Słowo od autora
Słowo od autora
Autor dołożył wszelkich starań, aby chronić
anonimowość osób, których dotyczą historie prezentowane na kartach
niniejszej książki. W tym celu niektóre detale zostały pominięte, część
spraw natomiast stanowi kompilację różnych przypadków. Celowo dokonałem
pewnych zmian w biograficznych, geograficznych, czasowych i kulturowych
szczegółach przywoływanych historii, uważając przy tym, żeby nie stało
się to ze szkodą dla kluczowych elementów danej sprawy. Imiona i nazwiska zabójców, a także osób związanych z daną sprawą, między innymi
lekarzy, policjantów, prawników, świadków i członków rodzin, zostały
zmienione i zastąpione pseudonimami.
Prawdziwe personalia przywoływałem tylko w sytuacjach, gdy informacje
związane z danym dochodzeniem w sprawie zabójstwa wcześniej były już
ogólnie dostępne. W tego rodzaju powszechnie znanych sprawach, w które
byłem zawodowo zaangażowany (ich spis czytelnik znajdzie poniżej),
opierałem się wyłącznie na informacjach pozyskanych ze szczegółowych
sprawozdań z dochodzenia, z relacji medialnych oraz ze zbiorów
orzecznictwa. Uważałem, żeby nie ujawnić żadnych poufnych detali
zdobytych w rozmowach z osobami związanymi z daną sprawą, chyba że już
wcześniej były one ogólnie dostępne. Przykładowo w rozdziale poświęconym
sprawie Anthony'ego Hardy'ego przywołałem w obszernych fragmentach
ekspertyzy biegłych psychiatrów, między innymi taką, którą wcześniej
konsultowałem dla sądu.
W książce pojawiają się również osoby, których personalia wprawdzie nie
były dotąd ujawniane, jednak zgodziły się one, abym wymienił je w tekście z imienia i nazwiska. Tam, gdzie cytuję opublikowane wyniki
badań czy też fragmenty książek, przywołuję nazwiska autorów; na końcu
książki czytelnik znajdzie przypisy z dokładnymi adresami
bibliograficznymi. Bardziej fachowe, specjalistyczne terminy tłumaczę w tekście.
Oto sprawy, z którymi zetknąłem się zawodowo i w których opisie
przywołuję personalia zaangażowanych w nie osób, jednak są to informacje
ogólnie dostępne (w kolejności pojawiania się w książce): sprawa
Anthony'ego Hardy'ego, Daniela Josepha, Sary Thornton, Kathleen
McCluskey, Dennisa Costasa, Johna Wilmota, Christophera Nuddsa (znanego
także jako Christopher Docherty-Puncheon), szejka Abu Hamzy i Dhirena
Barota (terrorystów odpowiedzialnych za plany zamachów z wykorzystaniem
samochodów wypełnionych pojemnikami z gazem oraz samolotów), a także
Muhaydina Mire i Roberta Stewarta.
A to sprawy, przy których nie pracowałem, a tym samym wszelkie
przywoływane przeze mnie informacje pochodzą z domeny publicznej: sprawa
Teda Bundy'ego, Eda Kempera, Andrew Cunanana, Aarona Alexisa, Navjeet
Sidhu, Louise Porton, Tani Clarence, Victorii Climbié, Baby P, "Adama",
Petera Sutcliffe'a, Andrei Yates, Myry Hindley, Maxine Carr, Rosemary
West, Kiranjit Ahluwalii, Giselle Anderson, Sally Challen, Guenthera
Podoli, Rudolfa Hessa, Emile'a Cilliersa, Roberta Hansena, Mohameda
Atty, Timothy'ego McVeigha, sprawy różnych osadzonych w więzieniu
federalnym o maksymalnym rygorze ADX Florence oraz Brentona Tarranta,
Andersa Breivika i Khalida Masooda.
Wstęp
Wstęp
Morderstwo to nie tylko zbrodnia, ale też
poważny problem w dziedzinie zdrowia publicznego. Tylko w 2017 r. na
całym świecie w wyniku zabójstw życie straciło 464 tysiące ludzi, co
daje grubo ponad tysiąc ofiar dziennie. Oznacza to, że morderstwo w tej
niechlubnej statystyce zostawia daleko w tyle konflikty zbrojne (89
tysięcy ofiar) i terroryzm (26 tysięcy). W 2017 r. z premedytacją
uśmiercono około 87 tysięcy kobiet i dziewczynek, z czego 50 tysięcy
zginęło z ręki partnera życiowego lub innego członka rodziny.
Należy zaznaczyć, że plaga zabójstw dotyka pewne zakątki świata w większej mierze niż inne. Przykładowo na terenie obu Ameryk wskaźnik
morderstw utrzymuje się na wysokim poziomie. W niektórych krajach
Ameryki Łacińskiej jest on pięćdziesięciokrotnie wyższy niż w Europie
Zachodniej; zabójstwo należy tam do najczęstszych przyczyn zgonów,
zwłaszcza wśród młodocianych. W ostatnich latach w Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej daje się zaobserwować wyraźny wzrost ataków
nożowniczych ze skutkiem śmiertelnym; morderstwa takie stanowią coraz
większy odsetek 800 notowanych rocznie zabójstw, co jest o tyle
znaczące, że w całej Europie generalnie obserwuje się raczej stopniowy
spadek ich liczby.
Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) definiuje morderstwo jako
"bezprawne pozbawienie życia człowieka, z zamiarem spowodowania śmierci
lub ciężkich obrażeń". W prawie brytyjskim o morderstwie (ang. murder)
- w odróżnieniu od zabójstwa (ang. manslaugther) - mówi się, gdy
poczytalna osoba w sposób bezprawny pozbawia życia inne "rozumne
stworzenie" pozostające pod opieką Królowej, z zamiarem spowodowania
śmierci lub ciężkich obrażeń.
Dlaczego jednak ludzie się mordują? W większości przypadków dochodzi do
tego, gdy sprawca przejawia "normalny" - lub przynajmniej dający się
zrozumieć - stan umysłowy, jednak występujący u niego w wielkim
natężeniu: na przykład gniew, furię, impulsywność, strach czy też
zazdrość. Warto przy tym uświadomić sobie, że niekiedy wyjątkowo trudno
jest wyznaczyć wyraźną granicę, która oddzielałaby ów stan od zaburzenia
psychicznego. Kiedy morderstwa dokonuje człowiek doznający epizodu
psychotycznego, w jego psychice zachodzą zmiany wykraczające daleko poza
normę. Zazwyczaj osoba taka całkowicie utraciła kontakt z rzeczywistością, poddając się urojeniom i halucynacjom (omamom)
właściwym dla psychozy. Najczęściej z sytuacją taką mamy do czynienia w przypadku schizofrenii, będącej poważną chorobą psychiczną. Na całym
świecie około 0,5 procenta populacji żyje ze zdiagnozowaną schizofrenią,
jednak schizofrenicy odpowiedzialni są aż za 6-11 procent morderstw.
Innymi słowy, jak szacują autorzy jednego z przekrojowych opracowań na
ten temat, w przypadku chorego na schizofrenię ryzyko popełnienia
morderstwa jest 19-krotnie większe niż u osoby zdrowej. Należy przy tym
zaznaczyć, że w przypadku ogromnej większości schizofreników istnieje
dużo większe ryzyko, że staną się ofiarami przemocy lub samookaleczenia
niż wyrządzą krzywdę innym; dlatego trzeba wystrzegać się
stygmatyzowania całej grupy osób chorych psychicznie z powodu nagannych
czynów jednostek. Z drugiej strony jednak, mając to na uwadze, nie wolno
nam ignorować faktu, że liczba morderstw dokonywanych przez
schizofreników wzrosła w ostatnim czasie mimo generalnego trendu
spadkowego dla całej populacji.
Londyńskiej Metropolitan Police udaje się rozwiązać około 90 procent
spraw związanych z zabójstwami (dla porównania w wielu dużych miastach
USA współczynnik ten wynosi zaledwie około 60 procent). Skuteczność
londyńskiej policji to w dużej mierze zasługa powołania specjalnych,
świetnie wyposażonych jednostek, których zadaniem jest badanie morderstw
(przy czym również im coraz trudniej jest nakłonić do zeznań świadków
zabójstw ulicznych i morderstw dokonywanych podczas porachunków gangów).
Te imponujące dokonania policji metropolitalnej w zakresie wykrywania
sprawców tych przestępstw mają jeszcze inną przyczynę - otóż wśród ogółu
mordów do rzadkości należą sytuacje, gdy ofiara nie zna sprawcy.
Większość ofiar zna swoich zabójców, dzięki czemu policja nie musi
szukać daleko. Jeden z najczęstszych scenariuszy to sytuacja, gdy ofiara
i zabójca są w związku, przy czym zazwyczaj ofiara ginie, kiedy grozi
partnerowi, że się z nim rozstanie. Ofiarami tego typu morderstw w przeważającej mierze padają kobiety (jedynie 1 procent mordowanych
rocznie mężczyzn ginie z ręki partnerki). Jednakże grupę najbardziej
narażoną na bycie ofiarą zabójstwa stanowią niemowlęta, a zabójcą w tych
sytuacjach zazwyczaj jest matka.
W niemal połowie przypadków morderstw w grę wchodzą alkohol lub
narkotyki, jednak używki rzadko stanowią jedyne wytłumaczenie tragedii.
Zabójstwo motywowane chęcią wzbogacenia się występuje zaskakująco rzadko
- to jedynie około 6 procent ogółu morderstw dokonywanych w Wielkiej
Brytanii i USA (wliczając w to zabójstwa podczas rozboju oraz kradzieży
z włamaniem). Jeszcze rzadziej spotyka się zbrodnie na tle seksualnym,
które stanowią zaledwie niecały 1 procent wszystkich mordów, lecz
zyskują nieproporcjonalnie duży rozgłos, zwłaszcza gdy dochodzi do całej
serii zabójstw tego typu, a ofiary i sprawca byli dla siebie obcymi
ludźmi.
Moim zadaniem jako psychiatry sądowego jest ocena zdrowia psychicznego
sprawców poważnych przestępstw, a także poddanie leczeniu tych spośród
nich, u których zdiagnozowałem zaburzenie psychiczne. Zwykle do badania
przystępuję niedługo po tym, jak sprawca dokonał przestępstwa, a następnie sporządzam pisemną opinię. Często występuję też w sądzie,
gdzie jako biegły w dziedzinie psychiatrii przedstawiam swoją
ekspertyzę, zarówno na etapie procesu, jak i ogłoszenia wyroku. Jednakże
moje zaangażowanie bynajmniej nie ogranicza się do udziału w obradach
Sądu Koronnego.
Kiedy postępowanie karne dobiegnie końca, sprawcę morderstwa należy
umieścić w więzieniu, żeby chronić przed nim resztę społeczeństwa.
Zarazem jednak musimy spróbować zrozumieć, co popchnęło go do zbrodni.
Do zadań psychiatry sądowego należy nie tylko leczenie zaburzenia i rehabilitacja pacjenta, ale też zadbanie o to, żeby w przyszłości
osobnik taki nie dopuścił się ponownie zabronionego czynu. W sytuacji,
gdy sąd rozważa wypuszczenie osadzonego na wolność, zwraca się do mnie z prośbą o ocenę ryzyka, jakie może się z tym wiązać. Do moich obowiązków
należy również nadzór psychiatryczny nad taką osobą podczas zwalniania
jej z więzienia; niekiedy nadzoruję też skazanego, który wyszedł już na
wolność, gdy konieczne jest poddanie go internacji lub roztoczenie nad
nim opieki lekarskiej. W pracy stykam się z ludźmi skazanymi za
morderstwo, ale również dokonuję oceny ryzyka stwarzanego przez osoby,
co do których zachodzi podejrzenie, że mogą w przyszłości przejawiać
zachowania agresywne lub (to bardzo rzadki przypadek) kogoś zabić.
Innymi słowy, jednym z moich obowiązków jest zapobieganie morderstwom,
jednak należy pamiętać, że szacowanie ryzyka w takich sytuacjach jest
wyjątkowo mało miarodajne.
Kiedy stawiałem pierwsze kroki na polu psychiatrii sądowej, była to
pionierska dziedzina nauki i wśród ludzi związanych z nią dominowały
optymistyczne nastroje. Oczywiście nadal wiele zjawisk pozwala z nadzieją spoglądać w przyszłość - przykładowo w niektórych zamkniętych
zakładach psychiatrycznych oferowana jest specjalistyczna pomoc na
znakomitym poziomie, a jakość opieki psychologicznej świadczonej w zakładach karnych generalnie się poprawiła. Tym niemniej optymizm
początkowego okresu przygasł za sprawą odgórnych decyzji, które
doprowadziły do ograniczenia pomocy dla uzależnionych i znacznej
redukcji liczby łóżek w szpitalach dla pacjentów psychiatrycznych.
Obecnie doszliśmy do punktu, gdy gwałtownie wzrosła liczba zabójstw z użyciem noża dokonywanych przez osoby pod wpływem narkotyków, a lokalne
ośrodki zapewniające opiekę zdrowia psychicznego nie radzą sobie z napływem nowych pacjentów i nie dysponują wystarczającymi środkami na
ich leczenie. W efekcie zmuszeni jesteśmy prosić policję i inne służby
ratownicze, żeby wyręczały nas w naszej pracy. W niektórych przypadkach
miało to opłakane konsekwencje, łącznie z morderstwem.
Książka, którą trzymasz teraz w rękach, drogi czytelniku, to opowieść o mojej pracy. Przyjrzymy się w niej zabójstwom na tle seksualnym,
zabójstwom podczas epizodu psychotycznego, matkobójstwu, dzieciobójstwu,
zabójstwom partnerki, zabójstwom partnera (zazwyczaj przez kobietę
mszczącą się na mężczyźnie za znęcanie się), morderstwom będącym
skutkiem nadużywania alkoholu oraz spowodowanym przez uszkodzenia mózgu
zabójcy, morderstwom, po których sprawcy doznawali amnezji, morderstwom
motywowanym chęcią wzbogacenia się: zarówno zabójstwom jednej osoby, jak
i masowym mordom o charakterze ekstremistycznym i terrorystycznym.
Obiecuję, że zajrzymy znacznie głębiej, niż sięgają doniesienia
medialne, i przekonamy się, że wprawdzie każda z tych spraw jest
wyjątkowa, tym niemniej można dopatrzyć się pewnych stałych wzorców
powracających we wszelkich typach morderstw. Oprócz wszystkich tych
tragicznych przypadków, z którymi zetknąłem się na gruncie zawodowym,
również moje życie rodzinne zostało naznaczone śmiercią - opowiem
dokładnie, jak do tego doszło i jakie piętno to zdarzenie odcisnęło na
moich bliskich.
Przede wszystkim jednak niniejsza książka opowiada o tym, co dzieje się
w umyśle człowieka, który podnosi rękę na bliźniego. Stara się
odpowiedzieć na pytania, w jaki sposób możemy zrozumieć takie zbrodnie,
jak dopilnować, by nie powtórzyły się w przyszłości, a także jak
odczytywać znaki zdradzające, że mamy do czynienia z potencjalnym
zabójcą.
Zdaję sobie sprawę, że moja książka ocieka krwią i roi się w niej od
morderców. Wierzę jednak, że czytelnik poszerzy dzięki niej swoje
rozumienie tych trudnych spraw, a w efekcie stanie się lepszym
człowiekiem.
1 Studium przypadku: Anthony Hardy
Studium przypadku:
Anthony Hardy
1
Wpadł dzięki karcie lojalnościowej Nectar.
Tamtego dnia wybrał się na zakupy - chciał zaopatrzyć się w czarne worki
na śmieci. Ponieważ hipermarket sieci Sainsbury's, w którym znalazł
worki, należał do programu lojalnościowego, można w nim było nabić na
kartę dodatkowe punkty za zakup. Pokusa okazała się zbyt wielka. Jakiś
czas później policja zidentyfikowała mężczyznę na nagraniu z kamery
monitoringu.
Anthony Hardy, bo o nim tu mowa, opinii publicznej znany jest lepiej pod
pseudonimem "Rozpruwacz z Camden"1. Ażeby zrozumieć, jak to się
stało, że drogi moja i owego mężczyzny z wyraźną słabością do
gromadzenia punktów na karcie lojalnościowej Nectar przecięły się,
musimy cofnąć się w czasie do stycznia 2002 r. To wtedy policjanci
złożyli Hardy'emu niezapowiedzianą wizytę w jego londyńskim mieszkaniu.
Funkcjonariusze byli przekonani, że czeka ich rutynowa interwencja w sprawie kłótni sąsiedzkiej. Wezwała ich sąsiadka, z którą Hardy, wówczas
mający 51 lat, wdał się w sprzeczkę z powodu przeciekającej rury, po
czym kwasem siarkowym z akumulatora pomazał jej drzwi, zostawiając na
nich jakiś nieprzyzwoity napis. Kiedy wpuścił policjantów do mieszkania,
zwrócili oni uwagę, że drzwi do jednego z pokoi zamknięte są na klucz.
Wzbudziło to ich podejrzenia.
- Co tam jest? - zainteresowali się.
Hardy udawał, że zapodział gdzieś klucz do pokoju. W końcu udało im się
znaleźć go w kieszeni jego płaszcza. Szybko otworzyli zamek.
W pokoju stało łóżko, obok niego wiadro z ciepłą wodą, a dalej aparat
fotograficzny na statywie. Na łóżku policjanci ujrzeli zwłoki 38-letniej
kobiety, którą zidentyfikowano potem jako Sally "Rose" White.
W tym miejscu mógłbyś, szanowny czytelniku, uznać sprawę za wyjaśnioną.
Faktycznie, zgodnie z przewidywaniami Hardy'emu postawiono zarzut
popełnienia morderstwa. Wkrótce jednak stało się jasne, że żadne z obrażeń na ciele denatki, a więc ani ślad po ugryzieniu na prawym udzie
Sally, ani niewielkie zadrapanie na głowie, nie mogło doprowadzić do jej
śmierci. Sekcja zwłok dowiodła, że kobieta cierpiała na chorobę
wieńcową, co skłoniło patologa Freddy'ego Patela do wydania opinii, iż
Sally zmarła na zawał.
W tej sytuacji sąd nie miał innego wyjścia, jak tylko cofnąć zarzuty. 12
marca 2002 r. Hardy przyznał się do uszkodzenia drzwi mieszkania
sąsiadki, po czym na mocy brytyjskiej ustawy o zdrowiu psychicznym (ang.
Mental Health Act) zadecydowano o skierowaniu go na przymusowe leczenie
psychiatryczne (inaczej detencja lub internacja sądowa) i został
przeniesiony z zakładu karnego HM Prison Pentonville na otwarty oddział
szpitala psychiatrycznego St Luke's Hospital w dzielnicy Muswell Hill.
Trafił tam pod opiekę lekarza psychiatrii ogólnej dorosłych, który
leczył go z zaburzeń afektywnych. Zaburzenia afektywne, czy też
zaburzenia nastroju, to w psychiatrii bardzo szerokie pojęcie, mogące w praktyce odnosić się do całego wachlarza stanów psychicznych, między
innymi depresji, która może przybierać najróżniejsze formy: poczynając
od trwającego do dwóch tygodni spadku nastroju, przez apatię, zmęczenie,
poczucie bezwartościowości itd., aż po ostre stany depresyjne, którym
towarzyszą myśli samobójcze i urojenia psychotyczne. Termin "zaburzenia
afektywne" bywa też stosowany w opisie choroby afektywnej dwubiegunowej.
Cierpiące na nią osoby mogą doświadczać wyraźnych epizodów
"maniakalnych", podczas których przejawiają uporczywą skłonność do
irytacji naprzemiennie z nastrojem euforycznym, doświadczają
zmniejszonej potrzeby snu, występuje u nich wielomówność, megalomania
itp.
U Hardy'ego zdiagnozowano łagodne, niekiedy dochodzące do umiarkowanego,
obniżenie nastroju, potęgowane przez nadużywanie alkoholu; lekarz
dopatrzył się też symptomów mogących wskazywać, że pacjent doświadczał
już w przeszłości wahań nastroju. Ponieważ zachodziły nadzwyczajne
okoliczności, zadecydowano, że o oszacowanie zagrożenia, jakie pacjent
może stanowić dla innych, poproszony zostanie psychiatra sądowy.
I właśnie wtedy zwrócono się do mnie.
Psychiatrów sądowych jest niewielu, a przy tym mają oni skłonność do
utrzymywania tajników swojego fachu w tajemnicy. Pośród mniej więcej 330
tysięcy lekarzy zrzeszonych w General Medical Council (brytyjskiej Izbie
Lekarskiej) jest nas tylko garstka, bo ledwie 350, a przy tym mało kto
wie o naszej pracy. Wszyscy jesteśmy wykwalifikowanymi lekarzami (w odróżnieniu od naszych kolegów psychologów): w pierwszej kolejności
psychiatrami, w dalszej biegłymi sądowymi w dziedzinie psychiatrii.
Nim zasiliłem swoją skromną osobą to zacne grono, czekała mnie istna
droga przez mękę. Nigdy nie planowałem dla siebie kariery psychiatry
sądowego. Po 6-letnich studiach medycznych odbyłem 3-letni staż, w ramach którego pracowałem na oddziale ratunkowym oraz za granicą dla
organizacji pomocowej. Następnie zapisałem się na szkolenie
specjalizacyjne organizowane przez szpital Maudsley. Trwający sześć lat
program pozwalał ukierunkować zainteresowania początkującego lekarza,
oferując takie specjalności jak psychozy, uzależnienia i psychiatria
dziecięca. Ostatecznie moją uwagę przykuła psychiatria sądowa, jednak
musiało upłynąć jeszcze sporo czasu, nim zrozumiałem, co stało za moim
wyborem.
Często stykam się z pytaniem: "Czy w pracy ma pan do czynienia ze
zwłokami?". Cóż, owszem, miałem z nimi do czynienia już w trzecim dniu
studiów na University College London (UCL). To wtedy zobaczyliśmy martwe
ciała, na których przez kolejne miesiące mieliśmy się szkolić w sztuce
sekcji zwłok. Oprócz patologów sądowych, a więc specjalistów badających
przyczyny śmierci ofiary, mamy też audytorów śledczych, odontologów,
toksykologów i antropologów sądowych. W przeciwieństwie do wszystkich
tych specjalistów psychiatrę sądowego zwłoki interesują o tyle tylko, o ile mogą mu one zdradzić coś na temat stanu psychicznego mordercy.
Pracuje on w sferze, w której psychiatria przenika się z prawem.
Zazwyczaj oznacza to leczenie chorych psychicznie sprawców, to znaczy
takich osób, które dopuściły się czynu zabronionego, a przy tym
zdiagnozowano u nich zaburzenie psychiczne. Do naszych zadań należy
orzekanie o stanie umysłowym pacjenta i sporządzenie pisemnej
ekspertyzy. Bywamy powoływani przez sąd jako biegli, by przedstawić
opinię w postępowaniu zarówno cywilnym, jak i karnym - wypowiadamy się
wówczas na temat czyjejś poczytalności i odpowiedzialności karnej. Nasza
ocena może mieć rozstrzygające znaczenie w sprawach, w których obrona
podnosi następujące przesłanki częściowo wyłączające winę: powołuje się
na niepoczytalność sprawcy bądź poczytalność ograniczoną, albo dowodzi,
że w grę wchodziła zmowa popełnienia zbiorowego samobójstwa lub
sytuacja, w której sprawca został sprowokowany do czynu i utracił
panowanie nad sobą. We wszystkich tego typu przypadkach w większym lub
mniejszym stopniu sąd zdaje się na opinię biegłego psychiatry, choć
należy zaznaczyć, że niekiedy bywa ona podważana.
Cóż, nie dla nas klasyczne kryminalne łamigłówki, w których stawką jest
odkrycie, kto zabił (czasami możemy najwyżej doradzić policji, czy
zatrzymany jest w stanie pozwalającym go przesłuchać, lub też
wypowiadamy się, gdy pozwany wprawdzie przyznaje się do winy, jednak
wiarygodność jego zeznań jest podawana w wątpliwość - zdarzają się
bowiem przypadki, gdy osoba z zaburzeniami psychicznymi przyznaje się do
popełnienia czynu, którego w rzeczywistości wcale nie popełniła). W naszej pracy bardziej interesuje nas pytanie "dlaczego?" niż "kto?".
Skupiamy się na sprawcy, który został już zatrzymany. Próbujemy
dowiedzieć się, w jakim był stanie psychicznym przed popełnieniem
przestępstwa. Dlaczego i w jaki sposób doszło do morderstwa? Czy
pozbawienie wolności będzie na pewno bezpieczne dla sprawcy? Czy jego
stan psychiczny pozwala mu wziąć udział w procesie? Czy ciąży na nim
częściowa lub pełna odpowiedzialność za przypisywany mu czyn, czy też
popełnienie go należy postrzegać jako wynik zaburzenia psychicznego?
Następnie musimy zadecydować, co powinno spotkać sprawcę po wyroku
skazującym - czy należy umieścić go w psychiatrycznym zakładzie
zamkniętym czy raczej w więzieniu? Czy mamy tu do czynienia z człowiekiem niespełna rozumu, czy po prostu złym? A może z kimś
sytuującym się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami? Kolejna sprawa: jeśli
sprawca zostanie umieszczony w szpitalu, jakie środki bezpieczeństwa
należy przedsięwziąć, a także czy będziemy w stanie wdrożyć leczenie?
Jakie są rokowania w kwestii pełnego wyleczenia? Czy skazany zrozumiał
(a także czy my rozumiemy), co popchnęło go do zbrodni? Czy w związku z tym zdołamy opracować plan zapobiegania nawrotom choroby? Czy będzie go
można bezpiecznie wypuścić z zakładu karnego?
Tego rodzaju wątpliwości piętrzą się zaraz po aresztowaniu. Sytuacje,
gdy jesteśmy proszeni o ocenę podejrzanego przed popełnieniem czynu
zabronionego i oszacowanie ryzyka jego popełnienia, należą co prawda do
rzadkości, lecz niekiedy zdarzają się i takie zlecenia. W przypadku
Anthony'ego Hardy'ego oczekiwano ode mnie właśnie tego rodzaju
rozstrzygnięć.
Doskonale pamiętam tamten dzień - przesłuchałem Hardy'ego 28 sierpnia
2002 r. Kiedy zagłębiłem się w jego historię osobistą, od razu moją
uwagę przykuło parę nietypowych szczegółów. Generalnie psychiatrę
sądowego obowiązuje tajemnica zawodowa, lecz fakty z przeszłości
mężczyzny, a także wyimki z ekspertyz psychiatrycznych były przywoływane
już w sprawozdaniu z niezależnego dochodzenia, dzięki czemu informacje
te są publicznie dostępne, a zatem mogę je tutaj swobodnie omawiać.
Anthony Hardy urodził się w Burton-on-Trent, w hrabstwie Staffordshire.
Nauczyciele zapamiętali go jako ucznia przykładającego się do nauki;
dawało się u niego zauważyć pragnienie wyrwania się z biedy, w której
się wychowywał. Dostał się na studia inżynieryjne na Imperial College
London i poznał tam swoją przyszłą żonę Judith. Para wzięła ślub w 1972
r.; urodziło się im czworo dzieci. Na pewien czas rodzina wyemigrowała
do Australii. Hardy był już znany policji z powodu wszczynania awantur
domowych i zdrad. Żona wprawdzie kilkukrotnie wnosiła pozew o rozwód,
lecz za każdym razem wycofywała go, gdy Anthony dążył do pojednania.
W 1982 r., podczas pobytu w Australii, policja wszczęła śledztwo w sprawie dotkliwego pobicia Judith przez męża. Jak się okazało, Anthony
próbował utopić żonę w wannie, wcześniej zadając kobiecie cios w głowę
butelką zamarzniętej wody. Kształt odniesionej rany miał sugerować, że
Judith poślizgnęła się i upadła, uderzając o brzeg wanny. Możliwe, że
pomysł, by posłużyć się butelką z zamrożoną wodą, Anthony zawdzięczał
lekturze opowiadania Roalda Dahla pt. Lamb to the Slaughter, w którym
bohaterka morduje męża, okładając go zamarzniętą na kość nogą owcy, a na
koniec wręcza narzędzie zbrodni detektywom badającym sprawę zabójstwa.
(Ostatnio sporo się mówi o demoralizującym wpływie gier komputerowych i hip-hopu, może warto w tym kontekście zastanowić się nad zgubnym
oddziaływaniem na psychikę opowiadań Roalda Dahla). Ostatecznie zarzuty
wycofano, a małżeństwo państwa Hardy rozpadło się. Musiały jednak
upłynąć jeszcze cztery lata, nim para wzięła oficjalnie rozwód. W tym
okresie Anthony stracił pracę inżyniera i zaczął przyspieszoną podróż w dół drabiny społecznej - przez jakiś czas zarabiał jako kierowca
taksówki na telefon, a w końcu został bezrobotnym.
Gdy wrócił do Wielkiej Brytanii, zdiagnozowano u niego chorobę afektywną
dwubiegunową, cechy osobowości zaburzonej oraz skłonność do nadużywania
alkoholu. Anthony odbywał potem krótkie odsiadki, między innymi za
celowe uszkodzenie mienia, gdy zdemolował dom swojej byłej żony, a także
ukradł samochód jej nowego partnera (nawiasem mówiąc, działania te
dzisiaj określilibyśmy jako nękanie). Na koncie miał krótkie pobyty w szpitalach psychiatrycznych, pomieszkiwał też w londyńskich hostelach. W tym okresie był skazywany za kradzież, a także zakłócanie porządku
publicznego pod wpływem alkoholu. W 1998 r. został aresztowany po tym,
jak prostytutka oskarżyła go o gwałt; zarzuty ostatecznie oddalono z braku dowodów. W 2002 r. Hardy żył z zasiłków, nadużywał alkoholu i zmagał się z nieleczoną cukrzycą. Wiódł życie samotnika w ponurym niskim
bloku komunalnym niedaleko Royal College Street w londyńskiej dzielnicy
Camden.
Był mężczyzną słusznej postury, tęgawym, mierzącym ponad 180 centymetrów
wzrostu. Podczas naszego spotkania wypowiadał się w spokojny sposób;
odniosłem wrażenie, że każda odpowiedź poprzedzona była poważnym
namysłem. Kiedy spytałem, czy zauważa u siebie jakieś objawy mogące
świadczyć o manii lub depresji, zaprzeczył. Przejawiał wyraźne
zmniejszenie intensywności ekspresji emocji, nazywane w psychiatrii
spłaszczeniem afektu. Zapytany o nękanie byłej żony, próbował
bagatelizować temat, mimo że pewnego razu wybrał się specjalnie aż do
oddalonej o 100 kilometrów od Londynu miejscowości Bury St. Edmunds po
to tylko, żeby cisnąć kamieniem w okno jej nowego domu. Pamiętam, że coś
w jego zachowaniu sprawiło, że czułem się nieswojo. Odpowiadał
niechętnie, a po zakończonym wywiadzie jego psychika nadal pozostawała
dla mnie zagadką, mimo że przyznał wprost, iż zawsze szybko się nudził,
był impulsywny i szukał podniet. Przyznał się również do celowego
uszkodzenia mienia, gdy namazał na drzwiach do mieszkania sąsiadki napis
"Wypierdalaj szmato", a potem przy pomocy lejka wykonanego z przeciętej
plastikowej butelki po cydrze, wsuniętego do szpary na listy w drzwiach,
nalał do mieszkania kwasu siarkowego z akumulatora. Jak stwierdził, w tamtym okresie tęgo popijał. Utrzymywał co prawda, że nie pamięta, jak
Rose White znalazła się w jego mieszkaniu, lecz stwierdził, że być może
sam ją tam przyprowadził. Przyznał też wprost, że nieraz korzystał z usług prostytutek pracujących w okolicy stacji metra King Cross. Jedna z pielęgniarek poinformowała mnie potem, że Hardy'ego bardzo zdenerwowały
moje pytania związane z Rose; podobno po naszym wywiadzie pacjent zaczął
przejawiać myśli samobójcze.
Podczas pobytu w St. Luke's Hospital Hardy zobowiązał się, że po
powrocie do domu podejmie terapię dla osób uzależnionych od alkoholu.
Kiedy na próbę wypuszczono go na jednodniową przepustkę, nie sprawiał
żadnych problemów. Przejawiał skruchę z powodu swojego wcześniejszego
zachowania w stosunku do sąsiadki; nie zaobserwowano też żadnych
sygnałów mogących wskazywać, że dalej żywi do niej urazę.
Na koniec sporządziliśmy sprawozdanie z wywiadu (wyjątkowo z pacjentem
rozmawiałem nie tylko ja, ale też stażysta szkolący się pod moim okiem,
tak byśmy mogli potem porównać nasze notatki). W sprawozdaniu
uwzględniliśmy wcześniejsze odnotowane przypadki przemocy w stosunku do
byłej żony. Ponieważ pewne detale związane ze śmiercią Rose White
budziły nasze podejrzenia (szczególnie obecność aparatu fotograficznego
na statywie w pokoju, w którym znaleziono jej zwłoki), w raporcie
rekomendowaliśmy poinformowanie lokalnego oddziału Multi-Agency Public
Protection Arrangements (Międzyagencyjny Zespół ds. Bezpieczeństwa
Publicznego MAPPA, organ łączący policję z kuratorem, którego zadaniem
jest obserwacja potencjalnie groźnych jednostek)2, tak by
przed wypisaniem Anthony'ego ze szpitala opracowano jakiś plan dalszego
postępowania. W naszej ocenie Hardy mógł w przyszłości stanowić
zagrożenie dla kobiet, przy czym nie musiało mieć to wcale związku z jego stanem psychicznym czy nadużywaniem alkoholu. Należy też pamiętać,
że zgodnie z wynikami autopsji Rose White musieliśmy w naszych
rozpoznaniach zakładać, iż Anthony nie przyczynił się do jej śmierci.
Moje kontakty z Hardym ograniczyły się w owym czasie do tego wywiadu. W następnych miesiącach byłem zajęty pracą przy innych sprawach. Miało się
to zmienić dopiero w sylwestra 2002 r.
Zawsze noszę przy sobie dwa telefony komórkowe: jeden prywatny, drugi
służbowy. Tamtego wieczoru prywatny aparat miałem w kieszeni spodni, za
to służbowy tkwił w kieszeni kurtki, którą zostawiłem na wieszaku w korytarzu, tuż za kuchnią, do której wchodzi się po trzech niskich,
niezbyt równych schodkach.
Jedno z naszych dzieci miało wtedy rok, a drugie trzy lata, więc wypad
na sylwestrową balangę nie wchodził w grę. Dlatego zaprosiliśmy do nas
paru znajomych, żeby wspólnie świętować nadejście nowego roku. Deszczowa
i wietrzna pogoda, prawdę mówiąc, nie nastrajała do wyjścia. Poza tym
tego wieczoru gotowałem, a więc byłem w swoim żywiole.
Ponieważ i ja, i moja małżonka pracowaliśmy w pełnym wymiarze godzin
jako lekarze, dzieliliśmy się obowiązkami domowymi, między innymi na
zmianę odbierając chłopców ze żłobka, w zależności od tego, które z nas
danego dnia pracowało do późna. W tamtym okresie mieliśmy bardzo napięty
grafik, jak zresztą każda młoda rodzina, spodobał mi się więc pomysł,
żebym w sylwestra zapomniał o praniu i zajmowaniu się dziećmi i zamiast
tego wcielił się w rolę szefa kuchni. Oczywiście zawsze istnieje pokusa
pójścia na łatwiznę i włożenia do piekarnika, powiedzmy, ryby w panierce. Weekendy były jednak czasem, gdy zrobienie świeżego spaghetti
z owocami morza dawało mi wymarzoną odskocznię od codziennej rutyny.
Poza tym od jakiegoś czasu miałem w zwyczaju ubarwiać wizyty w więzieniach i zapomnianych klinikach psychiatrycznych zakupami w nietypowych miejscach, które na co dzień nie były mi po drodze: wpadałem
na przykład do oferujących sycylijskie przysmaki delikatesów Salvino
niedaleko więzienia Holloway, do Spice Shop mijanego w drodze powrotnej
z zakładu karnego Wormwood Scrubs czy też do Coastline Galicia, jednego
z ostatnich tradycyjnych sklepów rybnych.
W sylwestra towarzystwa miała dotrzymać nam para psychiatrów. Na gości
czekała butelka całkiem niezłego treściwego czerwonego wina, a ja
zająłem się przygotowywaniem ambitnego poczęstunku na wieczór. Ponieważ
skupiony byłem na gotowaniu, a z głośników sączył się utwór Milesa
Davisa Max is Making Wax z płyty Live at the Pasadena Civic
Auditorium, nie od razu usłyszałem dzwonek służbowego telefonu
dobiegający z korytarza. Zanim zdołałem dobiec do wieszaka i wydobyć
aparat z kieszeni kurtki, dzwoniący już się rozłączył.
Zerknąłem szybko na wyświetlacz i momentalnie poczułem ukłucie
niepokoju. Dzwonił Doug Cardinal, pielęgniarz ze szpitala
psychiatrycznego, pełniący funkcję łącznika z policją. Było jasne, że
stało się coś złego, w przeciwnym wypadku Doug by mnie nie niepokoił.
Musiało dojść do tzw. poważnego zdarzenia niepożądanego. Fakt, że
próbował skontaktować się właśnie ze mną - a więc lekarzem, który nie
miał dziś dyżuru - bardzo źle wróżył.
Kiedy spróbowałem oddzwonić, włączyła się skrzynka głosowa. Pewnie nie
ma zasięgu, bo zszedł do piwnicy, do aresztu tymczasowego, pomyślałem,
po czym wróciłem do kontemplowania muzyki Milesa Davisa. Jednak cudowny
błogi spokój, który towarzyszył dotąd mojemu gotowaniu, przepadł
bezpowrotnie. Jego miejsce w moim sercu powoli zaczął wypełniać strach.
Prawda jest taka, że my, psychiatrzy sądowi, oprócz lęku, który dzielimy
z lekarzami wszystkich specjalizacji, związanego z możliwością podjęcia
błędnej decyzji, która zaszkodzi pacjentowi, zmagamy się z jeszcze dwoma
innymi demonami. Przede wszystkim zawsze towarzyszy nam niepokój, że
pacjent targnie się na swoje życie. Szacuje się, że każdego roku na
całym świecie 800 tysięcy ludzi popełnia samobójstwo - to dwukrotnie
więcej niż liczba ofiar zabójstw. W Anglii i Walii w 2018 r., dość
typowym pod tym względem, odnotowano 6507 samobójstw. Oznacza to, że
niemal 10 razy więcej ludzi odebrało sobie życie, niż poniosło śmierć na
skutek morderstwa. W tym samym okresie na analizowanym terenie 1770 osób
zginęło w wypadkach drogowych. Spośród wszystkich samobójstw w 1700
przypadkach na swoje życie targnęły się osoby leczone psychiatrycznie.
Stąd wniosek, że śmierć pacjenta, jakkolwiek za każdym razem tragiczna,
zdarza się w pracy psychiatry stosunkowo często. Ale jeszcze większym
strachem napawa nas myśl, że pacjent może odebrać życie komuś innemu. Na
około 800 zabójstw popełnianych rocznie na terenie Wielkiej Brytanii w około 75 przypadkach sprawcą jest osoba niezrównoważona psychicznie
(mniej więcej 10 procent przypadków). Spośród tej liczby mniej więcej
dwie trzecie to pacjenci leczeni psychiatrycznie.
Innymi słowy, morderstwa popełniane przez pacjentów należą do rzadkości.
Jednak gdy już do nich dochodzi, mają katastrofalne skutki. I stanowią
największy koszmar dla psychiatry, który prowadził leczenie danego
pacjenta.
Nieodebrany telefon od Douga Cardinala wystarczył, bym zaczął
zastanawiać się, którzy z moich pacjentów byli mordercami i który z nich
mógł "pójść na całość" po odzyskaniu wolności. W pierwszej kolejności do
głowy przyszedł mi Gavin Faulkner, schizofrenik z Glasgow, który dźgnął
nożem nieznajomego mężczyznę, po czym wepchnął zwłoki do Regent's Canal.
Tłumaczył potem, że postąpił tak, ponieważ wydawało mu się, że słyszy,
jak nieznajomy gwiżdże melodię z piosenki zatytułowanej David Watts
(był to utwór z repertuaru Paula Wellera, muzyka, co do którego Gavin
już dawno uroił sobie, że go prześladuje). Innym kandydatem, o którym
pomyślałem, był Paul Kennedy, pogodny Irlandczyk zajmujący mieszkanie
socjalne tuż przy pubie. Pewnego dnia Paul, należący do Kościoła
Scjentologicznego, skrócił o głowę kolegę z grupy kościelnej pod wpływem
urojenia, że ten wdał się w romans z jego partnerką.
W ciągu pół godziny dzwoniłem jeszcze dwukrotnie do Douga, jednak za
każdym razem włączała się skrzynka głosowa. W końcu przyjechali nasi
goście, a ja skorzystałem z okazji, żeby skosztować wina. Alkohol
niewiele jednak pomógł; myślami byłem przy pracy. W pewnym momencie
wyślizgnąłem się z powrotem do kuchni i znów wybrałem numer Douga na
służbowym telefonie. Tym razem pielęgniarz odebrał i zaraz potwierdził
moje obawy: działo się coś poważnego. Konkretnie: policja poszukiwała
mordercy. Okazało się, że w ulicznym kuble na śmieci znaleziono części
ludzkiego ciała. Podczas dochodzenia policja analizowała wiele
potencjalnych wątków, a jeden z nich dotyczył mojego byłego pacjenta.
Jak wyraził się Doug Cardinal, oczekiwano, że "zechce on spotkać się z policją, żeby odpowiedzieć na parę pytań".
Pacjentem tym był Anthony Hardy.
To było dla mnie spore zaskoczenie. O ile wiedziałem, Hardy na mocy
ustawy o zdrowiu psychicznym został skierowany na okres 6 miesięcy na
detencję sądową i powinien nadal przebywać w szpitalu psychiatrycznym
St. Luke's. Dopiero potem miałem się dowiedzieć, że bez mojej wiedzy
lekarze zadecydowali w listopadzie o wypisaniu pacjenta. W tamtym
momencie najważniejsze jednak było to, że Hardy wyszedł ze szpitala i że
teraz poszukiwany jest przez policję w ramach śledztwa w sprawie
morderstwa.
Nadal jednak w moim sercu tlił się nikły płomyk nadziei. Niewykluczone
przecież, tłumaczyłem sobie, że dodano go do listy podejrzanych niejako
z automatu - w jego mieszkaniu w tym samym roku znaleziono zwłoki młodej
kobiety, która zmarła na zawał, więc nie byłoby w tym nic dziwnego.
Przez około godzinę trwałem uczepiony tej nadziei, do czasu, gdy znów
skontaktował się ze mną Doug. Akurat kroiłem krwisty kawał słabo
wysmażonej dziczyzny, gdy zadzwonił telefon.
- Richardzie, obawiam się, że Hardy to główny podejrzany - oznajmił
Doug.
- Rozumiem - odparłem ponuro. - Dlaczego tak sądzisz?
- W jego mieszkaniu policja odnalazła pozbawiony głowy tułów, owinięty w worki na śmieci.
Cóż, przynajmniej nie ma już miejsca na wątpliwości, pomyślałem.
Czułem, jak na karku cierpnie mi skóra.
- Zatrzymali go już? - zapytałem.
- Nie, nadal jest na wolności. Policja ogłosiła właśnie, że traktuje tę
sprawę priorytetowo.
W tym momencie ogarnęło mnie dziwne uczucie - miałem wrażenie, że to
wszystko nie dzieje się naprawdę. Właśnie dowiedziałem się, że
mężczyzna, którego stan psychiczny ocenialiśmy przed paroma miesiącami,
dopuścił się morderstwa, a właściwie podwójnego morderstwa. Gorączkowo
starałem się zrozumieć, jak mogło do tego dojść. Przypomniałem sobie
przypadek Christophera Clunisa, schizofrenika, który w 1992 r. na stacji
kolejowej Finsbury Park zabił Jonathana Zito. Wprawdzie z początku
sprawa nie zyskała rozgłosu, jednak dzięki staraniom żony Jonathana,
Jayne, w końcu powołano komisję śledczą do zbadania tego dziwnego
zabójstwa. Z jej ustaleń wiemy, że w ciągu pięciu lat poprzedzających
atak Clunis lądował aż na dziewięciu oddziałach psychiatrycznych oraz że
wielokrotnie atakował innych pacjentów i pielęgniarzy, rzucając się na
nich z nożem. W czasie, gdy doszło do tragicznego spotkania z Zito,
Clunis był leczony w kilku poradniach zdrowia psychicznego na terenie
Londynu i niedługo przed morderstwem został wypisany ze szpitala.
Mieszkał samotnie w kawalerce, nie zażywał przepisanych lekarstw.
Raport przedstawiony przez komisję śledczą badającą sprawę Clunisa,
opublikowany w czasach, gdy zaczynałem swoją przygodę z psychiatrią,
wiele zmienił w świadomości lekarzy w kwestiach ryzyka, jakie wiązało
się z leczeniem potencjalnych morderców, oraz ochrony własnego dobrego
imienia. Potwierdzenie tych zmian przyniosła podsłuchana przeze mnie
rozmowa dwóch doświadczonych lekarzy na stołówce szpitalnej. Rozmawiali
półgłosem, ale i tak bez trudu zorientowałem się, że mówią o koledze po
fachu, którego nazwisko pojawiło się w raporcie komisji. Zgodnie z nowymi wytycznymi każde wypisanie pacjenta ze szpitala poprzedzone
musiało być opracowaniem dokładnego planu dalszego postępowania, a późniejsze postępy badanego miały być na bieżąco monitorowane i dokumentowane. Szacowanie zagrożenia, jakie pacjent może stanowić dla
otoczenia - a więc zadanie, któremu ja i mój zespół poświęciliśmy się
podczas pracy z Hardym - stanowiło wyjątkowy przypadek. Często trafiały
się osoby, które wprawdzie nie kwalifikowały się do detencji sądowej,
tym niemniej ich stan psychiczny albo zachowanie dawały powody do obaw.
Zawsze byłem przekonany, że zagrożenie stwarzane przez pacjenta jest w dużej mierze niewymierne. Obecnie dysponujemy bardziej zaawansowanymi,
czulszymi narzędziami diagnostycznymi, które łączą podejście aktuarialne
z klinicznym, jednak w 2002 r. nie były one jeszcze w powszechnym
użyciu. Ulepszyliśmy nasze zdolności przewidywania określonych zachowań,
lecz nadal mechanizmy te pozostawiają wiele do życzenia - jesteśmy
trochę jak synoptyk, którego we wrześniu prosi się o sporządzenie
prognozy pogody na pierwszego lipca przyszłego roku. Jasne, taki
nieszczęśnik może powoływać się na wzorce klimatyczne, jednak
przewidzenie, czy danego dnia będzie padał deszcz, zwyczajnie wykracza
poza jego możliwości - ewentualnie może on uciec się do mało
precyzyjnych, ogólnych kategoryzacji w rodzaju określenia, czy występuje
niskie średnie lub wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia opadów.
Skoro nie jesteśmy w stanie wiarygodnie przewidzieć wystąpienia
ryzykownych zachowań, pozostaje nam próbować poddać je kontroli. Jeśli
pacjent nie wymagał natychmiastowej detencji sądowej w Broadmoor
(szpitalu psychiatrycznym o wzmocnionym zabezpieczeniu), zawsze trzeba
się liczyć z możliwością wystąpienia "gwałtownej burzy tropikalnej" - to
znaczy psychiatra musi być gotowy na to, że ktoś straci życie, a zasadność wydanej przez niego opinii zostanie podana w wątpliwość. Jak
mawiali moi opiekunowie podczas stażu: "Zabezpieczaj się, rób
dokumentację" oraz "Zawsze zaczynaj od przyjęcia najgorszego
scenariusza".
W sprawie Hardy'ego, jak zresztą we wszystkich tego typu przypadkach,
braliśmy pod uwagę ryzykowne zachowania pacjenta w przeszłości. Zmyliło
nas wówczas przedstawione przez sąd rozpoznanie, że Rose White zmarła z przyczyn naturalnych. Dlatego, mimo że historia Hardy'ego pozwalała
przypuszczać, iż również w przyszłości może on uciec się do przemocy,
gróźb i nękania prostytutek albo partnerek życiowych, nie uwzględniliśmy
ryzyka morderstwa. Jak już wspomniałem, szczegółem, który budził nasze
podejrzenia, był aparat fotograficzny na statywie. Jego obecność w pokoju, w którym znaleziono ciało Rose, skłaniała do spekulacji na temat
tego, co tak naprawdę się tam wydarzyło. Jednak jako że w aparacie nie
znaleziono kliszy, nie dysponowaliśmy żadnymi informacjami, które
pozwalałyby się domyślić, że podejrzany ma skłonność do wiązania swoich
partnerek seksualnych i praktyk sadomasochistycznych. A ponieważ nie
mieliśmy wystarczających kwalifikacji, żeby podważać opinię uznanego
patologa, dlatego ostatecznie uznaliśmy, że odsuniemy nasze podejrzenia
na bok.
Teraz myślami wróciłem do zwłok Rose - powód jej śmierci, jak się
okazało, miał znacznie większe znaczenie, niż skłonni byliśmy pierwotnie
przyznać. Co zatem przydarzyło się tej kobiecie?
Jakiś czas później nasi goście pożegnali się, a rok 2003 oficjalnie się
rozpoczął. Zostałem sam w kuchni. Wkładałem brudne naczynia do zmywarki,
a mój mózg przez cały czas pracował pełną parą. Tamtej nocy prawie nie
zmrużyłem oka.
W Nowy Rok obudziłem się w paskudnym nastroju. Miałem wrażenie, jakby na
dnie mojego żołądka zalęgła się groza. Robiąc dobrą minę do złej gry,
obudziłem chłopców i pomogłem im się ubrać. Patrzyłem ponuro, jak
starszy z synów, usadowiony w wysokim dziecięcym krzesełku, przeżuwa
tosty maczane w żółtku ugotowanego na miękko jajka.
Tego dnia mżyło. Niebo zasnuły szare chmury. Przez wychodzące na północ
przeszklone drzwi do ogrodu widziałem, jak zielony dmuchany basenik dla
dzieciaków napełnia się deszczówką. Żeby odpędzić makabryczne myśli,
próbowałem skupić się na przyziemnych zajęciach, takich jak
zeskrobywanie wosku ze świec, który oblepił zeszłego wieczoru blat
stolika. Wyobrażałem sobie, że to będzie spokojny Nowy Rok. Bardzo się
przeliczyłem.
Ponieważ jestem uzależniony od kawy, uznałem w końcu, że pora na dawkę
kofeiny. Wypłukałem kawiarkę, nasypałem do niej trochę kawy z ulubionego
sklepu, prowadzonego przez Algierczyków w Soho, i postawiłem naczynie na
gazie. Moja żona, przyzwyczajona do mężowskich napadów lęku o pacjentów,
próbowała wybić mi z głowy katastroficzne scenariusze.
- Zawsze wyobrażasz sobie najgorsze rzeczy, a potem okazuje się, że
wcale nie było tak źle - przypomniała.
Zapewne chodziło jej o sprawę sprzed kilku lat. Szykowaliśmy się do
wyjazdu na nasz, i tak już odkładany, miesiąc miodowy, i na dwa dni
przed nim jak grom z jasnego nieba runęła na mnie wiadomość o morderstwie. Byłem teraz wdzięczny żonie, że próbuje mnie pocieszać.
Jednak w głębi duszy przeczuwałem, że tym razem moje obawy nie są
bezpodstawne.
Pomyślałem o Craigu, stażyście, którego szkoliłem. Sumienny i inteligentny, należał do najlepszych praktykantów, z jakimi dotąd miałem
przyjemność pracować. Teraz tkwił jednak w błogiej nieświadomości
wypadków z ubiegłej nocy. Zwlekałem z telefonem do niego. Do dziesiątej
rano krążyłem po kuchni, a trzy filiżanki espresso bynajmniej nie
pomogły mi ukoić nerwów. Wreszcie wybrałem numer Craiga, żeby podzielić
się z nim złymi nowinami.
- Chciałbym jeszcze raz przeczytać nasz raport - powiedziałem. - Raczej
mało prawdopodobne, żeby Hardy miewał epizody maniakalne, nie sądzisz?
Sprawia wrażenie człowieka zbyt zorganizowanego, by móc dopuścić się
tych zbrodni.
Kiedy mówię o epizodzie maniakalnym, mam na myśli okres, w którym
pacjent przejawia nastrój ekspansywny lub rozdrażnienie, a także
nadmierną utrzymującą się przez dłuższy czas aktywność lub energię. Żeby
spełnić kryteria manii, zachowanie takie musi występować przez większą
część dnia i utrzymywać się przez co najmniej tydzień, a przy tym nie
być bezpośrednią pochodną działania narkotyków czy alkoholu.
Oczywiście żaden z nas nie wiedział, w jakim stanie był obecnie Hardy.
Na tym etapie szczegóły, które do nas docierały, były bardzo niejasne.
Od razu jednak wyczułem w jego głosie, że Craig zaczyna się martwić.
- Nie przejmuj się - próbowałem go pocieszyć. - Ewentualna wina leży po
mojej stronie. Pracowałeś pod moim nadzorem.
Bez dwóch zdań, sam nawarzyłem tego piwa.
W późniejszej rozmowie z Dougiem Cardinalem udało mi się uzyskać dalsze
informacje, które rzuciły nieco światła na sprawę: poważne zajście
zgłoszono, gdy bezdomny zawiadomił policję o znalezieniu szczątków
ludzkich. Miało to miejsce na dzień przed sylwestrem, niedaleko domu
Hardy'ego przy Royal College Street, w dzielnicy Camden. Mężczyzna
natknął się na szczątki, kiedy w poszukiwaniu jedzenia przetrząsał
uliczny śmietnik na kółkach. Niezrażony przez unoszący się wokół
śmietnika odór, otworzył zielony worek na śmieci i ujrzał dwie ludzkie
nogi. O swoim przerażającym znalezisku zawiadomił policję, która
niezwłocznie odgrodziła teren i przystąpiła do przeszukiwania. Szczątki,
które odnaleziono, jak się potem okazało, należały do dwóch różnych
kobiet: 34-letniej Bridgette Maclennan oraz 29-letniej Elizabeth Valad.
Obie znane były policji jako prostytutki pracujące w okolicy stacji
metra King Cross.
Nazajutrz policjanci udali się do mieszkania Hardy'ego. Mieli nakaz
rewizji, o który wystąpili na podstawie sprawy z początku ubiegłego
roku. Na miejscu okazało się jednak, że był niepotrzebny. Drzwi do
mieszkania Anthony'ego zastali otwarte.
W środku paliło się światło, ale mieszkanie było puste. Drzwi do
sypialni ktoś zamknął na klucz, a szparę pod nimi uszczelnił szmatami,
ale to bynajmniej nie powstrzymało odoru wydobywającego się z pomieszczenia.
Po sforsowaniu drzwi do pokoju znaleziono górną część tułowia, częściowo
owiniętą w czarne worki na śmieci sklejone taśmą. Tułów należał do
Maclennan. Zabezpieczono również dwa kawałki nogi, które należały do
Valad.
W dużym kontenerze na śmieci stojącym na tyłach budynku policjanci
znaleźli ramiona Valad i jej lewą stopę, a także dolną część tułowia
Maclennan. Inne części ciał, jak się okazało, sprawca porzucił w różnych
miejscach dzielnicy Camden; policja zdołała zlokalizować niemal
wszystkie - nigdy jednak nie odnaleziono głów ani dłoni obu kobiet.
Kiedy usłyszałem o tych szczegółach, momentalnie przypomniał mi się
aparat fotograficzny na statywie. Pierwsze skojarzenie narzucało się
samo: mamy do czynienia z morderstwem na tle seksualnym i najwyraźniej
ofiar jest więcej niż jedna. Przyswoiłem sobie typologię miejsc zbrodni
w morderstwach na tle seksualnym, opracowaną w latach 80. XX wieku przez
Roberta Resslera i Johna Douglasa z FBI3. Zaproponowali oni
podział morderstw na "zorganizowane" i "chaotyczne (nawiasem mówiąc,
brytyjski kryminolog David Canter podważył potem zasadność tej
typologii, zarzucając jej zbytnie upraszczanie tematu)4. Miejsce
zbrodni w morderstwie zorganizowanym nie przydaje się przy
identyfikowaniu choroby psychicznej u sprawcy ani nie pomaga jej
wykluczyć, ponieważ nawet osoby zmagające się z najdziwaczniejszymi
urojeniami nie są pozbawione zdolności celowego planowania. W każdym
razie owijanie tułowia w worki na śmieci nie wskazywało raczej na to, że
mamy do czynienia z osobą przeżywającą ostry stan maniakalny.
Połączyłem się z internetem dzięki modemowi telefonicznemu. Odczekałem
chwilę, aż umilknie dźwięk towarzyszący łączeniu się z siecią, wpisałem
kod i otworzyłem mail od Craiga zawierający nasz raport. Przestudiowałem
go dokładnie i odetchnąłem z ulgą - był bardzo wyczerpujący. Niewielka,
aczkolwiek potrzebna mi wtedy pociecha.
2
2
Następny dzień był szary i ponury. Pogoda
doskonale współgrała z moim nastrojem, gdy jechałem do szpitala
psychiatrycznego o średnim stopniu zabezpieczeń, mojego głównego miejsca
pracy.
Szpitale psychiatryczne o średnim stopniu zabezpieczeń usytuowane są na
rogatkach Londynu. Ktoś niezorientowany nigdy by nie zgadł, co kryje się
za ich murami. W tamtym czasie pracowałem w starym kompleksie budynków
szpitalnych z epoki wiktoriańskiej, mniej więcej na granicy pasa zieleni
wokół miasta, niedaleko autostrady M25, będącej londyńską obwodnicą. W drodze do pracy, poruszając się po ternie szpitala jednokierunkowymi
uliczkami, musiałem minąć wielopoziomowy parking samochodowy, przed
kostnicą skręcić w lewo i zjechać w dół, kierując się na tyły kompleksu
i mijając niski budynek oddziału zdrowia psychicznego. Podzielony był on
na szereg bloków, z których każdy mógł pomieścić piętnastu pacjentów. W tamtym okresie detencja trwała zazwyczaj kilka tygodni, dzisiaj pacjenci
spędzają tam najczęściej zaledwie kilka dni. Od tamtej pory zlikwidowano
szereg tego rodzaju oddziałów otwartych, co sprawiło, że jeszcze więcej
pacjentów musi sobie radzić bez opieki szpitalnej. (Oficjalnie za
decyzjami stoi troska o dobro chorych - rząd utrzymuje, że kieruje nim
chęć zapewnienia im opieki, która nie będzie ograniczać ich swobód. W rzeczywistości chodzi o cięcie kosztów).
U podnóża wzniesienia stoi kilka dwukondygnacyjnych budynków z brązowej
cegły o spadzistych dachach, wzniesionych na początku lat 90. XX wieku.
To tutaj mieści się wspomniany oddział psychiatryczny o średnim stopniu
zabezpieczeń. Gdy w latach 70. i 80. XX wieku na mocy odgórnej decyzji
zlikwidowano zakłady zamknięte dla przewlekle chorych psychicznie,
wkrótce stało się jasne, że w przypadku pewnej grupy pacjentów szanse na
funkcjonowanie w lokalnej społeczności są zerowe. Na fali tej reformy
wypisaliśmy z naszego szpitala ponad tysiąc pacjentów, kierując ich pod
opiekę pozaszpitalną, jednak ci, którzy stwarzali największe problemy i byli agresywni, zostali umieszczeni w placówce nazywanej przejściowym
oddziałem psychiatrycznym o wzmocnionym zabezpieczeniu. Zadaniem tego
rodzaju specjalnie zaprojektowanych jednostek było zapewnienie miejsca,
do którego trafialiby pacjenci wypisywani z Broadmoor, zanim jeszcze
zostaną oddani pod opiekę lokalnej psychiatrycznej służby zdrowia.
Projekt ten stanowił też realizację polityki, w myśl której należało za
wszelką cenę unikać umieszczania osób chorych psychicznie w zakładach
karnych.
Lata, w których powołano do istnienia tę placówkę, należały do
optymistycznej z ducha epoki, czerpiącej inspirację z doświadczeń
pionierskich i sowicie finansowanych holenderskich ośrodków badawczych
psychiatrii sądowej, jak chociażby Van der Hoeven Kliniek w Utrechcie. W Holandii w ocenie odpowiedzialności karnej stosuje się oryginalny system
skali ruchomej - sprawca przestępstwa, jeśli kwalifikuje się do leczenia
psychiatrycznego, część wyroku spędza w szpitalu, część w więzieniu,
przy czym długość obu okresów uzależniona jest od indywidualnych
potrzeb. To właśnie Holendrom nasi krajowi pionierzy w dziedzinie
psychiatrii sądowej zawdzięczają ideę, by podnieść standardy opieki
psychiatrycznej świadczonej na oddziałach o średnim stopniu
zabezpieczeń. Inicjatywy takie stały się synonimem wysokich standardów i wzorowego finansowania, które odtąd stawiano za wzór wiecznie
borykającej się z problemami finansowymi NHS (National Health Service,
Państwowa Służba Zdrowia w Wielkiej Brytanii).
Od tamtego czasu upłynęło mniej więcej dwadzieścia lat i niestety, mimo
olbrzymich postępów, jakie dokonały się w dziedzinie zbierania dowodów,
większego zaawansowania metod śledczych, a także pracy nad poprawą
relacji pacjent-opiekun, generalny trend jest odwrotny. W ostatnim
okresie dominuje raczej tendencja, by sprawców z zaburzeniami umieszczać
w zakładach karnych, tym samym ograniczając ryzyko, że mogliby w przyszłości okazać się groźni dla otoczenia. Sędziowie sądów koronnych,
jeśli mają do wyboru posłać skazanego z zaburzeniami do szpitala lub
więzienia, generalnie skłaniają się ku drugiemu rozwiązaniu, co znajduje
swoje odbicie w orzecznictwie. Nie dość jednak, że mamy do czynienia z ewidentną ewolucją w tendencjach prawnych i sądowych, musimy dodatkowo
zmagać się z wysiłkami NHS zmierzającymi do ograniczenia wydatków na
szpitalne leczenie psychiatryczne i psychiatrię sądową.
Tamtego deszczowego poranka w drodze na oddział o wzmocnionym
zabezpieczeniu zaparkowałem samochód na świecącym pustkami parkingu. Po
wielokrotnych wizytach w warsztacie samochodowym pozbyłem się w końcu
bez żalu mojej wysłużonej czerwonej alfy romeo 164 i jeździłem teraz
hatchbackiem, bardziej odpowiadającym moim aktualnym potrzebom, z dwoma
fotelikami dziecięcymi z tyłu.
Na oddział wchodziło się przez dwie pary drzwi otwieranych zdalnie przez
recepcjonistkę. Pamiętajmy, że był 2002 r. - na technologię czytników
linii papilarnych musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat.
W tamtym czasie, tak samo zresztą jak teraz, obszar opieki medycznej na
terenie oddziału psychiatrycznego składał się z jednoosobowych sal, do
których pacjenci mieli swoje klucze. Jako że pensjonariuszom takiego
oddziału przysługuje względnie duża swoboda, wymaga on bardziej licznego
personelu niż więzienie, gdzie jeden strażnik wystarczy do nadzorowania
całego bloku. W przeciwieństwie do więzienia wszystkim pacjentom, gdy
ich stan już się ustabilizuje, zapewniana jest indywidualna, dostosowana
do ich potrzeb opieka: leczenie farmakologiczne, grupowa terapia
uzależnień, psychoterapia indywidualna oraz terapia zajęciowa.
Ogólnie rzecz biorąc, na oddziale panuje spokój. Jednak gdy coś się
wydarzy, sytuacja potrafi eskalować błyskawicznie. Natychmiast
wszczynany jest alarm i wzywa się zespół szybkiego reagowania, którego
zadaniem jest uspokojenie sytuacji lub obezwładnienie pacjenta, a w skrajnych przypadkach odizolowanie osób z ostrymi zaburzeniami lub
zachowujących się agresywnie.
W przeciwieństwie do tradycyjnych zakładów dla psychicznie chorych we
wnętrzach tych nowoczesnych placówek panuje czystość, są one dobrze
oświetlone, a wysokie sufity dają złudzenie przestrzeni i wolności.
Zupełnie inaczej wyglądał teren wokół budynku, który ogrodzony był
płotem wysokości 5,2 metrów, wykonanym z uniemożliwiającej wspinanie się
gęstej siatki zwieńczonej kolcami. Przy wejściu do budynku i wyjściu z niego pracownicy ochrony poddawali wszystkich przeszukaniu, a personel
oddziału znał chwyty obezwładniające i unieruchamiające, inspirowane
sztukami walki.
Z alarmem osobistym i kluczami przypiętymi do pasa wszedłem na teren
oddziału i po chwili dołączyłem do cichej dyskusji prowadzonej w gabinecie dyrektora ds. klinicznych. W spotkaniu uczestniczyli: tenże
dyrektor ds. klinicznych, dwóch moich kolegów-psychiatrów sądowych oraz
Doug Cardinal, jako że był obecny na oddziale, gdy policja zawiadomiła
szpital o sprawie Anthony'ego Hardy'ego. Nieco później zwróciliśmy się o pomoc do radcy prawnego, jednak wtedy najważniejsze było dla nas, by
nikt inny nie ucierpiał z ręki pacjenta. Wychodziliśmy z założenia, że
potem przyjdzie czas, by chronić własną skórę.
Ponieważ akta medyczne Hardy'ego zostały utajnione, żeby uniemożliwić
ewentualne modyfikowanie ich treści, przedstawiłem pokrótce jego
przypadek obecnym na spotkaniu. Najważniejszy w tamtym momencie był
fakt, że Hardy nadal przebywał na wolności. Dlatego przede wszystkim
chcieliśmy ustalić, jakie informacje na temat pacjenta należy udostępnić
policji.
- Podejrzewam, że wiedzą o incydencie z jego żoną. Ale na wszelki
wypadek się upewnię - powiedziałem.
Spokoju nie dawała mi myśl, że Anthony może być teraz w drodze do byłej
małżonki. Kto wie, może planował ostateczną zemstę.
Ustaliliśmy, że dziennikarzy będziemy odsyłać do działu kontaktu z mediami. Przyjęliśmy strategię, że na tym etapie ani nie potwierdzimy,
ani nie zaprzeczymy, jakoby Hardy był w jakikolwiek sposób związany z naszą placówką; była to standardowa procedura stosowana w sprawach, co
do których istniało ryzyko, że zostaną nagłośnione medialnie.
Dyskusja, rzecz jasna, szybko zeszła na temat innych znanych przypadków
morderstw popełnionych przez pacjentów leczonych psychiatrycznie.
Przypomniałem sobie wtedy o dochodzeniu w sprawie Luke Warm Luke'a.
Pacjent, Michael Folkes, który zmienił imię i nazwisko w dziwacznym
hołdzie dla granego przez Paula Newmana bohatera filmu Nieugięty Luke,
trafił na obserwację psychiatryczną po tym, jak dopuścił się
przestępstwa.
Do szpitala psychiatrycznego Maudsley trafił w ciężkim stanie, jednak po
pewnym czasie lekarz pozwolił mu na wyjście. Już nazajutrz zadecydowano
o pilnym ponownym przyjęciu go na oddział, jednak osiem godzin później
Folkes zabił Susan Crawford, zadając jej siedemdziesiąt ran kłutych i okładając ją gaśnicą. Sąd karny w Londynie, tzw. Old Bailey, uznał go za
winnego zabójstwa i skazał na więzienie. W 1995 roku Michael Folkes
trafił do Broadmoor.
Powołana do zbadania jego sprawy komisja śledcza obradowała cztery lata,
a jej działalność pochłonęła 750 tysięcy funtów. Po przeanalizowaniu
sprawy rekomendowano kwaterowanie osób z chorobami psychicznymi w mieszkaniach socjalnych, a także skrytykowano decyzję, na mocy której w przypadku Folkesa zarzucono stosowane przez szereg lat przymusowe
leczenie farmakologiczne w zastrzykach o długim działaniu na rzecz
samodzielnego zażywania przez pacjenta leków w formie tabletek.
Doświadczonego psychiatrę sądowego, który swoim nazwiskiem firmował
tamtą feralną decyzję, spotkały dotkliwe konsekwencje.
Niedługo po sprawie Folkesa zapadła decyzja, by więcej uwagi poświęcić
psychiatrycznej opiece postpenitencjarnej. Odtąd specjalnie powołane
zespoły miały monitorować stan pacjentów opuszczających szpital o wzmocnionym zabezpieczeniu, zwłaszcza takich, którzy w przeszłości
dopuścili się już morderstwa.
Trudno się dziwić, że po takich doświadczeniach psychiatrzy sądowi stali
się mniej skłonni do podejmowania ryzyka i niechętnie udzielali
przepustek czy wypisywali chorych ze szpitala. Z drugiej jednak strony
nie można dopuścić, by te zrozumiałe skądinąd pobudki ograniczały
wolność pacjentów. Obecnie daje się zauważyć również inny trend -
"zdecydowane podejmowanie ryzyka" i "szybki przepływ pacjentów" to
slogany stosowane dziś przez menadżerów mobilizujących nas do zwalniania
coraz większej liczby pacjentów w ramach opacznie rozumianych
oszczędności. To oczywiście bardzo krótkowzroczne, powierzchowne
rozwiązanie: koniec końców, jeśli dojdzie do tragedii, przyjdzie za nią
odpowiedzieć właśnie psychiatrze.
Jak łatwo się domyślić, wszystkie te okoliczności bynajmniej nie
poprawiały mi nastroju. Co prawda koledzy próbowali dodawać mi otuchy,
ale robili to bez większego przekonania - dla wszystkich było jasne, że
zabójstwa, które właśnie wyszły na światło dzienne, mogą zrujnować moją
karierę lekarską. Błędna ocena - nawet jeśli jej nieprawidłowość
wynikała z faktu, że opierałem się na niekompletnych informacjach -
mogła mieć dla mnie opłakane skutki: zawieszenie prawa wykonywania
zawodu, zwolnienie z pracy, publiczne upokorzenie. Należało się też
liczyć z innymi ewentualnościami: między innymi pozwem o błąd w sztuce
lekarskiej czy też dochodzeniem prowadzonym przez brytyjską Izbę
Lekarską. W takich kontrowersyjnych sprawach liczyła się nie jednorazowa
decyzja, lecz to, w jaki sposób lekarz postępował przez dłuższy czas.
Psychiatrze sądowemu wolno popełnić błąd, o ile jego działania nie
odbiegają zanadto od procedur, jakie na jego miejscu podjęliby koledzy
po fachu. W rozstrzyganiu o winie decydujące znaczenie ma to, czy lekarz
udokumentował swoje ustalenia oraz czy udostępnił pozyskane informacje
odpowiednim agencjom.
Miały upłynąć miesiące, nim przyszło mi zeznawać przed Komisją ds.
Poważnych Zdarzeń Niepożądanych (ang. SUI - serious untoward
incident). Na powołanie komisji śledczej do zbadania okoliczności
morderstwa czekałem ponad rok.
Po naradzie w gabinecie dyrektora musiałem zająć się paroma
niecierpiącymi zwłoki sprawami. Obowiązywała mnie tajemnica lekarska,
jednak w tej sytuacji priorytet zyskiwała troska o bezpieczeństwo innych
osób, które potencjalnie były narażone na atak. Zadzwoniłem niezwłocznie
do mojego znajomego w policji i zażądałem rozmowy ze starszym stopniem
oficerem dochodzeniowym. Wybrałem podany numer telefonu komórkowego i odebrał komendant Andy Baker, stojący na czele wydziału zabójstw
Metropolitan Police.
- Czym mogę służyć, panie doktorze? - zagaił. - Prawdę mówiąc, mam dziś
pełne ręce roboty. Sam pan rozumie, szukamy na wysypisku śmieci ludzkich
głów.
Nagle zabrakło mi tchu. Czy mogłem zapobiec temu, co się wydarzyło?
Może powinienem był rekomendować w przypadku Hardy'ego bezwzględną
internację i zasięgnąć opinii Broadmoor? Gdy w rozmowie z komendantem
Bakerem powiedziałem o nękaniu żony przez Hardy'ego, ten potwierdził, że
zespół dochodzeniowy wie o tym. Zapewnił mnie też, że oficerowie w cywilu obserwują dom byłej małżonki poszukiwanego.
Hardy ukrywał się przed policją przez około tydzień. Zachowały się
nagrania z kamer monitoringu, na których widać, jak kupuje czarne worki
na śmieci w lokalnym hipermarkecie sieci Sainsbury's, a potem nabija
punkty za zakup na kartę lojalnościową Nectar. Na nagraniach sprawiał
wrażenie spokojnego i zdecydowanego. Zarejestrowano je mniej więcej w tym czasie, gdy dokonał w swoim mieszkaniu rozczłonkowania ciał
zamordowanych kobiet.
Wkrótce na jaw wyszedł też inny mrożący krew w żyłach fakt: na początku
grudnia 2002 r. Hardy zadzwonił do Frances Mayhew, 25-letniej mieszkanki
dzielnicy Camden, i poinformował ją, że znalazł jej torebkę. Jak się
okazało, kobieta zgubiła ją po wieczorze spędzonym w pubie, niedaleko
mieszkania Hardy'ego. Mayhew wyznała później, że gdy wybrała się do
niego, żeby odzyskać zgubę, Hardy próbował nakłonić ją do wejścia do
mieszkania, jednak odmówiła.
- Przestraszyłam się - wspominała. - Powiedziałam: "Wie pan co, niech
pan zatrzyma tę torebkę. Już mi na niej nie zależy". Odwróciłam się,
chcąc uciec. I wtedy on powiedział: "No dobra, zabieraj to". I rzucił we
mnie torebką.
Trzy dni później dostała listy i kartkę bożonarodzeniową od Hardy'ego.
Na święta wyjechała z miasta, a po powrocie do Camden dowiedziała się,
że znalazca jej torebki poszukiwany jest przez policję. To wtedy
zdecydowała się ujawnić i opowiedzieć swoją historię.
- Gdyby był wobec mnie agresywny i na przykład próbował wciągnąć mnie do
mieszkania, na sto procent porąbałby mnie tam na kawałki - stwierdziła.
Podczas przeszukania mieszkania Hardy'ego policja znalazła sporządzony
przez niego rysunek Frances Mayhew - z pętlą na szyi.
Jako że Hardy nadal pozostawał na wolności, zachodziło poważne ryzyko,
że nim wpadnie w ręce policji, znajdzie sobie kolejną ofiarę.
Poszukiwania ciągnęły się kilka dni, lecz nie przyniosły rezultatu. W końcu policjant po służbie rozpoznał Hardy'ego w kafejce na terenie
szpitala dziecięcego Great Ormond Street. Mimo że szpital położony był
mniej więcej 2,5 kilometra od domu Hardy'ego, morderca chodził tam do
apteki, żeby wykupić insulinę na receptę (być może nie chciał pokazywać
się w aptece w Camden). Podczas próby zatrzymania wywiązała się
szarpanina. Dla jednego z oficerów skończyła się utratą przytomności,
drugi został zraniony w dłoń i odniósł uraz oczodołu. W końcu na miejsce
zdarzenia przybyły posiłki i zabójca został zatrzymany.
Przed przystąpieniem do obszukania zatrzymanego policjant ściągnął z dłoni rękawiczki i zastąpił je nową parą. Hardy zauważył wtedy ze
śmiechem, że woli rękawice robocze Marigold. I faktycznie, podczas
przeszukania mieszkania natrafiono na nie, a także na diabelskie maski,
które morderca zakładał ofierze na twarz, zanim ją sfotografował.
Zabezpieczono również ogromną liczbę kaset wideo z filmami
pornograficznymi. Oprócz tego w mieszkaniu policja znalazła niewysłane
listy do redakcji czasopism erotycznych, w których Hardy szczegółowo
opisywał swoje przygody seksualne, najprawdopodobniej będące wytworem
jego fantazji. Zwrócono też uwagę na butelkę z napisem "Spoczywaj w pokoju, Rose White".
Czynności w mieszkaniu zabójcy trwały aż siedem tygodni. Zabezpieczono
liczne graffiti w kształcie pentagramu oraz dziwaczne satanistyczne
rysunki. Klisze Hardy wysyłał znajomemu, który zanosił je do wywołania
do studia w Soho. Wśród licznych zdjęć na czterdziestu czterech widać
było jego ofiary (wnioskując z obecności plam opadowych, a więc zasinień
będących skutkiem spływania krwi do najniżej położonych partii ciała,
patolog sądowy ocenił, że kobiety w momencie wykonywania zdjęć były już
martwe). Morderca swoim modelkom zakładał na twarze maski i uwieczniał
je z gadżetami erotycznymi. Pracownicy studia fotograficznego, do
którego trafiały te klisze, nie mieli doświadczenia w rozpoznawaniu
pośmiertnych zmian skórnych, naiwnie zakładali więc, że mają do
czynienia z niewinnymi zdjęciami, do których kobiety pozowały z własnej
woli. Do sesji zdjęciowej Elisabeth Valad morderca założył swojej
ofierze na stopy skarpety ozdobione uśmiechniętą żółtą buźką Mr Happy,
zakupione 6 grudnia.
Kluczowe dla ustalenia, w jakim stanie psychicznym znajdował się sprawca
w czasie bezpośrednio poprzedzającym zabójstwo oraz następującym zaraz
po nim, jest przeanalizowanie jego zachowania przed dokonaniem czynu
karalnego, w jego trakcie oraz po nim. Przedprocesową oceną stanu
psychicznego podsądnego zająć się mieli psychiatrzy niezwiązani dotąd ze
sprawą Hardy'ego, ja jednak nie mogłem się powstrzymać przed
wyobrażaniem sobie, jak może się potoczyć jego proces. Wprawdzie u Hardy'ego podejrzewano chorobę afektywną dwubiegunową, której jednym z objawów jest depresja, jednak na razie nie znaleziono żadnych
konkretnych dowodów, które by na to wskazywały. Mimo to podwójne (a być
może potrójne) morderstwo nosiło wszelkie znamiona zabójstw na tle
seksualnym, będących dziełem psychopaty lub sadysty seksualnego.
W psychiatrii sądowej nagminnie spotykamy się z sytuacjami, gdy
informacje uzyskane od pacjenta są bardzo skąpe. W przypadku Hardy'ego
należało zbudować jego profil na podstawie danych, którymi
dysponowaliśmy, i spróbować wypełnić puste miejsca, wiedząc, na jakie
czyny się zdobył. Anthony sam wyznał w rozmowie ze mną, że w dzieciństwie szukał podniet; na podstawie historii jego małżeństwa można
było wysnuć wniosek, że jest mężczyzną egocentrycznym, być może
narcystycznym, a przy tym bezdusznym - swoją żonę traktował okropnie, a spełnienia szukał w romansach. Zgromadzony materiał dowodowy nie
pozostawiał wątpliwości, że Hardy korzystał z pornografii i usług
prostytutek. A teraz mieliśmy również ciała dwóch zabitych jedna po
drugiej kobiet, przy czym w obu przypadkach przyczyną śmierci, jak się
później okazało, było uduszenie. Innymi słowy, po zabiciu pierwszej
kobiety Hardy zapewne zwabił drugą do swojego mieszkania. To, co z początku wydawało się być schadzką za obopólną zgodą, szybko przerodziło
się w sytuację przemocową, która doprowadziła do zabójstwa. Upozowanie
zwłok oraz wyraźny element upokorzenia sugerował sadystyczny charakter
zbrodni - najwyraźniej Hardy czerpał satysfakcję ze świadomości, że
kontroluje swoje ofiary. Pojawiły się też sugestie, że decydującą rolę
mogła odegrać potencjalna impotencja będąca następstwem cukrzycy;
wówczas owa potrzeba zdominowania partnerek byłaby substytutem
właściwego stosunku seksualnego.
Zabójstwa na tle seksualnym należą do rzadkości. Louis Schlesinger,
psycholog sądowy z Nowego Jorku, wyróżnia wśród nich pewien szczególny
podtyp charakteryzujący się działaniem kompulsywnym, a zarazem dobrze
zorganizowanym. Oto jak opisuje ten przypadek: "połączenie seksu i agresji rodzi potężną podnietę", w efekcie której zabójstwo jawi się
jako spełnienie seksualne5. Ale zabójstwa na tle seksualnym
potrafią przybierać też zupełnie inną postać: wydarzają się w momencie,
gdy tłumione dysfunkcje seksualne wybuchają z całą siłą, a mord
przyjmuje wówczas gwałtowny i niezorganizowany charakter. Oba wymienione
typy morderstw mogą być zarówno planowane, jak i spontaniczne.
Przykładowo, zabójstwo na tle seksualnym może być mordem "z przypadku",
w sytuacji gdy sprawca napotka odpowiednią ofiarę. Kiedy indziej mamy do
czynienia z zabójstwem popełnionym w panice, gdy na przykład sprawca
najpierw popełnia przestępstwo seksualne, a zabicie partnerki wynika z chęci zatajenia swojego czynu. Oczywiście każda zbrodnia jest inna, a przywołanym powyżej typologiom można zarzucić zbytnie upraszczanie.
Odwoływałem się do nich w moim namyśle nad sprawą Hardy'ego, ponieważ
szukałem odpowiedzi na bardzo konkretne pytania: Czy Hardy kwalifikował
się jako morderca działający kompulsywnie, a zarazem w sposób
zorganizowany? Czy był sadystą seksualnym? A może oprócz tego
również psychopatą?
W opublikowanym w 1886 r. klasycznym dziś dziele Psychopathia
Sexualis, cieszącym się skądinąd wielką popularnością w kręgach
fetyszystycznych, Richard von Krafft-Ebing zwracał uwagę, że pożądanie i okrucieństwo często idą ze sobą w parze: "sadyzm (...) może się również
przejawiać pod postacią wrodzonego pragnienia do poniżania,
przyprawiania o cierpienie, ranienia czy też niszczenia innych ludzi dla
zaspokojenia własnych potrzeb seksualnych (...), przy czym pragnienie to
może przerodzić się w nieposkromioną żądzę podporządkowywania sobie
innych".
Oczywiście wiele parafilii - to znaczy "silnych i nawracających"
preferencji seksualnych, jak chociażby niektóre odmiany fetyszyzmu, w których podniecenie seksualne budzą określone obiekty nieożywione, na
przykład odzież czy buty, czy też praktyki seksualne polegające na
krępowaniu partnera, dominacji i zabawach sadomasochistycznych - nie
jest niczym nienormalnym ani niezgodnym z prawem. Ze zgoła odmienną
sytuacją mamy do czynienia, gdy w grę wchodzi "szkoda psychiczna,
ranienie lub zabijanie" innych - czego przykładem jest pedofilia czy
voyeurystyczne praktyki fotografowania krocza nieświadomej niczego
kobiety przez wsunięcie aparatu pod spódnicę w miejscu publicznym.
Skłonności takie są klasyfikowane jako zboczenia seksualne czy też
zaburzenia parafilne i uznawane za przestępstwa6. Podział
ten budzi wprawdzie wiele kontrowersji, lecz zachowuje dużą wartość
poznawczą.
Na pewnym etapie mojej kariery miałem okazję przekonać się o tym na
własnej skórze. Kontrowersje związane z tym konceptem doprowadziły do
dziwacznej i dość krępującej dla mnie sytuacji podczas prowadzonego
przed Sądem Koronnym w Reading (Reading Crown Court) procesu Michaela
Wenhama, mordercy, u którego skłonności fetyszystyczne przybrały formę
obsesji. Mężczyzna ten zamordował prostytutkę, a wcześniej, jak się
okazało, popadł w depresję po nieudanej operacji powiększenia penisa.
Operacja kosztowała 15 tysięcy funtów, a Michael sfinansował ją z pieniędzy, które wspólnie z żoną odkładali na zakup przyczepy
kempingowej. W sądzie rozgorzała dyskusja na temat tego, czy jeszcze
przed morderstwem z powodu jego zboczeń ktoś ucierpiał, czego miały
dowodzić pliki z wyjątkowo ekstremalną pornografią zabezpieczone na jego
komputerze. Mimo że oponowałem, argumentując, iż jako psychiatra nie mam
doświadczenia pozwalającego mi oceniać psychiczny stan aktorów
występujących w filmie porno, sędzia zadecydował, że dwaj biegli omówią
tę kwestię w pokoju narad. Oczywiście łatwo zrozumieć decyzję sędziego -
gdyby pozwolił nam zostać na sali, obrady sądu niechybnie zmieniłyby się
w seans kina erotycznego. Kiedy ogłoszono przerwę i członkowie ławy
przysięgłych rozeszli się, wraz z drugim psychologiem sądowym, a także
towarzyszącym mi stażystą znalazłem się w pokoju narad. Widok musiał być
doprawdy przedni, gdyż oprócz nas w pomieszczeniu znajdowała się też
grupa prawników w sądowych perukach i wszyscy jak jeden mąż gapiliśmy
się na sceny z filmów pornograficznych znalezionych na komputerze
mordercy. Czy ludzie na ekranie świetnie się bawili, czy też może było
im źle? Innymi słowy, czy mieliśmy tu do czynienia z niewinną parafilią
czy już z zaburzeniem parafilnym?
Pozwoliłem sobie stwierdzić, że podporządkowywanie i upokarzanie to
motywy charakterystyczne dla pornografii jako takiej. Mój kolega po
fachu, utytułowany profesor, był natomiast zdania, że wszyscy aktorzy na
zaprezentowanym materiale najwyraźniej świetnie się bawią.
Jak łatwo się domyślić, Wenham został uznany za winnego morderstwa i skazany niezależnie od opinii biegłych na temat jego kolekcji filmów
porno. W drodze powrotnej z Reading do Londynu, którą pokonywałem
pociągiem, zacząłem mimo woli zachodzić w głowę - skądinąd nie pierwszy
raz i nie ostatni - jak to się stało, że swoje życie związałem z tą, co
by nie mówić, dość osobliwą gałęzią medycyny.
Park Dietz, znany amerykański psychiatra sądowy i konsultant przy
produkcji serialu kryminalnego Prawo i porządek, podzielił proces
przeradzania się parafilii w zaburzenie parafilne na cztery etapy. Etap
1: jednostka snuje fantazje seksualne i oddaje się masturbacji. Etap 2:
jednostka nakłania partnera seksualnego do odgrywania fantazji
seksualnych w rzeczywistości. Etap 3: jednostka płaci prostytutkom za
odgrywanie fantazji. Etap 4: jednostka porywa ofiary lub przymusza je do
odgrywania fantazji7. Eskalacja parafilii u Wenhama ewidentnie
przebiegała dokładnie podług tego schematu - wiemy, że nakłonił swoją
żonę do udziału w tego typu seksualnych praktykach, a potem również
uciekał się do wynajmowania osób świadczących różnego rodzaju usługi
seksualne, między innymi dominy.
Malcolm MacCulloch, przeanalizowawszy przypadki szesnastu
psychopatycznych przestępców seksualnych osadzonych w Broadmoor,
szpitalu o wzmocnionym zabezpieczeniu, stwierdził, że w większości
przypadków dawała się zaobserwować eskalacja sadystycznych fantazji.
Jednostka zmuszona była stale zmieniać podniecające obrazy, by utrzymać
ten sam stopień podniecenia i przyjemności seksualnej. Zdaniem badacza
"praktyczne próby" realizacji fantazji stanowiły kluczowy aspekt
przestępstw seksualnych dokonywanych kompulsywnie, a przy tym w sposób
zorganizowany8. W świetle jego ustaleń wielce
prawdopodobne wydaje się, że Hardy fantazjował o dominacji i zabójstwie.
Czy jednak dokonywał też "praktycznych prób", o których wspomina
MacCulloch - to znaczy czy przed Rose White sprowadzał do domu
prostytutki i namawiał je, by pozwoliły się skrępować? Jak zauważa
Eugene Revitch, psychiatra z New Jersey, wbrew powszechnym wyobrażeniom
brutalnej napaści (motywowanej seksualnie) czy zabójstwu wcale nie musi
towarzyszyć erekcja, wytrysk czy stosunek seksualny, ponieważ sam
gwałtowny akt działa jako substytut seksu9. W sytuacji, gdy
cukrzyca uczyniła z Hardy'ego impotenta, mógł on w taki właśnie
zastępczy sposób zaspokajać swoje potrzeby seksualne.
Psycholog sądowy i wykładowca na University of California doktor Reid
Meloy przeprowadzał wywiady z wieloma seryjnymi mordercami i na zlecenie
FBI oceniał stan psychiczny między innymi Timothy'ego McVeigha, sprawcy
zamachu bombowego w Oklahoma City, czy Teda Kaczynskiego, czyli tzw.
Unabombera. Jest autorem wielu kanonicznych rozpraw poświęconych
umysłowi psychopaty10, agresji drapieżczej i ocenie
zagrożenia, jakie pacjent stanowi dla otoczenia11. Powoli
zaczynałem sobie uświadamiać, że Hardy wpisywał się w opisane przez
Meloya wzorce sadyzmu seksualnego i przemocy o podłożu
psychopatycznym12. Za psychopatę uważa się osobę, która
osiągnęła wysoki wynik na skali obserwacyjnej skłonności
psychopatycznych (ang. Hare Psychopathy Checklist-Revised, PCL-R).
Skala ta, będąca zaawansowanym narzędziem diagnostycznym opracowanym
przez kanadyjskiego psychologa Roberta Hare, jest szeroko wykorzystywana
w psychiatrii sądowej, chociaż wiarygodność uzyskiwanych dzięki niej
wyników nadal budzi zastrzeżenia13.
Test PCL-R bada jednostkę pod kątem występowania określonych cech
osobowości oraz zachowań: między innymi bezduszności, braku empatii,
patologicznej skłonności do kłamstwa, impulsywności i pasożytniczego
stylu życia, o czym jeszcze będzie mowa. Wysoki wynik uzyskany na teście
interpretuje się jako wskaźnik wystąpienia przemocowych zachowań
wykraczających poza normę funkcji mózgu14, a także upośledzonego
zmysłu moralnego15.
W Stanach Zjednoczonych osoby, które zdobyły 30 na 40 możliwych punktów,
uważane są za spełniające kryteria psychopatii, jednak w Europie
zazwyczaj wystarczy niższy wynik (przyjmuje się, że "swoboda w relacjach
międzyludzkich i powierzchowny urok", będące jednym z wyznaczników
osobowości psychopatycznej, w większym natężeniu występują na terenie
USA).
Określenie kogoś psychopatą jest jednak wysoce problematyczne.
Psychiatra sądowy John Gunn zauważa na przykład, że etykieta taka działa
stygmatyzująco przez skojarzenie w powszechnej świadomości z okrucieństwem i różnymi potwornymi zachowaniami16. Zachodzi
tu również ryzyko hipostazy: wstępnej hipotezie nadawana jest atrakcyjna
nazwa (w tym przypadku psychopatii), która może błędnie sugerować, że
psycholodzy i psychiatrzy wyodrębnili jakąś nową jednostkę chorobową,
podczas gdy w rzeczywistości dokonują oni jedynie opisu pewnych
zachowań. Ponieważ jednak wśród osób dopuszczających się mordu na tle
seksualnym często występują jednostki, które na skali PCL-R zdobywają
wysoki wynik, w niniejszej książce będę posługiwał się terminem
"psychopata" jako wprawdzie nieprecyzyjnym i nacechowanym negatywnie,
lecz przynajmniej zwięzłym. Ilekroć zatem będę stosował to pojęcie,
będzie się ono odnosiło do osobnika, który w skali PCL-R zdobyłby co
najmniej 27 na 40 możliwych punktów.
Meloy dowodzi, że "życzenie" uśmiercenia obiektu erotycznej żądzy "staje
się szczególnie zrozumiałe" w grupie zaburzonych i agresywnych samców i stanowi wynik nałożenia się na siebie z jednej strony tęsknoty
seksualnej, z drugiej zaś agresywnego deprecjonowania kobiety, która
wzbudza w mężczyźnie pożądanie (niewykluczone, że za to ostatnie
zjawisko należy winić jego wcześniejsze doświadczenia z innymi
potencjalnymi partnerkami, które dały mu kosza). Badacz podkreśla
zarazem, że "akt" - w przeciwieństwie do samego "życzenia" - umyślnego
zabicia osoby wzbudzającej pożądanie seksualne, stanowi najbardziej
skrajny rodzaj agresji seksualnej i jako taki należy do rzadkości,
odpowiadając za mniej niż jeden procent morderstw popełnianych w Stanach
Zjednoczonych. Mimo to nie mogłem nie zauważyć, że owo przejście od
"życzenia" do morderczego "aktu" doskonale pasuje do przestępstw
Hardy'ego.
Zdaniem Meloya seryjne morderstwa na tle seksualnym stanowią przykłady
agresji drapieżczej, czyli takiej, która jest zaplanowana, celowa i stosowana w sposób beznamiętny. Ewolucyjną podstawą, na której agresja
ta wyrasta, jest sytuacja polowania na zwierzynę17. W przypadku Hardy'ego ofiarami były bezbronne młode kobiety parające się
prostytucją; sprawca dążył do napaści seksualnej, zabicia i zdominowania
ofiar, przy czym to ostatnie pragnienie realizował nawet po ich śmierci,
upozowując ciała do zdjęć w upokarzający dla nich sposób, a potem
rozczłonkowując je. W morderstwach znacznie częściej spotykamy inny
rodzaj agresji - impulsywnej, reaktywnej, emocjonalnej, często
określanej jako "agresja afektywna" czy też "agresja instynktu
samozachowawczego"; powrócę do tego tematu w dalszej części książki.
Badania pokazują, że przestępcy psychopatyczni w porównaniu z jednostkami pozbawionymi takich cech znacznie częściej przejawiają
skłonności do agresji drapieżczej i są świetnie przystosowani do tego
typu działań.
Rozróżnienie na agresję drapieżczą i agresję afektywną można zilustrować
za pomocą zachowania kota. Kiedy kot zostanie przyparty do muru przez
psa, sierść mu się zjeży i zwierzę zacznie ostrzegawczo syczeć. Jego
grzbiet będzie wygięty w łuk, oczy szeroko otwarte, zęby i pazury
obnażone. Oto przykład agresji afektywnej, instynktownego zachowania,
którego zadaniem jest przetrwanie w obliczu zagrożenia. Pewnego dnia
zaobserwowałem jednak zgoła inne kocie zachowanie - przyglądałem się
mojemu pupilowi, który skradał się do pełnego pisklaków gniazda kosa.
Kot poruszał się bezszelestnie, sunąc przy samym murze, zęby i pazury
miał schowane. Żeby łowy zakończyły się powodzeniem, zwierzę musi być
pobudzone, w przeciwnym razie nie uda mu się uśmiercić ofiary.
Beznamiętność, którą zauważyłem u kota, jest często spotykana w przypadku masowych mordów dokonywanych przez nastolatków oraz dorosłych,
a zatem w sytuacjach będących domeną agresji drapieżczej.
Zdaniem Meloya psychopaci są szczególnie predestynowani do agresji
drapieżczej ze względu na niski poziom podniecenia i reaktywności, a także dlatego że cechuje ich arogancja i zarozumiałość, są emocjonalne
zdystansowani i wyzbyci empatii w stosunku do cierpiących ofiar.
Czy pamiętając o mordach i rozczłonkowywaniu ofiar, wolno nam przyjąć,
że Hardy spełnia przywołane kryteria psychopatyczne, czy też powinniśmy
go uznać za zwyczajnego sadystę seksualnego? To rozróżnienie jest
istotne, mimo że obaj - i sadysta seksualny, i psychopata - postępują
podobnie: ranią innych i zadają im ból, podczas gdy sami zachowują
emocjonalny dystans do cierpienia ofiar.
W obu typach zaburzeń, nim sprawca podda się agresji drapieżczej, dużo
fantazjuje, planując swój czyn. Niewykluczone, że filmy pornograficzne
skłoniły Hardy'ego do przejścia od modelu, w którym partnerzy wyrażają
zgodę na krępowanie i praktyki sadomasochistyczne, ku fascynacji
ekstremalną postacią sadyzmu, to znaczy taką jego formą, w której
jednostka czerpie przyjemność z podporządkowania sobie partnera do tego
stopnia, że staje się panem jego życia i śmierci, lekceważąc przy tym
prawa i uczucia zarówno ofiar, jak i ich bliskich.
Rozważania te prowadzą do pytania: czy sadystami lub psychopatami
stajemy się, czy też rodzimy? U niewielkiego odsetka dzieci z zaburzeniami zachowania zaobserwowano bezwzględność i nieczułość;
zdaniem badaczy owi początkujący psychopaci są bardziej od swoich
rówieśników narażeni na to, że w przyszłości, kiedy dorosną, będą
przejawiać agresywne zachowania. Badania przeprowadzone przez Essi
Viding na University College London potwierdziły, że skłonność do
agresji ma podłoże genetyczne, to znaczy jest dziedziczna18.
A jeśli dziecko z genetycznymi predyspozycjami do psychopatii i agresji
padnie ofiarą znęcania się, wówczas tendencje te mogą się
nasilić19.
Całkiem możliwe, że Hardy był bezwzględnym i nieczułym dzieckiem. Być
może poszukiwał, jak sam przyznał, dreszczyku emocji, żeby przezwyciężyć
w ten sposób zobojętnienie emocjonalne. Czy wolno nam założyć, że jeśli
ktoś się nad nim znęcał w dzieciństwie, mogło to spowodować eskalację
psychopatycznych skłonności?
Wraz z dowodami na zachowania sadystyczne, o których nie wiedzieliśmy
wcześniej, stawało się jasne, że zaobserwowane u pacjenta wahania
nastrojów, uznane za objaw choroby afektywnej dwubiegunowej, nie miały
większego znaczenia w kontekście zabójstw.
Oceną psychiatryczną Hardy'ego zajął się specjalista wskazany przez
obronę i oczekiwano, że informacje o stanie psychicznym podsądnego
wypłyną podczas obrad sądu karnego w Londynie. Nie doszło do tego, gdyż
nagle na późnym etapie postępowania Hardy przyznał się do winy, biorąc
odpowiedzialność za zamordowanie trzech kobiet.
Prokurator i obrońca w ramach przygotowań do ogłoszenia wyroku musieli
przedstawić okoliczności, odpowiednio, obciążające i łagodzące. Można by
pomyśleć, że w przypadku Hardy'ego trudno mówić o jakichkolwiek
okolicznościach łagodzących. Mordercy groziła kara dożywotnego
więzienia, a gra mogła toczyć się jedynie o ustalenie, po ilu latach
skazany będzie mógł się ubiegać o ewentualne zwolnienie warunkowe.
Tu warto zadać sobie pytanie natury moralnej, psychologicznej i zarazem
prawnej: do jakiego stopnia różnice na poziomie neurobiologicznym,
upośledzona zdolność do odczuwania pobudzenia i słabo rozwinięta empatia
ograniczają - lub wzmacniają - u psychopaty czy też sadysty seksualnego,
jakim był Hardy, wolną wolę? Generalnie rzecz biorąc, prawo, zwłaszcza
amerykańskie, traktuje zaburzenie sadystyczne i psychopatię raczej jako
okoliczności obciążające niż łagodzące. W takim ujęciu w skłonnościach
tych widzi się nie tyle zaburzenie psychiczne uchylające czyjąś
odpowiedzialność za czyn karalny, co raczej wadę charakteru, za którą
sąd powinien ukarać sprawcę.
Często, gdy ludzie dowiadują się o tego rodzaju brutalnych seryjnych
morderstwach, pytają mnie, dlaczego w prawie brytyjskim nie obowiązuje
kara śmierci. Przywrócenie wieszania skazanych spotkałoby się z poparciem części Brytyjczyków - co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Widziałem protestujących pod gmachem sądu karnego w Londynie, gdy w 2013
r. skazywano tam zabójców Lee Rigby'ego. Niektórzy na demonstrację
przynieśli pętle imitujące szubieniczny sznur. Miejmy nadzieję, że nigdy
w naszym kraju nie zostanie zorganizowane referendum w sprawie
przywrócenia kary śmierci. Zwolennicy tego pomysłu posługują się dwoma
argumentami: dowodzą, że jest ona sposobem sprawiedliwej odpłaty za
zbrodnię w myśl zasady "oko za oko, ząb za ząb" oraz że istnienie jej w systemie prawnym stanowi czynnik odstraszający potencjalnych sprawców.
Niekiedy inicjatywy takie znajdują poparcie populistycznych polityków
(chociażby Priti Patel, minister spraw wewnętrznych), dla których
opowiadanie się za przywróceniem kary śmierci jest zgodne z ich ogólną
nieugiętą polityką podkreślającą wartość ładu i praworządności. Należy
jednak pamiętać, że istnieją również argumenty przeciwko takiemu
rozwiązaniu: przedłużające się ponad miarę cierpienia człowieka, na
którym wykonuje się egzekucję, można potraktować jako "okrutną i nadmierną karę", co pozwala zaklasyfikować ją jako niezgodną z konstytucją, łamanie praw człowieka czy też trudność w pozyskaniu
preparatu, który wstrzykuje się skazańcowi, to tylko niektóre z nich.
Ale być może najbardziej przekonującym argumentem przeciwko karze
śmierci jest pytanie, jakie powinniśmy sobie zadać: czy zawsze mamy
stuprocentową pewność, że wieszamy, sadzamy na krześle elektrycznym,
podajemy truciznę czy też strzelamy do właściwego człowieka? A co jeśli
doszło do zanieczyszczenia zabezpieczonego materiału DNA na miejscu
zbrodni albo w laboratorium medycyny sądowej? Wówczas nawet
rozstrzygnięta na korzyść straconego skazańca apelacja nie przyniesie
nikomu pożytku.
Kara śmierci wykonywana jest nadal w 58 krajach - zazwyczaj przez
rozstrzelanie (w Chinach), ścięcie (w Arabii Saudyjskiej) lub
powieszenie. W Stanach Zjednoczonych około 60 skazanych oczekuje na
śmiercionośny zastrzyk, a moi zajmujący się nimi amerykańscy koledzy po
fachu stają często przed nie lada wyzwaniem. Ja ze swojej strony bardzo
się cieszę, że nie muszę poświadczać, iż władze umysłowe skazanego
powróciły do poziomu, który pozwala przeprowadzić na nim egzekucję. Czy
lekarz powinien leczyć pacjenta tylko po to, by nadawał się on do
uśmiercenia? Choć trudno w to uwierzyć, w USA zdarzają się takie
sytuacje.
Obecnie w Wielkiej Brytanii oskarżonego o morderstwo, któremu
udowodniono winę, sędzia może skazać najwyżej na dożywotnie więzienie.
Karę śmierci zniesiono u nas w 1965 r., a miejsce stryczka zajęło
dożywocie, które miało uśmierzyć niepokój opinii publicznej, że mordercy
jego czyn ujdzie na sucho. Nowe rozwiązanie przewidywało, że zabójca
niejako automatycznie skazywany jest na dożywocie i ewentualnie może
odzyskać wolność tylko po długiej odsiadce, wychodząc na zwolnienie
warunkowe. Pozostająca na nim osoba poddana jest obserwacji i może
zostać uwięziona ponownie, bez możliwości ponownego ubiegania się o kolejne skrócenie wymiaru kary. Sędziemu pozostawiono jednak pole do
manewru: to bowiem on ustala minimalną długość odsiadki, po której
skazany ma prawo ubiegać się o przedterminowe zwolnienie. Minimalna
długość zasądzanej kary dożywotniego więzienia w Wielkiej Brytanii to
obecnie 15 lat, jednak może to być też 30 lat lub całe życie, w zależności od tego, jak poważne są okoliczności obciążające. To właśnie
okoliczności obciążające lub łagodzące decydują o tym, ile lat zostanie
dodanych lub odjętych od wyroku.
Hardy przyznał się do zarzucanych mu czynów.
Za potrójne morderstwo wymierzono mu karę potrójnego dożywotniego
pozbawienia wolności.
Potem zrewidowano wyrok, zaostrzając go - Anthony Hardy został skazany
na dożywotnie więzienie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie
przedterminowe. Jest jednym z 70 osadzonych w Wielkiej Brytanii
odbywających taką karę, i bynajmniej nie ostatnim, jakiego miałem
spotkać na swojej drodze zawodowej.
Biegły, który rozmawiał z Hardym przed procesem - w raporcie komisji
śledczej nazywany "Dr K." - podobnie jak ja był zdania, że wielkim
ciosem dla przyszłego mordercy było zachorowanie na cukrzycę:
"Postępujący uwiąd sprawności seksualnej przyprawiał go o rozpacz, złość
i frustrację. To wtedy Hardy zaczął angażować się w praktyki seksualne o coraz bardziej sadystycznym charakterze (...). Uważam, że czyn, którego
dopuścił się pozwany, to pochodna jego skłonności sadystycznych,
nadużywania alkoholu i furii, w jaką wprawiał go zanik sprawności
seksualnej powodowany przez cukrzycę".
Wydaje mi się, że diagnoza taka dość trafnie opisuje przypadek
Hardy'ego.
W końcu nieuchronnie nadszedł moment, gdy zaczęto się zastanawiać, jak
to się stało, że Hardy został w listopadzie wypisany ze szpitala St.
Luke's. Jak się wkrótce okazało, nasz szczegółowy raport oceny
zagrożenia, jakie może stanowić dla otoczenia pacjent, kurzył się na
półce i nikt się z nim nie zapoznał. Komisja decydująca o ewentualnym
wypisaniu pacjenta podjęła decyzję, nie zapoznawszy się z tą
dokumentacją. W raporcie zawarliśmy sugestię, żeby o wypisaniu Hardy'ego
zawiadomić policję za pośrednictwem MAPPA, ale oczywiście nikt się do
naszych wytycznych nie zastosował.
W tamtym okresie MAPPA zaczynał dopiero działalność i niewiele osób
rozumiało, jaką rolę ma spełniać. Właściwie psychiatrzy raczej
niechętnie dzielili się swoją wiedzą z policją. Na późniejszym etapie
kariery przyszło mi pracować nad poprawą tego stanu rzeczy, a zespół
psychiatrii sądowej, którego byłem częścią, podjął się wtedy
pionierskiej współpracy z policją. Jednak w listopadzie 2002 r. Hardy
został wypisany ze szpitala. Zaproponowano mu zamieszkanie w domu pomocy
środowiskowej, jednak nie chciał o tym słyszeć - oświadczył, że trudno
byłoby mu przystosować się do sztywnych reguł panujących w takim ośrodku
i że woli mieszkać w miejscu, gdzie będzie cieszył się większą swobodą.
Miał prawo podjąć taką decyzję - mechanizm przymusowego kwaterowania
pacjentów psychiatrycznych w domach pomocy środowiskowej wprowadzono
dopiero w 2007 roku. 27 grudnia Hardy odwiedził oddział psychiatryczny
jednego z londyńskich szpitali, żeby odebrać przepisane leki. Personel
uznał wtedy, że stan psychiczny pacjenta jest stabilny. Prawdopodobnie w tym momencie w jego mieszkaniu znajdowały się już zwłoki dwu zabitych
kobiet.
Po paru miesiącach miejscowa Komisja ds. Poważnych Zdarzeń Niepożądanych
zaczęła gromadzić zeznania osób związanych ze sprawą. Trzej członkowie
komisji gruntownie przepytali świadków, po czym sporządzili raport.
Ponad rok później zwołano niezależną komisję śledczą do zbadania sprawy
morderstwa. Do tego czasu sprawa "Rozpruwacza z Camden" została
obszernie opisana w prasie. Na szczęście w żadnym z artykułów nie padło
moje nazwisko - demaskuję się dopiero teraz, pisząc te słowa. Jak się
okazało, w 2002 roku Hardy miał styczność aż z pięcioma psychiatrami, a w latach wcześniejszych z kilkoma kolejnymi.
Łatwo się domyślić, że obrady komisji śledczej zawisły nade mną niczym
przysłowiowy miecz Damoklesa. Musiałem wypierać myśli związane z tą
sprawą, żeby nie przeszkadzały mi w pracy z innymi pacjentami. Pamiętam,
że w tamtym roku każde profesjonalne rozpoznanie, jakiego miałem
dokonać, wydawało mi się wątpliwe. Oczywiście w tych okolicznościach
było to do przewidzenia. Zadziałał mechanizm unikania ryzyka dający się
zawsze zaobserwować u psychiatry, którego pacjent dopuścił się
morderstwa. My, psychiatrzy sądowi, wykonujemy dla społeczeństwa brudną
robotę i stale, dzień po dniu, musimy mierzyć się z dylematem, z którego
nie możemy wyjść obronną ręką: z jednej strony po tym, jak nasz pacjent
dopuści się kolejnego poważnego przestępstwa, grozi nam prokurator, z drugiej zachodzi ryzyko, że komisja opiniująca stan pacjenta podważy
naszą decyzję o utrzymaniu detencji. Kiedy opowiemy się za zatrzymaniem,
zastosowaniem środków przymusu bezpośredniego czy przymusową
psychofarmakoterapią pacjenta, narażamy się na gniew prawników,
wszelkiej maści grup nacisku i mediów. Natomiast gdy wydamy
rekomendację, by wypuścić do domu pacjenta, który potem zrobi coś złego,
dostaje się nam od różnorakich gremiów medycznych i niezależnych komisji
śledczych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dzielnica w Londynie (przyp. tłum.). [wróć]
R. Taylor, J. Yakeley, Working with MAPPA: ethics and pragmatics. "BJPsych Advances" 2019, 25(3), s. 157-165. [wróć]
J.E. Douglas, A.W. Burgess, A.G. Burgess, R.K. Ressler, Crime Classification Manual: A Standard System for Investigating and Classifying Violent Crime, John Wiley & Sons, New York 2013. [wróć]
D.V. Canter, L.J. Alison, E. Alison, N. Wentink, The organized/disorganized typology of serial murder: Myth or model?, "Psychology, Public Policy, and Law" 2004, 10(3), s. 293. [wróć]
L.B. Schlesinger, Sexual Murder: Catathymic and Compulsive Homicides, CRC Press, Boca Raton 2003. [wróć]
J. Yakeley, H. Wood, Paraphilias and paraphilic disorders: Diagnosis, assessment and management, "Advances in Psychiatric Treatment" 2014, 20(3), s. 202-213. [wróć]
P.E. Dietz, R.R. Hazelwood, J. Warren, The sexually sadistic criminal and his offenses, "Journal of the American Academy of Psychiatry and the Law" 1990, 18(2), s. 163-178. [wróć]
M.J. MacCulloch, P.R. Snowden, P.J.W. Wood, H.E. Mills, Sadistic fantasy, sadistic behaviour and offending. "The British Journal of Psychiatry" 1983, 143(1), s. 20-29. [wróć]
E. Revitch, Sex murder and sex aggression, "Journal of the Medical Society of New Jersey" 1957, 54, s. 519-524. [wróć]
J.R. Meloy, The Psychopathic Mind: Origins, Dynamics, and Treatment, Rowman & Littlefield, Lanham 1988. [wróć]
J.R. Meloy, J. Hoffmann, International Handbook of Threat Assessment, Oxford University Press, Oxford 2013. [wróć]
J.R. Meloy, The nature and dynamics of sexual homicide: an integrative review, "Aggression and Violent Behavior" 2000, 5(1), s. 1-22. [wróć]
J. Blais, A.E. Forth, R.D. Hare, Examining the interrater reliability of the Hare Psychopathy Checklist- Revised across a large sample of trained raters, "Psychological Assessment"2017, 29(6), s. 762. [wróć]
R.J.R. Blair, Neurobiological basis of psychopathy, "The British Journal of Psychiatry" 2003, 182(1), s. 5-7. [wróć]
J. Marshall, A.L. Watts, S.O. Lilienfeld, Do psychopathic individuals possess a misaligned moral compass? A meta-analytic examination of psychopathy's relations with moral judgment, "Personality Disorders: Theory, Research, and Treatment" 2018, 9(1), s. 40. [wróć]
P.J. Taylor, J. Gunn, Diagnosis, medical models and formulations, "Handbook of Forensic Mental Health" 2008, s. 227-243. [wróć]
J.R. Meloy, Empirical basis and forensic application of affective and predatory violence, "Australian and New Zealand Journal of Psychiatry" 2006, 40(6-7), s. 539-547. [wróć]
H. Larsson, E. Viding, R. Plomin, Callous-unemotional traits and antisocial behavior: Genetic, environmental, and early parenting characteristics, "Criminal Justice and Behavior" 2008, 35(2), s. 197- 211. [wróć]
N.J. Kolla, C. Malcolm, S. Attard, T. Arenovich, N. Blackwood, S. Hodgins, Childhood maltreatment and aggressive behaviour in violent offenders with psychopathy, "The Canadian Journal of Psychiatry" 2013, 58(8), s. 487-494. [wróć]