Kształt
Kształt
My, matematycy, lubimy dzielić włos na
czworo. Tak już mamy. Bierzemy na warsztat powszechnie zrozumiałe
pojęcie, takie jak symetria lub równość, i rozkładamy je na części w poszukiwaniu głębszego sensu.
Weźmy na przykład kształt. Każdy przynajmniej z grubsza ma pojęcie, co
się pod tym kryje. Wystarczy, że rzucimy okiem na daną figurę
geometryczną i od razu wiemy, czy to kwadrat, trójkąt, okrąg czy
cokolwiek innego. Matematycy będą jednak drążyć temat: czym właściwie
jest kształt? Co sprawia, że dana figura ma go taki, a nie inny?
Klasyfikując przedmioty według kształtu, nie zważamy na ich rozmiar,
kolor, przeznaczenie, wagę ani wiek. Nie zaprzątamy sobie też głowy
innymi, bardziej przyziemnymi faktami na ich temat, jak chociażby tym,
kto przyniósł te klamoty i czy zabierze je ze sobą. Na co zatem zwracamy
uwagę? Co dokładnie próbujemy zakomunikować naszym rozmówcom, gdy
stwierdzamy, że coś ma na przykład kształt okręgu?
Odpowiedzi na te pytania nie mają oczywiście żadnej praktycznej
wartości. Na co dzień sprawdza się bowiem nasze intuicyjne pojmowanie
kształtu - życie nie wymaga od nas precyzyjnego zdefiniowania pojęcia
kształtu. Jest to po prostu ciekawy problem teoretyczny, jeżeli mamy
akurat czas i ochotę myśleć o takich rzeczach.
Skoro czytasz tę książkę, pozwolę sobie założyć, że dysponujesz jednym i drugim. Zacznijmy od takiego oto prostego pytania:
Wbrew pozorom nie ma ono prostej odpowiedzi. Choć nad hipotezą
Poincarégo - bo tak nazywana jest precyzyjnie sformułowana i zawężona
wersja tego pytania - matematycy głowią się od dobrych stu lat, nikt
nadal sobie z nią nie poradził. A wielu próbowało swoich sił. Pewien
matematyk zgarnął niedawno nagrodę w wysokości miliona dolarów za
istotny wkład w prace nad rozwiązaniem części tego problemu. Liczne inne
kategorie kształtów wciąż pozostają jednak niezgłębione, więc jako
globalna matematyczna społeczność wciąż nie wiemy, ile tak naprawdę jest
kształtów.
Spróbujmy mimo to zmierzyć się z tym pytaniem. To ile mamy kształtów?
Skoro nie bardzo wiadomo, jak w ogóle zabrać się za ten problem, pomocne
może być narysowanie kilku figur. Zobaczymy, do czego nas to doprowadzi.
Wszystko wskazuje na to, że nasza odpowiedź będzie zależeć od tego,
jakie kryteria podziału przyjmiemy. Czy duży okrąg jest tym samym
kształtem co mały okrąg? Czy wszystkie zawijasy tworzą jedną wielką
rodzinę, czy należy podzielić je ze względu na sposób, w jaki się
zawijają? Aby rozstrzygnąć te i podobne wątpliwości, musimy przyjąć
ogólną regułę, która uchroni nas przed podejmowaniem subiektywnych,
jednostkowych decyzji.
Możemy zabrać się za to na kilka różnych sposobów. Stolarze i inżynierowie kierują się ścisłymi kryteriami, zgodnie z którymi dwa
kształty można uznać za jednakowe jedynie wtedy, gdy wszystkie ich
długości, kąty oraz krzywe są dokładnie takie same.
Takie podejście prowadzi nas do dziedziny matematyki zwanej geometrią,
która zajmuje się sztywnymi, dokładnie zdefiniowanymi figurami oraz
zagadnieniami takimi jak na przykład prostopadłość i pole powierzchni.
Potrzebujemy czegoś ogólniejszego. Spróbujemy znaleźć wszystkie możliwe
kształty, nie zawracając sobie głowy skrupulatnym analizowaniem tysięcy
przeróżnych zawijasów. Przyjęta przez nas reguła musi na tyle swobodnie
traktować kwestię identyczności kształtów, by pozwolić wydzielić nie
nazbyt dużą liczbę szerokich kategorii.
Nowa reguła
Dwa kształty są jednakowe, jeżeli jeden można przekształcić w drugi
poprzez rozciąganie i ściskanie, ale bez rozrywania i sklejania.
Reguła ta leży u podstaw topologii - ogólniejszej i bardziej odjechanej
wersji geometrii. W topologii przyjmuje się, że kształty zbudowane są z cienkiego, nieskończenie rozciągliwego materiału, który można skręcać,
ugniatać i naciągać jak gumę lub surowe ciasto. Sam ich rozmiar nie ma
żadnego znaczenia.
W tym ujęciu kwadrat i prostokąt są jednakowe, podobnie jak okrąg i owal.
Dalej robi się dziwnie. Zasada rozciągania i ściskania pozwala nam
bowiem przekształcić okrąg w kwadrat.
Zanim jednak zaczniesz przekonywać znajomych, że kwadrat i okrąg to ten
sam kształt, bo tak napisane było w książce o matmie, pamiętaj, że
znaczenie ma tutaj kontekst. Kwadrat i okrąg są w topologii tym samym
kształtem. W architekturze, sztuce, codziennym życiu czy nawet geometrii
sprawy mają się inaczej. Na rowerze o kwadratowych kołach za daleko nie
zajedziesz.
Teraz jednak zajmujemy się topologią, więc nie musimy przejmować się
takimi drobiazgami jak wierzchołki, które można przecież zaokrąglić.
Staramy się wznieść ponad te powierzchowne różnice w postaci długości,
zakrzywień linii i miar kątów, skupiając się wyłącznie na istocie
kształtu - na najbardziej podstawowych cechach definiujących dany
kształt. W kwadratach i okręgach topologowie widzą jedynie zamkniętą
pętlę. Jej wszelkie inne właściwości są wynikiem tego, jak w danym
momencie została rozciągnięta i ściśnięta.
To trochę jak z zastanawianiem się nad kształtem naszyjnika. Wszystko
zależy od tego, jak go chwycimy: w jednym ułożeniu może być kwadratem, a w innym okręgiem. Bez względu na to, jak będziemy go układać - w kwadrat, okrąg, serce, półksiężyc, kleksa czy studwudziestokąt - wciąż
będziemy mogli mówić o pewnym fundamentalnym i niezmiennym kształcie
naszyjnika.
Ponieważ przybiera on różne formy, nazwy typowych figur geometrycznych
niezbyt dobrze go opisują. Choć niekiedy i tak mówimy o nim jako o okręgu, w topologii przyjęło się bardziej precyzyjne określenie:
"S-jeden"1. Kształt S-jeden przyjmują naszyjniki, bransoletki,
gumki recepturki, tory wyścigowe, zamkowe fosy, granice państw (z wykluczeniem eksklaw takich jak Alaska), litery O i wielkie litery D
oraz wszelkie pętle. Geometryczne kształty tych przedmiotów są
szczególnymi przypadkami S-jeden - podobnie jak kwadrat jest szczególnym
przypadkiem prostokąta, a okrąg owalu.
Czy istnieją jakiekolwiek inne kształty niż S-jeden? Kiepsko by było,
gdyby zasada rozciągania i ściskania okazała się na tyle ogólna, żeby
sprowadzać całą różnorodność kształtów topologicznie do jednej niezwykle
szerokiej kategorii. Mamy jednak farta: w naszej definicji znajdzie się
miejsce dla kształtów innych niż okrąg.
Weźmy na przykład linię.
Możemy ją zakrzywić tak, by jej końce niemal się ze sobą stykały. Aby
stworzyć okrąg, musielibyśmy jednak je ze sobą połączyć, a tego zrobić
nam nie wolno, bo będzie to już sklejanie. Choćbyśmy nie wiem jak
zginali i skręcali linię, na jej końcach zawsze pozostaną dwa punkty,
oznaczające zakończenie kształtu. Nie sposób się ich pozbyć. Możemy je
przemieszczać i oddalać od siebie, ale zawsze gdzieś będą - są
niezmienną właściwością tego kształtu.
Z podobnego względu odrębnym kształtem jest ósemka. Zamiast punktów
końcowych w środku tej figury znajduje się specjalny punkt przecięcia
linii, z którego rozchodzą się cztery odnogi, a nie dwie. Ósemkę możemy
rozciągać i ściskać, ile dusza zapragnie, ale nie pozbędziemy się jej
punktu przecięcia.
W sumie to możemy już rozprawić się z naszym pierwotnym pytaniem: ile
mamy kształtów? Odpowiedź brzmi: nieskończenie wiele. A oto dowód.
Dowód
Przyjrzymy się pewnej rodzinie kształtów. Jej każdy kolejny członek
tworzony jest przez dodanie do poprzedniego dodatkowej poziomej kreski.
Powstałe w ten sposób kształty mają więcej punktów przecięcia i punktów
końcowych niż ich "przodkowie", a zatem rzeczywiście mamy do czynienia z różnymi kształtami. Proces ten możemy powtarzać w nieskończoność,
tworząc nieskończenie wielką rodzinę kształtów. Ergo, kształtów jest
nieskończenie wiele.
Q.E.D.2
Brzmi przekonująco, co nie? Wystarczy, że znajdziemy dowolną rodzinę
kształtów, która wyraźnie pokaże, iż jej nowe formy można generować w nieskończoność, powielając ten sam schemat.
Również taka rodzina kształtów sprawdziłaby się jako dowód:
Albo taka:
Ta też by się nadała:
Jak byśmy się do tego nie zabrali, naszym dowodem kierować będzie ta
sama logika. Próbujemy wykazać istnienie nieskończonej liczby przypadków
pewnego rodzaju, więc opisujemy systematyczny proces ich powstawania.
Taki sposób dowodzenia twierdzeń, zwany dowodem przez wskazanie
nieskończonej rodziny, jest powszechnie stosowany w matematyce do
wykazywania, że dany zbiór zawiera nieskończenie wiele elementów. Mnie
on przekonuje, bo nie potrafię nawet sobie wyobrazić żadnych
kontrargumentów, które można by przeciw niemu wytoczyć. Musi istnieć
nieskończona liczba elementów określonego typu, skoro możemy bez końca
tworzyć ich kolejne warianty.
Taki dowód przemawia nie tylko do mnie: społeczność matematyków uznaje
wykazanie istnienia nieskończonej rodziny za poprawną metodę dowodzenia
twierdzeń. Nie jest to bynajmniej jedyna metoda tego typu - ta sama
logika jest często stosowana także w innych kontekstach. Ludzie parający
się matematyką z czasem zaczynają dostrzegać pewne powtarzalne schematy
dowodowe i zwykle są zgodni co do tego, które z nich są spoko.
Jeżeli przyjmujesz przedstawiony przeze mnie dowód, to mamy odpowiedź,
której szukaliśmy: kształtów jest nieskończenie wiele. Nie jest to może
szczególnie interesująca odpowiedź, ale innej nie będzie. Tak to już
jest: kiedy zada się pytanie i określi parametry problemu, odpowiedź
jest z góry ustalona. Wystarczy ją tylko znaleźć. Pierwsze pytanie,
które przyjdzie nam do głowy, niekoniecznie doprowadzi nas do ciekawej
bądź pouczającej odpowiedzi. W takiej sytuacji można się poddać i poszukać sobie innego zajęcia albo sformułować lepsze pytanie.
Rozmaitości
Rozmaitości
Kształtów jest zbyt wiele, żeby wnikliwie
przeanalizować je wszystkie, więc topologowie skupiają się jedynie na
tych najważniejszych: rozmaitościach. Choć nazwa ta kojarzy się raczej z pudłem starych bibelotów na pchlim targu, rozmaitości są nam wszystkim
bardzo bliskie - tak się składa, że mieszkamy na rozmaitości. Okręgi,
linie, płaszczyzny i sfery to wszystko rozmaitości - gładkie, proste,
jednolite kształty, które dziwnym trafem pojawiają się zawsze wtedy, gdy
nauki ścisłe biorą się za badanie fizycznych przestrzeni.
Skoro są tak proste, to pewnie już znaleźliśmy je wszystkie? Bynajmniej.
Topologom jest tak głupio z tego powodu, że zaoferowali nagrodę w wysokości miliona dolarów, by zachęcić matematycznie uzdolnionych
śmiałków do wytężonych poszukiwań. Jest to największa, wciąż
nierozwikłana topologiczna zagadka, spędzająca sen z powiek ekspertom od
ponad stu lat:
Lub ujmując problem nieco bardziej precyzyjnie:
Celem matematyków nie jest policzenie ich wszystkich, tylko
odnalezienie, nazwanie i podzielenie na kategorie - stworzenie
topologicznego przewodnika po rozmaitościach.
Czym w zasadzie jest rozmaitość? Aby kształt załapał się do tej
kategorii, musi spełnić ściśle określone kryteria. Selekcja jest tak
ostra, że większości się to nie udaje.
Nowa reguła
Kształt jest rozmaitością, jeżeli nie ma żadnych punktów specjalnych:
końcowych, przecięcia lub rozgałęzienia ani punktów na krawędziach. Musi
w każdym fragmencie być dokładnie taki sam.
Możemy zatem z miejsca wykluczyć nieskończone rodziny kształtów z poprzedniego podrozdziału. Kształty z poziomymi kreskami, wieloma
ramionami i podobnymi elementami nie mogą być rozmaitościami. A w związku z tym nasze pytanie o to, ile jest rozmaitości, może mieć
definitywną odpowiedź - potencjalnie istnieje ich skończona liczba. Może
kiedyś się przekonamy, czy rzeczywiście tak jest.
Przedstawiona definicja nie ogranicza się jedynie do płaskich,
"drucianych" kształtów, jak te, które dotychczas rozważaliśmy.
Rozmaitościami mogą być także figury wykonane z materiału
przypominającego arkusz papieru lub kawałek surowego ciasta. Nasz
wszechświat jest najpewniej trójwymiarową rozmaitością. No chyba że jest
czymś fizycznie ograniczony lub w jakiś sposób przenika sam siebie.
Na razie zostańmy jednak przy drucianych kształtach - takich, które
można stworzyć, rozginając spinacze lub układając kawałek nitki. W topologii nazywamy je jednowymiarowymi, mimo że rysujemy je na
dwuwymiarowej kartce. Kluczowe znaczenie ma bowiem materiał, z jakiego
kształt jest wykonany.
Jakie rozmaitości możemy zatem stworzyć z nitki? Nie mamy zbyt wielu
możliwości. Większość tego, co przyjdzie nam do głowy, ma jakieś
specjalne punkty.
Zakrzywienia i zawijasy są okej, bo zawsze można je naprostować.
Największym problemem są punkty końcowe. Jak się ich pozbyć?
Istnieją tylko dwa rodzaje rozmaitości jednowymiarowych. Jeżeli nie
wiesz jeszcze, o jakie kształty chodzi, oderwij wzrok od tekstu i daj
sobie chwilę na zastanowienie, zanim przejdziesz dalej.
Okrąg (alias S-jeden) i nieskończenie długa linia (R-jeden) to jedyne
rozmaitości jednowymiarowe. Punktów końcowych można uniknąć, tylko
robiąc pętelkę lub rozciągając linię w nieskończoność. Nic innego nie
wchodzi w grę. A, i pamiętaj: ponieważ kształty w topologii są
rozciągliwe, do rozmaitości jednowymiarowych zaliczymy także wszystkie
wariacje na temat pętli oraz nieskończenie długich krzywych, a nie tylko
okręgi i proste.
I to tyle, jeśli chodzi o pierwszy wymiar. Nieźle poszło! Jak widać,
dość mocno zawęziliśmy nasze początkowe topologiczne poszukiwania.
Pierwsze pytanie o liczbę kształtów było zbyt ogólne i zanadto pojemne,
ale to, którym kierujemy się teraz, wydaje się o wiele bardziej
poręczne, przynajmniej na razie. Przejdźmy na wyższy wymiar.
W przestrzeni dwuwymiarowej szukać będziemy rozmaitości wykonanych z materiału podobnego do arkusza papieru. Nie możemy zapominać, że chodzi
nam właśnie o materiał, a nie o wymiary przestrzenne figury. W okolicznościach nietopologicznych większość tych kształtów uznalibyśmy
za trójwymiarowe. Są one jedynak wykonane z dwuwymiarowego materiału i tego będziemy się trzymać.
A zatem: jakie rozmaitości możemy stworzyć w ten sposób? Nasz materiał
musi być arkuszem jednorodnym, pozbawionym krawędzi i uskoków, za
którymi płaszczyzna nagle się urywa. Wróć pamięcią do stwierdzenia z początku podrozdziału, że mieszkamy na rozmaitości. Nie było w tym
cienia przesady: powierzchnia Ziemi jest sferą, a ta zaliczana jest do
dwuwymiarowych rozmaitości.
Rozciągając i ściskając, możemy ją (sferę, nie Ziemię) przekształcić
także w powierzchnię całkowitą jakiejkolwiek innej bryły: sześcianu,
stożka, walca czy innego hitu z geometrycznej listy przebojów. Musimy
tylko uważać na terminologię. W matematyce sfera jest kształtem pustym w środku - samą powierzchnią - natomiast kula jest wypełniona. W ujęciu
topologicznym kula jest trójwymiarowa (stworzona z materiału podobnego
do surowego ciasta), więc wrócimy do niej później.
Uogólniona sfera nosi nazwę S-dwa, co nie jest wyborem przypadkowym, bo
w końcu sfera jest jak okrąg (czyli S-jeden) na wyższym poziomie. Ta
sama logika pozwoli nam odkryć kolejną dwuwymiarową rozmaitość. Jeśli
podniesiemy nieskończenie długą linię do drugiego wymiaru, otrzymamy
nieskończoną płaszczyznę.
Tę rodzinę kształtów nazywamy R-dwa i wśród jej członków znajdziemy
wszelkie nieskończone płaszczyzny dzielące przestrzeń na dwa
nieskończone obszary.
Płaskoziemcy - ludzie przekonani, że Ziemia tak naprawdę jest płaskim
dyskiem - często stają się przedmiotem drwin, zasłużenie zresztą. Z punktu widzenia topologii ich twierdzenia nie brzmią jednak aż tak
absurdalnie. Rozmaitość nie ma żadnych specjalnych punktów, więc jeśli
wyobrazimy sobie, że zostaliśmy zrzuceni na jej powierzchnię niczym
człowieczek z mapy Google, wszystkie otaczające nas punkty będą dla nas
identyczne. Nawet jeżeli rozmaitość ta ma krzywizny, nie dostrzeżemy ich
lokalnie, z "poziomu ulicy", bo jesteśmy na to za mali. Bez względu, w którym punkcie się znajdziemy, nasze otoczenie będzie wyglądać na
płaskie.
Istnieją też inne rozmaitości dwuwymiarowe. Więcej wymiarów to większa
swoboda ruchu, a to oznacza, że możemy stworzyć rozmaitości dwuwymiarowe
niemające żadnych odpowiedników jednowymiarowych.
Weźmy na przykład rozmaitość w kształcie skórki obwarzanka. Gołym okiem
widać, że mamy do czynienia z nowym rodzajem rozmaitości - w środku
kształtu znajduje się pusta przestrzeń, której nie sposób wypełnić przez
rozciąganie i ściskanie. Otwór ten ma jednak pewną osobliwą właściwość:
nie posiada żadnych wyraźnych krawędzi. Nie przypomina dziury wyciętej
nożyczkami w kartce - ta ma brzeg wypełniony specjalnymi punktami. Otwór
w środku obwarzanka jest bardziej subtelny, bo widoczny jedynie z zewnątrz. Gdybyśmy mieszkali na powierzchni planety w kształcie
obwarzanka, nigdy byśmy z niej nie widzieli żadnego otworu. Lokalnie nie
różniłoby się to od mieszkania na sferze bądź całkowicie płaskiej
płaszczyźnie.
Ten nowy rodzaj rozmaitości nazywany jest torusem lub T-dwa i uwzględnia
wszystkie kształty z gładkim otworem w środku.
Ale to jeszcze wcale nie koniec dwuwymiarowych rozmaitości. Możemy też
stworzyć podwójnego torusa:
A to oczywiście oznacza, że możemy również stworzyć torusa potrójnego,
poczwórnego i tak dalej. Słowem, istnieje nieskończona rodzina torusów.
No dobra, czyli nie ma skończonej liczby rozmaitości. To jednak nie
powód do zmartwień, ponieważ nie musimy ich wszystkich policzyć, żeby je
znaleźć. Naszym celem jest kategoryzacja - staramy się stworzyć listę
możliwych rozmaitości, więc nie szkodzi, jeżeli znajdą się na niej
nieskończone rodziny. W matematyce abstrakcyjnej nieskończoności są na
porządku dziennym, więc trzeba się z nimi po prostu pogodzić.
Wierz lub nie, ale nadal się nie uporaliśmy ze wszystkimi rozmaitościami
dwuwymiarowymi. Istnieje jeszcze jeden kształt, który można stworzyć z materiału przypominającego arkusz. Jest tylko pewien szkopuł: to
naprawdę dziwna rozmaitość. Nazywana jest płaszczyzną rzutową
rzeczywistą. Niestety nie wiem, jak wygląda, więc nie mogę ci jej
pokazać. Nikt zresztą tego nie wie, bo w naszym wszechświecie taki
kształt nie może istnieć.
Istnieje on jedynie w przestrzeni czterowymiarowej. Bez względu na
materiał, z jakiego został wykonany, każdy kształt wymaga pewnej
minimalnej liczby wymiarów przestrzennych, w których można go zmieścić.
Płaszczyzna zmieści się w co najmniej dwóch wymiarach przestrzennych,
sfera - w trzech, a płaszczyzna rzutowa rzeczywista - w czterech.
To skąd w ogóle wiemy, że taka rozmaitość potencjalnie istnieje?
Spróbuję to wyjaśnić.
Wyobraź sobie koło, czyli wypełniony okrąg. Choć koło można stworzyć z kawałka arkusza, nie jest ono rozmaitością, ponieważ na jego brzegu
znajdują się specjalne punkty. Jeżeli jednak weźmiemy dwa koła i dokładnie zszyjemy je ze sobą, otrzymamy jednolity kształt bez żadnych
brzegów, czyli rozmaitość.
W tym wypadku będzie to sfera, co samo w sobie nie jest szczególnie
pouczające - o tym, że sfery są rozmaitościami, już wiemy. Przyda nam
się jednak koncepcja leżąca u podstaw tego przekształcenia: zszycie
(sklejenie) dwóch kształtów zbliżonych do rozmaitości i mających taki
sam brzeg daje rozmaitość.
No to teraz wyobraź sobie cienką wstęgę z arkusza skręconą w jednym
miejscu. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ma dwa brzegi, ale
przesuwając palcem po górnej krawędzi, zjedziemy na dół, a potem wrócimy
w to samo miejsce - czyli tak naprawdę jest tylko jeden brzeg3.
Bierzmy się zatem do stworzenia płaszczyzny rzutowej rzeczywistej. Brzeg
koła ma kształt S-jeden (okręgu), podobnie jak brzeg naszej skręconej
wstęgi. Możemy zatem zszyć je ze sobą, żeby stworzyć nową rozmaitość.
Jeśli spróbujesz sobie wyobrazić to przekształcenie albo prześledzić
palcami jego przebieg, bardzo szybko napotkasz przeszkodę: koło musi
przeciąć własną płaszczyznę, a to stworzyłoby specjalne punkty, których
rozmaitości mieć nie mogą. Gdybyśmy jednak zrobili to samo w czterech
wymiarach, nie napotkalibyśmy żadnych problemów.
Jak to możliwe? Można to przyrównać do podobnej sytuacji w trzech
wymiarach. Ósemka narysowana na płaskiej powierzchni ma środkowy punkt
przecięcia. Jeżeli jednak uniesiemy jedną z linii ponad kartkę,
dosłownie podnosząc całą figurę do trzeciego wymiaru, punkt przecięcia
zniknie. Z płaszczyzną rzutową rzeczywistą jest tak samo, tylko w czterech wymiarach. Ta osobliwa, skręcona rozmaitość przenika własną
powierzchnię tylko wtedy, gdy tkwimy w przestrzeni trójwymiarowej.
Podniesiona do czwartego wymiaru staje się idealnie gładką,
nieprzecinającą się rozmaitością dwuwymiarową.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki