Jak być rodzicami, których sami potrzebowaliśmy - Beatriz Cazurro

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Kiedy w dzie­ciń­stwie pytano mnie, kim chcę być, gdy doro­snę, nie mia­łam goto­wej odpo­wie­dzi. Dopiero jako nasto­latka zaczę­łam utwier­dzać się w prze­ko­na­niu, że inte­re­suje mnie psy­cho­lo­gia. Fascy­no­wało mnie to, jak funk­cjo­nują ludzie.

Pamię­tam, że zaczy­na­jąc stu­dia, marzy­łam o pracy psy­cho­lożki dzie­cię­cej. Pro­gram nie obej­mo­wał jed­nak zbyt wielu przed­mio­tów zwią­za­nych z psy­cho­lo­gią roz­wo­jową, a te nie­liczne kon­cen­tro­wały się głów­nie na pro­ble­ma­tyce doty­czą­cej eli­mi­no­wa­nia pew­nych zacho­wań i obja­wów, uzy­ski­wa­nia pożą­da­nych wyni­ków testów, sta­wia­nia dia­gnoz. Róż­niło się to znacz­nie od moich wcze­śniej­szych wyobra­żeń. Widzia­łam sie­bie raczej w sali peł­nej zaba­wek i obraz­ków, pochy­loną nad rysun­kami wyko­na­nymi przez dzieci, prze­pro­wa­dza­jącą ana­lizy i inter­pre­ta­cje pozwa­la­jące niwe­lo­wać "nie­od­po­wied­nie" zacho­wa­nia i uwal­niać małych pacjen­tów od złego samo­po­czu­cia, któ­rego mogą doświad­czać. Porów­nu­jąc książki napi­sane w roz­ma­itych nur­tach, prze­ko­na­łam się, że w więk­szo­ści z nich - za wyjąt­kiem tych repre­zen­tu­ją­cych per­spek­tywę poznaw­czo-beha­wio­ralną - pre­zen­to­wane są przy­padki, w któ­rych psy­cho­lo­go­wie pod­jęli wzo­rową inter­wen­cję, prze­pro­wa­dzoną w ide­al­nym momen­cie, dopro­wa­dza­jąc do rady­kal­nych zmian w życiu dziecka. Było to w grun­cie rze­czy cał­ko­wi­cie zgodne z moimi począt­ko­wymi fan­ta­zjami o pracy z dziećmi. W miarę czy­ta­nia kolej­nych podob­nych ksią­żek opi­sy­wane w nich sytu­acje coraz bar­dziej mnie jed­nak fra­po­wały. Zasta­na­wia­łam się, jak to moż­liwe, że naprawdę się wyda­rzyły. Coraz mniej wie­rzy­łam, że kie­dy­kol­wiek będę dys­po­no­wała super­mocą pozwa­la­jącą szybko i efek­tyw­nie kłaść kres nie­po­żą­da­nym obja­wom. Dziś zdaję sobie sprawę, że im bar­dziej ide­ali­zo­wa­łam rolę psy­cho­lo­żek i psy­cho­lo­gów, tym mniej pew­nie się czu­łam - co zresztą jest zupeł­nie zro­zu­miałe.

Z moich lek­tur wyni­kało, że dobry psy­cho­log potrafi zna­leźć klucz do wyeli­mi­no­wa­nia obja­wów, które skło­niły pacjenta do pod­da­nia się tera­pii czy przyj­ścia na kon­sul­ta­cję. Ponadto, z per­spek­tywy nurtu poznaw­czo-beha­wio­ral­nego, w któ­rym stu­dio­wa­łam - nie­zu­peł­nie mnie prze­ko­nu­ją­cego, choć nie potra­fi­łam powie­dzieć dla­czego - tera­pia, przy­naj­mniej tak, jak ją poj­mo­wa­łam, bazo­wała na obja­wach i miała na celu wyeli­mi­no­wa­nie ich za pomocą sze­regu tech­nik. Pro­ces tera­peu­tyczny nie wyma­gał poświę­ca­nia zbyt wiele uwagi kon­tek­stowi czy ana­li­zo­wa­nia oso­bi­stej histo­rii każ­dego z dzieci. Nie jest tajem­nicą, że więk­szość psy­cho­logów, pra­cu­ją­cych w tym czy innym nur­cie, po ukoń­cze­niu stu­diów mie­rzy się z wła­sną bez­sil­no­ścią wobec nie­któ­rych obja­wów. Dzieje się tak przede wszyst­kim wów­czas, gdy pacjen­tami są dzieci, zaś przy­czyna tkwi według mnie w błęd­nym podej­ściu. Choć metoda poznaw­czo-beha­wio­ralna nie znaj­do­wała się w cen­trum moich zain­te­re­so­wań, lata doświad­czeń pozwo­liły mi doce­nić jej war­tość i uży­tecz­ność - pod warun­kiem, że sto­suje się ją w ramach pro­cesu tera­peu­tycz­nego obej­mu­ją­cego lecze­nie traumy oraz przy­wią­zuje się w niej znacz­nie więk­szą wagę do więzi niż do wyko­rzy­sty­wa­nych narzę­dzi.

Dziś wiem, że tera­pii - zarówno dzieci, jak i doro­słych - nie da się zapla­no­wać jed­no­stron­nie. Wiem rów­nież, że wszyst­kie zacho­wa­nia, także te uzna­wane za nie­adap­ta­cyjne lub nie­po­żą­dane, peł­nią ważną i war­to­ściową funk­cję w indy­wi­du­al­nym doświad­cze­niu czło­wieka, zaś sku­pia­nie się wyłącz­nie na ich wyeli­mi­no­wa­niu może oka­zać się wręcz nie­bez­pieczne dla pacjenta1. Dziś rozu­miem także, że dzieci nie są w sta­nie się zmie­nić, jeśli nie zmieni się ich oto­cze­nie, i że nawet jeżeli ja wiem, w którą stronę podą­żyć, żeby pacjent poczuł się lepiej, to nie ja jedna wyzna­czam kie­ru­nek. Zanim jed­nak do tego doszłam, przez wiele lat doskwie­rały mi brak wiary w sie­bie i fru­stra­cja wywo­łana poczu­ciem, że nie umiem być taką psy­cho­lożką, jaką we wła­snym prze­ko­na­niu być powin­nam.

-

Skoń­czy­łam stu­dia i czu­jąc, że zdo­byta przeze mnie wie­dza jest nie­wy­star­cza­jąca do pod­ję­cia pracy w zawo­dzie, zaczę­łam szu­kać zaję­cia, które zapew­ni­łoby mi formę kon­taktu z dziećmi umoż­li­wia­jącą naucze­nie się cze­goś wię­cej niż tech­niki poznane z ksią­żek. Jako że w rodzi­nie zawsze byłam naj­młod­szą z rodzeń­stwa i kuzy­no­stwa, nie mia­łam prak­tycz­nie żad­nego doświad­cze­nia w kon­tak­tach z dziećmi. W ten spo­sób dowie­dzia­łam się o moż­li­wo­ści odby­cia wolon­ta­riatu w ośrodku dla nie­let­nich w Rydze i wyje­cha­łam na Łotwę. Pla­cówkę uwa­żano za roz­wią­za­nie "kry­zy­sowe". Tra­fiały do niej dzieci i mło­dzież w róż­nym wieku, pro­sto z rodzin, w któ­rych doświad­czały prze­mocy i róż­nych form nad­użyć. Prze­by­wały tam, dopóki nie zapa­dła decy­zja o ich dal­szym losie. Nie­jed­no­krot­nie trwało to wiele mie­sięcy. To, co wyda­wało mi się z początku naj­więk­szym ogra­ni­cze­niem - zupełna nie­zna­jo­mość języka - oka­zało się moim atu­tem. Nie­moż­ność posłu­gi­wa­nia się sło­wami pozwo­liła mi się prze­ko­nać, że zaufa­nie, sym­pa­tia i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa nie mają nic wspól­nego z języ­kiem. Mało tego, u niektó­rych dzieci "poprawa" nastę­po­wała bez koniecz­no­ści sto­so­wa­nia spe­cja­li­stycz­nych narzę­dzi czy wie­dzy. Dopiero teraz rozu­miem, że nie było to wyni­kiem przy­padku czy szczę­śli­wego zbiegu oko­licz­no­ści.

Z początku nie powie­rzono mi żad­nej jasno okre­ślo­nej roli. Mia­łam uczyć się, jak funk­cjo­nuje ośro­dek, obser­wo­wać wycho­waw­ców przy pracy i pozna­wać język, by w przy­szło­ści poma­gać w sytu­acjach, w któ­rych było to naj­bar­dziej potrzebne. Do tego czasu mogłam jedy­nie spę­dzać czas z dziećmi i uczest­ni­czyć w czę­ści ich zabaw, posłu­gu­jąc się nie­zdar­nymi gestami i poje­dyn­czymi sło­wami, któ­rych w wol­nych chwi­lach uczy­łam się z książki zaty­tu­ło­wa­nej Latviešu valoda (Język łotew­ski). Byłam prze­ko­nana, że przez wiele tygo­dni nie będzie ze mnie żad­nego pożytku.

-

Sied­mio­let­niej Mada­rze zna­jo­mość języka nie wyda­wała się do niczego potrzebna. Od początku pobytu w ośrodku dziew­czynka z nikim nie roz­ma­wiała - nawet z bra­tem, który tra­fił tam razem z nią. Codzien­nie, zaraz po obie­dzie, zaj­mo­wała się ryso­wa­niem lub kolo­ro­wa­niem. Nikt z wycho­waw­ców nie dotrzy­my­wał jej towa­rzy­stwa - w końcu Madara się nie odzy­wała, poza tym nikomu nie prze­szka­dzała, więc zosta­wiano ją w spo­koju. Coś mnie do niej zapro­wa­dziło. Moż­liwe, że intu­icyj­nie czu­łam, jakie to ważne, żeby ktoś przy niej był, jak­bym skądś wie­działa, jak ona się czuje (nie­wy­klu­czone, że w pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście tak było). Choć już i tak nie przed­sta­wi­łam sie­bie jako osoby rosz­czą­cej sobie prawa do gło­sze­nia prawd obja­wio­nych, dodam jesz­cze, że do zbli­że­nia się do Madary zachę­ciła mnie pew­ność, że nie będę musiała mie­rzyć się z wyzwa­niem pro­wa­dze­nia roz­mowy w obcym języku. Codzien­nie przez pewien czas sie­dzia­łam obok dziew­czynki i przy­glą­da­łam się, jak rysuje. Nauczy­łam się mówić po łotew­sku Tik ska­isti! (Jak pięk­nie!) i od czasu do czasu, kiedy coś mi się szcze­gól­nie spodo­bało, oka­zy­wa­łam swój podziw. Poza tym przez wiele dni w mil­cze­niu krę­ci­łam się w pobliżu Madary. Któ­re­goś razu zoba­czy­łam, że kolo­ruje jakąś bar­dzo dużą postać. Wzię­łam do ręki kredkę i poka­za­łam ją dziew­czynce w pyta­ją­cym geście. Madara bez słowa zro­biła mi miej­sce obok sie­bie i przez kilka minut bez słowa kolo­ro­wa­ły­śmy razem.

Tak to wyglą­dało przez parę tygo­dni. W cza­sie poobied­niej prze­rwy sia­da­łam z Madarą i kolo­ro­wa­ły­śmy, nie roz­ma­wia­jąc ze sobą. Wycho­waw­czy­nie z ośrodka spi­sały dziew­czynkę na straty. Nikt nie zdo­łał jej namó­wić do uczest­nic­twa w zaję­ciach. Nie opo­wia­dała o sobie ani nie odpo­wia­dała na zada­wane jej pyta­nia. Któ­re­goś dnia w trak­cie naszego wspól­nego ryso­wa­nia Madara nagle wstała. Przyj­rzała mi się uważ­nie i gestem dała do zro­zu­mie­nia, żebym za nią poszła. Zapro­wa­dziła mnie do swo­jego pokoju. Poka­zała, żebym usia­dła na jej łóżku, wyjęła jakieś pudełko, otwo­rzyła je i zaczęła mówić. W środku były zdję­cia człon­ków jej rodziny, domu, a także kilka rysun­ków, które wyda­wały się dla niej ważne. Sie­dzia­łam, oglą­da­jąc uważ­nie wszystko, co mi poka­zy­wała, i sta­ra­jąc się słu­chać tego, co mówi. Choć nie rozu­mia­łam ani słowa, zda­wa­łam sobie sprawę, że to dla nas obu bar­dzo donio­sła chwila.

-

Sasza miał pięt­na­ście lat, był Rosja­ni­nem i nie mówił po łotew­sku. Kiedy tra­fił do ośrodka, mia­łam już mniej wię­cej opa­no­wane słow­nic­two, któ­rym zazwy­czaj posłu­gują się sied­mio- czy ośmio­let­nie łotew­skie dzieci, ale w kon­tak­tach z Saszą było ono oczy­wi­ście bez­u­ży­teczne. Domy­śla­łam się, że jako jedyny nasto­la­tek w ośrodku może nie mieć ochoty na spę­dza­nie czasu z pozo­sta­łymi pod­opiecz­nymi. Zauwa­ży­łam, że spo­gląda w stronę stołu do ping-ponga, więc zapro­po­no­wa­łam mu mecz. Wkrótce gra w tenisa sto­ło­wego w porze drzemki młod­szych dzieci stała się dla nas rodza­jem rytu­ału. Śmia­li­śmy się z tego, jak kiep­sko mi idzie, a Sasza na migi dawał mi do zro­zu­mie­nia, żebym się nie pod­da­wała. Na koniec każ­dej roz­grywki przy­bi­ja­li­śmy piątkę. To, że następ­nego dnia znowu zagramy, było oczy­wi­ste, bo oboje świet­nie się przy tym bawi­li­śmy. Nie zna­łam powo­dów, dla któ­rych Sasza czy któ­re­kol­wiek z młod­szych dzieci tra­fili do ośrodka, ponie­waż nie mogli­śmy poroz­ma­wiać na żaden temat. Mimo to dzień przed opusz­cze­niem pla­cówki chło­pak pod­szedł do mnie i wrę­czył mi kartkę. Oka­zało się, że to list z podzię­ko­wa­niami - jedna z wycho­waw­czyń zna­ją­cych rosyj­ski prze­tłu­ma­czyła mi treść. Sasza napi­sał, że nasze par­tie ping-ponga poma­gały mu zna­leźć siły na prze­trwa­nie kolej­nego dnia w cza­sie, gdy cały jego świat się zawa­lił. Odpo­wie­dzia­łam mu oczy­wi­ście, a potem wymie­ni­li­śmy jesz­cze kilka wia­do­mo­ści. W ten spo­sób się poże­gna­li­śmy: pisząc sobie rze­czy, o któ­rych - z per­spek­tywy czasu jestem tego pewna - już dosko­nale wie­dzie­li­śmy.

-

Liene miała trzy­na­ście mie­sięcy, wiel­kie nie­bie­skie oczy i uro­czą szparę mię­dzy ząb­kami. Tra­fiła do ośrodka z matką nie­długo po moim przy­jeź­dzie na Łotwę. Któ­re­goś ranka w dro­dze do pla­cówki spo­tka­łam jedną z miesz­ka­ją­cych tam wtedy nasto­la­tek. Pode­szła do mnie pobu­dzona, pró­bu­jąc powie­dzieć mi coś, co wyda­wało się dla niej bar­dzo ważne. Zro­zu­mia­łam tylko kilka słów, ale nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że jest zmar­twiona, więc przy­spie­szy­łam kroku. Gdy dotar­łam na miej­sce, dowie­dzia­łam się, że mama Liene zosta­wiła córkę w pla­cówce i wró­ciła do domu, do męża, który, jak mi powie­dziano, znę­cał się nad nimi obiema. Nie jestem pewna, dla­czego powie­rzono opiekę nad Liene wła­śnie mnie. Mogę jedy­nie przy­pusz­czać, że miało to coś wspól­nego z wyobra­że­niami, że dziecku w tym wieku nie da się pomóc tak, jak star­szym dzie­ciom. Kar­mi­łam dziew­czynkę, kła­dłam ją do łóżeczka w porze drzemki, bawi­łam się z nią, zmie­nia­łam jej pie­luszki... Z początku było mi bar­dzo trudno. Liene cią­gle pła­kała i w roz­pa­czy ude­rzała głową o ścianę. Wcze­śniej uczy­łam się, że aby dopro­wa­dzić do wyeli­mi­no­wa­nia nie­któ­rych nie­po­żą­da­nych zacho­wań, powinno się je igno­ro­wać, ale nie mogłam prze­cież nie reago­wać, kiedy roczne dziecko robiło sobie krzywdę, szcze­gól­nie że dziew­czynka sta­wała mi się coraz bliż­sza. Dla­tego za każ­dym razem, kiedy zaczy­nała ude­rzać o ścianę, wycią­ga­łam rękę i sta­ra­łam się osła­niać jej główkę.

- Nie chcę, żebyś zro­biła sobie krzywdę - szep­ta­łam pod nosem, aby uspo­koić wyrzuty sumie­nia na myśl o tym, że być może zaj­mu­jąc się nią w tej chwili, wzmac­niam jej zacho­wa­nie. Stop­niowo prze­ko­ny­wa­łam się jed­nak, że Liene coraz rza­dziej ude­rza głową o ścianę. Wciąż pła­kała i zaci­skała mocno piąstki, ale nie robiła sobie krzywdy. Każ­dego ranka obie bar­dzo cie­szy­ły­śmy się ze spo­tka­nia i ze smut­kiem roz­sta­wa­ły­śmy się wie­czo­rami. Pew­nego dnia po przyj­ściu do ośrodka dowie­dzia­łam się, że dziew­czynka wraca do domu, do rodzi­ców. Na to, by się poże­gnać, mia­ły­śmy tylko jeden ranek. Do dziś jesz­cze wiele o niej myślę; zasta­na­wiam się, ile ma teraz lat, czy wszystko u niej w porządku. Jestem pewna, że czas, który spę­dzi­ły­śmy razem, odci­snął w nas obu ślad - nie­wi­doczny, jed­nak jak naj­bar­dziej rze­czy­wi­sty.

-

Wtedy nie mia­łam świa­do­mo­ści, jak wiele w ciągu tych mie­sięcy się nauczy­łam. Kiedy mój wolon­ta­riat dobiegł końca, czu­łam, że choć pozna­nie tych dzieci było wspa­nia­łym doświad­cze­niem, jako psy­cho­lożka niczego się nie nauczy­łam. Wró­ci­łam do domu odro­binę zdez­o­rien­to­wana. Część rze­czy, któ­rych uczono mnie na stu­diach, zupeł­nie mnie nie prze­ko­ny­wała. Gdy w pew­nych sytu­acjach, wbrew sobie, zasto­so­wa­łam środki w rodzaju time out (metoda powszech­nie znana jako "karny jeżyk" czy "karne krze­sełko"), teo­re­tycz­nie słu­żące temu, aby dzieci "zacho­wy­wały się lepiej", póź­niej czu­łam się okrop­nie. Z kolei inne spo­soby, które pod­po­wie­działa mi intu­icja i z któ­rymi czu­łam się bar­dziej kom­for­towo, teo­re­tycz­nie świad­czyły o tym, że jestem zbyt miękka i mało sta­now­cza. Co wię­cej, prze­ko­na­łam się, że mie­rząc się z tym samym zacho­wa­niem u róż­nych pod­opiecz­nych, reaguję w różny spo­sób, choć nie wyda­wało mi się to prze­ja­wem fawo­ry­zo­wa­nia jed­nych dzieci kosz­tem innych. Jakby tego było mało, widzia­łam, jak w wypadku nie­któ­rych nie­po­żą­da­nych obja­wów - takich jak mil­cze­nie Madary, pra­gnie­nie śmierci Saszy czy auto­agre­sja Liene - poprawa nastę­po­wała pomimo braku kon­kret­nego planu inter­wen­cji, a ja nie wie­dzia­łam, co ją wywo­łało. Nie wie­rzy­łam we wła­sne kwa­li­fi­ka­cje na tyle, żeby nazy­wać sie­bie psy­cho­lożką i szu­kać pracy w tym zawo­dzie. Nie mia­łam poję­cia, że to, czym zaj­mo­wa­łam się przez te wszyst­kie mie­siące i co z punktu widze­nia doświad­cze­nia zawo­do­wego wyda­wało mi się mało istotne, sta­nie się decy­du­jące nie tylko dla mojego spo­sobu postrze­ga­nia wła­snego zawodu, lecz, co waż­niej­sze, dla zro­zu­mie­nia rela­cji z innymi. Tym, co naprawdę ważne, oka­zała się więź.

-

W póź­niej­szym cza­sie mia­łam to szczę­ście, że natra­fia­łam na wiele infor­ma­cji doty­czą­cych roli więzi (uży­wam okre­śle­nia "szczę­ście", ponie­waż nie zawsze było to efek­tem świa­do­mie pod­ję­tych poszu­ki­wań). Zagad­nie­nie przy­wią­za­nia, które w cza­sie stu­diów wyda­wało mi się czymś nie­mal aneg­do­tycz­nym, bar­dzo mnie zain­te­re­so­wało i zaczę­łam je zgłę­biać. Roz­po­czę­łam wła­sną tera­pię, spo­ty­ka­łam roz­ma­itych tera­peu­tów i prze­ko­na­łam się, że klu­czowe w całym pro­ce­sie są poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, bycie wysłu­chaną oraz zaufa­nie do spe­cja­li­sty. Nie zda­rzało mi się zmie­niać tera­peu­tów dla­tego, że nie byłam zado­wo­lona ze sto­so­wa­nych przez nich tech­nik czy nur­tów, w któ­rych pra­co­wali. Powody zmiany były na ogół takie, że nie­do­sta­tecz­nie się ze mną liczono, że czu­łam się oce­niana albo pod­da­wana pre­sji, choćby sub­tel­nej. Mia­łam wielu powszech­nie podzi­wia­nych men­to­rów, któ­rzy mówili o "więzi", lecz spra­wiali wra­że­nie zain­te­re­so­wa­nych wyłącz­nie wła­snym wize­run­kiem, sta­tu­sem i pie­niędzmi.

Zaczę­łam przyj­mo­wać pacjen­tów, jed­nak czu­łam się tak nie­pew­nie, tak bar­dzo sku­pia­łam się na robie­niu wra­że­nia dobrej tera­peutki i na tym, co powin­nam robić, że, choć teo­re­tycz­nie wszystko robi­łam jak należy, nie­któ­rzy pacjenci rezy­gno­wali. Stop­niowo zaczy­na­łam dawać sobie przy­zwo­le­nie na nie­do­sko­na­łość i auten­tycz­ność. Rosło moje zaufa­nie do sie­bie i tego, co czuję w trak­cie sesji. W coraz mniej­szym stop­niu kie­ro­wa­łam się pla­nem. Słu­cha­łam z zain­te­re­so­wa­niem, a nie dla­tego, że chcia­łam nale­ży­cie wywią­zać się ze swo­jej roli. Zmiana oka­zała się rady­kalna, choć przy­brała zupeł­nie inny kie­ru­nek, niż się spo­dzie­wa­łam. A potem zosta­łam matką i wresz­cie wszystko zro­zu­mia­łam. Zna­cze­nie bli­sko­ści, obec­no­ści, spój­no­ści, intu­icji. Zna­cze­nie rela­cji.

Dziś, po ponad dwu­dzie­stu latach doświad­czeń oso­bi­stych i zawo­do­wych, pro­ce­sów tera­peu­tycz­nych wła­snych i cudzych oraz prak­tyki w zawo­dzie, mogę z peł­nym prze­ko­na­niem powie­dzieć, że bez­pieczne więzi są sym­bo­licz­nym oto­cze­niem, w któ­rym muszą zna­leźć się dzieci, by móc się roz­wi­jać, zmie­niać, odkry­wać i popeł­niać błędy. Wciąż mam w pamięci drogę, którą sama prze­by­łam, i dla­tego dosko­nale rozu­miem rodzi­ców znaj­du­ją­cych się na początku tej podróży. Przy­cho­dzą do mojego gabi­netu, bo nie wie­dzą, co robić, albo czują się zdez­o­rien­to­wani nad­mia­rem wska­zó­wek, czę­sto sprzecz­nych.

Rozu­miem matki, które trzy­mają się sztywno zasad rodzi­ciel­stwa opar­tego na sza­cunku2 i boją się, że ich dzieci doświad­czą traumy, ponie­waż part­ne­rzy nie zawsze się do nich sto­sują. Rozu­miem każ­dego, kto czuje się bez­radny w obli­czu jakie­goś pro­blemu i błaga, by mu powie­dzieć, jak powi­nien postę­po­wać ze swo­imi dziećmi, po czym nie udaje mu się wpro­wa­dzić tych zale­ceń w życie. Kie­ro­wa­nie się nie­któ­rymi wska­zów­kami może oka­zać się naprawdę trudne, jeśli rela­cja z dziećmi budzi w nas pamięć bole­snych i skom­pli­ko­wa­nych doświad­czeń.

Nie mogę zaofe­ro­wać tym oso­bom zaklęć, które magicz­nie roz­wiążą ich pro­blemy. W tej książce będę się sta­rała sku­pić na czymś bar­dziej war­to­ścio­wym: na wię­ziach. Na bez­pie­czeń­stwie. Na nie­wi­docz­nej dyna­mice rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Na tym, co zacho­dzi poza sło­wami, regu­łami, teo­riami i tech­ni­kami. Tam dzieje się wszystko.

Spró­buję rzu­cić odro­binę świa­tła na to, co prze­ży­wa­cie, i na to, co prze­ży­wają wasze dzieci, sio­strze­nice, bra­tan­ko­wie, wnuki lub ucznio­wie - nawet jeśli nie widać tego gołym okiem. Mam na myśli zarówno to, co was łączy, jak i to, co was dzieli. Żeby­śmy mogli zacząć zasta­na­wiać się, co robić, musimy wie­dzieć, gdzie jeste­śmy i co się z nami dzieje. A to wymaga oświe­tle­nia tego, co kryje się w ciem­no­ści.

Mam rów­nież nadzieję, że ta książka pomoże tym z was, któ­rzy mają wokół sie­bie osoby wycho­wu­jące dzieci - być może pozwoli wam towa­rzy­szyć im w ich doświad­cze­niu i uważ­niej słu­chać. Wspar­cie ze strony człon­ków rodziny, przy­ja­ciół i struk­tur spo­łecz­nych potrafi rady­kal­nie odmie­nić doświad­cze­nie rodzi­ciel­stwa. Liczę wresz­cie na to, że wie­dza, którą zamie­rzam się podzie­lić, może pomóc każ­demu lepiej zro­zu­mieć rela­cję ze sobą i uwie­rzyć, że wzmoc­nie­nie wewnętrz­nego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa jest moż­liwe - nie­za­leż­nie od tego, czy jest on rodzi­cem.

Rozdział 1. Rodzicielstwo... oparte na szacunku?

Roz­dział 1

Rodzi­ciel­stwo... oparte na sza­cunku?

Elena uro­dziła dziecko pew­nego let­niego popo­łu­dnia. Wszystko prze­bie­gło zgod­nie z ocze­ki­wa­niami, które zawarła w pla­nie porodu. Czuła się szczę­śliwa, mogąc naresz­cie zoba­czyć buzię swo­jej córeczki. Dziew­czynka zaczęła ssać pierś pod­czas kan­gu­ro­wa­nia i kar­mie­nie roz­po­częło się bez kom­pli­ka­cji, spra­wia­jąc przy­jem­ność im obu. Dzień po poro­dzie Elena dostała gorączki, poja­wił się też silny ból brzu­cha. W szpi­talu podano jej leki prze­ciw­go­rącz­kowe, objawy jed­nak nie ustą­piły. Następ­nego dnia kobietę pod­dano pil­nej ope­ra­cji, po któ­rej leka­rze przy­znali, że nie mieli pew­no­ści, czy pacjentka ją prze­żyje. Elena spę­dziła tydzień na oddziale inten­syw­nej tera­pii, intu­bo­wana, z dala od dziecka. Gdy odzy­skała przy­tom­ność, prak­tycz­nie nie mogła się ruszać. Lecze­nie szpi­talne trwało ponad mie­siąc. Pod­czas ciąży Elena dużo czy­tała na temat pierw­szych mie­sięcy życia dziecka i była aż nadto świa­doma korzy­ści pły­ną­cych z kar­mie­nia pier­sią. Na wszyst­kich pro­fi­lach paren­tin­go­wych, które śle­dziła w inter­ne­cie, czy­tała, jakie to ważne, by kar­mić pier­sią i nie pod­da­wać się przy pierw­szych pro­ble­mach. Dla­tego drę­czyło ją ogromne poczu­cie winy, choć w sytu­acji, w któ­rej się zna­la­zła - omal nie umarła i nie była w sta­nie utrzy­mać się na nogach - wąt­pli­wo­ści co do tego, czy powinna kar­mić pier­sią, były cał­ko­wi­cie uza­sad­nione. Bra­ko­wało jej sił, poza tym przyj­mo­wała wiele leków. Roz­łąka z dziec­kiem wywo­łała u niej łagodny stan dyso­cja­cji i Elena sku­piła się na odpo­czynku i odzy­ski­wa­niu sił, by móc jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu. Dal­sze kar­mie­nie pier­sią wciąż wcho­dziło w grę, ale czy byłoby ono roz­wią­za­niem opar­tym na sza­cunku? Dla kogo i w opar­ciu o jakie kry­te­ria?

W ostat­nich latach wzro­sła spo­łeczna świa­do­mość odpo­wie­dzial­no­ści, z jaką wiąże się wycho­wy­wa­nie dzieci. Dla wielu osób nie jest to po pro­stu kolejny etap życia, w który wkra­cza się w spo­sób bez­re­flek­syjny. Dzieci są oso­bami zależ­nymi od nas, mają­cymi ważne potrzeby. Nasze rela­cje z nimi wywie­rają ogromny wpływ na ich zdro­wie pod każ­dym wzglę­dem. Wbrew pozo­rom spo­sób, w jaki jeste­śmy trak­to­wani, rzu­tuje nie tylko na nasz stan emo­cjo­nalny i psy­chiczny, lecz także fizyczny. Udo­wod­niono, że nega­tywne doświad­cze­nia z dzie­ciń­stwa i okresu dora­sta­nia wywo­łują w mózgu zmiany na pozio­mie neu­ro­che­micz­nym. Skut­kują rów­nież wzro­stem praw­do­po­do­bień­stwa roz­woju cho­rób serca, układu pokar­mo­wego, cho­rób auto­im­mu­no­lo­gicz­nych, zabu­rzeń psy­chicznych czy uza­leż­nień. Coraz wię­cej doro­słych sza­nuje dzie­cięce emo­cje, upodo­ba­nia, prawo do podej­mo­wa­nia nie­któ­rych decy­zji i do sprze­ciwu. W takim wła­śnie, a nie innym kon­tek­ście rośnie zain­te­re­so­wa­nie "rodzi­ciel­stwem opar­tym na sza­cunku" przed­sta­wia­nym jako alter­na­tywa dla "rodzi­ciel­stwa tra­dy­cyj­nego". Jego celem jest zapew­nie­nie dzie­ciom opieki wol­nej od prze­mocy - to mali ludzie, któ­rym przy­słu­gują te same prawa co doro­słym. Czyli nam.

Szcze­gól­nie my, matki, z zaan­ga­żo­wa­niem pod­cho­dzimy do zgłę­bia­nia kwe­stii doty­czą­cych ciąży, porodu, wycho­wy­wa­nia dzieci, odży­wia­nia, form zabawy czy roz­woju emo­cjo­nal­nego. Znaczna część kobiet gotowa jest poświę­cić wiele czasu na szu­ka­nie infor­ma­cji w książ­kach, na blo­gach, na pro­fi­lach w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, pod­czas kur­sów i warsz­ta­tów, żeby poczuć się lepiej przy­go­to­wa­nymi do opieki nad swo­imi dziećmi. Nie­jed­no­krot­nie wycho­wy­wa­nie oparte na sza­cunku staje się praw­dzi­wym sen­sem ich życia, zmianą kie­runku, pozwa­la­jącą im dotrzeć do miejsc, w któ­rych zupeł­nie nie spo­dzie­wały się zna­leźć. Są gotowe doło­żyć wszel­kich sta­rań, by nie skrzyw­dzić swo­ich dzieci w spo­sób, w jaki same zostały kie­dyś skrzyw­dzone. Zwa­żyw­szy, że w prze­szło­ści powszech­nie ocze­ki­wano od dzieci bez­względ­nego i śle­pego posłu­szeń­stwa, ta zmiana wydaje się zja­wi­skiem pożą­da­nym. Wie­dza rodzi świa­do­mość, łatwo jed­nak zapo­mnieć, że świa­do­mość może rów­nież gene­ro­wać ogromną nie­pew­ność. Wie­dzieć, jak wygląda ide­alne rodzi­ciel­stwo, to jedno, ale jak stać się ide­al­nym rodzi­cem? Wielu rodzi­ców - myślę tu o oso­bach, które przy­cho­dzą do mojego gabi­netu - ma wie­dzę doty­czącą tego, czego potrze­bują ich dzieci, lecz oka­zuje się ona dla nich źró­dłem dodat­ko­wego stresu. Odczu­wają cią­głą potrzebę upew­nia­nia się, że nie wywie­rają na nie nie­od­wra­cal­nego nega­tyw­nego wpływu. Nauka nawią­zy­wa­nia ze swo­imi dziećmi rela­cji, które czę­sto są prze­ci­wień­stwem tego, jak sami byli­śmy trak­to­wani w dzie­ciń­stwie, może oka­zać się trudna i wyma­gać czasu. Nie jest prze­cież łatwo spoj­rzeć na sie­bie z boku i zdać sobie sprawę, że powta­rzamy słowa lub zacho­wa­nia, na które za żadne skarby nie chcie­li­śmy nara­żać swo­ich dzieci. Roz­le­gła wie­dza i ocze­ki­wa­nie, że da się ją szybko wcie­lić w życie, rów­nież mogą oka­zać się prze­szkodą w nawią­za­niu kon­taktu z dziećmi. Nie­jed­no­krot­nie sku­piamy się na zacho­wa­niach, które mają zła­go­dzić naszą nie­pew­ność i prze­ko­nać nas samych, że nie jeste­śmy tak źli, jak nam się wydaje.

Elena, któ­rej sytu­ację opi­sa­łam wyżej, była w prze­szło­ści słu­chana, wie­rzyła w sie­bie i nie bała się kon­se­kwen­cji podej­mo­wa­nych przez sie­bie decy­zji. Miała to szczę­ście, że jedna z leka­rek nie tylko zapy­tała o jej życze­nia doty­czące kar­mie­nia pier­sią, ale także zna­la­zła czas na roz­mowę. Wyja­śniła, że ope­ru­jąc Elenę, zadbała o utrzy­ma­nie lak­ta­cji, aby pacjentka po odzy­ska­niu przy­tom­no­ści mogła sama zade­cy­do­wać o tym, czy będzie dalej kar­miła pier­sią. Odpo­wie­działa na pyta­nia Eleny, bio­rąc pod uwagę jej potrzeby, i oka­zała zro­zu­mie­nie dla jej roz­ża­le­nia z powodu poczu­cia, że powinna zakoń­czyć coś, co zaczęło się tak natu­ral­nie i pięk­nie. Lekarka pomo­gła jej roz­wa­żyć dostępne opcje i zwią­zane z nimi wyrze­cze­nia. Rozu­miała, że ener­gia, jakiej wymaga kar­mie­nie pier­sią, jest Ele­nie potrzebna, by ta mogła jak naj­szyb­ciej odzy­skać siły, wró­cić do domu i być z dziec­kiem. Obie wie­działy, że, wbrew suge­stiom, które sły­szała młoda matka, w tak eks­tre­mal­nej sytu­acji stwo­rze­nie bez­piecz­nej więzi nie polega na kar­mie­niu dziecka pier­sią za wszelką cenę.

Nie­stety wielu z nas nie zaznało w dzie­ciń­stwie takiego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa jak Elena. Mnó­stwo osób zostaje rodzi­cami bez waż­nego wewnętrz­nego punktu odnie­sie­nia; ni­gdy nie zaznały tego, co dzieje się w ludz­kim ciele, gdy ktoś uznaje nasze emo­cje, nie wie­dzą, jak je regu­lo­wać ani ile to wymaga czasu. Wiele osób nie doświad­czyło pro­ce­sów towa­rzy­szą­cych podej­mo­wa­niu decy­zji w opar­ciu o wła­sne wewnętrzne odczu­cia, ponie­waż zawsze robiły to, co powinny lub czego od nich ocze­ki­wano.

W takiej sytu­acji znaj­duje się wielu świeżo upie­czo­nych rodzi­ców. Jakby tego było mało, towa­rzy­szy nam prze­kaz o tym, jak ważne jest wyra­ża­nie tego wszyst­kiego, czego ni­gdy nie prze­ży­li­śmy ani nie doświad­czy­li­śmy, i jakie kon­se­kwen­cje mogą mieć nasze dzia­ła­nia, nawet nie­świa­dome. Jak tu zacho­wać pew­ność sie­bie w obli­czu nowej, ogrom­nej odpo­wie­dzial­no­ści, którą w dodatku zamie­rzamy wziąć na sie­bie pomimo braku wzor­ców, wspar­cia czy punk­tów odnie­sie­nia? Posze­rza­nie wie­dzy jest bar­dzo ważne, nie powin­ni­śmy jed­nak igno­ro­wać tego, gdzie się znaj­du­jemy w cza­sie, gdy ją przy­swa­jamy.

Codzien­nie obser­wuję to, że aby pora­dzić sobie z tak dużym poczu­ciem nie­pew­no­ści, dążymy do jak naj­więk­szej kon­troli, i jest to zupeł­nie zro­zu­miałe. Pod tym wzglę­dem wcale nie róż­nimy się tak bar­dzo od wła­snych rodzi­ców czy dziad­ków, nawet jeśli radzimy sobie z tym, co czu­jemy, w odmienny spo­sób. Nie­wy­klu­czone, że kon­trola koja­rzy nam się raczej z rodzi­cami zacho­wu­ją­cymi się auto­ry­tar­nie i ocze­ku­ją­cymi śle­pego posłu­szeń­stwa. Ilu z nas dora­stało w rodzi­nach, w któ­rych przy­wią­zy­wano ogromną wagę do szkol­nych ocen, co miało zagwa­ran­to­wać, że dziecko "nie zmar­nuje sobie życia", lub karano, cza­sem bru­tal­nie, za wszel­kie prze­jawy nieposłu­szeń­stwa w prze­ko­na­niu, że dzięki temu "wyro­śnie na przy­zwo­itego czło­wieka"? Aby pora­dzić sobie z tym, co czu­jemy, coraz powszech­niej sto­su­jemy inne formy kon­troli, które - choć spra­wiają wra­że­nie rodzi­ciel­stwa opar­tego na sza­cunku - mogą wywo­łać sku­tek odwrotny do zamie­rzo­nego. Dla­tego, moim zda­niem, należy o nich mówić.

Rodzi­ciel­stwo to etap, któ­remu towa­rzy­szą ogromna bez­bron­ność, nie­pew­ność i podat­ność na wszel­kiego rodzaju kry­zysy. Wycho­wy­wa­nie dzieci wiąże się z rady­kalną zmianą w naszym życiu, dla­tego osoby, któ­rym bra­kuje poczu­cia bez­pie­czeń­stwa potrzeb­nego do radze­nia sobie z towa­rzy­szącymi temu wyzwa­niami, odczu­wają silną potrzebę kon­troli. To wła­śnie skła­nia wiele z nich do korzy­sta­nia z kon­sul­ta­cji rodzi­ciel­skich i lak­ta­cyj­nych, uczest­nic­twa w kur­sach pozy­tyw­nej dys­cy­pliny czy świa­do­mego rodzi­ciel­stwa, a nawet bra­nia pod uwagę takich roz­wią­zań jak edu­ka­cja domowa czy unscho­oling (nauka, w któ­rej rezy­gnuje się z planu opra­co­wa­nego w ramach tra­dy­cyj­nego sys­temu edu­ka­cyj­nego). Prze­słanka na ogół jest taka sama: "Jeśli będę postę­po­wać zgod­nie z tym, co piszą w porad­ni­kach na temat rodzi­ciel­stwa opar­tego na sza­cunku, i będę ści­śle prze­strze­gać zale­ceń spe­cja­li­stów, z moim dziec­kiem wszystko będzie w porządku, a ja zyskam pew­ność, że sytu­acja jest pod kon­trolą". Oczy­wi­ście nie chcę przez to powie­dzieć, że szu­ka­nie infor­ma­cji jest czymś nie­wła­ści­wym. Jeśli jed­nak będą one fil­tro­wane przez nasz brak poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, może się oka­zać, że nie zro­bimy z nich naj­lep­szego użytku ani dla nas, ani dla naszych dzieci.

Raúl i Sonia zja­wiają się na kon­sul­ta­cji w spra­wie swo­jego syna Jaimego. Chło­piec ma pro­blemy z kole­gami z klasy i nauczy­ciele są zanie­po­ko­jeni spo­so­bem, w jaki wcho­dzi w kon­flikty. Przez kilka tygo­dni Jaime nie chce opo­wie­dzieć Raúlowi i Sonii, co dokład­nie się wyda­rzyło, a oni posta­na­wiają dać mu do zro­zu­mie­nia, że sza­nują jego potrzebę pry­wat­no­ści. "Rozu­miemy, że nie chcesz nam powie­dzieć", mówią. Wtedy jed­nak Jaime wybu­cha: "Nie chcę sły­szeć, że mnie rozu­mie­cie! W kółko tylko mówi­cie, że mnie rozu­mie­cie!". Przyj­rzaw­szy się nieco sytu­acji, widzimy, że słowa "rozu­miem cię" stały się u nich w domu nie­mal man­trą, przy­wo­ły­waną za każ­dym razem, gdy Jaime mówił o czymś rodzi­com, i że padały zarówno wtedy, gdy ci go rozu­mieli, jak i wtedy, gdy wcale tak nie było. Co wię­cej, w tym kon­kret­nym wypadku zwró­ce­nie się do syna z zapew­nie­niem, że go rozu­mieją, było stra­te­gią uzgod­nioną wcze­śniej przez rodzi­ców chcą­cych się prze­ko­nać, czy Jaime w końcu się otwo­rzy. Innymi słowy, była to mani­pu­la­cja. Słowa, które wypo­wie­dzieli, były wła­ściwe, ale chło­piec natych­miast zdał sobie sprawę, że nie są szczere.

Wycho­wa­nie oparte na sza­cunku i bli­sko­ści polega na dąże­niu do budo­wa­nia więzi z dziećmi, ale jest rów­nież wyra­zem naszej rela­cji ze sobą, naszej zdol­no­ści do dostro­je­nia się do potrzeb dzieci, przy rów­no­cze­snej świa­do­mo­ści wła­snych zaso­bów, moż­li­wo­ści, wewnętrz­nego rytmu i ogra­ni­czeń. Bycie rodzi­cem wycho­wu­ją­cym w sza­cunku wymaga zaufa­nia do pro­ce­sów i więzi, zdol­no­ści do tole­ro­wa­nia nie­pew­no­ści, goto­wo­ści do przy­zna­nia się do błę­dów... Wszyst­kie te umie­jęt­no­ści są prze­ci­wień­stwem dąże­nia do kon­troli i, jak już wspo­mnia­łam, nie­zwy­kle trudno je nabyć oso­bie wycho­wa­nej w modelu roz­po­wszech­nio­nym w cza­sach naszego dzie­ciń­stwa. Rze­czy­wi­stość jest fru­stru­jąca: nie będziemy potra­fili wycho­wy­wać swo­ich dzieci z sza­cun­kiem i w poczu­ciu bli­sko­ści, jeśli nie jeste­śmy świa­domi tego, co się z nami dzieje. Nawet jeżeli dosko­nale wiemy, co "należy" robić.

Już od pra­wie dzie­się­ciu lat inte­re­suję się roz­po­wszech­nia­niem poza kon­tek­stem tera­peu­tycz­nym - za pośred­nic­twem mediów spo­łecz­no­ścio­wych, arty­ku­łów pra­so­wych, kam­pa­nii spo­łecz­nych, spo­tkań - wie­dzy mają­cej pod­no­sić świa­do­mość wpływu dobrego trak­to­wa­nia na roz­wój i zdro­wie czło­wieka. Z początku wyda­wało mi się, że ilość ogól­no­do­stęp­nych infor­ma­cji na temat wpływu rela­cji z figu­rami przy­wią­za­nia na dzieci może być nie­wy­star­cza­jąca. Sądzi­łam, że tego wła­śnie bra­kuje naszemu spo­łe­czeń­stwu, by wyty­czyć drogę do upo­wszech­nie­nia postawy sza­cunku wzglę­dem dzieci i czer­pa­nia praw­dzi­wej rado­ści z macie­rzyń­stwa i ojco­stwa - a co za tym idzie zapo­bie­ga­nia wielu pro­ble­mom ze zdro­wiem fizycz­nym i psy­chicz­nym. Wkrótce jed­nak prze­ko­na­łam się, że sama infor­ma­cja to za mało.

Wie­dzia­łam już, że tego rodzaju pro­cesy na ogół nie zacho­dzą wyłącz­nie dzięki zdo­by­tej wie­dzy. Zazwy­czaj nie wystar­cza ona do tego, by czło­wiek mógł się rady­kal­nie zmie­nić, a ja nie zdo­łam zba­wić świata. Nie mam nad­przy­ro­dzo­nych mocy ani magicz­nej różdżki. Na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łam się, jak nie­wia­ry­god­nie silny może oka­zać się opór przed zmianą, a obser­wu­jąc pacjen­tów, zro­zu­mia­łam, jakie to ważne, by w pro­ce­sach trans­for­ma­cji towa­rzy­szył nam ktoś, kto potrafi wytrzy­mać nie­pew­ność. Poza tym bar­dzo trudno jest samemu dostrzec swoje sła­bo­ści. Wie­lo­krot­nie też mia­łam oka­zję się prze­ko­nać, że aby zmiany mogły pro­wa­dzić do powsta­nia trwa­łych zaso­bów, muszą zacho­dzić bar­dzo powoli. Oczy­wi­ście wiem rów­nież, że zakoń­cze­nie pro­ce­sów tera­peu­tycz­nych nie ozna­cza osią­gnię­cia per­fek­cji ani cał­ko­wi­tego prze­zwy­cię­że­nia wszel­kich trud­no­ści. Cho­dzi raczej o akcep­ta­cję i pew­ność sie­bie. Mimo wszystko jed­nak byłam zasko­czona tym, jak odmienny wpływ może mieć wie­dza o roli dobrego trak­to­wa­nia dzieci na różne osoby. W rezul­ta­cie zaczę­łam zmie­niać spo­sób roz­po­wszech­nia­nia infor­ma­cji, a nawet czę­sto­tli­wość, z jaką to robi­łam, szcze­gól­nie w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, które są prze­strze­nią szyb­kiej kon­sump­cji, co utrud­nia niu­an­so­wa­nie i per­so­na­li­zo­wa­nie prze­kazu, roz­wie­wa­nie wąt­pli­wo­ści i ana­lizę infor­ma­cji zwrot­nej doty­czą­cej odbioru tego, co się udo­stęp­niło. Nie chcia­łam ryzy­ko­wać, że nad­mia­rem tre­ści przy­czy­nię się do spo­tę­go­wa­nia nie­pew­no­ści tak wielu osób goto­wych obse­syj­nie je przy­swa­jać i sto­so­wać w prak­tyce, byle tylko poczuć, że są wystar­cza­jące.

Tym­cza­sem dostęp do infor­ma­cji zwięk­szył się bez­pre­ce­den­sowo. W rezul­ta­cie mie­rzymy się z nad­mia­rem wie­dzy prze­ka­zy­wa­nej nam przez psy­cho­lo­gów, kon­sul­tantki lak­ta­cyjne, dorad­ców rodzin­nych, die­te­ty­ków dzie­cię­cych, eks­per­tów od zaba­wek dla nie­mow­ląt, matki-influ­en­cerki. Sło­wem - zalew tre­ści doty­czą­cych macie­rzyń­stwa i wycho­wa­nia dzieci spra­wia, że można poczuć się przy­tło­czo­nym... i nie­zdol­nym do ich przy­swo­je­nia. Jak wspo­mnia­łam, bycie wysta­wio­nym na to wszystko nie jest rów­no­znaczne z zyska­niem świa­do­mo­ści, zaini­cjo­wa­niem pro­cesu czy zasia­niem ziarna, które, kieł­ku­jąc, pozwo­li­łoby nam przy­swoić te wia­do­mo­ści w tem­pie umoż­li­wia­ją­cym trak­to­wa­nie swo­ich dzieci w spo­sób lepiej dosto­so­wany do ich potrzeb. Taka sytu­acja wzmaga wręcz drę­czące nas strach i nie­pew­ność, dostar­cza­jąc im paliwa w postaci groźby nie­osią­gnię­cia ide­ału pod­su­wa­nego przez nie­które z owych "wycho­wu­ją­cych w sza­cunku" pro­fili. Tylko czy można mówić o rodzi­ciel­stwie opar­tym na sza­cunku, a rów­no­cze­śnie wyma­gać od rodzi­ców bły­ska­wicz­nej zmiany? Czy można mówić o sza­cunku i pro­po­no­wać ogólne for­muły odpo­wied­nie rze­komo dla wszyst­kich rodzi­ców i wszyst­kich dzieci? Czy prze­ja­wem sza­cunku jest ofe­ro­wa­nie kur­sów obie­cu­ją­cych szyb­kie i trwałe meta­mor­fozy ludziom, o któ­rych niczego się nie wie?

Lara prze­czy­tała wszyst­kie porad­niki na temat rodzi­ciel­stwa opar­tego na sza­cunku, jakie wpa­dły jej w ręce. Śle­dziła w mediach spo­łecz­no­ścio­wych wiele pro­fili poświę­co­nych odpo­wied­niemu wycho­wa­niu dzieci, ale czuła się coraz bar­dziej zdez­o­rien­to­wana. Poja­wiła się w moim gabi­ne­cie, żeby roz­po­cząć pro­ces tera­pii indy­wi­du­al­nej po trud­nym roz­sta­niu. Jedną z rze­czy, które mar­twiły ją naj­bar­dziej, było to, że kiedy czuła się roz­draż­niona czymś, co zro­biła jej córka, nie potra­fiła wysłu­chać dziew­czynki z uwagą i empa­tią. Miała z tego powodu ogromne wyrzuty sumie­nia. Lara w dzie­ciń­stwie doświad­czała nie­ustan­nej prze­mocy psy­chicz­nej. Nauczono ją wie­rzyć, że wszel­kie próby sta­wia­nia gra­nic, obrony czy oka­zy­wa­nia zło­ści są czymś naprawdę złym. Dla­tego kiedy czuła się ziry­to­wana na córkę, ogar­niało ją to samo poczu­cie winy, które wpo­jono jej w dzie­ciń­stwie. Z tą emo­cją sprzy­mie­rzyła się wie­dza na temat rodzi­ciel­stwa opar­tego na sza­cunku, naka­zu­jąca jej być zawsze w dobrym humo­rze, spo­kojną i dostępną dla córki, poświę­cać jej uwagę, uzna­wać jej emo­cje i dbać o jej potrzeby. Tym­cza­sem roz­draż­nie­nie Lary powra­cało dokład­nie w tych sytu­acjach, w któ­rych dziecku trzeba było posta­wić gra­nice, przez co dostar­czało cen­nej infor­ma­cji o tym, co się dzieje w ich rela­cji. Igno­ru­jąc swoje uczu­cia, Lara po raz kolejny pomi­jała sie­bie, przez co nie mogła zająć się córką w spo­sób, jakiego dziew­czynka potrze­bo­wała w tak new­ral­gicz­nym momen­cie. Na począ­tek pora­dzi­łam Larze, aby - przy­naj­mniej na pewien czas - prze­stała czy­tać książki i śle­dzić pro­file w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, a zamiast tego zaufała sygna­łom pły­ną­cym z wła­snego wnę­trza, bo one naj­le­piej pod­po­wie­dzą jej kolejny krok.

Dziś wszystko wska­zuje na to, że wycho­wy­wa­nie oparte na sza­cunku i bli­sko­ści stało się docho­do­wym inte­re­sem, co samo w sobie nie musia­łoby sta­no­wić pro­blemu. Prze­ciw­nie, mogłoby być zja­wi­skiem korzyst­nym dla wszyst­kich dzieci, które, podob­nie jak my kie­dyś, zasłu­gują na dzie­ciń­stwo wolne od prze­mocy, bli­skość i sza­cu­nek. Nie wolno jed­nak zapo­mi­nać o odpo­wie­dzial­no­ści, jaką ozna­cza zaj­mo­wa­nie się dzie­dziną wywie­ra­jącą wpływ na dzie­ciń­stwo, macie­rzyń­stwo i ojco­stwo innych ludzi - zło­żone życiowe etapy, z któ­rymi wiąże się ogromna podat­ność na zra­nie­nie. Nale­ża­łoby wziąć pod lupę nie tylko wykształ­ce­nie osób, które zaczęły się tym zaj­mo­wać, lecz także pobudki, któ­rymi się kie­rują. Można zro­bić inte­res, reagu­jąc na ist­nie­jącą potrzebę i pro­po­nu­jąc roz­wią­za­nie. Potrzebę można jed­nak rów­nież stwo­rzyć i sztucz­nie pod­trzy­my­wać. Póki klien­tów nie zabrak­nie, biz­nes pozo­sta­nie ren­towny. Sądzę, że - z pre­me­dy­ta­cją lub nie - nie­mało osób pro­wa­dzą­cych dzia­łal­ność zwią­zaną z rodzi­ciel­stwem i wycho­wy­wa­niem dzieci zasila tę drugą grupę. Część z nich, być może nie­świa­do­mie, wywiera ukrytą pre­sję ide­al­nego rodzi­ciel­stwa, prze­ma­wia­jąc wprost lub w spo­sób zawo­alo­wany do lęków matek i ojców, skła­da­jąc obiet­nice bez pokry­cia, udzie­la­jąc rad bez zna­jo­mo­ści kon­tek­stu czy powo­du­jąc powierz­chowne zmiany dające pozory suk­cesu, jed­nak o krót­ko­trwa­łym cha­rak­te­rze.

Z jed­nej strony więc u nie­któ­rych rodzi­ców war­to­ściowe infor­ma­cje mogą nasi­lać obawy, że nie staną na wyso­ko­ści zada­nia, z dru­giej zaś, część osób ofe­ru­ją­cych doradz­two robi to w celu uspo­ko­je­nia samych sie­bie, że sta­nęły na wyso­ko­ści zada­nia. Może więc nimi powo­do­wać niska samo­ocena czy lęk przed zra­nie­niem, ale także potrzeba podziwu, uzna­nia czy po pro­stu chęć zaro­bie­nia pie­nię­dzy. Dla­tego nie każdy, kto zabiera głos na tematy zwią­zane z potrze­bami dzieci czy wycho­wy­wa­niem opar­tym na sza­cunku i bli­sko­ści, ma do zaofe­ro­wa­nia bez­pieczną prze­strzeń na nasze wąt­pli­wo­ści, nie­pew­ność czy nasze poczu­cie wła­snej war­to­ści. Nie wszę­dzie tam, gdzie mówi się o sza­cunku, spo­tkamy się z sza­cun­kiem. Wiara, że tak będzie, jest nie­stety prze­ja­wem naiw­no­ści i naraża na szwank coś tak cen­nego jak rela­cja z wła­snymi dziećmi.

" W tym kon­tek­ście szcze­gól­nie cenna może się oka­zać umie­jęt­ność odwo­ły­wa­nia się do tego, co w nas naj­doj­rzal­sze, ale i roz­po­zna­wa­nia u sie­bie prze­ja­wów dzie­cię­cego myśle­nia magicz­nego czy nie­pew­no­ści. W pierw­szym rzę­dzie to my sami musimy uwzględ­nić swój indy­wi­du­alny punkt wyj­ścia i dotych­cza­sowe życiowe doświad­cze­nia. Po dru­gie, dobrze jest szu­kać pomocy tam, gdzie wszystko to zosta­nie przy­jęte z należ­nym sza­cun­kiem, gdzie będziemy mogli liczyć na bez­pie­czeń­stwo i dogłębne potrak­to­wa­nie pro­blemu. Nawet tego rodzaju wspar­cie będzie jed­nak od nas wyma­gało zdol­no­ści radze­nia sobie z fru­stra­cją i akcep­ta­cji rze­czy­wi­sto­ści, która być może nie przed­sta­wia się tak obie­cu­jąco. "

Nie będziemy pokoleniem, które uwolni się od wszelkich schematów

Dla nie­któ­rych osób twier­dze­nia moty­wa­cyjne bywają inspi­ra­cją do podą­ża­nia świa­domą, uczciwą drogą roz­woju, z zało­że­niem, że dotrą tak daleko, jak zdo­łają. Ist­nieją jed­nak rów­nież ludzie skłonni trak­to­wać afir­ma­cje dosłow­nie, co może pro­wa­dzić do wiary w coś, co zwy­czaj­nie nie jest moż­liwe. Uwol­nie­nie się od sche­ma­tów jest celem nie­re­ali­stycz­nym, a wyma­ga­nie od sie­bie jego osią­gnię­cia wią­za­łoby się z ogrom­nym obcią­że­niem. Przede wszyst­kim dla­tego (ośmielę się to powie­dzieć), że w więk­szo­ści przy­pad­ków nie zda­jemy sobie nawet sprawy z ich ist­nie­nia.

Po dru­gie, nie spo­sób opu­ścić miej­sca, do któ­rego wcze­śniej nie dotar­li­śmy. "Odzie­dzi­czo­nych" sche­ma­tów nie da się zmie­nić z dnia na dzień za pomocą kilku pro­stych dzia­łań. Mówiąc o dzie­dzi­cze­niu, mam na myśli to, że nasze zacho­wa­nia mają cha­rak­ter epi­ge­ne­tyczny. Eks­po­zy­cja na oddzia­ły­wa­nie okre­ślo­nych czyn­ni­ków śro­do­wi­sko­wych może pro­wa­dzić do zmian w mecha­ni­zmach regu­lu­ją­cych eks­pre­sję genów. Zmiany epi­ge­ne­tyczne pod­le­gają dzie­dzi­cze­niu, wsku­tek czego wyka­zu­jemy skłon­no­ści podobne do tych, które mieli nasi przod­ko­wie, choć­by­śmy ich ni­gdy nie poznali. Wszystko to oczy­wi­ście splata się z naszym bez­po­śred­nim doświad­cze­niem, rela­cjami i osob­ni­czymi cechami bio­lo­gicz­nymi.

Dla­tego nie­które spo­soby funk­cjo­no­wa­nia nie zależą wyłącz­nie od nas, a zerwa­nie z nimi bez rów­no­cze­snej zmiany kon­tek­stu pozo­staje zwy­czaj­nie poza zasię­giem naszych moż­li­wo­ści. Zda­rzą nam się zapewne sytu­acje, w któ­rych zdo­łamy nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wać sche­mat, lecz nie cał­ko­wi­cie go zmie­nić. Innym razem zdo­łamy sku­tecz­nie go obejść, ale próby mody­fi­ka­cji będziemy zmu­szeni zosta­wić na inną oka­zję. Tak czy ina­czej wma­wia­nie sobie, że jeste­śmy poko­le­niem, które uwolni się od brze­mie­nia prze­szło­ści, ozna­cza­łoby sta­wia­nie przed sobą zbyt ambit­nych celów. Od nad­miaru pre­sji może nas uwol­nić przy­ję­cie zało­że­nia, że kie­dyś pałeczkę przejmą od nas nasze dzieci (w każ­dym razie jeśli cho­dzi o wdra­ża­nie tych zmian, które uznają za pożą­dane). Przyj­dzie im to znacz­nie łatwiej, jeśli będziemy je w tym wspie­rać - choćby zmu­szało nas to do kon­fron­ta­cji z fak­tem, że sami nie zdo­ła­li­śmy tego doko­nać.

Nie mogę zaoferować komuś czegoś, czego nie mam

Zro­zu­mieć coś na pozio­mie racjo­nal­nym to jedno. Przy­swoić to i zin­te­gro­wać - tak, by stało się czę­ścią naszego spo­sobu funk­cjo­no­wa­nia - to zupeł­nie inna sprawa. Tego rodzaju pro­cesy wyma­gają czasu, a przede wszyst­kim rady­kal­nych zmian. Marzymy o tym, by być ide­al­nymi rodzi­cami, a jed­nak gdy­by­śmy się nimi stali, pozba­wi­li­by­śmy swoje dzieci szansy zmie­rze­nia się z sytu­acjami, w któ­rych ludzie nie reagują w spo­sób ide­alny, a tym samym nie prze­ka­za­li­by­śmy im sce­na­riu­szy pozwa­la­ją­cych na roz­wi­ja­nie przy­dat­nych zdol­no­ści. Obser­wu­jąc nasze zacho­wa­nia, dzieci stop­niowo naby­wają klu­czowe umie­jęt­no­ści: uczą się nazy­wać to, co prze­ży­wają, budują swoją toż­sa­mość, roz­wi­jają empa­tię i stra­te­gie samo­re­gu­la­cji... Będą się uczyły także z tych sce­na­riu­szy, w któ­rych nie oka­żemy się w pełni dostępni, nie dosto­su­jemy się ide­al­nie do ich potrzeb albo do wymo­gów sytu­acji. Takie chwile staną się dla nich oka­zją do wyko­rzy­sta­nia posia­da­nych już zaso­bów, a nawet prze­te­sto­wa­nia innych, nowych, umoż­li­wia­jąc im stop­niowe nabie­ra­nie zaufa­nia do roz­wią­zań nie­wy­pra­co­wa­nych samo­dziel­nie. To oczy­wi­ście nie ozna­cza uspra­wie­dli­wia­nia jakich­kol­wiek form prze­mocy. Mam tu na myśli raczej sytu­acje "braku" miesz­czące się w kon­tek­ście, w któ­rym moż­liwe było nawią­za­nie bez­piecz­nej rela­cji z figu­rami przy­wią­za­nia.

Wyobraźmy sobie na przy­kład malu­cha, który pew­nego dnia zdaje sobie sprawę ze swo­jego lęku przed zjaz­dem po zjeż­dżalni, tym­cza­sem w pobliżu nie ma mamy, która mogłaby podać mu rękę. W tych oko­licz­no­ściach, choć rodzice nie zapew­niają dziecku wszyst­kiego, czego potrze­buje, nie jest ono zupeł­nie bez­radne. Może popro­sić o pomoc opie­kuna, któ­rego darzy mniej­szym zaufa­niem niż matkę, przy­mie­rzyć się do zjazdu i prze­ko­nać się, na ile star­czy mu odwagi, albo zary­zy­ko­wać i zje­chać na sam dół pomimo odczu­wa­nego stra­chu. Nie­wy­klu­czone, że powie o swo­ich emo­cjach innemu dziecku, odkryje nowe zabawy lub będzie zmu­szone zmie­rzyć się z wła­sną fru­stra­cją i odło­żyć osią­gnię­cie celu na inny dzień... Reasu­mu­jąc, może roz­wi­jać lub testo­wać zasoby, po które nie musia­łoby się­gać, gdyby mama była w pobliżu.

Teraz wyobraźmy sobie ziry­to­wa­nego nasto­latka, któ­rego matka jest zbyt zestre­so­wana, żeby spo­koj­nie wysłu­chać jego prośby. Chło­pak zapewne poczuje złość i będzie musiał sobie z nią pora­dzić, sto­su­jąc spo­soby, które jego ciało już zna. Może spró­bo­wać ją opi­sać, wykrzy­czeć w poduszkę, zamknąć się w pokoju, a w póź­niej­szym cza­sie pod­jąć próbę roz­mowy o tym, co się stało, i (o ile oczy­wi­ście matka sta­nie na wyso­ko­ści zada­nia) w ten spo­sób roz­wią­zać kon­flikt.

Zmie­rzam do tego, że nasza nie­za­wod­ność nie­ko­niecz­nie jest tym, co naj­lep­sze dla dzieci. Chcemy być ide­alni dla nich czy dla wła­snego spo­koju? Kto poza nami zdoła spro­stać wszyst­kim ich ocze­ki­wa­niom, jeśli my ni­gdy nie popeł­nimy błędu? Czy nie prze­ka­zu­jemy im w ten spo­sób, że osoba, która nie jest "wystar­cza­jąco dobra", nie zasłu­guje na to, by się do nich zbli­żyć? I przede wszyst­kim: odkąd to wie­rzymy, że wszystko, czego uczyło się nasze ciało, żeby zapew­nić nam naj­lep­szą moż­liwą formę prze­trwa­nia, może zmie­nić się w tem­pie, jakiego sobie życzymy?

Nie ma uniwersalnej receptury

Wiele lat temu, kiedy zaczy­nało się mówić o roli "bez­piecz­nego przy­wią­za­nia" i popu­lar­ność zyski­wały takie kon­cep­cje jak "obec­ność", "bli­skość" czy "więź", pano­wało prze­ko­na­nie, że zapew­niają je trzy czyn­niki: "pierś, współ­spa­nie, nosze­nie". Nie mam zamiaru nikogo znie­chę­cać do kar­mie­nia pier­sią ani nego­wać pły­ną­cych z niego dobro­dziejstw, podob­nie jak tych wyni­ka­ją­cych z fizycz­nego kon­taktu w pierw­szych mie­sią­cach i latach życia, jed­nak to, że przy­czy­niają się one do ochrony więzi, nie ozna­cza, że trzy­ma­jąc się ich kur­czowo, zapew­nimy dziecku poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Czy nie­mowlę kar­mione pier­sią może odczu­wać spo­kój, jeśli matka się do tego zmu­sza? Czy może odczu­wać spo­kój małe dziecko śpiące z rodzi­cami i słu­cha­jące każ­dej nocy par­ska­nia ojca, który ma dość dzie­le­nia z nim łóżka? Czy nam się to podoba, czy nie, to, co sta­nowi pod­łoże naszych zacho­wań, nie tylko ist­nieje, ale oddzia­łuje na naszą rela­cję z dziećmi.

Z bie­giem lat triada "pierś, współ­spa­nie, nosze­nie" przy­brała bar­dziej zło­żoną formę, jed­nak spo­sób wpro­wa­dza­nia w życie wie­dzy pozo­stał ten sam. Dziś wiemy, że "należy" uzna­wać emo­cje dziecka, uni­kać kara­nia go, towa­rzy­szyć mu w napa­dach zło­ści... Czy jed­nak zasta­na­wiamy się, jak dziecko ma poczuć, że sza­nu­jemy jego emo­cje, skoro nasz ukryty cel jest taki, żeby wresz­cie prze­stało pła­kać? Albo jak odbiorą nasze słowa dzieci, któ­rym powiemy, że mają prawo do swo­ich emo­cji, skoro w rze­czy­wi­sto­ści budzą w nas one silne wzbu­rze­nie? Możemy pró­bo­wać oddzie­lić swoje zacho­wa­nia od tego, co się z nami dzieje, ale, czy nam się to podoba, czy nie, nasze dzieci to wyczują.

Nie wszystko, co wydaje się szacunkiem, jest szacunkiem. Nie wszędzie, gdzie mówi się o szacunku, można liczyć na szacunek

Trudną czę­ścią dora­sta­nia jest koniecz­ność porzu­ce­nia dzie­cię­cej naiw­no­ści i zro­zu­mie­nia, że nie wszy­scy ludzie mają dobre inten­cje, że "nie wszystko złoto, co się świeci". Ist­nieje mnó­stwo prze­strzeni, w któ­rych mówi się o wycho­wy­wa­niu opar­tym na sza­cunku i bli­sko­ści przy uży­ciu odpo­wied­nich słów, jed­nak kie­ru­jąc się niskimi pobud­kami. Są miej­sca, któ­rym na pozór niczego nie można zarzu­cić, a jed­nak sto­suje się w nich mani­pu­la­cję, gene­ruje nie­pew­ność albo oce­nia innych. Ważne, aby­śmy nie pozwo­lili się oma­mić oso­bom wyko­rzy­stu­ją­cym tema­tykę zwią­zaną z rodzi­ciel­stwem do zaspo­ka­ja­nia swo­jej potrzeby podziwu, zara­bia­nia pie­nię­dzy, a nawet w cha­rak­te­rze uza­sad­nie­nia dla nad­użyć wobec wła­snych dzieci, i to za ich mil­czą­cym przy­zwo­le­niem. Samo naru­sza­nie w mediach spo­łecz­no­ścio­wych pry­wat­no­ści tak wielu dzieci nie­zdol­nych do oceny kon­se­kwen­cji tego rodzaju poczy­nań jest nad­uży­ciem, które jed­nak jest legi­ty­mi­zo­wane przez tysiące osób śle­dzą­cych pro­file paren­tin­gowe i firm zamiesz­cza­ją­cych na nich reklamy swo­ich pro­duk­tów. Co wię­cej, obser­wu­jący biorą czę­sto pre­zen­to­wane tam mate­riały za dobrą monetę, a wysta­wia­jąc im pozy­tywne opi­nie, dostar­czają uza­sad­nie­nia dla dzia­łań rodzi­ców i przy­czy­niają się do wypa­cza­nia ofi­cjal­nej nar­ra­cji o życiu dzieci - choć o tym ostat­nim nie wiemy nic poza tym, co ich rodzice chcą nam poka­zać3.

To, co niewidoczne, jest niewidoczne z określonego powodu

Nie można dobrze funk­cjo­no­wać z wadą wzroku bez odpo­wied­nich oku­la­rów. Nie da się rów­nież dzia­łać zbyt szybko. Zapo­mi­namy, że wiele spraw znaj­duje się w naszym mar­twym polu. Nie spo­sób ich dostrzec bez pomocy innych ani pora­dzić sobie z nimi bez odpo­wied­niego wspar­cia i zaso­bów. Będą one miały wpływ na nasze dzieci i to dzieci wła­śnie, nie­świa­do­mie, skło­nią nas do stop­nio­wego zaj­mo­wa­nia się nimi (pod warun­kiem, że damy się do tego nakło­nić). Co wię­cej, w miarę jak dzieci rosną, zmie­niają się też oko­licz­no­ści. Z pew­no­ścią poja­wią się sytu­acje, które, choć w tej chwili nie zdo­łamy ich prze­wi­dzieć, mogą wywrzeć nie­po­żą­dany wpływ na naszą rela­cję z potom­stwem. My mamy swoje mar­twe pole, a dzieci swój wewnętrzny świat, który nie zawsze chcą z nami dzie­lić - jak w opi­sa­nej kilka stron wcze­śniej sytu­acji Raúla i Sonii oraz ich syna Jaimego. Czeka nas wiele chwil nie­pew­no­ści i błą­dze­nia po omacku, gdy nie będziemy wie­dzieli, czy budu­jemy rela­cję, jakiej nasze dzieci potrze­bują. Pomimo nie­po­koju będziemy musieli iść naprzód, opie­ra­jąc się wyłącz­nie na zaufa­niu do sie­bie, jakie do tego czasu zdo­łamy zbu­do­wać.

Pod­su­mo­wu­jąc, chcę tylko prze­strzec, że roz­le­gła wie­dza doty­cząca roli przy­wią­za­nia i wycho­wy­wa­nia opar­tego na sza­cunku i bli­sko­ści, zna­jo­mość psy­cho­lo­gii ewo­lu­cyj­nej, zasad zdro­wego odży­wia­nia, alter­na­tyw­nych metod naucza­nia czy mate­ria­łów do zabaw może zasi­lać naszą naj­mniej doj­rzałą część - tę naj­bar­dziej prze­ra­żoną per­spek­tywą, że oka­żemy się nie­wy­star­cza­jący.

Ta część nas, którą cza­sem opi­suje się tro­chę ckli­wym okre­śle­niem "wewnętrzne dziecko", wyka­zuje skłon­ność do ego­cen­try­zmu, a także myśle­nia magicz­nego i zero-jedyn­ko­wego. Trudno jej znieść nie­pew­ność czy regu­lo­wać emo­cje. Oczy­wi­ście wie­dza jest ważna, jed­nak nie jest ona tym samym co rela­cja. Dziecko posłu­gu­jące się poję­ciami z zakresu psy­cho­lo­gii i rodzi­ciel­stwa, pomimo sta­rań, będzie w sta­nie zro­bić z nich jedy­nie taki uży­tek, na jaki pozwoli mu jego dzie­cięcy nar­cyzm. Jeśli powie­rzymy mu opiekę nad innym dziec­kiem, to, choć­by­śmy je zaopa­trzyli w naj­lep­sze instruk­cje, sku­tek będzie daleki od ocze­ki­wa­nego. Wie­dza nie gwa­ran­tuje ani poczu­cia bez­pie­czeń­stwa nie­zbęd­nego do jej zasto­so­wa­nia, ani nawią­za­nia bez­piecz­nej więzi ze swo­imi dziećmi. Do tego nie­zbędne jest osią­gnię­cie doj­rza­ło­ści umoż­li­wia­ją­cej odpo­wied­nią selek­cję infor­ma­cji i dosto­so­wa­nie tempa ich przy­swa­ja­nia do wła­snych moż­li­wo­ści. By stwo­rzyć sobie bez­pieczne warunki do samo­roz­woju, musimy pogo­dzić się z fak­tem, że nie jeste­śmy wszech­mocni, a rów­no­cze­śnie uwie­rzyć, że pora­dzimy sobie z trud­nym, peł­nym wyzwań i fascy­nu­ją­cym zada­niem, jakim jest towa­rzy­sze­nie dzie­ciom w ich roz­woju. Ta wewnętrzna ufność, choć nie­wi­dzialna i nie­uchwytna, prze­ma­wia do nich lepiej niż słowa czy reguły, któ­rymi będziemy się kie­ro­wali.

Kiedy to, czego nie widać, jest nieoczywiste

Inną skraj­no­ścią, z którą cza­sem mamy do czy­nie­nia, jest infan­ty­li­zo­wa­nie matek wyczu­wa­ją­cych swoim szó­stym zmy­słem, że ich dzie­ciom coś dolega. Są o tym prze­ko­nane, choć spe­cja­li­ści nie­jed­no­krot­nie nie dostrze­gają "pro­blemu". Kobiety cho­dzą od leka­rza do leka­rza, od spe­cja­li­sty do spe­cja­li­sty w nadziei, że ktoś je potrak­tuje poważ­nie, tymcza­sem raz po raz kon­fron­tują się z oso­bami, które, trzy­ma­jąc się kur­czowo naj­po­pu­lar­niej­szego wyja­śnie­nia, negują ist­nie­nie cze­goś, co, choć nie­wi­doczne, jest fak­tem i świad­czy o istot­nej nie­pra­wi­dło­wo­ści. Znam wiele przy­pad­ków, w któ­rych cho­roby, nie­peł­no­spraw­no­ści lub opóź­nie­nia w roz­woju dzieci zostały wykryte dzięki mat­kom - choć nie­jed­no­krot­nie nie potra­fiły one dokład­nie wytłu­ma­czyć swo­ich prze­czuć. Zda­rza się wręcz, że wytrwa­łość matki ratuje dziecku życie. Oznaki mogą być nie­zwy­kle sub­telne, jed­nak więź łącząca je z potom­stwem bije na alarm. Jak opi­sać to, czego nie widać? Jak skło­nić kogoś, by uwie­rzył w ist­nie­nie cze­goś, czego nie widzi? Jak nie zwąt­pić w sie­bie, kiedy wiemy coś, co nie jest oczy­wi­ste? Jak nauczyć się ufać cze­muś, czego nie widzą oczy, choć krzy­czy o tym całe ciało? Oczy­wi­ście w jakimś stop­niu zależy to od nas, lecz bez wąt­pie­nia byłoby nam łatwiej przy odro­bi­nie wspar­cia ze strony spo­łe­czeń­stwa. Na dobry począ­tek pomo­głoby, gdyby nie trak­to­wano zanie­po­ko­jo­nej matki jak kogoś, kto prze­sa­dza czy histe­ry­zuje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki