Jak być rodzicami, których sami potrzebowaliśmy - Beatriz Cazurro


Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Kiedy w dzieciństwie pytano mnie, kim chcę być, gdy dorosnę, nie miałam gotowej odpowiedzi. Dopiero jako nastolatka zaczęłam utwierdzać się w przekonaniu, że interesuje mnie psychologia. Fascynowało mnie to, jak funkcjonują ludzie.
Pamiętam, że zaczynając studia, marzyłam o pracy psycholożki dziecięcej. Program nie obejmował jednak zbyt wielu przedmiotów związanych z psychologią rozwojową, a te nieliczne koncentrowały się głównie na problematyce dotyczącej eliminowania pewnych zachowań i objawów, uzyskiwania pożądanych wyników testów, stawiania diagnoz. Różniło się to znacznie od moich wcześniejszych wyobrażeń. Widziałam siebie raczej w sali pełnej zabawek i obrazków, pochyloną nad rysunkami wykonanymi przez dzieci, przeprowadzającą analizy i interpretacje pozwalające niwelować "nieodpowiednie" zachowania i uwalniać małych pacjentów od złego samopoczucia, którego mogą doświadczać. Porównując książki napisane w rozmaitych nurtach, przekonałam się, że w większości z nich - za wyjątkiem tych reprezentujących perspektywę poznawczo-behawioralną - prezentowane są przypadki, w których psychologowie podjęli wzorową interwencję, przeprowadzoną w idealnym momencie, doprowadzając do radykalnych zmian w życiu dziecka. Było to w gruncie rzeczy całkowicie zgodne z moimi początkowymi fantazjami o pracy z dziećmi. W miarę czytania kolejnych podobnych książek opisywane w nich sytuacje coraz bardziej mnie jednak frapowały. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że naprawdę się wydarzyły. Coraz mniej wierzyłam, że kiedykolwiek będę dysponowała supermocą pozwalającą szybko i efektywnie kłaść kres niepożądanym objawom. Dziś zdaję sobie sprawę, że im bardziej idealizowałam rolę psycholożek i psychologów, tym mniej pewnie się czułam - co zresztą jest zupełnie zrozumiałe.
Z moich lektur wynikało, że dobry psycholog potrafi znaleźć klucz do wyeliminowania objawów, które skłoniły pacjenta do poddania się terapii czy przyjścia na konsultację. Ponadto, z perspektywy nurtu poznawczo-behawioralnego, w którym studiowałam - niezupełnie mnie przekonującego, choć nie potrafiłam powiedzieć dlaczego - terapia, przynajmniej tak, jak ją pojmowałam, bazowała na objawach i miała na celu wyeliminowanie ich za pomocą szeregu technik. Proces terapeutyczny nie wymagał poświęcania zbyt wiele uwagi kontekstowi czy analizowania osobistej historii każdego z dzieci. Nie jest tajemnicą, że większość psychologów, pracujących w tym czy innym nurcie, po ukończeniu studiów mierzy się z własną bezsilnością wobec niektórych objawów. Dzieje się tak przede wszystkim wówczas, gdy pacjentami są dzieci, zaś przyczyna tkwi według mnie w błędnym podejściu. Choć metoda poznawczo-behawioralna nie znajdowała się w centrum moich zainteresowań, lata doświadczeń pozwoliły mi docenić jej wartość i użyteczność - pod warunkiem, że stosuje się ją w ramach procesu terapeutycznego obejmującego leczenie traumy oraz przywiązuje się w niej znacznie większą wagę do więzi niż do wykorzystywanych narzędzi.
Dziś wiem, że terapii - zarówno dzieci, jak i dorosłych - nie da się zaplanować jednostronnie. Wiem również, że wszystkie zachowania, także te uznawane za nieadaptacyjne lub niepożądane, pełnią ważną i wartościową funkcję w indywidualnym doświadczeniu człowieka, zaś skupianie się wyłącznie na ich wyeliminowaniu może okazać się wręcz niebezpieczne dla pacjenta1. Dziś rozumiem także, że dzieci nie są w stanie się zmienić, jeśli nie zmieni się ich otoczenie, i że nawet jeżeli ja wiem, w którą stronę podążyć, żeby pacjent poczuł się lepiej, to nie ja jedna wyznaczam kierunek. Zanim jednak do tego doszłam, przez wiele lat doskwierały mi brak wiary w siebie i frustracja wywołana poczuciem, że nie umiem być taką psycholożką, jaką we własnym przekonaniu być powinnam.
-
Skończyłam studia i czując, że zdobyta przeze mnie wiedza jest niewystarczająca do podjęcia pracy w zawodzie, zaczęłam szukać zajęcia, które zapewniłoby mi formę kontaktu z dziećmi umożliwiającą nauczenie się czegoś więcej niż techniki poznane z książek. Jako że w rodzinie zawsze byłam najmłodszą z rodzeństwa i kuzynostwa, nie miałam praktycznie żadnego doświadczenia w kontaktach z dziećmi. W ten sposób dowiedziałam się o możliwości odbycia wolontariatu w ośrodku dla nieletnich w Rydze i wyjechałam na Łotwę. Placówkę uważano za rozwiązanie "kryzysowe". Trafiały do niej dzieci i młodzież w różnym wieku, prosto z rodzin, w których doświadczały przemocy i różnych form nadużyć. Przebywały tam, dopóki nie zapadła decyzja o ich dalszym losie. Niejednokrotnie trwało to wiele miesięcy. To, co wydawało mi się z początku największym ograniczeniem - zupełna nieznajomość języka - okazało się moim atutem. Niemożność posługiwania się słowami pozwoliła mi się przekonać, że zaufanie, sympatia i poczucie bezpieczeństwa nie mają nic wspólnego z językiem. Mało tego, u niektórych dzieci "poprawa" następowała bez konieczności stosowania specjalistycznych narzędzi czy wiedzy. Dopiero teraz rozumiem, że nie było to wynikiem przypadku czy szczęśliwego zbiegu okoliczności.
Z początku nie powierzono mi żadnej jasno określonej roli. Miałam uczyć się, jak funkcjonuje ośrodek, obserwować wychowawców przy pracy i poznawać język, by w przyszłości pomagać w sytuacjach, w których było to najbardziej potrzebne. Do tego czasu mogłam jedynie spędzać czas z dziećmi i uczestniczyć w części ich zabaw, posługując się niezdarnymi gestami i pojedynczymi słowami, których w wolnych chwilach uczyłam się z książki zatytułowanej Latviešu valoda (Język łotewski). Byłam przekonana, że przez wiele tygodni nie będzie ze mnie żadnego pożytku.
-
Siedmioletniej Madarze znajomość języka nie wydawała się do niczego potrzebna. Od początku pobytu w ośrodku dziewczynka z nikim nie rozmawiała - nawet z bratem, który trafił tam razem z nią. Codziennie, zaraz po obiedzie, zajmowała się rysowaniem lub kolorowaniem. Nikt z wychowawców nie dotrzymywał jej towarzystwa - w końcu Madara się nie odzywała, poza tym nikomu nie przeszkadzała, więc zostawiano ją w spokoju. Coś mnie do niej zaprowadziło. Możliwe, że intuicyjnie czułam, jakie to ważne, żeby ktoś przy niej był, jakbym skądś wiedziała, jak ona się czuje (niewykluczone, że w pewnym sensie rzeczywiście tak było). Choć już i tak nie przedstawiłam siebie jako osoby roszczącej sobie prawa do głoszenia prawd objawionych, dodam jeszcze, że do zbliżenia się do Madary zachęciła mnie pewność, że nie będę musiała mierzyć się z wyzwaniem prowadzenia rozmowy w obcym języku. Codziennie przez pewien czas siedziałam obok dziewczynki i przyglądałam się, jak rysuje. Nauczyłam się mówić po łotewsku Tik skaisti! (Jak pięknie!) i od czasu do czasu, kiedy coś mi się szczególnie spodobało, okazywałam swój podziw. Poza tym przez wiele dni w milczeniu kręciłam się w pobliżu Madary. Któregoś razu zobaczyłam, że koloruje jakąś bardzo dużą postać. Wzięłam do ręki kredkę i pokazałam ją dziewczynce w pytającym geście. Madara bez słowa zrobiła mi miejsce obok siebie i przez kilka minut bez słowa kolorowałyśmy razem.
Tak to wyglądało przez parę tygodni. W czasie poobiedniej przerwy siadałam z Madarą i kolorowałyśmy, nie rozmawiając ze sobą. Wychowawczynie z ośrodka spisały dziewczynkę na straty. Nikt nie zdołał jej namówić do uczestnictwa w zajęciach. Nie opowiadała o sobie ani nie odpowiadała na zadawane jej pytania. Któregoś dnia w trakcie naszego wspólnego rysowania Madara nagle wstała. Przyjrzała mi się uważnie i gestem dała do zrozumienia, żebym za nią poszła. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Pokazała, żebym usiadła na jej łóżku, wyjęła jakieś pudełko, otworzyła je i zaczęła mówić. W środku były zdjęcia członków jej rodziny, domu, a także kilka rysunków, które wydawały się dla niej ważne. Siedziałam, oglądając uważnie wszystko, co mi pokazywała, i starając się słuchać tego, co mówi. Choć nie rozumiałam ani słowa, zdawałam sobie sprawę, że to dla nas obu bardzo doniosła chwila.
-
Sasza miał piętnaście lat, był Rosjaninem i nie mówił po łotewsku. Kiedy trafił do ośrodka, miałam już mniej więcej opanowane słownictwo, którym zazwyczaj posługują się siedmio- czy ośmioletnie łotewskie dzieci, ale w kontaktach z Saszą było ono oczywiście bezużyteczne. Domyślałam się, że jako jedyny nastolatek w ośrodku może nie mieć ochoty na spędzanie czasu z pozostałymi podopiecznymi. Zauważyłam, że spogląda w stronę stołu do ping-ponga, więc zaproponowałam mu mecz. Wkrótce gra w tenisa stołowego w porze drzemki młodszych dzieci stała się dla nas rodzajem rytuału. Śmialiśmy się z tego, jak kiepsko mi idzie, a Sasza na migi dawał mi do zrozumienia, żebym się nie poddawała. Na koniec każdej rozgrywki przybijaliśmy piątkę. To, że następnego dnia znowu zagramy, było oczywiste, bo oboje świetnie się przy tym bawiliśmy. Nie znałam powodów, dla których Sasza czy którekolwiek z młodszych dzieci trafili do ośrodka, ponieważ nie mogliśmy porozmawiać na żaden temat. Mimo to dzień przed opuszczeniem placówki chłopak podszedł do mnie i wręczył mi kartkę. Okazało się, że to list z podziękowaniami - jedna z wychowawczyń znających rosyjski przetłumaczyła mi treść. Sasza napisał, że nasze partie ping-ponga pomagały mu znaleźć siły na przetrwanie kolejnego dnia w czasie, gdy cały jego świat się zawalił. Odpowiedziałam mu oczywiście, a potem wymieniliśmy jeszcze kilka wiadomości. W ten sposób się pożegnaliśmy: pisząc sobie rzeczy, o których - z perspektywy czasu jestem tego pewna - już doskonale wiedzieliśmy.
-
Liene miała trzynaście miesięcy, wielkie niebieskie oczy i uroczą szparę między ząbkami. Trafiła do ośrodka z matką niedługo po moim przyjeździe na Łotwę. Któregoś ranka w drodze do placówki spotkałam jedną z mieszkających tam wtedy nastolatek. Podeszła do mnie pobudzona, próbując powiedzieć mi coś, co wydawało się dla niej bardzo ważne. Zrozumiałam tylko kilka słów, ale nie miałam wątpliwości, że jest zmartwiona, więc przyspieszyłam kroku. Gdy dotarłam na miejsce, dowiedziałam się, że mama Liene zostawiła córkę w placówce i wróciła do domu, do męża, który, jak mi powiedziano, znęcał się nad nimi obiema. Nie jestem pewna, dlaczego powierzono opiekę nad Liene właśnie mnie. Mogę jedynie przypuszczać, że miało to coś wspólnego z wyobrażeniami, że dziecku w tym wieku nie da się pomóc tak, jak starszym dzieciom. Karmiłam dziewczynkę, kładłam ją do łóżeczka w porze drzemki, bawiłam się z nią, zmieniałam jej pieluszki... Z początku było mi bardzo trudno. Liene ciągle płakała i w rozpaczy uderzała głową o ścianę. Wcześniej uczyłam się, że aby doprowadzić do wyeliminowania niektórych niepożądanych zachowań, powinno się je ignorować, ale nie mogłam przecież nie reagować, kiedy roczne dziecko robiło sobie krzywdę, szczególnie że dziewczynka stawała mi się coraz bliższa. Dlatego za każdym razem, kiedy zaczynała uderzać o ścianę, wyciągałam rękę i starałam się osłaniać jej główkę.
- Nie chcę, żebyś zrobiła sobie krzywdę - szeptałam pod nosem, aby uspokoić wyrzuty sumienia na myśl o tym, że być może zajmując się nią w tej chwili, wzmacniam jej zachowanie. Stopniowo przekonywałam się jednak, że Liene coraz rzadziej uderza głową o ścianę. Wciąż płakała i zaciskała mocno piąstki, ale nie robiła sobie krzywdy. Każdego ranka obie bardzo cieszyłyśmy się ze spotkania i ze smutkiem rozstawałyśmy się wieczorami. Pewnego dnia po przyjściu do ośrodka dowiedziałam się, że dziewczynka wraca do domu, do rodziców. Na to, by się pożegnać, miałyśmy tylko jeden ranek. Do dziś jeszcze wiele o niej myślę; zastanawiam się, ile ma teraz lat, czy wszystko u niej w porządku. Jestem pewna, że czas, który spędziłyśmy razem, odcisnął w nas obu ślad - niewidoczny, jednak jak najbardziej rzeczywisty.
-
Wtedy nie miałam świadomości, jak wiele w ciągu tych miesięcy się nauczyłam. Kiedy mój wolontariat dobiegł końca, czułam, że choć poznanie tych dzieci było wspaniałym doświadczeniem, jako psycholożka niczego się nie nauczyłam. Wróciłam do domu odrobinę zdezorientowana. Część rzeczy, których uczono mnie na studiach, zupełnie mnie nie przekonywała. Gdy w pewnych sytuacjach, wbrew sobie, zastosowałam środki w rodzaju time out (metoda powszechnie znana jako "karny jeżyk" czy "karne krzesełko"), teoretycznie służące temu, aby dzieci "zachowywały się lepiej", później czułam się okropnie. Z kolei inne sposoby, które podpowiedziała mi intuicja i z którymi czułam się bardziej komfortowo, teoretycznie świadczyły o tym, że jestem zbyt miękka i mało stanowcza. Co więcej, przekonałam się, że mierząc się z tym samym zachowaniem u różnych podopiecznych, reaguję w różny sposób, choć nie wydawało mi się to przejawem faworyzowania jednych dzieci kosztem innych. Jakby tego było mało, widziałam, jak w wypadku niektórych niepożądanych objawów - takich jak milczenie Madary, pragnienie śmierci Saszy czy autoagresja Liene - poprawa następowała pomimo braku konkretnego planu interwencji, a ja nie wiedziałam, co ją wywołało. Nie wierzyłam we własne kwalifikacje na tyle, żeby nazywać siebie psycholożką i szukać pracy w tym zawodzie. Nie miałam pojęcia, że to, czym zajmowałam się przez te wszystkie miesiące i co z punktu widzenia doświadczenia zawodowego wydawało mi się mało istotne, stanie się decydujące nie tylko dla mojego sposobu postrzegania własnego zawodu, lecz, co ważniejsze, dla zrozumienia relacji z innymi. Tym, co naprawdę ważne, okazała się więź.
-
W późniejszym czasie miałam to szczęście, że natrafiałam na wiele informacji dotyczących roli więzi (używam określenia "szczęście", ponieważ nie zawsze było to efektem świadomie podjętych poszukiwań). Zagadnienie przywiązania, które w czasie studiów wydawało mi się czymś niemal anegdotycznym, bardzo mnie zainteresowało i zaczęłam je zgłębiać. Rozpoczęłam własną terapię, spotykałam rozmaitych terapeutów i przekonałam się, że kluczowe w całym procesie są poczucie bezpieczeństwa, bycie wysłuchaną oraz zaufanie do specjalisty. Nie zdarzało mi się zmieniać terapeutów dlatego, że nie byłam zadowolona ze stosowanych przez nich technik czy nurtów, w których pracowali. Powody zmiany były na ogół takie, że niedostatecznie się ze mną liczono, że czułam się oceniana albo poddawana presji, choćby subtelnej. Miałam wielu powszechnie podziwianych mentorów, którzy mówili o "więzi", lecz sprawiali wrażenie zainteresowanych wyłącznie własnym wizerunkiem, statusem i pieniędzmi.
Zaczęłam przyjmować pacjentów, jednak czułam się tak niepewnie, tak bardzo skupiałam się na robieniu wrażenia dobrej terapeutki i na tym, co powinnam robić, że, choć teoretycznie wszystko robiłam jak należy, niektórzy pacjenci rezygnowali. Stopniowo zaczynałam dawać sobie przyzwolenie na niedoskonałość i autentyczność. Rosło moje zaufanie do siebie i tego, co czuję w trakcie sesji. W coraz mniejszym stopniu kierowałam się planem. Słuchałam z zainteresowaniem, a nie dlatego, że chciałam należycie wywiązać się ze swojej roli. Zmiana okazała się radykalna, choć przybrała zupełnie inny kierunek, niż się spodziewałam. A potem zostałam matką i wreszcie wszystko zrozumiałam. Znaczenie bliskości, obecności, spójności, intuicji. Znaczenie relacji.
Dziś, po ponad dwudziestu latach doświadczeń osobistych i zawodowych, procesów terapeutycznych własnych i cudzych oraz praktyki w zawodzie, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że bezpieczne więzi są symbolicznym otoczeniem, w którym muszą znaleźć się dzieci, by móc się rozwijać, zmieniać, odkrywać i popełniać błędy. Wciąż mam w pamięci drogę, którą sama przebyłam, i dlatego doskonale rozumiem rodziców znajdujących się na początku tej podróży. Przychodzą do mojego gabinetu, bo nie wiedzą, co robić, albo czują się zdezorientowani nadmiarem wskazówek, często sprzecznych.
Rozumiem matki, które trzymają się sztywno zasad rodzicielstwa opartego na szacunku2 i boją się, że ich dzieci doświadczą traumy, ponieważ partnerzy nie zawsze się do nich stosują. Rozumiem każdego, kto czuje się bezradny w obliczu jakiegoś problemu i błaga, by mu powiedzieć, jak powinien postępować ze swoimi dziećmi, po czym nie udaje mu się wprowadzić tych zaleceń w życie. Kierowanie się niektórymi wskazówkami może okazać się naprawdę trudne, jeśli relacja z dziećmi budzi w nas pamięć bolesnych i skomplikowanych doświadczeń.
Nie mogę zaoferować tym osobom zaklęć, które magicznie rozwiążą ich problemy. W tej książce będę się starała skupić na czymś bardziej wartościowym: na więziach. Na bezpieczeństwie. Na niewidocznej dynamice relacji międzyludzkich. Na tym, co zachodzi poza słowami, regułami, teoriami i technikami. Tam dzieje się wszystko.
Spróbuję rzucić odrobinę światła na to, co przeżywacie, i na to, co przeżywają wasze dzieci, siostrzenice, bratankowie, wnuki lub uczniowie - nawet jeśli nie widać tego gołym okiem. Mam na myśli zarówno to, co was łączy, jak i to, co was dzieli. Żebyśmy mogli zacząć zastanawiać się, co robić, musimy wiedzieć, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. A to wymaga oświetlenia tego, co kryje się w ciemności.
Mam również nadzieję, że ta książka pomoże tym z was, którzy mają wokół siebie osoby wychowujące dzieci - być może pozwoli wam towarzyszyć im w ich doświadczeniu i uważniej słuchać. Wsparcie ze strony członków rodziny, przyjaciół i struktur społecznych potrafi radykalnie odmienić doświadczenie rodzicielstwa. Liczę wreszcie na to, że wiedza, którą zamierzam się podzielić, może pomóc każdemu lepiej zrozumieć relację ze sobą i uwierzyć, że wzmocnienie wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa jest możliwe - niezależnie od tego, czy jest on rodzicem.
Rozdział 1
Rodzicielstwo... oparte na szacunku?
Elena urodziła dziecko pewnego letniego popołudnia. Wszystko przebiegło zgodnie z oczekiwaniami, które zawarła w planie porodu. Czuła się szczęśliwa, mogąc nareszcie zobaczyć buzię swojej córeczki. Dziewczynka zaczęła ssać pierś podczas kangurowania i karmienie rozpoczęło się bez komplikacji, sprawiając przyjemność im obu. Dzień po porodzie Elena dostała gorączki, pojawił się też silny ból brzucha. W szpitalu podano jej leki przeciwgorączkowe, objawy jednak nie ustąpiły. Następnego dnia kobietę poddano pilnej operacji, po której lekarze przyznali, że nie mieli pewności, czy pacjentka ją przeżyje. Elena spędziła tydzień na oddziale intensywnej terapii, intubowana, z dala od dziecka. Gdy odzyskała przytomność, praktycznie nie mogła się ruszać. Leczenie szpitalne trwało ponad miesiąc. Podczas ciąży Elena dużo czytała na temat pierwszych miesięcy życia dziecka i była aż nadto świadoma korzyści płynących z karmienia piersią. Na wszystkich profilach parentingowych, które śledziła w internecie, czytała, jakie to ważne, by karmić piersią i nie poddawać się przy pierwszych problemach. Dlatego dręczyło ją ogromne poczucie winy, choć w sytuacji, w której się znalazła - omal nie umarła i nie była w stanie utrzymać się na nogach - wątpliwości co do tego, czy powinna karmić piersią, były całkowicie uzasadnione. Brakowało jej sił, poza tym przyjmowała wiele leków. Rozłąka z dzieckiem wywołała u niej łagodny stan dysocjacji i Elena skupiła się na odpoczynku i odzyskiwaniu sił, by móc jak najszybciej wrócić do domu. Dalsze karmienie piersią wciąż wchodziło w grę, ale czy byłoby ono rozwiązaniem opartym na szacunku? Dla kogo i w oparciu o jakie kryteria?
W ostatnich latach wzrosła społeczna świadomość odpowiedzialności, z jaką wiąże się wychowywanie dzieci. Dla wielu osób nie jest to po prostu kolejny etap życia, w który wkracza się w sposób bezrefleksyjny. Dzieci są osobami zależnymi od nas, mającymi ważne potrzeby. Nasze relacje z nimi wywierają ogromny wpływ na ich zdrowie pod każdym względem. Wbrew pozorom sposób, w jaki jesteśmy traktowani, rzutuje nie tylko na nasz stan emocjonalny i psychiczny, lecz także fizyczny. Udowodniono, że negatywne doświadczenia z dzieciństwa i okresu dorastania wywołują w mózgu zmiany na poziomie neurochemicznym. Skutkują również wzrostem prawdopodobieństwa rozwoju chorób serca, układu pokarmowego, chorób autoimmunologicznych, zaburzeń psychicznych czy uzależnień. Coraz więcej dorosłych szanuje dziecięce emocje, upodobania, prawo do podejmowania niektórych decyzji i do sprzeciwu. W takim właśnie, a nie innym kontekście rośnie zainteresowanie "rodzicielstwem opartym na szacunku" przedstawianym jako alternatywa dla "rodzicielstwa tradycyjnego". Jego celem jest zapewnienie dzieciom opieki wolnej od przemocy - to mali ludzie, którym przysługują te same prawa co dorosłym. Czyli nam.
Szczególnie my, matki, z zaangażowaniem podchodzimy do zgłębiania kwestii dotyczących ciąży, porodu, wychowywania dzieci, odżywiania, form zabawy czy rozwoju emocjonalnego. Znaczna część kobiet gotowa jest poświęcić wiele czasu na szukanie informacji w książkach, na blogach, na profilach w mediach społecznościowych, podczas kursów i warsztatów, żeby poczuć się lepiej przygotowanymi do opieki nad swoimi dziećmi. Niejednokrotnie wychowywanie oparte na szacunku staje się prawdziwym sensem ich życia, zmianą kierunku, pozwalającą im dotrzeć do miejsc, w których zupełnie nie spodziewały się znaleźć. Są gotowe dołożyć wszelkich starań, by nie skrzywdzić swoich dzieci w sposób, w jaki same zostały kiedyś skrzywdzone. Zważywszy, że w przeszłości powszechnie oczekiwano od dzieci bezwzględnego i ślepego posłuszeństwa, ta zmiana wydaje się zjawiskiem pożądanym. Wiedza rodzi świadomość, łatwo jednak zapomnieć, że świadomość może również generować ogromną niepewność. Wiedzieć, jak wygląda idealne rodzicielstwo, to jedno, ale jak stać się idealnym rodzicem? Wielu rodziców - myślę tu o osobach, które przychodzą do mojego gabinetu - ma wiedzę dotyczącą tego, czego potrzebują ich dzieci, lecz okazuje się ona dla nich źródłem dodatkowego stresu. Odczuwają ciągłą potrzebę upewniania się, że nie wywierają na nie nieodwracalnego negatywnego wpływu. Nauka nawiązywania ze swoimi dziećmi relacji, które często są przeciwieństwem tego, jak sami byliśmy traktowani w dzieciństwie, może okazać się trudna i wymagać czasu. Nie jest przecież łatwo spojrzeć na siebie z boku i zdać sobie sprawę, że powtarzamy słowa lub zachowania, na które za żadne skarby nie chcieliśmy narażać swoich dzieci. Rozległa wiedza i oczekiwanie, że da się ją szybko wcielić w życie, również mogą okazać się przeszkodą w nawiązaniu kontaktu z dziećmi. Niejednokrotnie skupiamy się na zachowaniach, które mają złagodzić naszą niepewność i przekonać nas samych, że nie jesteśmy tak źli, jak nam się wydaje.
Elena, której sytuację opisałam wyżej, była w przeszłości słuchana, wierzyła w siebie i nie bała się konsekwencji podejmowanych przez siebie decyzji. Miała to szczęście, że jedna z lekarek nie tylko zapytała o jej życzenia dotyczące karmienia piersią, ale także znalazła czas na rozmowę. Wyjaśniła, że operując Elenę, zadbała o utrzymanie laktacji, aby pacjentka po odzyskaniu przytomności mogła sama zadecydować o tym, czy będzie dalej karmiła piersią. Odpowiedziała na pytania Eleny, biorąc pod uwagę jej potrzeby, i okazała zrozumienie dla jej rozżalenia z powodu poczucia, że powinna zakończyć coś, co zaczęło się tak naturalnie i pięknie. Lekarka pomogła jej rozważyć dostępne opcje i związane z nimi wyrzeczenia. Rozumiała, że energia, jakiej wymaga karmienie piersią, jest Elenie potrzebna, by ta mogła jak najszybciej odzyskać siły, wrócić do domu i być z dzieckiem. Obie wiedziały, że, wbrew sugestiom, które słyszała młoda matka, w tak ekstremalnej sytuacji stworzenie bezpiecznej więzi nie polega na karmieniu dziecka piersią za wszelką cenę.
Niestety wielu z nas nie zaznało w dzieciństwie takiego poczucia bezpieczeństwa jak Elena. Mnóstwo osób zostaje rodzicami bez ważnego wewnętrznego punktu odniesienia; nigdy nie zaznały tego, co dzieje się w ludzkim ciele, gdy ktoś uznaje nasze emocje, nie wiedzą, jak je regulować ani ile to wymaga czasu. Wiele osób nie doświadczyło procesów towarzyszących podejmowaniu decyzji w oparciu o własne wewnętrzne odczucia, ponieważ zawsze robiły to, co powinny lub czego od nich oczekiwano.
W takiej sytuacji znajduje się wielu świeżo upieczonych rodziców. Jakby tego było mało, towarzyszy nam przekaz o tym, jak ważne jest wyrażanie tego wszystkiego, czego nigdy nie przeżyliśmy ani nie doświadczyliśmy, i jakie konsekwencje mogą mieć nasze działania, nawet nieświadome. Jak tu zachować pewność siebie w obliczu nowej, ogromnej odpowiedzialności, którą w dodatku zamierzamy wziąć na siebie pomimo braku wzorców, wsparcia czy punktów odniesienia? Poszerzanie wiedzy jest bardzo ważne, nie powinniśmy jednak ignorować tego, gdzie się znajdujemy w czasie, gdy ją przyswajamy.
Codziennie obserwuję to, że aby poradzić sobie z tak dużym poczuciem niepewności, dążymy do jak największej kontroli, i jest to zupełnie zrozumiałe. Pod tym względem wcale nie różnimy się tak bardzo od własnych rodziców czy dziadków, nawet jeśli radzimy sobie z tym, co czujemy, w odmienny sposób. Niewykluczone, że kontrola kojarzy nam się raczej z rodzicami zachowującymi się autorytarnie i oczekującymi ślepego posłuszeństwa. Ilu z nas dorastało w rodzinach, w których przywiązywano ogromną wagę do szkolnych ocen, co miało zagwarantować, że dziecko "nie zmarnuje sobie życia", lub karano, czasem brutalnie, za wszelkie przejawy nieposłuszeństwa w przekonaniu, że dzięki temu "wyrośnie na przyzwoitego człowieka"? Aby poradzić sobie z tym, co czujemy, coraz powszechniej stosujemy inne formy kontroli, które - choć sprawiają wrażenie rodzicielstwa opartego na szacunku - mogą wywołać skutek odwrotny do zamierzonego. Dlatego, moim zdaniem, należy o nich mówić.
Rodzicielstwo to etap, któremu towarzyszą ogromna bezbronność, niepewność i podatność na wszelkiego rodzaju kryzysy. Wychowywanie dzieci wiąże się z radykalną zmianą w naszym życiu, dlatego osoby, którym brakuje poczucia bezpieczeństwa potrzebnego do radzenia sobie z towarzyszącymi temu wyzwaniami, odczuwają silną potrzebę kontroli. To właśnie skłania wiele z nich do korzystania z konsultacji rodzicielskich i laktacyjnych, uczestnictwa w kursach pozytywnej dyscypliny czy świadomego rodzicielstwa, a nawet brania pod uwagę takich rozwiązań jak edukacja domowa czy unschooling (nauka, w której rezygnuje się z planu opracowanego w ramach tradycyjnego systemu edukacyjnego). Przesłanka na ogół jest taka sama: "Jeśli będę postępować zgodnie z tym, co piszą w poradnikach na temat rodzicielstwa opartego na szacunku, i będę ściśle przestrzegać zaleceń specjalistów, z moim dzieckiem wszystko będzie w porządku, a ja zyskam pewność, że sytuacja jest pod kontrolą". Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że szukanie informacji jest czymś niewłaściwym. Jeśli jednak będą one filtrowane przez nasz brak poczucia bezpieczeństwa, może się okazać, że nie zrobimy z nich najlepszego użytku ani dla nas, ani dla naszych dzieci.
Raúl i Sonia zjawiają się na konsultacji w sprawie swojego syna Jaimego. Chłopiec ma problemy z kolegami z klasy i nauczyciele są zaniepokojeni sposobem, w jaki wchodzi w konflikty. Przez kilka tygodni Jaime nie chce opowiedzieć Raúlowi i Sonii, co dokładnie się wydarzyło, a oni postanawiają dać mu do zrozumienia, że szanują jego potrzebę prywatności. "Rozumiemy, że nie chcesz nam powiedzieć", mówią. Wtedy jednak Jaime wybucha: "Nie chcę słyszeć, że mnie rozumiecie! W kółko tylko mówicie, że mnie rozumiecie!". Przyjrzawszy się nieco sytuacji, widzimy, że słowa "rozumiem cię" stały się u nich w domu niemal mantrą, przywoływaną za każdym razem, gdy Jaime mówił o czymś rodzicom, i że padały zarówno wtedy, gdy ci go rozumieli, jak i wtedy, gdy wcale tak nie było. Co więcej, w tym konkretnym wypadku zwrócenie się do syna z zapewnieniem, że go rozumieją, było strategią uzgodnioną wcześniej przez rodziców chcących się przekonać, czy Jaime w końcu się otworzy. Innymi słowy, była to manipulacja. Słowa, które wypowiedzieli, były właściwe, ale chłopiec natychmiast zdał sobie sprawę, że nie są szczere.
Wychowanie oparte na szacunku i bliskości polega na dążeniu do budowania więzi z dziećmi, ale jest również wyrazem naszej relacji ze sobą, naszej zdolności do dostrojenia się do potrzeb dzieci, przy równoczesnej świadomości własnych zasobów, możliwości, wewnętrznego rytmu i ograniczeń. Bycie rodzicem wychowującym w szacunku wymaga zaufania do procesów i więzi, zdolności do tolerowania niepewności, gotowości do przyznania się do błędów... Wszystkie te umiejętności są przeciwieństwem dążenia do kontroli i, jak już wspomniałam, niezwykle trudno je nabyć osobie wychowanej w modelu rozpowszechnionym w czasach naszego dzieciństwa. Rzeczywistość jest frustrująca: nie będziemy potrafili wychowywać swoich dzieci z szacunkiem i w poczuciu bliskości, jeśli nie jesteśmy świadomi tego, co się z nami dzieje. Nawet jeżeli doskonale wiemy, co "należy" robić.
Już od prawie dziesięciu lat interesuję się rozpowszechnianiem poza kontekstem terapeutycznym - za pośrednictwem mediów społecznościowych, artykułów prasowych, kampanii społecznych, spotkań - wiedzy mającej podnosić świadomość wpływu dobrego traktowania na rozwój i zdrowie człowieka. Z początku wydawało mi się, że ilość ogólnodostępnych informacji na temat wpływu relacji z figurami przywiązania na dzieci może być niewystarczająca. Sądziłam, że tego właśnie brakuje naszemu społeczeństwu, by wytyczyć drogę do upowszechnienia postawy szacunku względem dzieci i czerpania prawdziwej radości z macierzyństwa i ojcostwa - a co za tym idzie zapobiegania wielu problemom ze zdrowiem fizycznym i psychicznym. Wkrótce jednak przekonałam się, że sama informacja to za mało.
Wiedziałam już, że tego rodzaju procesy na ogół nie zachodzą wyłącznie dzięki zdobytej wiedzy. Zazwyczaj nie wystarcza ona do tego, by człowiek mógł się radykalnie zmienić, a ja nie zdołam zbawić świata. Nie mam nadprzyrodzonych mocy ani magicznej różdżki. Na własnej skórze przekonałam się, jak niewiarygodnie silny może okazać się opór przed zmianą, a obserwując pacjentów, zrozumiałam, jakie to ważne, by w procesach transformacji towarzyszył nam ktoś, kto potrafi wytrzymać niepewność. Poza tym bardzo trudno jest samemu dostrzec swoje słabości. Wielokrotnie też miałam okazję się przekonać, że aby zmiany mogły prowadzić do powstania trwałych zasobów, muszą zachodzić bardzo powoli. Oczywiście wiem również, że zakończenie procesów terapeutycznych nie oznacza osiągnięcia perfekcji ani całkowitego przezwyciężenia wszelkich trudności. Chodzi raczej o akceptację i pewność siebie. Mimo wszystko jednak byłam zaskoczona tym, jak odmienny wpływ może mieć wiedza o roli dobrego traktowania dzieci na różne osoby. W rezultacie zaczęłam zmieniać sposób rozpowszechniania informacji, a nawet częstotliwość, z jaką to robiłam, szczególnie w mediach społecznościowych, które są przestrzenią szybkiej konsumpcji, co utrudnia niuansowanie i personalizowanie przekazu, rozwiewanie wątpliwości i analizę informacji zwrotnej dotyczącej odbioru tego, co się udostępniło. Nie chciałam ryzykować, że nadmiarem treści przyczynię się do spotęgowania niepewności tak wielu osób gotowych obsesyjnie je przyswajać i stosować w praktyce, byle tylko poczuć, że są wystarczające.
Tymczasem dostęp do informacji zwiększył się bezprecedensowo. W rezultacie mierzymy się z nadmiarem wiedzy przekazywanej nam przez psychologów, konsultantki laktacyjne, doradców rodzinnych, dietetyków dziecięcych, ekspertów od zabawek dla niemowląt, matki-influencerki. Słowem - zalew treści dotyczących macierzyństwa i wychowania dzieci sprawia, że można poczuć się przytłoczonym... i niezdolnym do ich przyswojenia. Jak wspomniałam, bycie wystawionym na to wszystko nie jest równoznaczne z zyskaniem świadomości, zainicjowaniem procesu czy zasianiem ziarna, które, kiełkując, pozwoliłoby nam przyswoić te wiadomości w tempie umożliwiającym traktowanie swoich dzieci w sposób lepiej dostosowany do ich potrzeb. Taka sytuacja wzmaga wręcz dręczące nas strach i niepewność, dostarczając im paliwa w postaci groźby nieosiągnięcia ideału podsuwanego przez niektóre z owych "wychowujących w szacunku" profili. Tylko czy można mówić o rodzicielstwie opartym na szacunku, a równocześnie wymagać od rodziców błyskawicznej zmiany? Czy można mówić o szacunku i proponować ogólne formuły odpowiednie rzekomo dla wszystkich rodziców i wszystkich dzieci? Czy przejawem szacunku jest oferowanie kursów obiecujących szybkie i trwałe metamorfozy ludziom, o których niczego się nie wie?
Lara przeczytała wszystkie poradniki na temat rodzicielstwa opartego na szacunku, jakie wpadły jej w ręce. Śledziła w mediach społecznościowych wiele profili poświęconych odpowiedniemu wychowaniu dzieci, ale czuła się coraz bardziej zdezorientowana. Pojawiła się w moim gabinecie, żeby rozpocząć proces terapii indywidualnej po trudnym rozstaniu. Jedną z rzeczy, które martwiły ją najbardziej, było to, że kiedy czuła się rozdrażniona czymś, co zrobiła jej córka, nie potrafiła wysłuchać dziewczynki z uwagą i empatią. Miała z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Lara w dzieciństwie doświadczała nieustannej przemocy psychicznej. Nauczono ją wierzyć, że wszelkie próby stawiania granic, obrony czy okazywania złości są czymś naprawdę złym. Dlatego kiedy czuła się zirytowana na córkę, ogarniało ją to samo poczucie winy, które wpojono jej w dzieciństwie. Z tą emocją sprzymierzyła się wiedza na temat rodzicielstwa opartego na szacunku, nakazująca jej być zawsze w dobrym humorze, spokojną i dostępną dla córki, poświęcać jej uwagę, uznawać jej emocje i dbać o jej potrzeby. Tymczasem rozdrażnienie Lary powracało dokładnie w tych sytuacjach, w których dziecku trzeba było postawić granice, przez co dostarczało cennej informacji o tym, co się dzieje w ich relacji. Ignorując swoje uczucia, Lara po raz kolejny pomijała siebie, przez co nie mogła zająć się córką w sposób, jakiego dziewczynka potrzebowała w tak newralgicznym momencie. Na początek poradziłam Larze, aby - przynajmniej na pewien czas - przestała czytać książki i śledzić profile w mediach społecznościowych, a zamiast tego zaufała sygnałom płynącym z własnego wnętrza, bo one najlepiej podpowiedzą jej kolejny krok.
Dziś wszystko wskazuje na to, że wychowywanie oparte na szacunku i bliskości stało się dochodowym interesem, co samo w sobie nie musiałoby stanowić problemu. Przeciwnie, mogłoby być zjawiskiem korzystnym dla wszystkich dzieci, które, podobnie jak my kiedyś, zasługują na dzieciństwo wolne od przemocy, bliskość i szacunek. Nie wolno jednak zapominać o odpowiedzialności, jaką oznacza zajmowanie się dziedziną wywierającą wpływ na dzieciństwo, macierzyństwo i ojcostwo innych ludzi - złożone życiowe etapy, z którymi wiąże się ogromna podatność na zranienie. Należałoby wziąć pod lupę nie tylko wykształcenie osób, które zaczęły się tym zajmować, lecz także pobudki, którymi się kierują. Można zrobić interes, reagując na istniejącą potrzebę i proponując rozwiązanie. Potrzebę można jednak również stworzyć i sztucznie podtrzymywać. Póki klientów nie zabraknie, biznes pozostanie rentowny. Sądzę, że - z premedytacją lub nie - niemało osób prowadzących działalność związaną z rodzicielstwem i wychowywaniem dzieci zasila tę drugą grupę. Część z nich, być może nieświadomie, wywiera ukrytą presję idealnego rodzicielstwa, przemawiając wprost lub w sposób zawoalowany do lęków matek i ojców, składając obietnice bez pokrycia, udzielając rad bez znajomości kontekstu czy powodując powierzchowne zmiany dające pozory sukcesu, jednak o krótkotrwałym charakterze.
Z jednej strony więc u niektórych rodziców wartościowe informacje mogą nasilać obawy, że nie staną na wysokości zadania, z drugiej zaś, część osób oferujących doradztwo robi to w celu uspokojenia samych siebie, że stanęły na wysokości zadania. Może więc nimi powodować niska samoocena czy lęk przed zranieniem, ale także potrzeba podziwu, uznania czy po prostu chęć zarobienia pieniędzy. Dlatego nie każdy, kto zabiera głos na tematy związane z potrzebami dzieci czy wychowywaniem opartym na szacunku i bliskości, ma do zaoferowania bezpieczną przestrzeń na nasze wątpliwości, niepewność czy nasze poczucie własnej wartości. Nie wszędzie tam, gdzie mówi się o szacunku, spotkamy się z szacunkiem. Wiara, że tak będzie, jest niestety przejawem naiwności i naraża na szwank coś tak cennego jak relacja z własnymi dziećmi.
" W tym kontekście szczególnie cenna może się okazać umiejętność odwoływania się do tego, co w nas najdojrzalsze, ale i rozpoznawania u siebie przejawów dziecięcego myślenia magicznego czy niepewności. W pierwszym rzędzie to my sami musimy uwzględnić swój indywidualny punkt wyjścia i dotychczasowe życiowe doświadczenia. Po drugie, dobrze jest szukać pomocy tam, gdzie wszystko to zostanie przyjęte z należnym szacunkiem, gdzie będziemy mogli liczyć na bezpieczeństwo i dogłębne potraktowanie problemu. Nawet tego rodzaju wsparcie będzie jednak od nas wymagało zdolności radzenia sobie z frustracją i akceptacji rzeczywistości, która być może nie przedstawia się tak obiecująco. "
Dla niektórych osób twierdzenia motywacyjne bywają inspiracją do podążania świadomą, uczciwą drogą rozwoju, z założeniem, że dotrą tak daleko, jak zdołają. Istnieją jednak również ludzie skłonni traktować afirmacje dosłownie, co może prowadzić do wiary w coś, co zwyczajnie nie jest możliwe. Uwolnienie się od schematów jest celem nierealistycznym, a wymaganie od siebie jego osiągnięcia wiązałoby się z ogromnym obciążeniem. Przede wszystkim dlatego (ośmielę się to powiedzieć), że w większości przypadków nie zdajemy sobie nawet sprawy z ich istnienia.
Po drugie, nie sposób opuścić miejsca, do którego wcześniej nie dotarliśmy. "Odziedziczonych" schematów nie da się zmienić z dnia na dzień za pomocą kilku prostych działań. Mówiąc o dziedziczeniu, mam na myśli to, że nasze zachowania mają charakter epigenetyczny. Ekspozycja na oddziaływanie określonych czynników środowiskowych może prowadzić do zmian w mechanizmach regulujących ekspresję genów. Zmiany epigenetyczne podlegają dziedziczeniu, wskutek czego wykazujemy skłonności podobne do tych, które mieli nasi przodkowie, choćbyśmy ich nigdy nie poznali. Wszystko to oczywiście splata się z naszym bezpośrednim doświadczeniem, relacjami i osobniczymi cechami biologicznymi.
Dlatego niektóre sposoby funkcjonowania nie zależą wyłącznie od nas, a zerwanie z nimi bez równoczesnej zmiany kontekstu pozostaje zwyczajnie poza zasięgiem naszych możliwości. Zdarzą nam się zapewne sytuacje, w których zdołamy nieznacznie zmodyfikować schemat, lecz nie całkowicie go zmienić. Innym razem zdołamy skutecznie go obejść, ale próby modyfikacji będziemy zmuszeni zostawić na inną okazję. Tak czy inaczej wmawianie sobie, że jesteśmy pokoleniem, które uwolni się od brzemienia przeszłości, oznaczałoby stawianie przed sobą zbyt ambitnych celów. Od nadmiaru presji może nas uwolnić przyjęcie założenia, że kiedyś pałeczkę przejmą od nas nasze dzieci (w każdym razie jeśli chodzi o wdrażanie tych zmian, które uznają za pożądane). Przyjdzie im to znacznie łatwiej, jeśli będziemy je w tym wspierać - choćby zmuszało nas to do konfrontacji z faktem, że sami nie zdołaliśmy tego dokonać.
Zrozumieć coś na poziomie racjonalnym to jedno. Przyswoić to i zintegrować - tak, by stało się częścią naszego sposobu funkcjonowania - to zupełnie inna sprawa. Tego rodzaju procesy wymagają czasu, a przede wszystkim radykalnych zmian. Marzymy o tym, by być idealnymi rodzicami, a jednak gdybyśmy się nimi stali, pozbawilibyśmy swoje dzieci szansy zmierzenia się z sytuacjami, w których ludzie nie reagują w sposób idealny, a tym samym nie przekazalibyśmy im scenariuszy pozwalających na rozwijanie przydatnych zdolności. Obserwując nasze zachowania, dzieci stopniowo nabywają kluczowe umiejętności: uczą się nazywać to, co przeżywają, budują swoją tożsamość, rozwijają empatię i strategie samoregulacji... Będą się uczyły także z tych scenariuszy, w których nie okażemy się w pełni dostępni, nie dostosujemy się idealnie do ich potrzeb albo do wymogów sytuacji. Takie chwile staną się dla nich okazją do wykorzystania posiadanych już zasobów, a nawet przetestowania innych, nowych, umożliwiając im stopniowe nabieranie zaufania do rozwiązań niewypracowanych samodzielnie. To oczywiście nie oznacza usprawiedliwiania jakichkolwiek form przemocy. Mam tu na myśli raczej sytuacje "braku" mieszczące się w kontekście, w którym możliwe było nawiązanie bezpiecznej relacji z figurami przywiązania.
Wyobraźmy sobie na przykład malucha, który pewnego dnia zdaje sobie sprawę ze swojego lęku przed zjazdem po zjeżdżalni, tymczasem w pobliżu nie ma mamy, która mogłaby podać mu rękę. W tych okolicznościach, choć rodzice nie zapewniają dziecku wszystkiego, czego potrzebuje, nie jest ono zupełnie bezradne. Może poprosić o pomoc opiekuna, którego darzy mniejszym zaufaniem niż matkę, przymierzyć się do zjazdu i przekonać się, na ile starczy mu odwagi, albo zaryzykować i zjechać na sam dół pomimo odczuwanego strachu. Niewykluczone, że powie o swoich emocjach innemu dziecku, odkryje nowe zabawy lub będzie zmuszone zmierzyć się z własną frustracją i odłożyć osiągnięcie celu na inny dzień... Reasumując, może rozwijać lub testować zasoby, po które nie musiałoby sięgać, gdyby mama była w pobliżu.
Teraz wyobraźmy sobie zirytowanego nastolatka, którego matka jest zbyt zestresowana, żeby spokojnie wysłuchać jego prośby. Chłopak zapewne poczuje złość i będzie musiał sobie z nią poradzić, stosując sposoby, które jego ciało już zna. Może spróbować ją opisać, wykrzyczeć w poduszkę, zamknąć się w pokoju, a w późniejszym czasie podjąć próbę rozmowy o tym, co się stało, i (o ile oczywiście matka stanie na wysokości zadania) w ten sposób rozwiązać konflikt.
Zmierzam do tego, że nasza niezawodność niekoniecznie jest tym, co najlepsze dla dzieci. Chcemy być idealni dla nich czy dla własnego spokoju? Kto poza nami zdoła sprostać wszystkim ich oczekiwaniom, jeśli my nigdy nie popełnimy błędu? Czy nie przekazujemy im w ten sposób, że osoba, która nie jest "wystarczająco dobra", nie zasługuje na to, by się do nich zbliżyć? I przede wszystkim: odkąd to wierzymy, że wszystko, czego uczyło się nasze ciało, żeby zapewnić nam najlepszą możliwą formę przetrwania, może zmienić się w tempie, jakiego sobie życzymy?
Wiele lat temu, kiedy zaczynało się mówić o roli "bezpiecznego przywiązania" i popularność zyskiwały takie koncepcje jak "obecność", "bliskość" czy "więź", panowało przekonanie, że zapewniają je trzy czynniki: "pierś, współspanie, noszenie". Nie mam zamiaru nikogo zniechęcać do karmienia piersią ani negować płynących z niego dobrodziejstw, podobnie jak tych wynikających z fizycznego kontaktu w pierwszych miesiącach i latach życia, jednak to, że przyczyniają się one do ochrony więzi, nie oznacza, że trzymając się ich kurczowo, zapewnimy dziecku poczucie bezpieczeństwa. Czy niemowlę karmione piersią może odczuwać spokój, jeśli matka się do tego zmusza? Czy może odczuwać spokój małe dziecko śpiące z rodzicami i słuchające każdej nocy parskania ojca, który ma dość dzielenia z nim łóżka? Czy nam się to podoba, czy nie, to, co stanowi podłoże naszych zachowań, nie tylko istnieje, ale oddziałuje na naszą relację z dziećmi.
Z biegiem lat triada "pierś, współspanie, noszenie" przybrała bardziej złożoną formę, jednak sposób wprowadzania w życie wiedzy pozostał ten sam. Dziś wiemy, że "należy" uznawać emocje dziecka, unikać karania go, towarzyszyć mu w napadach złości... Czy jednak zastanawiamy się, jak dziecko ma poczuć, że szanujemy jego emocje, skoro nasz ukryty cel jest taki, żeby wreszcie przestało płakać? Albo jak odbiorą nasze słowa dzieci, którym powiemy, że mają prawo do swoich emocji, skoro w rzeczywistości budzą w nas one silne wzburzenie? Możemy próbować oddzielić swoje zachowania od tego, co się z nami dzieje, ale, czy nam się to podoba, czy nie, nasze dzieci to wyczują.
Trudną częścią dorastania jest konieczność porzucenia dziecięcej naiwności i zrozumienia, że nie wszyscy ludzie mają dobre intencje, że "nie wszystko złoto, co się świeci". Istnieje mnóstwo przestrzeni, w których mówi się o wychowywaniu opartym na szacunku i bliskości przy użyciu odpowiednich słów, jednak kierując się niskimi pobudkami. Są miejsca, którym na pozór niczego nie można zarzucić, a jednak stosuje się w nich manipulację, generuje niepewność albo ocenia innych. Ważne, abyśmy nie pozwolili się omamić osobom wykorzystującym tematykę związaną z rodzicielstwem do zaspokajania swojej potrzeby podziwu, zarabiania pieniędzy, a nawet w charakterze uzasadnienia dla nadużyć wobec własnych dzieci, i to za ich milczącym przyzwoleniem. Samo naruszanie w mediach społecznościowych prywatności tak wielu dzieci niezdolnych do oceny konsekwencji tego rodzaju poczynań jest nadużyciem, które jednak jest legitymizowane przez tysiące osób śledzących profile parentingowe i firm zamieszczających na nich reklamy swoich produktów. Co więcej, obserwujący biorą często prezentowane tam materiały za dobrą monetę, a wystawiając im pozytywne opinie, dostarczają uzasadnienia dla działań rodziców i przyczyniają się do wypaczania oficjalnej narracji o życiu dzieci - choć o tym ostatnim nie wiemy nic poza tym, co ich rodzice chcą nam pokazać3.
Nie można dobrze funkcjonować z wadą wzroku bez odpowiednich okularów. Nie da się również działać zbyt szybko. Zapominamy, że wiele spraw znajduje się w naszym martwym polu. Nie sposób ich dostrzec bez pomocy innych ani poradzić sobie z nimi bez odpowiedniego wsparcia i zasobów. Będą one miały wpływ na nasze dzieci i to dzieci właśnie, nieświadomie, skłonią nas do stopniowego zajmowania się nimi (pod warunkiem, że damy się do tego nakłonić). Co więcej, w miarę jak dzieci rosną, zmieniają się też okoliczności. Z pewnością pojawią się sytuacje, które, choć w tej chwili nie zdołamy ich przewidzieć, mogą wywrzeć niepożądany wpływ na naszą relację z potomstwem. My mamy swoje martwe pole, a dzieci swój wewnętrzny świat, który nie zawsze chcą z nami dzielić - jak w opisanej kilka stron wcześniej sytuacji Raúla i Sonii oraz ich syna Jaimego. Czeka nas wiele chwil niepewności i błądzenia po omacku, gdy nie będziemy wiedzieli, czy budujemy relację, jakiej nasze dzieci potrzebują. Pomimo niepokoju będziemy musieli iść naprzód, opierając się wyłącznie na zaufaniu do siebie, jakie do tego czasu zdołamy zbudować.
Podsumowując, chcę tylko przestrzec, że rozległa wiedza dotycząca roli przywiązania i wychowywania opartego na szacunku i bliskości, znajomość psychologii ewolucyjnej, zasad zdrowego odżywiania, alternatywnych metod nauczania czy materiałów do zabaw może zasilać naszą najmniej dojrzałą część - tę najbardziej przerażoną perspektywą, że okażemy się niewystarczający.
Ta część nas, którą czasem opisuje się trochę ckliwym określeniem "wewnętrzne dziecko", wykazuje skłonność do egocentryzmu, a także myślenia magicznego i zero-jedynkowego. Trudno jej znieść niepewność czy regulować emocje. Oczywiście wiedza jest ważna, jednak nie jest ona tym samym co relacja. Dziecko posługujące się pojęciami z zakresu psychologii i rodzicielstwa, pomimo starań, będzie w stanie zrobić z nich jedynie taki użytek, na jaki pozwoli mu jego dziecięcy narcyzm. Jeśli powierzymy mu opiekę nad innym dzieckiem, to, choćbyśmy je zaopatrzyli w najlepsze instrukcje, skutek będzie daleki od oczekiwanego. Wiedza nie gwarantuje ani poczucia bezpieczeństwa niezbędnego do jej zastosowania, ani nawiązania bezpiecznej więzi ze swoimi dziećmi. Do tego niezbędne jest osiągnięcie dojrzałości umożliwiającej odpowiednią selekcję informacji i dostosowanie tempa ich przyswajania do własnych możliwości. By stworzyć sobie bezpieczne warunki do samorozwoju, musimy pogodzić się z faktem, że nie jesteśmy wszechmocni, a równocześnie uwierzyć, że poradzimy sobie z trudnym, pełnym wyzwań i fascynującym zadaniem, jakim jest towarzyszenie dzieciom w ich rozwoju. Ta wewnętrzna ufność, choć niewidzialna i nieuchwytna, przemawia do nich lepiej niż słowa czy reguły, którymi będziemy się kierowali.
Inną skrajnością, z którą czasem mamy do czynienia, jest infantylizowanie matek wyczuwających swoim szóstym zmysłem, że ich dzieciom coś dolega. Są o tym przekonane, choć specjaliści niejednokrotnie nie dostrzegają "problemu". Kobiety chodzą od lekarza do lekarza, od specjalisty do specjalisty w nadziei, że ktoś je potraktuje poważnie, tymczasem raz po raz konfrontują się z osobami, które, trzymając się kurczowo najpopularniejszego wyjaśnienia, negują istnienie czegoś, co, choć niewidoczne, jest faktem i świadczy o istotnej nieprawidłowości. Znam wiele przypadków, w których choroby, niepełnosprawności lub opóźnienia w rozwoju dzieci zostały wykryte dzięki matkom - choć niejednokrotnie nie potrafiły one dokładnie wytłumaczyć swoich przeczuć. Zdarza się wręcz, że wytrwałość matki ratuje dziecku życie. Oznaki mogą być niezwykle subtelne, jednak więź łącząca je z potomstwem bije na alarm. Jak opisać to, czego nie widać? Jak skłonić kogoś, by uwierzył w istnienie czegoś, czego nie widzi? Jak nie zwątpić w siebie, kiedy wiemy coś, co nie jest oczywiste? Jak nauczyć się ufać czemuś, czego nie widzą oczy, choć krzyczy o tym całe ciało? Oczywiście w jakimś stopniu zależy to od nas, lecz bez wątpienia byłoby nam łatwiej przy odrobinie wsparcia ze strony społeczeństwa. Na dobry początek pomogłoby, gdyby nie traktowano zaniepokojonej matki jak kogoś, kto przesadza czy histeryzuje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki