ­rzy znają się wza­jem­nie, pro­por­cje te zaczy­nają się zmie­niać - praw­do­po­do­bień­stwo, że zosta­niemy zamor­do­wani przez obcego, wzro­sło w stop­niu wręcz dra­ma­tycz­nym w ciągu kilku ostat­nich dekad dwu­dzie­stego wieku.

Seryjni zabójcy celowo i bez­li­to­śnie polują na swoje ofiary, a przy­świeca im jedna inten­cja: chcą z zimną krwią kogoś zamor­do­wać. Moty­wa­cja kie­ru­jąca seryj­nym zabójcą nie wynika z jego rela­cji z kon­kretną ofiarą - zazwy­czaj nie ma mię­dzy nimi związku. Sprawca na ogół poluje na nie­zna­jo­mych z powodu zło­żo­nych, zna­nych jedy­nie jemu przy­czyn. Dodat­kowo pre­fe­ro­wa­nie obcych wynika z faktu, że trud­niej jest go powią­zać z ofiarą. To fak­tycz­nie czyni go trud­niejszym do schwy­ta­nia, a ponadto ano­ni­mowy cel jest łatwiej­szy do drę­cze­nia i zabi­cia. Były czasy, gdy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych zwy­kło się nazy­wać seryjne zabój­stwa mia­nem zabójstw "nie­zna­jomy nie­zna­jo­mego", ale z racji licz­nych wyjąt­ków od tej reguły (sprawcy, gdy zacho­dziła taka potrzeba, zwra­cali się prze­ciwko swoim bli­skim), wpro­wa­dzono nowe ter­miny: "zabój­stwa bez­mo­ty­wowe", "uśmier­ce­nia rekre­acyjne", "mor­der­stwa dla dresz­czyku emo­cji" czy wresz­cie - "seryjne mordy".

Seryjni zabójcy robią wszystko, co w ich mocy, by nie zostać schwy­tani przez poli­cję; pra­gną być wolni, by móc dalej zabi­jać. Choć można się spie­rać - prze­cież pro­fe­sjo­nalni zabójcy, na przy­kład cyn­gle mafii, także uni­kają aresz­to­wa­nia przez poli­cję i pozba­wiają życia wiele ofiar, a ich spe­cy­ficzną moty­wa­cją pozo­stają pie­nią­dze, cele zostają jed­nak wybrane za nich przez zle­ce­nio­daw­ców, nie robi tego sprawca we wła­snej oso­bie. Tym­cza­sem ludzie, któ­rych doty­czy niniej­sze opra­co­wa­nie, zabi­jają dla­tego, że czer­pią z tego oso­bi­stą przy­jem­ność, a poza tym sta­ran­nie selek­cjo­nują swoje ofiary na bazie wła­snych pobu­dek. Ich mordy czę­sto mają pod­łoże sek­su­alne, rzadko przy­no­sząc im przy tym zysk natury finan­so­wej.

Na pew­nym eta­pie seryj­nych zabój­ców nazy­wano też "maso­wymi mor­der­cami", ale dziś ten ter­min pozo­staje zare­zer­wo­wany dla osob­ni­ków, któ­rzy rap­tow­nie wpa­dają w mor­der­czy szał i zabi­jają dużą liczbę ludzi pod­czas poje­dyn­czego epi­zodu, który ma zwy­kle cha­rak­ter samo­bój­czy. Masowi mor­dercy to osoby zupeł­nie nie­da­jące się opa­no­wać i kom­plet­nie nie­po­czy­talne; szybko zostają pochwy­cone lub zastrze­lone przez poli­cję; cza­sem popeł­niają też samo­bój­stwo w momen­cie, gdy zaczyna im się koń­czyć amu­ni­cja. Seryjni zabójcy nato­miast powra­cają mię­dzy zbrod­ni­czymi aktami do swo­jej codzien­no­ści. Mają nad sobą kon­trolę, są świa­domi wła­snych czy­nów, a do tego sta­ran­nie uni­kają aresztu. Wielu skru­pu­lat­nie zaczy­tuje się w porad­ni­kach doty­czą­cych poli­cyj­nych metod śled­czych i zazna­ja­mia się z poli­cyj­nymi pro­ce­du­rami. To, a także fakt, że tacy mor­dercy tak czę­sto obie­rają sobie za ofiary nie­zna­jo­mych, spra­wia, że stają się wyjąt­kowo trudni do ziden­ty­fi­ko­wa­nia i schwy­ta­nia. Mało tego, mniej wię­cej co trzeci seryjny zabójca wyka­zuje się wysoką mobil­no­ścią i jest w sta­nie prze­być w ciągu roku tysiące kilo­me­trów, prze­kra­cza­jąc gra­nice kolej­nych poli­cyj­nych jurys­dyk­cji w trak­cie zabi­ja­nia ofiar, co jesz­cze bar­dziej utrud­nia śledz­two.

Eks­perci spie­rają się o to, jak wiele ofiar defi­niuje seryj­nego zabójcę. Nie­któ­rzy, na przy­kład FBI, obstają przy licz­bie mini­mum trzech. Więk­szość zga­dza się, że seryjne zabój­stwo ma miej­sce wtedy, gdy poszcze­gólne osoby zabi­jane są przy osob­nych oka­zjach, mię­dzy któ­rymi nastę­puje okres "wyci­sze­nia". Inni - i ja należę do tej szkoły - uwa­żają, że już dwa takie zabój­stwa wystar­czą, by móc stwier­dzić, iż ma się do czy­nie­nia z seryj­nym zabójcą (w moim skrom­nym odczu­ciu już jedno mor­der­stwo jest dosta­tecz­nie prze­ra­ża­jące; każda kolejna ofiara czyni sprawę w tra­giczny spo­sób nie­moż­liwą do obję­cia rozu­mem).

Jak i dla­czego seryjni mor­dercy przy­stę­pują do kolej­nych i kolej­nych zabójstw? Popeł­nia­nie seryj­nych mor­derstw staje się uza­leż­nie­niem - tak twier­dzą nie­któ­rzy eks­perci. Mówiąc pro­sto, gdy dany osob­nik zacznie zabi­jać (a cza­sem zda­rza się, że pierw­szego takiego aktu doko­nuje przy­pad­kiem), nagle staje się uza­leż­niony od odbie­ra­nia innym życia. Wytwa­rza się inten­sywny cykl; jego ini­cja­cją są mor­der­cze fan­ta­zje o pod­tek­ście sek­su­al­nym, które stają się zarze­wiem dla despe­rac­kiego poszu­ki­wa­nia ofiar. Te pro­wa­dzą do bru­tal­nego zabój­stwa, po któ­rym nastę­puje okres wyci­sze­nia i powrót do sza­rej codzien­no­ści. Okres ten - prze­peł­niony w spo­sób nie­unik­niony nie­zno­śnym stre­sem, roz­cza­ro­wa­niami i poczu­ciem krzywdy - w kon­se­kwen­cji pro­wa­dzi do odro­dze­nia się potrzeby fan­ta­zjo­wa­nia na temat zabi­ja­nia. Gdy już mor­der­czy cykl zosta­nie uru­cho­miony, rzadko się zda­rza, by dało się go prze­rwać. Naj­gor­szym aspek­tem tego feno­menu jest to, że owe cią­goty czę­sto­kroć są jedy­nym źró­dłem kom­fortu i pocie­sze­nia dla rodzą­cego się seryj­nego zabójcy. A gdy już prze­kro­czy on gra­nicę bez powrotu i zre­ali­zuje swoją fan­ta­zję, odkrywa, że praw­dziwy akt ode­bra­nia komuś życia nie jest rów­nie satys­fak­cjo­nu­jący, jak sobie to roił w wyobraźni, co wpę­dza go w jesz­cze głęb­szą depre­sję i dopro­wa­dza do więk­szej roz­pa­czy, kon­se­kwen­cją któ­rej są inten­syw­niej­sze jesz­cze pra­gnie­nia, które popy­chają go ku kolej­nym zabój­stwom w darem­nej pró­bie zre­ali­zo­wa­nia tego, co w gło­wie jawiło mu się jako ogrom­nie satys­fak­cjo­nu­jące. Uwię­zieni w tym uza­leż­nia­ją­cym cyklu sprawcy z cza­sem wpa­dają w coraz więk­szy szał, a czę­sto­tli­wość mor­derstw oraz towa­rzy­szące im okru­cień­stwo przy­bie­rają na sile w stop­niu wręcz wykład­ni­czym, co osta­tecz­nie pro­wa­dzi do schwy­ta­nia tychże spraw­ców. Cza­sem ma też miej­sce "wypa­le­nie" - na tym eta­pie sprawcy docie­rają do punktu, w któ­rym zabi­ja­nie w ogóle nie dostar­cza im satys­fak­cji, prze­ry­wają więc z wła­snego wyboru, nawet jeśli nic innego nie zakłóca im "kariery" (stąd wynika ist­nie­nie wielu tych nie­roz­wią­za­nych spraw - ciąg zabójstw rap­tow­nie ustał, choć nie udało się ziden­ty­fi­ko­wać sprawcy, bo nie został ujęty w trak­cie cyklu zabi­ja­nia). Nie­któ­rzy popeł­niają samo­bój­stwo, prze­rzu­cają się na innego rodzaju prze­stęp­czą dzia­łal­ność albo też oddają się w ręce poli­cji.

"Typowy seryj­niak": Gary Leon Rid­gway - Zabójca znad Green River

Gdy w listo­pa­dzie 2003 roku pięć­dzie­się­ciocz­te­ro­letni Gary Rid­gway przy­znał się do zarzu­ca­nych mu czy­nów - zabój­stwa czter­dzie­stu ośmiu pra­cow­nic sek­su­al­nych na tere­nie stanu Waszyng­ton w latach osiem­dzie­sią­tych - i w ramach ugody daro­wano mu kary śmierci, media lamen­to­wały, że z histo­rii tego męż­czy­zny nie można się dowie­dzieć niczego nowego o seryj­nych zabój­cachk10. Mimo tego, że w 2004 roku pozo­sta­wał on rekor­dzi­stą Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jeśli cho­dzi o liczbę potwier­dzo­nych ofiar - a także, być może, jeśli cho­dzi o czas, przez jaki był w sta­nie uni­kać odpo­wie­dzial­no­ści13 - Rid­gway spra­wia wra­że­nie kogoś, kto wymknął się tym wszyst­kim roz­go­rącz­ko­wa­nym opi­som w pra­sie, które są tak typowe dla zabójstw o cha­rak­te­rze seryj­nym. Rid­gway był tak zwy­czajny, jego ofiary zaś tak mało sza­no­wane w spo­łe­czeń­stwie, że nawet nie­zwy­kła liczba uśmier­ceń nie skło­niła prasy poza sta­nem Waszyng­ton do napi­sa­nia cze­go­kol­wiek ponad ruty­nowe wzmianki.

W rze­czy samej Rid­gway repre­zen­tuje wszyst­kie cechy typowe dla seryj­nego zabójcy. Uro­dzony w 1949 roku, jest środ­ko­wym z trzech synów, któ­rzy wycho­wali się w robot­ni­czym sąsiedz­twie na połu­dnie od Seat­tle. Jego matka podobno była kobietą bar­dzo domi­nu­jącą; pod obca­sem trzy­mała nie tylko synów, ale i męża. Zda­rzyło jej się, jak wyznała jedna z byłych żon zabójcy, roz­bić talerz obia­dowy na gło­wie mał­żonkak11.

Jako dziecko Rid­gway uczył się powoli, dwu­krot­nie nie prze­szedł do następ­nej klasy. Doko­ny­wał pod­pa­leń, udu­sił kota i zapła­cił dziew­czynce, by pozwo­liła mu się mole­sto­wać, a jako nasto­la­tek bez przy­czyny nie­omal zadźgał na śmierć sze­ścio­let­niego chłopca.

Był trzy­krot­nie żonaty. Pierw­sza żona twier­dzi, że ich mał­żeń­stwo się roz­pa­dło, bo Rid­gway został zdo­mi­no­wany przez swoją matkę. Jed­no­cze­śnie jed­nak opi­suje byłego męża jako osobę nor­ma­tywną, zarówno jeśli cho­dzi o zacho­wa­nia spo­łeczne, jak i sek­su­alne.

W dniu zatrzy­ma­nia Rid­gway miał sta­bilne zatrud­nie­nie; malo­wał cię­ża­rówki za dwa­dzie­ścia jeden dola­rów na godzinę, w tej samej fir­mie, w któ­rej zdo­był pracę trzy­dzie­ści dwa lata wcze­śniej, zaraz po ukoń­cze­niu liceum. Kole­dzy z pracy zapa­mię­tali go jako towa­rzy­skiego i przy­jem­nego w oby­ciu osob­nika, z któ­rym chęt­nie spę­dzali czas po pracy. Nie­które z nad­zo­ro­wa­nych przez niego kobiet wspo­mi­nały, że był cier­pli­wym instruk­to­rem, który ni­gdy nie pod­niósł na nie głosu.

Rid­gway był wła­ści­cie­lem war­tego dwie­ście tysięcy dola­rów domu, miał syna, wypro­wa­dzał psa na spa­cer, zacho­wy­wał się przy­jaź­nie wobec sąsia­dów, cho­dził do kościoła, orga­ni­zo­wał wyprze­daże gara­żowe, sprze­da­wał pro­dukty firmy Amway, miał przy­ja­ciół i gor­li­wie czy­ty­wał Biblię; przez jakiś czas nawra­cał nawet ludzi, cho­dząc od drzwi do drzwi i nama­wia­jąc sąsia­dów, by zbli­żyli się do Boga. A ponadto udu­sił co naj­mniej czter­dzie­ści dzie­więć pra­cow­nic sek­su­al­nych, porzu­cał ich ciała w zale­sio­nych obsza­rach, które sam nazy­wał "kla­strami", a także czę­sto upra­wiał seks z ich roz­kła­da­ją­cymi się zwło­kami.

Jego druga żona zapa­mię­tała go jako samot­nika, który miał obse­sję na punk­cie seksu anal­nego i oral­nego. Ona, a także trze­cia mał­żonka przy­znają, że lubił upra­wiać seks w ple­ne­rze. Dopiero gdy został zatrzy­many, zro­zu­miały, że wybie­rane przez niego loka­li­za­cje były dokład­nie tymi, w któ­rych porzu­cił nie­które ciała, albo też znaj­do­wały się bar­dzo bli­sko tych miejsc.

Więk­szość swo­ich ofiar Rid­gway zabił w prze­ciągu dwóch lat, mię­dzy 1982 a 1984 rokiem. W celu zmy­le­nia poli­cji sta­ran­nie roz­miesz­czał w pobliżu miejsc zbrodni oraz porzu­co­nych ciał papie­ro­sowe pety oraz prze­żute gumy nale­żące do innych osób (sam nie palił i nie miał w zwy­czaju żuć gumy). Dokład­nie przy­ci­nał paznok­cie ofiar, na wypa­dek gdyby zna­la­zły się pod nimi próbki jego tka­nek. Roz­rzu­cił ulotki rekla­mowe przy ciele jed­nej z kobiet, także licząc na to, że wypro­wa­dzi śled­czych w pole; szkie­lety dwóch innych ofiar wywiózł w bagaż­niku poza gra­nice stanu pod­czas wycieczki z synem. Przy­znał się też do umiesz­cze­nia pęta kieł­basy, por­cji pstrąga oraz butelki wina na innych zwło­kach, by stwo­rzyć scenkę "Ostat­niej Wie­cze­rzy" i napro­wa­dzić poli­cjan­tów na błędny trop. W poli­cyj­nej ter­mi­no­lo­gii takie nada­wa­nie fał­szy­wego zna­cze­nia miej­scu zbrodni nazywa się insce­ni­zo­wa­niem.

Rid­gway stał się podej­rza­nym w 1984 roku, gdy mun­du­rowi przy­ła­pali go na naga­by­wa­niu pra­cow­nic sek­su­al­nych; nawet jego kole­dzy z pracy czę­sto żar­to­wali sobie z niego za jego ple­cami, nazy­wa­jąc go Garym znad Green River - ich weso­łość wzbu­dzał fakt, że jego ini­cjały paso­wały do nazwy miej­sca mor­derstw. Gdy tylko Rid­gway zna­lazł się pod lupą poli­cji, nie­mal prze­stał zabi­jać. Zamor­do­wał jesz­cze w 1986 roku, raz w 1988, a potem - dzie­sięć lat póź­niej. Poli­cja podej­rzewa jed­nak, że w tym cza­sie mógł doko­nać kolej­nych dwu­dzie­stu zabójstw na tere­nach pod inną jurys­dyk­cją. Jedy­nie dzięki postę­pom w ana­li­zie DNA dopro­wa­dzono do aresz­to­wa­nia Rid­gwaya w 2001 roku, nie­mal dwie dekady po naj­więk­szej fali jego zbrodni.

Męż­czy­zna wyja­śnił poli­cji, że obrał sobie za cel pra­cow­nice sek­su­alne, ponie­waż nikt by za nimi nie tęsk­nił: "Pro­sty­tutki były naj­ła­twiej­szym celem. Po pro­stu prze­sze­dłem od upra­wia­nia z nimi seksu do zabi­ja­nia ich... Te młod­sze wyróż­niały się, bo zaczy­nały gadać pod­czas umie­ra­nia".

W zezna­niu zło­żo­nym po pod­pi­sa­niu ugody z sądem stwier­dził: "Wybie­ra­łem na ofiary pro­sty­tutki, bo więk­szo­ści pro­sty­tu­tek nie­na­wi­dzę, no i nie chcia­łem im pła­cić za seks. Poza tym wybie­ra­łem je dla­tego, że łatwo jest je zabrać ze sobą bez zwra­ca­nia na sie­bie więk­szej uwagi. Wie­dzia­łem, że nikt nie zgłosi ich zagi­nię­cia tak od razu, a może i w ogóle. Wybie­ra­łem pro­sty­tutki, bo myśla­łem, że będę mógł ich zabić tak wiele, jak tylko tego zapra­gnę, i ni­gdy nie zostanę zła­pany".

Dziś Rid­gway jest nie­mal nie do odróż­nie­nia od innych seryj­nych zabój­ców "spe­cja­li­zu­ją­cych się" w uśmier­ca­niu pra­cow­nic sek­su­al­nych. Podob­nie jak Richard Cot­tin­gham, miał sta­bilną pracę oraz żonę, dom oraz potom­stwo (tak samo było też z pięć­dzie­się­cio­let­nim Rober­tem Yate­sem, który posia­dał piątkę dzieci, żonę, dom i hipo­tekę. Yates, jak Rid­gway, cyto­wał Biblię, mor­du­jąc trzy­na­ście kobiet w rejo­nie Spo­kane). Choć wielu seryj­nych zabój­ców miało nie­udane związki, ich porażki na tym polu na ogół nie były niczym bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym od typo­wego roz­wodu. Cot­tin­gham na przy­kład żył w sepa­ra­cji z żoną, ale aż do dnia zatrzy­ma­nia był w nie­for­mal­nym związku. Jego part­nerka opi­sała go jako osobę "nor­malną", choć kil­ka­krot­nie zabrał ją do Quality Inn - tego samego motelu w New Jer­sey, w któ­rym zamor­do­wał dwie swoje ofiary i został aresz­to­wany pod­czas pastwie­nia się nad ostat­nią. Wil­liam Lester Suff (zabójca trzy­na­stu pra­cow­nic sek­su­al­nych) oraz Arthur Shaw­cross (z jede­na­stoma ofia­rami) w cza­sie popeł­nia­nia swo­ich zbrodni pozo­sta­wali w dłu­go­trwa­łych związ­kach.

Rid­gway repre­zen­tuje sobą wszystko, co wiemy dziś o seryj­nych zabój­cach - wszystko, a zara­zem nic - ponie­waż wciąż umyka nam odpo­wiedź na naj­waż­niej­sze pyta­nie: "dla­czego?".

Epidemia seryjnych zabójstw: statystyki morderstwa

Do jak wielu seryj­nych zabójstw docho­dzi? W trak­cie pisa­nia tej książki nie­mal każ­dego mie­siąca gdzieś na świe­cie poli­cja mel­do­wała o poja­wie­niu się nowej sprawy doty­czą­cej takiego wła­śnie typu mor­derstw; poza Antark­tydą nie upie­kło się żad­nemu kon­ty­nen­towi. Od Ala­ski po Nową Zelan­dię, od Repu­bliki Połu­dnio­wej Afryki aż do Chin czę­sto­tli­wość przy­pad­ków zda­wała się przy­bie­rać na sile - wol­niej w tak zwa­nym Trze­cim Świe­cie, ale alar­mu­jąco szybko w kra­jach zin­du­stria­li­zo­wa­nych. Każdy mógł i może stać się poten­cjalną ofiarą seryj­nego zabójcy: męż­czy­zna, kobieta, dziecko, osoba w pode­szłym wieku, ktoś bogaty, ktoś biedny, żyjący na ubo­czu spo­łe­czeń­stwa czy też w sła­wie - nic nie zabez­pie­cza przed ata­kiem, czego dowio­dło zabój­stwo Gian­niego Ver­sace. I gdyby ktoś zechciał pod­su­nąć oczy­wi­stą myśl - tak, ist­nieje nawet przy­pa­dek seryj­nego zabójcy zabi­tego przez innego seryj­nego zabójcę (w sierp­niu 1970 roku Dean Corrl, sprawca co naj­mniej dwu­dzie­stu sied­miu mor­dów na mło­dych męż­czy­znach, został zabity przez Elmera Wayne'a Hen­leya, jed­nego ze swo­ich part­ne­rów w zbrodni)14.

Jak zostało już wspo­mniane, choć nie wszyst­kie seryjne zabój­stwa doko­ny­wane są na nie­zna­jo­mych, wiele z nich ma wła­śnie taki cha­rak­ter. Sta­ty­styki tego rodzaju prze­stępstw czę­sto zagrze­bane zostają gdzieś pod rosnącą liczbą zabójstw pozba­wio­nych motywu i takich, przy któ­rych nie dowie­dziono rela­cji mię­dzy sprawcą a ofiarą - zja­wi­skami, któ­rych czę­stotliwość wystę­po­wa­nia wzro­sła od lat sie­dem­dzie­sią­tych w dra­ma­tycz­nym, wręcz zapie­ra­ją­cym dech w pier­siach stop­niu. W rapor­tach FBI wid­nieją dane mówiące o tym, że spo­śród wszyst­kich zabójstw doko­na­nych w 1976 roku 8,5% to zbrod­nie bez motywu; w 1981 roku było to już 17,8%, a w 1986 roku - 22,5%k12. Seryjne zabój­stwa były w tym wypadku uzna­wane za pozba­wione motywu, więc doli­czono je do tej kate­go­rii (dziś jed­nak, ze względu na sek­su­alny pod­tekst, czę­sto kla­sy­fi­ko­wane są w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jako powią­zane z innym prze­stęp­stwem).

Do 1995 roku, gdy zsu­mo­wana liczba wszyst­kich zabójstw w Sta­nach Zjed­no­czo­nych osią­gnęła swój szczyt, zna­czącą część ofiar, bo aż 55% z nich, została pozba­wiona życia przez nie­zna­jo­mych oraz nie­zna­nych spraw­ców - łącz­nie aż jede­na­ście tysięcy osiem­set osób!k13 Zanim jed­nak pój­dziemy z tymi danymi dalej, jedna rzecz musi zostać dopre­cy­zo­wana: ter­min "nie­zna­jomi" ozna­cza, że śledz­two dowio­dło defi­ni­tyw­nie, iż ofiara nie znała swo­jego oprawcy. Wli­czyć w to należy nie tylko losowo obrane przez seryj­nych zabój­ców ofiary, ale i na przy­kład kasje­rów zastrze­lo­nych przez obcego im czło­wieka z bro­nią pod­czas napadu rabun­ko­wego. "Nie­znani sprawcy" nato­miast ozna­czają dokład­nie to, co przy­cho­dzi na myśl po usły­sze­niu tego ter­minu: śled­czy nie byli w sta­nie w ogóle usta­lić, czy ofiara znała sprawcę; nie­ko­niecz­nie musiało być tak, że zabójca był dla niej osobą nie­zna­jomą - ozna­cza to jedy­nie, że zwią­zek mię­dzy tymi dwiema posta­ciami dra­matu nie został usta­lony lub nie tra­fił do raportu uzu­peł­nia­ją­cego (na pod­sta­wie któ­rego oparto te sta­ty­styki). W prze­szło­ści, zwłasz­cza w wypadku mediów, poja­wiała się ten­den­cja do trak­to­wa­nia słów "nie­zna­jomy" oraz "nie­znany" jako syno­ni­mów, przez co two­rzono pani­kar­skie zgoła raporty mówiące, że seryjne zabój­stwa w wyko­na­niu nie­zna­jomych zbli­żają się do 50% wszyst­kich przy­pad­ków mor­derstw - nie zwra­cano przy tym w żaden spo­sób uwagi odbior­ców na to, że dwie wspo­mniane powy­żej kate­go­rie róż­nią się od sie­bie. Co wię­cej, FBI z powo­dów poli­tycz­nych nie­spe­cjal­nie przy­kładało wagę do znie­chę­ca­nia dzien­ni­ka­rzy do sto­so­wa­nia tej prak­tyki, o czym prze­czy­tamy póź­niejk14. Nie­mniej jed­nak fak­tem pozo­staje to, że suma ofiar seryj­nych zabój­ców zali­cza się wła­śnie do tych dwóch kate­go­rii - "nie­zna­jomy" oraz "nie­znany" - i zja­wi­sko to pro­por­cjo­nal­nie wzra­sta.

W latach dzie­więć­dzie­sią­tych współ­czyn­nik zabójstw w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (w prze­ci­wień­stwie do zsu­mo­wa­nej liczby mor­derstw) znacz­nie spa­dał - od 9,8 osoby na 100 000 miesz­kań­ców w 1991 roku do rekor­dowo niskiej liczby 4,1 osoby w 2000 rokuk15. Ale od 2001 roku współ­czyn­nik ten znów zaczął peł­znąć w górę i to bez wli­cze­nia ofiar zama­chów ter­ro­ry­stycz­nych z 11 wrze­śnia. Co wię­cej, współ­czyn­nik zabójstw doko­ny­wa­nych przez nie­zna­jo­mych i osoby nie­znane rósł nie­ustan­nie, by w 2001 roku osią­gnąć poziom 57,7%k16. Z tej liczby 13,1% sta­no­wią zabój­stwa doko­nane przez nie­zna­jo­mych, a w wypadku pozo­sta­łych 44,6% związku mię­dzy sprawcą a ofiarą po pro­stu nie udało się usta­lić. Nie ist­nieją dokładne dane pozwa­la­jące okre­ślić, jak wiele z tych zbrodni zostało popeł­nio­nych przez seryj­nych zabój­ców. Nie wróży to dobrze, gdy zesta­wić tę infor­ma­cję z fak­tem, że w 2001 roku jedy­nie 62,4% spraw zwią­za­nych z zabój­stwem zostało rozwią­za­nych - ta sta­ty­styka "psuła się" nie­ustan­nie od 1961 roku, kiedy 94% z ośmiu tysięcy pię­ciu­set dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu spraw doty­czą­cych zabójstw doko­na­nych na tere­nie USA udało się wyja­śnićk17. Na prze­ło­mie wie­ków szanse sprawcy na doko­na­nie "per­fek­cyj­nego mor­der­stwa", które ujdzie mu na sucho, były już nie­mal pół na pół.

Jak wielu nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych seryj­nych zabój­ców wciąż krąży po świe­cie? Tacy mor­dercy prze­stają zabi­jać, ponie­waż prze­no­szą się na inny obszar, zostają aresz­to­wani za inne prze­stęp­stwo, umie­rają lub zostają zabici, popeł­niają samo­bój­stwo albo po pro­stu osią­gają jakiś wiek, doj­rze­wają, stają się znu­dzeni albo czują wypa­le­nie - zgod­nie z wcze­śniej opi­sa­nym pro­ce­sem - jeśli o ich mor­der­cze fan­ta­zje cho­dzi. Wielu nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych seryj­nych zabój­ców zdaje się porzu­cać swoje krwawe dzieło z nie­ja­snego powodu, jak choćby nie­sławny Zodiak, który zabił od sze­ściu do trzy­dzie­stu sied­miu ofiar w San Fran­ci­sco mię­dzy 1968 a 1969 rokiem, dzia­ła­jący w Los Ange­les sprawca15 śmierci dwu­na­stu czar­no­skó­rych kobiet nazy­wany South­side Slay­erem (Skry­to­bójcą z South­side), który doko­ny­wał zbrodni od 1984 roku, oraz zabójca czter­na­stu gejów gra­su­jący w poło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych w San Fran­ci­sco, na któ­rego mówiono Black Doodler16. A zabój­stwa znad Green River nie tylko w tajem­ni­czy spo­sób ustały w 1984 roku, ale i pozo­stały nie­wy­ja­śnioną zagadką aż do roku 2001.

Seryjni zabójcy cza­sem odczu­wają wypa­le­nie i zależ­nie od oso­bo­wo­ści albo dają się zła­pać, albo też popeł­niają samo­bój­stwo lub po pro­stu prze­stają zabi­jać i powoli wra­cają do daw­nego życia sprzed mor­dów. Nie­któ­rzy zostają zatrzy­mani z zupeł­nie innych powo­dów długo po zakoń­cze­niu swo­ich krwa­wych rzą­dów, ale nagle zaczy­nają się przy­zna­wać do uśmier­ca­nia ludzi, jak na przy­kład Albert DeSa­lvo (Boston Stran­gler - Dusi­ciel z Bostonu) czy Danny Rol­ling (Gaine­sville Rip­per - Roz­pru­wacz z Gaine­sville). Oczy­wi­ście nie ist­nieje usta­lona liczba ofiar, po któ­rej seryjny zabójca porzuca swoje "rze­mio­sło": Edmund Kem­per zabił dzie­sięć kobiet, a na koniec uśmier­cił wła­sną matkę; następ­nie spo­koj­nie oddał się w ręce poli­cji. Henry Lee Lucas nato­miast zaczął od zabi­cia matki, po czym zabi­jał przez lata, by na koniec zamor­do­wać jedyną osobę, którą, jak twier­dził, naprawdę kochał: swoją nie­let­nią nie­for­malną żonę17, która, zda­niem Lucasa, była jego trzy­sta sześć­dzie­siątą ofiarą (co jest kon­tro­wer­syjną liczbą)18.

Nic jed­nak poza zatrzy­ma­niem przez wła­dze nie powstrzyma seryj­nego zabójcy, który znaj­duje się wła­śnie w środku swo­jego cyklu. Arthur Shaw­cross naj­pierw zabił dwoje dzieci na pół­nocy stanu Nowy Jork, został szybko aresz­to­wany i spę­dził czter­na­ście lat w wię­zie­niu, by zostać wypusz­czo­nym w 1987 roku. Nie cze­kał długo z powro­tem do zabi­ja­nia i uśmier­cił w prze­ciągu dwu­dzie­stu jeden mie­sięcy jede­na­ście kobiet w Roche­ster w sta­nie Nowy Jork, zanim został zatrzy­many ponow­nie.

W New Jer­sey w 1958 roku Richard Bie­gen­wald został aresz­to­wany po popeł­nie­niu pierw­szego zabój­stwa i spę­dził za krat­kami sie­dem­na­ście lat, by wyjść na wol­ność w 1975 roku. Gdy aresz­to­wano go raz jesz­cze w 1983 roku, zdą­żył zabić co naj­mniej sie­dem kolej­nych ofiar.

W Toronto sie­dem­na­sto­letni Peter Wood­cock zabił dwóch chłop­ców i dziew­czynkę pomię­dzy wrze­śniem 1956 roku a stycz­niem 1957 roku. Został uznany za nie­win­nego ze względu na nie­po­czy­tal­ność i zamknięty w sto­sow­nym zakła­dzie. Leczono go przez trzy­dzie­ści pięć lat, aż wresz­cie zaczęto go przy­sto­so­wy­wać do stop­nio­wego powrotu do spo­łe­czeń­stwa. 13 lipca 1991 roku pięć­dzie­się­cio­dwu­letni Wood­cock otrzy­mał swoją pierw­szą trzy­go­dzinną prze­pustkę; pozwo­lono mu wyjść poza mury pla­cówki, przejść się po pobli­skim mie­ście i kupić pizzę, którą miał przy­nieść do szpi­tala. Zanim Wood­cock zdą­żył opu­ścić jego teren, w poro­śnię­tym zaro­ślami zakątku w przy­szpi­tal­nych ogro­dach pobił, pociął i zadźgał innego osa­dzo­nego, a potem zgwał­cił zwłoki. Korzy­sta­jąc z prze­pustki, wyszedł, prze­mie­rzył trzy kilo­me­try, by na poste­runku poli­cji przy­znać się do nowej zbrodni.

Bycie seryj­nym zabójcą zdaje się nie­ule­czalne: upływ czasu, czy to za kra­tami, czy nie, nie pozba­wia mor­der­ców ape­tytu na uśmier­ca­nie - ten zaspo­kaja jedy­nie fak­tyczne odbie­ra­nie innym życia.

Nie da się pre­cy­zyj­nie okre­ślić przy­bli­żo­nej liczby seryj­nych zabój­ców ani ich ofiar. W 1987 roku Depar­ta­ment Spra­wie­dli­wo­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych osza­co­wał, że tego typu sprawcy zabili tego roku od tysiąca do dwóch i pół tysiąca osóbk18. Inne źró­dła poda­wały liczby się­ga­jące nawet sze­ściu tysięcy osób rocz­niek19. W samym tylko rejo­nie Green River w sta­nie Waszyng­ton Gary Rid­gway zamor­do­wał czter­dzie­ści dzie­więć osób w prze­ciągu dwu­dzie­stu mie­sięcy w latach 1982-1984.

Co godne wzmianki, ze względu na liczne nie­ści­sło­ści i roz­bież­no­ści mię­dzy źró­dłami nie wia­domo dokład­nie, do ilu zabójstw docho­dzi rocz­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Panuje prze­ko­na­nie, że do czasu spadku liczby zabójstw, mają­cego miej­sce na prze­ło­mie wie­ków, każ­dego roku w USA docho­dziło do od dwu­dzie­stu tysięcy do dwu­dzie­stu dwóch tysięcy zabójstw, ale nie­które źró­dła sza­cują, że ze względu na róż­nice w pro­ce­du­rach rapor­to­wa­nia prze­stępstw liczba ta mogła wyno­sić nawet czter­dzie­ści tysięcyk20 (do 2000 roku liczba mor­derstw spa­dła do pięt­na­stu tysięcy pię­ciu­set osiem­dzie­się­ciu sze­ściu, ale w 2001 roku wzro­sła do pięt­na­stu tysięcy dzie­wię­ciu­set osiem­dzie­się­ciu, nie wli­cza­jąc w to ofiar zama­chów z 11 wrze­śnia - był to więc wzrost rzędu 2,5%. Sza­cun­kowe sta­ty­styki spo­rzą­dzone na 2002 rok suge­ro­wały dal­szy wzrost o 0,8%. Ten współ­czyn­nik jest dzi­wacz­nie roz­ło­żony mię­dzy regio­nami Sta­nów Zjed­no­czo­nych: na pół­noc­nym wscho­dzie nastą­pił spa­dek o 4,8%, ale na zacho­dzie liczba ta wzro­sła o 5,2%. Mia­sta o popu­la­cji licz­niej­szej niż milion miesz­kań­ców cie­szą się spad­kiem o 4%, pod­czas gdy miej­sco­wo­ści mające mię­dzy pięć­dzie­się­cioma tysią­cami a stoma tysią­cami miesz­kań­ców doro­biły się w 2002 roku alar­mu­ją­cego wzro­stu liczby zabójstw o 6,7%. Hrab­stwa pod­miej­skie zgło­siły nie­sa­mo­wity wzrost liczby zabójstw, bo aż o 12,4%)k21.

W tych sta­ty­sty­kach nie uwzględ­niono jesz­cze ludzi, któ­rzy znik­nęli w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach. W czę­sto cyto­wa­nym rapor­cie Depar­ta­mentu Zdro­wia z 1984 roku osza­co­wano, że każ­dego roku z domów znika milion osiem­set tysięcy dzieci. Z tej liczby 95% zostaje skla­sy­fi­ko­wa­nych jako "ucie­ki­nie­rzy"; 90% z nich wraca do domu w prze­ciągu dwóch tygo­dni. To zaś ozna­cza, że sto sie­dem­dzie­siąt jeden tysięcy ucie­ki­nie­rów gdzieś po pro­stu prze­pada! Pozo­stałe 5% z tej zagi­nio­nej grupy to ofiary porwań; sie­dem­dzie­siąt dwa tysiące z nich porwali rodzice spie­ra­jący się o prawa do opieki. Pozo­stałe osiem­na­ście tysięcy dzieci i nasto­lat­ków według sta­ty­styki po pro­stu znik­nęło bez wyja­śnie­niak22.

Los zagi­nio­nych doro­słych jest jesz­cze trud­niej­szy do usta­le­nia - o ile w ogóle ktoś zorien­tuje się, że prze­pa­dli. W 1971 roku, gdy Juan Corona zaini­cjo­wał erę seryj­nych zabójstw z dużą liczbą ofiar, żad­nej z jego dwu­dzie­stu sze­ściu pra­cu­ją­cych doryw­czo ofiar nie zgło­szono jako zagi­nio­nych do momentu odkry­cia ich gro­bów. Pięć pozo­staje bez­i­mien­nych aż do dziś. Pewne ofiary, za któ­rych uśmier­ce­nie ska­zano Henry'ego Lee Lucasa, także pozo­stają nie­zi­den­ty­fi­ko­wane. W cza­sie pro­cesu otrzy­my­wały kryp­to­nimy - nazy­wano je od ele­men­tów ubrań, które miały na sobie. Naj­słyn­niej­sza z nich, młoda auto­sto­po­wiczka upro­wa­dzona przez niego w Okla­homa City, została zna­le­ziona mar­twa w prze­pu­ście pod drogą. Miała na sobie jedy­nie skar­pety. Pozo­stała znana poli­cji, sądom i publice jedy­nie jako Poma­rań­czowe Skar­petki19. Pozba­wiona głowy nasto­let­nia ofiara Richarda Cot­tin­ghama odna­le­ziona w hotelu w pobliżu Times Squ­are także nie została ziden­ty­fi­ko­wana. Nie­które ciała wyko­pane spod domu Johna Wayne'a Gacy'ego pozo­stają ano­ni­mowe.

Choć seryjne zabój­stwo nie jest zja­wi­skiem nowym, dra­ma­tyczny wzrost liczby takich mor­derstw od lat sie­dem­dzie­sią­tych sta­nowi pre­ce­dens. Na pod­sta­wie danych z 1995 roku można stwier­dzić, że 80% wszyst­kich zna­nych seryj­nych zabój­ców płci męskiej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych poja­wiło się w latach 1950-1995. Seryjni zabójcy mię­dzy 1975 a 1995 rokiem sta­nowili 45% ogól­nej sumy ame­ry­kań­skich prze­stęp­ców tego typu dowol­nej płci w latach 1800-1995k23. Mię­dzy 1960 a 1990 rokiem liczba potwier­dzo­nych seryj­nych zabójstw wzro­sła o 940%k24. Na początku 1980 roku szybki wzrost liczby tego typu aktów wywo­łał panikę, która ogar­nęła cały naród. Naj­bar­dziej prze­ra­żały sta­ty­styki zaczy­na­jące docie­rać z god­nych zaufa­nia źró­deł, które twier­dziły, że seryjni zabójcy doko­nują porwań dużej liczby dzieci. Kon­gres zain­te­re­so­wał się tą sprawą i zade­kla­ro­wał, że naród stoi przed "epi­de­mią zabój­stwa seryj­nego". Nawet Cen­trum Kon­troli i Zapo­bie­ga­nia Cho­ro­bom (Cen­ter for Dise­ase Con­trol and Pre­ven­tion) z sie­dzibą w Atlan­cie stało się czę­ścią tej kon­tro­wer­sji po tym, gdy oce­niło, że seryjne zabój­stwa są coraz częst­szą przy­czyną śmierci w Ame­ryce.

W latach dzie­więć­dzie­sią­tych w kul­tu­rze zaczęły poja­wiać się roz­ma­ite opo­wie­ści zwią­zane z zagad­nie­niem seryj­nego zabój­stwa. Naj­pierw był to film Mil­cze­nie owiec, który wpro­wa­dził do zbio­ro­wej świa­do­mo­ści postać pro­fi­lera FBI oraz kul­tową postać Han­ni­bala Lec­tera, seryj­nego zabójcy. Kon­tro­wer­sje wyni­ka­jące z publi­ka­cji książki Breta Eastona Ellisa pod tytu­łem Ame­ri­can Psy­cho, mar­ke­ting kolek­cjo­ner­skich kart z seryj­nymi zabój­cami, AOL zamy­ka­jący zało­żoną przez Son­drę Lon­don20 stronę inter­ne­tową o zabój­cach, nagły popyt na dzieła sztuki wytwo­rzone przez mor­der­ców oraz aukcje online, gdzie sprze­da­wane były roz­ma­ite zwią­zane z nimi arte­fakty - wszystko to przy­czy­niło się do wytwo­rze­nia oso­bli­wej sub­kul­tury sku­pio­nej wokół seryj­nych zabój­ców.

Lata dzie­więć­dzie­siąte to też czas, kiedy kolejne seryjne zabój­stwa stały się tema­tem nie­ustan­nie obec­nym w mediach. Wozy sate­li­tarne sta­cji tele­wi­zyj­nych pędziły do Gaine­sville na Flo­ry­dzie, by wła­ści­wie na żywo prze­ka­zy­wać wia­do­mo­ści o budzą­cych prze­ra­że­nie oka­le­cze­niach i zabój­stwach uczen­nic, do któ­rych doszło w sierp­niu 1990 roku. W lipcu 1991 roku dzien­ni­ka­rze w licz­bie sza­co­wa­nej na czte­ry­sta pięć­dzie­siąt osób rela­cjo­no­wali pro­ces Jef­freya Dah­mera, któ­rego oskar­żono o zamor­do­wa­nie i doko­na­nie aktów kani­ba­li­zmu na sie­dem­na­stu ofia­rach w Wiscon­sin i Ohio. Aresz­to­wa­nie w poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych seryj­nego piro­tech­nika-ter­ro­ry­sty Teda Kaczyn­skiego - zna­nego sze­rzej jako Una­bom­ber - po dwu­dzie­stu latach wysy­ła­nia przez niego bomb zdo­mi­no­wało pra­sowe nagłówki, a kon­cerny medialne pła­ciły sześć i pół tysiąca dola­rów za przy­wi­lej dostępu do jego pro­cesu. Zabój­stwo wło­skiego giganta branży modo­wej Gian­niego Ver­sace w Miami w 1997 roku spra­wiło, że w gaze­tach zaczęto roz­pra­wiać o feno­me­nie zabój­stwa w ciągu21. W 2001 roku nastą­piło aresz­to­wa­nie Gary'ego Rid­gwaya, podej­rza­nego w spra­wie zabójstw znad Green River, sprawy nie­roz­wią­za­nej przez dwie dekady.

I zja­wi­sko to nie usta­wało. Jesie­nią 2002 roku mor­der­stwa doko­nane przez tak zwa­nego Snaj­pera z Obwod­nicy oma­wiano w tele­wi­zji na żywo, pod­czas gdy padały kolejne strzały - oto następny przy­pa­dek zabój­stwa w ciągu. W maju 2003 roku poli­cja zatrzy­mała męż­czy­znę podej­rze­wa­nego o serię sied­miu gwał­tów i zabójstw w rejo­nie Baton Rouge w Luizja­nie, a póź­niej w tym samym roku poli­cjanci w sta­nie Waszyng­ton ogło­sili, że Gary Rid­gway - w ramach ugody oca­la­ją­cej go od kary śmierci - przy­znał się do osza­ła­mia­ją­cej liczby czter­dzie­stu ośmiu zabójstw. W lutym 2004 roku stróże prawa z Arkan­sas i Mis­si­sipi połą­czyli siły z tymi z Tek­sasu, Okla­homy i Ten­nes­see, by poszu­ki­wać zabójcy, który - jak uznały wła­dze - był kie­rowcą cię­ża­rówki prze­wo­żą­cej ładunki na dale­kich dystan­sach, polu­ją­cym na kobiety prze­by­wa­jące w pobliżu punk­tów posto­jo­wych22. Ciała dzie­się­ciu ofiar, z któ­rych wiele było pra­cow­ni­cami sek­su­al­nymi, odnaj­dy­wano potem porzu­cone w pobliżu rzek, stru­mieni lub mostów na tere­nie czte­rech sta­nów mię­dzy 1999 a 2004 rokiemk25.

Gdy ta książka szła do druku wio­sną 2004 roku, Kan­sas rap­tow­nie stało się ame­ry­kań­skim cen­trum seryj­nego zabój­stwa. W Wichi­cie, po dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nim okre­sie mil­cze­nia, nie­zi­den­ty­fi­ko­wany seryjny zabójca znany jako BTK (Bind, Tor­ture, Kill - dosł. "Skrę­po­wać, Tor­tu­ro­wać, Zabić") nagle skon­tak­to­wał się z wła­dzami, wysy­ła­jąc im dane pozwa­la­jące ziden­ty­fi­ko­wać jedną ze swo­ich ofiar i foto­gra­fie jej zwłok. Zabójca pozba­wił życia co naj­mniej osiem osób mię­dzy 1974 a 1986 rokiem, wli­cza­jąc w to czte­ro­oso­bową rodzinę, jed­no­cze­śnie pod­ju­dza­jąc poli­cję listami i tele­fo­nami. Czę­sto dosta­wał się do domów swo­ich ofiar - cza­sem w trak­cie dnia - po czym prze­ci­nał linie tele­fo­niczne i zaczy­nał tor­tu­ro­wać i dusić miesz­kań­ców. W jed­nym z listów napi­sał nie­skład­nie:

Nie moge prze­stac wiec potwor zyje dalej, krzyw­dzonc mnie i spo­le­czen­stwo. Spo­le­czen­stwo moze byc wdzięczne ze ist­nieja spo­soby dla ludzi jak ja na ulze­nie sobie dzieki snom na jawie o nie­kto­rych ofia­rach jak sa dren­czone i staja sie moje. To duza skom­pli­ko­wana gra moj przy­ja­cielu polega na zaba­wie potwora spi­sac numer ofiary, isc za nimi, przy­gla­dac im się cze­ka­jac w ciem­no­sci, cze­ka­jac, cze­ka­jac [...], napie­cie jest wiel­kie i on cza­sem roz­grywa gre tak jak lubi. Moze dacie rade go powstrzy­mac. Ja nie moge. Juz teras wybral nastepna ofiare czy ofiary. Ja nie wiem kim one sa. Dzien pozniej jak bede czy­tac gazete, dowiem sie, ale juz za pozno. Powo­dze­nia w lowach. PS. skoro prze­stepcy sek­su­alni nie zmie­niają swo­jego MO23 albo i z racji swej natury nie potra­fia nie zmie­nie tez swo­jego. Moim kryp­to­ni­mem będzie [...]. Zwiaz ich, totu­ruj ich, zabij ich. B.T.K., znow go zoba­czy­cie jak robi swoje. Znajda sie na nastep­nej ofie­rze.

I nagle w 1979 roku BTK zerwał kon­takt i, nie licząc zabój­stwa Vicki Wegerle z 1986 roku, któ­rego z początku w ogóle z nim nie powią­zano, można było odnieść wra­że­nie, że prze­stał zabi­jać. Do 1987 roku roz­wią­zano nawet spe­cjalną jed­nostkę zada­niową mającą go wytro­pić i ziden­ty­fi­ko­wać.

W stycz­niu 2004 roku gazety z Kan­sas wspo­mniały o trzy­dzie­stej rocz­nicy pierw­szego, zbio­ro­wego zabój­stwa BTK - udu­sze­nia rodziny Otero. Sześć tygo­dni póź­niej poli­cja ogło­siła, że do gazety w Wichi­cie wysłane zostały zdję­cia ciała Vicki Wegerle zro­bione przez zabójcę. Poli­cja od razu zaczęła prze­cze­sy­wać kar­to­teki wię­zienne z nadzieją, że być może BTK został umiesz­czony w wię­zie­niu z powodu innych zarzu­tów w prze­ciągu uprzed­nich dwóch dekad i może zostać ziden­ty­fi­ko­wany24.

Tym­cza­sem w kwiet­niu w Kan­sas City poli­cja ogło­siła, że posta­wiła w stan oskar­że­nia podej­rza­nego w spra­wie serii dwu­na­stu połą­czo­nych z gwał­tem mor­derstw kobiet - dzie­wię­ciu bia­łych i czte­rech czar­no­skó­rych, w wieku od pięt­na­stu do trzy­dzie­stu sze­ściu lat - doko­na­nych przez udu­sze­nie, do któ­rych doszło tam pomię­dzy 1977 a 1993 rokiem. Oskar­żo­nym był czter­dzie­sto­trzy­letni żonaty nad­zorca z firmy zaj­mu­ją­cej się zbie­ra­niem odpa­dów; powią­zano go z ofia­rami dzięki śla­dom DNA. Jede­na­ście z nich było pra­cow­ni­cami sek­su­al­nymi, a dwu­na­sta cier­piała na cho­robę psy­chiczną; miała w zwy­czaju włó­czyć się po uli­cach i wsia­dać z nie­zna­jo­mymi do ich samo­cho­dów25.

W Kana­dzie poli­cja wydała dwa­dzie­ścia pięć milio­nów dola­rów (dane z 2004 roku) na bada­nie far­mera Roberta Pick­tona, któ­rego podej­rze­wano o zwią­zek z zagi­nię­ciem około sześć­dzie­się­ciu kobiet z Van­co­uver, w więk­szo­ści pecho­wych pra­cow­nic sek­su­al­nych zma­ga­ją­cych się z uza­leż­nie­niem od nar­ko­ty­ków. Śled­czy prze­cze­sali zie­mię na tere­nie jego świń­skiej farmy i do 2004 roku odna­leźli pozo­sta­ło­ści dwu­dzie­stu dwóch ciał; za pomocą badań DNA połą­czono je z nie­któ­rymi z zagi­nio­nych. Wcze­śniej Pick­tona oskar­żono o pięt­na­ście zabójstw pierw­szego stop­nia, ale w stycz­niu 2004 roku poli­cja ogło­siła, że zna­le­ziono na far­mie ciała kolej­nych dzie­wię­ciu kobiet. Sześć z nich zostało ziden­ty­fi­ko­wa­nych dzięki bada­niom DNA; pro­ku­ra­tura zapo­wie­działa aktu­ali­za­cję aktu oskar­że­nia o dodat­kowe zabój­stwa26, a pro­ces Pick­tona miał zacząć się w 2005 rokuk26.

W Chi­nach w kwiet­niu 2004 roku poli­cja wyko­pała kolejne ciała na pose­sji nale­żą­cej do Huanga Yonga, dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­niego syna hodowcy świń. Już na tym eta­pie męż­czy­zna przy­znał się do zabi­cia sie­dem­na­stu chłop­ców w wieku lice­al­nym, któ­rych wywa­bił z kafe­jek inter­ne­to­wych i salo­nów gier. Przy­wią­zy­wał swoje ofiary do stołu, tor­tu­ro­wał je i ćwiar­to­wał, ponie­waż - jak sam wyja­śnił - lubił "doświad­czać uczuć towa­rzy­szą­cych zabi­ja­niu". Yong został pod­dany egze­ku­cji w grud­niu 2003 roku, ale nawet po jego śmierci nie zaprze­stano czyn­no­ści zwią­za­nych z prze­szu­ki­wa­niem jego farmy27.

W Chi­nach miała zresztą miej­sce w tam­tym okre­sie plaga seryj­nych zabójstw. Xu Ming, dwu­dzie­sto­sze­ścio­la­tek z pro­win­cji Hebei, zgwał­cił co naj­mniej trzy­dzie­ści sie­dem kobiet w wieku od sie­demdziesięciu jeden do dzie­więć­dzie­się­ciu trzech lat. Star­sze kobiety było mu, jak przy­znał poli­cji, "łatwiej kon­tro­lo­wać". Yang Xin­hai, naj­gor­szy seryjny zabójca Chin, zamor­do­wał sześć­dzie­siąt sie­dem osób i zgwał­cił dwa­dzie­ścia trzy kobiety. W poło­żo­nym na połu­dniu kraju mie­ście Shen­zhen pewna para zabiła sie­demnaście mło­dych osób poszu­ku­ją­cych pracy. W Peki­nie tak­sów­karz wraz z żoną uśmier­cili sie­dem osób, wli­cza­jąc w to cztery pra­cow­nice sek­su­alne, któ­rych ciała porą­bali na kawałki i czę­ściowo zje­dli. W Nan­jing wła­ści­ciel sklepu z prze­ką­skami tak mar­twił się kon­ku­ren­cją, że dodał trutki na szczury do pro­duk­tów rywala, co dopro­wa­dziło do śmierci trzy­dzie­stu ośmiu ludzi.

Tym­cza­sem na zachod­nim wybrzeżu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, nie­da­leko miej­sca, gdzie Gary Rid­gway uśmier­cił swoje czter­dzie­ści dzie­więć ofiar, mał­żon­ko­wie David i Michelle Kno­te­ko­wie sta­nęli przed sądem oskar­żeni o tor­tu­ro­wa­nie i zabi­cie co naj­mniej czworga ludzi na tere­nie swo­jego oto­czo­nego bia­łym płot­kiem i ozdo­bio­nego uśmiech­nię­tymi buziami domku na far­mie. W chwili pisa­nia tej książki cze­kali na pro­ces28. Tym­cza­sem na połu­dniu, w Kali­for­nii, Scott Peter­son sta­nął przed sądem za zabój­stwo swo­jej cię­żar­nej żony, Laci, ale jego obrona suge­ro­wała, że został wro­biony przez seryj­nego zabójcę, który był praw­dzi­wym win­nym zbrodni29.

Jak już napi­sa­łem, w poło­wie pierw­szej dekady dwu­dzie­stego pierw­szego wieku nie dało się włą­czyć tele­wi­zora, by nie natra­fić na pro­gram publi­cy­styczny więk­szych sta­cji tele­wi­zyj­nych, na przy­kład Date­line albo 20/20, w któ­rym nie odtwa­rzano by wła­śnie wcze­śniej­szych mate­ria­łów, w sta­rej lub odświe­żo­nej for­mie, doty­czą­cych jakie­goś seryj­nego zabójcy. Kanał Disco­very ofe­ro­wał pro­gramy doty­czące, jak dekla­ro­wano, "nauki towa­rzy­szą­cej zatrzy­my­wa­niu seryj­nych zabój­ców". PBS pre­zen­to­wało The Mind of a Serial Kil­ler [Umysł seryj­nego zabójcy], pod­czas gdy Bio­gra­phy Chan­nel, kanał zaj­mu­jący się, jak sama nazwa wska­zuje, życio­ry­sami... cóż, chyba sami zgad­nie­cie. Jedy­nie sku­piony na tema­tyce arty­ku­łów spo­żyw­czych Food Network oparł się poku­sie publi­ko­wa­nia kani­ba­li­stycz­nych prze­pi­sów wprost z notat­ni­ków seryj­nych zabój­ców.

Nic dziw­nego, że tamtą epokę zwy­kło się okre­ślać "epoką seryj­nej rzeźni"; miało się poczu­cie, że świat doprawdy dotknęła praw­dziwa i nie­usta­jąca epi­de­mia zabójstw doko­ny­wa­nych przez skraj­nie nie­po­czy­tal­nych spraw­ców.

Za kulisami "epidemii seryjnych zabójstw"

Jeśli do tego momentu wyko­ny­wa­łem swoją pisar­ską pracę jak należy, czy­tel­nik w oko­licy 2004 roku powi­nien być już na eta­pie zanie­po­ko­je­nia gra­ni­czą­cego z bez­de­chem, bo uświa­do­mił sobie, że miał do czy­nie­nia z nie­spo­dzie­wa­nym i nara­sta­ją­cym od trzech dekad sztur­mem obłą­ka­nych zabój­ców, któ­rzy zagra­żali ludziom we wszyst­kich zaka­mar­kach świata. To odczu­wane przez niego poczu­cie zagro­że­nia napę­dzało i na­dal po czę­ści napę­dza sprze­daż ksią­żek, maga­zy­nów oraz czasu rekla­mo­wego w tele­wi­zji. Histo­ryk we mnie pra­gnie jed­nak wie­dzieć, co tak w isto­cie się wyda­rzyło - nawet jeśli prawda jest znacz­nie bar­dziej pro­za­iczna od mitu. Owo tsu­nami seryj­nych zabój­ców nie było tak pro­stą opo­wiastką, jak zdają się suge­ro­wać liczne pozy­cje z gatunku true crime, wła­dze czy media.

Po pierw­sze, ow­szem, miało się poczu­cie, że epi­de­mia seryj­nych zabójstw zaczęła się w latach sie­dem­dzie­sią­tych wła­śnie w taki spo­sób, w jaki to opi­sa­łem, ale naj­pierw musimy zwró­cić uwagę choćby na to, że popu­la­cja zna­cząco wzro­sła w ciągu połowy stu­le­cia po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Wię­cej ludzi ozna­cza wię­cej ofiar, ale i więk­szą liczbę seryj­nych zabój­ców.

Po dru­gie, we wcze­śniej­szej czę­ści minio­nego wieku tele­wi­zja prze­cież nie ist­niała, gazety zaś nie były połą­czone z usłu­gami zdal­nymi i nie gro­ma­dzono ani nie udo­stęp­niano infor­ma­cji w takim stop­niu jak dziś. Spra­woz­da­nia medialne doty­czące seryj­nych zabójstw czę­sto nie prze­kra­czały gra­nic kon­kret­nych regio­nów, któ­rych sprawa doty­czyła, przez co histo­rycy mogą mieć trud­ność z iden­ty­fi­ka­cją poszcze­gól­nych przy­pad­ków z prze­szło­ści i doko­ny­wa­niem porów­nań z now­szymi. W latach sześć­dzie­sią­tych prze­ka­zy­wa­nie new­sów stało się głę­boko scen­tra­li­zo­wane z racji ist­nie­nia usług tele­gra­ficz­nych, innych nowo­cze­śniej­szych środ­ków komu­ni­ka­cji oraz z uwagi na fuzje kor­po­ra­cyjne, dzięki czemu histo­rie seryj­nych zabójstw - nawet tych, do któ­rych docho­dziło w odle­głych regio­nach - miały dużo więk­szą szansę na dotar­cie do sze­ro­kiej rze­szy czy­tel­ni­ków w latach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych; to mogło wytwo­rzyć w nas poczu­cie nagłej i nie­ma­ją­cej pre­ce­densu epi­de­mii seryj­nych mor­dów. Wie­ści o nie­mal każ­dym takim wyda­rze­niu sta­wały się waż­nym new­sem, który szybko roz­prze­strze­niał się po całym kraju.

Wresz­cie, nasza "epi­de­mia zabójstw seryj­nych" może zostać przy­pi­sana fak­towi, że liczne prze­ra­ża­jące sta­ty­styki doty­czące zbrodni uka­zy­wane sze­ro­kiej publicz­no­ści we wcze­snych latach osiem­dzie­sią­tych pocho­dziły od Depar­ta­mentu Spra­wie­dli­wo­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych, roz­ma­itych wro­gich prze­stęp­czo­ści grup naci­sku oraz orga­ni­za­cji wsta­wia­ją­cych się za ofia­rami zbrodni. To wła­śnie wtedy FBI zabrało się za lob­bo­wa­nie w rzą­dzie, by zdo­być fun­du­sze na nowe pro­gramy. Fede­ralne Biuro Śled­cze zdało sobie sprawę, że nie­które z popeł­nia­nych zabójstw nie były roz­po­zna­wane jako dzieła jed­nej i tej samej osoby z powodu roz­bież­no­ści jurys­dyk­cyj­nej (owo ponure zja­wi­sko nazy­wano "lin­kage blind­ness", czyli dosłow­nie "śle­potą na powią­za­nia"), i wzy­wało do utwo­rze­nia sys­temu, któ­rego klu­czo­wym ele­men­tem będzie ogromna baza danych; taki sys­tem byłby w sta­nie usu­nąć wspo­mniany pro­blem.

Będąca czę­ścią FBI Jed­nostka Nauk Beha­wio­ral­nych (Beha­vio­ral Scien­ces Unit, BSU) w Quan­tico w sta­nie Wir­gi­nia (sławna dzięki Mil­cze­niu owiec), która powstała w pierw­szej kolej­no­ści jako grupa do prze­pro­wa­dza­nia stu­diów psy­cho­lo­gicz­nych prze­stęp­ców bio­rą­cych zakład­ni­ków, zaczęła badać psy­chikę oraz tech­niki sto­so­wane przez seryj­nych zabój­ców, sta­ra­jąc się stwo­rzyć modele wzor­ców ich zacho­wań. Mię­dzy 1979 a 1983 rokiem agenci BSU prze­pro­wa­dzili w wię­zie­niach intymne i szcze­gó­łowe wywiady z trzy­dzie­stoma sze­ścioma ska­za­nymi zabój­cami moty­wo­wa­nymi sek­su­al­nie, z któ­rych dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu było seryj­nymi mor­der­camik27. Pytano ich wła­ści­wie o wszystko, od naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa aż po naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące detale zwią­zane z ich zbrod­niami oraz motywy. Rodziny, przy­ja­ciele i zna­jomi zabój­ców także zostali kom­plek­sowo prze­py­tani; tak samo ofiary, które prze­żyły. BSU doko­nało rów­nież szcze­gó­ło­wego stu­dium stu osiem­na­stu ofiar zabi­tych przez bada­nych przez nich prze­stęp­ców: spraw­dzono, jakie upra­wiali zawody i jaki styl życia wie­dli, pod­dano ana­li­zie klu­czowe sta­ty­styki, a także to, gdzie kon­kret­nie zabici natknęli się na swo­ich zabój­ców. Agenci zba­dali też raporty z autop­sji oraz stan, w jakim odna­le­ziono ciała ofiar. Wszyst­kie te dane posłu­żyły jako pod­stawa dla sys­temu pro­fi­lo­wa­nia two­rzo­nego przez FBI.

Aby ów sys­tem mógł być wyko­rzy­sty­wany w pra­wi­dłowy i uży­teczny spo­sób pod­czas śledztw w spra­wach seryj­nych zbrodni, do któ­rych docho­dziło w róż­nych czę­ściach Sta­nów Zjed­no­czo­nych, nale­żało stwo­rzyć jakąś for­malną, scen­tra­li­zo­waną orga­ni­za­cję oraz sys­tem zbie­ra­nia zło­żo­nych danych o prze­stęp­czo­ści, prze­cho­wy­wa­nia tychże, a także udo­stęp­nia­nia ich do ana­lizy. Aby powstała taka struk­tura, potrzebne były ogromne sumy pie­nię­dzy.

Dokład­nie w tym samym cza­sie (a więc w latach 1981-1983) trzy duże komi­tety dzia­ła­jące na Kapi­tolu zaj­mo­wały się bada­niem kwe­stii nara­sta­ją­cej prze­mocy, śle­poty na powią­za­nia, porwań dzieci, two­rze­nia mate­ria­łów por­no­gra­ficz­nych z wyko­rzy­sta­niem dzieci oraz kwe­stii seryj­nych zabój­ców - były to Attor­ney Gene­ral's Task Force on Vio­lent Crime (Grupa Zada­niowa Pro­ku­ra­tora Gene­ralnego ds. Bru­tal­nej Prze­stęp­czo­ści), House Com­mit­tee on Civil and Con­sti­tu­tio­nal Rights (Komi­tet Izby Repre­zen­tan­tów Senatu ds. Praw Oby­wa­tel­skich i Kon­sty­tu­cyj­nych) oraz Sena­tor Spec­ter's Juve­nile Justice Sub­com­mit­tee of the Judi­ciary Com­mit­tee of the U.S. Senate (Pod­ko­mi­sja Sena­tora Spec­tera ds. Spra­wie­dli­wo­ści dla Nie­let­nich przy Senac­kiej Komi­sji Spra­wie­dli­wo­ści).

W tle posie­dzeń w 1981 roku miało miej­sce kilka nader dra­ma­tycz­nych przy­pad­ków zabójstw na dzie­ciach. Wayne Wil­liams został aresz­to­wany w Atlan­cie za serię zabójstw doko­na­nych na młod­szych i star­szych chłop­cach; Etan Patz zagi­nął w Nowym Jorku w dro­dze do szkoły30; sze­ścio­letni Adam Walsh znik­nął z pasażu han­dlo­wego na Flo­ry­dzie, gdy jego matka zosta­wiła go na moment samego. Pozba­wione głowy szczątki chłopca odna­le­ziono w pobli­skim kanale. Ze zbrod­nią powią­zano samo­chód pocho­dzący spoza stanu, lecz sprawcy ni­gdy nie ziden­ty­fi­ko­wano. Póź­niej doszło do kon­tro­wer­sji, gdy o zabój­stwo zaczęto podej­rze­wać Otisa Elwo­oda Toole'a, part­nera Henry'ego Lee Lucasa (obaj twier­dzili, że zabili łącz­nie trzy­sta sześć­dzie­siąt osób pod­czas swo­ich wędró­wek po auto­stra­dach)31. Adam był synem Johna Wal­sha, który z cza­sem stał się waż­nym gło­sem w spra­wie uśmier­co­nych i zagi­nio­nych dzieci, a także pro­wa­dzą­cym pro­gram Ame­rica's Most Wan­ted32.

Rok po tym, jak jego syn został zamor­do­wany, John Walsh - postać tra­giczna - zezna­wał przed senacką komi­sją, opi­su­jąc mające miej­sce nie­wiele wcze­śniej przy­padki seryj­nych zabójstw i suge­ru­jąc, że zagi­nione dzieci czę­sto padają ofiarą mor­der­ców seryj­nych. Pro­ble­mem, zda­niem Wal­sha, była śle­pota na powią­za­nia oraz liczne nie­po­wo­dze­nia stró­żów prawa w zakre­sie koor­dy­na­cji prze­pływu infor­ma­cji i danych mię­dzy róż­nymi jurys­dyk­cjami. Z powodu tejże sła­bo­ści, suge­ro­wał, bez śladu zni­kali mło­dzi ludzie; odnaj­do­wano ich póź­niej w maso­wych gro­bach. Korzy­sta­jąc z kon­tro­wer­syj­nych danych pod­su­wa­nych przez Depar­ta­ment Zdro­wia - mówią­cych o milio­nie ośmiu­set tysią­cach zni­ka­ją­cych rocz­nie dzieci - Walsh zeznał, że każ­dej godziny prze­pada dwie­ście pię­cioro nie­let­nich, z któ­rych wiele, jak dodał, zosta­nie póź­niej odna­le­zio­nych jako ofiary mor­dów. Nie wspo­mniał przy tym, że 95% z tych zagi­nio­nych dzieci to zwe­ry­fi­ko­wani ucie­ki­nie­rzy z domów i 95% z nich wróci w ciągu czter­na­stu dnik28. W rezul­ta­cie nagłówki krzy­czały póź­niej: "205 DZIECI ZNIKA CO GODZINĘ!".

"Pięć­dzie­siąt tysięcy dzieci znika rocz­nie, porwa­nych z powodu czy­ichś prze­stęp­czych dzia­łań, co jest nie­sa­mo­witą i trudną do obję­cia rozu­mem liczbą", twier­dził Walsh, zezna­jąck29. "Ten kraj jest wypeł­niony oka­le­czo­nymi, pozba­wio­nymi głowy, zgwał­co­nymi i udu­szo­nymi dziećmi!", ostrze­gałk30.

3 lutego 1984 roku w swoim roz­po­wszech­nio­nym w kra­jo­wej pra­sie felie­to­nie Ann Lan­ders opu­bli­ko­wała list napi­sany przez dyrek­tora wyko­naw­czego Adam Walsh Cen­ter. Zaczy­nał się on od słów: "Droga Ann, roz­waż te mro­żące krew w żyłach sta­ty­styki: co godzinę zgła­szane jest zagi­nię­cie dwu­stu pię­ciorga ame­ry­kań­skich dzieci. To ozna­cza cztery tysiące dzie­więć­set dwa­dzie­ścioro dzieci dzien­nie i milion osiem­set tysięcy rocz­nie"k31.

Takie infor­ma­cje brzmiały prze­ra­ża­jąco i spo­wo­do­wały, że matki w całym kraju zamknęły drzwi na cztery spu­sty i nie wypusz­czały na dwór swo­ich pociech. Ale skąd wła­ści­wie wzięła się owa liczba pięć­dzie­się­ciu tysięcy, o któ­rej mówił Walsh? Według badań wyko­na­nych wiele lat póź­niej przez Johna Gilla to sena­tor Clia­borne Pell, demo­krata z Rhode Island, w 1981 roku był pierw­szą publiczną figurą, która for­mal­nie ogło­siła, że według Depar­ta­mentu Zdro­wia i Opieki Spo­łecz­nej każ­dego roku znika pięć­dzie­siąt tysięcy dzieci. Ofi­cjele z owego depar­ta­mentu zaprze­czyli, jakoby kie­dy­kol­wiek stwo­rzyli tę esty­ma­cję; sztab Pella nie pamię­tał, od kogo kon­kret­nie ją uzy­skanok32.

Wraz z upły­wem czasu na posie­dze­niach zaczęły poja­wiać się - i być reje­stro­wane - roz­ma­ite twier­dze­nia pełne spe­ku­la­cji. Tra­fiały one póź­niej na kon­fe­ren­cje pra­sowe. Tren­dem, który stał się naj­pow­szech­niej­szy, było łącze­nie stwo­rzo­nych przez FBI zuni­for­mi­zo­wa­nych rapor­tów o prze­stęp­czo­ści z kate­go­rii "nie­znany" oraz "nie­zna­jomy" i two­rze­nie z ich sumy poje­dyn­czej war­to­ści pom­pu­ją­cej odse­tek zabójstw, które spra­wiały wra­że­nie mor­derstw pozba­wio­nych motywu doko­na­nych przez tajem­ni­czych spraw­ców, a więc naj­pew­niej snu­ją­cych się po kraju seryj­nych zabój­ców. Dzięki tego rodzaju "roz­my­tej mate­ma­tyce" można było stwier­dzić, że nie­mal co czwarte zabój­stwo - czyli od czte­rech do pię­ciu tysięcy uśmier­ceń rocz­nie - mogło być przy­pi­sane seryj­nemu zabójcy. W takiej sytu­acji oca­lić Ame­ry­ka­nów mógł jedy­nie zastrzyk gotówki z Kon­gresu.

Prasa i auto­rzy ksią­żek true crime z rado­ścią pod­chwy­cili temat. Nawet w poważ­nych aka­de­mic­kich bada­niach nad kwe­stią seryj­nych zabójstw dano się nabrać na tę zawy­żoną liczbę. Na przy­kład w czę­sto cyto­wa­nej pracy Hol­mesa i De Bur­gera z 1988 roku można prze­czy­tać:

[po]mię­dzy 3500 a 5000 osób zostaje zgła­dzo­nych każ­dego roku w tym kraju przez seryj­nych zabój­ców. Pod­kre­ślamy, że jest to esty­ma­cja, lecz wie­rzymy, że ze względu na dostępne dane i sta­ty­styki zapew­nione przez roz­ma­itych eks­per­tów zaan­ga­żo­wa­nych w wysiłki mające na celu pora­dze­nie sobie z tym pro­ble­mem, repre­zen­tuje ona godne zaufa­nia przy­bli­że­niek33 (kur­sywa zgod­nie z ory­gi­na­łem).

Tą liczbą rzu­cało się w nas także i w 2004 roku. Tył okładki opu­bli­ko­wa­nej w tam­tym okre­sie książki Micha­ela New­tona Encyc­lo­pe­dia of Serial Kil­lers (Ency­klo­pe­dia seryj­nych mor­der­ców) zawiera wyraź­nie zazna­czoną ramkę, w któ­rej znaj­duje się tekst pro­mu­jący tę pozy­cję: "Punk­tem wyj­ścia dla każ­dego poważ­nego bada­nia nad zagad­nie­niem zabój­ców seryj­nych lub uza­leż­nio­nych od uśmier­ca­nia, któ­rzy każ­dego roku zbie­rają krwawe żniwo sza­co­wane na 3500 osób, a potem uni­kają wykry­cia..."k34.

Ale te liczby ni­gdy nie były reali­styczne i na tym eta­pie wszy­scy powinni mieć już tego świa­do­mość. Zsu­mo­wana mak­sy­malna liczba wszyst­kich zna­nych ofiar seryj­nych zabój­ców w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w okre­sie od 1800 do 1995 roku sza­co­wana jest na trzy tysiące osiem­set sześć­dzie­siątk35. Z tej sumy mak­si­mum tysiąc trzy­sta dzie­więć­dzie­siąt osiem ofiar ponio­sło śmierć w ostat­niej deka­dzie wzmian­ko­wa­nego okresu, co ozna­cza śred­nio sie­dem­dzie­siąt ofiar rocz­nie. Nawet gdy doli­czymy nie­znane ofiary, nijak nie zbli­żamy się do tak czę­sto powta­rza­nej sumy trzech i pół tysiąca osób rocz­nie. Ale trzy i pół tysiąca sprze­daje się lepiej od sie­dem­dzie­się­ciu. Jak to ujął w swo­jej ana­li­zie sta­ty­styk porwań dzieci z lat osiem­dzie­sią­tych autor Joel Best: "Trzy reguły zdają się jasne: wiel­kie liczby są lep­sze od liczb małych; ofi­cjalne liczby są lep­sze od liczb nie­ofi­cjal­nych; wiel­kie ofi­cjalne liczby są w ogóle najlep­sze"k36.

Dla jasno­ści, bada­nie tysiąca czte­ry­stu dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu zabójstw dzieci w Kali­for­nii mię­dzy 1981 a 1990 rokiem wyka­zało, że to nie nie­zna­jomi seryjni zabójcy - jak suge­ro­wał John Walsh - ale krewni, zwy­kle rodzice, są naj­częst­szymi zabój­cami dzieci do lat dzie­wię­ciu. Nie­zna­jomi byli zamie­szani w led­wie 14,6% zabójstw dzieci w wieku od pię­ciu do dzie­wię­ciu lat oraz w 28,7% w wypadku dzieci mię­dzy dzie­sią­tym a czter­na­stym rokiem życia. Zwią­zek mię­dzy ofiarą a sprawcą nie był znany w, odpo­wied­nio, 10,4% i 20,1% przy­pad­ków. Zna­jomi zabili 30,2% i 39,2% ofiar z tych grup, a kobiety sta­no­wiły 36,4% i 18,7% spraw­ców; krewni, w tym rodzice, zabili, odpo­wied­nio, 44,8% i 11,9% ofiark37. W wypadku dzieci w wieku mię­dzy dzie­sią­tym a czter­na­stym rokiem życia moty­wem w 60,9% przy­pad­ków był spór, w 64,2% przy­pad­ków użyto broni pal­nej, a publiczna loka­li­za­cja sta­no­wiła miej­sce zbrodni w 51,5% przy­pad­ków. Pod­su­mo­wu­jąc, młod­sze dzieci są zabi­jane w domu, przez krew­nych, pod­czas gdy bar­dziej ruchliwe i nie­za­leżne dzieci star­sze czę­ściej stają się ofia­rami zna­jo­mych, a potem niezna­jo­mych, a do ode­bra­nia życia docho­dzi w miej­scach publicz­nych.

Tak czę­sto cyto­wane nie­sa­mo­wite liczby porwań dzieci - od trzy­dzie­stu do czter­dzie­stu pię­ciu tysięcy - zaczęto poda­wać w wąt­pli­wość już w schył­ko­wych latach osiem­dzie­sią­tych. Zaczęto się zasta­na­wiać: gdzie docho­dzi do tych porwań? Dla­czego nie są udo­ku­men­to­wane? Skąd pocho­dzą te nie­po­twier­dzone zezna­nia? Kim byli seryjni zabójcy, któ­rzy dopusz­czali się tych porwań? W końcu Kon­gres zaczął spon­so­ro­wać pro­gram, któ­rego celem było usta­le­nie dokład­nych danych sta­ty­stycz­nych doty­czą­cych takich dzieci - nazwano go Naro­do­wymi Stu­diami nad Wystę­po­wa­niem Zagi­nięć, Porwań, Ucie­czek i Wyrzu­ceń Dzieci (Natio­nal Inci­dence Stu­dies of Mis­sing, Abduc­ted, Runa­way, and Throw­na­way Chil­dren, NISMART).

Stu­dium to dowio­dło, że ist­niały dwie defi­ni­cje "upro­wa­dze­nia": ta prawna oraz ta ste­reo­ty­powa, powta­rzana przez opi­nię publiczną. W spo­łecz­nym odczu­ciu do upro­wa­dze­nia dziecka docho­dzi wtedy, gdy ofiara zostaje porwana przez nie­zna­jo­mego i zabrana gdzieś daleko, jest prze­trzy­my­wana dla okupu przez noc lub dłu­żej albo też jest uśmier­cana. Prze­stęp­stwa takie jak porwa­nie i zabój­stwo Polly Klaas w 1993 roku33 lub mające miej­sce w 2002 roku porwa­nie Eli­za­beth Smart34 paso­wały do publicz­nej per­cep­cji zagro­że­nia, jakie mieli sta­no­wić nie­zna­jomi dla dzieci. Ale prawo posiada defi­ni­cje szer­sze od powszech­nych opi­nii i wnio­sków. Kali­for­nij­skie sądy na przy­kład defi­niują upro­wa­dze­nie jako sytu­ację, w któ­rej ofiara zostaje zwa­biona lub prze­mocą prze­miesz­czona dalej niż na odle­głość dwu­dzie­stu stóp - sze­ściu metrów - lub jest prze­trzy­my­wana dłu­żej niż pół godziny, jeśli do prze­miesz­cze­nia nie doszłok38. Dla­tego też, gdy w latach osiem­dzie­sią­tych FBI ogło­siło, że śred­nia roczna liczba gwał­tów wynosi dzie­więć­dzie­siąt tysięcy przy­pad­ków - a ofia­rami co trze­ciej takiej zbrodni były nasto­let­nie dziew­czynki, a więc wciąż dzieci - oko­licz­no­ści wielu z takich prze­stępstw wpa­so­wy­wały się bez więk­szego trudu w prawną defi­ni­cję "upro­wa­dze­nia dziecka". Stąd też łatwo o wnio­sek, że liczba "upro­wa­dzo­nych dzieci" waha­jąca się od trzy­dzie­stu do czter­dzie­stu pię­ciu tysięcy wyni­kła wła­śnie z faktu ist­nie­nia podob­nych defi­ni­cji. Ale nie o czymś takim myślała opi­nia publiczna, gdy drżała ze stra­chu z powodu "upro­wa­dzeń dzieci".

W bada­niu prze­pro­wa­dzo­nym przez NISMART ponow­nie prze­li­czono sta­ty­styki upro­wa­dzeń nie­let­nich na bazie ste­reo­ty­po­wej per­cep­cji "upro­wa­dze­nia" i dowie­dziono, że w dwu­na­sto­let­nim okre­sie mię­dzy 1976 a 1988 rokiem ofia­rami tego rodzaju prze­stęp­stwa padło co naj­mniej czter­dzie­ścioro troje, a mak­sy­mal­nie - sto czter­dzie­ścioro sied­mioro dzieci. A to przy­bliża sta­ty­styki do wyjąt­kowo rzad­kich pra­so­wych donie­sień o nie­zna­jo­mych pory­wa­czach dzieci, o któ­rych sły­szy się zazwy­czaj. Rze­czy­wi­stość bowiem jest taka, że upro­wa­dze­nie i zabój­stwo dzieci przez nie­zna­jo­mych jest prze­stęp­stwem nie­zwy­kle rzad­kim. Sto­pień wytwo­rzo­nego we wcze­snych latach osiem­dzie­sią­tych stra­chu i nie­po­koju będą­cych rezul­ta­tem "sta­ty­styk" peł­nych prze­sady, w któ­rych wyko­rzy­stano źle odczy­tane dane, zde­cy­do­wa­nie prze­rósł realne zagro­że­nie. Ale strach ów utrzy­my­wał się dalej na początku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, choć praw­do­po­do­bień­stwo podob­nych nie­bez­pie­czeństw pozo­sta­wało eks­tre­mal­nie niskie. Oczy­wi­ście ów fakt był marną pocie­chą dla rodzi­ców tych czter­dzie­ściorga trojga do stu czter­dzie­ściorga sied­miorga dzieci pory­wa­nych każ­dego roku przez obcych ludzi.

W latach 1981-1983, w cza­sie, gdy trwały prace komi­tetu w Waszyng­to­nie, prasa rzu­ciła się jak ławica wygłod­nia­łych ryb na posie­dze­nia senac­kie oraz roz­ma­ite kon­fe­ren­cje pra­sowe. Arty­kuły w maga­zy­nach o sze­ro­kim obiegu takich jak "Time", "New­sweek", "Life", "Omni", "Psy­cho­logy Today", "Play­boy" czy "Pen­tho­use" malo­wały obraz Sta­nów Zjed­no­czo­nych jako kraju, w któ­rym roz­ple­niła się "epi­de­mia" bez­myśl­nych i bez­sen­sow­nych, doko­ny­wa­nych losowo zabójstw, które popeł­niały włó­czące się po kraju ano­ni­mowe bestie, czę­sto krzyw­dzące "nasze dzieci".

Wszyst­kie te pełne lęku i chyba prze­sadne okrzyki w końcu wydały owoce. W 1982 roku Kon­gres prze­gło­so­wał Ustawę o zagi­nio­nych dzie­ciach (Mis­sing Chil­dren's Act), a w 1984 - Ustawę o pomocy zagi­nio­nym dzie­ciom (Mis­sing Chil­dren's Assi­stance Act). Pre­zy­dent Ronald Reagan oso­bi­ście ogło­sił powo­ła­nie Naro­do­wego Cen­trum Ana­lizy Bru­tal­nych Prze­stępstw (Natio­nal Cen­ter for the Ana­ly­sis of Vio­lent Crime, NCAVC), któ­rego sie­dzibę usta­no­wiono w bazie GSU w Quan­tico w sta­nie Wir­gi­nia. Dane zebrane dzięki bada­niu doty­czą­cemu zabój­ców sek­su­al­nych prze­pro­wa­dzo­nemu przez BSU zaczęto wyko­rzy­sty­wać póź­niej w pro­gra­mie nazy­wa­nym Pro­gra­mem zatrzy­my­wa­nia bru­tal­nych prze­stęp­ców (Vio­lent Cri­mi­nal Appre­hen­sion Pro­gram, VICAP). Gdy poli­cja podej­rzewa, że na tere­nie jej jurys­dyk­cji poja­wił się recy­dy­wi­sta, może wypeł­nić stan­dar­dowy kwe­stio­na­riusz VICAP zawie­ra­jący sto osiem­dzie­siąt osiem pytań doty­czą­cych jej kon­kret­nej sprawy zwią­za­nej z zabój­stwem, a potem prze­ka­zać go Jed­no­stce Wspar­cia Śled­czego, pro­sząc o pro­fil nie­zna­nego sprawcy (pro­filowaniu i sto­ją­cym przed nim pro­ble­mom przyj­rzymy się dokład­niej w roz­dziale dzie­wią­tym). Pyta­nia otwarte w for­mu­la­rzu doty­czą roz­ma­itych ele­men­tów, od opisu miej­sca, w któ­rym odna­le­ziono ciało ofiary, aż do szcze­gó­łów zwią­za­nych z rodza­jem napa­ści i typem oka­le­czeń, stanu samo­chodu podej­rza­nego czy jego metody zbli­ża­nia się do ofiary, jeśli ta jest znana.

Raport prze­stęp­czy VICAP przy­nosi efekty na dwóch eta­pach. Naj­pierw prze­pro­wa­dzana jest kom­pu­te­rowa ana­liza odpo­wie­dzi udzie­lo­nych przez śled­czych, która może pomóc w roz­po­zna­niu wzor­ców - te zaś cza­sem dopro­wa­dzają do spraw­ców innych prze­stępstw popeł­nio­nych gdzie­kol­wiek w Ame­ryce Pół­noc­nej. Każdy seryjny zabójca znany jest ze swo­jego oso­bi­stego "pod­pisu", z któ­rego sam czę­sto nie zdaje sobie sprawy, a dzięki pra­wi­dłowo wypeł­nio­nemu kwe­stio­na­riu­szowi VICAP można ów pod­pis roz­po­znać; kom­pu­ter jest w sta­nie dopa­so­wać go do innych zda­rzeń.

Drugą czę­ścią pro­cesu jest wyko­rzy­sta­nie danych dostar­czo­nych dzięki rapor­towi VICAP przez ana­li­ty­ków, któ­rzy mogą stwo­rzyć pro­fil zabójcy - jest to dzia­łal­ność, którą FBI zdo­łało roz­wi­nąć i prze­kształ­cić w cał­kiem sku­teczną, choć nie do końca ide­alną tech­nikę. Dzięki ana­li­zie danych zawar­tych w rapor­cie czę­sto można ziden­ty­fi­ko­wać (z wyso­kim stop­niem praw­do­po­do­bień­stwa) takie cechy zabójcy jak rasa, wiek, sta­tus spo­łeczny, stan i miej­sce zatrud­nie­nia, inte­li­gen­cja oraz pre­fe­ren­cje sek­su­alne; można usta­lić, jak się on ubiera, a nawet jakim samo­cho­dem jeź­dzi. Zakoń­czone suk­ce­sem pro­filowanie potrafi w zna­czą­cym stop­niu zawę­zić zakres podej­rza­nych.

To zaś ozna­cza, że ist­nieje dająca się ziden­ty­fi­ko­wać metoda obłędu, któ­rego spraw­cami są seryjni zabójcy. Na pod­sta­wie bada­nia BSU dowie­dziano się wiele na temat tego, jak i dla­czego seryjni zabójcy w ogóle się poja­wili i dają upust swo­jemu uza­leż­nie­niu od uśmier­ca­nia bliź­nich.

Poprzednie "epidemie" seryjnych zabójstw

Wróćmy raz jesz­cze do kwe­stii nara­sta­ją­cej fali seryj­nych zabójstw w ciągu ostat­nich trzech dekad dwu­dzie­stego wieku. Czy jest to zja­wi­sko realne, a może prze­jaw prze­sad­nego medial­nego szumu, za któ­rym stoją poli­tyczne prze­słanki lub więk­sza sprze­daż gazet? Phi­lip Jen­kins, pro­fe­sor Uni­wer­sy­tetu Sta­no­wego Pen­syl­wa­nii, pozo­staje praw­do­po­dob­nie naj­słyn­niej­szym dema­ska­to­rem fał­szy­wych sta­ty­styk doty­czą­cych seryj­nych zabójstw. Cytuje on na przy­kład stwo­rzone przez Depar­ta­ment Spra­wie­dli­wo­ści listy robo­cze wszyst­kich zna­nych seryj­nych zabój­ców, które wyko­rzy­stuje potem BSU. Zauważa przy tym, że w 1992 roku spo­rzą­dzona przez FBI lista seryj­nych zabój­ców w Sta­nach Zjed­no­czo­nych z lat 1900-1970 zawie­rała czte­ry­sta czter­dzie­ści sie­dem nazwisk, a także dodat­kowe trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć nazwisk w latach 1970-1992; ci ludzie powią­zani byli ze zna­nymi dwoma tysią­cami sze­ściu­set trzy­dzie­stoma sze­ścioma ofia­rami i podej­rze­wano ich o zwią­zek z kolej­nym tysią­cem ośmiu­set trzy­dzie­stoma dzie­wię­cioma. Ale w prze­cze­sy­wa­nych listach Jen­kins spo­strzegł ogromną liczbę dupli­ka­tów - na przy­kład wszyst­kim ska­za­nym zabój­com z Rodziny Man­sona przy­pi­sano tę samą listę uśmier­co­nych osób, przez co zsu­mo­wana liczba ofiar mor­der­czego ciągu z 1969 roku była za duża - i to trzy­krot­niek39. Jen­kins odkry­wał kolejne sprawy, w któ­rych docho­dziło do podob­nego zwie­lo­krot­nie­nia ofiar ze względu na uży­cie przy nich kate­go­rii "podej­rze­wana o bycie ofiarą", a także zezna­nia, które zostały zdys­kre­dy­to­wane, jak na przy­kład dekla­ra­cja Henry'ego Lee Lucasa twier­dzą­cego, że ma na kon­cie kil­ka­set ofiar. Stąd dobre wie­ści - ist­niało mniej seryj­nych zabój­ców oraz ich ofiar, niż FBI ofi­cjal­nie twier­dziło.

Złe wie­ści, zda­niem Jen­kinsa, były jed­nak takie, że widoczny wzrost liczby seryj­nych zabójstw we wspo­mnia­nym trzy­dzie­sto­le­ciu, choć nie tak wielki, jak wcze­śniej uwa­żano, był jed­nak fak­tem - i, co gor­sza, nie jest to pierw­szy taki wzrost w histo­rii. Jest on led­wie kolejną z wystę­pu­ją­cych w dwu­dzie­stym wieku epi­de­mii tego typu zbrodni. Każda kolejna taka fala była więk­sza od poprzed­niej. Jen­kins ziden­ty­fi­ko­wał dwa poprzed­nie okresy, w któ­rych poja­wiła się zwięk­szona liczba zabójstw seryj­nych: lata 1911-1915 oraz 1935-1941. Odkrył, że na liście FBI, choć dupli­ko­wano nie­które now­sze przy­padki, zupeł­nie prze­oczono ist­nie­nie poprzed­nichk40.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W Pol­sce Czi­ka­tiło znany jest raczej jako Rzeź­nik z Rostowa (przyp. tłum.). [wróć]

15 grud­nia 1973 roku esta­kada WSH zawa­liła się pod cię­ża­rem wywrotki wio­zą­cej mate­riały do remontu. Nikt nie zgi­nął (przyp. tłum.). [wróć]

Powszech­nym błę­dem jest nazy­wa­nie śla­dów linii papi­lar­nych (śla­dów dak­ty­lo­sko­pij­nych) na gład­kich powierzch­niach mia­nem "odci­sków pal­ców". W kry­mi­na­li­styce "pła­ski" ślad na takiej powierzchni nazy­wany jest odbitką - odcisk palca nato­miast jest "trój­wy­mia­rowy" i pozo­staje na pla­stycz­nych powierzch­niach takich jak na przy­kład zasy­cha­jąca farba (przyp. tłum.). [wróć]

W roz­dziale dzie­sią­tym poja­wia się tro­chę wię­cej szcze­gó­łów uzy­ska­nych od Cot­tin­ghama po latach (przyp. tłum.). [wróć]

W 2010 roku Cot­tin­gham w końcu przy­znał się do zabój­stwa z 1967 roku (o czym autor wspo­mni w dopi­sa­nym póź­niej roz­dziale dzie­sią­tym); w 2021 roku przy­znał się do kolej­nych pię­ciu zabójstw, a w 2022 roku, gdy trwał prze­kład niniej­szej książki, do kolej­nych pię­ciu (przyp. tłum.). [wróć]

Sam Czi­ka­tiło twier­dził, że było ich ponad pięć­dzie­siąt osiem. Ska­zano go za pięć­dzie­siąt dwa zabój­stwa (przyp. tłum.). [wróć]

Źró­dłem tar­ga­ją­cej Andrie­jem Czi­ka­tiłą żądzy mordu naj­praw­do­po­dob­niej były trau­ma­tyczne prze­ży­cia z dzie­ciń­stwa, przede wszyst­kim wysłu­chi­wane nie­ustan­nie opo­wie­ści o ofia­rach kani­ba­li­zmu z cza­sów kolek­ty­wi­za­cji - w tym o swoim star­szym bra­cie, który rze­komo zmarł z głodu i został zje­dzony przez sąsia­dów - i bycie świad­kiem zbrodni popeł­nia­nych przez Wehr­macht pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej, a także prze­moc w domu. Czi­ka­tiło został roz­strze­lany 14 lutego 1994 roku po gło­śnym pro­ce­sie (przyp. tłum.). [wróć]

Wydana w Pol­sce w 2022 roku nakła­dem wydaw­nic­twa SQN jako Ted Bundy. Bestia obok mnie (przyp. tłum.). [wróć]

Ray Cope­land umarł w wię­zie­niu z przy­czyn natu­ral­nych w 1993 roku, nato­miast Faye, po uda­rze, została uła­ska­wiona z przy­czyn medycz­nych i zmarła w domu opieki w 2002 roku (przyp. tłum.) [wróć]

Osta­tecz­nie Rid­gway został ska­zany za czter­dzie­ści dzie­więć zabójstw (przyp. tłum.). [wróć]

Z tego powodu uży­wam za auto­rem formy męskiej, pisząc ogól­ni­kowo - o kobie­tach mor­der­czy­niach kon­kret­nie piszę "seryjna zabój­czyni" (przyp. tłum.). [wróć]

Na 2022 rok nie­chlub­nym rekor­dzi­stą w tym wzglę­dzie jest Amar­jeet Sada z Indii, który w latach 2006-2007 zabił trzy osoby, będąc o kilka mie­sięcy młod­szy od Cole'a (przyp. tłum.). [wróć]

Lon­nie David Fran­klin junior, nazy­wany przez lata Ponu­rym Śpio­chem, uni­kał odpo­wie­dzial­no­ści dłu­żej od Rid­gwaya - pierw­szą ofiarę zabił w 1985 roku, a za kratki tra­fił w 2010 roku. Nie należy rów­nież zapo­mi­nać o legen­dar­nych, ni­gdy nie­poj­ma­nych zabój­cach, jak na przy­kład o Zodiaku czy Kubie Roz­pru­wa­czu (przyp. tłum.). [wróć]

Pre­cy­zyj­niej rzecz ujmu­jąc, Elmer Wayne Hen­ley był jego nie­let­nim poma­gie­rem, wraz z o rok star­szym Davi­dem Owe­nem Bro­ok­sem. Obaj zostali ska­zani na doży­wo­cie. Bro­oks zmarł za krat­kami na COVID-19 w maju 2020 roku, a Hen­ley ocze­kuje na szansę na zwol­nie­nie przed­ter­mi­nowe w 2025 roku (przyp. tłum.). [wróć]

Po wyda­niu pierw­szej wer­sji książki usta­lono, że nie był to poje­dyn­czy sprawca, a sze­ściu mor­der­ców dzia­ła­ją­cych w tym samym rejo­nie; łącz­nie uśmier­cili oni być może nawet sto głów­nie czar­no­skó­rych pra­cow­nic sek­su­al­nych (przyp. tłum.). [wróć]

Dosł. "Czarny Rysow­nik"; zabójca doro­bił się tego przy­domku ze względu na kolor skóry oraz fakt, że nawią­zy­wał więź z ofia­rami, two­rząc ich szyb­kie szkice por­tre­towe; liczba jego ofiar pozo­staje nie­usta­lona, ale naj­czę­ściej sza­cuje się, że zabił od sze­ściu do szes­na­stu męż­czyzn; trzy jego ofiary prze­żyły (przyp. tłum.). [wróć]

Frieda "Becky" Powell miała pięt­na­ście lat, gdy znik­nęła bez śladu. "Nie­for­malne mał­żeń­stwo" opie­rało się na "byciu po sło­wie", co w nie­któ­rych oko­licz­no­ściach w USA uzna­wane było za wię­żące, nawet w wypadku związku ze star­szymi nie­let­nimi (przyp. tłum.). [wróć]

W róż­nych momen­tach Henry Lee Lucas poda­wał różne liczby ofiar; ogól­nie jed­nak ta zmy­ślona liczba rosła, by w pew­nym momen­cie prze­kro­czyć sześć­set (przyp. tłum.). [wróć]

Poma­rań­czowe Skar­petki została ofi­cjal­nie ziden­ty­fi­ko­wana w 2019 roku. Nazy­wała się Debra Jack­son (przyp. tłum.). [wróć]

Son­dra Lon­don (ur. 1947) - kon­tro­wer­syjna ame­ry­kań­ska pisarka true crime. Zafa­scy­no­wana tema­tyką zabi­ja­nia, napi­sała wiele tek­stów wspól­nie z Gerar­dem Joh­nem Scha­efe­rem junio­rem, ska­za­nym za dwa mor­der­stwa i podej­rze­wa­nym o bycie seryj­nym zabójcą nekro­fi­lem, oraz Dan­nym Rol­lin­giem (Roz­pru­wa­czem z Gaine­sville), z któ­rym się zarę­czyła. Opi­nia publiczna oskar­żała ją o uspra­wie­dli­wia­nie zabój­ców; ona sama twier­dziła, że doko­nuje jedy­nie wglądu w ich psy­chikę (przyp. tłum.). [wróć]

Zja­wi­sko nazy­wane po angiel­sku spree kil­ling to osobna kate­go­ria zabój­stwa, rzadko roz­po­zna­wana w pol­skiej kry­mi­na­li­styce, czę­sto okre­ślana mia­nem "zabój­stwa w szale" czy "sza­lo­nego mor­der­stwa" (dla przej­rzy­sto­ści jed­nak uży­wam okre­śle­nia "w ciągu", gdyż poję­cie "szał" sku­pia się na sta­nie psy­chicz­nym sprawcy, nie na zabój­stwach). O zja­wi­sku tym autor pisze sze­rzej w roz­dziale czwar­tym (przyp. tłum.). [wróć]

Sprawca, nazy­wany I-40 Truck Stop Kil­le­rem (Zabójcą z Przy­stan­ków na I-40; nazwę auto­strady mię­dzy­sta­no­wej dodano dla odróż­nie­nia go od "ory­gi­nal­nego" Truck Stop Kil­lera, Roberta Bena Rho­adesa, podej­rze­wa­nego o ponad pięć­dzie­siąt zabójstw), w 2022 roku pozo­sta­wał nie­zi­den­ty­fi­ko­wany (przyp. tłum.). [wróć]

MO, łac. modus ope­randi - dosł. "spo­sób dzia­ła­nia"; w kry­mi­no­lo­gii zbiór cha­rak­te­ry­stycz­nych i powta­rzal­nych cech sprawcy uła­twia­ją­cych jego iden­ty­fi­ka­cję przy kolej­nych prze­stęp­stwach. Autor poświęca tej kwe­stii frag­ment roz­działu dzie­wią­tego (przyp. tłum.). [wróć]

W lutym 2005 roku BTK został istot­nie ziden­ty­fi­ko­wany, a stało się to za sprawą jego pychy, naiw­no­ści i braku wie­dzy tech­no­lo­gicz­nej. Histo­rię tę autor wyja­śnia w dopi­sa­nym w 2020 roku roz­dziale dzie­sią­tym (przyp. tłum.). [wróć]

Sprawcą zabójstw fak­tycz­nie oka­zał się ów męż­czy­zna, Lorenzo Jerome Gily­ard junior. Przed poj­ma­niem zabójcę nazy­wano Kan­sas City Stran­gle­rem (dosł. "Dusi­cie­lem z Kan­sas City"). Podej­rze­wano go o popeł­nie­nie więk­szej liczby zabójstw. Gily­ard został ska­zany na doży­wo­cie i w 2022 roku na­dal znaj­do­wał się w wię­zie­niu (przyp. tłum.). [wróć]

O Pick­to­nie autor wspo­mina jesz­cze w roz­dziale dzie­sią­tym (przyp. tłum.). [wróć]

W 2022 roku na­dal obwi­niano go ofi­cjal­nie o sie­dem­na­ście zabójstw (przyp. tłum.). [wróć]

Oboje zostali ska­zani za trzy zabój­stwa jesz­cze w 2004 roku; Davida ska­zano na szes­na­ście lat, z któ­rych odsie­dział trzy­na­ście, zanim został uła­ska­wiony, Michelle otrzy­mała wyrok dwu­dzie­stu dwóch lat wię­zie­nia i została zwol­niona w 2022 roku (przyp. tłum.) [wróć]

Peter­son mimo wszystko został ska­zany na karę śmierci i po dłu­giej odsiadce w nie­sław­nym wię­zie­niu San Quen­tin w 2021 roku wyrok zamie­niono mu na doży­wo­cie bez moż­li­wo­ści ubie­ga­nia się o zwol­nie­nie warun­kowe (przyp. tłum.). [wróć]

Chło­piec został uznany za zmar­łego in absen­tia w 2001 roku; uważa się, że zgi­nął w dniu porwa­nia, udu­szony przez Pedro Her­nan­deza, któ­rego ska­zano na doży­wo­cie z moż­li­wo­ścią ubie­ga­nia się o zwol­nie­nie nie wcze­śniej niż po dwu­dzie­stu pię­ciu latach. Zdję­cie Etana Patza było jed­nym z pierw­szych, które tra­fiło na kar­tony mleka w ramach prak­tyki sto­so­wa­nej do dziś w wypadku zagi­nio­nych. Dzień porwa­nia chłopca - 25 maja - został przez pre­zy­denta Ronalda Reagana usta­no­wiony Naro­do­wym Dniem Dzieci Zagi­nio­nych (przyp. tłum.). [wróć]

Z cza­sem Toole, który z początku przy­zna­wał się do zabi­cia chłopca, wyco­fał swoje zezna­nie. Także Jef­frey Dah­mer pró­bo­wał przy­pi­sać sobie tę śmierć, ale w 2022 roku praw­dziwy sprawca wciąż pozo­sta­wał nie­znany (przyp. tłum.). [wróć]

Emi­to­wany z prze­rwami pro­gram tele­wi­zyjny o poszu­ki­wa­nych nie­bez­piecz­nych prze­stęp­cach (przyp. tłum.). [wróć]

Polly Klaas została upro­wa­dzona i udu­szona w wieku dwu­na­stu lat przez Richarda Allena Davisa, który w 2022 roku na­dal prze­by­wał w celi śmierci (przyp. tłum.). [wróć]

Pięt­na­sto­let­nia Eli­za­beth Smart została upro­wa­dzona ze swo­jego domu przez Briana Davida Mit­chella i jego żonę. Wią­zana i gwał­cona regu­lar­nie przez dzie­więć mie­sięcy, została ura­to­wana przez poli­cję i stała się akty­wistką zaj­mu­jącą się kwe­stią bez­pie­czeń­stwa dzieci. Mit­chell został ska­zany na dwu­krotne doży­wo­cie, jego żona odsie­działa pięt­na­ście lat (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rod Leith, The Pro­sti­tute Mur­ders: The People vs. Richard Cot­tin­gham, Lyle Stu­art, Secau­cus, N.J. 1983, s. 17-18. [wróć]

Peter Con­radi, The Red Rip­per, Vir­gin, Lon­don 1992. [wróć]

Robert F. Ken­nedy, Era­di­ca­ting Free Enter­prise in Orga­ni­zed Crime [w:] The Pur­suit of Justice, Har­per and Row, New York 1964. [wróć]

Robert D. Kep­pel, Wil­liam J. Bir­nes, The River­man: Ted Bundy and I Hunt for the Green River Kil­ler, Pocket Books, New York 1995, s. 424, 443. [wróć]

Eric W. Hic­key, Serial Mur­de­rers and Their Vic­tims, 3rd ed., Wad­sworth/Thom­son Lear­ning, Bel­mont, Calif. 2002, s. 132. [wróć]

Ibi­dem, s. 133; zobacz też: Phi­lip Jen­kins, Afri­can-Ame­ri­cans and Serial Homi­cide, "Ame­ri­can Jour­nal of Cri­mi­nal Justice" 1993, 17(2), s. 7-60. [wróć]

Hic­key, Serial Mur­de­rers, op. cit., s. 35. [wróć]

Ibi­dem, s. 213. [wróć]

Ibi­dem, s. 247. [wróć]

Gene John­son, Green River Kil­ler May Con­tri­bute Lit­tle to Serial Kil­ler Stu­dies, Asso­cia­ted Press, 9 listo­pada 2003. [wróć]

Mike Arch­bold, King Coun­try Jour­nal, 8 listo­pada 2003 http://www.king­co­un­ty­jo­ur­nal.com/sited/story/html/14840. [wróć]

Robert K. Res­sler, Ann W. Bur­gess, John E. Douglas, Sexual Homi­cide: Pat­terns and Moti­ves, Lexing­ton Books, Lexing­ton, Mass. 1988, s. 2. [wróć]

U.S. Depart­ment of Justice, Crime in the Uni­ted Sta­tes, press rele­ase, FBI Natio­nal Press Office, Washing­ton, D.C., 13 paź­dzier­nika 1996. [wróć]

Mark Rie­del, Coun­ting Stran­ger Homi­ci­des, "Homi­cide Stu­dies" maj 1998, 2(2), s. 206-219. [wróć]

Fede­ral Bureau of Inve­sti­ga­tion, Uni­form Crime Report 2001, U.S. Govern­ment Prin­ting Office, Washing­ton, D.C. 2002. [wróć]

Uni­form Crime Report 2001. [wróć]

Peter Wyden, The Hired Kil­lers, Ban­tam Books, New York 1963, s. 4. [wróć]

Michael New­ton, Serial Slau­gh­ter: What's behind Ame­rica's Mur­der Epi­de­mic?, Loom­pa­nics, Port Town­send, Wash. 1992, s. 6. [wróć]

Ste­phen J. Gian­nan­gelo, The Psy­cho­pa­tho­logy of Serial Mur­der, Pra­eger, Lon­don 1996, s. 5. [wróć]

New­ton, Serial Slau­gh­ter, op. cit., s. 5. [wróć]

Fede­ral Bureau of Inve­sti­ga­tion, Pre­li­mi­nary Uni­form Crime Report 2002, U.S. Govern­ment Prin­ting Office, Washing­ton, D.C., 16 czerwca 2003. [wróć]

New­ton, Serial Slau­gh­ter, op. cit., s. 5. [wróć]

Hic­key, Serial Mur­de­rers, op. cit. s. 132. [wróć]

New­ton, Serial Slau­gh­ter, op. cit. s. 4. [wróć]

Texas woman might be serial kil­ler vic­tim, San Anto­nio Express-News, http://news.mysa­nan­to­nio.com/story.cfm?xla=saen&xlb=180&xlc=1131955, 14 lutego 2004. [wróć]

Allan Dowd, New Rema­ins Found at Accu­sed Canada Kil­ler's Farm, Reu­ters, 27 stycz­nia 2004; B.C. mis­sing women inve­sti­ga­tion cost $70M, Cana­dian Press, 21 lutego 2004; Cana­dian Police Con­firm Fin­ding Rema­ins of Nine More Van­co­uver Women at Pig Farm, Asso­cia­ted Press, 27 lutego 2004. [wróć]

Res­sler et al., Sexual Homi­cide, op. cit., s. x-xi. [wróć]

Phi­lip Jen­kins, Using Mur­der: The Social Con­struc­tion of Serial Homi­cide, Aldine de Gruy­ter, New York 1994, s. 58-59. [wróć]

John Gill, Mis­sing Chil­dren: How Poli­tics Hel­ped Start the Scan­dal, Father­Mag.com, 2000, http://www.father­mag.com/006/mis­sing-chil­dren/abduction_2.shtml. [wróć]

Michael Fumento, Hud­son Insti­tute, Ame­ri­can Outlook, wio­sna 2002, http://www.fumento.com/exploit.html. [wróć]

John Gill, Mis­sing Chil­dren, op cit., http:// www.father­mag.com/ 006/ mis­sing-chil­dren/ abduction_3.shtml. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Ronald M. Hol­mes, James De Bur­ger, Serial Mur­der, Sage, New­bury Park, Calif. 1988, s. 19-20. [wróć]

Michael New­ton, The Encyc­lo­pe­dia of Serial Kil­lers, Facts on File, New York 2000. [wróć]

Hic­key, Serial Mur­de­rers, op. cit., s. 242. [wróć]

J. Best, Mis­sing Chil­dren: Misle­ading Sta­ti­stics, "Public Inte­rest" 1988, 92, s. 92. [wróć]

Ken­neth Chew, Richard McC­le­ary, Mari­cres Lew, John­son Wang, The Epi­de­mio­logy of Child Homi­cide in Cali­for­nia, 1981 thro­ugh 1990, "Homi­cide Stu­dies" maj 1999, 3(2), s. 151-169. [wróć]

David Fin­kel­hor, Gerald Hota­ling, Andrea Sedlak, The Abduc­tion of Chil­dren by Stran­gers and Non-Family Mem­bers: Esti­ma­ting the Inci­dence Using Mul­ti­ple Methods, "Jour­nal of Inter­per­so­nal Vio­lence" czer­wiec 1992, 7(2), s. 226-243. [wróć]

Jen­kins, Using Mur­der, op. cit., s. 26-27. [wróć]

Ibi­dem, s. 28. [wróć]